Read here

Pan na czterech chłopach

Józef Ignacy Kraszewski · 1884 · Free in the US

71,817 words · about 5 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1884 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pan_na_czterech_chłopach&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1884
Length
71,817 words · about 5 h 2 min
Sections
10 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (10)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 31 min
  3. I about 16 min
  4. II about 16 min
  5. III about 17 min
  6. IV about 18 min
  7. V about 15 min
  8. VI about 41 min
  9. VII about 18 min
  10. VIII about 9 min

Continue:

Front matter

PAN

NA CZTERECH CHŁOPACH.

HISTORJA SZLACHECKA

całość

PAN

NA CZTERECH CHŁOPACH.

HISTORJA SZLACHECKA

Z XVIII WIEKU

PRZEZ

J. I. O.

A.

NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA

4.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 15 Сентября 1883 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Bednarska Nr. 20.

Świadczy o tem stary zbieracz szlacheckich podań Bartosz Paprocki, jako rodzina Sobków, herbu Brochwicz, w herbie używająca Jelenia z koroną, swojego czasu bardzo zamożna była, znaczne majętności dziedziczne posiadała, od Zygmunta Starego zastawą Solec trzymała, a na kądziel potem zszedłszy, dwa domy pańskie, Radziwiłłów i Ciołków z Żelechowa zbogaciła. Dostatki jej wsiąknęły tam bez śladu. Musiała to być jednak gałąź tylko zamożniejsza Sobków; gdyż za panowania ostatniego z Sasów, mieszkał jeszcze pan Felicjan Sobek, cześnikowicz nurski, nieopodal od Włodawy, nad Bugiem, a z papierów jego okazywało się, że do Brochwiczów należał, i że niegdyś protoplaści jego majątki mieli znaczne. Tymczasem cześnikowicz zszedł był na taki kłapeć ziemi, że na nim się już z wielką biedą szlachectwo jego trzymać mogło. Jak Sobkowie do takiego przyszli ubóstwa, wytłumaczyć trudno. mówili starzy; maluczcy rosną, a wielcy upadają, tysiące tego mamy przykładów. Składały się na Sobków ruinę rozmaite okoliczności: krew gorąca, nieopatrzność wielka, ofiarność zbytnia, klęski z dopustu Bożego, podział fortuny, córek wyposażenia, wojny, pożary, procesa i małoletniości. Gdy pana Felicjana ojciec odumierał, miał chłopiec lat ośmnaście, ledwie się był cokolwiek przetarł w jezuickich szkołach, niedojrzały był cale, potrzebował opieki, a nie miał prawie żadnej, bo od ubogich swoi i obcy stronią jak od trędowatych. A jest też ubóstwo jako trąd, który łatwo przylega, a wyleczyć się z niego trudno. Przed śmiercią cześnik napróżno do dalekich krewnych swoich i żony pisał, aby sierotą się zaopiekowali; nikt pary nie puścił, nie odezwała się żywa dusza, i biedny starzec dziecka nie mając komu polecić, zdał je na ręce starego sługi, pewnie szlachcica też, bo się zwał Grzymałą... Ten Adam Grzymała niby sługą u niego był, a więcej przyjacielem. Żyli z sobą jak bracia, jednym głodem oba marli, a Grzymale i na myśl nie przyszło opuścić Sobka, gdzieindziej szukając szczęścia, coby go pewnie na większym jakim dworze spotkało. Adam ekonomował niby, choć tam nie było na czem; w potrzebie za pługiem poszedł i z bronami; klucze trzymał od pustego spichrza, buty czyścił i do jednego stołu z Sobkiem siadał. Gdy trzeba było jechać do Włodawy lub Sławatycz, a choćby i do Białej, Grzymała zaprzęgał i powoził. Zrośli się ci dwaj starzy ludzie z sobą tak, że jeden drugiego myśli zgadywał, a gdy który z nich płakał, ciekły łzy drugiemu. To też gdy Sobkowi umierać przyszło, a nie było komu syna zostawić, resztą sił za szyję objąwszy Grzymałę, zaklął go stary, aby syna nie opuszczał i był mu opiekunem a ojcem. Nie potrzebował o to prosić, samoby było przyszło, bo Adam gdzieindziej żyć ani mógł, ani chciał, i wolał tu głodem mrzeć, niż gdzieindziej w dostatkach opływać. O kilka pono lat młodszy od Sobka, Grzymała krzepki był, nie chorował jak żyw, znosił wszystko, co nań spadało, a choć człek niepozorny, wielkiego był waloru. Nie lękał się umierający o to, czy go młody słuchać zechce, bo Feliś nawykł był od dzieciństwa Adama szanować i jak ojcu samemu ulegać. Spuścizna po nieboszczyku panu cześniku ziemi nurskiej, była tak licha i takiego składu, jak się rzadko trafiało. W wioseczce, która Sobkom pozostała z rozerwanych dóbr, zwanej jakby na pośmiewisko Trzcieniec Wielki, — nie było nad chat pięć; z tych jedna wymarła za cześnika, tak, że stała pustkami, bo nie było kogo osadzić, i trzymały się już tylko cztery. Łąk nadbużnych miał Trzcieniec dosyć, wydm i piasku podostatkiem, lasu wypalonego i wyrąbanego kawałek, pól dobrych mało. Jeżeli którego roku woda nie zajęła, na łęgach nadbużnych jare zboże można było zasiać i plon zebrać znaczny; ale na pięć zasiewów takich najmniej trzy Bug odbierał i marnowała się praca. Na takiej lichej wioszczynie, od której dawne jej awulsa poodpadały, został był dwór, jak nazwisko Trzcieńca niepotrzebnie ogromny, z przedwiecznych gdzieś czasów trzymający się, z którym niewiedzieć co robić było, chyba siadłszy w nim płakać. Za cześnika już trzy jego części stały pustkami, okna w nich tarcicami pozabijano, dach słomą narzucono, i używano pokojów na składy różne, a szczury, łasice, myszy, więcej w nich od dziedzica gospodarowały. Ciężar to był wielki z tym dworem, i kilka razy już rozbierać go chciano, ale i na to rąk brakło. Stał więc czekając, aż go kiedyś burza powali. W jednym rogu kilka izb pomniejszych zajmował dziedzic i Adam Grzymała. W wielkich izbach, na których ścianach resztki jeszcze dawnych szpalerów pogniłych wisiały, składano, co Bóg dał, nawet drzewo do opału. W sieniach kloc stał, gdzie skałki rąbano. W jednej sali za wozownię służącej sań było kilkoro i łomy bryczek a koczów odwiecznych. Gdzie się światło zakradało, trawy rosły żółte i grzybów moc. Gdy wszedłeś do tej pustki, powietrze obwiewało grobowe, chłodne, stęchłe, że długo wytrwać tam było trudno. Rozmaite ptastwo, począwszy od sów i puchaczów, gnieździło się na poddaszu, w kominach, u belek, a że mu tam nikt nie przeszkadzał, mnożyło się niezmiernie. W jednym końcu, snać z dawnych czasów, siedziało gniazdo bocianie ogromne, na które „Pan Wojciech“ co rok regularnie z familją przybywał, choć powszechnie mówią, że od nawiedzonych nędzą miejsc ucieka. Czasem nocami gdy cicho było, a zwierz drobny, który się tu rozsiadł dokazywać począł, — stukało i łomotało po pustych izbach, jakby w nich złe duchy harce odprawiały. I było to mniemanie u pospolitego ludu, że nieczyste siły po nocach broiły, niepokojąc ludzi. Po ciemku też nikt tam się iść nie ośmielił. W izbach narożnych, choć przylegały do tej , można było żyć jako tako. Ganeczek tam dawniej przyczepiono, i były oprócz kuchni, spiżarni i mieszkania Grzymały, dwie izby dosyć obszerne z alkierzem przyciemnionym. Tam się całe mieściło gospodarstwo, stara Motruna, gospodyni, która jeść gotowała, a z sierotką Pryską około dwóch krów i drobiu chodziła i wreszcie Niemowa, człek też stary, który stróżował we dworze. Był to człek zdrowy, silny, zachartowany tak, że w najtęższe mrozy rzadko co oprócz koszuli kłaść potrzebował, pracowity, ale niezmiernie zły, gdy mu się sprzeciwiano. Urodził się tak bez słuchu i języka, mruczał tylko i piszczał, ale na migi wszystko rozumiał i co mu kazano robił, byle miał co jeść. Wódkę też lubił bardzo, ale mu jej nie dawano, bo czasem gdy się napił, w furję wpadał, a wtedy na nic w świecie nie zważał. Osobliwością było, iż Niemowę tego nieboszczyk ksiądz proboszcz nauczył klęczeć w kościele, z rękami złożonemi, i tak się na nabożeństwie znajdował pięknie, że nie można lepiej. Była z niego posługa wielka, bo mu nic nie dawano, tylko kożuch jeden na lat kilka, siermięgę i koszul zgrzebnych parę. Gdy się odarł, przynosił łachmany swoje i wskazywał na plecy. Niech Bóg broni było go skrzywdzić niesprawiedliwie! Bo choć rozumu miał mało, a poczucie sprawiedliwości bardzo wielkie. I to w nim szczególne było, że dzieci niezmiernie lubił, i gdy nie miał co robić, na rękach je nosił, huśtał i usypiał. Czasu żniw, gdy babom trzeba było iść z sierpami, a z dziećmi małemi nie wiedzieć co było poczynać, wołano Niemowy, — najlepsza z niego niańka była. Dworu tedy całego więcej nad to, co się powiedziało, nie miał cześnik, a i te dusze czasem wyżywić mu było trudno; bo Grzymała, choć głód pięknie znosił, gdy się do misy dorwał, tylko było patrzeć a dziwować się. — Niemowa żarł strasznie, — sierotka Pryska, małe dziewczę, chude jak szczapa, całyby dzień była gębą ruszała, byle miała co złasować. Za to Motruna więcej pościła za duszyczki swe różne, i za grzechy stare, niż jadła, a cześnik póki żył, lada czem się obchodził. Po śmierci jego i ubogim pogrzebie, gdy się pan Felicyan znalazł sam w Trzcieńcu z Grzymałą, na prawdę nie wiedział co poczynać. Wyprzedać się, gospodarzyć, puścić komu ziemię, a samemu szczęścia szukać, wojskowo służyć, do kancellarji wstąpić, dworskiego chleba próbować, wszystko miał do wyboru, ale do niczego bardzo go serce nie Ojciec dopóki żył, o nic tak nie stał jak o wychowanie syna, ostatki oddawał, aby go w szkołach popędzać, a że chłopiec był zdolny, głowę miał otwartą i umysł bystry, więcej z niego zrobili Ojcowie Jezuici niż z drugich. W szkołach też z różnymi się i zamożniejszymi paniczami poznał, lubili go wszyscy. Statku w nim było nad wiek, bo choć sobie ośmnaście lat liczył, drugi go i we dwudziestu kilku tyle nie ma. Pan Bóg go sowicie ze wszech miar wyposażył, bo pokaźny, zręczny i szlachetnego oblicza był tak, że gdyby nie odzież uboga, często połatana, wziąćby go było łatwo za senatorskie dziecię. A obyczajnym też, skromnym i akkomodującym się być umiał bez wszelakiej podłości, i Ojciec rektor, ks. prefekt, wszyscy, co go znali bliżej, odchwalić się go nie mogli. We dwa dni po pogrzebie, — było to jakoś w Marcu, wiosna przychodziła leniwo, zimno jeszcze Lutowe prawie na dworze, siedzieli w większej izbie u komina pan Felicjan i Grzymała. Ten był tylko co od gospodarstwa powrócił, bo choć go tam niewiele mieli, zawsze po oborach i chlewach i w stajni trzeba się było co wieczór rozpatrzyć. Stary Adam od małego dziecka nawykł był cześnikowicza po prostu Felisiem nazywać. Milczeli długo oba. Grzymała ręce czerwone tarł a rozgrzewał, wreszcie obrócił się do chłopca siedzącego niedaleko, i popatrzawszy nań, bąknął: — No, a co? Wypłakawszy się, ta pomodliwszy, czas myśleć o sobie, co będziemy robili Felisiu? Chłopak drgnął. — Jakże wy myślicie? — No, co tam ja! Ja do takich spraw rozumu wielkiego nie mam. Kiedy gnój wozić, to ja wiem, ta — i tyle. — Ja też się jeszcze nie rozmiarkowałem... rzekł Feliś. — Czas na to. Rwać się na świat bardzo nie myślę: co ojciec robił, to i na mnie przypada. — Ojciec był stary — westchnął Grzymała. Za młodu i on na Trzcieńcu nie siedział. Młodemu trzeba świata ujrzeć i obetrzeć się, a szczęścia poszukać. — Toć prawda, panie Adamie — odpowiedział chłopiec; — ale żeby w świat iść, trzeba mieć za co ręce zaczepić. To mówiąc rozłożył je, pokazując, że pusto w garściach było. — A jak drudzy z talarem w kieszeni poczynają? — odezwał się Grzymała. Młodość za skarby starczy, służba nie krzywdzi, dorabiają się ludzie dworsko, trzymając pańskiej klamki. Na to pan Felicjan nic nie odpowiedział. Grzymała aż się zwrócił do niego, żeby zobaczyć, dla czego milczy i co mu to jest? — Cóż? dworska służba? nie w smak? — spytał. Potrząsł głową Feliś. — Bo widzisz Feliś — mówił Grzymała, — na wsi w tym gnoju zmarnujesz się. Szkoda ciebie do wideł i brony. Jak mi Bóg miły! skapcaniejesz, jak my tu z nieboszczykiem oba; łapcie wdziejesz, zamęczysz się, zachorujesz i zabijesz. Tobie trzeba ludzi. Nie darmośmy cię do szkół oddawali, aż do poezji, mospanie! Czy w palestrze, czy w kancellarji, czy na dworze, chętnie cię przyjmą. — To prawda — odezwał się cześnikowicz, — ani słowa; lecz gdziekolwiek pójdę, sługą muszę być, gdy w Trzcieńcum ja sam sobie pan. Rozśmiał się Grzymała. — Piękne mi państwo, kiedy sobie sam w piecu palić będziesz musiał! Jeszcze póki ja żyję, nie dam ci tego robić... a no, mnie i Niemowie przyjdzie prędzej później na mogiłki wędrować. Motruna też kaszle i ledwo się włóczy... ze smarkatej Pryski pociechy wiele nie będzie. Ze wsi nie ma kogo wziąć. — A co pomoże jak ja ztąd ubędę! odezwał się cześnikowicz, — albo się przez to co poprawi? Grzymała się po głowie poczesał palcami, bo miał to we zwyczaju, gdy go co niecierpliwiło. — Widzisz Feliś — rzekł, — nim my się położymy na niewstanie, ty do tej pory możesz się dorobić. — Jakim sposobem? — A głowa i ręce od czego? Feliś grzał się u ognia milcząc, zadumał Stary czekał długo na odpowiedź, i nie mógł się jej doczekać. — No cóż? co? — odezwał się, — co ty na to? — Nie wypędzajcie mnie ztąd — rzekł powoli cześnikowicz. Ambicji wielkiej nie mam, trochę wiem, jakie po dworach życie; a jakbym rok popróbował tu posiedzieć i pogospodarzyć? Grzymała ramionami ruszył. — Któż ci broni, albo kto cię wypędza? rzekł cicho. Ojcu nieboszczykowi a memu dobrodziejowi najosobliwszemu przyrzekłem święcie, że ci służyć będę — służę czem mam. Tak mi się zdało, że kiedy on o te szkoły dbał, nie do brony i sochy cię sposobił! Feliś milczał ciągle zadumany. — Więc cóż? spytał Grzymała. — Ja też się nie zarzekam niczego... odezwał się cześnikowicz. Gdyby się okazja jaka trafiła, możebym w świat poszedł; tymczasem spocząć tu trochę chciałoby się. — Cóżeś ty się tak uznoił? uśmiechnął się Adam. Przyłożyli drewek na komin, który i grzał i świecić musiał, bo innego światła w izbie nie zapalono; rozmowa się nie wiodła, zamilkli. Nazajutrz Grzymała poszedł po oborach, do , gdzie dwóch młocków owies na nasienie wybijało, obszedł gospodarstwo, popatrzał po niebie, że się coś na lepsze nie zanosiło, i do izby wrócił. Zastał Felisia też gospodarującego, bo chciał porządek uczynić w tem, co po ojcu zostało. — Panie Adamie — odezwał się cześnikowicz, — a jakbyście mnie pomogli się rozpatrzyć po kątach? — Czemu nie! Wzięli się tedy oba do wyciągania sepetów, otwierania szaf i inwentarza swojej biedy. Na prawdę nie było co robić bardzo, bo po cześniku, krom fascykułów, papierów, dokumentów, których kufer był cały, odzieży i ruchomości mało co pozostało. Najlepszy kontusz, żupan i pasik wziął z sobą do grobu; co po tem było pożądniejszego, syn odłożył i uścisnąwszy Grzymałę, jemu oddał. Zostały dwie karabele, z których jedna od parady, i sygnet z krwawnikiem, z herbem Sobków, bo szlacheckie godła na innym kamieniu rznąć się były nie zwykły, tylko na krwawym, tak jak herbowe pole, krwawo wysłużone, najczęściej purpurowe było. Strzelba jedna długa, z zamkiem popsutym; druga jeszcze dobra. Kulbaka i siodło paradne, aksamitem spłowiałym obciągnięte, dawno nieużywane a od molów mocno poprzegryzane. Zbroja żelazna z krzyżem na piersi mocno zardzewiała; kolczuga stara z misiurką srebrem okutą; ryngraf z Matką Boską i Św. Józefem. Wszystko to z kątów powyciągali, cześnikowicz obejrzał, i nie wiele już pozostawało... Poszli tedy do czeczotkowej szkatułki, która u łóżka stała, i wynieśli ją na światło do pierwszej izby. Tu w papier uwinięte były obrączki ślubne, dukat z Matką Boską, różaniec nieboszczki matki, kilka jej listów, laku kawałek, sprężyna od zegarka, guzików kilka pozłocistych, flaszeczka z wyschłym olejkiem różanym i parę modlitewek skutecznych, przepisanych na różnych papierkach. Pieniędzy, po pogrzebie i jałmużnach, nad talar i kilka groszy nie było. — Z czemżeś ty mnie, panie Adamie, w świat chciał wyprawić? — spytał Feliś. Stary po głowie się potarł. — W stodole nie ma nic, chyba co na nasienie, i przeżycie na przednówku, a Bóg raczy wiedzieć, czy tego roku urodzi? — A czemu urodzić nie ma? — odparł Grzymała. Żyto posiane na najlepszym kawałku, na Wieruchowszczyźnie, da Bóg proso i len sypniem na łęgu, a że woda nam już trzy z rzędu, to świętojanka, to jakóbówka szkodę robiła i zabierała posiewy, chyba Bóg nie łaskaw, w tym roku się ostoim... I w stodole też... począł Grzymała z namysłem, ale się wstrzymał... No... na stodołę, prawda, nie ma co rachować. Omłotu żytniego jest kupa, ale z tego pociechy nie będzie; nieomłóconego kilka kop, owies, tyle co na nasienie i dla szkap z sieczką... Jęczmienia drugi rok nie mamy... Zadumał się Grzymała. — Czyśmy komu co winni jeszcze? spytał cześnikowicz. Tak zagadnięty pan Adam, pasa na sobie pociągnął, i rzekł: — Nie bez tego... Zelmanowi talarów bitych pięć tynfów dwa. Przypominał dalej, ale cedząc z wolna, aby nie nastraszyć sieroty. — Breslauerowi we Włodawie, siedm z czemś. — A więcej? — Jużci i proboszczowi trzy. — Jeszcze się co znajdzie? badał nieśmiało Feliś. — Dwa talary pożyczył nam Chwedor Borzobohaty, ale z temi nie pilno. Chłop siedzi na pieniądzach, garnczków ma pozakopywanych nie wiem ile, tylko się tai. Ojciec jego już sławny był z tego, że u niego nigdy stogi się nie omłacały, aż drugiego roku. Temu nie pilno. Westchnęli. Kilkanaście talarów z prowizyą dla biednego dziedzica stanowiło kapitał niemały. Chudoba dworska ledwie starczyła gospodarskim potrzebom, a Borzobohaty miał i liczniejszą i tłuściejszą niż pańska. Wołów roboczych dwa, z których jeden łysy, stary, już na Żyda patrzał, byle go czem odkarmić, krów liczono trzy, jałówek dwie, cieląt dwoje, koni troje. Z tych klacz stara bułana, na jedno oko była ślepa i podpalona. Kilkoro gęsi, kilkanaście kur, dziesięć owiec czarnych — oto wszystko. Sprzedać z tego inwentarza cokolwiek bądź niepodobna było, a gdyby na łysego się nawet kupiec znalazł, trzeba go było zaraz młodym zastąpić, bo na cielęta czekać nie miał czasu gospodarz. Orka wprawdzie na piaszczystych polach lekka była i sochę tam lada biedactwo pociągnęło, ale na łęgach, gdy się muł zsiadł i zapiekł, chudoba się męczyła strasznie i musiał dwór mieć swoją. Jeden Borzobohaty wychodził z uprzężą dobrą na pole; ze trzech innych gospodarzy, Andruk miał wolęta chude, a Chmura z Wronkiem sprzęgali się do roboty. Pola dużo, jałowiało przez to... lecz gdyby się zmógł nawet dziedzic na lepszą oborę, rąkby mu do niej zabrakło. We czterek chatach nie zbyt „siemienistych,“ więcej było dzieci i wyrostków niż parobków. Gdy się przyszło rozpatrzyć we wszystkiem, ręce opadały. Grzymała wzdychał. Dźwignąć się nie było prawie sposobu. Wiedział to może i Feliś, lecz nie mówił nic; chodziło mu po głowie, że jakiśby przecież środek na to znaleźć się powinien. Tak cały dzień prawie przegawędzili chodząc po kątach, i stękając. Z południa plucha na pół śnieżna trochę się przejęła; Grzymała oknem wyjrzał i chciał wychodzić, gdy do izby wpadł Niemowa. Wyglądał strasznie biedny człek z głową ostrzyżoną krótko a brodą na pół siwą na cal odrosłą, z oczyma czarnemi wypukłemi, z piersią obnażoną, bosy, w koszuli tylko i spodniach u dołu słomą do nóg poprzywiązywanych, — czemś czy przestraszony czy nadzwyczaj zdziwiony. Ręce się mu trzęsły i usta krzywiły. Palcami wskazywał po za dwór, i wydawał krzyk dziwny: Hu! hu!... jakby się tam coś niezwyczajnego stało. Nie mogąc go dobrze zrozumieć, wypadł na ganek Grzymała, i w stronę wskazaną patrząc, zobaczył — istne w Trzcieńcu dziwo. Małą drożyną wiodącą ku dworowi, jechał powóz ciężki i ogromny. Była sama roztopów pora, błoto straszne. Gdzie niegdzie zamróz trzymał, ale w wielu miejscach do gruntu puściło i koła się rznęły głęboko. Droga też prowadząca do Trzcieńca nigdy większych powozów nie widywała i nie była dla nich przeznaczona; koleje wązkie wybijały wozy. Tu i owdzie rowek wymyły wody, stał jakby brodek, leżały kamienie, chróst i kołki, któremi się grzęznący ratowali. Słowem, droga była w świecie najokropniejsza zawsze, a onego wiosennego czasu, piekielna dla wozu, straszna dla kałamaszki, dla landary niemożliwa. Prawda, że owo zjawisko ciągnęło sześć ogromnych koni, w chomątach ciężkich; ale machina była jak dom wielka, wisząca na drągach i pasach, na których kołysząc się istotnie na imię kolebki zasługiwała. Na jednym z koni siedział wyrostek, na wysokich kozłach woźnica w delii i kołpaku, na stopniach z obu stron stała służba. Powóz był widocznie pański, ale jak się tu zabłąkał, zkąd wziął, tego Grzymała pojąć nie mógł, a Niemowa, który raz pierwszy w życiu widział coś podobnego, śmiał się, ręce podnosił i krzyczał: — Hu! hu! Z postawy jego widać było, że nie dotrzyma, i gdy się zbliży ów potwór — pierzchnie. Grzymała stał jak wkuty. Powóz posuwał się nadzwyczaj wolno, zapadał niekiedy to jedną stroną, to jednem kołem, a naówczas służba się rzucała i podtrzymywała, ażeby nie runął. Z po za skórzanych firanek widać było wysuwające się ręce, to z jednej, to z drugiej strony. Patrząc zdala na tę podróż po wertepach, litość brała nad końmi najprzód, potem nad ludźmi. Oprócz tego Grzymała i później za nim wybiegający Feliś przejęci byli uczuciem innem, ogarniał ich wstyd i strach. Oczywiście zdala ów dostojny podróżny, zobaczywszy ogromny dwór, został pozorem jego uwiedziony. Zdawało mu się pewnie, że tu znajdzie godną siebie gospodę. Tymczasem wrota wiodące na podwórze były dla skromnych wozów i bryczek stworzone, nie dla takiej bajecznej landary; sześciu koni owych olbrzymich nie było gdzie pomieścić, a w nizkie wrota ani ich można było wprowadzić. W dziedzińcu uszczuplonym ogrodzeniem zawrócić z tą machiną było niepodobna... Cóż dopiero ludzi i konie i pana nakarmić? Wszystko to przez myśl przechodziło przestraszonym i strapionym. Stali milczący, nie śmiejąc nawet odezwać się do siebie: Co to z tego będzie? Staropolska gościnność nie dozwalała ani pomyśleć, żeby zabłąkanego podróżnego od wrót odprawić. Grzymała spojrzał na cześnikowicza; ten na niego. Tymczasem choć landara się toczyła niezmiernie powoli, czasami nawet przystając, bo konie były zhasane, i para z nich buchała jak z kotła, a woźnica dobrze batem musiał szkapy smagać, gdy powóz zapadł tylnemi kołami, — zawsze jednak zbliżało się to widocznie, i już przewidzieć było można moment ów straszliwy, gdy konie u wrót staną, a ludzie do dworu przybiegną. Choć płot z chróstu, opasujący dziedziniec, nie był stary i miał swą wartość, bo rąk do zbytku nie było (nie licząc łozy i kołków) — Feliś widział, że go przyjdzie na ołtarzu gościnności poświęcić i złamać. Toby jeszcze najmniejsze było, lecz — co dalej? Jak tu takiego magnata przyjmować? Czem? Piwnicy całkiem nie było w Trzcieńcu, a w loszku ani butelczyny. Baryłka wódki siwuchy, którą się Grzymała pokrzepiał, do której Niemowa się uśmiechał, stanowiła jedyny trunek w domu... Zapasów żywności, oprócz kilku serów, wędzonych kiełbas, pary półgęsków i czerstwego chleba nie było tak dalece. Owies młócono — na zasiew! Sześć pańskich koni głodnych mogło skompromitować nadzieje przyszłego roku... Stary sługa i młody dziedzic patrzali na siebie z niewymowną trwogą, ale zarazem z ową rezygnacyą heroiczną, która spełnieniu obowiązku gościnności szlacheckiej towarzyszyła. Szlachcic rozłamywał się chlebem w drodze, w domu płot musiał bodaj wyłamać dla gościa. Nie szło o wypróżnienie śpiżarni, choćby jutro głodem mrzeć miano, lecz o to, jak się przyznać, że w niej godnych gęby pańskiej zapasów nie ma? Zarumienił się Feliś i pobladł, Grzymała głowę poskrobał i pasa pociągnął. Landara żółwiemi krokami posuwała się coraz bliżej, i już słychać było: „Wio!“ woźnicy i pokrzykiwania służby, prychanie koni, i pisk powozu nienawykłego do podobnych przejść, od których wnętrzności jego skrzypiały. Feliś i Grzymała stali jak skamieniali. Niemowa widząc, że ta straszna rzecz już już się pod wrota podsuwa, prychnął jak kot, który się psu broni. — Pch! pch! — huknął, i sadząc ogromnemi kroki przez kałuże, puścił się ku szopom, dopadł drabiny, schował się na wyżki. Żadna siła ludzka nie byłaby go powstrzymała, tak okrutna ogarnęła nim trwoga. Motruna z gębą otwartą, Pryska z ustami zamkniętemi fartuchem, stały tuż nieledwie gotowe dobry przykład dany im przez Niemowę naśladować. W tej chwili przednia para koni, pod samiuteńki płot przybywszy — stanęła. Skoczyła służba ze stopni i dostrzegła, że powóz na żaden sposób przez ciasne wrota nie wejdzie. Grzymała heroicznie, chłodno posunął się ku wjazdowi, i własnoręcznie wrota naprzód odrzuciwszy na bok, jedno przęsło płotu pochwycił w silne dłonie, machnął niem parę razy, aby kołki obluzować i na ziemię obalił. Skinął potem poważnie na woźnicę, że droga stoi otworem, landara poruszyła się, zatrzęsła, zakołysała, zapiszczała i majestatycznie wtoczyła się szukając ganku. Dawny zajazd do domu stał zabity deskami. Grzymała pokazał róg dworu, do którego przystęp był wązki i nieco balijkami zastawiony, ale musiano się tu skierować, bo innego nie było. Z powozu dwie wielkie ręce się ukazały, przystąpił do stopni gospodarz z głową odkrytą i ukłonem gościa powitał... Co to za gość mógł być, nikt się nawet domyślać nie umiał. W sąsiedztwie wprawdzie majętności były znaczne, do wielkich domów należące, księcia chorążego Radziwiłła, Sapiechów, dawne Pociejowskie, które był właśnie podskarbi Fleming zagarnął, ale panowie ci rzadko zaglądali po kątach, dla polowania tylko, albo czasu sejmików, gdy szło o przeprowadzenie kandydatów swoich, widzieć ich było można po miasteczkach i gościńcach. Tu z powozu i dworu znać było, że jechać musiał senator nielada i magnat wielki, za którym gdzieś reszta jego ludzi i furgonów pozostała; nikt jednak zrozumieć nie mógł, jak i po co w ten kąt zapadły przywędrował. Pan Felicyan zbliżył się jako gospodarz honory czynić zmuszony, z głową odkrytą, lecz fantazyi bynajmniej nie straciwszy. Spojrzał w głąb: na pierwszem miejscu siedział człek niemłody, słusznego wzrostu, dosyć jeszcze przystojny, z niemiecka ubrany i twarz też mający jakąś nie naszą. Oczy mu nad śniademi policzkami świeciły bystro, czarne, niecierpliwe, i usta kręciły dziwnie, sam też rękami i nogami miotał, jakby mu na miejscu ciężko było usiedzieć. Peruka i kapelusz temi ruchy nadwerężone zdawały się kłócić z sobą; futerko, którem był okryty, pomięte było i stare... rękami po kolanach przebierał i rwał się już wysiadać. Naprzeciw niego w polskim stroju podróżnym szlachcic siedział, dworak znać zażywny, twarzy , z wąsem spuścistym, oczu niebieskich mocno wypukłych, równie szparkiego temperamentu, bo już chciał, uprzedzając pana, z landary wyskoczyć, gdy z niemiecka ubrany, ręką go nazad w powóz popchnął i sam się wychylił. Oczy wraził zuchwale w pana Felicjana, obejrzał się na dwór i dziedzińczyk, i bez żadnej ceremonii począł akcentem cudzoziemskim: — Jak się nazywa? Stosowało się to do Felicyana, który w tej formie interpellacyi do siebie wystosowanej nigdy nie słyszał jeszcze, i skrzywiwszy się nieco, obejrzał po za siebie, jakby szukał tego, o którego pytano. — Kto? — zapytał. Podniesionym głosem i z wielką niecierpliwością już nie zagadał, ale zakrzyczał siedzący w powozie: — Jak się jegomość nazywa? — Ja?? Felicjan Brochwicz Sobek, do usług pańskich — odparł chłodno dosyć młodzieniec. — A miejsce? wieś? hę? — wołał przybyły. — Trzcieniec Wielki — rzekł śmiejąc się gospodarz, — choć w istocie on już dziś się stał bardzo maleńkim. — Jest gdzie popaść? rzucając się ciągle, mówił siedzący w powozie. — Czem chata bogata, tem służę, — odezwał się śmiało Felicjan. Uprzedzić tylko muszę pana, że chudym pachołkiem jestem i wygody u mnie nie znajdzie. Co jest tem służę! Przybyły już więcej nie pytając, z pośpiechem wielkim począł się dobywać z powozu, co mu nie łatwo przyszło, bo się do tego brał zbyt żywo. Zbliżył się Felicjan, Grzymała i własna służba pańska, mu ręce. Wydobyto go z landary, zaplątanego w futerko i gniewającego się na własne nogi, któremi rzucał pociesznie, bo chwilę spokojnym być nie umiał. Na tem się nie skończyło... Powóz stanął był nieco opodal od ganku tak, że pomiędzy nim a suchym progiem przestrzeń była dosyć znaczna, zajęta kałużą i błotem. Niepodobna było wykwintnego obuwia pańskiego na despekt narażać, i Grzymała dał ręką znać, aby się wstrzymano z dalszym pochodem; skoczył ku dworowi, tarcicę leżącą pod nim schwycił, rzucił ją w kałużę i suchą drogę usłał. Nie uważał tylko w tym pośpiechu i gorącej chęci usłużenia, gdy deskę rzucił, iż woda się musiała rozprysnąć i błotem obrzuciła wszystkich, pana Felicyana, dwornię i samego dostojnego gościa, który rzucił się gniewnie, jakby Grzymałę pięścią chciał walić, lecz się wstrzymał i poszedł ku gankowi. Dwornia po cichu śmiała się z tego wypadku. Szli tedy pontificaliter do izby wszyscy: pan, jego towarzysz, Felicyan i Grzymała na końcu, ręką gładząc włosy. W jedynej tej izbie ranny ogień szczęściem nie wygasł był na kominie, i zaraz do niego drzewek przyrzucono, aby podsycić. Tu dopiero na świetle dziennem mógł się gospodarz gościowi dobrze przypatrzyć, a najprzód twarzy, w której jakieś wielkie wzruszenie lewą jagodę w dziwne drganie wprawiało. Oblicze było pańskie, dumne, rozumne, żywy nad miarę temperament okazujące. Towarzysz pański, który przy nim tak pokornym był, że mu wnet sam zaczął stołka szukać i kapelusz odjął, uprzedzając sługi, pomimo to także buty miał duże i łatwo było zgadnąć, że sam na sam takby zawadyacko dokazywał, iżby go uchodzić nie było łatwo. Gospodarowali już w izbie, jakby ona do nich należała. Prychnął otyły jegomość, że krzesła nie było, i na stołku podłożył chustkę, którą zdjął prędko z siebie; obejrzeli się po ubogiem mieszkaniu, okazując pewne nieukontentowanie, że tak źle trafili. Gospodarz stał z boku, mając za sobą w odwodzie Grzymałę, tulącego się do kąta, i czekał co dalej Bóg da, zachowując zimną krew i wcale pokornej nie przybierając miny. Z niemiecka ubrany pan począł mu się naprzód przypatrywać, i pomyślawszy nieco, odezwał się głosem dziwnym, prędko i nakazująco a gorączkowo: — Dziedzic wioski? hę? — Tak — odparł Felicyan, — i chciałbym mieć to szczęście wiedzieć, kogo u siebie przyjmuję? Zdziwił się trochę i skrzywił gość usłyszawszy to pytanie, jakby mu się zdawało, iż go przecie cały świat znać musi, a jakby zagadnienie to wprost uczynione, uwłaczającem dla siebie znajdował. Prychnął tylko, a towarzysz pański postąpiwszy krok, rzekł z cicha: — Jaśnie wielmożny graf Fleming, podskarbi z Terespola. Skłonił się z lekka młodzieniec, lecz spodziewanego może wrażenia to na nim nie uczyniło, pomimo że pan generał artylleryi koronnej, podskarbi litewski, starosta szereszewski i brzeski, świeżo od Pocieja strażnika litewskiego nabywca dóbr Włodawy, Rożanki, Rzeczycy i Zdzitowiec, był dzięki własnemu znaczeniu na dworze i kolligacyi z Czartoryskimi, jednym z panów w okolicy. — Jaśnie wielmożny graf, — dodał towarzysz, w drodze nieszczęśliwie zabłądził. — Furman szlagi! — przerwał podskarbi, i stuknął o stół. — Dokądże jaśnie wielmożny graf jechał? — zapytał Felicyan. — Do Kaplonosów, — rzekł cicho spytany, — dla dyfferencyi z Holeszowem! Grzymała słysząc to, przeżegnał się zdziwiony. — Gdzie tędy do Kaplonosów! — zawołał. — Szlagi! — powtórzył Fleming. Powiedział: wie drogę! Ludzie zostali, a my tu! hę! Dziura, piekło, żaden gościniec! szlagi! Grzymała, który wcale też nie był wielkością pana onieśmielony, dodał: — Na to się poradzi i da przewodnika do Kaplonosów, to mała rzecz! — Mała rzecz! wielki czas! — zawołał Fleming gniewnie. — Konie zmęczone, a ja! Pomacał się po bokach. — To jest piekło nie droga! tędy nikt nie jeździ? — Oprócz fur z gnojem i po drwa do lasu! — dokończył chłodno Grzymała, — a podskarbi podchwycił za nim ze złością: — Ja! gnój, wozić po te drogi! Wszyscy zamilkli widząc gniew pański; podskarbi popatrzał na Felicjana. — A co jeść? nie ma co jeść? — zapytał. — Wątpię, żeby to, co jest, godnem było ust , — odparł gospodarz, — jaja się znajdą, chleb razowy, masło, mleko. Jestem człowiek ubogi. — A dla czegoż jesteś ubogi? — podchwycił Fleming. — Młody człek, taki zdrów, silny, niepowinien być ubogi. — Tak Bóg dał — odparł Sobek, — ojciec zubożał, jam się jeszcze nie miał czasu dorabiać. Niedawno mi go śmierć zabrała... Tu westchnął. — Szlachcic? — spytał Fleming. — Stary szlachcic, herbu Brochwicz — odezwał się dumnie chłopak. Mieliśmy to szczęście, że dwa domy pańskie naszą się fortuną pożywiły: Radziwiłłowie i Ciołkowie z Żelechowa. Dla tego może nam, to jest mnie, czterech chłopów zostało. Fleming się rozśmiał. — Cztery chłopy! Herr Jesus! ale dwie ręce zdrowe i głowa! — Uderzył się w czoło. — Chodził do szkół? — dodał. — Aż do — rzekł Felicjan. — No, to do palestry — zaśmiał się podskarbi, wskazując na towarzysza swojego, którym był Antoniewicz, patron trybunału i plenipotent pański. — Nie mam ochoty! — odparł gospodarz. — Na pański dwór — dodał Fleming. Sobek zamiast odpowiedzi spojrzał dosyć hardo. Zamilkli na chwilę. — Każę przynieść, co mam do jedzenia — rzekł, kłaniając się i wychodząc gospodarz. Gdy się sami zostali, podskarbi się uśmiechnął, i na czoło pokazując zamruczał: — Cztery chłopy a fumy szlacheckie jak na stu chatach! Polski szlachcic! , który też miał prawo do tego tytułu, trochę się skrzywił, a Fleming rozśmiał. Jakby dla uczynienia dywersyi, wszedł jeden ze sług pana podskarbiego, i spytał, czy puzderko z winem i wódką, które cudem się w powozie znalazło, ma dobyć? Za nim tuż kroczący Grzymała, nie czekając odpowiedzi pana, odezwał się głośno: — A pewnie, bo u nas oprócz wody i bardzo śmierdzącej kotłówki, nie ma nic. Rozłożył ręce. Fleming skinął na sługę, i Antoniewiczowi ręką pokazał, że pić co nie ma, ale jest duma szlachecka. Poszli więc po puzderko. Nim w kuchni jadło przygotowano, Fleming z gniewu i złego humoru szczęśliwie ochłonął. Rozglądał się po izbie i ubogich sprzętach, zdając się dziwić, że tu ludzie żyć mogli. Antoniewicz stał oparty o stół, siąść nie śmiejąc w obliczu pana. Naprzeciwko Motruna z Pryską warzyły jaja, zniosłszy co najświeższych z pół kopy, lecz nie umiały ich inaczej zgotować tylko po szlachecku, to jest na twardo. Dodano kiełbasę wędzoną, masło solone z faski, chleb razowy i — kwaszone ogórki, nieunikniony przysmak, każdej przekąsce towarzyszący. Wszystko to pan Felicjan przy pomocy Grzymały, gdyż bosonoga Pryska, w czarnej koszuli na żaden sposób nie mogła i nie chciała wystąpić, — zanieśli do izby. Nakryli grubym obrusikiem stół, i pan Antoniewicz popatrzawszy na śniadanie, puzderko otworzył. Pił tedy najprzód pan podskarbi, potem Antoniewicz do gospodarza, i utraktowano Grzymałę, który sobie nie przypominał, kiedy pił coś tak przedziwnego. — Prawdziwa ambrozja, nektar — szepnął gładząc się po piersi. W milczeniu, z rezygnacją, wziął się do otłukiwania jaj Fleming, z których same żółtka wybierał; powąchał parę razy chleba, spróbował go ukąsić i wyplunął. Popatrzał krzywo na ogórki, kiełbasy ukroił, wyegzaminował ją i odważył się zjeść kawałeczek. Około powozu tymczasem, z którego puzderko wydobyto, dwór pana podskarbiego z panem Grzymałą rozprawiał o dalszej drodze do Kaplonosów. A że panu Adamowi pilno było zbyć się co rychlej nieproszonych gości, których koniom na podróżnych żłobkach owsa na nasienie przeznaczonego, z bólem serca zasypać musiał, zaraz się tem zajął, ażeby parobczak od Borzobohatego na konia siadł i powóz do traktu prowadził. Posłano Pryskę pędem na wieś i nakazano Antkowi w mig z koniem się stawić. Fleming zjadłszy jaj dosyć, a napsuwszy ich dużo, raz się jeszcze napił, i zobaczywszy stojącego Felicjana, kiwnął nań, aby ku niemu przystąpił. Uczynił to chłopak ani zbytniej pokory, ni dumy nie okazując niepotrzebnej. — Po łacinie? — począł pytać. — A czegożbym się w szkołach uczył? — rzekł Sobek, — po polsku u nas nie uczą, bo to każdy z domu przynosi. skończyłem. — Po co Parnassu! — ruszając ramionami wtrącił podskarbi, i ręką po stole ruszając, mówił dalej: — Kalligrafia? — Niczego — uśmiechając się odezwał egzaminowany. — Do kancellaryi ochota? Potrząsnął głową Sobek. — Niewielka! — A do czegoż wielka? — spytał Fleming. — Największa byłaby do roli, gdyby i na czem i z czem gospodarować było — mówił Felicjan. — I! wasze gospodarstwo — rozśmiał się podskarbi, — Wy nie umiecie gospodarować. — Bośmy się nie mieli czasu nauczyć — odparł śmiało Sobek, — siedzieliśmy przez dwieście lat na koniu, z szablą, na kresach, przeciw dziczy pogańskiej, a baby u nas z włodarzami gospodarowały. — No, to teraz czas — odrzekł podskarbi, — z kredką, z główką, pięknie! Ja wziąłem po Pocieju Włodawę i Rożankę i te nieszczęśliwe Kaplonosy, pięknie! Zobaczycie, co ja z nich zrobię. Z Błotkowa zrobiłem Terespol; byłeś w Terespolu? — spytał. — Nie, dotąd nigdzie nie bywałem — rzekł Sobek, nie było czasu, teraz znowu trzeba swojego zagona pilnować. Podskarbi ręce podniósł. — Cztery chłopy! — rzekł śmiejąc się, — cztery chłopy! — Co robić, kiedy pan Bóg nie dał więcej? — szepnął Felicjan. — Pan Bóg się do was i do waszych chłopów nie miesza — począł żywo podskarbi. A na co ci dał rozum?? Sobek nic nie odpowiadał; ten dalej mówił zacinając z niemiecka: — Waćpan jesteś młody, silny, nie głupi. Sobek się skłonił, choć komplement nie był nazbyt gładki. — Na cztery chłopy nie ma co robić! Trzeba iść szukać służby i grosza się dorabiać. Jak za młodu będzie cztery chłopy, na starość nie zostanie i jednego, hę?? Spojrzał na Antoniewicza, który święcie głową słowa pańskie potwierdzał. Tymczasem Sobkowi się wyrwało: — Ale ja na moim zagonie panem jestem, na cudzym byłbym sługą. Usłyszawszy to podskarbi, zarumienił się. — Szlachcic polski! — zamruczał, — sługą! sługą! A któż nie służy? Ja jestem sługą Króla Jegomości, Król Jegomość podlega Cesarzowi i Imperyi, Cesarz Panu Bogu, a acan chcesz panem być — na cztery chłopy!! Śmiał się mocno, Antoniewicz mu pomagał. Pan Felicjan milczący stał i słuchał. — Acan mnie nakarmił, ja dam za jaja dobrą radę. Przyjedź waść do mnie do Terespola, zgłoś się do Morochowskiego, niech on mnie powie — jak? Sobek? — Sobek — jaśnie wielmożny panie. — Ja cię będę promować! Skłonił się pan Felicjan, choć może nie tak nizko do kolan pańskich, jakby pan Antoniewicz życzył, bo się skrzywił. — Pamiętajże! przybywaj, póki ja o waszeci i o tym nie zapomnę, bo u mnie na głowie dużo rzeczy. Grzymała stojący u progu, odezwał się cicho: — Już ja mu przypomnę i wyprawię do łaski jaśnie pana. Fleming popatrzał na wielce niepoczesnego starego. — Kto? — spytał. — Adam Grzymała! — rzekł, kłaniając się sługa. — Szlachcic? — sarkastycznie dodał podskarbi. — Samo nazwisko dowodzi! — rzekł, dumnie prostując się stary i gładząc czuprynę, — — Szlachcic!! — powtórzył ramionami, zżymając Fleming. Tu wszystko szlachcic! W łapciach szlachcic, w siermiędze szlachcic. — I w dziurawych butach! — dodał niezmieszany Grzymała. Fleming śmiał się, aż mu łza pociekła. — Mój Antoniewicz — odezwał się nagle, spojrzawszy w okno, — jechać czas do tych paskudnych Kaplonosów! Ruszył się i i Grzymała przed ganek zobaczyć, czy konie dojadły i czy już je ludzie zaprzęgli. Woźnicom i dworowi pilno było z pustego domu, gdzie im ledwie prostej wódki, sera i chleba dano, stali więc w pogotowiu, i Borzobohatego chłopiec na grubej kobyle, podesławszy sobie worek z trochą siana, we wrotach już czekał. Dano znać, ruszył się pan Fleming. Spojrzał raz jeszcze na Sobka, i po ramieniu go klepiąc, dodał: — Szlachcic cztery chłopy, do Terespola. Rozumie? Znajdziemy jemu lepsza robota! Skłonił się powtóre Sobek, i nie niżej, niż wprzódy. Zaczęto wyprowadzać do karety podskarbiego, który się już rwał co prędzej. Rozpoczął się pochód przez kładkę, która się uginała, pośpieszył za swym panem Antoniewicz i dano znak do jazdy. Ruszył się ciężki powóz zwolna tąż samą drogę, jaką się tu dostał, przez kałuże i dziury dobijać do traktu. Lecz mając teraz przodem jadącego Antośka, który wskazywał suchsze objezdki, prędzej się wydostał na piaski. Cześnikowicz, Grzymała, Motruna, której dano pół talara, Pryska, która dostała pono tynfa, nawet nieco ośmielony Niemowa, wydobywszy się z wyżek, długo stali i patrzali, jak powóz oddalał się od Trzcieńca. Jako wspomnienie po tych odwiedzinach, zostało rozsypane na dziedzińcu siano, skorupy od jaj, złamany płot, który zaraz podniesiono, zasępiona twarz Grzymały, i dosyć obojętne usposobienie Felisia, niebiorącego bardzo do serca oświadczonej mu pańskiej łaski. Stary sługa nie gniewał się na Opatrzność, która tu wielkiego pana jakby umyślnie sprowadziła, ale markotny był na Felicjana, że się hardo stawił i znaleźć nie umiał. Gdy weszli z nim razem do izby, stary sługa począł mu wymówki czynić, rozbierając punkt po punkcie, jako najprzód niepotrzebnie swe ubóztwo wygadał i z niem się odkrył, gdy można było przypadkowym składem chwilowych okoliczności niedostatek tego i owego wytłómaczyć; zamiast czterech chat przynajmniej o piętnastu dawało się mówić, bo niemal po tylu pustki stały odłogiem na piaskach; na ostatek i to miał za złe wychowańcowi, że się na pokorę nie zdobył, niżej nie kłaniał i nie dziękował za obietnicę promowania. Lecz Feliś był po młodemu hardą duszą, i na tej polityce, która kłamać i kłaniać się każe, wcale się jeszcze nie znał; uściskał Grzymałę. — Daj mi ty pokój stary — rzekł, — ja sobie z tych łask podskarbiego nic nie czynię. Będę albo i nie będę z nich korzystał, pojadę albo i nie pojadę, a zajrzawszy do Terespola, jak mi się tam nie podoba, czmychnę nazad, że tyle mnie i widzieli. Zniecierpliwił się stary pan Adam. — Jam sługa — rzekł, — ale mi ojciec opiekę zdał nad tobą; otóż ci powiadam, że pojedziesz do Terespola, i musisz tam pobyć. Dosyć biedy zaznaliśmy, kiedy się można z niej dobyć, a okazję sam Pan Bóg daje, kiepby był, ktoby nie korzystał. Feliś zamilkł, bo starego niemal jak ojca nawykł był słuchać i szanować. Niebawem więc, nie dając projektowi zastygać, zaczął Grzymała sztyftować wszystko do podróży. A było o czem myśleć, bo począwszy od konia do czapki, musiano każdą rzecz obejrzeć, ocenić i wyłatać. Felicjan wedle swojego humoru, nie chciał się wcale z ubóztwem kryć i wysadzać nad siłę; Grzymale, który powtarzał, że jak cię widzą tak piszą, szło o to, aby wychowaniec choć skromnie, ale porządnie na dworze pańskim się pokazał, bo tam o i żartownisiów, co radzi ze wszystkiego szydzą, nie było trudno. — Zechcą się ze mnie śmiać — odparł cześnikowicz, — no, to co? Jeżeli z dobrego serca się pośmieją, sam im pomogę; ze złej woli, to się wyrąbiemy, a jak ich pokiereszuję, dadzą pokój. Grzymale podróż ta spać nie dawała: zagadywał o nią rano, mówił przy obiedzie, rozprawiał wieczorem, myślał w nocy, bo na niej budował wiele. Potajemnie tedy, pod pozorem interesu do szewca, wybrał się do Kodnia dla dostania języka o podskarbim, i powrócił trochę markotny z wielkim zasobem powieści, które na dworze sapieżyńskim uzbierał. Wydał się z tem, że Felisia pan Fleming sam do Terespola zaprosił, czemu mu winszowano, bo w Brzeskiem województwie, a i dalej, pan podskarbi trząsł, jako chciał, ludźmi i co chciał dokazywał. Możnym i rozumnym go głosili wszyscy, chociaż niepomiernie gorącym, impetycznym, do cholery skłonnym i samowolnym. Lecz że dobra miał rozległe, gospodarstwa liczne, stosunki wielkie, ludzie się przy nim żywili dobrze, i plenipotenci, dworcy, mecenasi, pomocnicy, słudzy, wszyscy przy nim grosza się dorabiali. — Takie szczęście odepchnąć, gdy się samo stręczy — mówił stary, — szalonym trzeba być. Sobek na to mało odpowiadał, a jednego wieczoru rzekł: — Co dla jednego szczęściem, dla drugiego biedą być może. Ja się płaszczyć i pochlebiać nie umiem, narazić się łatwo potrafię, naówczas zemsta pańska potężniejsza niż łaska, i zamiast korzyści, do domu wniosę biedę. — A od czegóż rozum! — zawołał Grzymała. Pan Bóg łaskaw, i wy głupstwa nie popełnicie, chcąc głową mur przebijać, i on wam uczciwego punktu honoru za złe nie weźmie! Słowem, przy swojem stał sługa, panicza całował a wyprawiał. Stanęło tedy na tem, że gdy się ociepli, zazieleni, pora będzie do podróży przyjemniejsza, Felicjan się do Terespola wybierze. Więc stary w niebo poglądał, liście na drzewach liczył, pogodę wróżył, tak mu chłopca wyprawić pilno było. Feliś jakby głuchego udawał. Popstrzykali się czasem, lecz nim się rozeszli, zgoda najlepsza następowała, a Grzymała w swoje bił: — jechać trzeba. — To się pojedzie — mówił Sobek obojętnie. — Jechać póki śniadania i popasu nie zapomni — przynaglał Grzymała. I śmieli się, Feliś ulegać musiał. Zamawiał też sobie stary, aby zbytnio do domu nazad Sobek się nie kwapił, bo się gospodarstwo bez niego obejść może; i dowodził tego praktycznie, sam się około niego jak najmocniej krzątając. Felisia prawie nie dopuszczał, każąc mu się ze strzelbą i niewodkiem bawić. Nigdy może stary tak gorączkowo czynnym nie był, a widząc go tak zajętym, tknięty tem do żywego Feliś, rwał się sobie do jakie takiej roboty tak, że go raz stary złapał łupiącego łuczywo, co było funkcją Niemowy. — A! tego to już nadto! — krzyknął, odbierając , — jak mi Pan Bóg miły! Na dwór się wybierając, ręce sobie psuć około takiej roboty, jakby nie było dla ciebie co lepszego! Choćbyś sobie co z książek i łaciny przypomniał — łuczywa nam, Bogu dzięki, nie zabraknie! Siejba się rozpoczynała, roboty więc było dużo, Grzymała koniecznie chciał wyprawić chłopca, nim się kosowica rozpocznie. Codzień więc przypominał i napędzał, a gromił za ociąganie się i lenistwo. Wcześnie obmyślał sam, jak się do Terespola Sobek dostanie. Z koniem był kłopot największy, kałamaszką ani wozem, choćby najlepiej wysłanym, jechać nie wypadało, już i dla tego, że człowiekaby z sobą musiał brać, a nie było kogo, bo rąk nie mieli do zbytku. — Tymczasem pod siodło żaden z trzech koni dworskich dla młodego chłopca się nie nadawał; chabety były małe, grube, kłapouche i niepokaźne, do bron i w chołoble połatawszy, a pod wierzch chyba Żydowi. Nic więc nie mówiąc Felisiowi, stary konia wierzchowego, roślejszego, dostał pożyczanym sposobem w Sławatyczach u handlarza, pod ciężkiemi warunkami, które wziął na siebie. Koń był gniady, rosły, choć bez regestru już, ale się dosyć dobrze prezentujący. Szyję miał niegdyś przestrzeloną w jakiejś potrzebie, lecz tego widać teraz nie było. Nogi trochę zmęczone, jeszcze nie były popsute; a osiodłany, pokryty, w dobrych rękach, czasem sobie młodość przypominał i ogona zadzierał. Dowiedziawszy się o tym koniu, gdy go przyprowadzono, Sobek z razu ani chciał słuchać, żeby na pożyczanym jechał, Grzymała jak go wziął, jak począł prosić a obsedować, zmógł wreszcie i szkapę . Siodło stare sam poczciwy Adam pozaszywał, munsztuk i rzędzik skórzany wyczyścił, czaprak, juki, wysztyftował własnoręcznie, kryjąc się z tem przed wychowankiem, bo w potrzebie z dratwą nawet i z szydłem obejść się umiał... Nie spuszczając się na Felisia, sam też garderobę do ładu przywiódł. Nie była ona wytworna: żupanik zielony z fałszem, ze starego ojcowskiego, odświętnego , kontusz też za życia jeszcze nieboszczyka chłopcu do figury przykrojony, pasik nie bardzo wytarty, buty jedne do drogi czarne, drugie na pokoje czerwone safianowe niczego, popakował i pozawijał Grzymała zawczasu. Kilka talarów na podróż zbił ze sprzedaży skóry wołowej wiszącej na strychu i drobnych w spichrzu pozostałości, do których wszedł i puch przez Motrunę dostarczony. Nie ręczymy, czy parę groszy nie dołożył z własnej chudej kieszeni. Miał i to na uwadze stary, aby Feliś w tę drogę nie wybrał się w dzień feralny, sobie zostawując oznaczenie go, gdyż na kalendarzu złe do podróży, do obcinania włosów i puszczania krwi, konstellacje miał starannie ponotowane. Co się tycze drogi, o tę pytać, dzięki Bogu, nie potrzebowali, bo z Kodnia do Terespola jak strzelił, łatwo trafił, nawet kto nie chciał. Sobkowi jednak, choć już był przyrzekł, mocno się jechać nie chciało — ściągał, wymawiał się, a gdy już wykręcić nie mógł, dał sobie słowo uroczyste, że długo u Fleminga popasać nie będzie, a do domu drapnie jak najprędzej. Onego dnia pamiętnego w Maju, gdy już nareszcie jechać trzeba było, Grzymała wstał o świcie, sam do stajni, gniadego nakarmił, napoił, wyczyścił, sam mu siodło podpiął, popręgi wypróbował i Niemowie przykazawszy potrzymać, chodził mu się z różnych stron przypatrywać, czy też szkapa nie wygląda szpetnie. Gdy Feliś odziany, podpasany, a chmurny, wyszedł siadać, rzucili się sobie w objęcia, i Grzymała się rozpłakał. — Felisiu ty mój najdroższy, zajęczał: jak ty mi co dobrego życzysz, nie gorącuj się, nie unoś, nie wyrywaj nazad zbyt prędko. Krescytywy, gdy się trafia, nie rzucaj. Ja ci przysięgam na najdroższą krew Chrystusową, że nie dośpię, nie zależę, dopilnuje się tu wszystkiego, nic nie przepadnie. Jęczmień dosieję, na ługach dojrzę; trzeba będzie kosić, damy i kosowicy rady. Sobek spoglądał na ubogie domowstwo swoje, tęskno mu je było opuszczać. Cały dwór i stary Borzobohaty kłaniali mu się żegnając, Motruna nie wiedząc czego, popłakiwała, Pryska wyszczerzała oczy, Niemowa ręce podnosił, śmiał się i wołał: — Hu! Pchu! Przeżegnał się Felicjan i raz jeszcze skłoniwszy się Grzymale, który konia nie spuszczał z oka, jak też pójdzie i jak się wyda, — pokłusował raźno za wrota. Chłopak choć ubogo, wyglądał chędogo. Szepcząc modlitewki, stary nie ruszył od ganku, aż póki za krzakami wychowanka z oczu nie stracił. W Trzcieńcu biednym, gdy tego panicza, którego teraz panem się nauczono zwać, nie stało, — dwór straszniejszą jeszcze pustką się wydawał. Grzymała poszedł po izbach wzdychając, i wszystkie na klucz pozamykał, — nie były mu potrzebne. Sobek postanowił jechać z wolna i konia nie zrywać, nie śpieszno mu było; tego więc dnia nad wieczór do Kodnia przyjechawszy, nocować tu w karczmie naprzeciw kościoła zabierał się, i już miał sobie miejsca szukać u żłobu, gdy z bramy postrzegł, że ścisk był wielki, ludzi mnóstwo, w izbach jedna wrzawa, w szopie druga, bo się tam o każdą piędź kłócono, i konia nie było gdzie postawić. Szlachty kilku stało we wrotach, rozprawiając żywo, a zobaczywszy pana Felicjana, który zsiadł z konia i z nim się zbliżał, krzyczeć nań poczęli zawczasu: — Darmo się i nie kuście! nie ma gdzie! Byłby więc zawrócił pewnie, gdyby w oknie nie ukazała się mu znajoma twarz patrona Antoniewicza. Ten mu się przypatrywał bacznie. Poznali się, i Feliś pokłon mu oddał. Antoniewicz ten, który w Trzcieńcu był z podskarbim, a ów co przez okno wyglądał, choć niby jednym i tym samym zdawali się Antoniewiczem, jak niebo od ziemi się różnili. Przy Flemingu pokorny i milczący, tu patron huczał i rej wodził, szlachta mu się z dala przypatrywała i kłaniała nizko. Mina była gęsta, wcale inna, wąs się podjął do góry, włosy inaczej się rosnąć zdawały. — zawołał, — JMPan Sobek ze Trzcieńca! I skinął nań, aby się przybliżył. — Czy nie do Terespola? spytał uśmiechając się, bo był w dobrym humorze, a na oknie stojąca na pół wypita szklanka po trosze tłómaczyła ten animusz jego. Sobek głową skinął potwierdzająco. — Masz asindziej szczęście — dodał Antoniewicz. Nasz graf nie zwykł dla szlachty być czułym, i nie tak jak książę wojewoda ruski, co na pamięć z regestru liczy i zowie po imieniu, choćby kogo raz widział w życiu, — a waćpana tak zapamiętał i śniadanie u niego, że się już pono kilka razy pytał, czy go nie było? Dobrze się Asindziejowi składa, bo to pan, co i sam dużo ma, i drudzy się przy nim pożywić mogą. Jakoś w usposobieniu był do gawędy pan Antoniewicz i huknął na pachołka, który był w izbie: — Weźcie konia od pana Sobka, — chodź acan do nas! Felicjan nie śmiał odmawiać. — Dziękuję panu mecenasowi — rzekł, — byle mi miejsce zrobiono, ja konia sam postawię i submittować się będę. Nadbiegł sługa Antoniewicza, w karczmie się miejsce zaraz znalazło, i chłopak przyrzekł juk i rzeczy pilnować; miał więc głowę spokojną Sobek, i wszedł do karczemnej izby, gdzie pan Antoniewicz u okna siedział, do koła otoczony siedzącymi jak on i stojącymi ichmość obywatelami po większej części województwa Brzeskiego. Buchowieccy, Suzinowie, Wereszczakowie, Dąbrowscy, Paszkowscy, nie licząc innych, właśnie o następnym Sejmiku rozprawiali. A jak to zwykle bywa przed sejmikiem, partja Fleminga i Czartoryskich już się tu sposobiła do występu przeciw hetmańskiej i chorążego Radziwiłła. Sprawom tym zupełnie obcy pan Felicjan, ani mógł zrozumieć, w jaki tu wpadł wrzątek i gmatwaninę. Przybycie jego, że mało komu z imienia nawet był znanym, usta krzyczącym zamknęło, i zaczęto nań — Pan Sobek ze Trzcieńca! odezwał się, przedstawiając go innym, mecenas. — I wraz do szklanki wina nalawszy, podał mu ją. — Przyjmowałeś nas z podskarbim u siebie z niemałem utrapieniem, pozwólże się tu inwitować. Ja jutro też do dnia do Terespola zmierzam, ruszymy razem, a że z Morochowskim widzieć się muszę, to go mu zaprezentuję. Dosyć to było na rękę Felicjanowi, skłonił się więc dziękując, a że mu na sercu raźniej być poczęło, odezwał się: — Za zdrowie pana mecenasa! — Jakoż w porę wniósł, bo za nim drudzy huknęli różnemi głosy: — Mecenasa dobrodzieja — zdrowie! Vivat! Niech żyje! Aż się karczma zatrzęsła, tak szlachta głosy podniosła, i pan Felicjan od razu jakby prawo tem pozyskał, bo się zbratał z nimi tą szklanką. Antoniewicza to dobrze ku niemu usposobiło. Wtem, że czasu nie chcieli tracić, Buchowiecki stary, pisarz ziemski brzeski, począł o deputatach mówić, podjęli za nim zaraz sprawę gorąco Herubowicz cześnik żmudzki i Korowicki namiestnik Łomazki, wszyscy słudzy i przyjaciele Flemingowscy; zaczęto się sprzeczać, stanie-li wybór deputatów, czy sejmik będzie zerwany? Czasu tej dyskussji, stojący nieco na uboczu Sobek miał czas i ochłonąć i rozpatrzyć się i rozsłuchać, nie mając potrzeby mieszania się do tego, czego nie rozumiał. Ponieważ wszyscy około Antoniewicza siedzącego przy oknie się gromadzili, znalazł się więc kątek i ława, na której pan Felicjan mógł przysiąść i spocząć. Bywał-ci on do szkół chodząc niejeden raz świadkiem wielkich szlachetnych tumultów, czasu trybunału w Lublinie; ale tam inaczej wyglądały gromadki klientów, niż tutaj owi przyszli sejmikowicze. Przypadkowo się to czy umyślnie zbiegło do Kodnia, nie wiedział, ale narada była gorąca. Rad nierad, przyszły dworzanin pana podskarbiego słuchać musiał, jak się tu ucierano. Stary Buchowiecki, czy że go wiek podeszlejszy ostrożnym czynił, czy że miał lepszą dyspozycji szlachty wiadomość, radził ostrożnie sobie poczynać. — Acaństwo sobie pochlebiacie — mówił, — że podskarbi ma przyjaciół dużo i głosów na sejmiku za sobą mieć będzie. — atoli nie życzę zbytnio ufać, by się nie zawieść. Ma graf przyjaznych i wiernych sobie, lecz ma i pokątnych wrogów, co tylko czyhają na to, ażeby mu w oczy bryzgnąć. — Nikt nie będzie śmiał! nikt! — przerwał sędzia grodzki Kropiński, człek pewny siebie i zarozumiały, jak to z twarzy widać było. Byle podskarbi nie obraził butą i cokolwiek się chciał akkomodować, pójdzie wszystko jak po maśle. — Jesteśmy tu wszyscy, mogę rzec, jakby w familijnem gronie — wtrącił Antoniewicz, — bośmy przyjaciołmi podskarbiego, godzi się więc prawdę powiedzieć, że od niego wymagać, aby naturę gorącą zmienił — trudno. Nasza rzecz, gdzie będzie potrzeba zatrzeć, gdzie indziej podnieść, wytłómaczyć, załagodzić, — bo żeby miał podskarbi dla szlachty naturę zmienić, darmo i myśleć o tem! — A no! to krótko powiem — wtrącił Buchowiecki stary, — może być źle. Za nic nie ręczę. My swoich znamy. Trudno grafowi odmienić humor, a szlachta, gdy się do kupy zbierze, też do applauzu nie tyle skłonna, co do szabli i kłótni. Poczęto się sprzeczać, za i przeciw utrzymując, a Antoniewicz mitygował tem, że próżnego strachu zawczasu siać się nie godzi. Trwały te dysputy sejmikowe do późna. Sobek parę razy do konia swojego zajrzawszy, zaproszony przez mecenasa na przekąskę, dotrwał tu, przysłuchując się do nocy, poczem na wyżki w siano z innymi poszedł spocząć, bo w izbie pełno było i nad miarę gorąco. Z rana szlachty dużo poczęło się rozjeżdżać, lecz że mecenas spał jeszcze, bo wczoraj zbyt długo gardłował i dosyć podpić musiał, gdy w sygnaturkę do kościoła na pierwszą mszę zadzwoniono, Felicyan miał czas pójść przed cudowny obraz N. Panny z Gwadelupy i pobożnie wysłuchać całej Mszy świętej. Antoniewicz wozem jechał, nie chcąc za nim kłusować, a umówiwszy się o spotkanie przed miasteczkiem, ruszył powoli przodem pan Felicyan, rad, że sobie pomyśli i pomilczy. Dziwnie mu się też pomyślnie składało, za co Panu Bogu dziękując, niebardzo jednak chciał szczęściu ufać, a na wszystko był przygotowany. Gdy tak jechał, że gościniec był wielki, miał się czemu przypatrzyć, bo ludzi wszelakich wlokło się tędy ku Brześciowi mnóstwo, a niektórzy ze wczorajszych spotykając go, zaczepiali. Trafił mu się szczególniej jeden, konno także jadący, młody Paszkowski, który do niego przystał. Wiekiem się z sobą zgadzali, a ten też pono w szkołach, których nie dokończył, gdzieś się z Sobkiem rozminął, i mało nie jednych był z nim usposobień. Zaczepił go zaraz Paszkowski. — Mówiono wczoraj, że waćpan do podskarbiego jedziesz? — Tak jest. — Więc i winszuję — dodał, — i niebardzo zazdroszczę. Szkoła to ten jego dwór, ale bodaj od jezuickiej twardsza. Człowiek impetyk, nieszanujący nikogo, niebardzo nas rozumiejący, saski graf więcej, niż polski szlachcic. — Jam też z nim ślubu nie zawarł — roześmiał się Sobek, — a jak mi nie po myśli z nim będzie, rzucę go. Pokręcił głową Paszkowski. — Z tymi panami bieda, bo i nie potrzebować ich trudno, i odstać niebezpiecznie. Jedno tam w Terespolu jest, czego waćpanu zazdrościć można, (tu się uśmiechnął): pięknych pań i panienek dostatek. Przy córce podskarbiego panien szlacheckich, fraucymeru dobranego, jak kwiatków bez liku. Jest w czem wybierać! — Dla mnie na to jeszcze nie pora! — odezwał się Sobek, — wolę nie patrzeć na nie i oczu sobie nie psuć. — A to żebyś chciał, nie potrafisz! — począł Paszkowski. Daremna rzecz robić się indyfferentnym kiedy się jest młodym. Wiek ma prawa swoje. Gwarzyli tak, jadąc po drodze, o terespolskim dworze, dla którego młody Paszkowski nie miał wielkiego nabożeństwa. — dla nas młodzieży — rzekł w ostatku, — iż inaczej się żaden nie wydźwignie, tylko pańskiej trzymając się klamki. Nowicyat to ciężki, choć nieodzowny, a kto go nie przebył, pleców nie ma, do niczego nigdy się nie dogrzebie. Jedni Radziwiłłów, drudzy Czartoryskich, ci partyi dworskiej, inni przeciwnej czepiać się muszą, boby inaczej ani do urzędu, ani do mienia, ani do ożenku dobrego nie doszli. — Pan swata, pan kłóci i godzi, wyposaża, a gdy mu się człek narazi, życie niepewne... ale u nas na tem świat stoi. Ukazał się też wreszcie Terespol, który cale inaczej naówczas wyglądał, niż wszystkie miasta i miasteczka w Koronie. Naprzód, że cały niemal nowy był jak z igły, powtóre że dworki jego, domy, kamieniczki, rezydencya, kościół świeżuteńko, schludno, z niemiecka jakoś się prezentowały. Gdyby pudełka papierowe, stały dworki w ogródkach, wszystkie do siebie podobne, skromne, nieobszerne, szeroką obejmując ulicę. Gdzieniegdzie posadzone świeżo drzewka do kołków poprzywiązywane, także cudzoziemski pozór mu nadawały. Architektura kościoła i pałacu cale nie była wykwintna, bo choć dziedzic bogactwem słynął, na piękny pozór się nie silił, więcej dbając o czystość i porządek. Z dala nad Błotkowem tem, na Terespol świeżo przechrzczonem, po za Bugiem i mostem widać było Brześć stary i mury kościołów jego: Jezuitów, Augustyanów, Bernardynów, Dominikanów. — Paszkowski, który do Brześcia na noc dążył, pożegnał tu Sobka, bo temu na rękę było Antoniewicza doczekać i pod jego opieką dostać się na dwór podskarbiego. Od podskarbiego się dowiedziawszy, że znaczniejsza część dworu Fleminga z Niemców Sasów się składała, których on języka nie rozumiał, rad był szwargotania z nimi uniknąć. Tymczasem mecenasa, mającego po drodze różnych okazyj mnóstwo, jak nie widać było tak nie widać. Felicyan z konia zsiadłszy i nad drogą sobie znalazłszy kamień, na którym mógł przysiąść, gniademu dał skubać trawę, a sam zdala mieścinie się przypatrywał. Ale godziny upływały, a mecenasa próżno czekał. Już się tedy rozmyślał, czyby nie lepiej było zamiast tu bąki zbijać, wprost do pana Morochowskiego jechać i meldować mu się, gdy na drodze od miasteczka ukazał się widok, który go tak zajął, że o Antoniewiczu zapomniał. Był to piękny dzień majowy, a wieczór ciepły, wonny i pogodny. W kościołku jeszcze na Anioł Pański nie dzwoniono, godzina najmilsza do przechadzki; słońce zachodziło, rosa padała, gorąco, które we dnie było dość znaczne, ustało. Od miasteczka ukazało się coś, jakby processya jakaś, i w początku Sobek zbierał daty po głowie, czy nie dnie to krzyżowe, ale w pochodzie tym same były kobiety... a znajdowało się ich niemało i szły śpiewając i śmiejąc się, więc nie dla nabożeństwa. Cokolwiek się wpatrzywszy, dojrzał Sobek, że postrojone też były dziwnie, bo wianki miały na głowach i wieńcami były poprzepasywane. Starsza jejmość im przodowała, zresztą cały szereg składał się z samych dziewczątek, różnego wieku, a najstarsza z nich ledwie mieć mogła lat szesnaście. Jak żyw Sobek nigdy ani tak pięknych istot, ani tak wielkiego ich razem doboru nie oglądał. Osłupiał więc, nie dowierzając oczom, zkąd się to wziąć mogło, co znaczyło, i jak na świecie coś tak dziwnie uroczego, ślicznego istniało. Zdaje się, że siedzącego na pół w rowie Sobka dziewczęta z początku nawet nie postrzegły, a pasący się koń nie był dla nich żadnem dziwowiskiem, szły więc poskakując, śpiewając, łapiąc się, śmiejąc, jak gdyby ta zabawa żadnego nie miała świadka, ze swobodą dziecięcą, której tylko zwracająca się niekiedy z surowem wejrzeniem ochmistrzyni wybuchy hamowała. Przy niej szło dziewczę młodziusieńkie, najpiękniejsze może ze wszystkich, choć żadnej brzydkiej nie było; dziewczę zręczne, żywe, trzpioczące się, z dużemi, strasznemi oczyma czarnemi, w której królową i panią tej gromadki poznać było można. czekały na jej skinienie, rozkazywała im, kierowała, zdała się nawet trochę i ochmistrzynią rządzić, która ze szczególną dla niej była attencją. Z oczu jej czarnych tryskał ogień i życie, pieszczoszka dokazywała najmocniej, wołała najgłośniej, śmiała się najweselej. W gromadce za nią pośpieszającej, która się cisnęła, usiłując zbliżyć ku niej i zwrócić uwagę na siebie, trudno już było Sobkowi wybrać najpiękniejszą. Wszystkie, każda na swój sposób, śliczne były. Szły powoli, bo się często nazad biegnąc zwracały, i goniły, i zlatywały na stronę, miał więc czas Feliś dobrze się przypatrywać, a gdy jedną pochwycił oczyma, ta mu się wydawała tak piękną, że nad nią już żadna nie mogła stać wyżej. — Cóż potem? druga, gdy się wpatrzył, inaczej śliczna, a znów była nad inne... Z kolei przebiegł tak te rumiane, białe śnieżne i śniade twarzyczki, i aż mu się w głowie zamąciło. Na królową tych dziewczątek, idącą przodem, nie śmiał nawet zwracać już oczu, ta była jakąś istotą niby nie z tego świata; inne więcej ludzko patrzały. Od tych wzroku nie mógł oderwać... Mimowolnie przyszło mu na myśl: — Gdyby ci też kazano wybierać! — przebiegł wszystkie po kolei oczyma, i nie wiedzieć jak i dla czego wzrok jego utkwił na jednej szczególniej. Szła ona tuż za królową; tak samo jak ta w białą ubrana sukienkę, wysoko niebieską szarfą przepasana. Na główce jej wysoko ufryzowane pięły się włosy bursztynowo złote, do zbytku obfite, bo ich reszta na bielusieńkie spadała ramiona, twarzyczkę miała rysów drobniuchnych, delikatnych, tak jakoś kształtnie utworzoną, że nie można było wiedzieć, co w niej piękne, co najforemniejsze, wszystko się zlewało w całość cudnie harmonijną, jedną. Niebieskie oczy, trochę surowego wyrazu, przysłaniały rzęsy ciemniejsze niż warkocze, i brwi też nieco wydatne tej samej barwy były. Ze wszystkich ona była może najmniej roztrzepana, najpoważniejsza, choć nie najstarsza. Widział Sobek, że idąc myślała, jak stąpi i jak się poruszy. Twarzyczka podobała mu się dziwnie, a smutek jej, bo powaga wśród tego trzpiotowstwa niemal smutku miała cechę, — pociągał go ku niej. Zapatrzył się jak w tęczę. Dziewczęta szły, nie widząc go, i zbliżyły się tak, że koń nastraszony w bok się rzucił, a Sobek, potrzebując go wstrzymać, z rowu i kamienia wstał nagle. Zjawienie się jego przestraszyło dziewczęta, oprócz pięknej królowej i ochmistrzyni, pierzchnęły pokrzykując. Sobek stał, nie wiedząc, czy się ukłonić, czy przepraszać. Wszystkie oczy się zwróciły na niego, jakby im wyrósł z ziemi; zdawały się pytać, co tu robi? kto jest? czy nie rycerz błędny? czy nie zaczarowany królewicz? Mówiliśmy już, że Sobek był wcale pięknym chłopcem i miał paniczykowatą postać; młodość mu dodawała wdzięku, nie mógł się źle wydać ciekawym dziewczętom. Najuparciej mu się przypatrywała piękna przewodniczka, a po niej złotowłosa, którą Feliś w myśli sobie wybrał... Dziewczęta nie śmiały go zapytać, ale starsza ochmistrzyni odważnie postąpiła do brzegu rowu i odezwała się z cudzoziemska: — Pan nie tutejszy? Czy czeka na kogo? — Tak jest pani — odpowiedział, zdejmując czapeczkę Sobek, — oczekuję na pana Antoniewicza... Popatrzano nań, uśmiechnęły się panienki, coś poszeptały, rzuciły ukradkiem oczami, ale starsza pani dała znak dalszego pochodu, i gromadka pobieżała za nią z podwójną żywością, jakby dla popisu wyprawiając swawolę. Głosiki ich wesołe, śpiewne, podobne do ptaszęcego gwaru, brzmiały jeszcze w uszach Sobkowi, gdy — na licho — Antoniewicz nadjechał. — A? to wy! — zawołał — przepraszam, spóźniłem się, — ale mnie Buchowieccy zastąpili na drodze, musiałem wstąpić. To mówiąc, kłaniał się razem, zobaczywszy zbiegłe z drogi panny, a kłaniał aż stanąwszy bryczce, aby pokłon uczynić wydatniejszym. Panny się skryły w zarośla. — A! to bo acindziej we wszystkiem jesteś istotnie Na samym wstępie spotkałeś i miałeś szczęście widzieć naszą gwiazdeczkę, pannę podskarbiankę z jej fraucymerem! istny kwiatów wieniec! Nie możesz tedy się żalić, żeś tu na mnie czekał, bo to się sowicie nagrodziło! ha! ha! Sobek już na gniadym siedział i za bryczką jechał, wprost do dworku pana sekretarza Morochowskiego. Gdy stanęli tu, gospodarz właśnie był w ganku. Piękny, niestary jeszcze mężczyzna, stał w bok się ręką ująwszy, i zdala wesoło witał Antoniewicza, bo z nim byli przyjaciołmi wielkimi. — Cóż to za kawalera z sobą prowadzisz? pięknym głosem, jasnym, mówił Morochowski. Cóżeś m potrzebował, by się do Terespola dostać? Poczęli się ściskać, a tu i Sobek do ganku się zbliżył. Antoniewicz widać o nim uprzedził. — Witam — ozwał się Morochowski. — Pan podskarbi już parę razy zapytywał o niego, a to wielka że pamiętał. Rozgośćże się proszę u mnie. Ja nieboszczyka cześnika ojca waszego znałem i kochałem go, więc się to dobrze składa, boś mi nieobcy; a konia oddaj, proszę, do mojej stajni, a izdebka się tu dla waćpana znajdzie. Do pałacu pojechawszy, nabrałbyś się kłopotu, a do pana podskarbiego wątpię, byś trafił. Więc lepiej idź za moją radą. Sobek podziękował i posłuchał chętnie, bo Morochowski i twarzą, i mową, i obejściem się swem ujął go od razu. Oblicze miał piękne, otworzyste, spokojne, zwiastujące charakter łagodny zarazem i energiczny. Antoniewicz i on siedli zaraz w ganku rozmawiać, bo ten sejmik brzeski, choć do niego czasu jeszcze dosyć było, wszystkich ogromnie zaprzątał. Chciał na nim koniecznie i uparł się marszałkować podskarbi, a wcale u szlachty popularnym nie był, już dla tego, że znaczna jej część wpływowi Radziwiłłowskiego domu ulegała, już że w nim Sasa czuli i ów tytuł grafowski, nie swój, równości szlacheckiej był solą w oku. Nie było to więc łatwem zadaniem tak Brześcian uchodzić, aby Flemingowi popędliwemu i nieumiejącemu się kłaniać ani pochlebiać fumom szlacheckim, dali sobą pokierować i stanąć na swem czele. Ufano wiele rozsypanym po trosze, różnemi tytułami, pieniądzom, szczególniej na przyjęcia i uraczania, choć i na to podskarbi skąpym był, a dużo sypać nie chciał. Gdy Antoniewicz z Morochowskim po cichu się tu naradzali, aby potem zgodnie z sobą Flemingowi zdać rapporta, Sobek z pomocą służby pana Morochowskiego, konia postawił, do gościnnej izdebki rzeczy swe zniósł i opodal nieco stanąwszy, aby rozmowie nie przeszkadzać, bo się do niej mieszać nie chciał, miasteczku się przypatrywał. Jak z dala i zewnątrz, tak też tu we wnętrzu swem Terespol inaczej się wydawał, niż zwykłe małe mieściny, Żydów w nim było mniej, za to Niemiec na każdym kroku. Tych z samego stroju poznać było łatwo, z kapeluszów, z guzów, z pluder i kaftanów, i z tego rodzaju kwaśnej miny, którą Szwaby z sobą zawsze noszą... Tu czując opiekę grafa, jeszcze twardszemi do zgryzienia wyglądali, choć, jak wiadomo, wszystko to było proste chłopstwo, na wysadki do Polski posprowadzane. Grunt im tu jakoś nie posłużył, i mało co się z tego na ów czas zostało. Po naradzie Antoniewicz do pałacu poszedł, a Morochowski pozostał i zaraz się obejrzał za Sobkiem. Jak to najczęściej bywa na świecie, Morochowski od razu chwycił Felisia za serce, i wzajem chłopak mu się podobał. — Nie wiem — rzekł, — czy dziś się panu podskarbiemu zaprezentować będzie można; ale poczciwy Antoniewicz, jeśli się zobaczy z nim, wspomni o waćpanu... Cóż myślisz z sobą, cześnikowiczu? Sobek był zwykle szczery, a do Morochowskiego czuł się usposobionym tak, że jeszcze śmielej się postanowił przed nim otworzyć. — Znał-ci pan dobrodziej ojca mojego — począł, — nie potrzebuję więc mówić o tem, że wysoko osobistą swoją swobodę szacując, wolał w domu chleb razowy, niż pańskie pulpety. Ja po nim coś wziąłem z tej natury. Morochowski popatrzał nań bystro. — Pozwólże sobie powiedzieć — odezwał się, że co na starość i wytłumaczone i słuszne, to w młodości grzeszne być może. Człowiek godność swoją szacować powinien, ani słowa, ale służba u panów ma swe korzyści. — Jakie? — zapytał Sobek. — Uczy karności, pokory, porządku, posłuszeństwa — rzekł Morochowski. U takiego pana, który człowieka nie poszanuje, służyć nie warto; ale u innego, choćby żelazną rękę miał, nałamać się nie szkodzi. Uśmiechnął się Morochowski. — Krzyczą już u nas na te teranie się ubogiej szlachty naszej po pańskich dworach — mówił dalej. — Do księcia chorążego w Białej, gdzie za lada kaprys do wieży posyłają, i po lat dwadzieścia trzymają w okowach bezkarnie, nikomu iść nie życzę; lecz u naszego podskarbiego, choć łaje, zżyma się i krzyczy, szkoła dla młodzieży dobra. Sobek nie miał co odpowiedzieć. — Człowiek jest gorący, lekko czasem nas szanujący, bo do innego porządku nawykł, ale w gruncie dobry. Nie wątpię, dodał, że waćpanu służbę dworską u siebie zaproponuje, a jabym mu życzył, skoro szkoły skończyłeś, łaciny masz trochę i rękę dobrą, u mnie zostać przy kancellaryi. Ja skryptora potrzebuję, a przepisując, nabędziesz formy, i dalej... — Ale ja do palestry ochoty nie mam! — przerwał Sobek. — Ani ja zachęcam — rzekł Morochowski. Nie idzie za tem, abyś w papierach siedział całe życie, a obeznać się z niemi potrzeba. Znajdą się okazje, to folwarki opatrywać, to z interesem pojechać, ludzi dużo poznać, stosunki pozawiązywać. Mówiąc, patrzał ciągle pan Morochowski na Sobka i czytał z jego twarzy, że go nie bardzo przekonał; przerwał więc nagle i spytał: — Cóżeś waćpan myślał wprzód z sobą robić, nim się ta okazja poznania pana podskarbiego trafiła? Sobek się uśmiechnął. — Jeszczem właściwie nic był nie postanowił — rzekł. Ojciec mój niedawno zmarł. Mam czterech chłopów W Trzcieńcu, ziemi nie osobliwej, ale szmat, chciałem sobie na niej gospodarzyć. — Toby cię do niczego nie doprowadziło — odezwał się Morochowski, — to się na nic nie zdało. Zardzewiałbyś w tej dziurze, i Maciek posiał, Maciek zjadł, zrobićbyś nic nie potrafił. Ubogi, musiałbyś chyba z Tucznej lub Huszczy zagonową szlachcianeczkę wziąć, dzieci-by przyszła kupa, i — nędza! — A tu co ja zrobić mogę? — spytał Sobek. — Ba! wszystko! pieniądze, żonę bogatą, dzierżawę, zastawę, wójtowstwo, urząd mieć możesz, byle łaska pańska była!! Tak ugadując Sobka, niby z wypadku po wieczerzy, że mu amanuensa zabrakło, poprosił Morochowski gościa, aby mu już skoncypowany krótki list do kancellaryi wojewody ruskiego przepisał. Sobek siadł, a że rękę miał dobrą, list prędko, czysto, wyraźnie i bez błędu skopiował, który pan Morochowski wziąwszy, ucieszył się widocznie. — Na próbę-m acindzieja wziął — rzekł, — przepraszam, wyszedłeś z niej gracko. Najrozumniejsi ludzie czasem brzydko i nieforemnie piszą. Charakter masz piękny, i to potrzebne... — Niewielka zaleta z tego! — odparł Sobek. Rozeszli się potem na spoczynek, bo godzina była późna. Z rana Feliś do gniadego poszedł, ale go znalazł i napojonego i obrok zasypany, a stajenny Morochowskiego upewnił go, iż doglądać będzie pilno. Około dziesiątej Morochowski szedł do kancellaryi pałacowej, i wziął z sobą pana Felicjana. Jeszcze do niej nie doszli, gdy powracającego z pola i folwarków na małej bryczce resorowej, ogromnemi końmi ciągnionej, spotkali Fleminga. Podskarbi zaraz wysiadł żywo, krzycząc coś Morochowskiemu, na co on z flegmą i chłodną krwią odpowiadał. Spojrzał na Sobka i rzucił się ku niemu, bo go poznał. — Jak się ma cztery chłopy? — zawołał. No? a co? Chce u mnie zostać? — Jeśli się zdam na co — odparł skromnie Sobek. — U mnie w kancellarji miejsce jest — wtrącił Morochowski, a pisze pięknie. To mówiąc, dobył wczorajszy list i pokazał. Fleming go oczyma przebiegł i oddał. Potrząsał głową. — Nawykł na wsi się kręcić — rzekł, — nie można go do stołka przybijać, uciecze. Niech trochę pisze, trochę jeździ... Znajdzie się robota. Maliszewski (marszałek dworu) niech acana na mój etat zapisze.. — Ja tego dopilnuję — odezwał się Morochowski, — ojca jego znałem, mam obowiązek nim się zaopiekować. Skinął głową pan Fleming i dodał: — Polski szlachcic niepracowity, trzeba mieć! Bez tego nic, i do ordynku (porządku) nawyknąć. — Bez tego nic! Nic już Sobek nie odpowiadał. — Na cztery chłopy nic się nie zrobi — a na dwie ręce z jednym głowem, dużo!! Począł się śmiać. W ganku stało kilku obywateli, oczekujących na podskarbiego; pośpieszył do nich, a Morochowski wziąwszy dyspozycję, poprowadził młodzieńca swego do kancellaryi. Tu zastali w izbie gołej, ale czystej, za ogromnym stołem suknem obitym, trzech chłopaków, a raczej dwu wyrostków pod wodzą ogromnie długiego młodzieńca, piegowatego, z konopiastym włosem. Wszyscy oni, nie wyjmując ostatniego, byli synami officjalistów podskarbiego. Blady i jasnowłosy, zwał się Wyrzykowski; ten to niby rej wiódł, lecz dość nań było popatrzeć i porównać go do Sobka, ażeby przepowiedzieć, że mu miejsca ustąpić będzie musiał. Zapewne przeczuwając to, piegowaty spojrzał na wchodzącego z trwogą razem i gniewem tłumionym, bo już o nim wiedział. — Pan Felicjan Sobek — a to pan Ksawery Wyrzykowski — rzekł wchodząc gospodarz. Niech się ichmość poznają, bo się często o siebie ocierać będziecie. Sobek się skłonił, poczuł, że nie był pożądany, lecz porozumienie się na później zostawił. — Zmiłujcie się, listy czy gotowe? — rzekł Morochowski, zbliżając się do stołu. — Wszystko w porządku! — sucho i sztywno rzekł głosem ostrym Wyrzykowski. Obok wielkiej izby była pomniejsza dla sekretarza; do tej z sobą wziął p. Felicjana przybyły, a oczy kancellistów poszły za nim zazdrosne. Z młodszych, jeden korzystając z tego, że go nie widziano, pokazał dwie figi odchodzącym; drugi się skrzywił dziwacznie. Wyrzykowski nadęty, pogardliwym wzrokiem strzelił za sekretarzem i siadł zamaszysto, aż ława pod nim zatrzeszczała. Podparł się na stole, zadumał... Klienci, którzy oczekiwali na Morochowskiego, zaczynali się cisnąć; kancellarya się napełniała, Wyrzykowski nadawał sobie minę człeka, który gra rolę znaczącą i wie o niej. Sobek z robotą daną sobie wyszedł z bocznej izdebki i na rogu stołu się do niej zabrał. W milczeniu mierzyli go oczyma towarzysze broni, Wyrzykowski tylko jak siedział tyłem, tak się nie odwrócił. — Było to wypowiedzenie wojny... Wszędzie na świecie nowoprzybyły nowicjat odbywać musi, rzadko gdzie spotka przyjazne twarze i usposobienia przyjacielskie; miejsce sobie zdobyć potrzeba, obronić go, zżyć się, dać poznać. Towarzysze lękają się przybysza do jednej misy, trwożą się, aby ich nie odjadł z łaski starszyzny, a że nowe sitko często na kołku bywa, stareby go chętnie na ziemię ściągnęły. Pan Felicjan, który nowicjat szkolny przebywał, znał się już na tem. Pierwszego dnia nikt do niego nie gadał, drugiego szukano już przyczepki, potem Wyrzykowski spróbował go w oczach naczelnika podać w posądzenie. Morochowski był człek bystry i umiał się obchodzić z młodzieżą; na pierwsze słowo Wyrzykowskiego zamknął mu usta. — Daj pokój, panie Ksawery — ja znam Sobka i wiem, co może. Życzę z nim być dobrze. Miejsca ci nie zabierze, bo pewnie tu długo nie posiedzi. Uczciwy chłopak i zdolny... Przez cały dzień potem namyślał się i gryzł pióro Wyrzykowski, a pod wieczór mimo wstrętu zdecydował się, gdy wychodzili z kancellarji, zaczepić Sobka. — A pan dokąd pójdzie teraz? — Wrócę do dworku — rzekł Felicjan. — To możebyśmy się przeszli po tej sedenterji? Zdziwiony nieco propozycją, nie odrzucił jej cześnikowicz. — Czemuż nie? rzekł, — chodźmy się przejść. Dokąd? Wysoki blondyn piegowaty, który „teksty światowe“ dla panien z fraucymeru przepisywał, i jak niepozorny był, tak strasznie kochliwy, — rozśmiał się i jedno oko przymrużył. Zdawało mu się, że pozyskać serce nowego towarzysza, z którym mu dobrze być , nie mógł lepiej, niż wiodąc go na pokuszenie płci pięknej. Poufnie więc do ucha się pochyliwszy, aby wyrostki wychodzące z kancellarji tego nie słyszały, szepnął Sobkowi: — Gdy panna podskarbianka po ogrodzie chodzi z pannami, to nam tam nie wolno, ale ja wiem takie miejsce za płotem, z którego wszystko widzieć można. — A cóż my tam zobaczymy? — rozśmiał się Felicjan. — Cały fraucymer i podskarbiankę — dodał okiem mrugając Wyrzykowski. — Ale z za płotu? — spytał Sobek, któremu to stanowisko niebardzo było do smaku. — No, to co? kiedy tam wszystkim chodzić wolno! Sobek poszedł. W istocie po za rowem i parkanem, odgradzającym ogród pałacowy, szła tam drożyna nikomu niewzbroniona. Wyrzykowski jak był z razu niedostępny i milczący, tak teraz poufałą gawędą w przyjaźń towarzysza się wkupiał. — Piękne są panny — mówił. To prawda, że z podskarbianką, to tam żadna w parze iść nie może, ale przecież i inne gładkie. — Ja podobno już raz wszystkie je miałem szczęście widzieć, gdy do Terespola przybywałem. Szły z ochmistrzynią na spacer. Piegowaty zrobił minę zdziwioną i dodał: — Czasem i za miasto wychodzą — ale rzadko. Rozmawiając szli dalej. Płot okryty był pozwieszanemi nań gałęźmi drzew, krzewów, wirginią obrosły i berberysami tak, że przezeń do ogrodu zajrzeć było trudno. Wyrzykowski jednak miał tu z dawna sobie zrobioną lukę, przez którą widać było trawnik, ścieżki, altanę i szeroki kawał ogrodu. Ukazanie tej luki było z jego strony niepospolitym dowodem zaufania i życzliwości. Z tryumfem wskazał ją Sobkowi, i umieścił go przy sobie, uśmiechając się. Panien widać nie było, ale szczebiotanie ich i śmiechy tu dochodziły. Swawoliły po dziecinnemu, bo też po większej części dziećmi jeszcze były. — Niech pan postoi! — dodał Wyrzykowski, — a zobaczy, co to będzie! — A jak nas zobaczą? — spytał Sobek. — Ochmistrzyni nie dojrzy, wzrok ma krótki, no, a panny! Ta one wiedzą, że ja tu przychodzę, za to się nie gniewają, a i na pana też gniewać się nie będą. Mężczyzn rzadko widują, to im miło przez płot się pogzić z nimi. Wyrzykowski prostował się, pasika podciągał i włosy przygładzał, chciał być pięknym, a to mu było trudno. Rój dziewcząt jak stado wróbli przeleciał raz po za płotem i zniknął, widzieli tylko rozwiane włosy i białe sukienki; wkrótce potem przybiegł znowu. Jedna z dziewczątek, figlarne stworzenie, pokręciła się, obejrzała ostrożnie, skoczyła do płotu, przyłożyła oko i śmiejąc się, zawołała cicho: — A kuku? Wyrzykowski wnet odparł: — A ja tu! — A kto z panem! — Pan Sobek, co dopiero przybył. — Ten, cośmy go spotkały! wiem! ładny chłopak.. Wyrzykowskiemu to nie w smak było, a Sobek nie słyszał, ale patrzał ciekawie. — Dawajże pan prędko tekst, coś obiecał, bo jeszcze jejmość starsza zobaczy! a żywo! Pan Ksawery papier, złożony w kształt serca, dobył z za kontusika, i przez płot go do białych rączek przecisnął. Swawolne dziewczę wnet za gorsik wsunęło, i śmiejąc się pierzchło od nich. — Pan masz tu już widzę blizkie znajomości? — odezwał się Sobek. — A cóż! Ta starościanka Tymanówna, jak Boga kocham! — odezwał się Wyrzykowski. Jak laleczka, śliczności! Właśnie gdy to mówił, zdala się ukazała podskarbianka z ochmistrzyniami dwiema, które jej assystowały, otaczając najtroskliwszą opieką. Tuż za nią postępowała, patrząc w ziemię zadumana, w ustach gryząc kwiatek, ta, którą Sobek, gdy je po raz pierwszy spotkał, wybrał był z pomiędzy wszystkich. Patrzali skrywszy się za płotem. — Waćpan je znasz? — zapytał Sobek, — wszystkie? — Co do jednej! — dumnie odparł Wyrzykowski. — Ta co idzie za podskarbianką? — odezwał się Sobek. — Blondynka! o! to podstolanka Sieniawska; a za nią zaraz córka pana Morochowskiego, śliczna, maleńka, z wesołą twarzyczką panna Konstancja. Liczył dalej, a Sobek nie słuchał, bo mu o jedną tylko szło, a tej nazwisko już wiedział. Panna Tymanówna, która nie sama jedna wiedziała, co się za płotem działo, że na nie ztamtąd , — rzucała oczyma w tę stronę. Dziewczęta szeptały, wskazując paluszkami ostrożnie, bo a nużby ochmistrzynie defraudację straszliwą wytropiły!! Chciała pono śmielsza nad inne starościanka niby przypadkiem kilka swych towarzyszek podprowadzić w to miejsce ciekawe, lecz dziewczęta się nie dały. Wyrzykowski napróżno oczekiwał choć „Bóg zapłać,“ za papierowe serce, zamykające w sobie wykalligrafowany tekst światowy. Przechadzka w inną stronę odciągnęła panny, ogród opustoszał, robiło się ciemno. Panu Ksaweremu też nie chciało się pod płotem siedzieć nadaremnie, poszli więc napowrót do miasteczka. Po drodze Sobek, którego nazwisko panny Sieniawskiej uderzyło, począł pytać o inne panny, aby w końcu i na tę naprowadzić rozmowę. — A cóż to za panna Sieniawska? — odezwał się. Jam-ci słyszał, że już tej familii nie ma! — Pewnie tamtych Sieniawskich, co po hetmanie nie stało — rzekł Wyrzykowski; a to jakaś krewna czy imienniczka, którą Czartoryscy się opiekują, i choć nie z tych wielkich Sieniawskich, jednak pewnie ją za jakiego pana wydadzą, bo i posag słyszę ma obiecany... — Ma rodziców? pytał Sobek. — Nie — sierota, ani ojca ani matki, i dla tego ją wzięli Czartoryscy, a pan podskarbi od nich, aby się z córką jego wychowywała. Potem obszerniej się rozwiódł Wyrzykowski o pannie Tymanównie, która na niego była łaskawa i okazując, jak on do tego zręczny był; opisał poufnie Sobkowi, przez jak mądre postępowanie, do z nią znajomości i służenia jej tekstami doszedł. — Takiej drugiej jak panna Tymanówna na świecie nie ma! — dokończył. Pan się jej przypatrzył? — Nie bardzo — rzekł Sobek, — tylkom wesoły głosik jej słyszał. — Ona choć nie najstarsza — dodał Wyrzykowski, — jednak z nich wszystkich najbystrzejsza, a tak się umie ułożyć, że jeśli kogo, to jej ochmistrzyni nigdy nie złapie! Sobek myślał, nie bardzo słuchając, więcej o pannie Sieniawskiej, bo ta mu się nierównie i piękniejszą wydawała i ponętniejszą — lecz, po co było daremnie głowę sobie zaprzątać? Szlachcic o czterech chłopach nie mógł nawet pomyśleć choćby o ubogiej Sieniawskiej, wychowance Czartoryskich... Dosyć było tego, żeby o książęcy ich dom się otarła, aby dla niego niedostępną się stała. Przeszedłszy się po miasteczku, którego wszystkich mieszkańców i mieszkanki, właścicieli dworków, oficjalistów znał doskonale Wyrzykowski i o nich informował towarzysza, — gdy do domu Morochowskiego się zbliżyli, Sobek pożegnał go. Wieczór ten, rozmowa, spoufaliła ich, Wyrzykowski odszedł pewien, że sobie pozyskał przybysza. Sobek w istocie rad był z nim na stopie przyjacielskiej żyć, lecz szczególnej dla niego sympatji nie miał. Poczciwy Wyrzykowski był, przy odrobinie chytrości, chłopak wielce ograniczony, a tyleż zarozumiały. Kumać się z nim bardzo Sobkowi było trudno, a waśnić się też nie widział przyczyny ani potrzeby. Naostatek, pomimo że został z namowy u dworu, p. Felicjan ani tu sobie obiecywał wiele, ni na tem budował. W duchu zamierzał pozostać czas jakiś, a potem do Trzcieńca powrócić. Pomiędzy i koń go pożyczany inkommodował. Nie kosztowało jego utrzymanie, bo stał na pańskim obroku, wszelako kupować go nie było warto, a za najem płacić też się na nic zdało. Przemyślał nad tem, jakby go odesłać, choćby tu przyszło pieszym zostać, gdy się tak trafiło, iż jednego dnia Fleming do Różanki potrzebował wyprawić zaufanego kogoś dla sprawdzenia rachunków, o których doniesiono, iż w nich nadużycia były. Morochowski nastręczył Sobka, który miejscowe stosunki znał dobrze. Fleming do siebie go powołał, niecierpliwy był jak zawsze, i chciał natychmiast officjalistę wypędzić, precz wyrzucić na gościniec, sekwestrować co miał. Sobek go z gniewu bełkoczącego na wpół po niemiecku, (bo gdy się zapalił, zaraz po swojemu zarywał), ledwie mógł zrozumieć; to tylko wiedział, że trzeba było wpaść insperate, zrewidować śpichrze i rachunki, i jak najsurowiej postąpić. Dodano mu ze stajni dworskiej masztalerza do posługi, siadł na gniadego i ruszył. O wstępowaniu do Trzcieńca, choć ten mało co był z drogi, mowy nawet być nie mogło, bo szalenie i tam i nazad śpieszyć się musiał. Było też o czem myśleć, jak się do tej sprawy wziąć, aby się sprawiedliwości uczyniło zadosyć... Nie spodziewano się w Różance gościa tego, a gdy przed ekonomią stanął Sobek i wszedł natychmiast do izby, ukazując dyspozycję, jaką z sobą , ogarnął strach zarządzającego w Różance Waczewskiego, zachwiał się i o mało nie padł. Człek stary, późno ożeniony, miał czworo dzieci, a całą sperandą wychowania ich — swoje miejsce. Załamał ręce przed Sobkiem, miłosierdzia prosząc; przypadła żona, beczeć zaczęły dzieci. — Bóg świadek... niewinien jestem! — wołał Waczewski. — Co mnie nakazano, spełnię, — rzekł Felicjan, — a niewinnego gubić nie będę, choćbym sam z nim miał przepadać. Poszli więc do regestrów, do śpichrzów, po gospodarstwie, zrewidował Sobek wszystkie kąty, nie okazało się nic. Potwarz była czysta, rzucona przez niejakiego Barchatowicza, który sam się na to miejsce stręczył, a znając Fleminga prędkość, sądził, iż samego podejrzenia starczy na wyrzucenie Waczewskiego. Spełniwszy w półtora dnia, co mu polecono, i uspokoiwszy nieszczęśliwego ekonoma, Sobek na konia siadł i na całą noc do Terespola ruszył. Tym czasem owa kalumnia rzucona przez Barchatowicza inną drogą się wydała tak, że Bystry, plenipotent podskarbiego, ze swej ręki Waczewskiego oczyścił zupełnie, wykazawszy pobudki denuncjacji, nim Felicjan przybył do Terespola. Fleming uspokojony śmiał się z Morochowskiego i jego protegowanego, że pewnie z wielkiej gorliwości bąka strzeli. Czekał raportu, bo to dla niego była próba człowieka. Sobek wprost do kancellarji pałacowej się stawił. Morochowskiego tu nie było, a Wyrzykowski miał rozkaz p. Felicjana zaraz do samego podskarbiego posłać. Fleming wybiegł do niego do przedpokoju, jagoda lewa mu drgała, jak zwykle, gdy się sierdził lub szydził. — No, co pan szlachcic cztery chłopy, co zrobił? — To, co pan podskarbi przykazał: zrewidowałem gumna, śpichrze, regestra, wszystko, nic się nie okazało, oprócz złości ludzkiej. — Nie złodziej? — spytał szydersko podskarbi, — nie kradł? — Nie, — rzekł Sobek. — Bo wy patrzeć nie umieliście! — zawołał Fleming. Po młodemu szparko, a w kątach co było, nie wiecie. — Niech jaśnie wielmożny pan poszle kogo innego — dodał Sobek, — jeśli mnie nie wierzy, a drugi raz młokosa jak ja nie posyła. Zaperzył się na śmiałą odpowiedź Fleming, ale się począł śmiać. — t! — rzekł, — dobrze się sprawił szlachcic cztery chłopy, dobrze. I na tem się skończyło, ale tejże nocy koń gniady znalezion był w stajni odęty i z nogami do góry, pośpieszna podróż była dla niego ostatnią. Felicjan zrozpaczony wpadł do Morochowskiego. — A! panie — zawołał, zapomniawszy się, — co za nieszczęście! Koń mi padł z tego pośpiechu! Gdyby swój, nicbym nie mówił, ale się przyznam panu jak ojcu: pożyczony był. Po ojcowsku rozpytał o wszystko Morochowski, i z tem poszedł. Wieczorem dostał Sobek assygnację do kassy na dwieście złotych gratyfikacji i konia pod wierzch ze stajni dworskiej. Pobiegł dziękować podskarbiemu, ale ten go zburczał, i nabełkotawszy niezrozumiale, poszedł. — Pan cztery chłopy, koń pożyczany! aha! Oto tobie pożyczać... Ponieważ sprawę gniadego należało uregulować i Grzymałę od ucisku żydowskiego uwolnić, musiał się Sobek wyprosić do Trzcieńca choć na parę dni. Dano mu urlop, nie bez wiadomości podskarbiego, gdyż ten o wszystkiem wiedzieć musiał; zapowiedział Fleming, aby pan na czterech chłopach pod najsroższą odpowiedzialnością na termin z powrotem się stawił. Nowy wierzchowiec, którego za pośrednictwem Morochowskiego dano wybrać z kilkunastu, był maści niepewnej, ni siwy, ni dereszowaty, z pręgą czarną przez grzbiet, duży, gruby, z nogami doskonałemi, w średnich już leciech, objeżdżony, troszkę w pysku twardy, lecz wszyscy się na to godzili — żelazny. O tego się nie było co obawiać, byle go poić często, gotów był bez obroku sześć mil kłusować. Kłusa miał ogromnego, a trząsł tak, że go ludzie przeklinali. Gdy go sobie wybrał, popróbowawszy Sobek, stajenni śmieli się z niego, — on przecię mu był rad. Utrząśnięcia się nie lękał, a koń zresztą był, że mu równego poszukać. Nie opatrzył się Sobek, gdy go ów „Myszką“ przezwany wierzchowiec do Trzcieńca dostawił. Grzymała — było to około południa — siedział na przyźbie, między kolanami garnek trzymając, z którego kaszę wyjadał, zobaczywszy jeźdźca, ani się Felisia. Poznałby go był po koniu, ale na tym nowym, dopiero gdy u wrót huknął, po głosie go poczuł. Padł garnek i kasza ofiarą, bo się zerwał przestraszony i sam do wrót pobiegł... — Jezu miłosierny! Już nazad! na czyim koniu? Cóż się to znaczy? Co się stało? — wołał stary. — Gadajże... Feliś już zsiadłszy, szedł śmiejąc się ściskać go. — No nic! nie gorącujcie się, — odpowiedział, — złego się nic nie stało, tylko, że gniady zdech. — Otoż masz! — łamiąc ręce zawołał Grzymała i dłońmi potem oczy zasłonił. Czegom się bał, tegom się nie ubał. Panie Jezu Chryste w rany Twoje!... Sobek się śmiał, starego to gniewało, lecz nim doszli do ganku, gdzie już Motruna, Pryśka i Niemowa rękami wyrzucając, na panicza czekali — opowiedział po krótce przybyły, jak się to wszystko stało i skończyło. — Tylko cyt, ani pary nie puszczaj, że koń zdechł. Żyd, jak się dowie, zaceni, jak za rajskie jabłko. — Ja konia kupię... Co była za radość w Trzcieńcu niewypowiedziana, opisać trudno. Nawet stary Borzobohaty przyszedł przywitać, a że u niego tego dnia świeży chleb baba upiekła, przyniósł bochenek pachnący pod pachą. Grzymała drzwi do izb otworzył, bo czasu niebytności Sobka nie chodził do nich, tak mu tam smutno było. Tegoż dnia stary się wybrał dla ugodzenia z Żydem o konia, a że pieniądze gotowe poniósł z sobą, na widok ich zmiękł Izraelita, i gniady za sto dwadzieścia złotych został nabyty tak, że można było na inne dłużki obrócić. Dopiero mohorycz zapijając, gdy już wszystko było skończone, przyznał się stary filut Żydowi, że konia na świecie nie ma. Cmoknął dawny jego właściciel, ale co z woza spadło, to i przepadło. W nocy Grzymała wrócił do Trzcieńca, wesół, rad, i buchnął na swoje listne łoże jak stał, nawet się nie rozbierając. Chciał co najprędzej Sobka nazad do Terespola odprawić. — Widzisz — odezwał się, nazajutrz do niego przyszedłszy rano, — nie ma jak panom służyć i klamki się trzymać. Długo ci to czasu było trzeba, a to dwieście złotych jak lodu, i koń taki wspaniały, że choć pod królewicza. Już to maść jak maść, dla oka mogłaby być okazalsza, ale takich dzikich maści bywają najtęższe konie, niezjeżdżone. Sobek nic nie opatrując w Trzcieńcu, choć mu wszystko chciał pokazywać Grzymała i koniecznie męczył, aby z nim chodził po kątach, po śniadaniu się wybrał nazad do Terespola. Wolał mieć czasu więcej, aby konia oszczędzić i kłusem nie jechać, bo Myszka trząsł okrutnie. Znów tedy dwór był na nogach, i Feliś oczyma powiódłszy po swem ubogiem dziedzictwie, ucałowawszy Adama zapłakanego, ruszył do Terespola. W niedzielę przed ranną mszą już tam był i do kościoła się stawił, sądząc, że tu się podskarbiemu zaprezentuje. Na prawdę jednak Fleming, który jak król August II, z protestanta katolikiem został, był nim tylko z imienia. Dla ożenienia z Czartoryską jedną i , wyrzekł się swego luterstwa, ale w sercu religii żadnej nie miał. To mu też nie jednało szlachty, która go widywała w kościele obojętnym i wielce się tem gorszyła. Niemieckie nazwisko, tytuł cudzoziemski i jawne niedowiarstwo obcym go czyniły. I tej niedzieli nie ukazał się Fleming na mszy, ale za to Sobek miał przyjemność widzieć wchodzący i wychodzący cały fraucymer pałacowy. Znowu się przed nim przesunęła w kruchcie ta piękna jasnowłosa Anusia Sieniawska, którą w sercu za najśliczniejszą miał w świecie. Nawet urocza piękność podskarbianki nad wiek swój już wdzięczącej się, zalotnej, uśmiechającej, gasła w jego oczach przy Anusi. I tego dnia był tak szczęśliwy, że przechodząca dzieweczka, zbliżywszy się ku niemu, podniosła główkę, wlepiła oczy w stojącego jak słup, zmieszanego Felicjana, długo je na nim zatrzymała ciekawa, i półuśmieszek blady, smutny, prześliznął się po jej ustach. Sobkowi się zdało, że mu się ten uśmiech chyba przywidzieć musiał, a miał on jednak znaczenie. W rozmowie z Wyrzykowskim Felicjan zdradził się niechcący z wrażeniem, jakie na nim Anusia uczyniła, pan Ksawery codzień pod płotem czatujący na pannę Tymanównę, podobno jej coś o tem nadmienił, a starościanka Sieniawska kawalerem nieznajomym, który się w niej zakochał, prześladować zaczęła. Niewinna Anusia tym razem chciała się choć przypatrzyć lepiej temu, którego jej narzucano. I wydał się jej bardzo przystojnym, może nawet coś więcej nad to. Szlachetna postać, męzkie rysy, jakaś duma w wejrzeniu i swoboda, podobały się dzieweczce. A że między pannami fraucymeru tajemnica się nie utrzymała żadna, wszystkie ciekawie przechodząc wpatrywały się w Felicjana. Wyrzykowski z konopiastemi włosami, amant panny Tymanówny, nie zyskał na porównaniu. Z niego też i starościanka i wszystkie naśmiewały się okrutnie, ale dzieciakom, dla których jeszcze wszelkie zbliżenie się z mężczyznami surowo było zakazane, nawet blady, piegowaty Wyrzykowski był pożądany. Nosił on przepisywane wierszyki, wzdychał, płatano mu figle, a gdy czasami wybór młodzieży do tańca na sali bywał przypuszczony pod okiem ochmistrzyni, z Wyrzykowskiego w tańcu zrywano boki. Rzadko się to bardzo trafiało, by ten wybór dworskiej młodzieży przypuszczony był na pokoje, jednakże w czasie świąt niektórych, gdy brakło tancerzy, a panienki skakać lubiły, wolano w ryzie trzymany dwór, szlachtę wprowadzić, mając ją na oku, niż obcych gości. Nie każdego też i szlacheckiego rodu uznawano godnym uczestniczenia w tych zabawach, trzeba było do tego nietylko nazwiska i prozapii, ale pokaźnej miny i pewnej ogłady. Podskarbiankę otaczały nauczycielki i ochmistrzynie, po największej części Francuzki, ton był europejski bardziej niż polski, ale towarzyszki panny Fleminżanki, córki szlachty, obywateli, officyalistów, dla zabawy jej i emulacyi przyjęte — wnosiły z sobą język i obyczaj domowy. Pomimo że wychowanie dziedziczki grafa było dosyć surowe, ogólna atmosfera wieku oddziaływała na nie. Po swawoli Augusta II zostały ślady w społeczeństwie, w mowie, w obejściu z kobietami, pożyciu małżeńskiem, a nawet w wychowaniu niewieściem. Zawcześnie tam marzono, śpiewano, szeptano o zalotach, i sposobiono się do nich. Francuzkie nauczycielki znajdowały to naturalnem, a szlachta choć zgorszona, modzie powszechnej brać się dawała. W otoczeniu podskarbianki, która wielkiej używała swobody, dziewczątka też niecierpliwie oczekiwały emancypacji, rozpowiadano sobie wiele. Ochmistrzynie wiedziały i mówiły półgłosem o tem, że pani starościna rostkowska, Tymanowa, owdowiałego podskarbiego za nos wodziła. Nie czyniono z tego tajemnicy. Córka jej wychowywała się z panną podskarbianką. Jednego wieczoru zdziwił się trochę Sobek, gdy mu Morochowski zaproponował, aby z innymi dworskimi poszedł na pokoje, bo panny w gry grać miały, i młodzież do nich była przypuszczona. — Nie potrzebuję waćpanu dawać przestrogi — dodał, — ażebyś się skromnie znajdował i był ostrożny. Dziewczęta wesołe, trzpiotowate, ale to są dzieci jeszcze; trzeba je mitygować więcej, niż im do swawoli pomagać. Podskarbianka bardzo jest wesoła, — czasem aż nadto... Ponieważ było do woli pozostawione korzystać z tego pozwolenia lub nie panu Felicjanowi, rozmyślał dosyć długo, czyby nie lepiej było w domu zostać; nie miał nawet zbyt wytwornego ubrania, a do kobiecego towarzystwa wcale nienawykły, lękał się go. Przemogła w końcu ciekawość, a może i inne jakie rodzące się uczucie i choć z bijącem sercem, wziął na siebie najlepszy a jedyny żupanik i kontusz. Wyrzykowski strojny, wypucowany, pachnący szałwią w niedostatku innej woni, przyszedł zabrać go z sobą. Skromnie i ubogo się przy nim wydawał Sobek, lecz się tego nie wstydził. Poszli razem do pałacu, gdzie w wielkiej białej sali, pod nadzorem dwóch ochmistrzyń, bony i guwernantki, już panny się znajdowały, Francuz nauczyciel tańca, figurka jak z parawana, i kilku muzykusów. Miały być gry towarzyskie i trochę tańca, którego figury kawalerom na prędce Francuz Bichon pokazał. Sobek niewtajemniczony został z boku. Że nieznajomym tu był, oczy dziewcząt zwróciły się nań natrętnie, a że przystojny, zatrzymały się chętnie na nim. Wyrzykowski napróżno się naprzód wysuwał. Parę razy swawolna Tymanówna przeszła mu pod nosem nucąc, udając, że go nie zna, z instynktem prawdziwie niewieścim nadstręczając się jego admiracji... Zdala panna Sieniawska też nie patrząc, przyglądała się owemu kawalerowi, którego jej nastręczano. Poczęły się gry zwykłe, biegany, cenzurowany, pierścionek. Sobek nie należał do nich z początku, ale jedna z młodszych dziewczątek pochwyciła go z kąta i wyciągnęła, czy także instynktem, czy namówiona przez którąś starszą — zgadnąć było trudno. Stało się jakoś, że zmuszony kręcić się i miejsce zmieniać, na chwilkę znalazł się przy Anusi, która się uśmiechnęła i śliczne mu pokazała ząbki. Lecz uśmiech ten na jej poważnej twarzyczce był czemś takiem niezwyczajnem, gościem tak niespodzianym, że natychmiast z niej zniknął. Wielkiemi tylko niebieskiemi oczyma śmiało w oczy popatrzała Sobkowi, któremu nadto drogie było to spojrzenie, ażeby chciał go uniknąć. Tak naprzód poznali się tą niemą wejrzeń zamianą. W następnym zwrocie gry Anusia, na przekorę tym, co ją prześladowały, sama wybrała pana Felicjana. Przybyło mu odwagi, zuchowstwa i wesołości, i już potem uczuł się jak w domu, nie obawiając wcale. Do tańca tylko nie poszedł, bo go nie umiał i chciał mu się przypatrzeć wprzódy. Tu pan Bichon dokazywał cudów, a czując się w swym elemencie, popisywał się z baletniczemi sztukami, którym starsze panie dawały oklaski. Pełen próżności mistrz tańca doskonale był śmieszny, i Sobkowi wydało się, że mężczyzna w tych skokach powagę całą tracił, — lecz inni nie mogli mu się wydziwić. Podskarbianka pod jego wodzą wykonała cudnie parę tańców solowych, z nadzwyczajnym wdziękiem i swobodą. Dzieweczce było to tak właściwe, iż się tem zachwycać było można, gdy obok niej Bichon wydawał się niemal jarmarcznym pajacem. Sobek oparłszy się o ścianę stał, gdy panna Anna podała mu rękę do tańca. — Niech mi pani daruje — rzekł kłaniając się, — otwarcie powiem, że nie umiem tańcować, a panna podstolanka lepszego niż ja warta towarzysza do tańca. Dziewczę spojrzało mu bystro w oczy i rzekło żywo: — To się pan naucz tańcować, ja poczekam! Dziecinna ta grzeczność Anusi, która istotnie, nikogo już nie biorąc, siadła w kątku i patrzała, jak się inne zwijały, wzięła za serce mocno cześnikowicza, kilka razy popatrzał na nią, nie unikała i teraz spojrzenia, owszem śmiało odpowiadała na nie, lecz gdy inne miały w oczach swawolę i zalotność przedwczesną, podstolanka taka była przy tem poważna, jakby do każdej swej czynności niezmierną wagę przywiązywała. Wyrzykowski puszczał się śmiało w skoki, bo Francuz go osobno był wyuczył figur i kroków, lecz że niezgrabny był, długi, a strój polski nie bardzo się do krygów nadawał, śmiano się z chłopca, który wesołość tę za dobrą monetę przyjmował. Uznojony stawał potem w kącie, dobywał chusty ogromnej i ocierał czoło pracowicie, zwycięzko oglądając się dokoła. Przy podwieczorku, który potem nastąpił, panna Sieniawska znalazła się niedaleko od pana Felicjana, jakby się jego oczom chciała nastręczyć, co go mocno konfundowało. Dziewczę w ten sposób brawowało swe koleżanki, szczególniej Tymanównę. Gra ta zdawała się niewinną, Sobek jednakże rozmarzał się, a i ona sama, nie wiedząc co czyniła, poczęła znajdować narzuconego jej kawalera najprzystojniejszym i najprzyzwoitszym ze wszystkich. Nikt na to nie zważał, oprócz panny Tymanówny, nad wiek swój bystrej i złośliwej. Znalazła ona sposób zbliżenia się do pana Felicjana choć zupełnie mu nieznajoma, szepnęła: — Niech pan się w Anusi nie kocha, bo ona ma być mniszką. Ja — to nie!! I uciekła. Zkąd tę złośliwą groźbę wzięła panna starościanka, Bóg ją wiedział, ale niezmiernie rada była ze spłatanego figla. Sobek się zmieszał, słówko wyrzeczone uwięzło w nim głęboko. Nie zastanowił się nad tem, że panny do zakonów przeznaczone, wychowywały się tylko w klasztornem zaciszu i uczyć się gawotów i menuetów nie potrzebowały. Zawczasu skończyły się zabawy, pan Bichon dał znak mężczyznom, że się mieli żegnać, wszyscy się bardzo pięknie pokłonili, podskarbianka z obu stron paluszkami ująwszy spódniczkę, dygnęła im, Anusia oczyma pożegnała Sobka, i młodzież wyszła z pałacu. Wyrzykowski szczęśliwy był, jakby go kto na sto koni wsadził. Należał on do tego rodzaju ludzi, co nigdy o niczem, a najmniej wątpią o sobie. Przyznać potrzeba, że czasem takim właśnie pociesznym kreaturom na świecie się najlepiej powodzi. Sobek wyszedł z głową spuszczoną, raczej smutny niż szczęśliwy, choć mógł się cieszyć, ale on dalej myślami sięgał i widział, że z tych dziecinnych zabaw, nigdy nic urosnąć nie może oprócz tęsknoty. — Ja panu powiem — rzekł, poufale biorąc go pod rękę Wyrzykowski, pan jest trochę nieśmiały. Czemu ja? widział pan, jak dokazywałem! Panna Tymanówna dała mi w grze klapsa, co mnie jeszcze pali jak ogień! Nie ma jak starościanka, jak Boga kocham, to dopiero kobieta kiedyś będzie, — klękajcie narody! P. Felicjan nic na to nie odpowiedział. Zbliżał się sejmik brzeski, przygotowania do niego wkrótce całego Fleminga pochłonęły, miała też do czynienia kancellarja. Że Sobek dosyć znał (przez ojca) stosunki w okolicy i pojętnym był, nieustannie go tu i owdzie posyłano, osobliwie tam, gdzie pisać się i nie chciało i nie było bezpiecznie, a z ustnem poleceniem poufnem trzeba było dobierać roztropnego i wiary godnego człowieka. W tych sprawach użyty w początkach na próbę, okazał się Felicjan tak rozważnym, nad wiek swój pomiarkowanym i zręcznym, że podskarbi, gdy tylko coś delikatniejszego było do traktowania, kazał zaraz przywołać — szlachcica na czterech chłopach. Przezwisko to żartobliwe już się Sobkowi zostało, za co się nie gniewał, bo pysznym nie był, ani się za innego chciał przedawać, niż go Bóg stworzył. Rósł tem w łaskach u pana podskarbiego, który choć hojnym nie był, obiecywał mu krescytywę, i coraz nowemi zachęcał do pracy gratyfikacjami. Chociaż liczył się zawsze przy sekretarzu Morochowskim i kancellarji, w istocie częściej był na Myszce pan Felicjan niż u stolika. Dawano mu na ucho instrukcje, ruszał to do Buchowieckich, to do Paszkowskich, to ze słowem jakiem do Bystrego, do Linowej, to do Antoniewicza, to za Bug między szlachtę. Pomimo tych starań i zabiegów, w przejażdżkach swych, przysłuchując się, co szlachta o przyszłym sejmiku i o podskarbim mówiła, mógł zawczasu zmiarkować, że z marszałkowstwem Fleminga na sejmiku kłopot będzie niemały. Nie taił tego przed Morochowskim, lecz flemingowscy przyjaciele olśnieni znaczeniem i potęgą swojego pryncypała, wierzyć złym wróżbom nie chcieli. Sam podskarbi, który z panami nawykł był się obchodzić tak, jak i Czartoryscy, lekceważąco i dumnie, ani przypuszczał, by ubożuchna szlachta śmiała mu się opponować. Familia naówczas i adherenci jej wszechmocnymi się sądzili. W poniedziałek, jakoś ku końcowi Sierpnia, sejmik się miał w Brześciu agitować, a już w wigilię szlachta zastępami całemi zewsząd się do Brześcia ściągała. Terespol też tego dnia pełniuteńki jej był i w pałacu drzwi się nie zamykały, a marszałek dworu Maliszewski, Antoniewicz, Morochowski i sam podskarbi szlachtę częstowali i umawiali się na dzień jutrzejszy. Wojewoda brzeski Karol Sapieha, który chciał pozyskać Fleminga, bo go był przeszłego sejmiku naraził, nie przybywszy w porę, sam też do Terespola zjechał, z zapewnieniem, iż zagajając narady, podskarbiego do laski przedstawi. W górze między , zdawało się wszystko łatwem, a tak do przeprowadzenia niewątpliwem, iż Fleming ani przypuszczał, aby mu szlachta czoło stawić miała. Wojewoda grzeczny a pyszny pan, choć Sapieżyńskiej buty dawnej dużo się ukróciło po Olkienikach, zawsze w znaczny wpływ swój wierzył, podskarbi zaś w Czartoryskich i własną potęgę. Sobek, który na to z dołu patrzał, i miał zręczność tego dnia dwa razy się przemknąwszy do Brześcia, rozsłuchać w tem, co szlachta sobie pomrukiwała, kręcił głową i zamyślony chodził. Wieczorem, kupami szlachta zaczęła ciągnąć do Terespola, dobrze podpiła, wrzekomo z rewerencją, a w istocie dla powzięcia języka. Nadciągnął z jedną kupą pułkownik Matusewicz, którego podskarbi posądzał, że mu nie bardzo sprzyja, submittował się, drwił sobie po trosze, i ze swym pułkiem nad wieczór do Brześcia odciągnął. Doniesiono do pałacu, że ci goście wracając, na moście na Bugu wina sobie przynieść kazawszy, drwili i odkazywali się na Fleminga. Podskarbi, który miał lepsze niż jego przyjaciele przeczucie, na chwilę zwątpił o dniu następnym, lecz drudzy ani mówić o tem dawali. Sapieha był swojego najpewniejszy i podskarbi też nabrał otuchy. Morochowski markotny nieco tem, co mu Felicjan opowiadał o zasłyszanych w Brześciu przygotowaniach na dzień jutrzejszy, choć niepokoju nie zdradzał, jeszcze raz Sobka już późno wyprawił na zwiady. Brześć, mieścina zwykle dosyć cicha i spokojna, czasu tych paroksyzmów sejmikowych napełniał się taką wrzawą i zalany bywał takim natłokiem szlachty, że niektórzy ichmoście, co się ani po klasztorach, ani w gospodach pomieścić nie mogli, w rynku koczowali. Czeladź panów, szlachta drobna, którą częstowano do upadłego, przy tej zręczności zwykle harce odprawiała z Żydami tak, że i szkołę musiano , i o straż dla niej prosić, i z kramów się okupować, bo je nieraz splondrowano. I ta noc się dosyć jakoś burzliwie zapowiadała tak, że Sobek, który z chłopakiem jednym stajennym się puścił, na moście brzeskim najprzód pochwycony przez Matusewiczowskich przyjaciół, pić z nimi musiał i drwin słuchać, a naigrawania się z Sasa; potem w miasteczku, konia nie mając gdzie postawić, chłopcu go dał do przeprowadzenia przed Augustjanami, dokąd zamierzał się wcisnąć, bo tam było największe szlachty W refektarzu u kks. Augustyanów zastał pełno szlachty, a im większy był tłum, tem łatwiej się tam było wcisnąć niepostrzeżonemu. Hałaśliwie tu rozprawiano; a najgłośniej rej wodził pisarzewicz grodzki, Franciszek Kościuszko, ostry człek, znany z tego, że przed nikim nie ustępował. Kilku Paszkowskich, Piotra Tołoczkę i innych, co w Terespolu nie bywali, i z Wołczynem nie trzymali, najrzał Sobek w wesołej gromadce. Wpadł tam właśnie, gdy pisarzewicz śmiejąc się, wołał: — Sapieżyńskie czasy minęły, a Flemingowskie nie przyszły pono jeszcze. My tu na swym zagonie, ojczycowie starzy, żebyśmy sobie z pozwoleniem pod nos smrodzić Niemcowi dawali, cobyśmy byli warci? — Nigdy w świecie! — krzyknął Tołoczko. — m, już dziś w Terespolu tak swojego pewni, jakby nas na świecie nie było, — ciągnął pisarzewicz. Pan wojewoda myśli, że Brześć to Kodeń lub Romanów, a pono się myli. Nie damy się szołdrze! — Nie damy! — zawołano po całym refektarzu. — Ino asindzieje animuszu nie traćcie — dodał Kościuszko, — zahukać się i zaimponować sobie nie dawajcie. Pan Fleming, pan w Terespolu i Włodawie, a ja taki sam na Siechnowiczach, i moje kluski tyle warte, co jego k niemiecki. Zaczęli się śmiać. — Niedoczekanie ich! krzyknął Tołoczko. — W kaszy się zjeść nie damy. — A więc słowo, Fleminga do laski nie dopuścić! Wtem Matusewicz pułkownik nadciągnął ze swoimi. Wszyscy pod dobrą datą, śpiewający, czapki na bakier. — Prosto z Terespola! — krzyknął Matusewicz, — podskarbi się ichmościom kłania, służby swe poleca, i rachuje na was jak na cztery tuzy. — Aby nie było czterech guzów! — krzyknął Tołoczko, pięść podnosząc. — Co słychać? co słychać? — przerwał Paszkowski. — Niemcem słychać! — odparł Matusewicz. Szlachcic siwy, bez oka jednego, stał i słuchał nie odzywając się; usta mu się czasem wydęły i opadły, ucha nastawiał na wsze strony, wreszcie odchrząknął. — Mości panowie — rzekł chrypliwie, (był to stary Wereszczaka) — Fleming jak Fleming, to tam o niego nie idzie, przywędrował z Sasów, wróci sobie do nich, bo tu oni nie przyrosną, a no po za nim Wołczyn stoi! — A w Wołczynie co? zapytał Kościuszko. — Potencja wielka! — westchnął stary, — co w plecy Fleminga uderzy, to się na księciu kanclerzu odbije, a z nim i z p. wojewodą ruskim żartować niezdrowo. Zakrzyczano Wereszczakę. — Stary stchórzył — wołano, — prepotencji magnatów dosyć już! Jak się szlachta im nie da we znaki, okulbaczą nas i jeździć będą. Niemcowi nauki potrzeba! Tych i tym podobnych mów się nasłuchawszy, że w refektarzu dla ścisku zbytniego, mimo pootwieranych okien skwar był okrutny, jak z łaźni wyszedł ztamtąd Sobek... W rynku nie inaczej wtórowano; bronili niektóry wojewody, bo Sapiechowie mieli swoich wielu, a Fleminga prawie nikt. Szołdrą go przezywano, i śmieli się ludzie, niestworzone nań wymyślając rzeczy. — Nie zwlekając więc, Sobek do konia poszedł i nazad przez most do Terespola. Wprost do dworku Morochowskiego zajechał, którego zastał powracającego z pałacu. — A co? — zapytał stary. — Prawdą a Bogiem źle się święci. — Zaczął tedy powtarzać, co słyszał, niemal co do słowa pan Felicjan, nie dodając ani ujmując nic. Zdania swojego nie śmiał dawać, bo nie jego to rzeczą było. — No darmoby już pono pana podskarbiego straszyć, — odparł Morochowski, — Kropiński i Bystry tak go zapewnili, że przed nim wszyscy padną, iż z refleksyą wystąpić, wiaryby nie dano. Niech więc będzie, co Bóg da. — A tom waćpanu miał powiedzieć — dodał w końcu, — iż pan podskarbi chce go mieć jutro przy sobie nieodstępnym. Będziesz mu więc jako dworzanin . Z rana się odziać trzeba jak od święta, i w pogotowiu być... Nic dobrego na ten dzień jutrzejszy nie wróżąc, Sobek położył się przedrzemnąć, nagotowawszy na jutro wszystko do rannego wstania. Szarzało jeszcze, gdy Morochowski, który sypiał mało, już go obudził. Trzeba się było przygotować i do pałacu pośpieszać. Tam też już ruch był wczesny, bo się dwór, kuchnie, służba i co było, gotowało do pochodu. Wozy niektóre już ruszały, inne zaprzęgano, zaszły potem wojewodzińskie konie, kareta podskarbiego, a za nią dworzanie konno w assystencji. Wprost wszystko do kościoła ks. Jezuitów dążyło, i tu stanęło, gdy właśnie na mszę ranną sygnowano. Brześć, jakby całą noc nie spał, co po części prawdą było, ruszał się już i ludu pełen, ledwie się powozom dał przecisnąć. W kościele też jezuickim, mimo jego wielkości, miejsca próżnego już nie było, i wojewoda z podskarbim przez zakrystję weszli, zasiadając w stallach przed wielkim ołtarzem. Ztąd na kościół spojrzawszy, jeno głowy wygolone i facjaty wąsate jedne przy drugich widać było, pełniusieńko aż po kruchtę. A choć przy nabożeństwie wszyscy się spokojnie znajdowali, z oczu wrogo jakoś patrzało. Po mszy świętej wojewoda, podskarbi, urzędnicy wojewódzcy, Buchowiecki, Kropiński, Bystry i innych wielu zeszli się w refektarzu... Na twarzach nie było by najmniejszego zakłopotania i wątpliwości co do skutku. Sapieha zagaił, iż do laski pana podskarbiego przedstawi, nie przypuszczając nawet, ażeby mógł i ośmielił się kto przeciwić. Fleming był w najlepszym humorze, tylko jak zwykle, śpieszył się i gorączkował. Napędzał, ażeby iść co rychlej do Augustyanów, gdzie zwykle sejmiki się odbywały. Posłał się dowiedzieć, czy Sanctissimum wyniesiono, ławy i stoły czy były przysposobione, czy szlachta już tam jest. Dano znać, że tłumnie zalegli kościół ichmoście i czekają. Co prędzej więc wojewoda przodem, podskarbi za nim podążyli na miejsce. Tu, nie dosyć że kościół pełen był, ale przede drzwiami, na ulicy, wszędzie zalegały gromady szlachty. Fleming tylko nie dostrzegł i nie rozpoznał, że między nimi znajomych twarzy wcale nie było. Sobek, który za nim szedł, wczorajsze fizyognomie upatrywał, i różne postacie zawiesiste i groźne jakieś, niewiadomego autoramentu. Gdy z wojewodą na przedzie przez zakrystyę weszli, dążąc do krzesła i stołu marszałkowskiego, — gwar ogromny, który kościół napełniał, powoli począł ustawać, oczy wszystkich zwróciły się na pana wojewodę i Fleminga, — Sapieha, potomek hetmanów i kanclerzy z wielce imponującą postawą wkroczywszy, z góry oczyma zmierzył zgromadzenie, i majestatycznie do krzesła szedł, przez niewielu ukłonami witany. Reszta posępnie patrzała, głów nie skłaniając. Planem wojewody i podskarbiego było owładnąć laską i Fleminga kandydatów: Kropińskiego i Bystrego, deputatami dać wybrać. Sapieha zajął krzesło, a za nim tuż w gotowości stanął Fleming, aby jak tylko się usunie, miejscem jego owładnął. Wśród ogólnego milczenia wojewoda do laski wniósł podskarbiego, i jak to było umówionem, ruszył z krzesła, Fleming nie czekając przyzwolenia, natychmiast się wcisnął, i już się gotował dziękować. Wtem z za stołu ogromny mężczyzna, Paszkowski, pułkownik przedniej straży, wąsa sobie pokręcając, w bok się wziąwszy, krzyknął na głos: — Nie pozwalam! Podskarbi czy nie słyszał, czy nie chciał tego przyjąć, czy nie zrozumiał, z wdzięcznym ukłonem odezwał się: — Dziękuję pięknie! dziękuję! Aż prysnęły śmiechy z tłumu. Paszkowski grzmiącym głosem odezwał się: — Nie pozwalam na laskę pana Fleminga! nie pozwalam! Jakby na dane hasło, z całego kościoła zahuczały głosy: — Nie chcemy! nie pozwalamy! Był to jakby piorun dla podskarbiego, który rzucił się gniewnie, szukając oczyma tych, co podtrzymywać mieli, uderzył oburącz o stół. Siadł na krzesło i plując a zżymając się, nie ustępował. A tu burza w kościele rosła, partyzanci podskarbiego, widząc ogromną większość przeciwko sobie, nie puszczali głosu... Paszkowski, a za nim inni chórem, krzycząc, wyjąc, drwiąc, wołali: — Nie chcemy! nie pozwalamy!... — Niemcze, wynoś się, pókiś cały! — Precz z Sasem!... — Do Drezna! — wołano ze wszech stron. Bystry i Kropiński stojący obok, pobledli. — Bliżej podpierająca szlachta bez względu żadnego, rwała się do krzesła, które z pod Fleminga wychwytywano. Podskarbi za szpadę już porywał, gdy Bystry go powstrzymał. — Na miłość Bożą! źle będzie! Wtem krzesłem przyparto Fleminga do stołu, a zdala śmiechy się rozległy. Pozycya była krytyczna. Coraz więcej twarzy nieznanych zupełnie gniewnych, szyderskich, widział podskarbi cisnących się tuż; tracił z gniewu przytomność. Tołoczko mu prawie w ucho wlazłszy, krzyknął: — Do Saksonii! — Jak się ty nazywasz? — wrzasnął Fleming. — A ty coś tu za jeden, że z nami grasz w tyczki? — zakrzyknął Tołoczko, kułak podnosząc. Z drugiej strony Paszkowski, który pierwszy rozpoczął, śmiejąc się ukazywał na drzwi. — Póki czas, na świeże powietrze. — Jak się ty nazywasz! — wołał już prawie nieprzytomny podskarbi. — Lepiej się nazywam od ciebie, — zawrzał Paszkowski. — Precz z szołdrą!.. W tem pisarzewicz grodzki Kościuszko, z drugiej strony oparłszy się o stół, począł historyjkę. ja ichmościów nauczę, jak się Sasów wyprawia do domu. Oto, mości dobrodzieju, czasu ostatniego interregnum, gdyśmy jedno głupstwo nasze pochowali, aby drugie po nim zrobić, wybierając Niemca, choć przysłowie mówi, — przyjeżdża mi Sas do wioski i zaczyna gospodarować. — dalej Kościół się rozlegał śmiechami, słuchali wszyscy, Fleming ani uciekać nie mógł, ani się skryć, ani obronić. Oczy zwracano na niego. — Dawaj szpek! dawaj brod, dawaj butter! Niczego mu nie było dosyć! Dają mi znać do dworu, że Sas egzorbitancye wyprawia u mnie! Siadam na konia zobaczyć, co się tam dzieje, a bizun wziąłem z sobą. Patrzę — prawda, Sas mi plondruje po chatach. Jak go gwiznę nahajem grubym na trzy palce przez łeb: — A będziesz ty mi tu bruździł! — aż padł na ziemię. — Dopiero ja go po pludrach jak nie wezmę ciemiężyć! — A do Saksonii... ty jakiś, nie rządzić się tu w naszem województwie! To mówiąc, patrzał w oczy podskarbiemu, a wszyscy śmiechem ogromnym, piskiem i hałasem wtórowali. — A do Saksonii! Wśród takiego wzburzenia umysłów nie było już co robić, ustąpić koniecznem się stało. Bystry i Kropiński ciągnęli, zaklinając podskarbiego, ażeby się mitygował. Wrzawa i okrzyki przerażające napełniały kościół, wojewoda już był uszedł przez zakrystyę. Flemingowi laska dygotała w ręku; podniósł ją i począł w stół bić — wołając głosem drżącym: — Żegnam! — Nie żegnaj, boś nie witał! krzyknęli otaczający! — Precz! precz. Paszkowski, który stał najbliżej i huczał najśmielej, nasunął się na podskarbiego tak, że ten z laską się rzucił na niego, zapominając przestróg, z impetem wielkim. Wtem z drugiej strony Tołoczko wołać począł. — A pókiż to tego będzie! póki ty tu będziesz szlachtę poniewierał! ty, jakiś! I dobył szabli. Nie było niebezpieczniejszej rzeczy przy wzburzonych umysłach nad ten sygnał bojowy; na widok żelaza dobywał je każdy, a uchowaj Boże, krwi kropla pociekła, szał ogarniał wszystkich... I tu się tak stało, szelest dziwny i brzęk rozległ się po całym kościele, kto żyw w ścisku szerpetynę wyciągał, Bystry i Kropiński pierwsi drapnęli. Widząc niebezpieczeństwo, Sobek nie namyślał się i rzucił na ratunek podskarbiemu w samą porę. Ale nim dobiegł do niego, szlachta wzburzona, zajmująca ławę z tyłu, miotając się, obaliła ją, padli wszyscy z grzmotem wielkim na ziemię. Fleming rzuciwszy laskę, chciał przez leżących przeskoczyć i upadł. W tejże chwili, czternastoletni chłopak, wisus, syn regenta Laskowskiego, przyskoczył i kilka razy dziecinną szabelką w plecy go rąbnął. Pchnięty przez pana Felicyana, toczył się na szlachtę, a Sobek schwyciwszy pod ręce podskarbiego, jak był silny i zręczny, tak go trzepiącego nogami w powietrzu, do zakrystyi zaniósł i drzwi natychmiast zatrzasnął. Z kościoła wrzask okrutny słychać było; szlachta dobijała się i goniła. Miał jeszcze tę przytomność Felicyan, że przelękłego i oszalałego z gniewu podskarbiego, wyciągnął w korytarz, do pierwszej celi z nim wpadł, i zaryglowawszy ją, na straży stanął z szablą dobytą. Wszystko, co było na sejmiku Flemingowskiego, uchodziło, pierzchało na łeb, na szyję. W miasteczku popłoch, przestrach, trwoga, jak czasu pożaru, szlachta z dobytemi szablami. Żydzi bramy zatarasowują, w ulicach tłumy jak fale, to się w jedną to się w drugą stronę miotają. — Fleming! szołdra! Dawaj go tu! Na szablach go rozniesiemy! Dać mu szpeku! Ktoś z adherentów podskarbiego, czy z rozumniejszych ludzi, aby wzburzoną szlachtę ukołysać, puścił wieść, że Fleming na prostym wozie już dawno do Terespola, słomą nakryty uciekł. Dopiero się jedni do Jezuitów, drudzy po gospodach, na zamek, i w różne strony rozpływać zaczęli. Podskarbi leżał jak nieprzytomny na łóżku w gorączce; Sobek tymczasem sam na sam z nim zostawszy, haiduka Franca, Niemca, co żywo po konie i karetę wyprawił, rozkazując mu, aby zajechała na tylny dziedziniec Augustyanów, zkąd mogli się łatwo dostać do gościńca i odwieźć podskarbiego do Terespola. Gwałtowna tego była potrzeba, gdyż wzruszenie nadzwyczajne, przestrach, gniew, wstyd wreszcie, w gorączkę rzuciły Fleminga, tem gwałtowniejszą, że sam temperament jego powiększał ją jeszcze. Podskarbi leżąc w celi zrywał się, majaczył, za szpadę chwytał, pienił się, oczy wywracał i prawie konwulsyi dostał. Nie było przy nim w tej chwili nikogo oprócz Sobka jednego, gdyż Kropiński, Bystry i wczorajsi doradcy, zagrożeni szablami, pochowali się, gdzie kto mógł, po najmniejszych dziurach, i żaden nie pokazał nosa. Bystry, jak był dosyć otyły i ciężki, nie zważając na to i na wiek swój, a na skwar sierpniowy, pieszo się przedarł tyłami do mostu i do Terespola, pierwszy alarm przyniósł, lamentując, że Fleminga rozsiekano w kościele. Tymczasem przytomniejszy i mężniejszy od innych Sobek, wodą rzeźwił, okładał i uspakajał podskarbiego, a gdy Franc dał znać, że konie na tylnym dziedzińcu już stoją, podniósł Fleminga, szablę dobytą w rękę jedną wziął, drugą pod pachę chorego, Francowi go kazawszy też podtrzymywać, i tak z nim przez puste szczęściem korytarze, doprowadzili do karety. Chciał na koźle siąść Sobek, ale Fleming go zmusił, ażeby przy nim miejsce zajął, firanki zapuszczono, woźnicy dano rozkaz, choćby cwałem byle za Bug się dostać i w żadnym razie nie dać powozu wstrzymać. Obawiał się bowiem, nie bez przyczyny p. Felicyan, ażeby snująca się w ulicach, podpiła i swoim tryumfem oszalała szlachta, na drodze nie napadła podskarbiego. Szczęściem, nie spotkali sił większych, a pojedynczo przechodzący na powóz nie nacierali, sądząc, że próżny powraca. Wrzawa tylko, śmiechy i śpiewy towarzyszyły im do mostu. Fleming na poły nieprzytomny leżał na ręku p. Felicyana... Tak, w wielkiej trwodze naostatek poczuli po huku, że byli na moście, a gdy ten ustał, domyślili się, iż do Terespola przybywają. Tu oknem głowę wysadziwszy Sobek, krzyknął na hajduka, aby starego doktora Millera natychmiast do pałacu zawezwał i wprowadził. Stanęła kareta w ganku; szczęściem, że podskarbiance nie powiedziano nic o wypadkach, bo Fleminga miotającego się w passyi i bezsilnego zarazem, na ręku prawie wynieść z niej było potrzeba. Największym gniewem, oprócz na szlachtę, którą z błotem mieszał, miotał się na tych podskarbi, co go tak haniebnie w niebezpieczeństwie odbiegli. Bystrego, który się zjawił z potarganą głową, w rozmamanym kontuszu, bladego, na oczy nawet nie chciał przypuścić i precz mu iść kazał. Nadbiegł stary Miller, który choć biegać nie umiał, a powaga doktorska na to mu nie pozwalała, tym razem dreptał co mógł, bo się niezmiernie nastraszył. W istocie było czego: pochwyciwszy za puls znalazł go tak poruszonym, iż tej minuty krew puścić musiał i w łóżko się kłaść kazał, zapisując uspakające leki. Tak spełniwszy powinność swoją, Sobek, gdy się już tu niepotrzebnym widział, wycofał się, aby spocząć, bo i sam był zmęczony na śmierć, strapiony a na siłach z gorąca, pragnienia i niepokoju doznanego upadał. W ganku nań czekał już Morochowski i cały tłum dworaków, co w Brześciu nie będąc, nie wiedzieli z pełna, co się stało. Wieści chodziły szkaradne, lecz Sobek w tym tłoku różnych ludzi opowiadać nic nie chciał, i Morochowskiego na bok wziąwszy, temu jednemu wyśpiewał, jak do tej smutnej przyszło alternatywy. Zgryzł się pan sekretarz, lecz po czasie była desperacya wszelka, musiano milczeć i gorzką ową połknąć pigułkę. Najsmutniejszym ze wszystkiego był stan pacyenta, który despektu mu wyrządzonego znieść i pogodzić się z myślą doznanych afrontów nie mógł. Wpadł w gorączkę podskarbi, tak, że Miller, wedle ówczesnej medycyny, nic innego nie mogąc wynaleźć na umitygowanie tak strasznej aprehensyi, krew jeszcze raz puścić musiał. Leżał pan podskarbi kilka dni z łóżka nie wstając. Tymczasem poszły listy do Wołczyna, do księcia kanclerza, rozeszła się wiadomość o sejmiku po województwie całem, w którym Czartoryscy dość swoich mieli adherentów. Głównym sprawcom groziła zemsta ciężka, która szczególniej Matusewiczom dała się we znaki, bo im później zadano i dowodzono chłopstwo, i ledwie się ze sprawy tej nierychło, z wielkim kosztem, upokorzywszy się Czartoryskim, mogli oswobodzić. Kościuszko, Tołoczko i Paszkowscy uszli cało, chociaż nie bez znacznych utrapień i niebezpieczeństwa. Wcale się Sobek ani myślał przechwalać tem, że podskarbiego ratował, ani sądził, aby za to miał być wynagrodzonym. Pierwszą jednak myślą Fleminga, ozdrowiał, było kazać go przywołać do siebie. Sądził Felicyan, że go znowu dokąd, a najpewniej do Wołczyna wyprawią z językiem, bo tam już nieraz bywał; w progu ujrzawszy go Fleming, którego znalazł zmienionym mocno, uśmiechnął mu się i głową skinął. — Szlachcic cztery chłopy mnie ratował: słuszna rzecz, — odezwał się, — abym ja to pamiętał. Pochodził po pokoju zamyślony, i stanął naprzeciw Sobka. — Żebyś się nie rwał odemnie zaraz, tobym ci dzierżawę dał; ale sobie ekonoma weź, a u mnie zostań. — Ja panie grafie — odezwał się Sobek, — nie mam czem za dzierżawę płacić. — Już ona zapłacona — rzekł Fleming... Od twoich czterech chłopów do Kaplonosów nie daleko. Bierz Kaplonosy, z pierwszego roku kwita!! Sobek się skłonił do kolan. — A potem po roku, puszczę tanio. Tylko proszę mi siana i słomy do domu nie wywozić, na miejscu zjeść, żeby był Zły gospodarz, co paszę przedaje. Rozumie szlachcic cztery chłopy? — Rozumiem? — Wół, owiec, świnia, niechaj je w Kaplonosach i na zdrowie im i wam. Sobek dziękował znowu. Wtem Fleming rulon dobył z kieszeni i wcisnął mu w rękę. — Masz urlaub na dwa tygodnie do Kaplonosów, a potem proszę do mnie wracać! Klapnął go po ramieniu. Sobek jak pijany wyszedł, nie wiedząc, co ze swem szczęściem pocznie. W ganku go Morochowski pochwycił ściskać, bo już wprzódy o wszystkiem wiedział. — Widzisz kochanku — rzekł, — ot, jak się czasem człek dorabia, kiedy Pan Bóg pomoże. Teraz masz wioskę w kieszeni, bo mam cię za cztery litery, jeśli się jej nie dorobisz na takiej dzierżawie! W czepkuś się rodził! Winszował i Wyrzykowski, ale kwaśno. Lat upłynęło kilka, dużo się też rzeczy zmieniło między Terespolem a Kaplonosami, — najbardziej jednak pono zmienionym był ów Feliś Sobek, który z domu o jednym kontusiku wyruszył na pożyczanym koniu, a teraz!! Ani go było poznać. Na całe Podlasie i bodaj województwo brzeskie nie było większego eleganta i wytworniej się noszącego człowieka nad niego. Z jednym tylko panem Janem Aleksandrem Kraszewskim, chorążym pancernym, który na dworze hetmana Branickiego najczęściej bawił, a owego czasu słynął z nadzwyczajnie wyszukanego stroju, nie mógł iść o lepsze. Być może, iż miał wprzód żyłkę do tego cześnikowicz, lecz gdy dzierżawa Kaplonosów szczęśliwie iść zaczęła, puścił sobie cugle trochę, i choć w tem rozrzutnym nie był, młodzież go za wzór brała, tak wiele miał smaku i wykwintności w ubiorze. Był to czas właśnie, gdy strój stary na gwałt zrzucać poczęto, Czartoryscy, Poniatowscy, Fleming, Mniszchowie, Brühlowie, wszystko co się o dwór ocierało i do

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…