Read here

Obrazki (Andersen, 1857)

Hans Christian Andersen · 1857 · Free in the US

19,359 words · about 1 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1857 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Obrazki_(Andersen,_1857)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Hans Christian Andersen
Language
Polish
Published
1857
Length
19,359 words · about 1 h 21 min
Sections
36 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (36)

Continue:

Front matter

OBRAZKI

ANDERSENA

H. F.

całość

OBRAZKI

ANDERSENA

H. F.

POZNAŃ.

NAKŁADEM I CZCIONKAMI LUDWIKA MERZBACHA

1857.

zecz godna podziwienia! Kiedy mną najgorętsze i najgłębsze miotają uczucia, zdaje mi się, że język mój i ręce skrępowane; nie umiem należycie oddać ani wypowiedzieć, co się we mnie dzieje, a przecież jestem malarzem, o czem mnie przekonują własne oczy i mówią wszyscy, którzy oglądają moje szkice i karty. Jestem sobie chudy pachołek, mieszkam w bardzo ciasnéj uliczce, ale na świetle mi nie zbywa, bo mieszkam wysoko, wysoko i mam widok na dachy. W pierwszych dniach po wprowadzeniu się mojem do miasta było mi ciasno i pusto; zamiast lasu i zielonych pagórków sterczały na moim widnokręgu tylko czarne kominy. Ani jednego nie miałem przyjaciela, nie pozdrowiła mnie ani jedna twarz znajoma. Pewnego wieczora stałem bardzo zasmucony w oknie; otworzyłem je i wyjrzałem. Ach jaka radość napełniła moje serce! Spostrzegłem twarz znajomą — ujrzałem okrągłe, uprzejme oblicze mego najlepszego przyjaciela ze stron rodzinnych, oblicze księżyca. Kochany, stary księżyc nic a nic się nie zmienił; zupełnie taki, jak wówczas, kiedy patrzył na mnie z wysoka przez gałęzie wierzb stojących nad bagnem. Przesłałem mu kilka pocałunków ręką z ust zdjętych a on zaświecił do mojéj komórki i przyobiecał zajrzeć do mnie co wieczór na kilka chwilek. Tego przyrzeczenia rzetelnie dotrzymuje, szkoda tylko, że tak krótko u mnie pobawia. Ile razy przyjdzie, opowiada mi to i owo, co widział w zeszłéj nocy, albo tego samego wieczora. Maluj tylko to, co ci opowiadam — mówił — odwiedziwszy mnie po raz pierwszy, a będziesz miał ładną książeczkę obrazków. I czyniłem to przez wiele wieczorów. Mógłbym ułożyć nowe w swoim rodzaju ale ta liczba byłaby pewnie za wielka. Tych, które tutaj podaję, nie ułożyłem według treści, lecz następują po sobie w takim porządku, w jakim je słyszałem. Wielki, genialny malarz, poeta lub muzyk może z nich zrobić coś więcéj, jeżeli ma ochotę. Co ja kreślę, to tylko pospiesznie na papier rzucone obrysy, a pomiędzy niemi moje własne myśli, bo nie każdego wieczora przychodził księżyc; często nas przedzielała chmurka jedna, czasem dwie.

PIERWSZY WIECZÓR.

Przeszłéj nocy — są słowa księżyca — płynąłem po przezroczystym powietrzu Indyów; przeglądałem się w Gangesie, a moje promienie usiłowały przedrzeć się przez gęste sploty sklepistych jak żółwiowa skorupa platanów. Wtem wybiegła z gęstwiny młoda Indyanka lekka jak gazela, piękna jak Ewa. Była to napowietrzna ale miła i wydatna istota, ta córka Indyów. Przez jéj delikatne ciałko widziałem myśli. Kolczate liany rozdzierały jéj sandały, lecz ona biegła żwawo daléj. Dzikie zwierzęta wracające od rzeki, w któréj gasiły pragnienie, przebiegały spłoszone, bo dziewczyna trzymała w ręku zapaloną lampę. Dostrzegłem świeżuchną krew w jéj delikatnych paluszkach, które zagiąwszy, trzymała jak daszek nad płomieniem lampy. Zbliżywszy się do rzeki, postawiła lampę na wodzie a ona płynęła; płomień migotał, jakby chciał zgasnąć, ale jednak płonął, a czarne oczy dziewczęcia błyszczące z poza jedwabnéj rzęsy powiek ścigały ją pełnym duszy wzrokiem. Wiedziała ona, że jeżeli lampa będzie się palić, dopóki ją okiem zajrzeć będzie mogła, to jéj kochanek jeszcze żyje; jeżeli zaś zgaśnie pierwéj — już go nie ma na ziemi. A lampa paliła się i błyskała płomieniem. Indyanka padła na kolana i modliła się; przy niéj leżał w trawie ślizgi wąż, lecz ona myślała o Bramie i swoim narzeczonym. Żyje! zawołała radośnie; żyje! powtórzyły góry — żyje!

DRUGI WIECZÓR.

Wczoraj — opowiadał księżyc — spojrzałem z góry w podwórko zamknięte na okół domami. Siedziała tam indyczka z jedenastu pisklętami; miluchna, mała dziewczynka pląsała do koła niéj; indyczka glukała i przestraszona rozpościerała skrzydła nad pisklętami. Wtem nadszedł ojciec dziewczynki i począł łajać, a ja się przesunąłem daléj, nie myśląc wcale o tem. Dzisiejszego wieczora, dopiero kilka minut temu, znowu zajrzałem w ten sam podwórek. Wszystko spoczywało w milczeniu, lecz wkrótce pokazała się mała dzieweczka; skradała się cichuteńko do kurnika, odsunęła zasówkę i wemknęła się do indyczki z pisklętami; te poczęły piszczeć głośno i trzepotać się, a mała goniła za niemi; widziałem to dobrze, bo zaglądałem przez otwór w murze. Gniewałem się na niedobre dziecko, dla tego ucieszyłem się, gdy nadszedł ojciec i jeszcze surowiéj począwszy łajać, uchwycił je za rączkę. Dziewczynka podniosła główkę, jéj modre oczki stały we łzach. Co tu robisz? zapytał ojciec. Ona odpowiedziała z płaczem: chciałam indyczkę pocałować i prosić ją za wczorajsze o przebaczenie, ale tobie nie śmiałam o tem powiedzieć! Ojciec pocałował miłe niewiniątko w czoło, a ja całowałem ją w oczki i usta.

TRZECI WIECZÓR.

W wązkiéj uliczce, tam za tym narożnikiem (tak jest wązka, że tylko przez chwilę spuszczać mogę moje promyczki po murze owego domu; ale widzę w téj chwilce dosyć, aby poznać świat, który się w tych murach porusza) spostrzegłem kobietę. Przed szesnastu laty była jeszcze dzieckiem; wówczas bawiła się na wsi w ogrodzie starego probostwa; opłotki z róż stare i już okwitłe krzewiły się po chodnikach a przestarzałe latorózgi sięgały aż pomiędzy gałęzie jabłonek; tylko gdzie niegdzie rozkwitała róża wprawdzie nie tak piękna, jaką ta królowa kwiatów zwykle bywa, ale miała kolor i zapach. Mała dziewczynka z probostwa zdawała się piękniejszą być różą. Siedziała na swoim stołeczku pod dziko rosnącym krzewem i pieściła laleczkę z wklęsłemi policzkami z papieru. W dziesięć lat późniéj znowu ją zobaczyłem na wspaniałej sali balowéj; była narzeczoną bogatego kupca. Cieszyłem się ich szczęściem i szukałem ich w ciche wieczory, ale nikt nie zważał na moje jasne oko i wzrok przenikliwy. Moja róża puściła równie dzikie latorózgi, jak rózgi w ogrodzie probostwa. I życie powszednie ma swoją tragedją; dzisiejszego wieczora wdziałem jej ostatni akt. — W wązkiéj uliczce leżała śmiertelnie chora na łożu, a zły gospodarz zdarł z niéj brutalsko kołdrę, jedyną jéj osłonę. Wstawaj! rzekł — twoje lica są odrażające; się — wystaraj się o pieniądze, albo cię wyrzucę na ulicę! Spiesz się, wstawaj! Śmierć osiadła w méj piersi! — odpowiedziała — ach pozwól mi spoczywać! A on podniósł ją przemocą, uróżował jéj policzki; wplótł róże w jéj włosy, posadził ją przy oknie, postawił obok zapaloną świecę i odszedł. Patrzyłem na nią, siedziała nieruchoma, jéj ręce opadły na łono. Wiatr zatrzasnął gwałtownie otwarte okno aż szyba z brzękiem wypadła, a ona siedziała jak przedtem nieporuszona; firanka obok niéj powiewała w płomieniach, lecz ona — już nie żyła. Przy otwartem oknie każe umarła o moralności — moja róża z proboszczeskiego ogrodu.

CZWARTY WIECZÓR.

Dzisiaj byłem na niemieckiej komedyi — mówił księżyc. Było to w małéj mieścinie; stajnię zamieniono w teatr; przegrody pozostały, wystrojono je na loże; wszystko drzewo oblepiono różnobarwnym papierem; u niskiego pułapu zawieszono mały, żelazny świecznik; żeby zaś mógł znikać jak w wielkich teatrach, kiedy zabrzęczy dyń, dyń — suflerskiego dzwonka, umieszczono nad nim sporą beczkę dnem do góry przewróconą. Zadzwoniono, a mały świecznik podskoczył z jakie pół łokcia w górę i zniknął w beczce; wtedy poznano, że się zaczęła komedya. Młody jakiś książe z małżonką, właśnie przejeżdżający przez miasteczko, był także na przedstawieniu, dla tego teatr był nabity. Tylko pod świecznikiem był mały krater — tam żywy duch nie usiadł, bo świece kapały kap — kap. Widziałem wszystko, bo wewnątrz było tak gorąco, że pootwierano wszystkie luki. Na dworze stali parobcy i dziewki i zaglądali przez otwory, chociaż policya siedząca w teatrze groziła kijem. Tuż obok orkiestry siedzieli młodzi księstwo w dwóch starych krzesłach z poręczami, w których zwykle się rozsiadał pan burmistrz z panią burmistrzową. Dzisiaj musieli oboje siedzieć na drewnianych ławach, jak inne pospolite obywatelstwo. — Teraz to widać, że co wyższe, to wyższe! zauważyła po cichu pewna dama. Całość nabrała przez ich obecność jeszcze świetniejszego pozoru; świecznik suwał się to na dół, to do góry, pospólstwo oberwało po palcach a ja, księżyc byłem aż do końca przedstawienia.

PIĄTY WIECZÓR.

Wczoraj, powiadał księżyc, patrzyłem na pełen ruchu Paryż; oko moje zajrzało do wnętrza Luwru. Sędziwa babinka w ubogiéj odzieży, należąca do niższych klas ludu szła za podrzędnym sługą do obszernéj, pustéj sali tronowéj; chciała ją wewnątrz zobaczyć, zobaczyć koniecznie. Poniosła nie jedną ofiarę, zdobywała się na wiele słów, nim ją tak daleko wpuszczono. Złożyła wychudłe ręce i oglądała wszystko z taką pobożnością, jak w kościele. — To tutaj było! mówiła — tutaj! i zbliżyła się do tronu, z którego zwieszał się kosztowny, złotemi frandzlami obramowany aksamit. Tam! zawołała — tam! i klęknąwszy, całowała purpurowy kobierzec — sądzę, że płakała. Ale to nie ten był aksamit, rzekł służący z uśmiechem.

Ale to jednak tutaj się działo — odpowiedziała staruszka — przecież zupełnie tak samo tutaj wyglądało. Tak i nie tak; rzekł służalec; okna były powybijane, drzwi powysadzane; po posadzce płynęła krew! — To ona może powiedzieć, że mój wnuk umarł na tronie Francyi. Umarł! — powtórzyła staruszka. Zdaje mi się, że więcéj nie mówili; wkrótce wyszli ze sali. Mrok zniknął, a moje promienie oświecały jeszcze raz jaśniéj drogie aksamity tronu Francyi. — Kto jest, myślisz, ta stara kobieta? Opowiem ci historyą. Działo się to w czasie rewolucyi lipcowéj, w wieczór po dniu najświetniejszego zwycięztwa, kiedy każda kamienica była fortecą, każde okno szańcem; — lud zdobywał Tuilerye. Nawet kobiety i dzieci znajdowały się pomiędzy walczącymi, którzy się wdarli do sal i pokojów pałacu. Biedny chłopiec wyrostek w łachmanach walczył mężnie obok starych wojowników; skłuty na śmierć bagnetami, upadł; działo się to w sali tronowéj. Zlanego krwią położono na tronie Francyi, rany jego obwijano aksamitem, jego krew ciekła strugami po królewskich purpurach. Przedziwny to był obraz! Wspaniała sala i walczące tłumy! Złamana chorągiew leżała na posadzce, trójkolorowa wstęga powiewała nad bagnetami, a na tronie siedział biedny chłopiec z wybladłą, rozjaśnioną twarzą, z okiem do nieba wzniesionem, podczas gdy jego członki drgały w walce ze śmiercią; jego piersi były odsłonione, jego nędzna odzież zakryta poczęści drogim w śrebrne lilje haftowanym aksamitem! Chłopcu temu wróżono jeszcze w kołysce: umrze na tronie Francyi! Serce matczyne marzyło o drugim Napoleonie. Moje promyczki nieśmiertelki na jego grobie; dzisiejszéj zaś nocy igrały na czole sędziwéj babuni, właśnie gdy widziała we śnie obraz, który tutaj możesz narysować:

SZÓSTY WIECZÓR.

Byłem w Upsali, mówił księżyc. Spoglądałem na rozległą płaszczyznę porosłą lichą trawą, a porozdzielaną na nieurodzajne pola. Przeglądałem się w rzece Fyriz, gdy łódź parowa rozpłaszała ryby w trzcinę. Podemną przeganiały się obłoki i rzucały długie cienie na tak zwane groby Odina, Tora i Freji. Na suchéj darni okrywającéj te pagórki, są powykrawane imiona. Nie ma tu żadnego kamiennego pomnika, na którymby wędrowiec mógł wyryć swoje nazwisko; dla tego rozkopuje darnię. Goła ziemia przeziera z głosek i nazwisk, które jak sieć okrywają te wielkie pagórki. Jest to nieśmiertelność, którą nowa darń wkrótce pokryje! Na szczycie pagórka stał mąż, poeta; wychylał miód z rogu oprawionego w śrebro i szeptał jakieś imię; prosił wiatrów, aby go nie roznosiły, ale ja posłyszałem to imię. Znałem je; hrabiowska korona nad niem błyszczała i dla tego on nie wymienił go głośno. Ja się uśmiechnąłem; wszakże jego samego zdobi wieniec poetycki, wszakże szlachectwo Eleonory d’Este złączone z nazwiskiem Tassa! Wiem nawet, gdzie kwitnie ta piękna róża! Tak gwarzył księżyc, w tém wsunęła się pomiędzy nas chmurka. Oby żadna nie rozdzieliła poety z jego różą!

SIÓDMY WIECZÓR.

Wzdłuż wybrzeża rozciąga się bór sosen i buków jędrny i wonny; gromadnie nawiedzają go wiosną słowiki. Tuż obok niego morze, wiecznie mieniące się morze, a pomiędzy obiema bieży szeroka droga. Wóz za wozem po niéj się toczy; nie patrzyłem za niemi; oko moje wpatruje się z upodobaniem w jedno tylko miejsce. Tam się wznosi grób Hunnów; gałązki jeżyn i tarniny wyrastają z pomiędzy kamieni; tu jest poezya w naturze. Jak, myślisz, pojmują ją ludzie? Opowiem ci, co tam słyszałem wczorajszego wieczora i w nocy. Najprzód nadjechali dwaj bogaci właściciele ziemscy. To wspaniałe drzewa! mówił jeden. — Każde z pewnością wyda dziesięć wozów drzewa opałowego, dodał drugi. Zima będzie ostra; w zeszłym roku płacono sążeń po 14 talarów i oddalili się. — Niegodziwa tu tędy droga, mówił inny przejeżdżający. Winne temu te przeklęte drzewa — odpowiedział jego sąsiad; niema wcale przewiewu; wiatr wieje tylko od morza i poruszali daléj. Przejeżdżał także wóz pocztowy; wszyscy podróżni spali, mijając to piękne miejsce; pocztylion grał na trąbce i myślił sobie: pięknie trąbię! tutaj bardzo ładnie się rozlega — czy téż to tym panom w powozie się podoba? I przejechał wóz pocztowy. Potém nadjechali dwaj młodzieńcy konno. We krwi ich młodość i szampan — pomyślałem sobie; oni spojrzeli z uśmiechem na mchem porosły pagórek i gęstą krzewinę; tutaj chciałbym używać przechadzki z młynarską Krystyną! rzekł jeden z nich — i zniknęli. Kwiaty wyziewały woń odurzającą; nawet lekki wiatrek usnął; zdawało się, że morze jest częścią niebios rozpostartych nad tą głęboką doliną. Przejechał wóz; siedziało na nim sześć osób; czteréj spali, piąty myślił o swoim nowym surducie latowym, że mu w nim musi być bardzo do twarzy; szósty zwrócił się do woźnicy i zapytał, czy ta sterta kamieni ma jakie ważne znaczenie. Nie! odpowiedział woźnica; to tylko sterta kamieni, ale to drzewa wiele znaczą. A to dla czego? Opowiem panu. Otóż, kiedy zimą śnieg leży bardzo wysoko, a wszystko pozawiewane, że żadnéj drogi nie widać, te drzewa drogę mi wskazują — podług nich się miarkuję, ażeby nie wjechać w morze; widzisz pan, otóż to dla tego są bardzo ważne! Wtem nadszedł malarz; oczy jego błyszczały; nie mówił ani słowa, tylko gwizdał; słowiki śpiewały, jeden drugiego przegłaszając. Milczcie! zawołał, a potem zapisywał szczegółowo każdą barwę i ich odcienia i przejścia. Niebieska, liljowa, ciemno-żółta! Może z tego być piękny obrazek. Zdejmował wszystko tak, jak zdejmuje obrazy zwierciadło, a przytem gwizdał marsza z Rossiniego. Nareszcie ukazała się biedna dziewczyna; spoczęła na grobie Hunnów i złożyła brzemię, które niosła; piękną, bladą twarz zwróciła ciekawie ku borowi; jéj oczy połyskały, wodziła wzrok po morzu i po niebiosach, złożyła rączki, domyślam się, że mówiła: Ona sama nie pojmowała tego uczucia, które ją opanowało, które ją wzruszyło; ale jestem przekonany, że otaczająca ją w owej chwili przyroda odżyje w jéj wspomnieniach po upływie lat wielu, nawet piękniejszą i wierniejszą niż ta, którą ów malarz oddał farbami na papierze. Moje promienie ścigały ją tak długo, dopóki jutrzenka nie pocałowała jéj czoła.

ÓSMY WIECZÓR.

Niebo okrywały gęste chmury, księżyc wcale się nie pokazał, stałem jeszcze bardziéj osamotniony w mojéj izdebce i poglądałem w stronę, w której się powinien był ukazać. Myśli moje rozpierzchły się daleko, aż do mego serdecznego przyjaciela, który mi co wieczór tak piękne opowiadał historye i pokazywał obrazki. O wieleż on to różnych oglądał rzeczy! On krążył ponad wodami potopu i uśmiechał się tak samo do arki Noego jak do mnie i przynosił pociechę i wieść o nowym świecie, który miał zakwitnąć. Kiedy lud izraelski stał płaczący nad babilońską rzeką, on poglądał żałośnie ku wierzbom, na których wisiały harfy. Kiedy Romeo wdarł się na balkon i pocałunek poświęcony miłości jak Cherubin uleciał ku niebu, widział to okrąglutki księżyc w przezroczystém powietrzu, zakryty do połowy ciemnemi cyprysami. On widział bohatera na wyspie Ś. Heleny, gdy ten, stojąc na nagiéj skale, wzrok posyłał za morze, podczas gdy wielkie myśli pierś jego rozpierały. O ileżby ten księżyc mógł nam opowiedzieć! Życie świata jest dla niego powiastką. Dzisiaj cię nie zobaczę, miły przyjacielu! Dzisiaj nie mogę narysować żadnego obrazka na pamiątkę twoich odwiedzin! Kiedy, tak marząc, patrzyłem w obłoki, rozjaśniło się; był to promień księżyca, lecz wnet znowu się schował; gęste chmury przesuwały się — było to jednak pozdrowienie, uprzejme pozdrowienie wieczorne, które księżyc mi zesłał.

DZIEWIĄTY WIECZÓR.

Znowu nastała pogoda; upłynęło kilka wieczorów; księżyc był w pierwszej kwadrze. Podał mi znowu myśl do szkicu: posłuchaj, co mi opowiadał. Patrzyłem za ptakiem podbiegunowym i pływającym wielorybem, ku brzegom wschodnim Grenlandyi. Nieurodzajne, lodem pokryte skały i chmury otaczają tam jednę dolinę, którą gęsto zarastały karłowate krzaczki wierzb i borówek. Wonna firletka (smółka) wyziewała miły zapach, światło moje było niejasne, twarz moja tak blada, jak biały grzybień zerwany z łodygi i już od paru tygodni pływający po wodzie. Zorza północna paliła się szerokim pasem, z którego strzelały po całem niebie promyki jak drgające słupy ognia i mieniły się w barwę zieloną i purpurową. Poblizcy mieszkańce zgromadzili się na pląsy i zabawy, ale oswojeni z tem przepysznem zjawiskiem, zaledwie na nie spojrzeli. Niechaj dusze zmarłych grają sobie w piłki ze łbów koni morskich! myśleli sobie, stósownie do wiary, jaką mieli o tem, i zwrócili wszystkie zmysły do śpiewu i tańca. W środku koła stał grenlandczyk bez futra, z bębenkiem i zawiódł piosnkę o łowach na psy morskie a chór odpowiadał: eja! eja! a! — i skakali w białych futrach do koła; wyglądało to na bal białych niedźwiedzi. Oczyma i głowami na wszystkie strony. Potem rozpoczęły się sądy i głoszono wyroki. Wszyscy którzy byli ze sobą w niezgodzie, wystąpili; obrażony improwizował występki i błędy swego przeciwnika zuchwale i z szyderstwem a wszystko to odbywało się wśród tańca podług bębenka; oskarżony odpowiadał również dowcipkując, a zgromadzenie śmiało się i ogłaszało wyroki. Skały się trzęsły, góry lodowe pękały a wielkie spadające bryły lecąc na dół, roztrzaskiwały się w kawałeczki; była to grenlandska noc, prześliczna noc letnia. O sto kroków od tańcujących leżał w otwartym namiocie ze skór jakiś chory; jeszcze było życie we krwi po jego żyłach krążącéj, a jednak musiał umierać, bo sam miał o tem przekonanie i wszyscy, którzy go otaczali. Dla tego zaszywała go żona zawczasu w torbę ze skór, aby potem nie potrzebowała dotykać się umarłego. I pytała: czy chcesz być pogrzebionym na skale w twardym śniegu? Ozdobię to miejsce twoim kajakiem i twojemi strzałami; Angekokk może sobie nad niemi tańczyć. Albo może wolisz być utopionym w morzu? W morzu! poszepnął chory i kiwnął głową z bolesnym uśmiechem. To bardzo przyjemny na lato namiot! rzekła żona; tam się tysiącami będą uwijały psy morskie; tam koń morski będzie spał przy twoich nogach, a łowy są bez niebezpieczeństw i ucieszne bardzo! A dzieci wyjąc, zdarły skórę rozpiętą na otworze okna, aby umarły mógł być wyniesiony do morza, do rozbałwanionego morza, które mu za życia dostarczało żywności, a teraz zmarłemu daje spoczynek. Pływające, a jak dzień i noc zmieniające się góry lodowe są jego nagrobkiem. Pies morski zasypia na krze a mewa nad nią przelatuje.

DZIESIĄTY WIECZÓR.

Znałem starą pannę, opowiadał księżyc, nosiła co zimę płaszczyk z żółtego atłasu; wyglądał zawsze jak nowy; była to jedyna u niéj moda. Co lato nosiła zawsze ten sam kapelusz i jak mi się zdaje, zawsze jednę i tę samą szarą suknię Chodziła tylko przez ulicę, do staréj przyjaciółki w odwiedziny; w ostatnich latach i tego zaprzestała, bo ta przyjaciółka umarła. W osamotnieniu zawsze moja stara panna siadywała przy oknie zajęta robotą, na którem przez całe lato stały piękne kwiaty, a zimą ładna rzeżucha posiana na pilśniowym kapeluszu. W przeszłym miesiącu nie widziałem jéj wcale przy oknie, ale widziałem, że jeszcze żyła, bo nie spotkałem jej w owéj dalekiéj podróży, o któréj często rozmawiała z przyjaciółką. Tak! mawiała wtedy, gdy umrę, będę zmuszona odbyć podróż wiele dalszą niż za życia; sześć mil tu ztąd znajduje się nasz grób rodzinny, do niego mnie zawiozą; tam spocznę obok moich krewnych. Wczoraj wieczorem stanął wóz przed domem, wyniesiono trumnę, dowiedziałem się, że umarła. Trumnę obłożono słomą i ruszono w drogę. Spała w trumnie spokojnie stara panna, która w ostatnim roku na krok z domu nie wyszła. Wóz wytoczył się za bramę z pośpiechem, jakby na przejażdżkę. Po bitym gościńcu ruszał jeszcze żwawiéj. Woźnica oglądał się czasem myślę, że się obawiał ujrzeć ją siedzącą w żółtéj atłasowéj jupce na trumnie. Zacinał więc konie bez litości, a trzymał lejce tak krótko, że aż się konie spieniły. Były młode i dzielne; zając przebiegł w przecz drogi, one się rozbrykały. Stara, spokojna panna, która rok w rok wolnym krokiem chodziła po domu, pędziła bitym traktem kamień nie kamień, dół nie dół — jako umarła. Trumna słomą poobścielana spadła i została na drodze, a konie uniosły woźnicę szalonym pędem het, het. Skowronek śpiewając, wzbijał się pod obłoki, śpiewał pieśń poranną nad trumną, spuścił się na nie i skubał słomiankę, która ją okrywała, jakby ją chciał zedrzeć. Potem znów się zerwał i wzlatał ku niebu, a ja skryłem się za różowe obłoczki poranku.

JEDENASTY WIECZÓR.

Wyprawiano wesele; mówił księżyc — śpiewano piosnki, spełniano zdrowia, wszystko było sute a wytworne; goście się porozchodzili, północ już była minęła; matki ucałowały nowożeńca i pannę młodą; obaczyłem ją samę, lecz kotara była jeszcze zasuniona, lampa oświecała tajemniczy pokój. Chwała Bogu, że sobie już poszli! mówił i całował ją w rączki i usta; ona się uśmiechała wśród łez, sparła się na jego piersi drząca jak kwiat lotosu na bieżącéj wodzie. I gadali sobie słodkie, jedwabne słówka: spoczywaj jak najmiléj! mówił on, a ona rozsunęła kotarę. Jak ślicznie świeci księżyc, rzekła — tak łagodnie! tak jasno! i zgasiła lampę. Ciemno się zrobiło w tajemniczym pokoiku, a jednak świeciły moje promienie tak jasno, jak jego oczy. O czułości kobieca, pocałuj harfę wieszcza, gdy opiewa tajemnice życia!

DWUNASTY WIECZÓR.

Dam ci obrazek z Pompeji, rzekł księżyc. Byłem na przedmieściu, w tak zwanej ulicy grobów, gdzie najpiękniejsze stoją pomniki, gdzie przed wieki rozkoszujący młodzieńce w wieńcach różanych pląsali z najpiękniejszemi siostrami Laisy. Dzisiaj panuje tutaj cisza grobowa; niemcy w służbie neapolitańskiéj stali na straży, grali w karty i kości; gromada cudzoziemców z po za gór weszła do miasta wiedziona przez jednego z wartowników. Chcieli przy jasnem świetle mojem obejrzeć miasto z grobu dobyte, a ja wskazałem im ślady kół na ulicach wyłożonych dużemi kawałami lawy; pokazałem im nazwisko na drzwiach i porozwieszane godła. Widzieli w małych dziedzińcach wanny wodotrysków ozdobione muszlami, ale woda nie tryskała ani promyczkiem, nie odezwał się nikt piosenką w bogato malowanych komnatach, gdzie pies śpiżowy leżał przy drzwiach na straży. Było to miasto umarłych; tylko Wezuwiusz grzmiał odwieczne hymny, których każdą wrotkę nazwali ludzie wybuchem. Poszliśmy do świątyni Wenery, zbudowanéj z białego marmuru; jéj wielki ołtarz przy szerokich wschodach, a pomiędzy filarami nowo wyrosłe wierzby płaczące. Powietrze było przezroczyste i niebieskie, tło tworzył czarny Wezuwiusz, z którego wybłyskał płomień jak pień pinii. Nad nim zawisł w nocnej ciszy kłęb dymu jak korona pinii, ale oblany krwawo czerwonem światłem. W gronie podróżnych znajdowała się śpiewaczka, prawdziwa i sławna śpiewaczka; byłem świadkiem poklasków oddawanych jéj po stolicach Europy. Gdy weszli do teatru tragedycznego, zasiedli wszyscy kamienne ławy amfiteatru, zapełniła się znowu mniejsza jego cząstka, jak przed wieki. Scena stała jeszcze nie zmieniona z murowanemi kulisami i dwoma łukami wgłębi; po za niemi widać te same, co niegdyś, dekoracye, tę samą okolicę — góry pomiędzy Sorento i Amalfi. Śpiewaczka weszła żartami na scenę starożytnego świata i zaśpiewała. To miejsce zbudziło w jéj duszy natchnienie. Przyszedł mi na myśl dziki koń arabski, kiedy parskając rozwartemi nozdrzami i wstrząsając grzywą, pędzi rozhukany — taka była lekkość i taka pewność jéj głosu. Potem wspomniałem matkę boleśną z pod krzyża Golgoty, tak głęboką znowu przejmował boleścią. I na okół zagrzmiały oklaski i okrzyki jak przed lat tysiącem. Szczęśliwa! Bóg ją hojnie obdarzył! wołali wszyscy. W pięć minut potem stała scena pustkami; wszyscy poszli, nie rozległ się głos żaden, towarzystwo podróżne znikło, ale ruiny pozostały niezmienione i stać będą jeszcze wieki, a nikt wtedy nie będzie nic wiedział o oklaskach téj chwili, ani o pięknéj śpiewaczce — o jéj głosie i uśmiechu. Wszystko poszło w zapomnienie i przeszło; nawet mnie uleci ta godzina z pamięci.

TRZYNASTY WIECZÓR.

Zajrzałem w okno pewnego redaktora — mówił księżyc; było to gdzieś w Niemczech; obaczyłem piękne sprzęty, dużo książek i stosy gazet. Znajdowało się u niego kilku młodych mężczyzn a redaktor stał przy pulpicie, miał napisać o dwóch nowo wyszłych książkach. Jednę mi nadesłano, mówił, jeszcze jéj nie czytałem, ale wydanie ozdobne; co pan sądzisz o treści? Ej, rzecze jeden z przytomnych, sam poeta: ładna, ale treść rozmazana, bo też to młody autor; wiersz powinienby być lepszy. Myśli jędrne, ale pomiędzy niemi wiele bardzo płaskich! Ale cóż pisać? nic zawsze można nowe rzeczy wynajdywać. Możesz go pan pochwalić! Według mego zdania nie będzie on nigdy wielkim poetą, ale jest oczytany, znakomity orientalista, sądzi zdrowo o rzeczach. To ten sam, który napisał był piękną recenzją na moje dziełko: — trzeba dla tego młodzieńca być wyrozumiałym. Ależ on doprawdy jedzie na szkapie! odezwał się inny z obecnych panów. Nic okropniejszego w poezyi, jak mierność a nad nię nigdy się nie wzniesie. Biedak! rzekł trzeci, a jego ciotka tak nim uszczęśliwiona! To ta sama, panie redaktorze, co zebrała tylu subskrybentów na twoje ostatnie tłomaczenie. To bardzo dobra kobieta! No! już napisałem o téj książce króciuteńko tak: talent niezaprzeczony! Miła niespodzianka! kwiatek z ogrodu poezyi; wydanie ozdobne i t. d. Ale co powiedzieć o téj drugiéj? Autor zapewne chce, żebym ją kupił, kiedy nie nadsyła. Słyszałem, że go chwalą. Prawda, że genialny? Co pan myślisz? Ha! Tak powszechnie sądzą, odpowiedział poeta, ale to jakaś dziczyzna! Szczególniéj interpunkcja genialna! Trzeba go dla jego własnego dobra trochę zbesztać i umartwić, żeby nie nabrał zbyt wysokiego rozumienia o sobie. Ale to byłoby nie słusznie, rzecze czwarty — nie będziemy się przecież znęcać nad drobnemi usterkami, ale wynosić to, co dobre; bo z tego nicby sobie nie robił. — To nie prawda! Jeżeli w saméj rzeczy jest genialny, to nie strawi téj gorzkiéj pigułki. Ma on dużo wielbicieli, nie zawracajmy mu więc głowy do reszty! Redaktor napisał: talent niezaprzeczony! zwykłe niedbalstwo; że czasem wiersz mu się nie uda, świadczy o tem stronnica 25, gdzie się znalazły aż dwa hiaty. Zalecamy autorowi wczytywanie się w dzieła klasyczne i t. p. Oddaliłem się, rzekł księżyc, i zajrzałem w okna ciocinego domu; tam rozsiadł się uwielbiony poeta, bardzo łaskawy; wszyscy goście składali mu powinszowania a on był szczęśliwy. Znalazłem i drugiego, owego dzikiego poetę; i on znajdował się w licznem towarzystwie u swego protektora, gdzie właśnie rozbierano poezye obłaskawionego poety. Będę czytał i pańskie — mówił protektor, ale otwarcie mówiąc — a pan wiesz, że się przed nim nie taję z mojem zdaniem — nie wielkie panu rokuję powodzenie; jesteś za nadto dziki, nadto fantastyczny. Ale to trzeba panu przyznać, że jako człowiek godzien jesteś szacunku! — Młoda dziewczyna siedziała w kąciku salonu i czytała właśnie z jakiejś książki:

CZTERNASTY WIECZÓR.

Księżyc opowiadał: w lesie stoją przy drodze dwie chaty wieśniacze; drzwi ich nizkie; okienka to wysoko, to przy saméj ziemi; dokoła rosną głogi i berberysy; dach pokryty mchem, żółtemi kwiatkami i dziką sałatką; jarmuż i kartofle są jedynemi warzywami w ogródku, ale na miedzy stoi kwitnący bez; pod nim siedziała dziewczynka i wlepiła ciemne oczęta w sędziwy dąb stojący między chatami. Pień jego stary i kruchy, wierzchołek zerznięty, na nim miał bocian gniazdo; stał właśnie w niem i klekotał. Wtem przybiegł chłopaczek i stanął obok dziewczynki; był to jéj brat. — Na co tak patrzysz? zapytał. Patrzę na bociana! odpowiedziała — słyszałam od naszéj sąsiadki, że on nam dzisiaj przyniesie małego braciszka, lub małą siostrzyczkę; uważajże, kiedy się to stanie! — Bocian nic nie przyniesie, rzekł chłopiec — zaręczam ci; sąsiadka i mnie, o tem powiadała, ale ze śmiechem, dla tego pytałem jéj, czy może powiedzieć Tego nie mogła powiedzieć, przekonałem się więc, że ta historya o bocianach zmyślona i że sobie z nas dzieci tylko żartują. Ale skądżeby się brały małe dzieciątka? pytała dziewczynka. — Przynosi je pan Bóg pod płaszczem — odpowiedział chłopiec, ale że pana Boga nikt nie może widzieć, dla tego nie widzimy, kiedy je niesie! W téj chwili zaszeleściło coś w gałęziach boru; dzieci złożyły rączki i patrzyły na siebie: pewno to był pan Bóg niosący dzieciątko — i wzięły się za ręce. Wtem otworzyły się drzwi chaty; stanęła w progu i rzekła: pójdźcie do chaty! Patrzcie, bocian przyniósł wam małego braciszka. A dzieci kiwnęły główkami, bo się przekonały naocznie, że braciszek przybył.

PIĘTNASTY WIECZÓR.

Przesuwałem się ponad luneburgską puszczę, mówił księżyc; przy drodze stała samotna chata, przy niéj rosło kilka jakichś krzaczków, a zbłąkany słowik śpiewał. W nocy musiał umierać z zimna, był to śpiew pożegnalny. Zabłysła zorza poranna; spostrzegłem całą karawanę wynoszących się w świat rodzin wiejskich, ciągnących ku Hamburgowi, chcących się okrętem dostać do Ameryki, gdzie im miało zakwitnąć szczęście, o jakiem marzyli. Matki niosły na plecach małe dziatki, starsze derdały za niemi; wychudły szkapa ciągnął wózek z kilku gratkami. Wietrzysko było zimne, dla tego młodsza dziewczynka tuliła się do matki, która poglądając na moją zmniejszającą się tarcz, myśliła o swojéj nędzy w domu i o ciężkich podatkach, których zapłacić nie była w stanie. Podobnie myślała cała karawana. Różana zorza przyświecała im jako wysłanniczka słońca tego szczęścia, które im miało zabłysnąć; słyszeli piosnkę umierającego słowika, nie był on fałszywym prorokiem, ale wróżbitą przyszłego szczęścia. Wiatr huczał, dla tego nie zrozumieli jego piosenki: jedzcie bezpieczni za morze! Wszak już całą chudobę swoją oddaliście, na opłatę dalekiéj przeprawy; ubodzy i pozbawieni pomocy wstąpić macie na ziemię obiecaną. Musicie siebie, żony i dzieci wasze zaprzedać. Ale nędza wasza nie będzie długo trwała. Po za szerokiem, wonnem liściem czyha bogini śmierci; jéj powitalny pocałunek wzionie w krew wasza zabójczą febrę. Płyńcie! płyńcie po szumiących bałwanach morskich! A karawana słuchała piosnki słowiczéj z uczuciem radości, bo jéj zapowiadała szczęście. Dzień wyłonił się z obłoków; wieśniacy szli przez puszczę do kościoła; kobiety w czarnych sukniach, w białem ubraniu na głowie wynurzały się z pośród drzew, jak duchy ze starych kościelnych obrazów. Naokół rozlegała się martwa płaszczyzna, naokół powiędłe, brunatne wrzosy, czarne, spalone równiny pomiędzy bielejącemi pagórkami piasku. Kobiety niosły książki do modlitwy i szły do kościoła. O módlcie się! módlcie za tymi, którzy idą do grobu za burzliwe morze!

SZESNASTY WIECZÓR.

Znam poliszynela — mówił księżyc — publiczność cieszy się bardzo, ile kroć go widzi; każde jego poruszenie komiczne; każde pobudza cały teatr do głośnego śmiechu, a jednak żadno nie wymuszone, ale jak najnaturalniejsze. Gdy będąc jeszcze małym, z dziećmi się bawił, już był poliszynelem; już go na to natura przeznaczyła, dawszy garb na piersiach i na plecach, lecz jego część wewnętrzną, duchową hojnie wyposażyła. Nikt go nie przewyższał ani głębokością uczucia, ani sprężystością ducha. Teatr był światem jego ideałów. Gdyby był miał postać wysmukłą, byłby pewno został pierwszym tragikiem każdej sceny. Heroizm, wielkość napełnia jego duszę a jednak musiał zostać poliszynelem. Sama nawet boleść i melancholja pomnażały komiczną martwość jego twarzy oznaczonéj ostremi rysami i wzbudzały śmiech w licznie zgromadzonej publiczności, obsypującej swego ulubieńca oklaskami. Miła Kolumbina była wprawdzie dla niego uprzejma i dobra, ale jednak wołała pójść za harlekina; byłoby to bowiem zanadto śmiesznie, gdyby się piękność na prawdę połączyła była z brzydotą. Kiedy poliszynel w najgorszem był usposobieniu, ona jedna zdołała pobudzić go do uśmiechu, nawet rozśmieszyć serdecznie; z razu była wespół z nim melancholiczną, potem nieco spokojniejszą, ale w końcu bardzo wesołą. Wiem dobrze, co pana dręczy — oto miłość! a on musiał się śmiać. Ja, a miłość! wołał — śmiesznieby to wyglądało! Dopieroby to klaskali widzowie! Z pewnością miłość — mówiła ona i dodała z komiczną powagą: a przedmiotem téj miłości jestem ja. Można takie rzeczy gadać, kiedy się wie, że z niéj nic nie będzie. — Poliszynel podskoczył wysoko i śmiał się a melancholia poszła w zapomnienie. Ona w saméj rzeczy powiedziała prawdę; on ją kochał, kochał z takim zapałem, jak wielkość i wzniosłość w sztuce. Na jej weselu on był najweselszym a w nocy płakał; gdyby publiczność widziała była jego wykrzywioną twarz, byłaby go obsypała oklaskami. W tych dniach umarła Kolumbina; w dzień pogrzebowy nie wymagano od harlekina aby wystąpił na scenę, bo został smutnym wdowcem. Dyrektor musiał się postarać o jak najucieszniejszą sztukę, aby publiczność nie uczuła straty ulubionéj Kolumbiny i skocznego harlekina; dla tego musiał poliszynel podwoić pustotę; skakał i tańczył z rozpaczą w sercu, oklaski grzmiały i krzyczano: Wywołano poliszynela — był nieporównany. Wczorajszéj nocy wyszedł sam jeden po za miasto na cmentarz. Wianek na grobie Kolumbiny już był uwiędły; on usiadł na grobowcu, wsparł głowę na dłoni a oczy zwrócił ku mnie; godzien był odmalowania; wyglądał jak nagrobek — poliszynel na grobie, to widok nie zwyczajny, komiczny. Gdyby publiczność była widziała swego ulubieńca, byłaby mu pewno poklasnęła:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…