Read here

Nasi żydzi w miasteczkach i na wsiach

Klemens Junosza · 1889 · Free in the US

53,112 words · about 3 h 43 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1889 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Nasi_żydzi_w_miasteczkach_i_na_wsiach&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1889
Length
53,112 words · about 3 h 43 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 52 min
  3. I about 6 min
  4. II about 6 min
  5. III about 8 min
  6. IV about 10 min
  7. V about 16 min
  8. VI about 16 min
  9. VII about 11 min
  10. VIII about 8 min
  11. IX about 21 min
  12. Zakończenie about 9 min

Continue:

Front matter

NASI ŻYDZI

W MIASTECZKACH I NA WSIACH.

Przez

całość

NASI ŻYDZI

W MIASTECZKACH I NA WSIACH.

Przez

Klemensa Junoszę.

1889.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 31-го Іюля 1889 года.

Drukiem „WIEKU“, Nowy-Świat 61.

I.

Wstęp. Kwestya żydowska. Jej dawność. Antysemityzm. Cel niniejszej pracy.

Kwestya żydowska jest tak stara jak pisane dzieje ludzkości, jak historya. Od zamierzchłych czasów biblijnych aż po dnie dzisiejsze, wlecze się ona przez wieki, zawsze otwarta, paląca, a niewyczerpana i nierozwiązana dotychczas. „Wieczny tułacz“ idzie przez dzieje — a dokąd zajdzie — któż przewidzi? Przyszedł też i do nas w tej włóczędze — i oto od wieków dziewięciu, co najmniej, dzieci Judy rozsiadły się wśród narodu, który im więcej niż inne gościnności okazał. Dziewięć wieków pobytu, dziewięć wieków sąsiedztwa i wspólnego mieszkania! — a jednak mamy jeszcze dziś „kwestyę żydowską“, nierozwiązaną, palącą dziś, — w przyszłości groźną. Nie jest zadaniem niniejszej pracy prowadzić czytelnika przez dzieje, i opowiadać mu wszystkie fazy, przez jakie tu dziewięcio-wiekowi goście nasi przechodzili. Nie było bardzo rozkosznie nam z nimi, ani też (co każe przyznać bezstronność) i im z nami — względnie jednak mieli tu żydzi większą niż , a nawet największą swobodę i dzięki jej, zasiedzieli się wśród nas, zakorzenili, i pomimo tylu wieków pozostali... żydami, takimi jak za Bolesława Pobożnego (1264), bo nawet z tą samą łamaną mową szwabską, która po dzień dzisiejszy jest ich domowym językiem. Są narodem w narodzie, społeczeństwem w społeczeństwie — a liczba ich już miljon!! Dla czego tak się stało, dla czego nie zjednoczyli się z nami, jeżeli nie wyznaniem religijnem, to przynajmniej duchem, poczuciem wspólnych obowiązków obywatelskich, mową, obyczajem i strojem — to rzecz historyków i historyi; — my bierzemy tylko fakt, a faktem jest, że się nie złączyli i wielkie pytanie: czy kiedykolwiek się złączą. Nasze życie płynie innem korytem, ich innem, nasz duch ma odmienne, aniżeli ich, pragnienia, ale że jedna ziemia nas żywi, więc z konieczności stykać się musimy przy chlebie — i przeważnie z tego to zetknięcia powstaje „kwestya“. Antysemityzm nie jest wynalazkiem dzisiejszym, bo już patrzyły na niego piramidy egipskie; mylą się również ci, co twierdzą, że go u nas nigdy nie było, gdyż istniał i ślady swoje tak w prawodawstwie, jak i w literaturze zostawił, a kwestya żydowska ciągle domagała się rozwiązania. Achacy Kmita w r. 1648 pisze: „Przyjdzie ten czas, kiedy żydzi nie posiadłszy urzędów, rządzić będą urzędnikami, nie panując, będą panami panów. Król będzie miał podskarbiego, a oni skarb; a jak panu sprawią szubę sobolową, to im pozwoli zabrać wszystkim chłopom kożuchy“. Sleszkowski lekarz (r. 1623) groźnie powstaje na lekarzy żydów, w piśmie: „Jasny dowód, że nie tylko duszę, ale ciało swoje na wieczne zginienie dają, którzy lekarzów żydów i tatarów używają“. Pisał też przeciwko żydom i Klonowicz, pisali mniej lub więcej wszyscy prawie autorowie polscy XVII i XVIII wieku, formowała się cała literatura antysemicka, a podczas sejmu kwestya żydowska wywołała niezwykłe zainteresowanie, czego najlepszym dowodem jest mnóstwo broszur i pism ulotnych, w tej sprawie podówczas wydanych. Te fakta dowodzą, że kwestya ciągle i nieustannie domagała się rozwiązania, że odczuwano potrzebę uregulowania stosunków nienormalnych i uciążliwych. Uważne rozpatrzenie się w kartach dziejowych wskazuje również, że (pominąwszy wybuchy fanatyzmu, rzadsze zresztą u nas, aniżeli gdzieindziej) przyczyna główna niechęci do żydów miała źródło przeważnie w stosunkach ekonomicznej natury. Znoszono ich strój i mowę odrębną, nie wtrącano się do wewnętrznego życia ich społeczności, nie dotykano wyznania — ale pod ciężarem ekonomicznego ucisku usiłowano protestować — domagano się reform. Dziś antysemityzm objawia się w całej Europie, burzy się we Francyi, Niemczech, Austryi — ma swoje piśmiennictwo, koryfeuszów swoich i przywódców, odzywa się i w prasie peryodycznej i na parlamentarnych mównicach — jakżeby więc nie istniał w tym kraju, gdzie jest liczebnie więcej żydów niż w Europie całej? Czy doprowadzi do jakiego rezultatu? — można wątpić, namiętność albowiem zaślepiona jest, i ani prawdy nie widzi, ani dróg prostych, a prowadzących do celu, wytknąć nie potrafi. Jeżeli „antysemityzmem“ (jak to się w Warszawie praktykuje) nazywać mamy w ogóle mówienie o kwestyi żydowskiej, nie w duchu optymistycznym — a „antysemitami“ pisarzy, nie wahających się wypowiadać prawdy — to antysemityzm ma wszelką racyę bytu, a nawet dla dobra obudwóch stron jest niezbędny. Niech się taki „antysemityzm“ wytworzy, niech bez uprzedzeń i bez nienawiści rasowej, ale też i bez optymistycznych złudzeń, przedstawia prawdę nagą, rzeczywistą, nic nie ukrywając, ani maskując, a wtedy łatwiej będzie obmyśleć środki do zagojenia rany, która na społeczeństwie naszem od wieków się jątrzy i, niestety, zabliźnić się aż dotąd nie może. W szeregu naszych ogólnych cierpień i dolegliwości, kwestya żydowska ma pierwszorzędne znaczenie. Począwszy od chłopa, którego świerzbi dłoń, gdy mu żyd lichwiarz ostatnią krowę z obory wyprowadza, aż do myśliciela i , każdy się nią zajmuje i każdyby na swój sposób rozwiązać ją pragnął. Autor niniejszego nie czuje się powołanym do rozcięcia, lub też do rozwiązania węzła, który zawiązany został przez tysiące przyczyn, a zacieśnił się i zaplątał podczas trwania wieków; pragnie on tylko zaprowadzić czytelnika do samego gniazda „kwestyi“ do naszych miasteczek i wsi i przedstawić rzetelny ich obraz, bez uprzedzeń i bez namiętności. Jego zdaniem, gorąca miłość dla najbliższych, nie obowiązuje do nienawiści względem dalszych. W spółczesnem piśmiennictwie naszem mówi się o żydach i o kwestyi żydowskiej bardzo wiele. I dziennikarstwo i belletrystyka dużo czasu i sił tej sprawie poświęca. Jedni widzą w żydach jakieś istoty demoniczne, wyjątkowo czarne i groźne, djabelskim sprytem i przebiegłością — drudzy, przeciwnie, otaczają ich poetycznym urokiem, niemal aureolą męczeństwa. Prawda i stronność nie mogą pod jednym dachem mieszkać. Równie śmiesznym wydaje mi się ten, który dowodzi, że moda spiczastych butów jest najwyraźniejszym objawem panowania żydów nad światem — jak ów, co powiada, że lichwiarz żyd jest dobrodziejem ludzkości, gdyż... wspomaga biedaka w chwili potrzeby. Rzecz jest zbyt poważna i zbyt ważna dla całej społeczności naszej, by mogła być traktowana pobieżnie, lub krańcowo. Otóż pragnę zaprowadzić cię czytelniku do samego gniazda „kwestyi“, do źródła, z którego ona bierze swój początek. Radbym ci pokazać wnętrza tych domków nizkich, zapadłych w wilgotnym, grzęzkim, gruncie, porosłych pleśnią, przygarbionych i koszlawych. Chciałbym ci pokazać te postacie chude, wynędzniałe, głodne, żyjące z tego wiatru co wieje, goniące za groszem, zdobywające go zkąd się da, bez względu na źródło, byle tylko zdobyć, byle zatkać zgłodniałe usta, napchać pusty żołądek. Nie znajdziesz w tych obrazach poetycznych widoków natury, ani śpiewu ptasząt, ani balsamicznej woni drzew — bo ludzie, o których mówić będę, żyją w zupełnie innem otoczeniu. Brud, głód i nędza, oto ich nieodstępne towarzystwo — a wiadomo, że Głód doradca zły. Rozmnożyli się już bardzo, a pracować nie umieją; ludność, wyzyskiwana dotąd, doświadczenia i coraz oporniejsza się staje — a jeść przecie trzeba! Nie wierz temu, czytelniku, żeby żydzi byli obdarzeni jakiemiś wyjątkowemi, nadludzkiemi zdolnościami, lub sprytem; nie wierz opowiadaniom o bogactwach tutejszych, małomiasteczkowych żydów. Ich majątki, jak się przekonasz poniżej, są efemeryczne, lub fikcyjne — a owe wyjątkowe zdolności, to tylko spryt zgłodniałego lisa, który, wiedząc dobrze, co są psy folwarczne, co żelaza i samołówki — idzie jednak do zabudowań... by pochwycić kurę... Jeść mu się chce — i oto źródło sprytu i odwagi. Pragniemy pokazać czytelnikom miasteczka nasze i ich mieszkańców żydów takimi jak są, w rodzinie, w społeczeństwie własnem — i w stosunku do społeczeństwa naszego. Cóż to jest w „społeczeństwie ich własnem?“ zapytacie: czy w jednym kraju mogą być dwa społeczeństwa? Widocznie, że być mogą — skoro są. My mamy ogólne instytucye i podlegli jesteśmy prawom państwowym — oni mają i państwowe i swoje. Posiadają własny samorząd, własną oświatę w swoich gminach, własną administracyę i sąd, co się wykaże poniżej. Żyją życiem podwójnem, korzystają z praw dwojakich: z ogólnych, o ile zmusza konieczność; z własnych w całej pełni. Są państwem w państwie, narodem w narodzie, a w życiu wewnętrznem korzystają z bardzo rozległych swobód. Od współobywateli chrześcian, odgrodzili się murem niedostępnym; — chwilowo łączy jednych z drugimi interes materyalny, po za tem, chrześcianin pozostaje w swoim świecie, do którego żyd zagląda, ile mu się podoba — żyd zaś zamyka się w swoim, gdzie go oko chrześciańskie . Rządzi się też w tym swoim świecie jak chce, płaci podatki na co chce, kształci swoje dzieci jak mu się podoba, sprawę z sąsiadem podaje pod decyzyę swego sądu i wszystko ma swoje odrębne, tak jak miał przed wiekami. I żyłby w tym swoim świecie, spokojny, odosobniony, szczęśliwy i niezależny, gdyby nie to, że potrzebuje jeść, że nie umiejąc sam zapracować na kawałek chleba, szuka sposobów, żeby się pożywić chlebem cudzym. Na co to pisać? — zapyta czytelnik, — dlaczego poruszać te kwestye teraz, kiedy jak twierdzą optymiści, „blizka jest chwila, w której żydzi zrozumiawszy nareszcie etc.“ (znany frazes, więc go nie kończę). Odpowiem na to żydowskiem przysłowiem: „nikt nie krzyknie aj! póki mu nie zrobić waj!“ (niemieckie: weh! biada) — a przecież wszystkim stanom naszego społeczeństwa bieda z żydami daje się dobrze we znaki.

II. Przeciętne miasteczko polskie przed pół wiekiem i dziś. Jego stan obecny. Wpływ kolei żelaznych. Rozmnożenie się ludności żydowskiej.

Dla jaśniejszego przedstawienia sprawy, pragniemy dać obraz miasteczka z przed pół wieku i obraz dzisiejszy. Porównanie jednego z da nam oczywisty dowód, że sprawa żydowska obecnie przeszła w nową fazę, gorszą i w skutkach groźniejszą. Dodać należy, że mówiąc o małomiasteczkowej ludności żydowskiej mam na myśli ziemie, zostające pod panowaniem ruskiem, głównie Królestwo Polskie i poniekąd prowincye sąsiednie, odgraniczone od Cesarstwa w tym względzie tak zwaną „linią osiadłości“, po za którą żydom mieszkać nie wolno. Przeciętne miasteczko, tak w guberniach Królestwa, jakoteż i w sąsiednich, przedstawia mniej więcej typ jednakowy. Błotniste, brudne, odrapane, składa się z wielkiego , dokoła którego stoją zwartym szeregiem domy żydowskie i kilku wązkich uliczek rozbiegających się w różne strony. Przy tych uliczkach mieszczą się domy ludności chrześciańskiej, zajętej bądź rolnictwem, bądź rzemiosłami. Długi szereg stodół po za miastem — dopełnia całości. Żydzi osiedleni są przy głównym punkcie miasta, przy rynku, tu mają szynki, sklepy i kramy, tu są mieszkania potentatów (!) pieniężnych — głównych dostarczycieli drobnego lichwiarskiego kredytu. Tu koncentruje się handel. Nieco dalej jest synagoga wielka (bo i małych nie braknie), kilkanaście chederów, gdzie małe dzieci się uczą, locum rabina i różnych dygnitarzy kahalnych. W każdej mieścinie to samo. Wiadomo, że głównem zatrudnieniem żydów był i jest handel. Przed pół wiekiem, przed trzydziestoma laty, kiedy jeszcze nie było w kraju tylu dróg żelaznych, ile dzisiaj jest, miasteczka nasze, zwłaszcza położone przy szosach i ważniejszych traktach, miały pewne znaczenie handlowe. Żydzi, a pewna ich część, trudniła się istotnie handlem, wielu utrzymywało się z przewożenia towarów — a jarmarki przyczyniały się ogromnie do podnoszenia dobrobytu sfer handlujących. Był ruch, ruch towarów i podróżnych, z którego można było korzystać, były czasy inne, tak, że kwestya bytu nie przedstawiała wielkich trudności. Bogatsi handlowali zbożem i dzierżawili propinacye i młyny; mniej zamożni trudnili się furmaństwem, trzymali pachty krów, smolarnie, olejarnie, lub też wdawali się w drobne tranzakcye z chłopami, którzy podówczas podatniejsi byli do eksploatacyi, niż dzisiaj. Przytem należy wziąść na uwagę, że liczebnie było ich znacznie mniej, aniżeli teraz, więc też przy łatwych środkach egzystencyi, przy posiadaniu prawie że monopolu handlowego i bardzo małych podatkach — mogli wygodnie istnieć. Ci żydzi, którzy trochę pracowali,

siebie samych, utrzymywali żydowskie instytucye i tych licznych stosunkowo żydów, którzy nigdy rąk swych nie splamili ani handlem, ani rzemiosłem, ani jakimkolwiek rodzajem pracy produkcyjnej. Bo i to trzeba wiedzieć, że jeżeli społeczność nasza ma żydów — którzy żyją jej kosztem... to i żydzi mają również „żydów“ swoich, ciężar całego utrzymania których spada na ich barki. My, do pewnego stopnia, żywimy naszych żydów z konieczności — oni zaś swoich z dobrej woli, z przekonania i z poczucia obowiązku. Muszę to wytłómaczyć jaśniej. Aczkolwiek w księgach żydowskich jest dużo pięknych sentencyj o „rzemiośle“, pod którą to nazwą należy pojmować pracę produkcyjną w ogóle, aczkolwiek powiedziano jest: że każdy ojciec, oprócz zakonu, powinien syna i rzemiosła też uczyć — jednak o samej nauce zakonu pisma mówią i więcej i piękniej, aniżeli o rzemiośle, a każdy żyd małomiasteczkowy dla uczoności talmudycznej ma głębokie, entuzyastyczne uwielbienie. Chętniej wyda córkę za uczonego niedołęgę, nie mającego idei o życiu praktycznem potrzebach — aniżeli za kupca, lub rzemieślnika. Ztąd też po za żydami, których widzimy codzień, z którymi mamy stosunki, jako z rzemieślnikami, kupcami, faktorami, lichwiarzami etc. — istnieje moc żydów, nie widzialnych dla nas, zamkniętych w dusznych izbach, lub bóżniczkach, nie robiących literalnie nic — a poświęcających natomiast całe dnie i noce studyowaniu mądrości talmudycznych już po tysiące razy przestudyowanych i przekomentowanych przez takich samych „pracowników“. Widziałem takich uczonych ludzi, którzy tem się odznaczali od zwykłych śmiertelników, że nie rozumieli ani jednego wyrazu w innym języku, jak żargon lub „święta mowa Syonu!“ Różne-bo kwiatki rosną na naszej biednej ziemi! Wracamy do przerwanej myśli. Powiedzieliśmy, że przed laty pięćdziesięcioma, trzydziestoma jeszcze, żydzi, którzy troszeczkę robili — mieli jednak środki na utrzymanie własne, utrzymanie swoich instytucyj i całej gromady uczonych, z których każdy miał także małżonkę i liczne potomstwo. Było dość chleba dla tych, co robili trochę i dla tych, co nie robili nic, a kwestya żydowska nie weszła jeszcze w tę fazę, w jakiej ją dziś widzimy. Teraz jest zupełnie co innego. Sieć dróg żelaznych, która poprzecinała w kilku kierunkach kraj nasz i gubernie sąsiednie, przyczyniła się znakomicie do rozwoju punktów centralnych, a natomiast zubożyła miasteczka i odjęła im to znaczenie handlowe, jakie miały poprzednio; przestały być one punktami tranzytowemi, składy towarów utraciły racyę bytu, a łatwość i szybkość komunikacyi zamieniła słynne ongi jarmarki na zwykłe chłopskie targi. Miasteczka podupadły tak dalece, że wiele z nich, nie będąc w możności ponoszenia wydatków na utrzymanie magistratu, zamieniło się na osady, i przyłączyło do gmin wiejskich. Wstrząśnienie, jakie kraj przeszedł przed ćwierć wiekiem i reforma włościańska wywołały gwałtowny przewrót w gospodarstwach rolnych, tym najbogatszym i najpodatniejszym materyale do wyzysku. Zmienił się i dwór i chata; do poćwiertowanych folwarków napłynęła znaczna ilość kolonistów niemców, którzy odrazu postawili się żydom opornie. Zaczęły się dla nich ciężkie czasy... Przebieglejsi z nich, obrotniejsi i rozporządzający jakim takim kapitałem, obłowili się nieźle przy tym przewrocie gwałtownym. Nagłe przejście z gospodarstw pańszczyźnianych do folwarcznych, pociągające za sobą potrzebę znacznych wydatków i nakładów, konieczność spłacenia nagromadzonych zaległości podatkowych, absolutny brak kredytu, obniżenie się wartości ziemi do minimum, słowem, wszystkie te wyjątkowe i nieprzychylne okoliczności, w jakich się znaleźli ówcześni posiadacze ziemi, przedstawiały niezmiernie korzystne pole do wyzysku. Żydzi mający trochę pieniędzy korzystali też z położenia. Najpiękniejsze towarowe lasy szły za bezcen, sprzedawano zboże na pniu, wełnę na owcach, okowitę z kartofli jeszcze w ziemi będących — a gdy i te wysiłki nie pomagały — pozbywano się samej ziemi w sposób dobrowolny, lub, co się częściej zdarzało, przymusowy. Żydzi zaczęli nabywać majątki za bezcen i zaraz wycinali lasy, sprzedawali co tylko było do sprzedania możliwe: zapasy zboża, słomę, inwentarz, narzędzia rolnicze, budynki na rozebranie, nawet żerdzie z — i w końcu wyniszczoną i wyjałowioną zupełnie ziemię rozprzedawali na działki, pomiędzy kolonistów niemców, lub naszych chłopów, zarabiając na tej operacyi grosz na groszu. Było to zjawisko naturalne. Upadek jednych przynosi korzyść drugim. Tak samo i w lesie. Na drzewie, które burza obali, mnoży się robactwo i toczy kłodę bezwładną... Kilka lat trwał ten stan przejściowy — a wynikiem jego była gwałtowna zmiana i przeobrażenie się stosunków. Kto nie miał dość sił i środków na przetrzymanie kataklizmu, zmarniał i przepadł, a wyzuty z majątku, szedł w obowiązek, lub wegetował na bruku. Bieda uczy rozumu... Stosunki wiejskie uległy, jak powiedzieliśmy, gruntownej zmianie i zaczęły się układać w sposób coraz bardziej dla żydów niekorzystny. Z każdym rokiem mniej mieli oni na wsi do roboty. Właściciele folwarków musieli reformować gospodarstwa, liczyć się z każdym groszem i zaprowadzać oszczędności. Dla uzyskania lepszych cen za produkta rolne, zaczęli się udawać na główne rynki zbytu i bądź to wspólnemi siłami, bądź na własną rękę, zawiązywać stosunki wprost z nabywcami istotnymi, starając się unikać o ile możności pośredników. Ostatnie ćwierć-wiecze ma swoją wybitną, znamienną cechę. Kto bacznie obserwował i patrzył bez uprzedzeń na to, co się działo w stosunkach naszych wiejskich, musi przyznać, że dużo gruntownych zmian w nich zaszło. Zmienił się system gospodarstw i system życia gospodarzy. Wiedza specyalna, praca i oszczędność zaczęły zdobywać należne im miejsca. Lecz wracamy do kwestyi, która nas bezpośrednio zajmuje. Pole działania żydów na folwarkach zmniejszyło się — a chłopi także zmądrzeli. W położeniu ich zaszła zmiana gruntowna — i oni także nauczyli się liczyć, i oni stali się mniej łatwowierni i naiwni. Wpierw chłop wierzył ślepo we wszystko, co żyd w niego wmawiał i pozwalał się eksploatować z naiwną dobrodusznością — dziś, jak to zobaczymy niżej, żyd musi używać licznych i przebiegłych forteli, aby chłopa w siatkę swoją pochwycić. Z każdym rokiem robiło się małomiasteczkowym żydom coraz ciaśniej i duszniej — ubywało chleba, a natomiast rozrastała się liczba głodnych. Ludność żydowska mnoży się niesłychanie szybko, do czego przyczynia się bardzo wczesne zawieranie związków małżeńskich. Obok pokoleń istniejących, dorastają nowe, a środków do utrzymania nędznej egzystencyi coraz mniej. Miasteczka podupadły, drobne sklepiki i kramy nie przynoszą dochodów, a zresztą jest już tylu sklepikarzy, faktorów, przekupniów, rzemieślników bez znajomości rzemiosła — że życie ich z każdym prawie dniem staje się trudniejsze, a zarobek nie wystarcza nawet na opędzenie tych niesłychanie małych potrzeb, jakie mają żydzi pod względem żywienia się, odziewania i mieszkania. Panuje też w pośród nich nędza — o jakiej trudno mieć wyobrażenie. Przypatrzmy się jej bliżej.

III. Miasteczkowi bogacze, właściciele domów, kupcy, rzemieślnicy, nabożni i uczeni. Czem się żywią?

Zamożniejsi żydzi, posiadający jakiś rzeczywisty majątek, w małych miasteczkach nie mieszkają, bo nie mają w nich co robić. Ciągną też do większych, bardziej zaludnionych centrów, gdzie w handlu lub lichwie znajdują większe pole działalności. W miasteczku zatem za wielkiego bogacza uchodzi „kupiec“ mający własną chałupę, konia, biedkę, atłasową kapotę na szabas, świecznik mosiężny i ze dwieście rubli własnego kapitału. To już jest co się zowie „gwir“ (bogacz), należy do arystokracyi miejskiej i ma poważny głos w kahale. Takich wielkich bogaczy posiada miasteczko kilku. Udają oni kupców zbożowych, chociaż właściwie są faktorami faktorów, agentami właścicieli młynów parowych, jeżeli takie w okolicy istnieją, lub agentami pseudo-kupców z większych miast. Ów „kupiec“ obraca nieraz i kilkoma tysiącami rubli powierzonych mu przez „grubszą rybę“ i ma od nich odsetki. Czasem robi spekulacye i na własną rękę, wkładając w nią cały swój kapitał i przyjmując do współki kilku lub kilkunastu współobywateli. Jeżeli jest szczęśliwy w interesach i wyrobi sobie poważną „firmę“, staje się mężem zaufania i bankierem całego miasteczka, a ojcowie powierzają mu mizerne swych córek posagi, prosząc, ażeby je w szczęśliwych operacyach powiększył. Taki „bogacz“ przynajmniej głodu nie cierpi, a nawet, według opinii swoich współwyznawców, pozwala sobie na zbytki. Miewa nietylko na szabas, ale nawet czasem i przy powszednim dniu kawałek mięsa, kartofli zjada bez liku, a zdarza się

nieraz, że sam jeden, na swoją własną osobę, skonsumuje całego śledzia. Wiadoma rzecz, że arystokracya może sobie pozwalać! Za „bogaczami“, na których z zazdrością spogląda cała populacya miasteczka, idą właściciele domów i kupcy. Domy są po największej części dziedziczne i przechodzą drogą sukcesyi z pokolenia na pokolenie. Zachodzi jednak ta okoliczność, że pokolenia się mnożą, a domy nie powiększają się wcale, ztąd też każda prawie realność ma więcej właścicieli aniżeli okien. Bądź co bądź, tytuł współwłasności daje przynajmniej dach nad głową, bez żadnych innych kosztów, prócz opłaty proporcyonalnej części podatków — i obowiązku dopomagania przy najpotrzebniejszych reperacyach budowli. Tak zwani kupcy, a właściwie posiadacze nędznych kramików, opierają mizerną swoją egzystencyę na kredycie, jaki im udzielają hurtownicy. Wbrew upowszechnionemu mniemaniu o potężnej solidarności żydowskiej, owi „kupcy“ we wzajemnej walce konkurencyjnej nie przebierają w środkach. Tu poczucie spójni i jedności plemiennej — pokonane zostaje przez... głód. Jeden przez drugiego opuszcza ceny, starając się odbić straty na fałszywych wagach i miarach, tudzież na możliwie najwyższej lichocie samego towaru. W tym kierunku pomysłowość ich jest niewyczerpana i godna podziwu. Dalej idą szynkarze. Są to ważne figury w miasteczku i zajmują jedne z najkorzystniejszych posterunków, to też liczba szynków ciągle wzrasta. Wydziwić się nie można, jakim sposobem w mieścinie, lub osadzie mającej ludności trzy, maximum cztery tysiące, może się utrzymać trzydzieści, a nawet i czterdzieści szynkowni jawnych, przy dość wysokiej opłacie patentowej. A jednak utrzymuje się. Właściciel sklepu, rzemieślnik mrze głód, szynkarzowi nigdy chleba nie braknie, bo też to jest jeszcze najkorzystniejszy proceder, zwłaszcza gdy kto umie koło niego chodzić. Jak ten proceder zblizka wygląda i z jakiemi innemi operacyami jest połączony, powiemy później — obecnie chodzi nam o przedstawienie wszystkich sfer małomiasteczkowej ludności, przechodzimy więc z kolei do rzemieślników. Jest bardzo piękne przysłowie, w księgach żydowskich, które powiada: „przez siedem lat panowała na świecie Drożyzna, lecz nie zastukała nigdy do drzwi rękodzielnika“. Mądra ta i piękna maksyma absolutnie mija się z prawdą w zastosowaniu do rzemieślników małomiasteczkowych — żydów. Są to po największej części partacze, nie znający swego fachu i nie mogący zadowolnić najskromniejszych nawet wymagań. Niektórzy z nich pracują, pracują nawet usilnie i ciężko, ale nie wypraktykowani przy dobrych majstrach, nie znający dobrze rzemiosła, nie posiadający ulepszonych narzędzi, ani motorów — wreszcie zmuszeni przez konkurencyę do oddawania roboty bardzo tanio — przy największych wysiłkach ledwie na mizerne życie zarobić mogą i cierpią wielki niedostatek. Po za rzemieślnikami — idzie cała falanga „nabożnych“, nie robiących literalnie nic a nic — oddanych tylko modlitwom i czytaniom książek religijnych. I ci także potrzebują żyć... Trzeba jednak przyznać, że pod względem umiarkowania w pokarmach żydzi doszli do nieprawdopodobnych granic. Wierzyć trudno — jak mało potrzebują do wyżywienia się i utrzymania nędznego życia. Rozpatrzymy się w tem bliżej — lecz wpierw musimy zrobić małą wycieczkę na grunt wyznaniowy. Wielki prawodawca i wielki hygienista Mojżesz — dał żydom szczegółowe przepisy co do pokarmów. Dozwolił im jadać mięso z niektórych tylko zwierząt i zabronił, aby zabijano na konsumcyę bydlęta chore. Nakazał, aby nie ważyli się gotować koźlęcia w mleku matki jego, i żeby nie spożywali krwi zwierząt. W gorącym klimacie południowym przepisy te miały wszelką racyę bytu i chroniły lud żydowski od wielu chorób zaraźliwych, któreby mogły go trapić. Przez wieki zmieniły się z gruntu warunki bytu żydów, rozproszyli się oni po całym świecie, przyszli gromadnie pod nasze chłodne niebo — zmieniło się dla nich wszystko — ale prawo, którem się rządzą, nie uległo najmniejszej reformie. Przeciwnie, dodano do niego niezmierną moc komentarzy i objaśnień. Przez wieki tułaczki i klęsk, jakie ten naród przechodził, w chwilach zda się zupełnego upadku i zagłady, uczeni żydowscy starali się jedynie o zachowanie zakonu. Całą inteligencyę i moc ducha na to przedewszystkiem, ażeby każdy żyd, gdziekolwiek go los rzuci, między jakiekolwiek społeczeństwo zaniesie — pozostał zawsze żydem. Trudno o potężniejszy mur przeciwko wszelkiej assymilacyi. Ojcowie talmudu, tak zwani „tanaici“, komentowali prawo mojżeszowe, rozszerzali je, nauczali z niesłychaną drobiazgowością, jak je trzeba stosować w praktyce. Powstał tym sposobem cały las komentarzy i komentarzy do komentarzy i jeszcze nowych komentarzy do poprzednich. Żyd został otoczony niesłychanie gęstą siatką drobiazgowych przepisów i formułek, tak, że od świtu do nocy, przy wstawaniu i przy udawaniu się na spoczynek, przy spożywaniu każdego kawałka chleba — musi o nich pamiętać. Najdrobniejsze od tych formułek uchybienie, jest w sferze konserwatywnych żydów poczytywane za zbrodnię lekceważenie jakiegokolwiek, choćby najmniej ważnego przepisu, równa się lekceważeniu całego Judaizmu. Gdy jaka klęska przyjdzie na miasto, nieszczęście ogólne, „gzojres“ (prześladowanie), wtenczas starszyzna żydowska zajmuje się przedewszystkiem wyśledzeniem przyczyny klęski, dopatrując jej zawsze w naruszeniu owych drobiazgowych formułek i przepisów. Sprawdzają zatem, czy wszystkie „mezuze“ na drzwiach są w porządku, czy która żydówka zamężna nie nosi włosów własnych, czy noże „szocheta“ (rzezaka żydowskiego) są należycie wyostrzone i czyste itp. Ktokolwiek śmie naruszyć najdrobniejszy przepis, uważany jest za „wroga Syonu“, spiskowca, odstępcę i sprawcę wszelkich nieszczęść, jakie na żydów spaść mogą, czy to pod postacią epidemii, czy w formie podwyższenia jakiegoś podatku, lub zamianowania nowego, nieprzychylnego żydom urzędnika. Wielowiekowa tradycya, przekonania wpajane w umysł żydowski od kolebki prawie, sprawiają, iż żydzi trzymają się owych praw swoich drobiazgowo, literalnie, ściśle co do joty. Nie tu miejsce na wdawanie się w szczegóły i prowadzenie czytelnika w labirynt owych niezliczonych formalności — tylko o nich dla wykazania: raz, jak nieprzebytą zaporę stawiają one na drodze asymilacyi żydów, a powtóre: jak dalece utrudniają im kwestyę wyżywienia się. Jakże można marzyć, ażeby żyd wsiąknął w społeczeństwo nasze, kiedy dla niego i dom chrześcianina, i pożywienie jego, i naczynie, w którem to pożywienie gotuje, lub na którem je spożywa — jest nieczyste? Żyd w domu chrześciańskim nie wypije szklanki mleka, nie zje kawałka chleba, nie weźmie do ust żadnej potrawy, nie może posłużyć się ani talerzem, ani łyżką, gdyż wszystkie te przedmioty są w jego oczach plugawe, „trefne“ — i stanowczo dla prawowiernego żyda obrzydliwe i zakazane. Twórcy talmudu wiedzieli, jakim sposobem uchronić „narodowość“ żydowską od zagłady — i uchronili ją skutecznie aż dotąd. Te przepisy, które faktycznie chronią ludność żydowską od zagłady pod względem narodowościowym — przygniatają ją ciężkiem brzemieniem pod względem ekonomicznym. Za produkty, które żyd kupuje dla mizernej swojej egzystencyi, płacić musi dużo drożej aniżeli chrześcianin. I tak, weźmy naprzykład główną podstawę pożywienia — mięso. Zawsze dla żyda jest ono droższe, aniżeli dla chrześcianina. Przedewszystkiem na konsumentów tego produktu spada ciężar utrzymania rzezaka (szocheta) wraz z jego rodziną. Taki jegomość musi być bardzo biegły w talmudzie, a zwłaszcza w tej części przepisów talmudowych, które odnoszą się do zarzynania zwierząt i ocenienia: czy są one czyste lub nieczyste, zdatne do pożywienia dla żydów, lub niezdatne. Żaden żyd nie ma prawa zabijania bydła i jadalnych stworzeń w ogóle, tylko „szochet“, odpowiednio do tego przygotowany, wykształcony i upoważniony. Ów „szochet“ pobiera za swoje trudy wynagrodzenie od sztuki. Płacą mu więc od każdego zabitego jego ręką wołu, krowy, cielęcia, barana, gęsi, kaczki, kury — i ta opłata spada naturalnie na konsumentów. Nie dość na tem. Zabite stworzenie albo jest „koszerne“, to jest zdatne do użytku dla żyda, albo też nie. W drugim wypadku należy je rozprzedać chrześcianom, co (zwłaszcza gdy u chrześcian post) nie przychodzi z łatwością. Prócz tego chociaż bydlę się „zdarzy“, to jest chociaż po obejrzeniu jego wnętrzności okaże się zdatne dla żydów, to jednak wolno im z niego używać mięso tylko z części przednich, pozostałe muszą sprzedać chrześcianom. Rzecz naturalna, że rzeźnicy żydowscy starają się przy sprzedaży mięsa chrześcianom uzyskać ceny jaknajwyższe, ale to im się nie zawsze udaje, raz dla tego, że w miasteczkach obowiązuje urzędowa taksa — a powtóre, co najważniejsza, że nie zawsze zaofiarowanie odpowiada żądaniu konsumentów. Ostateczny rezultat jest ten, że mięso „koszerne“ dla żydów jest znacznie droższe, aniżeli to, które spożywa ludność chrześciańska. Różnica bywa nieraz bardzo znaczna, wynosi albowiem 5 do 6 kopiejek na funcie, a czasem i wyżej. Toż samo dzieje się z drobiem. Kupując marną kurę na targu dla chorego dziecka, żydówka nie wie, czy będzie mogła z tego sprawunku korzystać. Jeżeli się „zdarzy“, to dobrze, jeżeli nie, zmuszona jest ową „nieczystą“ rzecz sprzedać, a w braku nabywcy wyrzucić na śmiecie. Chleba upieczonego w chrześciańskiej piekarni prawowierny żyd do ust nie . Mleko i w ogóle nabiał może nabywać tylko od żyda i musi płacić za to dużo wyżej nad ceny targowe. Owo „koszerne“ i „trefne“, tak ważną w życiu żydów grające rolę, dziś przygniata ich brzemieniem znacznych kosztów, a dla społeczeństwa chrześciańskiego szkodliwe jest z tego względu, że nie pozwala żydom rozpraszać się, że łączy ich jakby żelaznym pierścieniem i zmusza do osiedlania się gromadami. Żyd, (notabene żyd konserwatysta, zachowujący ściśle przepisy swej religii) gdyby się, dajmy na to dla zarobku, oddalił od gromady i poszedł w okolice niezamieszkałe przez żydów, musiałby albo umierać z głodu, albo też żywić się tylko wódką i kaszą, lub kartoflami postnemi, gotowanemi we własnem jego naczyniu. Przepisy wyznaniowe tak ściśle żydów łączą, tak ich przykuwają do gromady, że uchylenie się jednostki od ciągłego z nią stosunku jest niemożliwe. Chyba, że żyd zerwie wszelkie węzły ze swojem otoczeniem wyznaniowem i plemiennem i odsunie się zupełnie od niego. Powiedzieliśmy wyżej, że małomiasteczkowym żydom naszym wyżywić się jest coraz trudniej, że panuje pomiędzy nimi , że przepisy wyznaniowe sprawiają, iż przedmioty spożywcze są o wiele droższe dla nich, niż dla chrześcian — i istotnie, gdyby nie niesłychana wstrzemięźliwość w pokarmach, wstrzemięźliwość, do jakiej tylko żydzi są zdolni, wielu z nich musiałoby umierać z głodu. Wierzyć trudno, jak mało żyd dla utrzymania mizernej swojej egzystencyi potrzebuje. Kromka chleba i cebula mu wystarcza; na liczną rodzinę obiad składa się z garnka kartofli z wodą, okraszonych odrobiną gęsiego smalcu, lub masła. Jedynie w piątek na wieczór i w sobotę, raz na tydzień, żywią się trochę lepiej. W tym dniu najbiedniejszy nawet ma odrobinę wódki, trochę białego pieczywa i kawałek mięsa, albo ryby, naturalnie w mikroskopijnych dozach. Ta uczta szabasowa, na którą cała rodzina z wielkiem utęsknieniem przez cały tydzień oczekuje, dodaje im siły do dalszego sześciodniowego postu. W ostatnich czasach, w pewnych organach prasy warszawskiej, rozwodzono się bardzo nad lichem żywieniem się chłopów — ale chłop jakość pokarmów wynagradza ilością i niezawodnie zjada na dzień tyle, ile żyd nie zje przez tydzień. To też chłop jest silny, zdatny do najcięższej pracy fizycznej, do trudów i niewygód; potrafi cały dzień z grzbietem w pałąk zgiętym wytrwać na skwarze słonecznym, lub w mróz piętnastostopniowy pracować w lesie, przy obróbce drzewa — a żyd, fizycznie słaby i licho odżywiany, zawiędły i marny, tej sztuki nie dokaże — i przemyśla tylko nad tem, jakby się przy owej chłopskiej pracy pożywić.

IV. Żydzi w gromadzie, ich potrzeby i instytucye, bóżnice, rabini, szkoły.

Tworząc społeczeństwo w społeczeństwie i naród w narodzie, podwójnem potomkowie Judy żyć muszą życiem i podwójne onego ponosić ciężary. Instytucye, dzięki którym dochowali żydzi aż do dzisiejszego dnia swoją narodową i wyznaniową odrębność, tradycyę i język, kosztują ich materyalnie dość drogo. Bez szemrania wszelako ponoszą te wydatki — i wolą raczej głód cierpieć, aniżeli obywać się bez urządzeń, do których tak wielką przywiązują wagę. Każde, choćby najmniejsze miasteczko żydowskie posiadać musi: Synagogę. Zwykle, oprócz jednej największej, mającej niejako charakter urzędowy, znajduje się kilka domów modlitwy, prywatnych, dla jednego ściśle określonego kółka. Oprócz synagogi, zazwyczaj obok niej, znajduje się tak zwana „szkoła“. Nie jest ona wszakże szkołą w tem znaczeniu, w jakiem my rozumiemy ten wyraz, lecz służy za punkt zebrań. Tam przychodzą żydzi modlić się, rozmawiać o interesach, tam zawzięci uczeni przepędzają cały dzień na dysputach, lub czytaniu talmudu, tam wreszcie wędrowny żyd znajduje schronienie, odpoczynek lub nocleg. Przy bóżnicy powinien być „sługa“ (szames), którego obowiązkiem jest utrzymywać porządek i zwoływać żydów na modlitwę, w powszedni dzień stukając kijem zakrzywionym w okna, a przed nadejściem szabasu, w piątek, obwołując głośno, że czas iść do bóżnicy. (In szul arajn!) W oddziale żeńskim bóżnicy jest kobieta, która czyta modlitwy głośno, a inne, przeważnie czytać nie umiejące, powtarzają za nią. Dalej potrzebny jest śpiewak (chazon), albo też chór śpiewaków, stosownie do zamożności miasteczka, wreszcie „magid“ kaznodzieja, którego obowiązkiem jest tłómaczyć w sposób przystępny pięcioksiąg Mojżesza, psalmy, proroków i w ogóle cały stary testament. Oprócz bóżnicy wielkiej, „szkoły“ i małych domów modlitwy, niezbędny jest w miasteczku „dom wieczny“, cmentarz, który pozostaje w wyłącznej administracyi bractwa pogrzebowego („chewro kadisze“). W zawiadywaniu bractwa znajduje się również domek przedpogrzebowy, w którym zwłoki żydów poddawane bywają pewnym manipulacyom obrzędowym. Bractwo pogrzebowe trzyma wszystkich żydów „silną ręką“. Od bogatych (?) wymaga bardzo drogich opłat, a jeżeli nieboszczyk popełnił za życia jakieś uchybienie przeciwko przepisom religijnym, to w chwili pogrzebu, rodzina jego bardzo grubo musi za to zapłacić. Wobec istniejących, a silnie wśród żydów zakorzenionych przesądów, przewaga jest po stronie bractwa, na targi zaś i pertraktacye rodzina nieboszczyka niema czasu, gdyż z pogrzebem trzeba się spieszyć, a każda chwila zwłoki, jest dla rodziny do pewnego stopnia hańbiącą. Miasteczko żydowskie utrzymywać musi także budynek, w którym znajduje się łaźnia, oraz pewien rodzaj cysterny, napełnionej wodą, przeznaczoną do kąpieli obrzędowych dla kobiet. Nawiasowo powiedziawszy, nigdy i nigdzie mądra i chwalebna myśl prawodawcy nie była i nie jest tak bezecnie parodyowana, jak tutaj. Mojżesz, niesłychanie dbały o hygienę ludu, który wywiódł z Egiptu i do ziemi obiecanej prowadził, zalecał kobietom izraelskim, w pewnych okolicznościach ich życia, kąpać się „w wodach źródlanych“. Otóż te „wody źródlane“ — to najwstrętniejsza jama, napełniona wodą cuchnącą, zmienianą ledwie raz na kwartał, lub na pół roku. Kobiety żydowskie muszą się w tym brudzie kąpać, dla zachowania zaleconej przez Mojżesza czystości! Przy łaźni utrzymywany jest stróż , oddziału zaś damskiego, owej tak zwanej „mikwy“, strzeże żydówka. Dalej, miasteczko, ze względów, o których mówiliśmy poprzednio, utrzymać musi „szocheta“ (rzezaka), w większych miasteczkach jest ich po kilku. Ciężar utrzymania tego specyalisty, który posiadać musi odpowiednie wykształcenie talmudyczne, ponoszą wszyscy konsumenci mięsa — a zatem cała ludność. Rabin, także w każdej mieścinie niezbędny, nie jest „duchownym“ w tem znaczeniu, jak my ten wyraz pojmujemy, gdyż duchowieństwa wogóle u żydów niema. Nie znają oni hierarchii duchownej, nie znają święceń, nie uznają nawet autorytetu w sprawach wyznaniowych. Najbiedniejszy woziwoda może nie usłuchać rabina, jeżeli ten zaleciłby mu wykonać coś, coby się sprzeciwiało przepisom talmudu. Żydzi nie znają też sakramentów, a dopełnienie takich czynności, jak „aktu przymierza“ (obrzezania), ślubów małżeńskich, może być wykonane przez każdego pełnoletniego żyda. W rabinie szanują żydzi tylko uczoność. Zastrzegam, że mówię o rabinach zwykłych, gdyż o „cadykach“ hassydzkich opowiem później. O znaczeniu rabina u żydów muszę się trochę obszerniej rozpisać, ze względu na to, że nasza publiczność ma o tem fałszywe, a silnie zakorzenione przekonanie. Stanowisko rabina żydowskiego niepodobne jest wcale do tego, jakie zajmuje kapłan w społeczeństwie katolickiem. U nas istnieje hierarchia duchowna, biskupi przez akt wyświęcania, a raczej przez szeregi święceń, nadają młodemu lewicie charakter kapłański, upoważniający go do udzielania sakramentów i odprawiania Mszy św. — żydzi tego nie znają. Rabinem może być każdy, posiadający odpowiednie wykształcenie talmudyczne, a akt „smichy“, to jest kładzenia rąk na kandydata przez rabinów, jest tylko czczą formalnością, nie mającą poważnego znaczenia. Wiadomo, że według praw Mojżeszowych, kapłaństwo miało być dziedziczne w jednem pokoleniu Lewi; prawo to utrzymywało się niemal do czasów zburzenia świątyni jerozolimskiej, lecz nie wytworzyło teokracyi. Nawet znaczenie arcykapłanów w oczach ludu zachwiane zostało, od czasu, gdy ci zaczęli się udawać po inwestyturę do prokonsulów pogańskiego Rzymu. Władza religijna wówczas dostała się do rąk „Sanhedrynu“, najwyższego sądu, złożonego z uczonych. Józef Goldszmit, autor bardzo cennej i wyczerpującej pracy: „Wykład prawa rozwodowego, podług ustaw mojżeszowo-talmudycznych“, wyraża mniemanie, że instytucya rabinów nie byłaby się nawet wytworzyła wśród żydów, gdyby nie prześladowania, jakich w ogóle w wiekach średnich, a osobliwie w XIV stuleciu, doświadczali. „W całem żydowskiem (słowa Goldszmita) niema przepisu obowiązującego gminę do zaprowadzenia u siebie urzędu rabinicznego. W praktyce żaden obrzęd religijny, nie wyjmując nawet aktu dawania ślubu i rozwodu, współudziału lub obecności rabina nie wymaga i można być najbardziej zachowawczym żydem, nie od urodzenia aż do śmierci żadnego stosunku z rabinem“. Jak powiedzieliśmy wyżej, jedynym punktem, na którym rabin przewyższa swoich współwyznawców, jest biegłość w naukach talmudycznych. O ogólnem ich wykształceniu niema co mówić. Rabinów wybiera sama gmina żydowska — a zatwierdza ich rząd gubernialny. „Prawno-administracyjne znaczenie rabina (mówi dalej Goldszmit) wobec władz cywilnych polega na tem, iż rabin obowiązany jest z mocy reskryptu b. Rady administracyjnej Królestwa Polskiego z dnia 17-go września 1830 roku, utrzymywać księgi i stawać przed urzędnikiem stanu cywilnego dla spisywania aktów urodzeń, zejść i ślubów. Nadto obowiązany jest, w myśl prawa o małżeństwie z roku 1836, dawać śluby wedle obrządku mojżeszowego. Prawo o małżeństwie z roku 1836 w art. 189 stanowi, że ważność lub nieważność małżeństwa, tudzież rozwód, będą wyrzeczone o tyle, o ile podług zasad mojżeszowo-talmudycznych są dozwolone. W praktyce więc sądy wymagają od strony, w sprawach rozwodowych, świadectwa rabina, że rozwód może być dopuszczony. Nie mogą też rabini dawać nowych ślubów rozwiedzionym małżonkom, dopóki sąd właściwy poprzednich związków nie rozwiąże i dopóki strona interesowana nie złoży wyroków prawomocnych, poprzednie małżeństwo za rozwiązane uznających. „Do odbierania przysięgi, podług prawa obowiązującego, obecność rabina nie jest potrzebna. „Tak więc rabini w gminach żydowskich urzędujący, nie wykonywają obecnie żadnej juryzdykcyi cywilnej, tylko często urząd sędziów polubownych i rozstrzygają kwestye religijne, przyczem powaga ich opinii zależy od ich zdolności i powszechnego uznania mniejszej lub większej kompetencyi. Podkreśliłem wyraz „sędziów polubownych“ i na tym punkcie muszę szanownemu autorowi zaprzeczyć. Sądy żydowskie, jakie we wszystkich naszych małych miasteczkach istnieją, mają charakter nie tymczasowy, lecz stały. Rabin — to nie sędzia polubowny, wybrany przez strony dla sporu, lecz przewodniczący stałej instytucyi sądowej, mającej wiekową tradycyę i zupełne uznanie wśród żydowskiej ludności. Jest to sąd kolegialny, w którym oprócz rabina (przewodniczącego) zasiada dwóch „dajonów“ (sędziów). Każdy żyd wie dobrze co znaczy „Beth din“ (dom sądu) i we wszelkich sprawach, w których można się obejść bez sądów państwowych — tam, a nie gdzieindziej sprawiedliwości szuka. Sąd odbywa posiedzenia w miarę potrzeby, a rządzi się zasadami wskazanemi w talmudzie — utrzymuje się z opłaty wpisowego od spraw, i ma woźnego (Beth din szames), który ustnie zapozywa strony do sprawy. Od wyroku niema apelacyi. Żydzi bardzo chętnie oddają sprawy swe pod rozstrzygnięcie tego sądu, a zdarza się nieraz, że i chrześcianin w sprawie z żydem ucieka się do niego. Sprawiedliwość nakazuje przyznać, że w sprawach pomiędzy żydami a chrześcianinami, sąd żydowski nie bywa nigdy stronny — i o ilu tylko wypadkach mi wiadomo — wywiązuje się z zadania uczciwie, według zasad słuszności. Zdaje się nawet, że rabini mają w tem swoją ambicyę, aby wyrobić w chrześcianach przekonanie pochlebne o żydowskim sądzie. Po za przewodniczeniem w sądzie, główną czynnością rabina jest rozstrzyganie wątpliwości (szale), których w życiu żydów codziennem, ograniczonem mnóstwem drobiazgowych formułek, przepisów i ścieśnień wyznaniowych — nastręcza się mnóstwo. Do tego potrzebna jest właśnie rabinowi biegłość w naukach talmudycznych i umiejętność stosowania przepisów religijnych w poszczególnych wypadkach. Z kolei przechodzimy do szkół. Jest ich bez liku, wszystkie o charakterze wyłącznie, a w małej zaledwie cząstce przeważnie wyznaniowym. Wszelkie zamierzane przez rząd w rozmaitych czasach reformy tych szkół, nie doprowadziły do żadnego rezultatu. Chedery są dziś takie same, jakie były przed wiekiem, a może i przed wiekami. Najlepsze chęci i zamiary reformatorów rozbijały się zawsze o nieprzeparty opór. Pewien wykształcony żyd, który za młodu, zanim wziął się do nauk świeckich, przebył kilka lat w chederze, mówił do piszącego te słowa: — Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakiego doznałem, ja i moi towarzysze, i sam nasz nauczyciel, kiedy niespodziewanie urzędnik policyjny wszedł do szkoły. Oniemieliśmy z przerażenia, na myśl, że obcy ten człowiek zrobi i nam i szkole coś strasznego. — I cóż wam zrobił? — zapytałem. — Zrobił rzecz okropną, kazał zamieść szkołę! Płakaliśmy, jak po zburzeniu Jerozolimy, gdy przeklęta miotła usuwała nasze drogie, ukochane śmiecie — ale, po chwili, gdy ów straszny człowiek odszedł, my wzbudziwszy w sobie siłę ducha i oporu, zaśmieciliśmy izbę jeszcze bardziej i patrzyliśmy z tryumfem i urąganiem na miotłę, wyobrazicielkę reform! Później nikt nas już nie nagabywał i uczyliśmy się po dawnemu, spokojnie, siedząc po same uszy w brudzie i śmieciach. Jakie to charakterystyczne i wymowne! Szkoły żydowskie dzielą się na kilka kategoryj. Najniższe z nich noszą nazwę „Dar deke cheder“ (dosłownie: mała izba), średnie nazywają się „Talmud-Tora“ — najwyższe nareszcie, których jest bardzo niewiele — to „Jesziboty“. Małych chederków w każdem miasteczku jest mnóstwo, uczęszczają do nich dzieci w wieku od lat czterech do ośmiu, , stosownie do uzdolnienia i pojętności. W tej szkole uczą się czytania po hebrajsku, niektórych modlitw, oraz początkowych rozdziałów starego testamentu, które nauczyciel tłómaczy im na żargon. Pod względem hygienicznym pomieszczenie owych szkółek woła o pomstę do nieba. Nauka się odbywa w izbie ciasnej, ciemnej, brudnej, pełnej błota i nieznośnego zaduchu. W tej samej izbie, w której odbywają się wykłady, gnieździ się także rodzina nauczyciela, tak zwanego „mełameda“, rodzina zazwyczaj bardzo liczna. Słów braknie na opowiedzenie szkaradzieństwa, brudu i niechlujstwa, jakie w szkole takiej panuje. Pod względem hygienicznym szkoła żydowska jest ohydna, pod pedagogicznym zaś stoi niżej wszelkiej krytyki. Dzieciak nie wynosi z niej nic a nic, coby mu się w życiu przydać mogło, a pod względem wyznaniowym otrzymuje skrzywione i wypaczone informacye. Mełamed, sam nie bardzo w piśmie biegły, nie rozumiejący dobrze języka hebrajskiego, nie tłómaczy istotnego znaczenia pięcioksięgu Mojżesza, ale natomiast nabija uczniom swoim głowy opowieściami o duchach, aniołach, djabłach, któremi przeludniony jest świat zabobonów żydowskich. Wykład odbywa się bez żadnego systemu. Uczeń powtarza wyrazy za nauczycielem bezmyślnie, a jeśli tego nie potrafi, to zostaje karany na poczekaniu. Mełamed grzmoci go po plecach czem może, co mu wpadnie pod rękę. Cybuchem, kijem, albo wreszcie ciężką, zatłuszczoną jarmułką. Każdy prawie mełamed ma jeszcze pomocnika, lub, jeżeli cheder większy, kilku. Tych nazywają „belferami“ (Behelfer). Obowiązkiem belfera jest przyprowadzać do hederu małe dzieci i odprowadzać je z powrotem do domu. Mełamedzi nie używają poważania i miru wśród swoich współwyznawców, żyją oni w upokorzeniu i prawie w pogardzie. Najczęściej nędza skłania żyda do zostania mełamedem. Bankrut, który już zupełnie kredyt utracił i nie ma nadziei ratunku, niedołęga niezdatny do żadnego zatrudnienia, zanadto głupkowaty, żeby się mógł trudnić jakimkolwiek geszeftem — bierze się do uczenia dzieci i otwiera cheder. Gorzki to, co prawda, kawałek chleba. Wynagrodzenie bardzo nędzne, zaledwie wystarcza na podtrzymanie marnej egzystencyi; tylko twarda konieczność, lub wypadek losowy, stwarza mełameda. Druga kategorya szkół żydowskich, pod względem urządzenia i hygieny, nie różni się od pierwszej — ale ma obszerniejszy program wykładu i bieglejszych w piśmie nauczycieli. Do „Talmud-Tory“ wstępują starsi chłopcy, którzy przeszli już cheder, lub też, co się u bogatszych praktykuje, odbyli początkowe nauki pod kierunkiem nauczyciela domowego. „Talmud-Tora“ jest już poniekąd wstępem do głębszych studyów talmudycznych, które żydzi mają w tak wielkiem poważaniu. Uczniowie słuchają w tej szkole systematycznego wykładu gramatyki hebrajskiej, przechodzą całkowitą „Torę“ czyli pięcioksiąg Mojżesza, czytają psalmy i proroków i uczą się niektórych ksiąg talmudu z komentarzami. Młodzieniec, który ukończył „Talmud-Torę“, czuje się już dostatecznie usposobionym do dalszego studyowania talmudu i literatury rabinicznej na własną rękę, lub też, jeżeli szuka karyery na polu uczoności, udaje się dla dalszej nauki do najwyższej już szkoły żydowskiej, to jest do Jeszybotu. Takich zakładów naukowych jest kilka, znajdują się one na Litwie, gdzie w ogóle nauka żydowska (rabiniczna) stoi na wysokim stopniu rozwoju. Największy i najsłynniejszy „Jeszyboth“ znajduje się w Wołożynie, w powiecie oszmiańskim, o 40 wiorst odległości od Mołodeczny, stacyi drogi żelaznej libawsko-romeńskiej, po nim znacznego używa rozgłosu Jeszyboth w Mirze. Wołożyn jest to małe miasteczko, liczy około 5000 mieszkańców i należy do hr. J. Tyszkiewicza. W „akademii“ wołożyńskiej kształci się około 400 młodych żydów, przybyłych z różnych stron państwa ruskiego, nawet z Kaukazu. Oprócz nauk talmudycznych, wykładają tam podobno także języki nowożytne i łacinę. Szkoła utrzymuje się wyłącznie z ofiar dobrowolnych, które są bardzo znaczne i na wszystkie wydatki szkoły wystarczają. Z tych dobrowolnych też ofiar, zbudowano główny gmach szkolny, który kosztował przeszło 30,000 rs. W tym gmachu, na parterze, jest kancelarya i mieszkania nauczycieli, na pierwszem piętrze zaś znajduje się ogromna sala, w której odbywają się wykłady. Wszyscy uczniowie nie mogą się tam pomieścić, to też pewna ich część odbywa studya w tak zwanej „szkole“ przy bóżnicy. Uczniowie (prawie wszyscy żonaci i dzietni) stosownie do stopnia swej zamożności, a właściwiej stosownie do niezamożności, pobierają stypendya stałe, wynoszące po parę rubli tygodniowo. Ofiary na „jeszyboth“ wołożyński są tak częste, że nie ma prawie dnia, w którymby na imię głównego kierownika szkoły nie nadeszło pocztą choćby kilka listów z pieniędzmi. W liczbie uczniów szkoły wołożyńskiej są noszący nazwisko „Brodzkich“. Tak nazywają stypendystów, otrzymujących po kilkaset rubli rocznie, z funduszu zapisanego na rzecz szkoły przez głośnego milionera kijowskiego, Brodzkiego. „Jeszybot“ wołożyński ma wśród żydów, zwłaszcza litewskich, bardzo poważną reputacyę. Zanim zakończę ten rozdział, muszę się zabezpieczyć przeciwko ewentualnemu zarzutowi. Ktoś, nieobeznany bliżej z istotnym stanem rzeczy, może powiedzieć, że obecnie chedery, z powodu wydanych w roku zeszłym rozporządzeń rządowych, uległy reformie, że zyskały pod względem sanitarnym, oraz pod względem kwalifikacyi naukowej mełamedów, i że, prócz tego, w ostatnich latach, w sferach inteligentnych żydów ujawniło się dążenie do zakładania szkół wyznaniowo-rzemieślniczych. Rzeczywiście, skutkiem rozporządzenia, o którem mowa, w Warszawie i w miastach gubernialnych, jakieś kilkadziesiąt chederów jawnych urządzono pod względem sanitarnym znośnie. Wszakże po za chederami jawnemi, istnieje w tychże miastach mnóstwo chederów tajnych, gdzie wszystko odbywa się podług dawnego trybu. Cóż mówić o małych miasteczkach i osadach! Co się tyczy szkółek żydowskich rzemieślniczych, tych, jak dotychczas, nie ma co brać w rachubę, dla tej prostej przyczyny że jest ich zaledwie kilka w całem państwie, podczas gdy chedery na tysiące liczyć można.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…