Read here

My artyści

Wilhelm Feldman · 1909 · Free in the US

45,728 words · about 3 h 12 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1909 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=My_artyści&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Wilhelm Feldman
Language
Polish
Published
1909
Length
45,728 words · about 3 h 12 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)

Continue:

Sztuka w czterech aktach

WILHELM FELDMAN

MY ARTYŚCI…

H

LWÓW

NAKŁADEM

WARSZAWA — E. WENDE I SP. (HIŻ I TURKUŁ).

Wszelkie prawa wobec scen i tłómaczy zastrzeżone.

H. Altenberg E. Wende i Sp.

Lwów. Warszawa

CZCIONKAMI DRUKARNI LITERACKIEJ W KRAKOWIE

POD ZARZĄDEM L. K. GÓRSKIEGO 1909

OSOBY:

RADCA, RADCZYNI,

ALFRED, ich syn, | koledzy,

BODEŃCZYK

MIROSZ

SWARA

STARZECKI, redaktor „Dziennika Narodowego“, AMA, jego córka, FELKA, SAGAN-SAGANOWICZ, agronom, Mały dziennikarz, Wielki dziennikarz, Listonosz,

Goście. — Służba.

Akt pierwszy Akt drugi Akt trzeci Akt czwarty

Sztuka w czterech aktach

WILHELM FELDMAN

MY ARTYŚCI…

H

LWÓW

NAKŁADEM

WARSZAWA — E. WENDE I SP. (HIŻ I TURKUŁ).

Wszelkie prawa wobec scen i tłómaczy zastrzeżone.

H. Altenberg E. Wende i Sp.

Lwów. Warszawa

CZCIONKAMI DRUKARNI LITERACKIEJ W KRAKOWIE

POD ZARZĄDEM L. K. GÓRSKIEGO 1909

OSOBY:

RADCA, RADCZYNI,

ALFRED, ich syn, | koledzy,

BODEŃCZYK

MIROSZ

SWARA

STARZECKI, redaktor „Dziennika Narodowego“, AMA, jego córka, FELKA, SAGAN-SAGANOWICZ, agronom, Mały dziennikarz, Wielki dziennikarz, Listonosz,

Goście. — Służba.

AKT PIERWSZY.

(Pokój, w którym urządzenie zamożno-mieszczańskie uległo bezładowi artysty i zaniedbaniu studenta. Wielkie zwierciadło, dywany, sofa, eleganckie biurko, na fotelach książki i gazety, za zwierciadłem i na ścianach fotografie, wycięte z czasopism reprodukcye, szkice malarskie; wszędzie zaś porozrzucane druki, papiery, części garderoby. W głębi drzwi do dalszych pokoi; na prawo do przedpokoju. Godzina popołudniowa).

ALFRED

(lat 22, twarz i ruchy nerwowca. Ruchliwa gra fizyognomii wyraża żywość uczuć; włos bujny, charakterystycznym ruchem co chwila odgarniany z czoła; mowa prędka, obfita, impulsywna. Ubiór elegancki, krawat fantastyczny. Chodzi po pokoju, potrącając meble, uśmiecha się do siebie, potrząsa rękoma, jakby grał na niewidzialnym instrumencie, i co chwila przypada do biurka, by rzucić na papier kilka frazesów). RADCA Dzień dobry panu. ALFRED Dzień dobry ojcu. RADCA: Mógłbyś przestać pisać, gdy ojciec wchodzi. ALFRED: Ojca mam zawsze, a natchnienie ucieknie. RADCA: Natchnienie! Znam ja się na takich natchnieniach! ALFRED Odkąd-to ojciec w swoich magazynach akcyjnych i ten artykuł posiada? RADCA: Fredziu! Przedwczoraj wziąłeś w sklepie na mój rachunek na dwa garnitury. ALFRED: Aha. RADCA: Który krawiec ci je szyje? ALFRED: Żaden. RADCA: Tylko co? ALFRED: Sukno sprzedałem żydowi. RADCA: Nie wyprowadzaj mnie z cierpliwości! ALFRED: Nie mam wcale tego zamiaru. Byłem na tyle idyotą, że dałem ojcu słowo, że nie będę podpisywał weksli… RADCA: Dość chyba drogo kosztowało mię to twoje słowo. ALFRED: A że potrzebować — potrzebuję… RADCA: Więc radzę sobie, jak mogę. ALFRED: Więc radzę sobie, jak mogę. RADCA: Taak, panie dziejski. Powiedz mi, jednego-m ciekaw. Ja przecie także byłem młody, znałem ludzi, co się zajmowali poezyą, sztuką… ALFRED: Sztuką… czego? RADCA: Alfred! ALFRED: Bo nie lubię, jak ojciec operuje takiemi słowami, jak poezya, sztuka. Coście wy mieli za poezyę, za sztukę? RADCA: Prawda, bo świat od was się zaczyna. ALFRED: Przynajmniej ten świat, w którym warto żyć. RADCA: Piękny świat, panie dziejski! Dawniej jak byli literaci, zapaleńcy, idealiści, to całą duszą, widać było, że naprawdę pogardzają… temi i owemi… panie dziejski, materyalizmami, a u was: wino — likiery, likiery — wino, jazdy, cukiernie, a przedewszystkiem: mamona, mamona, mamona! ALFRED: A ojciecby wolał, byśmy oszczędzali, prawda? By akcyonaryusze mieli więcej dywidend, więcej kamienic i dyabli wiedzą — — więcej środków do gnębienia nas, wolnych ludzi! Nie, nie, nie, my nie tacy głupi. Skończyły się czasy, kiedy artysta żywił się tylko liśćmi z wieńców… RADCA: Jakoś, chwała Bogu, nic wyglądasz mi na człowieka, co się żywi liśćmi. ALFRED: A cóż to, krowa jestem, czy święty pustelnik? Zresztą… Kto mię przyzwyczaił do rozmaitych zbytków waszej zgniłej kultury filisterskiej ? Nieraz jak się złapię na tem, że machinalnie przed zwierciadłem jak najbardziej elegancko wiążę krawat, albo tęsknię za dobrym likierem — psiakrew! Nie darmo się jest synem pana radcy i pani radczyni i… W krwi was czuję! RADCA: Dziękuj Bogu za krew, inaczej, panie dziejski, wysoko byś skończył! ALFRED: A choćby — byle nie w waszych magazynach, biurach, salonach… I nie dam się! nie dam się! choć krew mam zatrutą! Cóż to, czy koniecznie: jaki ojciec, taki… Gwiżdżę na wasze interesy i porządki i myśli: artystą, artystą, artystą jestem! . RADCA : Proszę cię, Aleksander Macedonowicz był wielkim człowiekiem, ale poco tłuc krzesła? A przecie. Frazesy, panie dziejski, deklamacye, fidrygałki. Tysiąc razy to już było… ALFRED: Mówił Ben Akiba… RADCA: I miał racyę. ALFRED: Nie miał! Ja się nie dam! RADCA: Ale czego wrzeszczysz? Myślałby kto, że cię za uszy… Zastanów-że się, Alfred, słuchaj! Czy ja cię chcę w czemkolwiek krępować, czy co? Dałem ci możliwie dobre wychowanie, chciałem, byś obrał karyerę urzędniczą — nie, to nie! Wolisz zostać literatem — dobrze, panie dziejski. Kilka twoich rzeczy nawet z przyjemnością czytałem; naturalnie, nie te, gdzie się na wszystko i wszystkich rzucasz… Literatura — czemu nie? Niejedno można zrobić dla społeczeństwa. ALFRED: Aha, już jest „biedne społeczeństwo“! RADCA: Naturalnie! Cóżeś to myślał? że my, panie dziejski… my… ALFRED: I wy byliście farysami, wiem, wiem… Teraz tylko pracą pozytywną — etc. etc. Znam, znam! Katarynka — i przyjaciel ojca, farys Starzecki! RADCA: Proszę cię bardzo! Tylko z szacunkiem! ALFRED : Dla Starzeckiego? zaco! Zato, że on, co miał w sobie niegdyś ogień boski, co wyśpiewał takie wspaniałe poezye — dziś geszefciarzem jest, aferzystą najzwyklejszym! RADCA: Pracuje realnie! Jak każdy z nas… uległ ewolucyi. ALFRED: Zato go nienawidzę! Gardzę nim! Jak się napisało rapsody „Z pobojowiska“, to albo herosem być, albo się powiesić! RADCA: Nno nno nno… Nic wiedziałem, żeś jeszcze tak młody. ALFRED: To ma być ironia? RADCA: Wcale nie ironia mi w głowie… Przyszedłem, by seryo, ostatecznie… ALFRED: Coś, jakby ultimatum? RADCA: Dosyć błaznowania, panie dziejski! Albo obierzesz sobie jakiś cel realny, praktyczny… ALFRED: jak farys–Starzecki… RADCA: Znowu! Znowu!! Nie… Słuchaj, czy ty już zupełnie…? Starzecki, Starzecki! Myślałby kto… a przecie on wcale nie taki! To z twojej strony poprostu niewdzięczność… On bo..! on talent twój uznaje, bardzo! ALFRED: Proszę! RADCA: I gotów cię nawet popierać! ALFRED: Hahahaha! RADCA: Alfred! ALFRED: Kiedy bo mi trudno… Hahahaha! Ja mam obrać karyerę, a Starzecki… Kiedy bo nie mogę… hahaha! RADCA: Zwaryowałeś, panie dziejski? ALFRED: Ależ to cudowne! I to dzisiaj, właśnie dzisiaj, kiedy ja… ja Starzeckiemu… RADCA: Co ty Starzeckiemu? gadaj — gadaj! ALFRED: Nie… nie… Ale to ojcu , że ja kiedyś temu przyjacielowi ojca wypłatam figla, ależ to taki kawał!… RADCA : Ani się waż! słyszysz? Ja pracę Starzeckiego cenię! I… nie jesteś chyba dzieckiem… Wiesz przecie, że Starzecki jest jednym z głównych naszych akcyonaryuszów! ALFRED: Aha! To są te idealne węzły! RADCA: To, i mnóstwo innych, których taki ptak niebieski, jak ty,.. Ale za dużo już mi tego, za dużo, powiadam ci! Cierpliwość moja się kończy! ALFRED: Moja także… Nie jestem małem dzieckiem. RADCA: Tylko czemś gorszem. Coś wczoraj w teatrze za awantury wyprawiał? ALFRED: Awantury? RADCA: Na premierze! Na premierze takiej znakomitości, gdy wszyscy pełni zachwytu… wstać, panie dziejski, i sykać… ALFRED: Sykałem, bo nie umiem gwizdać. RADCA: A ja powiadam ci, że to po raz ostatni! Słyszysz? Nasamprzód sam zrób coś na świecie, zanim drugich będziesz… To oburzające! Tak żadnej powagi, żadnej świętości — i ażebyś sam przynajmniej okazał coś nadzwyczajnego! ALFRED: Ojciec nie wierzy w mój talent? RADCA: Charakterów nam potrzeba! Na talentach nam nie zbywa!… ALFRED: Już co do tej kwestyi… RADCA: Raczysz być innego zdania… Ale to ci powiadam: Jak mamy się rozchodzić — to we wszystkiem! Rozumiesz? Ani myślę dłużej być twoim kasyerem! ALFRED: Mogłem się spodziewać tego argumentu! RADCA: Zacznij pracować, zarabiać, wtenczas będę cię uważał za człowieka, z którym się dyskutuje! To niesłychane! Człowiek w tym wieku! : To niesłychane! ALFRED : Ależ to heca! RADCZYNI : Fredziu! ALFRED: A, mama! Co znowu! RADCZYNI: Bardzoś zajęty? ALFRED: Bardzo, bardzo… RADCZYNI: Bo widzisz, przyszła panna Starzecka. ALFRED: Co, córka „Dziennika Narodowego“? RADCZYNI: Możebyś na chwilę przyszedł do salonu? ALFRED: Ja, tę gęś emablować? RADCZYNI: Tak, wiesz, jestem zajęta… Przecie na święta pieczemy! Przytem te kurczęta… Jak nie dopilnuję Kasi… ALFRED: A niechże mi mama da spokój ze Starzecką, Kasią i innemi kurczętami! Jeszcze czego! Niezadługo mama mi każe chodzić na wasze fiksy, albo asystować wam w kościele! RADCZYNI: A myślisz, że nie byłoby ładnie? ALFRED: Chyba bym się wściekł! RADCZYNI: Mój Fredziu, moje dziecko, nie bądźże taki niepoczciwy. Widzisz, dziewczyna taka miła, tak dobrze ułożona i przychodzi tutaj — no, ja przecież matka! Trochę serca dla niej, trochę ciepła! ALFRED : Do kurcząt niech mama ją prowadzi! Będzie miała ciepło i serduszko niejednego kogutka! : A niema to mama trochę drobnych? RADCZYNI: To do dawania pieniędzy jestem matka, a jak cię o coś proszę… ALFRED: Droga, kochana! złota, kiedy mi zupełnie wystarczają kurczęta mamine, na co mi jeszcze tamto… No, moja musiu! RADCZYNI : No, masz, masz, po raz ostatni. To z wydatków na święta… Boże mój, żeby mi tylko nie zabrakło. ALFRED . RADCZYNI: Dosyć, dosyć! Zostawże cokolwiek! Życie mi zatruwasz… Tam spali się wszystko… Niegodziwy jesteś… : Mój Fredziu, a może przecie? ALFRED: Tam kurczęta się palą! RADCZYNI ALFRED : Kto u dyabła? AMA : Można? ALFRED: Ależ… RADCZYNI: Widzisz, niewdzięczniku czarny… Panna Ama lepsza, niż ty. AMA: Mam przecie interes do pana. A jak pan nie mógł… RADCZYNI: Nie mógł, pani droga. Głowa go strasznie boli. ALFRED: Uhm… Głowa… okropnie… : To po wczorajszej pijatyce, wie pani. RADCZYNI: Co ty też wygadujesz, Fredziu? ALFRED: Niechże pani siada, skoro mię pani zaszczyciła… RADCZYNI: Może pójdziemy do salonu… ALFRED: Ej, co mi tam salon! AMA: Ja bo przyszłam do pana, jako do poety. ALFRED: Widzi mama, panna Amalia także jest zdania, że salon to nie Parnas. Za to tu jest Parnas. Tylko gdzie tu… Czy na Parnasie były fotele, czy zwyczajne krzesła? RADCZYNI: Że też u ciebie zawsze taki nieporządek! Panna Ama gotowa pomyśleć, że tu się nigdy nie sprząta. ALFRED: A czy na Parnasie wogóle się sprzątało? Zaraz, zaraz… Widzi pani, jeden ze zgubnych skutków alkoholizmu. Wróciłem nad ranem… trochę nieprzytomny… choć nie całkiem, broń Boże… napisałem jeszcze kilka sonetów — co prawda, także niezbyt przytomnych… Zato co za bibka! Papa Zeus i kuzynek Bacchus by nam pozazdrościli. Wypiliśmy w kilku — sześć waz ponczu własnego wyrobu. A wie pani, co taka bycza waza pomieści? Cztery flachy starożytnej przepalanki, dwie butle Jamaika, piąć szampitrów, do tego pół tuzina cytryn i deko kwasu pruskiego… RADCZYNI: Jezus Marya! AMA: Co też pan!… ALFRED: Zwykłe, takie sobie sympatyczne H C N. Dla żołądków dobrze wychowanych, filisterskich — katastrofa, ale nasze tak już spalone od alkoholu, że żadnej wrażliwości! AMA : Żarty… RADCZYNI: Oczywiście, pani droga… ALFRED: Co znowu! Nie wie pani, że mnie trzeba najbardziej brać seryo, kiedy blagują, a nie dać mi za grosz wiary, jak mówię poważnie? AMA : Ja, proszę pana… ALFRED: Bo to, wie pani przecie, nauka już dawno wykazała, że… Pani umie po łacinie? AMA : Nie, ale ja zacznę… ALFRED: Więc wie pani, Baco z Werulam, ten, co to zrobił odkrycie, że cogito, ergo sus… AMA: Wiem, słyszałam. ALFRED : Ten smoczy Baco zrobił drugie jeszcze odkrycie naukowe: że nil est in intellectu, quod non erat in sensu. Nil, rzeka Nil — jestto oczywiście symbol, bo Baco, jak wszyscy morowi ludzie, był symbolistą — prozaicznie więc: tylko Nil, tylko woda jest w intelekcie, jeżeli go się nie zapłodniło in senzualistycznie, doświadczalnie, uważa pani? AMA : No, tak, tak… ALFRED: Więc jeśli my symboliści, dyabolicy, sataniści, mamy pisać infernalne rzeczy, musimy przecie piekiełko przeżyć — co, wszak jasne? AMA: Naturalnie. To bardzo ciekawe. ALFRED: Bardzo, bardzo… To ostatnie słowo, Himalaye wiedzy współczesnej! Tylko że zapleśniałe mózgi naszych profesorów… wogóle konserwatystów, liberałów, fabrykantów, redaktorów i reszty plebsu duchowego… RADCZYNI: Co ty tez, Fredziu… AMA: Nic nie szkodzi, proszę pani, to bardzo ciekawe… ALFRED: Ba, to tajniki naszej wiedzy hermetycznej, misterya eleuzyjskie — wie pani… Ale ja gadam i gadam, a pani miała jakieś życzenie. AMA : Prawda. Ja… ja przychodzę do pana z prośbą. Z wielką prośbą. Tylko… jakby to powiedzieć? ALFRED: Prosto z mostu, panno Amo. Jam człowiek prosty. AMA: Bo to, proszą pana, nasze Koło panien pracy społecznej… ALFRED: Rany boskie! to i panie pracują… AMA: Pewnie. Papa, pański ojciec, wszyscy nam powtarzają, że trzeba pracować dla społeczeństwa… ALFRED: Dla naszego biednego społeczeństwa… AMA: Właśnie… Więc założyliśmy Koło panieńskie i chcemy rozpocząć od wydania jednodniówki… ALFRED: Dla dobra naszego biednego… Świetnie! wybornie! Znakomity początek pracy społecznej! I życzą sobie panie zapewne, abym i ja dał jakiś skromny kwiatuszek do tego, że tak powiem, bukietu zasługi społecznej… AMA: Gdyby pan był łaskaw… Tylko bałam się prosić. Pan taki dziwny… ALFRED: Ja? oczerniono mię przed panią! Drobne tylko anomalie w układzie psychofizyologicznym — inaczej, coby to ze mnie był za artysta! Ale wszystko ustaje wobec magicznego zaklęcia. Skoro pani imieniem społeczeństwa… RADCZYNI: A mówiłam, że nie taki on straszny, jak się wydaje! No, chwała Bogu: pierwsze lody już przełamane… Załatwijcież już tę sprawę sami, ja za chwilę wrócę. Do kuchni muszę zajrzeć, pani droga. Tam przed świętami… a kto wie, co ten szturmak-Kasia… ALFRED: Taak… O czemż mówiłem? więc przychodzi pani od naszego bied-ne-go… ALFRED: Wie pani, po co matka wyszła z pokoju? AMA: Ja… Przecie mówiła… ALFRED: No, tak, tak… Kochane … Kuchnia przedewszystkiem! Ale nie bez tego, aby i inna jakaś myśl nie postała w jej głowie. . Zostawiła nas — bym skorzystał ze sposobności. AMA: Proszą pana… ALFRED: Tylko bez radykalnych hypotez, panno Amo. Moja matka do żadnego radykalizmu w żadnej sferze nie jest zdolna. Ale jest nieodrodną damą z naszej sfery. Wiec skromnie, po staroświecku, ale przecie pomyślała sobie: zostawię młodych… niech się zbliżą… może Pan Bóg znowu odegra sympatyczną rolę swata. AMA: Doprawdy, pan dzisiaj ma sposób… ALFRED: Czy takiej nadzwyczajnej przenikliwości potrzeba, by odgadnąć, co kochane matczysko… Łatwo nawet odgadnąć, co pani, trochę więcej skomplikowana natura, myślała. AMA: …? ALFRED: Może zresztą poza progiem świadomości… coś myślało w pani: pójdę do tego urwipołcia, do tego dekadenta, narwańca, niebezpiecznego indywiduum — ten da mi porządnie na nerwy! będzie ekscytacyjka, będzie! a może… może i całusa oberwę. AMA : Pan pozwoli, że pana pożegnam. ALFRED : Nie rób-że pani obrażonej królewny! Z kim się tu bawić w niewiniątko! AMA : Wiec tak! Nie tak może myślałam, ale coś mię ciągnęło tak okropnie… Muszę powiedzieć prawdę. Od czasu, jak wróciłam z klasztoru… Tam wyobrażałam sobie wszystko takiem pięknem, interesującem… a tutaj… głupio, obrzydliwie… umrzeć można z nudów… I tylko jak z panem odnowiłam znajomość… pan jeden — takie wrażenie! ALFRED : Więc było wrażenie? Hehe, czemu miało nie być? I obustronne, wzajemne, panno Amo! Przypominają się dobre czasy, kiedy… Pamięta pani, jake-śmy razem spędzali wakacye na wsi? Była pani taką sobie kuleczką… AMA ALFRED: Tylko teraz sytuacya polityczna gruntownie zmieniona… Jesteśmy sobie niczego… wcale! Ma pani oczy… trochę płochliwe, trochę czekające… . Na co te oczy czekają? na co? A linia! . Ta linia falista… falująca… Zadowolony byłby majster renesansowy z takiego aktu! AMA: Bo ucieknę — uciekam! Tylko że… tak nie znoszę tego domu! I ta ciocia nieznośna! Obrzydzenie! W klasztorze wyobrażałam sobie: „Dziennik Narodowy"! Dom literatów, artystów, poezyi, sztuki! A tutaj ojciec z ciotką: rachunki, interesy, rachunki, pieniądze — a pozatem… wiem przecie, co ojciec… „Jak ci się ten podoba? Adwokat… ma piękną kancelaryę“… „A ten? Wcale jeszcze nie stary, a już złoty kołnierz“… Ni za grosz tej poezyi, którą ja… tak okropnie… ALFRED: I woli już pani takiego oczajduszę, takiego dekadenta, co jak spojrzy — jakby w serce ukłuł, a jak mówi — krew uderza do głowy, do piersi… robi się gorąco… mgła zaćmiewa wzrok… i jakaś dziwna słabość… omdlałość… tak bolesna a tak roz-kosz-na… Ale z tego nic nie będzie!

[Chodzi wzburzony]

Hehehe, o to idzie! poezyi pani potrzeba! Naco mieszczaństwu artyzm, naco mieszczaństwu miłość — miłość poetów, szał, upojenie! Pani jest z porządnego domu. Pani musi mieć tego adwokata, albo ten kołnierz złoty… przecie pani bogata, edukowana sroka! Miłość–ekstaza? grzech? To dla nas, hołoty artystycznej, waryatów, których się w żadnym porządnym domu… Conajwyżej, jak pani mecenasowej po dwóch latach błogostanu małżeńskiego legalność się znudzi, wówczas kuzynek, może taki przy ostrogach… AMA ALFRED : Pani odchodzi? Ależ… panno Amo!

[Pauza]

RADCZYNI : Co się tu stało, Fredziu? Panna Ama tak zirytowana, płacze… Idź–że ją przeprosić, chodź–że, zaraz! ALFRED: Niech mi mama do stukroć tysięcy da spokój z tą gęsią! Prosiłem: nie chcę jej widzieć… RADCZYNI: Wiedziałam, żeś waryat, ale żeś taki niebezpieczny… Wiesz ty, że ona ma przeszło sto tysięcy posagu? ALFRED: A co to mnie… Sto ty–się–cy?! Nie przypuszczałem… RADCZYNI: I jedynaczka! ALFRED : Aa… Psiakreff! RADCZYNI: Ale ty… BODEŃCZYK RADCZYNI : …. ty zawsze byłeś i jesteś… Ee! : Dobry wieczór panu! BODEŃCZYK : Ttty… powiedz, czemu twoja matka tak mię przyjęła? ALFRED: A co u dyabła nas obchodzi, jak się zachowuje mieszczaństwo! Siadaj, proszę cię. BODEŃCZYK: Wiesz przecie… Jak poczuję ukłucie… spojrzeń, słów — zimno mi się robi, słowa znaleźć nie mogę. ALFRED: Tyś zawsze był bohaterem! Jak cię profesor wywoływał, języka zapominałeś w gębie, a zadania pisywałeś dla całej klasy. BODEŃCZYK: Zdaje się, że tak już będzie przez całe życie. ALFRED: Gratuluję, ale nie zazdroszczę. BODEŃCZYK : Słuchajno, nie masz trochę drobnych? ALFRED: I owszem… . Proszę cię. BODEŃCZYK: Ah, oddycham swobodniej. Od kilku dni chodzę bez grosza. ALFRED: Czemuś mi wprzódy nie powiedział? BODEŃCZYK: Nie lubię, wiesz. Nosiłem się z najrozpaczliwszymi zamiarami. Przyjąłem pisaninę u adwokata. ALFRED: Świństwo. BODEŃCZYK: Bądź spokojny. Już mnie wylali. Piszę, jak kura na piasku. ALFRED: Głupio. Czemu nie radzisz sobie w inny sposób? BODEŃCZYK: Naprzykład? ALFRED: Muszą przecie być sposoby. Czemu nie posyłasz do jakiejś redakcyi wierszy swoich, artykułów. Nie namawiam cię do dziennikarstwa… to świństwo… ale… całkiem zdaleka od prasy się trzymać? Trzeba światu dać się poznać! Ostatecznie — prasa potęga! BODEŃCZYK: Prostytucya także potęga. ALFRED: Słuchaj–no, Bodenius. Przecie nie powiesz, że ja, ponieważ drukuję od czasu do czasu w jakiemś czasopiśmie… BODEŃCZYK: Ty co innego. ALFRED: Co przez to rozumiesz? : Co to znaczy? Ze ty gwiżdżesz na gazety, boś poeta, artysta, a ja… BODEŃCZYK: Uspokój się, Alf. ALFRED: Więc powiedz. Bo ja już od dłuższego czasu widzę… BODEŃCZYK: Nic nie widzisz. Rzecz cała w tem, że ty masz co drukować, a ja nie. ALFRED: Ty nie masz co drukować? Nie, to musi być postawione jasno. Ta twoja tajemniczość, dziwne postępowanie… Czasem mi się wydaje, że ty jeden z pośród nas wszystkich masz w sobie to… to niepojęte, niewytłómaczone, że jak coś powiesz — jakbyś nowy kawał świata stworzył, czasem znów… BODEŃCZYK: Uważasz mnie za idyotę. ALFRED: Znowu dworujesz sobie. Wiesz dobrze, że w ten sposób nikt… Jesteś tylko zagadką. BODEŃCZYK: Sfinksem, Chimerą, Żelazną Maską. Oj, Alf! Alf! ALFRED: Oj, Bodenius, Bodenius! Wiesz, jak lubię ten ton… Bo powiedz sam… Skrytyś, milczący… Czasem tylko pokażesz jakiś utwór, o którym dyabli wiedzą, co myśleć… Cóż to? Nie raczysz się zniżyć do mnie? nie uznajesz mnie równym sobie? BODEŃCZYK: Zwaryowałeś, Alf? ALFRED: Wiesz dobrze, że na tobie jednym mi zależy. Tyś od gimnazyum mnie poniekąd prowadził, z tobą — wiesz, no, pamiętasz przecie! A od pewnego czasu mam wrażenie… BODEŃCZYK: Czego? ALFRED: Że ty tracisz wiarę we mnie. BODEŃCZYK: No, powiadam ci, masz fantazyę, godną nie poety, ale histerycznej baby. Skąd? na jakiej podstawie? Milczący-m, skryty: nie lubię poszarpanych szmat swej egzystencyi wywlekać. Zresztą nie takie historye, jak życie prywatne, powinny nas łączyć. Jest coś ważniejszego… A to znowu — w ukryciu, bo doprawdy, wiesz, nic, nic takiego nie mam, co wytrzymało próbą. ALFRED: Jaką próbę? BODEŃCZYK: Przyszedłem do przekonania, że napisawszy rzecz, trzeba ją zamknąć w szufladzie na dwa lata, potem dopiero osądzić. ALFRED : Dobryś! BODEŃCZYK: Dlatego teraz nie… Za to twoje wiersze czytałem w ostatnim „Tygodniu"… ALFRED: Czytałeś… i…? BODEŃCZYK: I zazdrościłem. ALFRED: Znowu kpiny? BODEŃCZYK: Jakie „znowu"? Alf, mówić z tobą dziś nie można! Zazdrościłem ci formy. ALFRED: Czego? że sonety kują? że piszę rzeczy, jakie ty jeszcze w gimnazyum… i które tylko mamutom mogą się wydać czemś bezwzględnie…? BODEŃCZYK: Wypowiadasz to, co chcesz wypowiedzieć. Nie mniej, nie więcej. I to tak łatwo… igrając. ALFRED: To prawda. Piszą z wielką łatwością… BODEŃCZYK: Czuć to… A nie wiesz — — nie wiesz, co to za męka… nie módz znaleść formy! ALFRED: Dziękuje ci. Niezadługo będziesz zazdrościł mnie i katarynce. BODEŃCZYK: Znowu waryujesz! ALFRED: Bo i dla mnie rzecz nie taka prosta. Piszę z łatwością to, co piszą, ale iluż to rzeczy nie potrafię wyrazić wcale! BODEŃCZYK: I ty? ty takie? ALFRED: Szewska pasya mię nieraz porywa. — Co chwila trzaśnie we mnie jakieś wrażenie, skłębi się jakieś uczucie, jestem jak pistolet nabity, tylko wystrzelić… Za chwilę — zagłuszy je inne wrażenie, albo wyładuje się w dowcipie, w przekleństwie, w koncepcie… A ile takich wrażeń ginie, zanim zdołam je przelać na papier! BODEŃCZYK: Taak… tak… To ty myślisz, że każde takie wrażenie, migawkowe, motyle, jest już treścią artystyczną? ALFRED: Pewnie! toż to mój BODEŃCZYK: Taak… Tak wy prawie wszyscy… Toście bardzo szczęśliwi! ALFRED: Aha, znowu w tej chwili myślisz o swojej głębi… w porównaniu… BODEŃCZYK: Myślą… , że ty niebawem na manię prześladowczą zapadniesz! I , że nie umiesz prowadzić dyskusyi objektywnej. Ja bo, widzisz, nie uważam, aby wyładowanie energii… wyraz poprostu odruchu… aby to była poezya! Tu! tu, tu, jądro kwestyi! ALFRED: Tylko co tedy? wyjęzycz-że się nareszcie! Niechaj wiem już, z czem się tak nosisz, jak kobieta, która ma nowego Pana Boga zrodzić! BODEŃCZYK: Coś ty powiedział, Alf? To twoje porównanie… Bo to istotnie tak… U mnie poezya, sztuka… ALFRED: No, hop! BODEŃCZYK: … ma bóstwo zrodzić! To ta dziewica–matka, mistyczna a ziemska istota, która ma światu dać Zbawiciela. ALFRED: Ba! BODEŃCZYK : Czy nie widzisz, nie czujesz, że wszyscy na to czekają… pragną… tęsknią? Czy nie sądzisz, ze wszystkie nasze niepokoje i szaleństwa, cała nasza anarchia uczuć… wszystko to stąd, że w oczach naszych spróchniały stare fetysze, a nowy bóg dotąd się nie narodził?… A ja go czuję, czuję! ALFRED: Kogo? BODEŃCZYK: Boga! Boga, który świat zbawi! Czuję go — w pewnych chwilach, wiesz, takiego zapamiętania się, ekstazy — powiedziałbym, gdyby słowo nie było za wielkie… Ale żebym mógł ten chaos, ten war uczuciowy w kształt przelać. Żeby to! — … Co za męka, powiadam ci, co za męka!… Nadchodzi noc, jam po godzinach prób, się… Poprostu fizycznie… Pustynia — żar — tajfun — a przedemną fata morgana. Pokój mi się zaludnia… Widma zmarłych bogów… Lalki niedołężne — to postacie jehowiczne… Ocal — wołają — ocal, co z naszej duszy nieśmiertelnem, to wielkie, nienazwane… to… Powiadam ci Alf, ostatnie włókno mózgu… MIROSZ : Co, u dyabła? mówił niewolnik, że panicz w domu… Aa, panicz tu! co widzę? Z Bodeniusem — w ciemnościach — w kąt wtuleni… Słowo honoru! Sytuacya mocno podejrzana! ALFRED : Cichoż, bazgraczu przeklęty! Tam!… Jak się masz! — jak się macie!

A tam? MIROSZ: Nie poznajesz? ALFRED: Tak nagłe przejście od ciemności… Doprawdy… FELKA ALFRED: Felka! FELKA : A to ja, ja! Widzi pan! Mówiłam: odwiedzę pana, a pan: nie! lokaj, ojciec, matka! A przecie jestem! jestem! : Bardzo się pan gniewa? ALFRED : Pycha! bosko! Pokaż-że się, jak wyglądasz! A to ci niespodzianka!! FELKA: Ja już od kilku dni ciągle se myślałam, jakby tu myrgnąć… MIROSZ: Jak się masz Bodenius! Faceci się nie znają? Bodeńczyk, największy niezdara między poetami i największy poeta między niezdarami… Ze Swarą znacie się chyba całe wieki. Obwieszczam fakt ważny, wiekopomny. Słuchajcie narody! Satanizm Swary przebył ewolucyę! Makabryzmem stał się! Baczność: nowe słowo! Zginął satanizm, urodził się makabryzm! Urodził się — gdy ten tu przytomny Swara wszedł do redakcyi „Narodowego“! SWARA: Tylko tego bezeceństwa mi tu nie wymawiać! Ostrzegam! MIROSZ : A to — jegomość Sagam–Saganowicz, jeden z najmądrzejszych ludzi w Polsce, bo ma pieniądze! SAGAN–SAGANOWICZ: Boki zrywać, jak kocham! MIROSZ : Jużeście się naciaćkali, co? Teraz mnie przynajmniej podziękujcie za tę frajdę. Musisz bo wiedzieć, że cały ten bal kostyumowy, to moja idea! Dobra? ALFRED: Pierwszy pomysł artystyczny, który ci się udał! MIROSZ: No, zato ALFRED : Ani mi się waż! FELKA : Daj mi spokój! MIROSZ: A to mi się podoba! nowe hece! Moja dziewczyna, moja modelka!! ALFRED: Teraz my do siebie należymy i o tem co było — zapomnij! Ja tam o przeszłość nie pytam, ja mam przeszłość sto razy gorszą, niż ta… ofiara losu… MIROSZ: Ofiara! hahahaha! BODEŃCZYK : Nie bądź–że parobkiem, ty! MIROSZ: Jak to znać, że człowiek wszedł do dobrego towarzystwa, do mieszczaństwa… Filistry! burżuje!! FELKA: Jaki pan dobry! jaki pan dobry! ALFRED: A czemu ty do mnie „pan" mówisz? FELKA: Bo ja wiem… jakoś nie mogę… chociaż nikt dla mnie nie był taki… nikt!! SWARA: Tak to logicznie! poglądowo! Miłość i płacz — instynkt płciowy i ból… to życie! życie! BODEŃCZYK: Głupiś! . ALFRED: Feluś, Feluśka, no, uspokój–że się! Moja kochana, moja złota! Bo tam słychać! MIROSZ : Aha, wylazł filister, wylazł mamin synek!! BODEŃCZYK: Miejże rozum, chłopie! MIROSZ: Od ciebie go nie pożyczę! BODEŃCZYK SAGAN: Ii, to wcale nie jest zabawne! Myślałem, jake–m był w sztubie, potem na wsi, że przyjadą tu… użyje się życia! Całemi nocami, bywało, człowiek dumał o tych kawiarniach, o tych knajpach, o tych pracowniach, gdzie mają się dziać takie ciekawe rzeczy… Malarze, malarki, modelki, studentki, nagie dusze… MIROSZ : Jak się spłuczesz przy kartach do naga, będziesz nagą duszą! Teraz płać i bądź kontent, że my artyści za twoje pieniądze pić chcemy! SWARA: To pan na studya artystyczne przyjechał? SAGAN: Ja agronom jestem, panie, ale… BODEŃCZYK: Ale o zdecydowanym kierunku modernistycznym — prawda? SAGAN: Naturalnie, panie, naturalnie. Jak się przyjeżdża z Podola, panie, gdzie człowieka tygodniami nie widać, a dziewczyny się kąpią raz na rok… BODEŃCZYK: Musi się być modernistą. SWARA: A ja panu powiadam, że modernizm funta kłaków nie wart! że to puste słowo, łupina bez treści… Artysta jest wizyonerem, panie, widzi to, czego gawiedź tępemi ślepiami nie dostrzega… SAGAN: Ja też przyjechałem, aby mi artyści pokazali, czego u siebie na wsi nie mogłem… Bo jeśliby o zwyczajne sikorki chodziło… SWARA: Czy nie potrafisz pan ani na chwilę wznieść się nad te kretyniczne dowcipy? Taniec szkieletów! Oto, co artysta dostrzega, przebijając się przez złudne pozory bytu… Taniec szkieletów, panie… BODEŃCZYK : Ależ Swaro, duszo kochana, pan nie dowcipy prawi, ale całkiem seryo. Poznać przecie po panu, że jest modernistą… MIROSZ : I dekadentem! BODEŃCZYK: To pan i dekadentem! Proszą! to ciekawe!! Muszę bo panu się przedstawić, że jestem frenologiem, t. j. badaczem jaźni współczesnego pokolenia. A pan masz jaźń? SAGAN: Ja, panie, ja… mam dwie wsi na Podolu. MIROSZ: To ma dwie jaźnie! SWARA: Ee, z wami nie można poważnie dyskutować o sztuce! FELKA : A jak tu u pana ładnie! ALFRED: Dzieciaku, co tu ładnego? Nawet kwiatka dla ciebie nie mam. FELKA: To pan kwiaty–by mi dawał? Mnie dotąd nikt kwiatów nie ofiarował, a był jeden… co bił. ALFRED: Psiakrew! FELKA: Ale teraz mi tak dobrze, dobrze… Zdaje mi się, com o tyle młodsza… I że żyje moja matka jeszcze… Bo musi pan wiedzieć, że póki matka żyła… ojoj! I do szkoły chodziłam. Nauczycielką miałam zostać! Ale co tu gadać… Teraz… teraz… tak mi dobrze! ALFRED: I będzie ci dobrze, będzie! Zobaczysz, Feluś! SAGAN: Spodziewam się, że wam będzie dobrze! MIROSZ : Zdaje się, że my tu jesteśmy zbyteczni, panowie. ALFRED: Cóż znowu… Przepraszam was bardzo… Moi drodzy… MIROSZ: Walmy lepiej do knajpy! Tam przynajmniej gardła przepłuczemy! ALFRED: Ty jeszcze się gniewasz, stary? No, dajże pokój… Ja… Zaraz, poczekajcie! Mam ideę! Tam, wiecie, wielkie przygotowania świąteczne… FELKA MIROSZ: A huś stąd, kurko, bo zobaczą i… BODEŃCZYK : Jeszcze jedno takie słowo, Mirosz, a ciebie… FELKA : Pan jest dobry… BODEŃCZYK Ja, proszę pani… Pani zbyt łaskawa… ALFRED Heureka, dobra nasza! MIROSZ: No, przecie nie skończy się dzień na głupstwach! SAGAN: A jaka marka? Niech-no pan pokaże. ALFRED: Tylko kieliszków nie mogłem już więcej… MIROSZ: Nie szkodzi, nie szkodzi… (Bierze z umywalni szklankę). Mnie to wystarczy. SWARA: A ja to chyba z butelczyny. SAGAN : Przepraszam pana, kto widział! MIROSZ: Ergo bibamus! ALFRED: Pijmy! Taki dzisiaj dzień dziwny… A przedewszystkiem te przejścia z tobą… BODEŃCZYK: Aż przejścia? ALFRED: Nie wiesz nawet, jak taka rozmowa… Wpadam na same dno zwątpienia, tom znowu poprostu wniebowzięty. MIROSZ: Wniebowziętyś? ergo bibamus! ALFRED: Byłem już zupełnie zdesperowany, czy ze mnie coś będzie, teraz znowu czuję taką pełnię, moc, siłę do wielkich rzeczy… MIROSZ: Do wielkich rzeczy? Ergo bibamus! SWARA: Wszyscy jesteśmy do wielkich rzeczy! My trupy chodzące, my dzieci nocy i gwiazd złowieszczych… MIROSZ: Przestań–że krakać, truposzu przebrzydły! :

Dzisiaj u mnie w brzuchu kiełbasa siedzi, Gorącego ponczu szklanek sześć, Ale za to jutro ani śledzi Nie będziemy mieli za co jeść — Kto chce z nami igrać, niech igra, Ale zje sto dyabłów, nim wygra —

SWARA i SAGAN:

Kto chce z nami igrać, niech igra, Ale zje sto dyabłów, nim wygra!

SAGAN: Niech żyje piękna panna Felicya! ALFRED: Na miłość boską, ciszej! MIROSZ: Aha, filistry straszą! ALFRED: Głupstwo! Kto wczoraj tak plunął w gębę całej opinii naszego biednego społeczeństwa? SWARA: Świetnieś to zrobił, Alf. W całem mieście tylko o tem mówią. ALFRED : Mówią? doprawdy? Opowiadajże! SWARA: A u nas w redakcyi — piekło, powiadam ci. Zaraz raniutko przyjechała znakomitość narodowa, zamknęła się ze Starzeckim w jego gabinecie, w wieczornym „Narodowym" jest już zapewne artykuł o młodzieży zgniłej, dekadenckiej, nie znającej czci dla ideałów… WSZYSCY: Hahahaha! SWARA: Starzecki całe przedpołudnie na mnie, jak wilk… Chryste Panie, kiedy mnie wyzwolisz z tej niewoli! MIROSZ: Wiesz, truposzu, daj staremu przeczytać jeden swój wiersz makabryczno-sataniczny, to wyleje cię i będziesz wyzwolony. SWARA: Alboż raz mu dawałem, myślisz? a on… MIROSZ: Co, on? SWARA: Gniewał się, że mu zużywam papier redakcyjny. BODEŃCZYK: Dobrze ci, czemu się wdajesz z Judaszami! SWARA: Nie mogę patrzeć, jak moja stara i czworo pędraków w suterenach gniją. Zabij mnie, słaby jestem, nie mogę patrzeć! BODEŃCZYK: Że też, do stu dyabłów, nie uczą nas od dziecka także jakiegoś rzemiosła! Człowiekby nie potrzebował duszy takim Starzeckim sprzedawać! FELKA: Kto jest ten pan, że tak wszyscy na niego: bij, zabij? ALFRED: To… jakby ci powiedzieć… taki, co się sprzedaje każdemu, co płaci, jak pewne kobiety sprzedają swe ciało. FELKA: Czy on… czy on… z musu? ALFRED : Żeby to! Bogaty, wściekle bogaty, sto tysięcy i więcej daje córce! Ale ja… Wiecie, co mu niedawno powiedziałem, gdym go spotkał u ojca? — powiedziałem mu — że pan nie umarł przed trzydziestu laty… Kwestowałbym dziś na pomnik autora rapsodów: „Z pobojowiska". WSZYSCY: Hahahaha! SWARA: A co on na to? ALFRED: Nazwał mię figlarzem i zaprosił do współpracownictwa! SWARA: Jak doskonale poznaję go, mego szefa czcigodnego! Kto po drodze… weźmie, wyciśnie, zużyje — byle handel szedł. ALFRED: A ja wam coś powiem… Tylko słuchajcie spokojnie… spokojnie. Przyjąłem zaproszenie Starzeckiego i dałem do „Narodowego" wiersz! BODEŃCZYK, SWARA, MIROSZ: Ty!? MIROSZ: Hahahaha! To są nasi Katony, to nasi intransigeanci! Podał stary Judasz paluszek mały — ALFRED: Wiersz dałem… akrostychon. FELKA, SAGAN: Co takiego? ALFRED : Taki utwór, wiesz, że pierwsze litery każdego wiersza składają się na pewne wyrazy… SWARA: Et tu Brute! ALFRED : Dałem, małpy, bazgracze, hołoto przeklęta! To takie macie o mnie wyobrażenie!?

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…