Front matter
RUDYARD KIPLING
O CZŁOWIEKU, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ KRÓLEM
PRZEŁOŻYŁ
całość
RUDYARD KIPLING
O CZŁOWIEKU, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ KRÓLEM
PRZEŁOŻYŁ
JERZY BANDROWSKI
KSIĄŻKI CIEKAWE
BIBLIOTEKA DZIEŁ WYBOROWYCH
Warszawa, Sienkiewicza 12
Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka, Warszawa, Warecka 15.
Od tłumacza.
Nowele Kiplinga, podane Czytelnikowi w tym zbiorku, są na język polski przetłumaczone po raz pierwszy i dotychczas w Polsce nieznane. Nie wynika stąd, aby pochodziły z jakichś nieznanych tłumaczom tomów Kiplinga. Przeciwnie. Nowela o „Człowieku, który chciał być królem“ znajduje się w zbiorze „Wee Willie Winkie“, skąd kilka mniejszych nowel na język polski już przełożono; nowela „Bez błogosławieństwa bożego“, „Namgay Doola“ i o „Człowieku, który był“ są częścią bardzo popularnego i rozpowszechnionego tomu „Life’s Handicap“, skąd przetłumaczono już bardzo dużo co efektowniejszych, jaskrawszych i łatwiejszych nowel, spokojnie i bez najmniejszych skrupułów pomijając takie arcydzieła, jak niezrównana idylla Kiplinga lub też rzeczy tak dla niego — a nawet i dla narodu angielskiego — charakterystyczne, jak pogląd na Irlandczyka lub Rosjanina. Nic tedy dziwnego, że twórczość angielskiego epika, jak ją można widzieć w tłumaczeniach , musi wyglądać dosyć jednostronnie. Prawie zupełnie, naprzykład, wykluczony jest z niej pierwiastek erotyczny, prawie zupełnie nie widzimy u tego „naszego” Kiplinga kobiety. Czytelnik może się z łatwością przekonać z noweli „Bez błogosławieństwa bożego”, do jakiego stopnia tem pomijaniem twórczość Kiplinga krzywdzono. Nieporządne, niesystematyczne i niewiadomo jakiemi zasadami kierujące się tłumaczenie dzieł Kiplinga sprawiło, iż dziś zachodzi konieczność bodaj dorywczego kompletowania tej pracy, choćby zapomocą takich tomików, jak niniejszy któreby podawały wszystko, co w gonitwie za nowością przeoczono, a co w rzeczywistości jest i najnowsze, i najciekawsze dzięki swej prostocie i niezrównanemu pięknu.
O człowieku, który chciał być królem.
Cytowane powyżej prawo kreśli program piękny, ale trudny do wykonania. Równy żebrakom to ja bywałem nieraz w okolicznościach, które jednak każdemu z nas utrudniłyby zastanawianie się nad tem, na co sobie kto zasłużył. Wciąż jeszcze czekam na to zbratanie się z książęty, aczkolwiek byłem raz w bliskich stosunkach z człowiekiem, który mógł być najprawdziwszym w świecie królem i który przyobiecał mi królestwo z armją, podatkami, trybunałem i policją, wszystko jak się patrzy. Obawiam się jednak bardzo, że mój król nie żyje i że gdyby mi dziś potrzeba było korony, musiałbym się sam o nią postarać. Zaczęło się to wszystko w pociągu, idącym z Adżmiru do Mhau. W budżecie miałem deficyt, który zmusił mnie do podróżowania nie drugą klasą, tańszą o połowę tylko od pierwszej, lecz pośrednią, co jest istotnie okropne. W klasie pośredniej niema kanap, no, i publiczność jest albo pośrednia, to znaczy eurazyjska, albo tubylcza, obrzydliwa podczas długiej podróży nocnej, lub wreszcie składająca się z włóczęgów, zabawnych, choć pijanych. Pasażerowie klasy pośredniej nie kupują w restauracjach kolejowych, żywność wiozą ze sobą w węzełkach lub kociołkach, słodycze kupują od przekupniów tubylczych i piją wodę przydrożną. Oto dlaczego w porze upałów, pasażerów klas pośrednich wyciąga się z wozów martwych i dlaczego o każdej innej porze roku wszyscy patrzą na nich z góry. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój przedział był pusty aż do Nasirabad. Tam wsiadł jakiś rosły „gentleman“ w koszuli i z gęstemi, czarnemi brwiami. Dzień spędził stosownie do zwyczajów pasażerów klasy pośredniej. Był to wędrowiec i włóczęga, jak ja, ale z silnie rozwiniętem zamiłowaniem do wódki. Opowiadał niesłychane historje o tem, co widział i czego dokonał w najróżniejszych zakątkach cesarstwa, do których dotarł i o przygodach, w których narażał życie dla zdobycia żywności na parę dni. — Gdyby Indje zaludnione były ludźmi, podobnymi do was i do mnie, jak ptaki nie wiedzącymi, co jutro jeść będą, kraj ten dawałby nie siedemdziesiąt, ale siedemset miljonów dochodu, tak jest, siedemset! — powiedział mi. Spojrzawszy na jego usta i wysuniętą naprzód dolną szczękę, byłem skłonny zgodzić się z nim. Rozmawialiśmy o polityce, o polityce — jak ją rozumie włóczęga, widzący wszystko z odwrotnej strony, gdzie znać wszystkie szwy i łaty — a potem mówiliśmy o urządzeniach pocztowych, ponieważ mój przyjaciel pragnął z najbliższej stacji wysłać telegram do Adżmiru, który jest węzłowym punktem między Bombajem a linją wiodącą do Mhau, — o ile się jedzie na zachód. Przyjaciel mój nie miał pieniędzy, prócz ośmiu „annów“, które chował na obiad, zaś ja byłem wogóle bez grosza, skutkiem wspomnianej już dziury w budżecie. Prócz tego droga moja wiodła w dzicz, gdzie wprawdzie miałem odzyskać kontakt ze skarbem, ale gdzie nie było wcale telefonu. Ja w żaden sposób nie mogłem mu dopomóc. — Możemy nastraszyć naczelnika stacji i zmusić go, ażeby wysłał telegram na kredyt — mówił mój przyjaciel — ale to znowu naraziłoby nas na różne wybadywania, a wyznaję, że ja miałem tego już dosyć w ostatnich czasach. Wspomnieliście coś, że w krótkim czasie zamierzacie tędy wracać? — Za jakich dziesięć dni — odpowiedziałem. — Nie moglibyście załatwić się za osiem dni? — zapytał. — Zależałoby mi na tem, żeby to było — Mógłbym zadepeszować w ciągu dziesięciu dni, jeśli o to idzie — . — Trudno mi go będzie znaleźć telegraficznie, jak myślę. On pojedzie tędy. Ma 23-go wyjechać z Delhi do Bombaju — to znaczy, że 23-go w nocy będzie przejeżdżał przez Adżmir. — Ależ ja jadę na Pustynię Indyjską! — tłumaczyłem. — Bardzo słusznie! — odrzekł. — Jadąc do Dżodhpore musicie się przesiadać w Marwar — musicie! — a on pojedzie przez Marwar wczesnym rankiem 24-go bombajskim pociągiem pocztowym. Możecie być wtedy w Marwar? To wam nie może zrobić różnicy, bo, jak to dobrze wiem, w tych państewkach środkowo-indyjskich nie znajdziecie dużo dobrych kąsków — nawet jeśli przedstawicie się jako korespondent „Mieszkańca Dżungli“. — Próbowaliście kiedy tego „tricku“? — zapytałem. — Ile razy! Ale Rezydenci zawsze was odnajdą i potem smarujecie pod eskortą do granicy, zanim zdołacie dźgnąć nożem. Lecz wróćmy jeszcze do mego przyjaciela. Ja muszę dać mu znać, co się ze mną dzieje, inaczej nie będzie wiedział, dokąd się obrócić. Byłoby z waszej strony więcej niż uprzejmością, gdybyście chcieli do tego czasu wrócić z Indyj środkowych, złapać go na stacji Marwar i powiedzieć mu: On wyjechał na tydzień na południe! Będzie już wiedział, co to znaczy. Jest to wysoki, tęgi mężczyzna z rudą brodą i okropnie się dmie. Znajdziecie go w przedziale drugiej klasy. Będzie z pewnością spał, jak hrabia, otoczony pakunkami. Ale wy sobie z tego nic nie róbcie. Spuśćcie okno i powiedzcie: Wyjechał na tydzień na południe! — Zobaczycie, jak skoczy. To wam skróci pobyt w tych stronach tylko o dwa dni. Proszę oto, jako podróżny — jadący na Zachód! — rzekł z naciskiem. — A skąd jedziecie? — spytałem. — Ze Wschodu! — odpowiedział — i spodziewam się, że spełnicie mą prośbę, na węgielnicę. Zaklinam was na pamięć Matki waszej i mojej. Anglicy niezbyt są czuli na pamięć matki, ale dla pewnych przyczyn, łatwych zresztą do zrozumienia, zgodziłem się. — Jest to rzecz nielada — mówił towarzysz — i dlatego właśnie was o to proszę. Teraz wiem już, że na was mogę polegać. Wagon drugiej klasy w Marwar, a w nim śpiący mężczyzna z rudą brodą. Zapamiętajcie sobie. Na stacji wysiadam i muszę tu siedzieć dopóki nie przyjedzie, lub nie przyśle mi tego, czego potrzebuję. — Więc dobrze, jeśli go złapię, to mu wasze słowa powtórzę — zgodziłem się. na pamięć Matki waszej i mojej zaklinam was, abyście usłuchali jednej mojej rady. Nie jedźcie teraz do państw środkowo-indyjskich, jako korespondent „Mieszkańca Dżungli“. Wałęsa się tu właśnie prawdziwy korespondent i to mogłoby doprowadzić do starć. — Dziękuję — odpowiedział poprostu. — A kiedy ta świnia się stąd wyniesie? Nie mogę przecie zdychać z głodu dlatego, że jemu się podoba psuć mi interesy. Właśnie miałem na muszce Degumber radżę z powodu tej jego historji z wdową po ojcu — chciałem go pociągnąć... — A cóż to było z tą wdową po ojcu? — Napchał ją czerwonym pieprzem, powiesił za nogi na belce i zakołysał na śmierć. Sam to wywąchałem i jestem jedynym człowiekiem, któryby odważył się pójść tam i zażądać pieniędzy za milczenie. Będą próbowali otruć mnie, jak to było w Chortumnie, kiedym tam był po pieniążki. Nie zapomnicie załatwić mego interesu w Marwar? Wysiadł na małej, ubocznej stacyjce. Długo o nim myślałem. Nieraz słyszałem o tych ludziach, udających korespondentów gazet i szantażujących groźbami władców małych państewek hinduskich, ale nie zdarzyło mi się dotychczas spotkać którego z nich. Ciężkie mieli ci ludzie życie, a śmierć przeważnie bardzo nagłą. Rządy hinduskich państw strasznie się boją pism angielskich, nie chcąc, aby one rozgłaszały tajniki ich przedziwnych metod rządzenia, dlatego albo korespondentów zalewają szampanem, albo też gonią ich na cztery wiatry. Nie rozumieją, że nikomu ani w głowie nawet nie postoi zajmować się ich wewnętrznemi sprawami, dopóki ucisk i zbrodnie trzymają się granic pewnej przyzwoitości i o ile władca nie jest zatruty opjum, pijany lub chory od początku do końca roku. Są to najciemniejsze pod słońcem miejsca na ziemi, pełne niemożliwych do opisania okrucieństw, graniczące z jednej strony z koleją i telegrafem, a z drugiej z epoką Haruna-al-Raszyda. Wysiadłszy z pociągu, musiałem też załatwiać wiele różnych interesów z różnymi królami i w przeciągu ośmiu dni przeszedłem najrozmaitsze koleje losu. Czasami, odświętnie ubrany, biesiadowałem z książętami i mężami stanu, popijając z kryształowych kielichów i jadając na srebrze, to znów leżałem na ziemi i pożerałem, co Pan Bóg dał z półmisków zrobionych z liści, piłem wodę ze i spałem pod jedną derką razem ze swym służącym. Takie to było zajęcie. Następnie udałem się na Wielką Pustynię Indyjską w oznaczonym terminie, jak to przyrzekłem i w nocy pociąg pocztowy przywiózł mnie do Marwar, skąd śmieszny, mały, na los szczęścia przez tubylczą służbę kolejową prowadzony pociąg idzie do Dżodhpore. Bombajski pociąg pocztowy z Delhi stoi w Marwar krótko. Przybył właśnie, kiedy ja przyjechałem, tak, że akurat zdążyłem dobiec na platformę, na którą zajechał i przejść się wzdłuż wagonów. W pociągu tym był tylko jeden wagon drugiej klasy. Spuściłem okno i wzrok mój natychmiast padł na czerwoną jak ogień brodę, napół zakrytą kocem podróżnym. Był to mój człowiek, na pół śpiący; trąciłem go delikatnie w żebra. Obudził się, mrucząc, i w świetle lampy ujrzałem jego twarz; była szeroka, świecąca. — Znowu bilety? — mruknął. — Nie! — odpowiedziałem. — Mam wam powiedzieć, że on wyjechał na tydzień na południe. Wyjechał na tydzień na południe! Pociąg ruszał zwolna. Czerwonobrody tarł oczy. — Wyjechał na tydzień na południe! — powtórzył. — Ta bezczelność zupełnie do niego podobna. Może wam powiedział, że ja wam co dam? Bo mnie ani się śni! — Nie powiedział — krzyknąłem, odskakując na bok. Chwilę czekałem, aż czerwone światła zniknęły w ciemnościach. Było okropnie zimno, bo z piaszczystej pustyni dmuchał wiatr. Skoczyłem do swego własnego pociągu ale tym razem już nie do wagonu trzeciej klasy — i położyłem się spać. Gdyby czerwonobrody był mi dał jaką rupję, byłbym ją schował na pamiątkę tej bądz co bądź dziwnej afery. Tak jednak za całą nagrodę pozostało mi zadowolenie ze spełnienia obowiązku. Później dopiero przyszło mi na myśl, że dwóch podobnych do tych moich przyjaciół w „gentlemenów“, udających korespondentów pism angielskich, nie może zrobić nic dobrego i że jeśli zaczną szantażować którego z tyranów jakiegoś małego państewka środkowych Indyj lub południowej Radżputany, to gotowi narazić się na poważne nieprzyjemności. Z tego powodu zadałem sobie trochę trudu w opisaniu ich, jak najdokładniej sobie mogłem przypomnieć, osobom, którym ewentualnie mogłoby zależeć na usunięciu ich. Jak mnie też później poinformowano, udało mi się dzięki temu cofnąć ich od granic państwa Degumber. I znowu stałem się porządnym człowiekiem i wróciłem do redakcji, gdzie już nie było królów, ani żadnych nadzwyczajnych wypadków, a tylko codzienne fabrykowanie gazety. Redakcja w dziwny jakiś sposób przyciąga ludzi wszelkiego rodzaju ze szkodą dla samego zawodu. Damy z misji „Zenana“ przychodzą i proszą, żeby redaktor natychmiast porzucił wszystkie swe obowiązki dla opisania rozdania nagród w szkółce chrześcijańskiej w jakiejś absolutnie niedostępnej wiosce. Pominięci w awansie pułkownicy siadają i szkicują w ogólnych zarysach serję po dziesięć, dwanaście albo i dwadzieścia cztery artykuły wstępne przeciw protekcji. Rozbite trupy teatralne silą się wytłumaczyć, że nie mogą w tej chwili zapłacić za ogłoszenia, ale zrobią to z procentem po powrocie z Nowej Zelandji lub z Tahiti. Wynalazcy patentowanych „punkah“, aparatów do łączenia wozów, nie łamiących się szabel lub toporzysk przychodzą z listami imiennemi w kieszeniach podając, w których godzinach są wolni. Firmy herbaciane wchodzą bez ceremonji i piszą prospekty redakcyjnemi piórami. Sekretarze komitetów balowych domagają się większego entuzjazmu w opisie tańców. Dziwne jakieś damy wpadają, domagając się „stu damskich biletów wizytowych, wydrukowanych odrazu“, co niby należy do obowiązków redaktora, zaś każdy wałęsający się po wielkim indyjskim gościńcu wypędek bez zajęcia uważa za swój obowiązek przyjść i żądać dla siebie posady korektora. Równocześnie telefon dzwoni, jak wściekły, mordują królów na kontynencie, cesarstwa mówią: — My to zrobimy inaczej! — Mr. Gladston piorunuje na Dominja Brytańskie a mały, czarny chłopak z drukarni bzyka nad głową jak zmęczona pszczoła „kaa-pi (potrzeba manuskryptu), zaś papier jest czysty jak tarcza Modreda. Tak się to dzieje w przyjemniejszej i zabawniejszej części roku. Nadchodzi drugich sześć miesięcy, podczas których nikt się w redakcji nie zjawia, rtęć w termometrze cal po calu skacze w górę, w redakcji, wyjąwszy lampę na biurku, jest zupełnie ciemno, maszyny aż pieką, kiedy ich dotknąć, nieledwie do czerwoności rozpalone z gorąca, a nikt nie pisze nic prócz opisów zabaw w miejscach klimatycznych w górach lub wzmianek pośmiertnych. Telefon zmienia się w dzwoniącego upiora, bo mówi tylko o śmierci dobrze znanych mężczyzn i kobiet, z gorąca pot występuje na czoło i siada się, i pisze: — O małym wzroście epidemji donoszą z dystryktu Khuda Janta Chan. Wybuch epidemji jest w naturze swej sporadyczny i dzięki energji władz został stłumiony w zarodku. Mimo to z wielkim żalem notujemy śmierć itd. Ale epidemja dopiero wówczas wybucha, co się nazywa, zmuszając do pisania wzmianek i nekrologów co najwierniejszym prenumeratorom. A cesarstwa i królowie w dalszym ciągu urozmaicają sobie życie w zupełnie egoistyczny sposób, redaktor naczelny myśli, że dziennik istotnie musi wyjść raz na dobę, a rozbawieni letnicy w górach wykrzykują: — Boże miłościwy! Dlaczego ten dziennik jest taki monotonny! Przecież na świecie z pewnością dzieje się coś zajmującego! To jest odwrotna strona medalu i — jak mówią ogłoszenia — „należy spróbować, aby móc ją odpowiednio ocenić“. Działo się to w tej porze roku, w tej złej porze roku. Gazeta zbliżyła się właśnie do kresu swej egzystencji tygodniowej w sobotę w nocy, co — według terminologii pewnego pisma londyńskiego — oznacza niedzielę rano. Był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ natychmiast po wysłaniu do łóżka „numeru“ o świcie, rtęć w termometrze spadała na pół godziny z 96 st. na 84 st. i w tym chłodzie — a nie ma pojęcia, jak chłodno jest przy 84 st. w cieniu, kto się o nie nie musiał modlić — bardzo człowiek może zasnąć, zanim się zrobi goręcej. Pewnej soboty, w nocy, miałem miły obowiązek wysłania „numeru“ do łóżka. Jakiś król, dworzanin, kurtyzana czy republika miała umrzeć, porodzić nową konstytucję czy zrobić coś, co było bardzo ważne dla drugiej strony świata, wobec czego nie można było wcześniej zamknąć „numeru“, lecz musiało się czekać do ostatniej chwili na depesze. Noc była czarna, jak smoła, duszna jak może być tylko noc czerwcowa duszną, i „loo“, gorący wiatr zachodni, szumiał w wierzchołkach wyschłych na chrust drzew, udając, że zapowiada deszcz. Istotnie od czasu do czasu na chmury pyłu z hałasem skaczącej ropuchy spadała jakaś kropla nieledwie wrzącej wody, ale nasz zmęczony świat wiedział, że to jest tylko komedja. Siedziałem w drukarni, gdzie było odrobinę chłodniej, niż w redakcji; linotypy szczękały i stukały, odgłosy nocne wpadały nam przez okna, a zecerzy, prawie nadzy, ocierali pot z czół i wołali o wodę. Ta jakaś historja z drugiej półkuli, cokolwiek tam już było, nie nadchodziła mimo, że „loo“ ustał, ostatni artykuł został złożony, a cała kula ziemska w dusznem gorącu jakby zastygła w oczekiwaniu z palcem na ustach. Byłem śpiący i rozmyślałem nad tem, czy telegraf istotnie jest tak wielkiem błogosławieństwem i czy ten umierający człowiek, czy walczący naród zdaje sobie sprawę z tego, jakie zamieszanie robi każda chwila dalszej zwłoki. Prócz gorąca i zmęczenia nie było żadnej szczególniejszej przyczyny do wzruszania się, mimo to kiedy wskazówki zegara wreszcie dopełzły do trzeciej godziny a uskrzydlone koła maszyny, czekając na jedno moje słowo, poruszyły się kilka razy dla sprawdzenia czy wszystko jest w porządku i czy można puścić je w ruch, o mało nie krzyknąłem głośno z radości. Huk i szczęk kół potargał ciszę na drobne kawałki. Chciałem już wyjść, gdy wtem ujrzałem przed sobą dwóch biało ubranych mężczyzn. — To on! — rzekł pierwszy. — Tak jest, to on! — potwierdził drugi. I obcierając czoła spocone śmiali się, swym śmiechem zagłuszając huk maszyny. — Spaliśmy dla chłodu w rowie koło gościńca. Po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy światło. Redakcja jeszcze jest otwarta — powiadam do mego obecnego tu przyjaciela. — Chodźmy do niego i pogadajmy z nim. Przecie to on zawrócił nas od granicy państwa Degumber. Tak mówił mniejszy z nich dwóch. Poznałem w nim człowieka, z którym jechałem razem do Mhau. Jego towarzysz był czerwonobrodym pasażerem ze stacji Marwar. Nie mogło być żadnej wątpliwości. Poznałem odrazu brwi jednego i brodę drugiego. Ich wizyta niezbyt mię zachwyciła, bo wolałem spać, niż kłócić się z włóczęgami. — Panowie czego sobie życzą? — spytałem. — Chcielibyśmy wygodnie i w chłodzie pogawędzić z panem pół godzinki — rzekł czerwonobrody. — Chodźmy do redakcji. Owszem, przyjęlibyśmy kieliszeczek czegoś — umowa jeszcze nie weszła w życie. Peachey, — ale w rzeczywistości potrzebujemy rady. Nie chcemy pieniędzy. Prosimy o to jak o łaskę, bo wiemy, że to wy „kiwnęliście“ nas w sprawie państwa Degumber. Zaprowadziłem ich do dusznego pokoju redakcyjnego o ścianach zawieszonych mapami, na których widok czerwonobrody aż zatarł ręce z zadowolenia. — Tego nam właśnie było trzeba — rzekł. — Nie mogliśmy lepiej trafić. A teraz, szanowny panie, przedstawiam wam brata Peachey Carnehana — to jest on — i brata Daniela Dravota — to niby ja — a zaś co się tyczy naszej profesji, to już im mniej o tem będziemy mówili, tem lepiej, bo w swoim czasie było się nie jednem — żołnierzem, marynarzem, zecerem, fotografem, korektorem, kaznodzieją ulicznym, a nawet korespondentem „Mieszkańca Dżungli“, kiedyśmy myśleli, że pismo korespondenta potrzebuje. Carnehan jest zupełnie trzeźwy i ja też. Przyjrzyjcie się nam przedewszystkiem i przekonajcie się, że mówię prawdę. To uchroni was od przerywania mi, kiedy zacznę mówić o interesie. Niech nam pan da po cygarze — i niech pan patrzy, jak je zapalamy. Obserwowałem ich przy tej próbie. Obaj byli zupełnie przytomni, wobec czego dałem im letniej wódki i sodowej wody. — Zupełnie słusznie — rzekł Carnehan, właściciel tych nadzwyczajnych brwi, obcierając wąsy. — Dan, pozwól, że teraz ja powiem parę słów. Zwiedziliśmy całe Indje, przeważnie na piechtę. Byliśmy palaczami, maszynistami, małymi dostawcami i tak dalej i w końcu przekonaliśmy się, że dla takich ludzi, jak my, Indje są zamałe. W każdym razie zamały był dla nich pokój redakcyjny. Kiedy siedzieli przy wielkim stole, broda Dravota wypełniała jedną jego połowę a plecy Carnehana drugą. Carnehan mówił dalej: — Kraj nie jest ani w połowie wyzyskany, bo ci, co rządzą, nie pozwolą się niczego dotknąć. Im cały drogi czas schodzi na rządzeniu i nie możecie ruszyć łopatą, ani kopnąć kamienia, ani szukać nafty, żeby natychmiast cały rząd nie zaczął krzyczeć: — Zostaw to, nie przeszkadzaj nam w rządzeniu! Dlatego też my puścimy kantem ten rząd i pójdziemy sobie gdzieindziej, gdzie człowiek nie jest sekowany i może dojść do swego. Nie jesteśmy ladaczem i nie boimy się niczego, jak tylko pijaństwa. Ale co do tego znów, to mamy umowę. I otóż pójdziemy sobie stąd i zostaniemy królami. — Królami od nikogo niezależnymi! — mruknął Dravot. — Doprawdy! — rzekłem. — Wałęsacie się po słońcu, a i noc jest bardzo gorąca. Czy nie lepiej byłoby wyspać się na ten temat? Wpadnijcie może jutro. — Nie jesteśmy ani pijani, ani porażeni przez słońce — odpowiedział Dravot. — A spaliśmy już na ten temat pół roku i oglądaliśmy, różne mapy i atlasy i ostatecznie stwierdziliśmy że jest już tylko jedno jedyne miejsce na świecie, gdzie dwóch dzielnych ludzi może wyjść na swoje. Ten kraj nazywa się Kafiristan. O ile wiem, jest to prawy szczyt górnego kąta Afganistanu oddalony od Peshawaru nie więcej, niż jakie trzysta mil. Czczą oni tam trzydziestu dwóch pogańskich bożków, nie zrobi im różnicy, jeśli mieli trzydziestego trzeciego i czwartego. Jest to okolica górzysta i kobiety mają być w tamtych stronach bardzo piękne. — Nie, toby znowu było wbrew umowie! — zaprotestował Carnehan. — Powiedziano wyraźnie, Dan: — Ani kobiety, ani trunków. — Oto wszystko, co o tym kraju wiemy, wyjąwszy to, że nikt tam jeszcze nie był i że tubylcy wojują ze sobą. A tam, gdzie się biją, człowiek, który umie musztrować żołnierzy, zawsze może zostać królem. Pójdziemy w tamte strony i jeśli znajdziemy jakiego króla, powiemy mu: — Chce pan pobić nieprzyjaciół? — i pokażemy mu, jak się musztruje żołnierzy, a to umiemy lepiej, niż wszystko inne. A potem obalimy tego króla, zasiądziemy na jego tronie i założymy dy — na — stję. — Zanim zdołacie oddalić się na pięćdziesiąt mil od granicy, porąbią was na kawałki — odpowiedziałem. — Żeby się tam dostać, trzeba przejść przez Afganistan. Jest to jedna masa gór, wirchów i lodowców, i ani jeden Anglik jeszcze tamtędy się nie przedarł. Lud tam mieszka nadzwyczaj dziki i nawet gdyby się wam udało tam dotrzeć, nic nie zrobicie. — To już wolę — odezwał się Carnehan. — Jeśli nas będziecie uważali za trochę upadłych na głowę, nie obrazimy się. Ale przyślismy do was dowiedzieć się czegoś o tym kraju, przeczytać jakąś książkę, przyjrzeć się mapom. Chcieliśmy właśnie, żebyście nam powiedzieli, żeśmy powarjowali i żebyście nam pokazali mapy. Zaczął przeglądać książki. — Słuchajcie, czy wy to na serjo mówicie? — zapytałem. — Odrobinę! — odpowiedział Dravot łagodnie. — Potrzebujemy wielkiej mapy, największej, jaką możecie znaleźć, choćby tam, gdzie jest Kafiristan, było zupełnie białe miejsce, no i parę książek, jakie tam są. Czytać umiemy, choć nie jesteśmy bardzo wykształceni. Rozłożyłem wielką mapę Indyj (l cal 32 mil.) dwie mniejsze mapy krajów granicznych i zdjąłem tom INF — KAN z „Encyklopedji Brytańskiej“ i obaj nowi goście zaczęli studjować mapy. — Patrzcie — mówił Dravot z palcem wskazującym na mapie. — Ja i Peachey znamy drogę aż do Dżagdallaku. Byliśmy tu z armją Robertsa. Od Dżagdallaku trzeba będzie skręcić na prawo przez terytorium laghmańskie... A potem góry — czternaście tysięcy stóp, piętnaście — będziemy tam trochę marzli, ale na mapie nie wygląda bardzo daleko. Dałem im jeszcze Wooda „Sources of the Oxus“. Carnehan pogrążony był w lekturze encyklopedji. — To bardzo mieszane towarzystwo — rzekł Dravot z namysłem. — Na nic nam się nie zda znać wszystkie nazwy tych plemion. Im więcej plemion, tem bardziej się żrą i tem lepiej dla nas. Z Dżagdallaku do Aszang Himm! — Ale wszystko to, co się tu o tych krajach czyta, jest tak dorywcze i niedokładne, jak tylko może być! — zaprotestowałem. — Właściwie to nikt nie wie nic konkretnego. Macie tu tom „United Services Institute“. Przeczytajcie, co mówi Bellew. — Gwiżdżę na Bellewa! — wykrzyknął Carnehan — Dan, słuchaj, to jest banda śmierdzących pogan, a książka tu mówi, że oni myślą, że są krewnymi Anglików. Paliłem cygaro, gdy tymczasem moi goście wertowali Raverty, Wooda, mapy i encyklopedję. — Nie potrzebujecie czekać na nas — zwrócił się do mnie grzecznie Dravot. — Jest już gdzieś koło czwartej. Możecie iść spać, a my zabierzemy się stąd, gdzieś o szóstej i bądźcie pewni, nie ukradniemy ani świstka. Niema co siedzieć nad nami. Jesteśmy dwaj spokojni warjaci, lecz jeśli zechcecie przyjść jutro wieczór do seraju, będziemy mogli pożegnać się z — Wy jesteście istotnie dwaj warjaci — odpowiedziałem — i albo będziecie musieli , nie przekroczywszy granicy, albo, jak tylko krok zrobicie na ziemi afgańskiej, poszatkują was. Chcecie może trochę pieniędzy, lub jaki list polecający na prowincję? Mógłbym dla was może znaleźć robotę za jaki tydzień. — Za tydzień to już i my będziemy mieli niemało do roboty — rzekł Dravot. — Nie tak to łatwo zostać królem, jak się zdaje. Kiedy zdobędziemy swoje królestwo i zaprowadzimy jaki taki porządek, damy wam znać, będziecie mogli przyjechać i pomagać nam rządzić. — Słuchajcie. Czy dwóch warjatów mogłoby zawrzeć taką umowę, jak ta? — odezwał się Carnehan, pokazując mi ze źle ukrywaną dumą pół arkusza poplamionego papieru, na którym napisano, co przytaczam poniżej. Odpisałem sobie to, jako „curiosum“. Ta umowa między mną i tobą zawarta została w imię Boga — Amen i tak dalej. (Pierwsze). Że ty i ja mamy zostać królami Kafiristanu. (Drugie). Że dopóki ta sprawa nie będzie załatwiona, ani ja, ani ty nie śmiesz tknąć trunków, ani kobiety czarnej, białej albo gniadej, a tylko możesz z nią sobie chodzić bez żadnego interesu. (Trzecie). Że mamy się zachowywać z i jak się patrzy i jeżeli na jednego przyjdzie bieda, to drugi musi mu pomagać. Podpisane przezemnie i przez ciebie dziś. Peachey Taliaferro Carnehan. Daniel Dravot. Obaj gentlemani w ogólnych zarysach. — To ostatnie może nawet jest niepotrzebne — rzekł Carnehan, rumieniąc się skromnie — ale to robi lepsze wrażenie. Teraz wiecie już z jakiego rodzaju włóczęgami macie do czynienia — bo my jesteśmy włóczęgami, dopóki się nie wydostaniemy z Indyj — ale czy nie myślicie, że który z nas podpisałby taki kontrakt, gdyby to nie było na serjo? Wyrzekliśmy się przecie dwóch rzeczy, stanowiących całą wartość życia. — Nie sądźcie, że znacznie dłużej będziecie się mogli cieszyć tem życiem, jeśli spróbujecie urzeczywistnić ten idjotyczny pomysł. Nie podpalcie redakcji i wynieście się przed dziewiątą — rzuciłem na pożegnanie. Zostawiłem ich pochylonych nad mapami i robiących notatki na odwrotnej stronie kontraktu. — Przyjdźcie jutro na pewno do seraju! — zawołali za mną. Seraj Kumharsen jest wielką, kwadratową kloaką ludzkości, gdzie się przeprzęga konie i wielbłądy Północy. Można tu znaleźć narodowości Azji Centralnej i większość narodowości Indyj właściwych. Balch i Buchara spotykają się tu z Bengalem i Bombajem i starają się wzajemnie okpić. Można tu kupić kucyki, turkusy, koty angorskie, juki, owce o tłustych ogonach i muszkat, a wiele dziwnych rzeczy można dostać zadarmo. Udałem się tam po południu zobaczyć, czy moi przyjaciele mają zamiar dotrzymać słowa, czy też może leżą tam gdzie na śmierć pijani. Jakiś kapłan ustrojony w strzępy wstążek i łachmany, uroczyście podszedł ku mnie, potrząsając poważnie dziecinną grzechotką z tektury. Za nim szedł jego służący, uginając się pod ciężarem koszów z brudnemi zabawkami. Ładowali je obaj na dwa wielbłądy, a mieszkańcy seraju przyglądali się temu, wybuchając głośnym śmiechem. — Ten kapłan jest obłąkany — odezwał się do mnie jakiś handlarz koni. — Wybiera się do Kabulu i chce sprzedać zabawki emirowi. Emir obsypie go zaszczytami, albo go każe ściąć. Przybył dziś rano i wciąż warjuje. — Nad pozbawionymi rozumu czuwa Bóg — wyjąkał w łamanem „kindi“ Usbeg o płaskiej twarzy. — Oni przepowiadają przyszłość. — Gdyby mi byli przepowiedzieli, że moją karawanę już w cieniu Przełęczy ogarną ! — mruknął Eusufzai, ajent radżputańskiego domu handlowego, którego towary wpadły w ręce drugich złodzieji tuż za granicą i którego nieszczęściem bawił się cały bazar. — Hej, kapłanie, skąd przychodzisz i dokąd dążysz? — Przybywam z krainy Roum! — krzyknął kapłan, potrząsając swą grzechotką. — Z krainy Roum, przypędzony przez morze tchnieniem stu szatanów! O złodzieje, bandyci, kłamcy, błogosławieństwo Pir Chana dla świń, psów i krzywoprzysięzców! Kto przyjmie benjaminka bogów za towarzysza podróży na północ dla sprzedania emirowi amuletów, jakich nigdy jeszcze nie posiadał? Tym, którzy to uczynią, nigdy nie będą się wściekały wielbłądy, nigdy się nie pochorują synowie, a żony pozostaną wierne podczas ich podróży. Kto przyjmie mnie do swej karawany? Błogosławieństwo Pir Chana towarzyszyć będzie jego trudom! I uniósłszy pół swego kaftana, kapłan zaczął tańczyć między rzędami koni, uwiązanych do palów. — „Huzrut“, za dwadzieścia dni wyrusza karawana z Peshawaru do Kabulu! — krzyknął Eusufzai. — Moje wielbłądy pójdą razem z nią. Przyłącz się do nas — przyniesiesz nam szczęście. — Ja chcę jechać zaraz! — wrzasnął kapłan. Pojadę na swych skrzydlatych wielbłądach i stanę w Peshawarze w jednym dniu! No, Hazar Mir Chan! — krzyknął na swego służącego. — Wypędź wielbłądy, ale pomóż mi naprzód wsiąść na mego. Kiedy wielbłąd przyklęknął, skoczył na jego grzbiet i zwracając się do mnie, zawołał: — Sahibie! odprowadź mnie... Sprzedam ci amulet... który cię zrobi królem Kafiristanu! Teraz dopiero zrozumiałem wszystko. Wyszedłem z seraju i szedłem za wielbłądami, dopóki nie znaleźliśmy się na gościńcu. Tam kapłan zatrzymał się. — Jak wam się to wszystko podoba? — odezwał się po angielsku. — Carnehan nie zna ich języka, dlatego zrobiłem go służącym. Doskonale się nadaje na służącego. Nie napróżno wałęsałem się po tym kraju przed czternastu laty. Źle mówię ich dialektem? Przyłączymy się w Peshawarze do jakiej karawany i tak dostaniemy się do Dżakdallaku, tam wymienimy wielbłądy na muły i ruszymy do Kafiristanu. Grzechotki dla emira, o panie! Wsuńcie rękę pod juki wielbłąda i powiedzcie mi, co tam czujecie. Namacałem kolbę karabinu Martini i jeszcze jedną i jeszcze. — Mam ich dwadzieścia — rzekł Dravot z zadowoleniem. — Dwadzieścia karabinów z ilością amunicji — wszystko ukryte pod grzechotkami i staremi lalkami. — Niech Bóg ma was w swej opiece, jeśli was z tem złapią! — rzekłem. — Wśród Pathanów karabin systemu Martini sprzedaje się na wagę srebra. — Wsadziliśmy w ten interes 1500 rupij — każdą rupję, jaką mogliśmy wyżebrać, wyprosić lub ukraść — wszystko włożyliśmy w te dwa wielbłądy — mówił Dravot. — Nie złapią nas. Przez Chajber pójdziemy z regularną karawaną. Któżby śmiał tknąć biednego obłąkanego kapłana? — Macie wszystko, czego potrzebujecie? — spytałem ze zdumieniem, zmieszany tem wszystkiem. — Jeszcze nie, ale wkrótce już będziemy mieli. Dajcie nam coś na pamiątkę swej uprzejmości, e. Oddaliście mi przysługę wczoraj i wtedy w Marwar. Jak to się mówi — połowa mego królestwa należy do was. Zdjąłem mały kompas z łańcuszka od zegarka i podałem go kapłanowi. — Good-bye — rzekł Dravot, podając mi ostrożnie rękę. — Ostatni to raz na długi czas ściskam dłoń Anglika. Carnehan, podaj mu rękę! — krzyknął, kiedy drugi wielbłąd nas mijał. Carnehan schylił się z wielbłąda i podał mi rękę. Wielbłądy minęły mnie i wsiąknęły w kurzawę gościńca. Zostałem sam, pełen zdumienia. W przebraniu tych ludzi nie odkryłem najmniejszego błędu. Scena w seraju dowiodła, że obaj są zupełnie w duchu krajowców. Mogło się im istotnie udać przekraść przez Afganistan. Ale dalej czekała ich śmierć — niezawodna i straszna. W dziesięć dni później tubylczy korespondent naszego pisma z Peshawaru donosił w swej korespondencji: — Wiele śmiechu było tu z powodu pewnego obłąkanego kapłana, który udawał się na dwór Jego Wysokości Emira Buchary. Wiózł dlań stare zabawki i lalki, podając je za bezcenne amulety. W Peshawarze przyłączył się do drugiej letniej karawany, dążącej do Kabulu. Kupcy byli z tego powodu zadowoleni, ponieważ stosownie do przesądów wyobrażają sobie, iż szaleniec przynosi szczęście. Tak więc Dravot i Carnehan przeszli granicę. Byłbym się za nich pomodlił, gdyby właśnie tej nocy nie umarł w Europie jakiś prawdziwy król, któremu musiałem napisać nekrolog.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of O człowieku, który chciał być królem.
