Read here

O poezyi włoskiéj w średnich wiekach jako źródle do Boskiéj Komedyi Danta

Antoine-Frédéric Ozanam · 1857 · Free in the US

29,792 words · about 2 h 5 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1857 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=O_poezyi_włoskiéj_w_średnich_wiekach_jako_źródle_do_Boskiéj_Komedyi_Danta&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Antoine-Frédéric Ozanam
Language
Polish
Published
1857
Length
29,792 words · about 2 h 5 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)

Continue:

Front matter

O POEZYI WŁOSKIÉJ W ŚREDNICH WIEKACH

JAKO ŹRÓDLE DO

BOSKIÉJ KOMEDYI DANTA.

I. O poezyi ludowéj we Włoszech w XIII wieku

Zanim rozpoczniemy badania nasze nad szkołą świętego Franciszka, należy wprzód naznaczyć jéj właściwe miejsce w poezyi włoskiéj. Trzeba rozpoznać główny charakter téj poezyi, dojrzeć jak zwolna przebija przez pomrok starożytnych wieków, jak późniéj natchniona duchem św. Franciszka i jego uczniów, wpływa na szkoły mniéj religijne i głębokie zapuszcza korzenie w czasach mniejszéj łatwowierności. Ale charakter geniuszu włoskiego cechuje się tém, że wykształcając się naukowo, pozostał czysto ludowym (popularnym), że po wszystkie czasy panowania literatury włoskiéj, widzimy nieza- tarte źródło poezyi ludowéj, w któréj czerpie poezya uczona, a po okwitnieniu powraca do niéj znowu i zasila ją szczątkami swemi. Należy więc koniecznie zgruntować to źródło i wyśledzić przyczynę jego nadzwyczajnéj obfitości. Nowy lud włoski odradza się w katakumbach. Tam zstąpiwszy, znajdziemy zarody tego wszystkiego, co w przyszłości tak świetnie wybujać miało: widzimy tam lud, w późniejszém znaczeniu tego słowa, tojest niewiasty, dzieci, słabych i małych, któremi gardzili starożytni dziejopisowie, o których nie raczyli nawet wspominać; widzimy tam lud nowy, zbiór niewolników i wolnych, cudzoziemców i barbarzyńców, ożywionych duchem innym od ducha starożytności. Społeczeństwo to ma już myśl własną, którą wyrazić usiłuje; ale myśl ta zanadto jest obfita, zanadto niespokojna i nowa; słowo wystarczyć jéj nie może: potrzeba współudziału wszystkich sztuk na jéj wyrażenie. W owym pierwotnym stanie, poezya nie dosyć jest wydatną i określoną, nie przywdziała jeszcze właściwéj sobie szaty. Ale za to rozlana jest wszędzie: w architekturze, w malarstwie, w rzeźbie, w napisach; wszędzie bowiem panuje symbol, przenośnia, wszędzie widzimy usiłowanie, aby uwydatnić myśl w obrazie, aby ideał odbić w rzeczywistości. Wyobraźmy sobie katakumby, jakby długie galerye, ciagnące się podziemną siecią pod przedmieściami i okolicami Rzymu. Nietrzeba ich mieszać z wielkiemi pieczarami, z których wydobywano płyty marmuru na zbudowanie pogańskiéj Romy. Chrześcianie sami wykuli ciasne korytarze katakumb, aby w nich spełniać tajemnicze obrzędy swéj wiary, a po śmierci złożyć głowę na wiekuisty spoczynek. Te podziemne labirynty liczą niekiedy po trzy i cztery piętra; a ciągną się na ośmdziesiąt i więcéj stóp w ziemię: miejscami jeden ledwie człowiek i to z pochyloną głową, zdoła się przez nie przecisnąć i po prawéj i lewéj stronie widać otwory wykute w murze kilkoma rzędami, zarzucone wapnem, kędy spoczywają ciała zmarłych. Te podziemne galerye rozchodzą się w różnych kierunkach, znać dla zmylenia pogoni srogich prześladowców. Dotąd widzimy dzieło konieczności i trwogi, silnie przemawiające o sobie: żaden pomnik dokonany ręką człowieka nie daje większej nauki. Przebiegając stopą owe tajemne drogi, wieczną otoczone ciemnością, uczono się odrywać duchem od zmysłowego świata, od dzien- nego nawet blasku, przez który wszystko staje się widzialném. Cmentarz okrążał całą przestrzeń, jak wieczność okrąża czasy, a ołtarze i oratorya wykute tu i owdzie ku spełnieniu świętych tajemnic, oświecone z góry światłem dzienném, były jakoby przystanie zwiastujące nieśmiertelność, na pociechę dusz zanurzonych w pomroku ziemskiego żywota. Te oratorya pokryte są obrazami grubego niekiedy pędzla, znać niewprawną kreślonemi ręką: malowali je naprędce nieświadomi prostaczkowie, przy słabym połysku lampy, przestraszeni trwogą, w oczekiwaniu nieochybnéj śmierci. Często jednak wpośród innych zdarzy się dostrzedz obraz, którego śmiałe zarysy przypominają doskonałość starożytnéj Co więcéj w wielu z nich przebija już nowy żywioł, który miał niebawem nową siłą natchnąć sztukę, wskrzesić ją i przerodzić. Owe posągi kute z kamienia, klęczące w kornéj postawie z wyciągniętemi w górę rękoma, z oczyma wlepionemi w niebo, tchną całe żywą wiarą męczenników. Nowy żywioł chrześciańskiéj wiary odbija w duchu dokonanych dzieł, w wyborze przedmiotów, w żarliwém natchnieniu, jakie znać wiodło dłutem i pędzlem artysty. Myliłby się, ktoby mniemał, że w odludnych tych miejscach, ujrzy tylko obraz prześladowanego, ściganego społeczeństwa: przeciwnie, wchodząc pod sklepienie, widzimy podwójny wizerunek dobrego pasterza, dźwigającego na barkach tu owce, tam kozła, na znak, że gotów strzedz zarówno niewinności i pokuty. Daléj w czterech oddziałach, odznaczonych wieńcami z kwiatów i owoców, widać obrazy ze Starego i Nowego zakonu mieszczone po dwa obok siebie w sposób, że przedstawiają zarazem figurę i rzeczywistość, proroctwo i historyą. Jest tam Noe w arce, Mojżesz dobywający wodę ze skały, Job na śmiecisku, cud w Galilejskiéj Kanie, rozmnożenie chleba, Łazarz wskrze- szony z grobu; jest tam zarówno i Daniel we lwiéj jaskini, Jonasz wyratowany z wnętrzności wieloryba, troje młodzianków w ognistym piecu, żywe symbole męczeństwa przez pożarcie, ogień i wodę, ale męczeństwa tryumfującego, którego wspomnienie, krzepiąc odwagę, pocieszało w boleści. Nie masz tam śladu współczesnego prześladowania, nie widać nigdzie płonących na stosie chrześcian: słowem, nic tu nie przypomina krwi obfitym przelanéj potokiem, nic nie rozbudza nienawiści, ani zemsty, wszędzie widzimy tylko obraz przebaczenia, nadziei i miłości. Jeżeli chrześcianie przebywający w katakumbach mieli czas na zdobienie swych kaplic, niemniéj i na grobowcach zmarłych pozostawiali ślady wdzięczności i żalu. Rzeźba chrześciańska poczyna się od hieroglifów, od figur narysowanych bez kształtu i bez wdzięku, których wartość stanowi tylko myśl żywotnie w nich wyrażona. Liść jest tu godłem wytrwałości życia, łódź z rozwiniętym żaglem zwiastuje przelotność chwil ziemskich, gołąbka niosąca w dziobku gałązkę, zapowiada przybycie lepszego świata; ryba przypomina wody chrztu świętego. Na grobie bez podpisu widzimy rybę i pięć bułek chleba cudownie rozmnożonych: co znaczy, że tu spoczywa człowiek odrodzony chrztem św., który wierzył w Chry- stusa i który brał udział u stołu Pańskiego. W miarę jak znika poganizm, dłuto chrześciańskie staje się coraz swobodniejsze i płodniejsze. Zamiast nieśmiałych symbolów, rytych z początku na cegle, widzimy coraz swobodniéj żłobiony marmur; widzimy owe cenne płaskorzeźby, rznięte na sarkofagach, które zdobią dziś muzea Rzymu i kościoły Rawenny. Równie jak rzeźby katakumb, przedstawiają one przedmioty biblijne, z pewnemi jednak odmianami. Bogatszy i wyraźniejszy symbolizm, jaki tu dostrzegamy, zapowiada: że skończyły się czasy prześladowania; że konieczna potrzeba ostrożności nie osłania już świętych tajemnic. Grobowce Rawenny nie mówią o śmierci, wszystko raczéj przypomina tu nieśmiertelność, którą chléb żywota zapewnia chrześcianom. Widzimy oto jak ptastwo niebieskie spożywa winne grona, jak gołąbki poją się w kielichu zbawienia, jak ciche baranki kosztują palmowego owocu. Ale gdy rysunek nie zdołał wyrazić całkowitéj myśli, przyzwał na pomoc słowo. Zaczęły się pojawiać grobowe napisy: z początku brzmiały one krótko, lecz wymownie, np.: „Oto miejsce spoczynku Philemona“. Niektóre z nich wyrażały myśl tkliwą i pocieszającą. Weźmy oto: Florentius felix agneglus (sic) Dei „Florencyusz szczęśliwy baranek Boży“; albo téż: „Padłaś przedwcześnie Konstancyo, cudzie piękności i mądrości“. Nimium cito decidisti, Constantia, mirum pulchritudinis atque idoninati (sic). Konstancya poniosła śmierć męczeńską, flaszeczka bowiem zbarwiona krwią wskazuje grób jéj pobożności wiernych; ale święta miała zaledwie lat ośmnaście, kościół przebaczył więc okrzyk boleści wyrwany z piersi ojcowskiéj. Niekiedy czujemy wyrażoną w kilku słowach trwogę boskiego sądu, jak w owéj modlitwie, którą chrześcianin Benirosus, wyrył na ojca grobie; „Nie wzywaj nas Panie, kiedy umysł nasz pełen jest ciemności“. Domine, ne quando adumbretur spiritus, veneris. Niekiedy myśl o zmartwychwstaniu jaśnieje wpośród łez i żałoby: rodzina Seweryanusa wzywa pomocy tego, który daje wzrost ziarnu posianemu na roli:

Doszliśmy więc do poezyi godnéj tego nazwiska, bo wyrażonéj wierszem. Już ona nie umilknie, a niebawem poeta Prudencyusz sławić będzie katakumby i ich męczenników rymem Wirgiliusza i Horacego. Dotąd jednak wszystko zachowało piętno wyłącznie ludowe i barbarzyńskie. W tych napisach kreślonych po łacinie, literami greckiemi, pełnych ortograficznych błędów, niemniéj usterków języka i prozodyi, chwytamy niby na gorącym uczynku prostaczków, którzy je kreślili: widzimy matki z gminu, ojców niewolników, jak przelotnie wyrażają na kamieniu boleść i nadzieję, znacząc miejsca kędy mają zasyłać szczere ku niebiosom modły. Prześladowcy, prawdziwi Rzymianie, przechadzając się po cmentarzu, z uśmiechem pogardy odczytywali zapewne te napisy kreślone ręką nieuczonych prostaczków, którzy nie znając zasad pisma, chcieli wszakże ogłaszać prawdę światu. A jednak wielki posiew miał wkrótce wydać plony: starożytna cywilizacya rzymska dążyła do upadku, a odwieczna Roma miała rychło na własne ujrzeć oczy, jak z owych podziemi, któremi była podkopaną, z owego wzgardzonego społeczeństwa chrześcian, wyjdzie nowa cywilizacya, a zarazem i nowa poezya. Podczas gdy mury odwiecznego miasta chwieją się pod razami taranów, gdy Gotowie i Wandalowie wdzierają się przez wyłomy; podczas gdy barbarzyńcy zdzierają z gmachów ołowiane dachówki; gdy wyrywają z zawias podwoje lane z bronzu; w chwili gdy wszystko dąży do upadku: święte grobowce katakumb wyrastają niejako z łona ziemi i oblekają się w kształty przepysznych bazylik świętego Pawła, Najświętszéj Panny i tylu innych, które od IV do XIII wieku zebrały, przechowały i ocaliły wszelkie rodzaje sztuki. Zamiast poezyi szkolarskiéj, (la poesie des écoles) mamy tu plastyczną poezyą pomników. Trudno pojąć czém była bazylika chrześciańska za czasów barbarzyństwa, gdy cała cywilizacya chroniła się poza obręb jéj murów. Ponieważ nikło ze świata starożytne społeczeństwo, bazylika musiała być niejako formą, na wzór któréj miał się ukształtować nowy byt społeczny. W jednym obrębie, gdzie myśl moralna przewodniczyła odradzającéj się ludzkości, powinni byli ludzie przywykać do ładu i reguły, uczyć się karności i posłuszeństwa; to téż kościół bywał obwarowany dwoma dziedzińcami, które dzieliły go od zewnętrznego gwaru: wpośrodku dziedzińca była fontanna, gdzie oczyszczano ręce; nakoniec podział wewnętrzny gmachu odpowiadał stopniom hierarchii katolickiéj, począwszy od kruchty, kędy płakali pokutnicy, aż do naw oddzielnych dla chrześcian obojéj płci, aż do presbiteryum, gdzie ławy kapłanów okrążały marmurowy tron biskupa. Z postępem czasu z łona kościoła wyrastały coraz nowe przedmioty: dzwonnice, chrzcielnice i cmentarze tulić się poczęły pod opiekuńcze jego skrzydła; kościół niebawem zamknął w sobie wszystko, co stanowi treść duchowego życia ludu. Dotąd widzimy w Pizie obręb zajmujący katedrę, kampanile (dzwonnicę), chrzcielnicę i campo santo (cmentarz); jestto cała duchowa ojczyzna człowieka: tu się rodzi, żyje i umiera. Snadno pojąć, że z bazylik powstawały miasta. Z drugiéj strony, światło nauk i sztuk poczęło gasnąć widocznie; potrzeba więc było, ażeby mury bazylik zawarły w sobie pierwsze zasady nauk zdolnych rozbudzić umysł i wzruszyć wyobraźnią trzeba było, aby ludzie wychodzili z nich skąpani w uroczym promieniu światła, a powracali do nich z miłością, jako do czystego źródła piękności i prawdy. Ażeby urzeczywistnić ideał owego czasu, kościół powinien był zawierać w sobie cały kurs teologii i cały poemat święty. Tak rozumieli ci, którzy pokryli mozajkami kościoły Rzymu, Rawenny, Medyolanu, Wenecyi, Kapui i Palermo, a pokryli niemi nietylko ołtarze, ale niemniéj nawy, przedsionki, naostatek i zewnętrzne frontony. Tu rozwija się historya Starego i Nowego zakonu, dopełniona legendami świętych, a uwieńczona widzeniami Apokalipsy: zwykle symbol chwały niebieskiéj (Gloria) zapełnia półkole Sanctuarium. Nic nie może iść w porównanie ze wspaniałym wizerunkiem Chrystusa, który odbija na tle złotém, niby wpośród słonecznych promieni: święci składają przed obliczem Pana wysłużone na ziemi korony; powyżéj cichy baranek spoczywa na wierzchołku góry, z któréj spływają cztery rzeki: symbol czterech ewangielii. Dwanaście owieczek wychodzi z dwóch miast Jerozolimy i Betleemu: wyobra- żają one owczarnią Chrystusową, która wyszła częścią z synagogi, częścią z tłumu prostaczków. Wpośród ozdób oplatających te pyszne obrazy, widzimy: jelenie i gołąbki, lilie i palmy: symboliczne znaki starożytności chrześciańskiéj, wyjaśniane na zasadzie nigdy nieprzerwanéj tradycyi; a dla okazania, że nauka była jawną i dostępną wszystkim, podawano w nauczających napisach klucz do zrozumienia symbolów. Wiersze nad każdą wyryte mozajką tłumaczyły jéj znaczenie, wydobywały z niéj treść nauczającą, przemawiały do serca czytelnika, łzę wyciskały mu z oka, serce wzruszały do modlitwy. Wielkie i poważne mury kościołów romańskich, możnaby niejako nazwać stronnicami olbrzymiéj księgi, na których czczono cuda świętego patrona, miejsca, pamięć książąt założycieli bazyliki, nakoniec wspomnienie znakomitych nieboszczyków, co spali snem wiecznym w cieniu olbrzymich jéj sklepień. Tym sposobem powstał rodzaj poezyi, niedostatecznie zbadany przez krytyków, poezyi niejako kamiennéj, która ożywiła średniowieczne włoskie kościoły, jak niegdyś sztuka święta pokryła hieroglifami i malowaniami świątynie starożytnego Egiptu. U św. Jana Laterańskiego, podwoje, sanctuarium, a nawet tron papieski pokryte były wierszami, które w języku prostym, ale dosadnym, opiewały prawa stolicy apostolskiéj i kościoła matki kościołów. U św. Piotra napisy na grobowcach ojców świętych, stanowiły same przez się dokładne dzieje papiestwa. Mianowicie VI i VII wiek wyrył łacińskiemi zgłoski imiona, daty urodzenia i zgonu, oraz dobre czyny współczesnych papieżów. Wielka ilość tych drobnych poemacików i łatwość z jaką kreślone były, są dowodem uprawy nauk w epoce, w któréj dziejopisowie przedstawiają nam Rzym jako rozpustnice babilońską, upojoną ciemnotą i zepsuciem. Przybytek w Pizie podnosił dumne czoło, zryte opisami zwycięztw: głosiły one pierwsze krucyaty Pizanów, gdy mocą oręża wydarli niewiernym Maurom Sardynią i Balearskie wyspy, mianowicie zaś opiewały ich zwycięzką wyprawę przeciw Saracenom z Palermo. Na jéjto pamiątkę, za zdobyte na wojnie łupy, pobożni ci żeglarze zbudowali swoje katedrę. Ale nigdzie epopea pomnikowa nie przechowała się tak dokładnie, jak u świętego Marka w Wenecyi: pomińmy kopułę i wyniosły fronton, pokryty złotem i snycerskiemi ozdoby; wnijdźmy oto pod złocone sklepienia i przejrzyjmy bacznie szereg mozaik i objaśniających je napisów. Przedsionek zawiera sceny ze Starego testamentu, wyobrażające symbolicznie Nowy zakon. Widzimy tam historyą Bożego ludu, zaczynającą się od Genezy, a kończącą z jednéj strony na Mojżeszu, który chrzci Izraelitów w morzu Czerwonem; z drugiéj na Janie, który chrzci lud w wodach Jordanu. Te obrazy sięgają czasów nieświadoméj prostoty, a jednak czuć w nich natchnienie, pełne niezrównanego wdzięku. Bóg naprzód stwarza światło; zamiast groźnego starca unoszącego się ponad chaosem, artysta przedstawił słowo wcielone, Boga Człowieka, pieknego nieśmiertelną pięknością, odzianego po królewsku, w szaty z bieli i purpury. Z pełnym spokojem wyciąga Pan rękę po nad wzburzone żywioły, bo wié że mu będą posłuszne; przed nim stoją dwa globy, jeden ciemny, drugi promieniejący światłem; pomiędzy globami, anioł, symbol pierwszego, dnia stworzenia, wyciąga ramiona i ulata w górę. Ależ te obrazy rodzącego się świata są tylko prologiem wielkiego widowiska, jakie nas czeka we wnętrzu bazyliki. Chrystus Odkupiciel wszystko tu napełnia obecnością swoją, zacząwszy od kopuły sanctuarium, kędy się pojawia w gronie proroków, jako zapowiedziany narodom i przez nie upragniony. Jego żywot, jego cuda, jego nakoniec święta męka zapełniają chór i galerye wielkiéj nawy. Wspaniały obraz ostatecznego sądu, groźno strzeże wchodowych podwoi. Na pobocznych nawach wyobrażone są dzieje żywota Najświętszéj Maryi Panny, SS. Apostołów i dwóch patronów miejscowych S. Marka i S. Klemensa, nie licząc w to wielkiéj liczby pojedyńczych wizerunków świętych, co odbijając na tle złotem, zamieniają kościół w raj widomy, albo w niebieską Jerozolimę, która niby zstąpiła chwilowo z góry, a geniusz i pobożność zatrzymały ją na ziemi. Dla objaśnienia tych mozajkowych obrazów, widzimy tu poemat złożony z dwunastu wierszy, rozsianych po wnętrzu kościoła. Tu wiersz opowiada cud spełniony, tam wyjaśnia znaczenie symbolu, niekiedy zawiera zdanie moralne, lub modlitwę. Bezwątpienia, owe barbarzyńskie hexametry obrażają prozodyą i składnię, ale tchnie w nich za to religijny zapał, bohaterska miłość kraju, powiewa z nich geniusz kapłańsko-rycerski wieku, który ośmielił się zbudować na palach wpośród oceanu te olbrzymie kopuły. W chórze dokoła wielkiéj arkady takie czytamy wezwanie do świętego patrona miasta; „Marku! ty nauką twoją pokrywasz Włochy, grobem Afrykę, a Wenecyą Twoją obecnością: ty jak lew chronisz ją groźnym rykiem.“

Niekiedy poeta chciał, aby na ścianie przybytku, władcy Wenecyi, wyczytać mogli zbawienne ostrzeżenia. Gdy doża z książęcego pałacu wszedłszy do kościoła pomijał ołtarz S. Klemensa, mógł czytać owe słowa, złotemi wyryte literami na marmurze mniéj uległym skażeniu, niźli serca jego pochlebców: „Kochaj sprawiedliwość, oddaj każdemu, co mu należy. O dożo! niech ubogi i wdowa, nieletni i sierota znajdą w tobie obrońcę. Niech ani nienawiść, ani miłość, ani złoto, nie zachwieją twéj woli! O dożo! padniesz jak kwiat podcięty, rozsypiesz się jak popiół, a według twych czynów otrzymasz po śmierci nagrodę lub karę.“

Nakoniec mali i ubodzy w duchu nie zostali pominięci. Dla nichto przede wszystkiem dodawano napisy do obrazów; a z obawy, żeby olśnieni blaskiem malowidła, nie przepomnieli myśli ożywiającéj obrazy nad wizerunkiem Zbawiciela, te wyryto słowa: „Obraz przedstawia Boga ale obraz nie jest Bogiem. Zważ na to i wielbij myślą tego którego widzisz tu wyobrażenie.“

Tak więc sztuka chrześciańska odrzucała ponęty, jakie pogaństwo roztaczało przed oczyma tłumu. Ale po tych ostrzeżeniach ścisłéj ortodoxyi, pojmujemy, że zachwycony własném dziełem, olśniony złotem i świetnemi barwy, tenże lud, który zbudował kościół św. Marka, dał sam świadectwo, iż jego świątynia będzie królową chrześciańskich przybytków.

Zakres dzieła nie pozwala nam przytaczać więcéj napisów: ależ skoro te napisy wiążą się z sobą tajemniczym węzłem, ściągając się zarówno do obrazów, płaskorzeźb i snycerskich ozdób, śmiało zatém rzec można, że wspaniała katedra jest księgą, poematem, i że chrześciaństwo dotrzymując swego przyrzeczenia wydobyło z głazu okrzyk chwały. „Lapides clamabunt.“ Ta poezya pomnikowa kreśloną była po łacinie; wszakże nie sądzimy, aby uczeni dla uczonych ryli te łacińskie napisy, aby tylko oświecone nauką umysły zrozumieć je mogły. Przeciwnie, wszystko tu było czysto ludowe: tak wyrażone uczucia, jako téż forma niepoprawna i rym konieczny w utworach ludu. W XI, XII i XIII wieku język łaciński upowszechnionym był we Włoszech; po łacinie kapłani głosili ludowi słowo Boże; po łacinie objawiano mu rządowe postanowienia; po łacinie układano mu wojenne pieśni. Roku 934 mieszkańcy Modeny czuwali na murach miasta zagrożonego napadem Węgrów; rzemieślnicy i mieszczanie, uzbrojeni naprędce ku obronie domowych ognisk, na widok płonących okolicznych włości, krzepili ducha powtarzając hymn wojenny, który przetrwał aż do naszych czasów, a który mimo nowożytnego rymu, zachował wydatną cechę, starożytnéj klassycznéj epopei. „O ty! co własną piersią zasłaniasz mury miasta, nie zasypiaj, radzę ci, ale czuwaj pilnie! Dopóki czujny Hektor żył w Troi, dopóty Troja nie uległa zdradzie Greków.“

Była więc i poezya śpiewana, żyjąca w ustach ludu, nietylko po kościołach kędy brzmiały hymny Świętego Ambrożego i Grzegorza, ale i w obozie i na polu powszechnego zebrania, a nawet i pod gankiem nie jednéj ówczesnéj piękności, która z upodobaniem słuchała pochwał głoszonych na jéj cześć, dźwięczną mową Horacego i Wirgiliusza. Moglibyśmy przytoczyć tu na dowód niemało piosenek, śpiewanych u stołu, a nawet i satyr politycznych; lecz poprzestaniemy na wspomnieniu jednego tylko poematu większéj rozciągłości, w którym dostrzeżemy wierne odbicie geniuszu włoskiego. Flota pizańska poniosła płomień wojny na afrykańskie brzegi. Było to 1088 roku. Po- wraca obciążona łupami Sarecenów. Poeta nieznany chciał uczcić ten pamiętny czyn, ludową pieśnią. Wiersz rymowany nie zachował nawet klassycznéj prozodyi, a jednak wszystko w nim przypomina starożytne podania. Biorąc ściśle pierwsze słowa, możnaby rzec, iż Piza wszczęła na nowo odwieczne spory Rzymu i Kartaginy.

A przecież to wyprawa krzyżowa. Chrystus sam posuwa galery, a gdy chrześcianie wylądowali na brzegach Afryki, sam apostoł Piotr św. prowadzi ich, a św. Michał trąbi w róg wojenny przed nimi. Poeta opisuje zmienne koleje wojny: liczy poległych, opłakuje młodego Hugona Visconti, najdorodniejszego i najdzielniejszego z wodzów, którego krew drogo opłaciła zwycięztwo Pizanów. Dla uczczenia bohatera porównywa go do Kodrusa, „do tego przesławnego króla, który naraził się sam na skon bohaterski, byle swoim zapewnić zwycięztwo.“ Wprawdzie są daléj słowa malujące pełną wiarę średnich wieków: A więc piekło zostało wyludnione i państwo szatana zamienione w gruzy, gdy Jezus odkupiciel skonał dobrowolnie na krzyżu. Gwoli Jego służbie, przez miłość ku niemu umierasz, o drogi! A więc w dzień ostatecznego sądu, ujrzymy cię w promieniach chwały, jako pięknego męczennika.

Widzimy już przed końcem XI wieku to zjednoczenie świętych i ziemskich rzeczy, które tak potępiano w Dantem, Tassie i innych włoskich poetach. Nie pedantyzm jednak pisarza, ani smak pogański czasów odrodzenia, obwiniać o to należy, ale ducha włoskiego ludu, który zapamiętał wszelkie dawne podania i nic uronić nie chce z dwoistego wieńca swojéj klassycznéj i chrześciańskiéj chwały. Każde niemal włoskie miasto chlubi się, że posiada w swych murach relikwie Świętego albo li kości jakiego starożytnego bohatera lub poety. Neapol wskazuje z dumą grobowce św. Januarego i Wirgiliusza. Padwa wzniosła nieporównany przybytek św. Antoniemu, ale z niemałém także poszanowaniem zachowała kamień mający być grobem Antenora. Sienna miasto świętych nosi z dumą tytuł kolonii rzymskiéj, a poza katedrą na kolumnie, długo pielęgnowała wilczycę z bliźniętami. Owa cześć ku , dochodziła czasami do przesady, ale źródło jéj było szlachetne: ludzie średniowieczni wierzyli, iż z wielkich wspomnień rodzą się wielkie czyny. Wszakże owa poezya ta poezya pieśni rycerskich i religijnych pomników, długo była słabém zaledwie tchnieniem. Dopóty brakło jéj właściwéj formy, dopóki zmuszoną była więzić się w spleśniałéj łacińskiéj mowie, tak nieudolnéj, gdy przychodziło jéj wyrażać na nowo rozbudzone uczucia. Starożytna bajka opowiada, jak Merkury w dzieciństwie bawiąc się ponad morzem, podniósł z piasku skorupę żółwią i utworzył z niéj pierwszą lirę. Tak też i geniusz włoski młody jeszcze i czysto-ludowy, musiał zbierać u stóp swoich potarzane w prochu narzecze, z którego miał wyrobić nieśmiertelne narzędzie swoich myśli. Oddawna już każda okolica, każde miasto, miały tu oddzielne narzecze. Związek Lombardzki zjednoczył miasta, ludy włoskie poczęły znosić nawzajem, a zbliżone narzecza zamieniły się w język stały, który niebawem przyjęty został na dworach, na ucztach publicznych, aż w końcu stał się narodowym. Było to dziełem drugiéj połowy XIIgo wieku. Na początku XIIIgo zjawia się Święty Franciszek, a człowiek ten głęboko rozmiłowany w ubóstwie, śpiewa tylko w mowie ludu. Improwizuje po włosku pieśni o słońcu. Pierwszy ten wykrzyk rodzinny zbudził niezliczone odgłosy. Mnich Franciszkanin z Werony, Fra Giacomino napisał w narzeczu weneckiem dwa małe poemata: Piekło i raj, i utorował autorowi Boskiéj Komedyi drogę do nieśmiertelności. Inny mnich Giacopone de Todi błąkał się po górach Ombryi, śpiewając w niewyrobioném narzeczu ludu, już nie ulotne zwrotki, ale pieśni obszerniejszych rozmiarów, w których przechodził całą mistyczną teologią św. Bonawentury, tudzież chłostał satyrą wyuzdanie ludu i słabość duchowieństwa. Ten człowiek zuchwały niemniéj przedsięwziął od Danta: poprzedził go, a można rzec z prawdą, że go natchnął. Dante znalazł już gotowe wzory, znalazł również w starych legendach włoskich tajemne wizye niewidzialnego świata. Powziął on szczęśliwą, lecz śmiałą myśl podjęcia tych ludowych pomników i wyśpiewania, ale w języku ludowym. Główna w tém jest jego zasługa, zwłaszcza, iż go niemała ponęta na przeciwną ciągnęła stronę. Zachęcony pieknością Enejdy, którą umiał napamięć, postanowił nasamprzód napisać poemat łaciński na miarę Wirgiliusza. Zaczął go nawet w te słowa:

Ale w miarę jak postępował w pracy, czuł wzgardę ku uczonym swego czasu, którzy zaprzedawali się książętom, i na cześć ich najemne nucili pieśni. Nie chciał czynić jak drudzy, a nawet oświadczył się za mową ludu. „Na hańbę wieczystą tych, którzy gardzą własnym językiem, a chwalą cudzy.“ Dante uczcił z miłością język włoski: którego samogłoski tak są miękkie, budowa tak doskonała, którym tak, jak i łacińskim snadno wyrazić najwznioślejsze i najnowsze myśli.“ Takie uczucia wyraził Dante w księdze swojéj Convito; a kto wié, czyli w tém nie odbija najwydatniejszy rys jego geniuszu, iż podjął z prochu wzgardzone narzecze, właściwe ubogim prostaczkom. Nie stworzył go, jak mu to niesłusznie przyznawano, ale uwiecznił je nieśmiertelnym pomnikiem, pomimo złéj woli uczonych owego czasu. Professor uniwersytetu bolońskiego, Giovanni del Virgilio, pisał do Danta listy łacińskie wierszem, zachęcając, aby wybierał z greckich podań przedmioty godniejsze jego muzy jak np. Porwanie Ganimedesa. Wyrzucał mu, że pisze dla nieokrzesanego tłumu, iż zaniedbuje uczonych ludzi pracy i nauki, wybladłych nad staremi księgami, którzy nie śmieli zajrzeć do jego Boskiéj Komedyi z obawy, aby sobie nie popsuli łaciny.

Dante odpowiedział mu po łacinie wierszem pełnym alegoryi i figur, chcąc mu dowieść, że pod pedantyzmu i ciemności, może walczyć z mężem najuczeńszym swego czasu. Ale przytém dodaje, że pragnie gorąco skończyć rychło poemat ludowy, który tyle kosztował go niewczasów, poczém chce z księgą w ręku zakołatać w ojczyste bramy. Ma nadzieję, że te otworzą się przed nim, i że doczeka chwili, w któréj ozdobi czoło wieńcem poetycznym, gdy go naród ochrzci poetą. Powrócił w rzeczy saméj do niewdzięcznéj Florencyi, ale powrócił dopiero po śmierci, uwieńczony miasto bluszczu, któ- ry rychło więdnieje, cierniem wygnania i aureolą nieśmiertelności. Rzemieślnicy przy warsztatach śpiewali jego wiersze, Bokacyusz je wykładał (jak wykładano Wirgiliusza) z katedry ustanowionéj w tym celu przez rzeczpospolitą florencką. Malarz Michelino z wyższego rozkazu przedstawił wizerunek poety, w prześlicznéj katedrze Sancta Marya del fiore; Dante przyobleczony w togę doktorską wskazuje na trzy niewidzialne światy, które się przed nim otwierają. Ze zwyczajną w ówczesném malarstwie nieświadomością perspektywy, przedstawia malarz miasto rodzinne Danta w maleńkich rozmiarach, pełzające niby u stóp jego: Dante przerasta głową najwyższe dzwonnice i wieże. Ale podczas gdy poezya święta odradzała się w hymnach św. Franciszka i jego uczniów, poezya rycerska występowała także na widownię. W XIII wieku, miasta włoskie dumne z wywalczonéj swobody, wyprawiają turnieje, wzorem pokonanych przez siebie cesarzów. Padwa, Trewiza, Wenecya, Genua, Florencya, dają na wyścigi wspaniałe uczty. Przybywają na nie tłumy muzyków, kuglarzy i . Powtarzają na rynkach romantyczne powieści o rycerzach okrągłego stołu i paladynach Karola Wielkiego, śpiewają pieśni, które obiegły wokoło Europę. Wiadomo ze świadectwa Alberta Mussato, że około 1320 roku, komedyanci (les histrions) wystawiali na teatrach wyprawę Rolanda i Oliwiera. Ci dwaj paladynowie tak byli popularni, że umieszczono ich posągi w przedsionku katedry w Weronie. Czuwają obadwaj z mieczem w ręku, a dla uniknienia pomyłki, artysta wyrył na mieczu Rolandowym nazwę Durindana. Słynne to ostrze sprawiło niegdyś w Pireneach niezatartą szczerbę. Około tego czasu, historycy włoscy poczęli wspominać częściéj okres bohaterski panowania frankońskiego domu, (Reali di Francia). Dowodzą oni, że Konstantyn miał syna Klowisa, którego Karol Wielki prawym był następcą: oraz przytaczają rycerskie czyny śmiałego Beuves d’Antone i Gisberta. W tém źródle czerpali poeci dwóch następnych wieków: Altissimo, Pulci, Bojardo, od których przochodzimy do Ariosta i Tassa. Ci dwaj wielcy poeci byli niemniéj uczonemi ludźmi; badali starożytność, szukali w niéj natchnienia, odrzucili jednak klassyczne pęta. Gdy Grecy ocaleni z klęski konstantynopolitańskiéj, odbudowali tak świetnie klassyczne ołtarze wpośród literackiego pogaństwa, które złudziło tyle wielkich umysłów; gdy posuwano wzgardę pospolitéj mowy aż do zamieniania imion własnych na obce; Aryost i Tasso, na wzór Danta postanowili pisać w mowie niewiast, ludu i rycerstwa, nie dbając o poklaski uczonych, ale pragnąc, aby ich pieśń pozostała w ustach i pamięci narodu. To téż lud, któremu poświęcili swój geniusz zapłacił im częścią nieśmiertelną. Okazał on wdzięczność nietylko wtedy gdy zgraja rozbójników padła na kolana przed Aryostem, lub gdy tłum mnogi cisnął się w bramy Rzymu za zwłokami Tassa uwieńczonego pogrobowym bluszczem; ale co więcéj, dochował im dotąd pamięć pełną poszanowania i miłości. W Neapolu śpiewak ludu powtarza dziś jeszcze zwrotki z Rolanda szalonego, w obec majtków i rybaków zebranych w porcie, którzy tłuką orzechy na zaspokojenie głodu. Są wsie w okolicach Pizy, gdzie uroczystość patrona, uświęconą bywa corocznie przedstawieniem dramatyczném ustępów z Jerozolimy wyzwolonéj, jak niegdyś w Atenach wystawiano sceny z Iliady! Wieśniacy za wspólném porozumieniem rozbierają role pomiędzy siebie; jeden z nich śpiewa słowa Tankreda, drugi Arganta, trzeci zaś powtarza część opisową łączącą dialogi. Lud ma prawdziwie genialne pomysły w przyswajaniu sobie arcydzieł sztuki. Cześć zatém i chwała poetom, którzy jak Aryost i Tasso, pieśnią kształcili ducha nie samych tylko wybranych, ale tłumu pasterzy i wyrobników, którzy karmiąc ich bohaterskiém podaniem, rozwijając w nich uczucie piękna, podnosili ich wyobraźnię ku uwielbieniu wiecznego dobra i miłością ogrzewali im serce. Tym sposobem poezya powróciła do ludu, od którego wyszła pierwotnie. Lud włoski umié się obejść bez chleba i odzieży, ale nie umié żyć bez pieśni. Wiejscy improwizatorowie z okolic Sienny nie umieją czytać ani pisać, jednak wyższe mają pojęcie poetycznéj piękności, od słynnych poetów uczonych po akademiach. Tam równie, jak w wielu sycylijskich i korsykańskich wioskach, improwizator uświęca rymem radość, lub niedolę rodziny. W Rzymie nawet mieszkańcy przedmieść wiernie zachowują starożytne podania i chętnie szukają poetycznych rozrywek. Transteweranie mienią się potomkami Trojan i każą sobie opowiadać po gospodach historyą pięknéj Tarpei, jak zaprzedała kraj za klejnoty, jak za karę zarzucono ją tarczami. Zajrzyjmy oto w maleńkie książeczki, których tak pełno po jarmarkach i targach, a które wieśniak zanosi do chaty, jako miły gościniec, wraz z srebrnym klejnocikiem dla żony i wstążkę do ozdobienia rogów pracowitym wołom. Są to małe epopeje pisane w ośmiowierszach na miarę Aryosta i Tassa, liczą one od 500 do 2000 wierszy. Tylko śpiewacy z rzemiosła uczą się ich napamięć, jak w Grecyi uczyli się niegdyś rapsodów Homera. We dnie świąteczne lud z okolic Rzymu gromadzi się na wspólne posłuchanie i to najmilszą jego stanowi zabawę. Liczne są utwory tego rodzaju. Jedne z nich składają cały okres poezyi świętéj: zaczynają się zwykle od upadku Aniołów, i stworzenia świata. Występują w nich postacie: Józefa, Samsona, Judyty, najtkliwsze ustępy nowego zakonu, legendy świętych; Neron i męczeństwo ŚŚ. Apostołów, Konstanty, Atylla i Ś. Leon Wielki. Prawda historyczna podrzędną tam gra rolę i nie krępuje w niczém swobodnego polotu wyobraźni. Owa swoboda do tego dochodzi stopnia, że św. Jan Chryzostom jest w epopei ludu nawróconym hersztem rozbójników. Inne poemata składają znów okres romantyczny. Poczyna się on od podań greckich, potrąca o starożytność Rzymu, a kończy się na ulubionych średniowiecznych opowieściach. Znajdujemy tu historyą Orfeusza, oraz Pyrama i Thisbe, przygody Horacyuszów i Kuracyuszów; życie królowéj Oliwy, Florindy i Chiara Stello, Olbrzyma, Moranta i klęskę pod Roncevaux. Poznajmy bliżéj jeden z tych maleńkich poematów, obejmujący historyą papieża Alexandra III (Istoria di Papa Allessandro III. Todi 1812). Tło całe jest tu historyczne, tylko geniusz ludu przerobił historyą, chcąc jéj nadać zwrot bardziéj poetyczny i cudowny. Poemat zaczyna się od wzniesienia myśli ku niebu, nie tyle może czyniąc zadość starożytnéj formie, jak raczéj odpowiadając zwyczajom chrześciańskiego ludu, który modlitwą uświęca czyn każdy. Wreszcie sam przedmiot budzi poszanowanie. W osobach Alexandra i Fryderyka Rudobrodego toczy się walka duchowieństwa z cesarstwem. Poeta trzyma z papieżem, jednak nie chce poniżyć i osoby cesarza. Podnosi go nawet śmiałém zmyśleniem, którém uniewinnia błąd bohatera, składając go na złowrogie przeznaczenie. Barbarossa uczynił ślub, że oswobodzi grób Chrystusa: ale nim wyprowadzi mnogie zastępy chrześcian do Palestyny, zwiedza ją sam przebrany w pielgrzyma, chcąc rozpoznać siły niewiernych. Kardynał bezimienny, który odgrywa w poemacie rolę złego geniusza, oznajmia o tém sułtanowi listem obwarowanym pieczęcią . Fryderyk wtrącony zostaje do więzienia i okuty w kajdany. Ale okupuje się na wagę złota, odpływa do Włoch, zaprzysięgając zgubę Ojcu Świętemu, którego niesłusznie obwinia o zniweczenie świetnych nadziei. Za zbliżeniem się wojsk cesarskich, Alexander opuszcza Rzym; bramy miasta zamykają się przed dostojnym tułaczem. Zmuszony pokryć swą godność prostym habitem ubogiego zakonnika, papież z koszturem w ręku przybywa do Wenecyi. Wchodzi nocą i zasiada na wschodach przed kościołem Zbawiciela, oczekując dnia białego. Z piérwszym brzaskiem jutrzenki, stróż kościelny otwiera podwoje, a widząc obcego zakonnika wskazuje mu klasztor, w którym właśnie zgromadzenie potrzebuje kapelana. Alexander idzie do klasztoru, gdzie gościnnego doznaje przyjęcia. Żyje tam długie lata w świętém ubóstwie, odziany podartym płaszczem, zapomniany od świata, niemniéj jednak szczęśliwy z własnéj doli. Poeta do czternastu lat przeciąga ukrycie Alexandra III. Aż nakoniec jednego poranku, podróżny jakiś w przejeździe przez Wenecyą, słucha mszy świetéj w kościele Zbawiciela, którą odprawia papież. Poznaje mniemanego kapelana, idzie do pałacu doży i oznajmia panującemu właśnie Sebastyanowi Ziani, oraz zgromadzonéj radzie, jak świetny gość przebywa w murach miasta. Tu opowieść przybiera charakter wyższy, prawdziwie bohaterski. Doża zbiera panów i duchowieństwo, sam na ich czele wstępuje do łodzi i z wielką okazałością udaje się do klasztoru. Rozkazuje, aby zakonnicy wystąpili wszyscy jeden za drugim w wojskowym porządku. Księża strwożeni tak niespodziewanemi odwiedzinami, przechodzą drząc pod przenikliwym wzrokiem doży. Alexander idzie na ostatku. Widząc go Doża, a za nim panowie i duchowieństwo padają pokornie na kolana, zarzucają płaszcz papiezki na ramiona mnicha i proszą go o błogosławieństwo. orszak wiedzie tryumfalnie papieża w podwoje św. Marka, a potém na wspaniałą ucztę w progi marmurowego pałacu. Nakoniec Ojciec Święty błogosławi lud zgromadzony wokoło pałacowych krużganków. Ale Wenecya nie przestaje na złożeniu hołdu papieżowi: wysyła poselstwo do cesarza. Fryderyk odrzuca wszelkie przedstawienia. Żąda aby mu wydano papieża okutego w więzy i rozkazuje synowi swemu Ottonowi, aby w tym celu stanął na czele siedmdziesięciu pięciu zbrojnych galer. Wenecyanie uzbrajają się ze swéj strony. Mają oni tylko trzydzieści pięć naw, ale żeglarze weneccy świadomi wypraw morskich. Wreszcie za przeciwnikami mówi siła, za niemi słuszność sprawy. Krwawa bitwa kończy się zwycięztwem na stronę Wenecyan. Doża wiedzie w mury miasta młodego księcia w więzach. Cesarz ulega w końcu. W dzień naznaczony papież zasiada na tronie w pośrodku placu św. Marka, u głównego wnijścia bazyliki. Niebawem pojawia się cesarz świetnym otoczony orszakiem, klęka, całuje stopy papiezkie i otrzymuje rozgrzeszenie. Do czasu téj świetnéj walki, poeta zgodnie z podaniem odnosi przywileje Wenecyi i zaślubiny doży z Adryatykiem. W chwili gdy Sebastyan Ziani powraca z boju wlokąc za sobą szczątki floty cesarskiéj, papież wypływa przeciw niemu, spotyka go w Lido i tam ściągając z palca drogi pierścień, w te słowa przemawia do doży: „pragnę, aby to było ustanowione wyrokiem, że książe Wenecyi, zwany będzie odtąd książęciem morza, tak on, jak najpóźniejsi jego następcy.“ To mówiąc podał pierścień książęciu, a ten rzucił go w głębie morskie i zaślubił fale Adryatyku.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…