Obrazek z życia
PANNA FRANCISZKA.
OBRAZEK Z ŻYCIA
PRZEZ
I • II • III • IV • V • VI VII • VIII • IX • X • XI
Obrazek z życia
PANNA FRANCISZKA.
OBRAZEK Z ŻYCIA
PRZEZ
I.
Trudno wyobrazić sobie istotę szczuplejszą, bardziej delikatną i filigranową. Wzrost drobny, rysy drobne, ręce jak u dziecka, figurka budząca zazdrość we wszystkich, hojnie od natury wyposażonych pannach, oto panna Franciszka. W całem mieście znano ją dobrze, (bo i kogóż w malutkim gubernialnym grodzie nie znają?) Znano jej duże oczy niebieskie, włosy jasne jak len; poznawano ją zdaleka po ruchach szybkich, nerwowych... Śpieszyła się zawsze. Biegała szybko od sklepu do sklepu, załatwiała różne drobne sprawuneczki i z paczkami w ręku, wracała do mieszkania swego, do matki. Ah! to mieszkanie!... Z zewnątrz wyglądało ono jak oszklona klatka na ptaki, w środku jak bombonierka. Wchodziło się do niego po kilkudziesięciu schodach stromych, ciemnych, nieznośnych. Dom był staroświecki, przerabiany i dobudowywany różnemi czasy. Ostatni właściciel, pragnąc powiększyć swe dochody, zrzucił stary dach i urządził trzecie piętro drewniane, a właściwie kilka kletek nizkich, ciasnych, z oknami w dymnikach. W lecie od rozpalonej blachy dachowej było tam gorąco jak w piekle, w zimie woda zamarzała w konewkach. Mieszkanka te wszakże miały zawsze amatorów, gdyż były tanie, a dla takich osób jak panna Franciszka i jej matka, taniość ma bardzo ważne znaczenie. Niedogodności lokalu znosiły one z prawdziwą filozofią, filozofią rezygnacyi. Od zimna broniły się jak mogły ciepłemi chustkami, w lecie otwierały okna. Wewnętrzne urządzenie mieszkania było dość oryginalne. Ubóstwo mebli, a właściwie starych, wysłużonych gratów, których główną ozdobą był fortepian odwiecznego fasonu, ukrywało się pod mnóstwem serwetek, dywaników, kap, poduszeczek i różnych drobiazgów, wypracowanych, wyhaftowanych przez pannę Franciszkę. Ileż ta dziewczyna kupiła w swem życiu włóczek, peli, paciorków, kordonków, kanwy, bawełny i różnych, różnych różności, których nazwy zwykły śmiertelnik nie może objąć pamięcią! Igła lub szydełko migało się tylko w jej drobnych, wyszczuplałych palcach... migało się podczas dnia, przy jasnem świetle słonecznem i podczas długich nocy, przy lampce naftowej, o małym czerwonawym płomyku. Ta lampka nigdy jednak nie świeciła całą swoją ubożuchną siłą. Panna Franciszka nie pozwalała na to; wprawdzie nieraz czuła, że ma jakby piasek w oczach, lecz ktoby na takie drobnostki uważał. Nafta droga, trzeba za nią płacić, a oczy Bóg dał człowiekowi darmo, i tak je dobrze urządził, że gdy się zmęczą i sforsują, dość je zimną wodą odświeżyć, a znów nabiorą siły i znowu pilnować będą wytrwale ściegów igły, lub szybkich ruchów szydełka. Nieraz, gdy licha lampka wyczerpawszy już ostatnie siły swoje, gasła a natomiast jutrzenka zaczęła świat jasnością napełniać, nieraz, powtarzam, o wschodzie latem, panna Franciszka otwierała okno i wychyliwszy się przez nie, pełną piersią chwytała orzeźwiające powietrze poranku. Witały ją wesołym świegotem wróble, a wietrzyk chłodził jej oczy zmęczone i igrał z jasnemi włosami, rozwiewając je nad białem, wypukłem czołem. Na mieście ruch się już o owej porze zaczynał, od rogatek ciągnęły wozy chłopskie na targ. Były na nich świeże jarzyny, kurczęta, śmietana... Panna Franciszka widziała to z okna, myślała nieraz, że kupiłaby co z tych wozów dla matki, gdyby było tanio. Niestety jednak teraz wszystko tak drogo, że dwoma złotówkami trudno potrzeb całego dnia opędzić i zdarza się, że pomimo największej oszczędności, trzeba wydać kilkanaście groszy więcej. Ciężkie czasy! I za robótki zapłata licha, bardzo licha; noc przepędzona nad igłą nie przyniesie tyle, żeby przez dzień wyżyć było można, a matka, z wiekiem coraz słabsza, potrzebuje lepszego pożywienia i więcej wygód niż dawniej. Duże oczy panny Franciszki są podkrążone i mają sine obwódki, twarzyczka blada nigdy nie jaśnieje rumieńcem, wązkie usta nie mają tego zabarwienia, które o zdrowiu świadczy. Mizerna jest. Powiadają, że ma suchoty, ale to nieprawda. Od kilkunastu lat pamiętam ją, taką wątłą, bladą i szczupłą. Suchoty nie pozwoliłyby jej żyć tak długo. Jakie to życie, Bóg widzi... ale życie. Panna Franciszka nie jest suchotnicą, chociaż ciągle niedomaga i kaszle, owszem, jest ona raczej jak owo drzewo skrzypiące, które według przysłowia, wiele zdrowych przeżyje. Gdy jej co bardzo dolega, gdy cierpi i siły traci, udaje się do znajomego lekarza, kupuje proszki chinowe, jeżeli ma za co, i z tą wiarą która uzdrawia, wmawia w siebie, że już jest wyleczona, i... pracuje znowuż z tąż samą wytrwałością co dawniej. Czasem miewa w życiu chwile prawdziwej rozkoszy. Zdarza się to wtenczas, gdy krewni zaproszą ją na wieś podczas lata. Matka zostaje w domu, gdyż wsi nie lubi, a panna Franciszka używa... Chcąc odpłacić za gościnność, szyje po całych dniach suknie dla pani domu, bieliznę dla dzieci, pomaga smarzyć konfitury, nawet, podczas gorącej pory żniwa, idzie dozorować robotników na polu, pracuje jak mrówka, ale... ma za to zbytki. Ma codzień świeże, pieniące się mleko, zdrowe pożywienie, kąpiel w przejrzystej rzeczułce i powietrze, pełne woni kwiatów, skoszonego siana i balsamicznego tchnienia lasów. To jest życie! Pomimo pracy forsownej, krew żwawiej krąży w żyłach i serce silniej uderza, oczy inaczej patrzą, z twarzy znika chorobliwa bladość. W dzień pracować można w cieniu lip rozłożystych, a wieczorem... Jestże co piękniejszego, coś bardziej uroczego nad wiejskie wieczory i noce?! zwłaszcza dla takich zabiedzonych w ciasnocie miejskiej i pracy. Panna Franciszka z rozkoszą, podczas pogodnych wieczorów i nocy, wpatrywała się w lazurowe niebo, w złote gwiazdy, wsłuchiwała się w tajemnicze szepty liści, w szmer wody i puszczała wodze marzeniom. Rzadko kiedy, nawet nigdy myśli jej nie biegły w przyszłość, nie usiłowały przeniknąć tajemniczej zasłony, ale do przeszłości wracały z rozkoszą, do wspomnień... Wtedy przed oczami jej duszy, malowały się obrazy jasne, wspomnienia snuły się jedne za drugiemi, nakształt pasem złocistych. To już jej jedno tylko pozostało na świecie. Zadumana tak, zapatrzona w gwiazdy, umiała tak przesiedziéć aż do świtu samego, aż dotąd, dopóki chłód poranku nie przywołał jej do rzeczywistości, do życia. Szybko upływało takie lato rozkoszne, szybko, niespostrzeżenie, jak sen, nadchodziła za niem szara jesień, jaskółki odlatywały gdzieś za morze, a biedna pracownica musiała powracać do swego ubogiego poddasza, do matki chorowitej, a skutkiem tego przykrej w obejściu i zrzędnej. I znowuż biegała od sklepu do sklepu, po kordonki, paciorki i włóczki, znowu przy świetle marnej lampki przesiadywała nad robótkami do późna. Powróciwszy ze wsi, wszedłszy w dawny, zwykły tryb życia, przestawała marzyć, nie zagłębiała się w dawnych wspomnieniach, zajmowała ją tylko wyłącznie jedna przykra myśl: „jak teraz wszystko drogo, jak niemożliwie drogo”!...
II.
Przed dwudziestoma kilkoma laty, ta panna Franciszka, która się już dziś sama starą panną nazywa i nie obraża się, gdy ją kto do tego smutnego szeregu wydziedziczonych zalicza, była młodą i pełną życia dziewczyną. Z piosnką na ustach i pogodą w duszy, wyrywała się do życia. Nie dał jej los bogactwa, ale za to nie poskąpił sił, zdrowia i wdzięku. Nie zaliczano jej do pięknych, ale pociągała ku sobie prostotą i złotym, nigdy nie wyczerpanym humorem. Życie wtenczas o wiele było łatwiejsze, nawet zupełnie łatwe. Pracowały obie z matką i to co zarabiały wystarczało im najzupełniej na opędzenie skromnych potrzeb. Ojciec umarł młodo i, prócz dobrego imienia, nie pozostawił po sobie nic, ale ludzie dopomogli, wdowa założyła niewielki magazyn, roboty nie brakło; można było żyć spokojnie i posyłać Franię na pensyę. Dziewczyna uczyła się i rosła, a matka z dumą spoglądała na swą jedynaczkę. Chowała ją po swojemu i cieszyła się że Frania potrafi jako tako rozmówić się po francuzku i zagrać bez omyłki skocznego walczyka. O resztę nie troszczyła się matka i nie przyszło jej nigdy na myśl, żeby panience jeszcze inne jakie wiadomości były potrzebne. Frania nie bez trudności ukończyła kilkoklasową prywatną pensyjkę i włożywszy długą suknię, awansowała na pannę dorosłą. Pomagała matce w pracy, a oprócz tego zarabiała i na własną rękę, dając lekcye, niewybrednym małym amatorkom kulawej francuzczyzny i aspirantkom do fortepianowych popisów... w przyszłości. Matka postanowiła prowadzić dom otwarty, przyjmować młodzież i od czasu do czasu wydawać wieczorki. Dlaczegóżby nie? Mieszkanko było ładne co się zowie, salonik w którym, po odsunięciu stołu, przynajmniej sześć par mogło się kręcić bez wielkiej trudności, fortepian także był w domu... i jaki jeszcze fortepian! Wyprawny fortepian matki, świadek lepszych czasów, długi, wązki, z bronzami, palisandrowy. Ostatni wyraz mody, a chociaż wielokrotnie psuło się w nim coś i dziwnie jakoś brzęczało, jednak umiejętny stroiciel umiał na to radzić i tak zawsze zrobił, że prawie wszystkie klawisze odpowiadały i że można było grać nietylko do tańca, ale nawet i do słuchu, jeżeli słuch nie był bardzo grymaśny i wybredny. Gdyby ten wysłużony fortepian umiał mówić, opowiedziałby o pannie Franciszce bardzo wiele ciekawych rzeczy. Pani Janowa, bo tak matkę naszej bohaterki nazywano, ułożyła sobie naprzód listę młodzieży i zasięgnąwszy szczegółowych informacyi o każdym kandydacie, rozpoczęła kampanią. Pierwszy wieczór udał się świetnie. Panna Franciszka zaprosiła kilka swoich przyjaciółek, młodzież stawiła się do apelu, tańczono do białego rana. Nazajutrz była niedziela. Matka i córka spały długo, przebudziły się obie rozmarzone; matka o losach córki, córka zaś o jednym z wczorajszych tancerzy. — No, cóż Franiu? — zapytała matka — jakże ci się podobał pierwszy wieczorek, twój wieczorek, boć przecież nie dla kogo, tylko dla ciebie zaprosiłam gości i poniosłam takie wydatki. — Mama także się zabawiła — rzekła nieśmiało córka. — Wielki Boże! Franiu! czy i tego mi żałujesz? — Wcale nie, mamo, nawet mi przez myśl nie przeszło... — Znam ja cię, znam dobrze... Takie jest całe pokolenie dzisiejsze, wszystko dla siebie, dla matek nic. To samo powiada pani Kowalska i pani Andrzejowa, każda z moich znajomych to samo. — Proszę mamy — przerwała panna Franciszka — te znajome są w błędzie, według mego przekonania nie ma na świecie córki, któraby nie cieszyła się szczerze, widząc matkę rozweseloną i uśmiechniętą. Tem bardziej ja. — Dlaczegóż ty tem bardziej? Czy wyobrażasz sobie, że jesteś najlepszą córką na świecie? — Nie, ale wiem to, że mama jest jeszcze młoda, przystojna i że ma wszelkie prawo do rozweselania się i rozrywek... — Ale gdzietam, gdzietam! — powtórzyła skromnie pani Janowa, uradowana komplementem — moje czasy już przeszły... — Nie. Mama tak ślicznie wczoraj wyglądała w popielatej sukni... a jak mama tańczyła! z jakim wdziękiem! — To dla ciebie tylko, moja Franiu, dla ciebie. Ktoby mi się kazał stroić na starość, mnie! wdowie! ale czegóż to matka dla dzieci nie zrobi. — Ślicznie mama tańczyła, wszyscy byli zachwyceni, jak mamę kocham. — Powtarzam, że to tylko dla ciebie. Ah! — dodała z westchnieniem — gdybyś mnie widziała dawniej!... ale co tam! na co poruszać stare dzieje? Powiedz mi oto lepiej, jak ci się podobał pan Ignacy. — Pan Marcinkowski? — Aha! Panna Franciszka skrzywiła się. — Nie bardzo — odrzekła — taki sobie, ani ładny, ani brzydki, ani młody, ani stary, mało co mówi, tańczy niezgrabnie... — Już wydziwiasz! Ledwie że to dorosło, ledwie pierwszy raz ludzi zobaczyło i już się krzywi, już grymasi! — Ależ mamo, co to ma za związek z grymasami? Pyta się mama, jak mi się pan Ignacy podobał, więc odpowiadam, że mi się wcale niepodobał. — Nic a nic? — Ani trochę. — A czy ty wiesz, grymaśnico, że ten pan Ignacy ma już pozycyą? — Dziwiłabym się, gdyby jej nie miał. — Dlaczego? — Taki niemłody, miał więc czas odbyć choćby dziesięć aplikacyj. — On nie potrzebował wcale odbywać aplikacyi. Trzeba ci wiedziéć, że od lat kilkunastu jest dependentem u regenta, że mu się doskonale powodzi. Człowiek porządny, stateczny, oszczędny i podobno ma kilka tysiączków uskładanych, powiedziała mi to pani Kowalska, pod wielkim sekretem. — Niech ma, choćby i sto tysięcy, cóż mnie to może obchodzić? — Doprawdy, Franiu, dziwię się, przecież nie dlatego łożyłam na twoją edukacyą, żebyś miała całe życie w domu siedziéć, lecz dlatego żebyś znalazła odpowiednią partyę, wyszła za porządnego człowieka i była szczęśliwa. Właśnie Marcinkowski... — Mama chce żebym ja za niego wyszła? — Bardzo pragnę. — Ależ ja go nie kocham, nie mam dla niego najmniejszej sympatyi... zresztą nie znam go prawie. — To bagatelka, moja Franiu, najmniejsza rzecz. Nie znasz go, ale z czasem poznasz, nie kochasz dziś, pokochasz jutro. — Przedewszystkiem niewiadomo, czy pan Marcinkowski o mnie myśli? Jestem pewna, że nie. — To do ciebie nie należy. Co on myśli, a raczej co myśléć będzie, to rzecz moja i pani Kowalskiej. — Ciekawam bardzo dlaczego pani Kowalska tak się zajmuje moim losem? — Bo jest moją serdeczną przyjaciółką. Przyrzekła mi, że znajdzie dla ciebie partyę i znajdzie. — Lepiej żeby pomyślała o losie własnej córki. — Antosia jest jeszcze bardzo młoda. — Istotnie. Wiem coś o tem. Dzieckiem będąc widywałam tę Antosię jako już dorosłą pannę. — Daj pokój! Co ci do tego? Czy uważałaś, że ten pan Ignacy jest wcale nie brzydki, nawet gdy mu się dobrze przypatrzyć, to wydaje się przystojny. — A żeby go obserwować przez lornetkę odwróconą, to można by sądzić, że się widzi cud piękności! Ale szczerze mówiąc, pomiędzy wczorajszymi naszymi gośćmi nie brylował. Byli przystojniejsi. — Ciekawam kto? Może ten pan Julian, który o mało lampy nie rozbił. — Ano i pan Julian wcale gładki chłopiec... tańczy ślicznie. — Aplikant! — wtrąciła mama z pogardliwym uśmiechem. — Ja też nie mówię o jego stanowisku. — Ale wyszłabyś za niego? — Nie wiem, zdaje mi się, że nie. — Przynajmniej raz odezwałaś się rozsądnie. Pamiętaj o tem, Franiu, że nie ma większego głupstwa, jak wychodzić zamąż za człowieka bez pozycyi. — Eh, moja mamo, dlaczego mama ciągle mówi o zamążpójściu? Jabym pragnęła pobyć jeszcze jakiś czas w domu, przy mamie. Alboż mi tu źle? Mama mnie kocha, czas schodzi nam wesoło. — I to prawda... ale o przyszłości zawczasu myśléć należy! — Wie mama, że ślicznie się wczoraj zabawiłam, i nie podziękowałam dotychczas — rzekła całując ręce matki — doprawdy jestem niewdzięczna!... Przecież miałam, dzięki mamie tyle przyjemności... zabawa, śpiew... — Podobał ci się, jak uważam. — Śpiew? przecież wiadomo mamie, że przepadam za muzyką. — Ja myślę, że śpiewak bardziej cię zajął niż śpiew. — Żartuje mama — odrzekła Frania — spuszczając oczy, a jednocześnie twarz jej oblała się gorącym rumieńcem. — Nie odpowiadasz na pytanie. — Cóż mam odpowiedziéć? Mama wie, że lubię śpiew i muzykę. — Tak. Kształciłam przecież twój talent, nie szczędząc wydatków. Mogę powiedziéć, że od ust sobie odejmowałam byle za lekcye zapłacić. Panna Matylda, sławna przecież nauczycielka, brała po trzy ruble na miesiąc, a potem stary Miller, metr w całem znaczeniu, uczył cię i brał... wyobraź sobie, brał po dwa złote za godzinę! Nie sądź że żałuję tego wydatku, niech mnie Bóg broni, przez myśl mi nigdy nic podobnego nie przejdzie; tak tylko powiadam, żebyś wiedziała. Wracając do wczorajszego śpiewu, a raczej śpiewaka, to muszę się przyznać, że przyjście jego do nas było niespodzianką. — Nie zapraszała go mama? — Ale zkąd? do wczorajszego dnia wcale go nie znałam, nie słyszałam o nim nigdy w życiu. — Więc jakim sposobem znalazł się w naszem towarzystwie. — Potrzeba było młodzieży do tańca, więc też pani Kowalska prosiła pana Marcinkowskiego, żeby przyprowadził kogo ze swoich znajomych. Przyprowadził też! Boże zmiłuj się. — Pan Alfons nie podobał się mamie? taki miły człowiek. — Cudak jakiś! Do czego podobne te włosy spadające na ramiona, kozia bródka... wygląda zupełnie jak cygan, albo jakby jaki grajek wędrowny... — Do twarzy mu z długiemi włosami, tak poetycznie, oryginalnie, a przytem śpiewa! Ah! mamo, jak ten człowiek śpiewa prześlicznie. — Śpiewa on dosyć cienko, moja Franiu. Pytałam się pani Kowalskiej o niego, opowiedziała mi wszystko. Cuda, mówię ci cuda! Kiedy mazura, zaprosiłam panią Kowalską do mego pokoiku i gawędziłyśmy z godzinkę to o tem, to o owem, zwyczajnie jak dwie biedne skłopotane matki... a to ci trzeba wiedziéć, że pani Kowalska całe miasto zna. — Sławna jest z tego przecież — wtrąciła panna Franciszka z uśmiechem. — Bardzo cię proszę, nie wyśmiewaj się z niej. Osoba to godna poważania, pod każdym względem. Wracam do rzeczy: Siadłyśmy sobie w kąciku i gadu, gadu... Otóż pytam jej: moja droga pani, czy znasz pani tego z długiemi włosami? A, powiada, któżby go nie znał?! i zaczyna mi opowiadać niestworzone rzeczy. Mówi, że znała jego rodziców, że trzymali wioskę w dzierżawie, że mieli tylko jedynego syna Alfonsa, że oboje w jednym roku zmarli, że zostało się po nich majątku nie wiele, a synek, wziąwszy ten fundusz, zniknął zupełnie z horyzontu. — Ale się przecież znalazł. — Tak... juścić znalazł się, ale gdzie bywał przez kilka lat, a raczej gdzie nie bywał?! Różnie to o tem ludzie powiadają. Jedni tak, drudzy owak, ale istotną prawdę zna tylko pani Kowalska. Opowiedziała mi też wszystko w najdrobniejszych szczegółach. — Ale co? co, mateczko, jestem bardzo ciekawa... — Wierzę ci, ale nie wiem czy potrafię powtórzyć. — Więc to bardzo długa historya? — Ah! tomy pisać! Włosy na głowie powstają! — Niechże mi mama opowie te nadzwyczajności! o czem by można tomy pisać?! Co tak dalece szczególnego zrobił pan Alfons?! — Otóż właśnie tego pani Kowalska nie wie... ale niebój się, mądra to kobieta, dowie się ona o wszystkiem, spenetruje, wyszpera... Nie ma takiej rzeczy, któraby przed nią ukryć się mogła. Panna Franciszka rozśmiała się. — W takim razie — rzekła — nie umiem sobie wyobrazić, co mogła mówić o panu Alfonsie, skoro nic o nim nie wie. — Ależ nie! powiadam ci, że wie i bardzo dużo nawet, tylko nie może dojść co robił za granicą. — Więc był za granicą? — A jakże! po śmierci rodziców dostał, jak ci mówiłam, maleńki kapitalik. Nie wiele tam tego było, ale było. Inny na jego miejscu kupiłby sobie domek na przedmieściu, albo umieścił pieniądze na procent, a sam poszedłby na aplikacyę, jak wszyscy młodzi ludzie z naszej sfery. Inny powiadam, ale nie taki cudak... — Czyż to zbrodnia, że nie szukał karyery tam gdzie jej wszyscy szukają? — Nie zbrodnia, ale dziwactwo, a co więcej trwonienie grosza. Proszę cię, moja Franiu, to tylko magnaci mogą sobie pozwalać na takie zbytki... — Może jeździł dla edukacyi, dla kształcenia się. — Boże wielki! czyż po to aż za granicę trzeba jeździć!? Skończył tu szkoły, ma patent, nawet jak mówią bardzo dobrze się uczył, więc czegóż mu więcej było potrzeba? Czegoby go tam więcej nauczono? Pani Kowalska mówi, że za granicą także nie ma więcej klas jak siedm. Nie, moja Franiu, nie! nie o edukacyę mu chodziło, ale o zbytki. Złapał parę tysięcy i nie wiedział co robić z niemi. — A w jakich krajach bywał? — Spytaj się raczej w jakich nie bywał! W Niemczech, proszę cię, w Paryżu, podobno nawet w Rzymie! Tego jednego to mu zazdroszczę co prawda. — Musi zapewne mówić kilkoma językami. — Spodziewam się! ale i pod tym względem jest utracyusz. — Utracyusz? — Naturalnie. Inny na jego miejscu dawałby lekcye i miał z tego kawałek chleba, ale jemu się nie chce. Majątek po rodzicach zmarnował, języki marnuje i przekonasz się, że nic z niego nie będzie. Pani Kowalska ciągle to powtarza, jak cię kocham. — A z czegóż żyje pan Alfons? — Doprawdy nie wiem. Podobno daje lekcye muzyki, ale ma ich nie wiele. — Eh, musi on jednak miéć jakieś zajęcie, a nawet i duże. Pewna tego jestem. — Ty? — Tak, mamo. — Ciekawam bardzo zkąd ta pewność? — Sam mi mówił wczoraj, że ma bardzo mało wolnego czasu, więc... — Aha, toś się z nim wdawała w dłuższą rozmowę?! Winszuję, tego tylko jeszcze brakowało! — Jakże mama chce, był u nas, więc rozmawiałam z nim, zdaje się, że to jest całkiem naturalne. — Był! także mi argument! Wielka rzecz że był, ale powinnaś się zastanowić dlaczego był! — Dlatego, że go proszono. — Tak, istotnie, prosił go pan Marcinkowski, ale to nie znaczy, że prosił go do rozmowy. — Do czegóż więc? — Do tańca, powiadam ci, że do tańca tylko. Potrzeba było młodzieży więc się prosiło młodzież, a ty zaraz w gawędy, w dyskursy! Do czego to podobne! Co tobie do tego, czy on ma czas, czy nie ma czasu. Na co ci ta wiadomość. Na drugi raz nie bądź taka rozmowna, bardzo proszę. — Szkoda, że mama nie uprzedziła mnie wcześniej, udałabym była ból zębów i nie odzywała się do nikogo. — Do nikogo! Znowu przesada. Kto ci powiedział, że na wieczorku nie mówi się do nikogo? Owszem, mówi się, tylko trzeba wiedziéć z kim rozmawiać i o czem. Naprzykład z panem Marcinkowskim powinnaś była mówić i to dużo, jak najwięcej. — Kiedy on, proszę mamy, jest milczący jak mumia egipska. — Mogłabyś grzeczniej się wyrażać... że jest milczący to właśnie bardzo dobrze. Człowiek poważny, stateczny, nie wietrznik, nie będzie trajkotał bez potrzeby. — W takim razie, jakże z nim rozmawiać... — Jak rozmawiać! także pytanie! Rozmawiać i dość. — Kiedy on nic nie mówi, mamo. — To będzie słuchał. Mogłaś mu opowiadać o pogodzie, o kwiatach, o ostatnim spacerze, o pani Kowalskiej, o czem chcesz. Słuchałby cię uważnie, bo, co tu w bawełnę owijać, szczęśliwa jesteś, podobałaś mu się. — Już?! — A tak, już. — A mama zkąd może o tem wiedziéć? — Zkąd wiem, to wiem, pani Kowalska mówiła mi i dość na tem. Uprzedzam cię, że dziś będziemy miały wizytę, przyjdzie. — Kto, mamo? — Pan Marcinkowski. Słuchaj matki i bądź dla niego uprzejma. Ja wszystko dla twego robię... i ten wieczorek dla ciebie... i pan Marcinkowski dla ciebie... wszystko, wszystko dla twego losu jedynie.
III.
Pani Janowa dołożyła wszelkich starań ażeby upragniony gość był przyjęty jak najgościnniej. Kupiła nawet butelkę wina, w nadziei, że to mu język rozwiąże i do rozmowy z Franią zachęci. Żeby zaś młodym pozostawić większą swobodę zaprosiła także panią Kowalską. — My starsze będziemy rozmawiały ze sobą — myślała — młodzi ze sobą i tak się jakoś węzełek zadzierzgnie, Frania będzie szczęśliwa... Marcinkowski zarabia sporo u regenta i podobno nocami na arkusze pisuje. Obrotny człowiek, ciągle ma świeży grosz, a prócz tego i kapitalik złożony. Dobrze im będzie, bardzo dobrze, a że nienadskakujący i nierozmowny to i cóż? Rozmowa głodu nie zaspokoi, jeść nie da. Lepiej cicho siedziéć przy chlebie, niż dyskursa prowadzić przy pustym żołądku. Takie były myśli matki. Umysł panny Franciszki czem innem był zajęty. Zdawało się, że widzi przed sobą pana Alfonsa, że słyszy jego śpiew, ten śpiew, który na niej zrobił tak silne wrażenie. Żeby go jeszcze kiedy usłyszyć, choć raz, jeden, jedyny... Po obiedzie przyszedł pan Marcinkowski, wysoki, szczupły, pochylony, z twarzą bladą i siwiejącemi włosami na skroniach. Ubrany czarno, w tużurku odwiecznego kroju, niezgrabny, nie robił na pierwszy rzut oka sympatycznego wrażenia. Pani Janowa przyjęła go bardzo czule, Frania obojętnie, prawie nie patrzyła na niego. — Niechże kochany, drogi pan Ignacy siada — mówiła matka — bardzo proszę, o tu, na fotelu będzie wygodniej. Co słychać na świecie? — Hm... nie wiele. — Ale przecież... bo my z Franią żyjemy zupełnie po za światem, ona taka domatorka, we mnie się wdała... nie mamy też nigdy świeżych wiadomości. Pan z wielkiego świata, to zupełnie co innego. — Gdzie tam! — O wiem ja, wiem. Panowie prawnicy ciągle z obywatelami, z hrabiami. — Najwięcej z żydami, pani dobrodziejko, chociaż trafi się czasem i chłop. — Ah, pan o kancelaryi mówi. Czynności pewnie dużo... — Nie ażeby... — Ale, ja słyszałam, że panowie macie największą klientelę. — Nie koniecznie. — Jednak ludzie mówią inaczej. Pański regent majątek robi. Marcinkowski ramionami wzruszył. — Więc to nie prawda? — spytała pani Janowa, pragnąc podtrzymać rozmowę. — Albo ja wiem. — Dyskretny z pana człowiek, to bardzo dobrze. To wielka zaleta, szanuję ludzi dyskretnych, nie ma pan wyobrażenia jak szanuję. Prawda panie, jaki dziś ładny dzień mamy? — Niczego. — Od tygodnia nie było już pogody, a to rzecz nieznośna. Nie wiem czy jest kto coby lubił taką chlapaninę i wilgoć. Nie był pan w tym tygodniu w teatrze... — Nie. — Podobno grali nową sztukę „Czterdzieści lat, czyli życie szulera”. — Mamo, to sztuka stara jak świat! — wtrąciła panna Franciszka. — Chyba się mylisz, Franiu. Panie Ignacy wszak prawda, że nowa? — Podobno... Pani Janowa nie wiedziała już, w jaki sposób wyciągnąć gościa na rozmowę. Ciągle odpowiadał lakonicznem tak, albo nie. Rozmowa rwała się co chwila. Na szczęście zjawiła się upragniona pani Kowalska. Wpadła do pokoju jak uragan, czerwona, zadyszana, zmęczona. — Ah, pani najdroższa — zawołała padając na krzesło. — Spóźniłam się, ale stał się nadzwyczajny wypadek. — Co takiego? — Okropność, droga pani, okropność! Wyobrażenia nie miałam, żeby takie rzeczy dziać się mogły. Widzi pani jaka jestem wzruszona, ja to przechoruję... słowo daję. — Ale co? co? — pytała pani Janowa — niechże nam pani opowie. — Uf! pozwól mi pani odetchnąć... myśli zebrać. — Może szklankę wody? kawa zaraz będzie. — Wolę kawę, to mnie uspokoi. Wyobraźcie sobie państwo, wybrałam się na nieszpory do Dominikanów... — W tej chwili kawę podam. Jak pani woli? Ze śmietanką, a może czarnej z araczkiem? — Jaka pani dobra! Istotnie z araczkiem będzie lepiej. W takiej alternacyi araczek dobrze robi. — A później ze śmietanką? — Owszem, ma pani słuszność. Ma pani jak uważam przepyszne ciasto. — Sama je upiekłam, przy pomocy mojej Frani. — Gosposia! Powiadam panu, panie Ignacy, że to fenomenalna panienka, gospodyni jakiej świat nie widział, a przytem dobra, miła, łagodna. — Ale pani miała nam opowiedziéć o tym okropnym wypadku. Co to było, proszę pani? — Ah! co to było! myśli jeszcze zebrać nie mogę. — Może pożar? — zapytał Marcinkowski. — Żeby pożar, to bagatelka, mamy przecież kominiarzy, straż, zresztą domy są murowane. — A więc? — Nic, droga pani Janowa, to było zupełnie co innego. Otóż, jak powiadam, wybrałam się na nieszpory do Dominikanów, ale spóźniłam się, a raczej nie, księża się pośpieszyli z nieszporami, dość, że gdy przyszłam już dziad świece gasił. Trochę mi to było przykro, ale że jak pani wiadomo, jestem kobieta religijna i nie chciałabym nigdy opuścić nabożeństwa, więc powiadam państwu, w te pędy lecę do Świętego Ducha. Patrzę przed kościołem pełno ludzi, poprostu tłum! — Tłum? — zapytał Marcinkowski, szeroko otwierając oczy — tłum, może miała być licytacya? — Przy święcie? co znowuż?! Zresztą może przesadziłam, może nie tłum, ale kilkadziesiąt, no kilkanaście osób, samych pań, wszystko moje znajome. Ta, owa, dziesiąta. Stoją, rozprawiają, wymachują rękami. Ciekawa byłam o czem mówią. Przybliżam się, pytam: moje, drogie panie, co jest? co się zrobiło? A, powiadają, koniec świata! Coś nadzwyczajnego! Ależ co? Hrabia Stefan z Polanowa... — Hrabia Stefan?! — Tak, jak szczęścia pragnę, hrabia Stefan, przecież go państwo znacie. — Kontrakt u nas robił wczoraj o las — wtrącił Marcinkowski. — Otóż ten hrabia Stefan, sam w swojej własnej osobie, tak jak mnie panie żywą widzicie, przejechał koło kościoła powozem, w cztery siwe konie i skręcił ku rogatkom. Wszystkie panie co stały przed kościołem widziały to i wydziwić się nie mogły. — Czemu? — spytała panna Franciszka. — Jakto czemu! Ah! moja Franiu, jesteś jeszcze dziecko i nie masz wyobrażenia o światowych zwyczajach. Wiadomo przecież, że taki magnat nie wdaje się byle z kim. Już jest tak świat urządzony, że hrabiowie żyją z hrabiami, arystokracya z arystokracyą, a tymczasem taka niespodzianka!... Całe miasto wydziwić się nie może. — Nic a nic nie rozumiem — odezwała się Frania. — Zaraz zrozumiesz. Hrabia nie jechał sam, w powozie obok niego siedział jeszcze ktoś. — Kto? — Zgadnijcie państwo! — Pewnie hrabina — rzekł Marcinkowski. — A tak, tak, hrabina ze spiczastą bródką i długiemi włosami! Także mi hrabina! — Więc pan Alfons! — zawołała gospodyni ze zdziwieniem. — Pan Alfons. Tak jest, pan Alfons, z hrabią za pan brat, w jednym powozie, palił cygaro, tak jak gdyby jechał najzwyczajniejszą w świecie dorożką. Aż mnie coś tknęło. Zkąd? z jakiej racyi? po co? na co? Myślę sobie trzeba to zaraz spenetrować i spenetrowałam. Ma się rozumiéć na nieszporach już być nie mogłam, ale zobaczyłam się z kilkoma osobami, które powiedziały mi, że pan Alfons nie pierwszy raz pojechał do Polanowa; owszem, był tam już kilkakrotnie, a hrabia Stefan po kilka godzin z nim rozmawia. Ciekawam bardzo o czem, co taki pan Alfons może miéć wspólnego z hrabiami? Nie, nie, moja najdroższa pani Janowa, chyba to już będzie koniec świata. — Czy dlatego, że pan Alfons bywa w Polanowie? — spytała Frania ze złośliwym uśmiechem. — Właśnie, bo trzeba znać wszystkie okoliczności... — A pani je zna? — Naturalnie, że znam, a przedewszystkiem to wiem, że hrabia Stefan ma siostrę. Widziała ją pani zapewne, gdyż bywa niekiedy w kościele. — Znam, słuszna panienka. — Śliczna, powiedz pani, wysoka, blondynka, zgrabna, jednem słowem piękność. — No — wtrąciła pani Janowa — wątpię żeby dla niej hrabia sprowadzał pana Alfonsa. — A ja nie wątpię i dlatego właśnie powiadam, że będzie koniec świata. Pani Wincentowa przysięgała się na wszystkie świętości, że jej mówił krewny polanowskiego rządzcy, iż pan Alfons śpiewał w pałacu, a hrabianka akompaniowała mu na fortepianie. Dziwne rzeczy dzieją się, bardzo dziwne... — Moja droga pani — rzekła gospodyni — cóż nam zresztą do tego. Niech bywa choćby nawet i u książąt. Oto lepiej niech pani pozwoli kawki, teraz ze śmietanką, dobrze? — Owszem, bardzo proszę. Chociaż wogóle mało jadam, bo istotnie, trzeba pani wiedziéć, że ja prawie nic nie jadam, ale w takiem zdarzeniu, po alternacyi doznanej... — Proszę, niechże pani pozwoli, bardzo proszę. — Śliczna kawa! prawda panie Marcinkowski? — Niczego — odpowiedział małomówny kawaler. — Nie tylko niczego, ale wyśmienita! — A tak, ma się rozumiéć. — Moja Franiu — rzekła pani Janowa — zabaw przez chwilkę pana Ignacego, gdyż chciałabym na osobności powiedziéć coś pani Kowalskiej. Pan się nie obrazi? — Nie ma za co. — Jeżeli pan raczy być naszym częstym gościem, to się pan przekona, że jestem wrogiem wszelkich ceremonii. Chodźmy, droga pani, a ty Franiu baw pana Marcinkowskiego. — Jakżeż ja pana mam bawić? — zapytała Frania, po odejściu matki i jej przyjaciółki. Marcinkowski usiłował się uśmiechnąć. — Hm... jak? alboż ja wiem? Ja się i tak bawię. — Winszuję panu, może raczysz pan udzielić i mnie swojej wesołości. — Niby, jak? — Bardzo łatwo. Opowiedz pan, co wesołego, dowcipnego, zajmującego. — Owszem. — Cała zamieniam się w słuch, proszę niech pan mówi. Marcinkowski namyślał się przez chwilę, wreszcie stuknął palcem w czoło i rzekł: — Zapewne pani zna Mendla Pipermenta, tego z żółtą brodą, którego wszyscy nazywają grubym Mendlem. — Nie mam zaszczytu. — To szczególne. Otóż ten Mendel miał na Dziurawej ulicy dom narożny. Może pani uważała, numer hypoteczny 314a... — Nie przypominam sobie. — Ale musi go pani znać, jest tam skład skór, a obok dystrybucya. Więc trzeba pani wiedziéć przedewszystkiem jakie są anteriora tej historyi, ja znam je doskonale, bo nie chwaląc się, ja tu w mieście każdą nieruchomość znam, jak własną kieszeń. Anteriora były takie, że Mendel kupił ów dom na licytacyi w drodze działów i dał za niego... zaraz... ileż to on dał? Aha! przypominam już sobie: 4,250 rubli. Czy pani uważa? To się stało przed laty, jeżeli się nie mylę, szesnastoma lub siedmnastoma... Panna Franciszka tłumiła ziewanie. — Czy panią to opowiadanie nie zajmuje? — zapytał, nie mogąc ukryć zdziwienia. — Jeżeli mam prawdę powiedziéć, to nie bardzo. Czy pan lubi muzykę? — Dość. — Może co zagrać? — Owszem. — Dobrze więc, zagram panu ładnego walczyka. Usiadła do fortepianu, szczęśliwa, że tym sposobem najlepiej kwestyę bawienia gościa rozwiąże. Gdy się rozległy dźwięki muzyki, starsze panie weszły do saloniku. — Przepraszam najmocniej łaskawego pana — mówiła pani Janowa — ale my z panią Kowalską zawsze mamy tyle do pomówienia! Zwyczajnie, jak dwie biedne wdowy... same sobie radzić musimy na tym świecie. — O! to prawda — wtrąciła pani Kowalska — taki to los kobiet. Niby zdaje się, że coś zaświeci, a tu nic. Jeszcze dopóki mąż żyje, jako tako, ale po jego śmierci... Eh! co tam o tem mówić! Prawda jak Frania ślicznie gra? — Istotnie. — Sam Miller powiedział, że ma talent i to gruby talent, a on się na tem zna. Graj Franiu jeszcze, proszę bardzo, graj. Panna Franciszka nie dała się prosić. Grała walce, polki, wreszcie na żądanie pani Kowalskiej jakąś sentymentalną serenadę. Marcinkowski spojrzał na zegarek. — Tak się pan śpieszy? — Jutro rano przyjdą, proszę pani, po wypis, muszę go zrobić. — Niech pani nie zatrzymuje pana Ignacego — odezwała się pani Kowalska, on musi pracować. To mrówka, z hrabiami nie rozbija się w powozach, ale grosze zbiera! Prawda, panie Ignacy, że już się pieniężysków trochę naskładało? co? — Obrzednio, pani dobrodziejko. — Skromny! Nie lubi się pochwalić bogactwem. Ucałowawszy ręce starszych pań i ukłoniwszy się Frani, pan Ignacy wyszedł. W chwilę po jego odejściu pani Kowalska zaczęła pośpiesznie nakładać rękawiczki. — Dokąd pani tak śpieszy? — pytała gospodyni. — Mam ważne interesa. — Zostań pani lepiej z nami, pogawędzimy... — Zostałabym, ale jak pani dobrze życzę, nie mogę. Dalibóg nie mogę... przecież tego powozu i hrabiego nie sposób tak zostawić. Pójdę więc jeszcze tu i owdzie, wybadam, dowiem się i jak całą rzecz spenetruję do gruntu, to przyjdę i wszystko pani co do joty opowiem. Do miłego widzenia, droga pani, bądź zdrowa, Franiu, bądź zdrowa. Szczęśliwa z ciebie dziewczyna! Prawda, jaki ten Marcinkowski przyjemny? — Obrzednio — rzekła Frania, naśladując głos i sztywny ukłon niemiłego konkurenta — bardzo obrzednio, pani dobrodziejko...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Panna Franciszka.
