Front matter
G. K. CHESTERTON
POKORY ROMANSU BRUKOWEGO
I
całość
G. K. CHESTERTON
POKORY ROMANSU BRUKOWEGO
I
INNYCH RZECZY WZGARDZONYCH
2.000
W DRUKARNI LITERACKIEJ
W
NOWY ŚWIAT 22
Tel. 281-88
Z oryginału angielskiego z upoważnienia autora przełożył
STANISŁAW BACZYŃSKI
Przekłady nieuprawnione będą ścigane sądownie
PRZEDMOWA TŁUMACZA
W duszach współczesnych zamiera kult piękna i miłości. Człowiek dzisiejszy traci z oczu ziemię, nieba jeszcze nie dosięga. Sprawdza się tu odwieczna mądrość ludów wszelkich ras i religij, że przez przyrodę i byt ziemski wiedzie jedyna droga do nieskończonej szczęśliwości raju. Związek bowiem istoty ludzkiej z ziemią nie jest przekleństwem, ale błogosławionym szlakiem radosnej pełni życia, dokonania przeznaczeń naturalnych człowieka. Prawdy to stare, ale treść ich zawsze na nowo dusze pokoleń niepokoi. Oderwany od nich duch błądzi między błękitem nieba a wielobarwnym oceanem urody ziemi. W położeniu takiem jest dusza współczesnego inteligenta. Porwany tętnem cywilizacji zatraca on poczucie piękna kształtów ziemskich, widzi na niebie w dzień tylko szaro-siną barwę, a w nocy świecące punkty gwiazd, pozbawione uroku i poezji, którą posiadały niegdyś dla oczu człowieka pierwotnego. Potęga duszy czującej i uroda życia maleje w prostym stosunku do rozwoju cywilizacji, nie przez ubóstwo nowoczesnego bytu, lecz wskutek postępowego zanikania poezji w tych, którzy byli jej dziedzicami z tradycji i powołania w ciągu wieków. Nie winna temu wspaniała cywilizacja, dająca poecie równie bogaty materjał jak wszelkie inne zjawisko, lecz dusza, która ugięła kolana przed bałwanem tej cywilizacji, przed W miarę wzrostu szablonów, zwanych kulturą nowoczesną, zanika zdolność rozumienia świata poza kategorjami banalnemi i konwencjonalnem pojęciem piękna. Wszystko niepowszednie, samorzutne, żywiołowe staje się przez kontrast w takiej atmosferze — brzydotą. Wszelka poezja, płynąca z odwiecznych dążeń ducha do niezwykłości i szlachetnego gestu, zasycha w zielniku herboryzujących dziejopisów. Piękno bowiem wyraża się dziś nie przez sugestywną moc życia, ale przez nałóg lub frazes. Inteligent dzisiejszy zapomniał o wzniosłości, nazwał ją patosem, stracił miarę wielkiego gestu, ośmieszył go jako pretensjonalność, odwykł od silnych wzruszeń, nazwał je przeczuleniem — słowem, każdą niemal, istotnie cenną, wynikającą z ludzkiej przyrody właściwość określił mianem pogardliwem lub ironicznem, wywyższył się ponad bezpośredniość, ugrzęznął w spokoju, w kwietyźmie duchowym i nazwał to W powszechnej pogardzie dla żywiołu zabrakło wprost miejsca na wielkoduszność, pozostała formalistyka, wyblakła, jak oblicze „z dobrego domu“. Obawa ruchu, konserwatyzm pozorów obok skrzętnej ekonomji fantazji tkwi pod powłoką arystokratyzmu warstwy, monopolizującej dziś prawo do kultury. Sprowadzenie tajemnicy życia do pozbawiło je już w zaraniu organów poezji: zdrowej ciekawości i entuzjazmu. Stąd też pogarda dla tłumu, dla mas ludowych, dla odwiecznego źródła postępu i nowości. Poniża się je zamiast kochać, pogardza zamiast wyszlachetniać. Dusza pospólstwa miast pociągać przeraża nas niecierpliwością swej zachłannej wyobraźni, razi zawiędłe w gabinetach duszyczki, zwietrzałą w bezruchu arystokrację. Lecz niewiadomo, czy z tej masy, której odmawiany wszelkich wartości, poza fizyczną siłą i złym instyktem, nie wyjdzie jak ongiś nowy prorok. Podobnie jak cieśla z Nazaretu odda on klucze przyszłości pogardzonym tłumom i powtórzy słowa wiecznie żywe: „Błogosławieni poniżeni, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie.“ Przeciętnemu czytelnikowi naszemu książka Chestertona, obrońcy pogardzanych mas, może się wydać paradoksem, podobnie jak niegdyś Wilde’a „Djalogi o sztuce“. Dziedziczne obciążenie kategorjami nałogowemi, kulturą pozorów, nie pozwoli może dojrzeć tu prostoty i szczerego do życia stosunku, konwenans nie uzna swego przeciwieństwa, pozór uśmiechnie się z ironją na widok prawdy. Lecz w oświetleniu pozorów każda prawda musi wydać się paradoksem, każda rzecz nowa sensacją. To też sama dążność Chestertona do szukania poezji nowoczesnej w duszy tłumu wydać się musi paradoksem. W życiu jednak paradoksów niema, chyba podczas spirytystycznych seansów, istnieją one tylko w literaturze. Książka zaś Chestertona jest dziełem życia. „Obrona rzeczy wzgardzonych“ jest manifestem przyszłości raczej, niż literacko-adwokackiem roztrząsaniem kontrastów współczesnego życia. Nie walczy Chesterton mieczem, lecz miłością. Zwietrzałe bałwany rozsypują się same w jego łagodnej dłoni. Jest on optymistą rewolucyjnym wielkiego stylu, gdyż kocha człowieka, jak przyrodę, za pracę i namiętność, za miłość i nienawiść, za wiarę i twórczy żywioł. Zwalcza w nim tylko jedno: Świat jego pełen jest mądrej pogody i nieogarnionej poezji kosmosu. W tem znaczeniu jest Chesterton poetą, jednym z nielicznych, którym objawiła się prawda życia, nie w sferze złudzeń ale w rzeczywistości codziennej, w wiekuistym ruchu wyobraźni najnędzniejszych nawet parjasów ludzkich, w oceanie i przydrożnej kałuży. Na nic zda się bowiem wykrętna mądrość sofistów, gdy życie staje się cudem.
WSTĘP
Na rozdali wzgórzystych okolic, podobnych do płaszczyzny wyżartej liszajem — lub do wiszarów, które przeczą zda się samej możliwości istnienia równin, nie pozwalając zapomnieć o stromej powierzchni naszej planety — w krainach takich spotykamy nieraz całe doliny, pełne skał rozlicznych i głazów tak potężnych, że wydają się resztkami strzaskanych gór. Całość dałaby się tu porównać do nieudanej i zarzuconej próby stworzenia. Trudno wprost uwierzyć nieraz, że pomiot ten kosmiczny nie jest dziełem rąk ludzkich. Najdogodniejszem jednak i najwłaściwszem wytłómaczeniem byłaby myśl, że okolica taka stanowiła widownię jakiejś walki gigantów. W duszy mojej zaś krajobraz ów kojarzy się z nieodpartą i natarczywą, całkiem instynktowną ideą, iż miejsce to było świadkiem sceny kamienowania jakiegoś przedhistorycznego proroka, proroka potężniejszego od wieszczów późniejszych o tyle, o ile głazy są większe od krzemyków. Wyrzekł on zaledwie słów kilka, które wydały się światu tak potworne i straszliwe, że pogrzebał go w kamiennej dziczy. Okolica ta stanowi tedy pomnik odwiecznej pratrwogi. Ulegając dalej temu kaprysowi wyobraźni, z trudnością jedynie zdołalibyśmy przedstawić sobie ów dziki obraz wszechświata, który tę scenę prześladowania wywołał, zrozumieć znaczenie straszliwe samego czynu, oraz myśl niespodziewaną, której te groźne skały są grobowcem. Albowiem bluźnierstwa wyświechtały się zupełnie w czasach dzisiejszych. Pesymizm stał się dziś tem, czem był zresztą oddawna, mówiąc otwarcie bardziej komunałem, niż pobożnością. Bezbożność zaś jest dziś czemś więcej niż afektacją — równa się obojętności. Wyklinanie Boga należy do I-go, kursu elementarnego poezji podlejszego rzędu. Nie dla tak dziecinnej zapewne sprawy ukamienowano w zaraniu dziejów naszego domniemanego proroka. Zważywszy zaś tę okoliczność na nieomylnej szali wyobraźni i przekonawszy się do czego jest zdolna ludzkość dla własnej uciechy, dojdziemy do wniosku, że prorok nasz ukamienowany został za twierdzenie, iż trawa jest zielona, a ptaki śpiewają na wiosnę; albowiem posłannictwem wszystkich proroków od początku świata jest nietyle ukazywanie nieba i piekła, ile raczej zwracanie uwagi człowieka ku ziemi. Religja przeto musiała zdobyć najdłuższą i najcudowniejszą z lunet — lunetę, za pomocą której można oglądać gwiazdę przez nas samych zamieszkaną. Dla oczu bowiem i rozumu przeciętnego człowieka świat nasz jest zaginiony tak , jak raj i, zatopiony, jak Atlantyda. Dziwaczne prawo przenika odwieczne dzieje ludzkie — oto człowiek dąży usilnie do poniżenia samego siebie, swego otoczenia i jego szczęścia. Wielkim grzechem ludzkości, znamiennym już w upadku Adama jest dążenie nie do potęgi, ale do niezwykle ohydnego upodlenia. Jestto upadek wielki, upadek, który każe zapominać rybie o morzu, wołom o łące, kupcowi o mieście — każdemu o własnem środowisku, zaś w najpełniejszem i najgłębszem znaczeniu każe zapominać o sobie. Właściwy upadek Adama i katastrofa ducha tu właśnie się kryje. I rzecz znamienna: mężowie natchnieni, jak jenerał Gordon, poświęcali wiele czasu dokładnemu oznaczeniu miejsca ogrodu edeńskiego. Najprawdopodobniej zaś przebywamy do tej pory w Edenie. Tylko oczy nasze się zmieniły. Pesymista uchodził zazwyczaj za buntownika. Nie jest to prawda. Po pierwsze, do wytrwania w buncie potrzeba pewnej pogardy ducha, po drugie, pesymizm odwoływa się do naszych stron najsłabszych a działalność pesymisty równa się hałaśliwej pracy szynkarza. Rzetelnym buntownikiem jest tylko optymista, który żyje i ginie przeważnie w zabójczym i wątpliwym trudzie przekonywania innych o własnej ich dobroci. Po stokroć razy udowodniono, że chcąc podjudzić i doprowadzić lud do zupełnego zdziczenia trzeba głosić, iż wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. Jezus Chrystus, o ile wiemy, został ukrzyżowany nie za to, co twierdził o Bogu, lecz za karę; głosił bowiem jakoby człowiek mógł w trzech dniach świątynię zburzyć i odbudować. Od Izajasza do Shelley‘a wszyscy wielcy rewolucjoniści byli optymistami. Byli oni niezadowoleni nie z ułomności bytu, ale z ludzkiego lenistwa w odkrywaniu dobrych stron tego bytu. Ukamienowany prorok nasz nie był przeto warchołem i kłótnikiem. Był on poprostu odtrąconym kochankiem. Cierpiał wskutek poświęcenia się sprawom ludzkim bez wzajemności. Coraz wyraźniej okazuje się, że światu grozi ciągłe niebezpieczeństwo fałszywego pojmowania. A że nie jest to myśl ciemna i dziwaczna, dowiodą przykłady. Dwa bezwzględnie podstawowe określenia „dobry“ i „zły“, wyrazy dwu istotnych, niedostępnych tłumaczeniu wzruszeń, są stale używane nieodpowiednio. Rzeczy złych nie nazwie dobremi ten, kto ich spróbuje, ale rzeczy dobre w powszechnym sądzie ludzkim nazywa się często złemi. Pozwólcie mi to wyjaśnić! Pewne sprawy, jak wiadomo, są złe n. p. ból zębów, i nikt nawet warjat nie nazwie ich czemś dobrem; lecz nóż, który kiepsko kraje nazywamy złym, co jest nieprawdą. Jest on tylko nie tak dobry, jak inne noże, do których ludzie przywykli. Nóż nie może być zły, chyba wówczas, gdy rozmyślnie i sprawnie zostaje wbity w czyjeś plecy. Najpodlejszy i najbardziej tępy nóż, łamiący ołówek miast go zaostrzyć, stanowi rzecz dobrą, o ile tylko jest nożem. W epoce kamiennej byłby on cudem. To zaś, co nazywamy nożem złym, jest tylko nożem dla nas niedość dobrym; zły kapelusz dla nas jest zamało dobry, zła cywilizacja jest cywilizacją dobrą, ale niedostatecznie dobrą dla nas. Lubimy nazywać obszar dziejów ludzkich złem, ponieważ sami jesteśmy lepsi. Jest to jednak zasada błędna, gdyż kość słoniowa nie może być coprawda tak biała jak śnieg, ale nawet cały ląd arktyczny nie zdoła jej poczernić. Jasnem staje się tedy, że ludzkość trudni się stale określeniem jako złych wszystkich rzeczy, które były niegdyś dostatecznie dobre, aby udoskonalić inne. Słowem lubi spychać drabinę, po której sama się wspięła. W związku z tem przychodzi mi na myśl, że postęp mógłby być czemś innem, niż ciągłem ojcobójstwem; dlatego przeszukałem śmietniki ludzkości i znalazłem w każdym z nich skarby. Odkryłem prawdę, że ludzkość nie przypadkowo, ale planowo, od wieków zajęta jest wrzucaniem złota do rynsztoków i djamentów do morza. Przekonałem się, że każdy człowiek jest skłonny do nazywania n. p. zielonego liścia o wiele mniej zielonym, zaś śniegu na Boże Narodzenie o wiele mniej białym, niż to jest w istocie; i dlatego wmówiłem w siebie, że głównem powołaniem nawet najmądrzejszej jednostki jest obrona. Zrozumiałem potrzebę obrońcy zwłaszcza w chwili, gdy mieszkańcy świata pogardzają światem; a rzecznik obrony nie byłby zapewne na miejscu niewłaściwem w tych dniach straszliwych, gdy słońce zaćmiło się nad Kalwarją i Syn Człowieczy został przez ludzi odepchnięty.
OBRONA ROMANSU BRUKOWEGO
Nasz stosunek do literatury popularnej, zwanej pospolicie wulgarną, świadczy najwymowniej, jak dalece niedoceniamy życia codziennego. Chłopięca książka z przygodami może bowiem nie dorastać do wymagań literackich, ba! stawianie ich jej byłoby tak samo dziwaczne, jak żądanie od powieści współczesnej wiadomości z chemji, astronomji lub nauk ekonomicznych; zresztą książka tego typu nie ma zazwyczaj nic wulgarnego w sobie, odwrotnie jest ogniskiem skupienia dla niezliczonych i płomiennych wyobraźni. Ludzie wykształceni nie mieli dawniej nawet pojęcia o literaturze popularnej. Skutkiem tego nie dochodziło do jej lekceważenia. Coś, czego nie znam, coś całkowicie obojętnego nie daje mi powodu do wywyższania się. Dlatego też nikt do tej pory nie kroczy dumnie ulicami i nie podkręca z zadowoleniem wąsa, myśląc o swej wyższości nad jakimś gatunkiem ryb głębinowych. Z podobnego oddalenia patrzył również dawniejszy świat wykształcony na literaturę popularną. Dziś zasada ta uległa zmianie. Gardzimy coprawda literaturą wulgarną podobnie jak czyniono to dawniej, ale już jej nie ignorujemy. Przejęliśmy się bowiem badaniem trywjalności do tego stopnia, że aż grozi nam strywjalizowanie; w głębi zaś straszliwe prawo Kirki, które nie dozwala duszy, zniżającej się dla wiedzy, wznieść się napowrót do wyżyn pierwotnych. Żaden rodzaj wydawnictw popularnych nie wywołał tak śmiesznej przesady i tylu nieporozumień, co najgorszego typu literatura chłopięca. Rodzaj ów istniał prawdopodobnie zawsze, istnieć musiał. Nie ma on potrzeby pretendować do miana literatury dobrej, podobnie jak jego czytelnicy nie mają pretensji w swych codziennych gawędach do wielkiego talentu oratorskiego lub też uważania swoich izb i klas za arcydzieła budownictwa. Niemniej jednak muszą oni mówić, mieszkać nadal w swych domach i mieć własną lekturę. Zwyczajna potrzeba jakiegoś świata idealnego, w którym zmyślone postaci mogłyby bez przeszkód działać, wrosła głębiej i starsza jest, a przytem nierównie ważniejsza, od wszelkich reguł sztuki. Każdy z nas w dziecięctwie powoływał do życia takie niewidzialne dramatis personae ale niańkom naszym ani przyszło do głowy poprawianie tych kompozycyj w zestawieniu z dziełami Balzaka. Na Wschodzie zawodowy bajarz wędruje z Dywanikiem od wsi do wsi; pragnąłbym, aby ktoś u nas w kraju, zdobył się na odwagę i rozpostarłszy taki dywanik w Warszawie lub Krakowie zasiadł na nim. A jednak opowiadania takiego bajarza dałyby się z trudnością ocenić według wysokiej literackiej miary. Literatura i bajanie to dwie rzeczy różne. Literatura jest zbytkiem, bajanie koniecznością. Dzieło sztuki nie może być za krótkie, gdyż na jego zwartości polega jego wartość. Bajdy natomiast nie mogą być nigdy za długie, gdyż z żalem oczekujemy zawsze ich bliskiego zakończenia; gdy artysta dąży do coraz większej treściwości, wszystkich naprawdę romantycznych gawędziarzy cechuje wielka rozlewność. Rozstrzygając te zagadnienia, zamiast wyjść z założeń najprostszych, iż chłopcy z ludu oddawna pochłaniają literaturę romantyczną, a dopiero w następstwie troszczyć się o ich uzdrowienie, zaczynamy od potępienia w czambuł całej literatury tego pokroju — przyczem zadziwia nas i oburza obojętność uliczników dla „Pokrewieństw z wyboru“ lub „Budowniczego Solnessa“. Jest to zwłaszcza cechą sądowników, którzy kładą większość zbrodni wielkomiejskich na karb szkodliwej lektury. Gdy ulicznik-włóczęga skradnie jabłko, zaraz dowodzi się, że wiedzę o smaku jabłek zdobył on z niezdrowych książek. Ba! sami chłopcy w momentach skruchy, powołują się często na czytane straszne historje, co zresztą w ich sferze, obdarzonej pewnym humorem, nie jest niespodzianką. Większość jednak ludzi żywi głębokie przekonanie, iż ulicznicy czerpią główne pobudki do swych czynów z drukowanych książek. To oskarżenie, tak chętnie wysuwane przez sądowników, nie dotyczy wcale literackiej nędzy wspomnianych utworów. Drukowanie źle napisanych książek nie stanowi zbrodni. W przeciwnym razie wielu stylistów siedziałoby w więzieniu. Wychodzi się natomiast z założenia, iż cała literatura uliczna jest marna, zbrodnicza, schlebia najniższym instynktom i okrucieństwu. Doświadczenia moje, zdobyte w najbardziej zaczytanych bibljotekach najuboższych dzielnic miasta, są takie: cała literatura wulgarna chłopców składa się z licznych podróży i przygód bez związku, gdyż niema w niej żadnych namiętności i charakterów. Wszystko obraca się dokoła lokalnych i zapożyczonych typów: średniowiecznego rycerza, pojedynkowicza z 18 wieku i współczesnego wychodźcy, poszukiwacza szczęścia w kopalniach złota Kalifornji. Jest coprawda pośród tych historyj mnogość opowieści z życia zbójców, zbiegów, piratów, opowiadań, oświetlających romantycznie złodziei i morderców. Lecz cóż innego czynią romanse Walter Scotta lub Byrona „Korsarz“, albo też wiele innych dzieł, rozdawanych, jako „nagrody“ czy upominki gwiazdkowe? Nikomu nie przyjdzie na myśl, że „Zbójcy“ Schillera lub „Bielecki“ Słowackiego, mogłyby skłonić jakiegoś chłopca do dzikich wybryków. Godzimy się w naszej sferze na czytanie przez młodzież przygód romantycznych nie dlatego, że są bliskie jej życiu, lecz dlatego, że są od niego dalekie. W ten sposób możnaby również sądzić, że jakiekolwiek przyczyny skłaniają uliczników do czytania Nick Cartera i t. p. nie płyną one z faktu, iż lektura ta tryska krwią ich przyjaciół i krewnych. W tym i temu podobnych wypadkach mijamy się zupełnie z właściwym punktem widzenia, mówiąc o „niższych warstwach“, przyczem mamy na myśli całą ludzkość oprócz siebie samych. Trywjalna skłonność romantyczna nie jest wyłącznością plebejską; jest ona poprostu ludzka. Patrzymy na cały kram pewnego rodzaju książek, jak na chorobliwą potworność, gdy stanowi on tylko głupią, zdrową właściwość człowieczą. Ludzie przeciętni będą zawsze ciążyli do sentymentalizmu; każdy z nich pełen uczucia, pozbawiony doskonalszych środków jego wyrażania, musi być sentymentalny. Niema przeto w tych popularnych utworach elementów zła. Wyrażają one tylko heroiczne lub sangwiniczne komunały, na których wspiera się cywilizacja, gdyż tyle przynajmniej wiadomo, że cywilizacja stoi na komunałach, w przeciwnym bowiem razie nie posiadałaby wcale fundamentów. Jakież bezpieczeństwo zapewniałaby obywatelom społeczność, traktująca ustawę sterników państwa, uważającą mord za zbrodnię, jak świetny i oryginalny paradoks? Gdyby autorzy i wydawcy sensacyjnych romansów wzięli pod kuratelę sfery oświecone i zaczęli konfiskować nasze powieści, nam zaś dawać radę, abyśmy zaczęli lepszy tryb życia, patrzylibyśmy na to krzywo. A jednak mieliby oni do tego większe prawo, ponieważ przy całej swej głupocie są ludźmi normalnymi, my zaś jesteśmy nienormalni, a literatura najnowsza warstw oświeconych właśnie, nie niższych, stanowi czynnik jawnie i agresywnie zbrodniczy. We wszystkich naszych salonach leżą książki, szerzące pesymizm i bezwstyd, książki, przed którymi zadrżałby wielkoduszny ulicznik. Gdyby obdarty handlarz zechciał trzymać w swym kramiku książki, propagujące samobójstwo i bigamję, policja skonfiskowałaby mu cały nakład. Albowiem rzeczy te znosi się tylko jako artykuł zbytku. Ze złośliwością i naigrawaniem dowodzimy ulicznikom ich niemoralności. Potępiamy literaturę sensacyjną za to, że pobudza jakoby lud do rabunku własności bogaczy, a równocześnie sami szerzymy pogląd, iż własność jest grabieżą. Obwiniamy (zgoła bez podstaw) książki niemoralne, a interesujemy się systemami filozoficznemi, które apoteozują wszelkie nadużycia; przypisujemy książkom częste wypadki samobójstw młodzieży, zastanawiając się równocześnie, czy życie jest cokolwiek warte. Tak, my właśnie stanowimy chorobliwe wyjątki, zasługujące na miano zbrodniarzy. Ale niech to nas tylko pocieszy. Olbrzymia większość ludzkości wraz z bezużytecznemi książkami i słowami nie zwątpiła nigdy i nigdy nie wahała się twierdzić, że odwaga jest czemś , wierność czemś szlachetnem i, że bronić należy uciśnionych kobiet, zaś wrogów zwyciężonych oszczędzać. Mimo to istnieje wielu ludzi wykolejonych, którzy wątpią o rzeczach tak zwyczajnych, podobnie jak istnieje wielu ludzi, uważających się za prezydenta państwa lub króla Edwarda; przypuszczam, że obie te kategorje mogą żywić bardzo interesujące poglądy. Normalnie jednak ze zwykłych, przesadnych romansów rynsztokowych płynie zdrowszy i lepszy morał, niż z błyskotliwych paradoksów etycznych, zmieniających się w świecie wytwornym tak łatwo jak moda. Zastrzelenie „wytrawnego złoczyńcy“ dowodzi dość prymitywnej moralności, ale z pewnością ma większą wartość, niż tendencje niektórych koncepcyj etycznych współczesnych, od książek d’Anunzia począwszy. Dopóki świeża warstwa popularnej romantyki pozostanie nietknięta przez nędzną kulturę, dopóty nie stanie się niemoralną. Stoi ona na uboczu życia. Biedacy, niewolnicy, uginający się w rzeczywistości pod ciężarem bytu, bywają często szaleni, dzicy i okrutni, ale nigdy nie są pozbawieni nadziei, ponieważ to jest przywilejem tylko ludzi wykształconych, podobnie jak dobre cygara. Literatura popularna zaś, ze swemi „piorunami i krwią“ zostanie zawsze rzeczą tak naturalną, jak pioruny na niebie i krew w żyłach ludzkich.
OBRONA NIEDORZECZNOŚCI
Od wieków istnieją dwa sposoby patrzenia na ten nasz świat mierzchnący; mrok ów można uważać na zmierzch lub świtanie; we wszystkiem aż do żołędzi widzimy pierwowzór lub następstwo. Bywają chwile, gdy dech nam zapiera nietyle ogrom zła, co ilość dobroci ludzkiej, i uznajemy w sobie dziedzictwo potężnych bohaterskich czynów. To znów wydaje się nam wszystko, jakby dopiero w zalążku, gwiazdy wiekuiste są iskrami dziecięcego fajerwerku, a świat cały wygląda tak młodo i świeżo, iż nawet śnieżne włosy starców, mówiąc językiem biblji, są jak kwiaty migdału lub głóg na wiosnę. Godzimy się wszyscy na zbawienność uznania w sobie dziedziców wszechczasu. Mniej popularny, lecz równie ważny, jest pogląd, iż zbawienna może być wiara nietylko w rolę potomka ale i prarodzica; dobrze to czasem zastanowić się, czy też naprawdę jesteśmy bohaterami i snuć wzniosłe refleksje, czy nie jest się tylko mitem słonecznym. Bezpośredniość i nagłość, oto co we wszystkich epokach świadczy najdobitniej o wiecznej dziecięcości świata i, gdyby mnie pytano o dowody na młodzieńczość żądną przygód 19 wieku — to mimo całego szacunku dla jego zdobyczy i filozoficznych — wskazałbym popularne wierszydła i literaturę niedorzeczną. Jest coprawda faktem, iż najwięksi pisarze wszelkich czasów, jak Arystofanes, Rabelais i Heine — pisali niedorzeczności, ale głupstwo ich było innego pokroju, miało charakter satyry, było symboliczne i stanowiło coś w rodzaju pląsów dookoła prawdy. Instynkt satyryka, który widzi typową cechę człowieka w wąsach Naczelnika Państwa i wydłuża je celowo, różni się od instynktu błazna, wyobrażającego sobie, jak te wąsy wyglądałyby np. na twarzy arcybiskupa, gdyby tam nagle wyrosły. Traktowanie niedorzeczności, jako odrębnego rodzaju literackiego (rzekłbym swoiste pojmowanie) byłoby zgoła bezpodstawne, gdyby stanowiło tylko kaprys estetyczny. Nigdy potężny twór artystyczny nie wykwitnął z czystej sztuki podobnie, jak rzecz nawet najbardziej rozumna z czystego rozumu. Każdy rozkwit estetyczny wyrasta z bogatej gleby etycznej. Zasada l‘art pour l‘art jest dobra wówczas tylko, gdy pragnie zaznaczyć istotną różnicę między ziemią a drzewem, które tkwi w tej ziemi korzeniami; zła jest, gdy usiłuje twierdzić, że drzewo mogłoby rosnąć równie dobrze, gdyby korzenie jego wisiały w powietrzu. Wszelka literatura potężna była pierwotnie alegoryczna — alegoryczna dla pewnego określonego na świat poglądu. Iliada tylko dlatego jest wielka, ponieważ życie całe stanowi w niej bitwę, Odyssea, gdyż życie w niej jest wędrówką. Pewni ludzie stoją wobec życia w postawie, którą możnaby nazwać uduchowioną, życiu innych odpowiadałoby natomiast określenie: „Sen nocy letniej“. Nawet najtrywjalniejsze dramaty i historje kryminalne mogą być pożyteczne, gdy zawierają coś z draźniącego smaku niezwykłych możliwości, coś ze zdrowej trwogi, która ogarnia nas w nocy na pustych drogach. Jeśli przeto niedorzeczność ma być treścią literatury przyszłości, musi ona zdobyć własny pogląd na Kosmos, a świat cały powinienby stać się nietylko tragiczny, romantyczny i religijny, ale także niedorzeczny. Teraz dopiero wierzę w skojarzenie się niedorzeczności z całokształtem pojmowania rzeczy. Religja, budząc w ludziach podziw dla cudów stworzenia, nie zauważyła przez setki lat, że coś wyłącznie zmysłowego nie może stać się rzeczą całkowicie cudowną. Drzewo nie wywoła w nas specjalnego zdumienia, dopóki nie ujrzymy w niem jego istoty ponadzmysłowej. I dopiero dostrzegłszy w niem tajemną falę życia uczuwamy trwogę przed opiekunem lasu. Wszelka rzecz posiada w istocie dwie strony, jak księżyc patron niedorzeczności. W ptaku można widzieć kwiat oderwany od łodygi, w człowieku czworonoga „żebrzącego“ na dwu łapach, na dom patrzeć można jak na olbrzymi, chroniący nas od słońca kapelusz, na krzesło jak na aparat z czterema nogami dla kaleki o dwu tylko nogach. Oto strona rzeczy odwrotna, wiodąca nas drogą najpewniejszą do cudów ducha. Znamienne jest, że w największem poetyckiem dziele religijnem na bezbożnika działa nie myśl o świecie, jako uporządkowanym systemie Stworzyciela, lecz sam obraz potwornej, zagadkowej bezmyślności tego świata. O Panie! zesłałeś „deszcz na ziemię, na której nikt nie mieszka i na pustynię, gdzie niemasz człowieka“. Ów naiwny podziw dla układu życia i jego tajemniczej niezależności od naszych przesłanek intelektualnych i trywjalnych definicyj stanowi źródło spirytystyczne i podstawę niedorzeczności. Niedorzeczność i wiara (tak sprzeczne) to dwa najdobitniejsze dowody na zasadę, że poznanie istoty rzeczy zapomocą syllogizmu jest tak samo niemożliwe, jak złapanie wieloryba na wędkę. Dobra dusza, która, pragnąc zbadać tylko logiczną stronę rzeczy, doszła do wniosku, że wiara jest niedorzecznością, sama nie wie, jak trafnie sądziła; z czasem przekona się może, iż niedorzeczność jest wiarą.
OBRONA PLANET
Uwagę moją przed laty zajęła książka p. t. „Terra Firma: Ziemia nie jest planetą“. Autorem jej był niejaki Dr. W. Scott, cytujący z całą powagą zdania szeregu zupełnie nieznanych, lecz zapewne bardzo ważnych osobistości; n. p. pewien pan Beack z Southsea twierdzi, jakoby ziemia była płaska; możliwe, że jest ona taka w Southsea. Nie chcę przytaczać tu szczegółowych argumentów p. Scotta. Możnaby bowiem udowodnić równie dobrze płaskość ziemi, jak jej kształt trójboczny. Stawiam słaby tylko opór, słysząc twierdzenie, że jeśliby ziemia była kulą, koty nie miałyby czterech nóg. Ale wobec twierdzenia, że gdyby ziemia była kulą, koty musiałyby posiadać pięć nóg, składam broń. Jak zaznaczyłem, wartość naukowa tej teorji wcale mnie nie zajmuje. Interesuję się różnicą między ziemią płaską a kulistą tylko w odniesieniu do sztuki i wyobraźni. Dziwnym trafem bowiem, żaden z nas nie stosuje teorji Kopernika w patrzeniu na rzeczy. Rozum przekonał nas, że mieszkamy na niepozornej, prowincjonalnej planecie, mimoto jednak nie czujemy się wcale ludźmi z prowincji. Podobnie: wielu mężów nauki w biblji niezgodność jej z prawdziwym systemem astronomicznym; ortodoksom natomiast mógłby posłużyć argument niezawodny, że gdyby nawet ta zgodność istniała, nie mogłaby nigdy nikogo przekonać. Jeden wiersz lub jedno opowiadanie przeniknięte ideą kopernikowską, stałoby się prawdziwą zmorą. Bo czyż można wyobrazić sobie krajobraz górski, w ciszy uroczystej, i proroka w zachwyceniu, porwanych równocześnie jak kółko z najwyższą szybkością w ruch wirowy? Czyż można wystawić sobie potężnego władcę, który podczas ogłaszania ważnych ustaw ma świadomość, że sterczy równocześnie w pustej przestrzeni głową na dół? Dałaby się tu stworzyć bajka niesamowita o człowieku przeklętym, obdarzonym okiem Kopernika, który widziałby ludzkość w takim ruchu, jak pędzone siłą magnesu żelazne opiłki. Cóżby to był za obraz nadzwyczajny: mowa o wspaniałości i boskości człowieka, wiszącego na podeszwach u powierzchni planety? Albowiem mimo wstrętu Pana Scotta do newtońskiej astronomji, do jej niezgodności z biblją, cały ów rozdźwięk daje doskonały przykład różnicy między duchem a literą. Litera Starego Testamentu stoi w sprzeczności coprawda z teorją systemu słonecznego, duchowo jednak jest jej bardzo bliska. Autorzy Genezis nie znali nauki o ciążeniu, co jest rzeczą tak prostą jak to, że nie mieli parasolów. Mimo to w teorji grawitacji skrywa się dziwnie biblijny pierwiastek — pierwiastek pewności, a równocześnie zależności: zmaganie się o jednię, wskutek czego wszystkie rzeczy wiszą na nitce. „Zbudowałeś świat na niczem“ rzekł autor księgi Hioba. W sentencji tej zawarta jest całkowicie straszliwa poezja nowoczesnej astronomji. Obraz kulistej ziemi w ruchu wirowym daje potężne wrażenie cennej kruchości wszechświata, uczucie, że w każdej chwili może on ulec zagładzie dla dobrodusznego ateisty. Płaska ziemia pana Scotta byłaby tu terenem o wiele odpowiedniejszym. Starożytnym Żydom jednak obojętne było zagadnienie, czy chodzimy prosto, czy też głową w dół, nie posiadali oni spaczonych pojęć o ludzkiej godności. Ciekawem jest pytanie, czy świat mógłby kiedyś stworzyć kopernikowską poezję i przyjąć na codzień kopernikowski wyrażania się; czy będziemy kiedyś mówili o „porannym biegu ziemi“ zamiast o „porannym wschodzie słońca“ lub o wspinaniu się do kwiatu złocienia i o schodzeniu do gwiazd? Gdyby przyjść miało do tego, posiadamy w perspektywie zaiste fantastyczne i monumentalne rzeczy, właściwie powołanie do życia nowej mitologji. I tak pan Scott np. z naiwną, jakkolwiek nieświadomą siłą wyobraźni wykazuje, że według astronomów „morze byłoby wielką górą, tyle a tyle mil wysoką“. Odkrycie takiej góry z ruchomego kryształu, w której ryby gnieździłyby się jak ptaki, równałoby się odkryciu nowej części ziemi, a co więcej odmłodzeniu starej ziemi. W tej nowej poezji, którą proponujemy, młodzi turyści próbowaliby wdzierać się dzielnie na szczyt morza. A gdybyśmy wyobrazili sobie cały glob nasz w ten sposób, znaleźlibyśmy się w krainie cudów i odkrylibyśmy nową planetę, odkrywając własną ziemię. Pośród rzeczy godnych pamięci, o których jednak zapomnieliśmy, najogólniejszym i najbardziej płodnym błędem był ten, który pozwolił nam zapomnieć, że zamieszkujemy gwiazdę. Odkryciu prawdy przyrodniczej w dawniejszych czasach, towarzyszyło natychmiastowe jej spopularyzowanie, jako prawdy poetyckiej. Gdy człowiek zbudził się do prawdziwej świadomości i zaczął poznawać błękitność nieba i zieloność trawy, wiedza ta stała się dla niego wkrótce symbolem. Błękit nieba został symbolem niebiańskiej świętości; zieleń trawy wniknęła do języka, jako znamię graniczącej wprost z głupotą świeżości. Gdyby danem nam było żyć w świecie o trawie błękitnej a niebie zielonem, symbolika byłaby inna. Wskutek jakiejś tajemniczej przyczyny nałóg przenoszenia faktów naukowych w dziedzinę poezji zaniknął z postępem wiedzy, wszelkie zaś objawienia przemożne uderzały odtąd o uszy ogłuchłe. Stało się to, jakkolwiek nauka ukazywała oczom świat, wobec którego Apokalipsa ze swemi spadającemi gwiazdami była czystą idyllą. I chociaż badacze ustalili, że wirujemy z szumem w pustce, przyczepieni do kuli ziemskiej, poeci ignorują to, jak zwykłe postrzeżenie o pogodzie. Nauka mówi, że niewidzialna potęga utrzymuje nas w naszych fotelach, podczas gdy ziemia pędzi, jak bumerang w przestrzeń gwałtownemi skokami; a tu tymczasem ludzie, by dowieść miłosierdzia boskiego, grzebią w zapylonych aktach. Głoszą oni, że potworna wizja pana Scotta o spiętrzeniu wód, wznoszących się, jak szklana góra z bajki, jest prawdą, a mimoto wracamy jeszcze do baśni. Do jakichto doszlibyśmy poetyckich obrazów, gdyby przeżywano nadal wiedzę przyrodniczą w poezji; ludzka wyobraźnia igrałaby podobnie swobodnie planetami, jak dawna poezja kwiatem. Powstałby patrjotyzm planetarny, w którym zielony liść pełniłby rolę kokardy, zaś morze stałoby się wiecznie huczącym bębnem. Bylibyśmy dumni ze wszystkich faz, przebytych przez naszą planetę i dzierżylibyśmy z pietyzmem wysoko jej sztandar w ślepej wędrówce sfer. Możemy to wszystko jeszcze teraz uczynić, gdyż mimo całej, nagromadzonej przez nas wiedzy, nikt naprawdę nie wie jednej rzeczy: czy świat jest młody, czy stary?
OBRONA FARSY
Nie pojmuję, dlaczego pewne rodzaje sztuki uważamy za niższe, trywjalne i godne pogardy. Mówi się np. o jakiejś komedji, że „wyradza się w farsę“, słuszniejszem byłoby określenie o „przechodzeniu w farsę“, co zaś dotyczy „wyradzania“, to z równą słusznością dałoby się powiedzieć, że coś „wyradza się w tragedję“. O innej znów historii opowiada się, iż jest „melodramatyczna“ i rzecz dziwna, nie uchodzi to wcale za opinję pochlebną. Zjadliwa krytyka, Bóg wie dlaczego, szafuje obojętnie etykietami „sensacyjny“ i „pantomimiczny“, pomijając fakt, że każdy artystyczny wysiłek stanowi sensację, dobra zaś (w istocie nieistniejąca) byłaby najmilszą, dającą się pomyśleć sensacją. Często słyszy się zdanie: „dobre to, jak na romans kryminalny“, podobnie jak się mówi „dobre to, jak na epos“. Jakiekolwiek wady i zalety posiada tego rodzaju klasyfikacja, wywiera ona w każdym razie wpływ szkodliwy. Formom artystycznym lżejszym i mniej poważnym odbiera wszelką godność, obdzierając je z wyższych zadań, co grozi im, iż staną się tak złe, za jakie się je uważa. Są one podrzutkami wielkiej matki, wychowanymi w ukryciu, w brudzie i nieukształceniu, którym jeśli uda się nawet rzecz dobra, należy ją przypisać raczej przypadkowi, niż działaniu wrodzonego instynktu. Zwyczajne opowiadanie detektywne, z tajemniczemi morderstwami, jest dla rozsądnego czytelnika tylko niezwykłym sposobem patrzenia na planetę, zamieszkaną przez samych durniów, poszukujących swego nosa i niezdolnych do przeniknięcia charakteru własnych żon. Zwykła pantomina może być dla nas satyrycznym wizerunkiem wstrętnego świata bez przyczyn i skutków, pełnego zwalczających się atomów, może stać się przewlekłą torturą duchową. Zwyczajna farsa wyda się znów światem nędznej trywjalności. Nie da się temu zaprzeczyć, ale błąd tkwi tu nie gdzieindziej, tylko w naszej postawie, scharakteryzowanej na początku niniejszego rozdziału. Bezwątpienia inne dziedziny sztuki upadłyby również, gdybyśmy niemi od początku ich istnienia pogardzili. Gdybyśmy mówili tym samym tonem o sonetach, co o piosenkach z sonet stałby się czemś tak straszliwem i niesamowitem, że szkoda wprost, iż brak takiego przykładu. Gdyby twierdzono, że epika jest literaturą dla dzieci i nianiek, możliwe, iż „Raj“ Miltona zaliczanoby dziś do pantomin. Tytuł brzmiałby wówczas „Maciek w piekle“. Któż zresztą uważałby za stosowne doprowadzać dzieło swoje do doskonałości, gdyby doskonałość sama przez się była czemś groteskowem? Pocóż miałby Szekspir pisać „Otella“, gdyby całkowity triumf jego miał się zawrzeć w pochwale: „Pan Szekspir nadaje się do rzeczy wyższych, niż pisanie tragedyj“. Dlatego to sposób odnoszenia się do farsy i jej dzikszych odmian musiał wywołać skutki fatalne. W tem bezwzględnem poniżeniu utworów artystycznych tak wysokiej miary i tak popularnych, tkwi prawdopodobnie wiele przyczyn: ja natomiast ze swej strony pewien jestem, że wynikło ono z ogromnego braku wiary i radości życia wśród estetów naszych, którzy zarazili tem nawet rewolucjonistów (ludzi niegdyś najlepsze rokujących nadzieje). Doszło do tego, że nawet ci, którzy mogliby nawoływać do strącania gwiazd w morze, są niepewni, czy znalazłyby się one tam na miejscu właściwem. Każda estetyczna forma literacka powinna być symbolem pewnej fazy ludzkiego ducha, ale gdy faza sama przez się działa dostatecznie przekonywująco, ta, zanim skrzepnie w artystyczny wyraz, musi ulec pewnej stylizacji i zaostrzeniu, wzamian za swój ułudny charakter. Starzec, siedzący samotnie u ogniska może np. ucieleśniać całą wielkość tragiczną króla Leara lub ojca Goriota, lecz zanim zużytkowalibyśmy go literacko, musiałby on uczynić coś więcej, niż utkwić wzrok w ognisku. Usprawiedliwienie racji bytu farsy i pantominy powinno wyrastać z ruchu umysłów, ruchu, w którym, pośród skłonności modernistycznych, jak do tej pory widać tylko bolesne strony życia, przesadzone do wprost niewiarygodnego stopnia. Powiada się, że cierpienie jest w życiu pierwiastkiem przeważającym, ale jest to słuszne zaledwie w dość ciasnem znaczeniu. Cierpienie, mroczna i straszliwa strona życia, wywiera wpływ pociągający tylko na młodego artystę, podobnie jak na ucznia rysowanie w książkach szkolnych djabłów i wisielców. Rozkosz natomiast stanowi rzecz o wiele subtelniejszą, nęcącą, gdyż jest ona w życiu pierwiastkiem podstawowym, który przesyca każdy nasz oddech i każdą wypitą szklankę herbaty. Literatura rozkoszy przedstawia nieskończenie więcej trudności, jest rzadsza i bardziej zwycięska, niż literatura cierpienia; z pośród rozmaitych zaś jej postaci na największy szacunek i opiekę zasługuje tak zwana farsa. Najcichszego i spokojnego człowieka napada nieraz nagły i ślepy głód zaznania możliwości i niemożliwości bytu; wówczas zapytuje on bez ogródek, coby się stało, gdyby np. czajnik zawierał słoną wodę lub miód, gdyby zegar wskazywał naraz wszystkie godziny, gdyby świeca zaczęła płonąć zielono zamiast czerwono, a brama domu wychodziła na morze lub kartoflisko, zamiast na ulicę w Londynie. Kto czuje, że nawiedziła go ta nieokreślona anarchja, tego opanował chwilowo duch farsy. Kuba rozcinający jednym ciosem żandarma na dwoje (nie należy mieć tu nic zdrożnego na myśli) urzeczywistnia jedno z naszych marzeń. Właściwość tę podtrzymuje i uzmysławia właśnie krajobraz i architektura cechująca zwykle farsę. Gdyby cała akcja nie rozgrywała się w atmosferze odrębnej, gdyby na gruszy nie wisiały jabłka, a czerwona rzeka i dziwaczny krajobraz nie stały w perspektywie, działanie byłoby całkiem odmienne. Ulice, budy, rynsztoki farsy, rzeczy dla przeciętnego estety tak zwyczajne, stają się tu główną częścią składową estetycznego założenia. Chcąc doznawać stale nowych wrażeń widz pragnie ujrzeć tutaj naprawdę drzwi nowoczesne, które się podnoszą i opadają; zobaczyć prawdziwego piekarza, którego kukiełki same latają w powietrzu; inaczej bowiem nie możnaby zauważyć, w tem całem napięciu wewnętrznem, wywołanem przez napływ cywilizacji, nagłego wystąpienia krasnoludka, czy Wyrwidęba. Gdy runie obecny ciasny kierunek estetyzujący, wówczas dopiero farsa osiągnie uznanie i szacunek. Gdy ludzie przestaną malować mieszkania swe na szaro i zielono, dekorować je japońskiemi różami, wtedy nawet esteci wybudują domy w stylu pantominy, gdzie wszystkie klamki i kołatki będą od wewnątrz, domy z zapadającemi się schodami i z komicznemi obiadami, ukazującemi się nagle z wzgłębienia, jak „stoliczku nakryj się“. W każdym razie urządzenie trybu naszego życia według tego rodzaju sztuki będzie równie mądre, jak według którejkolwiek innej. Całe to pojmowanie farsy i pantominy może wydać się zgoła bezsensem, lecz, możliwe, iż właśnie jesteśmy pozbawieni sensu. Nic bowiem w epoce naszej nie zdarza się tak rzadko, jak wesołość. Nawet ludzie najbogatsi duchowo, gdy wypada im napisać rzecz komiczną, czynią to w błędnem założeniu, iż literatura humorystyczna należy do rzeczy płytkich. A przecież, powracając z przedstawienia „Snu nocy letniej“, czujemy tak samo podniosły nastrój, jak po „Królu Learze“. Wesołość bowiem rzeczy tych starsza jest niż ból, ich głupota zdrowsza niż mądrość, miłość silniejsza od śmierci. Dawni mistrze tej zdrowej niedorzeczności Arystofanes i Rabelais albo Szekspir mieli prawdopodobnie niejedno starcie z ascetami i rygorystami swego czasu, jakkolwiek czuli niewątpliwie respekt przed szanowną surowością obyczaju i askezą. Z jakiem jednak kolącem szyderstwem i niesłychanem naigrawaniem ścigaliby oni te estetyczne typy i kierunki, które widząc w niemoralności swój sztandar, nie znalazły w tem nawet zadowolenia własnego i będąc niedorzeczne, nie zdobyły się na zuchwalstwo włożenia czapki błazeńskiej bez dzwonka.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Obrona niedorzeczności, pokory, romansu brukowego i innych rzeczy wzgardzonych.
