Read here

Marcin Podrzutek

Eugène Sue · 1846 · Free in the US

795,871 words · about 55 h 44 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1846 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Marcin_Podrzutek_(tłum._Porajski)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Eugène Sue
Language
Polish
Published
1846
Length
795,871 words · about 55 h 44 min
Sections
149 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (149)
  1. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  2. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  3. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 16 min
  4. czyli Pamiętniki pokojowca about 16 min
  5. czyli Pamiętniki pokojowca about 5 min
  6. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  7. czyli Pamiętniki pokojowca about 15 min
  8. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  9. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  10. czyli Pamiętniki pokojowca about 8 min
  11. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  12. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  13. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  14. czyli Pamiętniki pokojowca about 7 min
  15. czyli Pamiętniki pokojowca about 14 min
  16. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  17. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 h 7 min
  18. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  19. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 24 min
  20. czyli Pamiętniki pokojowca about 7 min
  21. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  22. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  23. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  24. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  25. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  26. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  27. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  28. czyli Pamiętniki pokojowca about 22 min
  29. czyli Pamiętniki pokojowca about 6 min
  30. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  31. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  32. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  33. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  34. czyli Pamiętniki pokojowca about 3 min
  35. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  36. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  37. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 42 min
  38. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  39. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  40. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  41. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  42. czyli Pamiętniki pokojowca about 13 min
  43. czyli Pamiętniki pokojowca about 5 min
  44. czyli Pamiętniki pokojowca about 6 min
  45. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  46. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  47. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 min
  48. czyli Pamiętniki pokojowca about 8 min
  49. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  50. czyli Pamiętniki pokojowca about 14 min
  51. czyli Pamiętniki pokojowca about 7 min
  52. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  53. czyli Pamiętniki pokojowca about 23 min
  54. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  55. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 36 min
  56. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  57. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  58. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  59. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  60. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  61. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  62. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  63. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  64. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  65. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  66. czyli Pamiętniki pokojowca about 14 min
  67. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  68. czyli Pamiętniki pokojowca about 6 min
  69. czyli Pamiętniki pokojowca about 8 min
  70. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  71. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  72. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  73. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 33 min
  74. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  75. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  76. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  77. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  78. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  79. czyli Pamiętniki pokojowca about 14 min
  80. czyli Pamiętniki pokojowca about 8 min
  81. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  82. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  83. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  84. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  85. czyli Pamiętniki pokojowca about 8 min
  86. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  87. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  88. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  89. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  90. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 45 min
  91. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  92. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  93. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  94. czyli Pamiętniki pokojowca about 25 min
  95. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  96. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  97. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  98. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  99. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  100. czyli Pamiętniki pokojowca about 7 min
  101. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  102. czyli Pamiętniki pokojowca about 17 min
  103. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  104. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  105. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  106. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 42 min
  107. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  108. czyli Pamiętniki pokojowca about 16 min
  109. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  110. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  111. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  112. czyli Pamiętniki pokojowca about 13 min
  113. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  114. czyli Pamiętniki pokojowca about 6 min
  115. czyli Pamiętniki pokojowca about 15 min
  116. czyli Pamiętniki pokojowca about 13 min
  117. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  118. czyli Pamiętniki pokojowca about 16 min
  119. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  120. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  121. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  122. czyli Pamiętniki pokojowca about 2 h 29 min
  123. czyli Pamiętniki pokojowca about 20 min
  124. czyli Pamiętniki pokojowca about 17 min
  125. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  126. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  127. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  128. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  129. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  130. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  131. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  132. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  133. czyli Pamiętniki pokojowca about 7 min
  134. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  135. czyli Pamiętniki pokojowca about 4 min
  136. czyli Pamiętniki pokojowca about 5 min
  137. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  138. czyli Pamiętniki pokojowca under 1 min
  139. czyli Pamiętniki pokojowca about 1 h 50 min
  140. czyli Pamiętniki pokojowca about 11 min
  141. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  142. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  143. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  144. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  145. czyli Pamiętniki pokojowca about 12 min
  146. czyli Pamiętniki pokojowca about 13 min
  147. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min
  148. czyli Pamiętniki pokojowca about 10 min
  149. czyli Pamiętniki pokojowca about 9 min

Continue:

czyli Pamiętniki pokojowca

MARCIN PODRZUTEK

CZYLI

PAMIĘTNIKI POKOJOWCA

PRZEZ

EUGENIUSZA SUE

SPOLSZCZONE

TŁUMACZA TAJEMNIC LONDYNU.

WARSZAWA.

Nakładem S. H. Merzbacha, Księgarza

przy ulicy Miodowéj Nr. 486.

1846.

Wolno drukować, z warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury po wydrukowaniu, prawem przepisanéj liczby exemplarzy. W Warszawie, dnia Lipca 1846 r.

czyli Pamiętniki pokojowca

MARCIN PODRZUTEK

CZYLI

PAMIĘTNIKI POKOJOWCA

PRZEZ

EUGENIUSZA SUE

SPOLSZCZONE

TŁUMACZA TAJEMNIC LONDYNU.

WARSZAWA.

Nakładem S. H. Merzbacha, Księgarza

przy ulicy Miodowéj Nr. 486.

1846.

czyli Pamiętniki pokojowca

MARCIN PODRZUTEK

CZYLI

PAMIĘTNIKI POKOJOWCA

PRZEZ

EUGENIUSZA SUE

SPOLSZCZONE

TŁUMACZA TAJEMNIC LONDYNU.

Tom Pierwszy.

WARSZAWA.

Nakładem S. H. Merzbacha, Księgarza

przy ulicy Miodowéj Nr. 486.

1846.

.

WSPOMNIENIA MARCINA.

.

.

Okolica Solonii, w któréj rozciągają się z północy ku południowi departamentu Loiret, Loir i Cher, tworzące część tak zwanéj niziny Soldry, nosi na sobie właściwe piętno. Ujrzysz tu same prawie obszary niezmiernych lasów jodłowych, gdzieniegdzie przerznięte wielkiemi płaszczyznami piasku, lub torfowéj ziemi, w czasie przyboru rzek i strumieni zawsze prawie wodą zalane. Daléj znowu obaczysz rozległe stawy, otoczone gęstemi krzaki tataraku i kwitnącego sitowia, ponad któremi krążą kuliki, czajki, i inne wodne ptastwo. Tu i owdzie tylko zielona łąka, wyglądając z pośrodka gęstych krzaków młodocianego dębu, urozmaica jednostajność tego krajobrazu.

Trudno wyobrazić sobie melancholijną ciszę tych okolic, których horyzont ograniczają czyli raczéj tworzą rozłożyste lasy jodłowe; czasami tylko zakłóci ją uderzenie siekiery obalającéj drzewo, ale i ten odgłos wnet tonie w głuchém milczeniu. Lecz skoro wiatr zawieje, skoro się tylko poruszy, wtedy trące się wzajem gałęzie drzew z trzaskiem szeleszczą, a las szumi długo, ponuro, niby dalekie bałwany rozhukanego morza. Chceszli napawać się widokiem majestatycznym, wyjdź za las i przypatrz się zachodowi słońca, kiedy powoli kryje się po za niedoścignione okiem, gładkie jak morze i tylko różowém zielem lub zieloną trzciną pokryte równiny, któremi powiéw wieczornego wiatru, niby zielonemi kwiatami zasłanym kobiercem łagodnie porusza. Drapieżne ptaki, ci zwykli mieszkańcy wielkich samotnych lasów, sępy, orły, sokoły i jastrzębie żyją tu równie gromadnie jak i ptastwo wodne. W zimie szczególną cechą téj okolicy jest jednostajna i posępna zieloność tych sosnowych i dębowych lasów, miejscami tylko przeplatanych młodemi zawiłami jodły lub brzozy, i wśród których znajdują się zawsze łożyska lisa, sarny lub wilka; gdzie często zabiegają jelenie i dziki sąsiednich lasów. To téż ta okolica jest obiecaną ziemią myśliwych i ukradkowych łowców, bo tu napotkasz obficie zająca, czerwoną kuropatwę i bażanta, znajdziesz takie mnóstwo królików, że począwszy od zamożnego właściciela wioski, któremu ogryzają młode drzewka, aż do ubogiego rolnika, któremu lichą rolę pustoszą, wszyscy wytępiają ich jak dotkliwą plagę kraju. Przy końcu października 1845 roku, w piękny dzień jesienny, dwa rozmaitéj powierzchowności orszaki ciągnęły naprzeciw siebie środkiem obszernéj równiny, od północy drobnemi krzaczki zarosłéj a zakończonéj rozległym, nieprzejrzanym lasem. Jeden orszak składał się z konnego myśliwca i dwóch pieszych służących, prowadzących na smyczach około trzydzieści zesforowanych psów, najczystszego angielskiego pomiotu (Fox-Hounds) z czarnym, gdzieniegdzie tylko biało lub pomarańczowo nakrapianym włosem. Myśliwiec jechał stępo przewodnicząc psiarni, która dzięki karcącemu harapowi obu pieszych służalców, niby tylną straż stanowiących, postępowała za nim w najdoskonalszym porządku. Myśliwiec, człowiek blizko sześćdziesiątletni, miał cerę brunatną, czarne, ogniem płonące oczy i włos siwy; ubrany był w strzelecką czapkę z lakierowanéj skóry, bronzowy surdut z jasno-niebieskim kołnierzem, u kołnierza i kieszeni obszyty srebrnym galonem, bóty ze sztylpami i ciemne aksamitne spodnie. Psiarkowie zaś mieli na sobie podobną liberyą, ale miejsce bótów zastępowały u nich wysokie z czerwonawéj skóry kamasze, a przez piersi spadały im połyskujące mosiężne trąbki myśliwskie. Drugi orszak, jadący naprzeciw piérwszemu, tworzyło cztérech konnych żandarmów, mając na czele wachmistrza, o którego godności świadczyły błękitne, jedwabne, srebrem przeplatane akselbanty. Byłto człowiek dobrze już podżyły, którego oblicze przedstawiało dziwną mieszaninę głupoty i zarozumiałości. Pan Beaucadet dowodzący wachmistrz departamentalnéj żandarmeryi, z napuszystą miną osadziwszy trójgraniasty kapelusz na śpiczastém czole, na którém sterczały gęste wypukłe brwi, z nosem w górę zadartym, z faworytami wpółksiężyc podgolonemi, z piersią pod błękitnym mundurem i żółtemi liderwerkami wyprężoną, w biodrach ściśnięty pendentem ogromnéj szablicy, poważnie utkwiwszy nogi w wielkie palone bóty, wsparł prawą rękę na biodrze i wolnym krokiem nadjeżdżał, kiedy niekiedy dumném spojrzeniem mierząc siebie i świtę. Była to, że tak powiémy, urzędowa postać pana Beaucadet: który, jak się sam nieraz chlubił, był jeszcze bardzo miłym człowiekiem, bo mimo dojrzałego wieku, nie wyrzekł się jeszcze chęci przypodobania się, a sława jego miłostek rozlegała się od Salbris aż do Romorantin; że zaś obywatelskie i zarazem wojskowe obowiązki pana Beaucadet, nieczułego narzędzia prawa, zniewalały do zachowywania pewnéj powagi, przeto dla tajemnych przybierał charakter obłudnego a obyczajów wiejskiego sołtysa. Słowem, postać pana Beaucadet przedstawiała doskonały obraz dumnéj i zadowolonéj z siebie głupoty. Ponieważ strzelcy i żandarmi dwoma, naprzeciw siebie wiodącemi drogami nadjeżdżali, koniecznie zatém spotkać się musieli w pobliżu młodych zarośli graniczących z gęstym lasem i otwartą równiną. — Ach! otoż i pan Beaucadet, rzekł z widoczną niespokojnością stary myśliwiec do swych dojeżdżaczy, zatrzymując konia u krzyża na roztajnéj drodze; wypada grzecznie powitać tak zacnego żandarma, bo widzicie, chłopcy, żandarma wszędzie się wita; on to bowiem w niedzielę pełni po szynkowniach policyjną służbę. Pan Beaucadcet wkrótce nadjechał, wstrzymał konia obok starego myśliwca, a obracając się ku niemu, zarozumiale, poważnie i zarazem żartobliwie spytał: — O! ho! już widzę, zamyślacie, ojcze Latrace, ścigać dzikiego zwierza przez wszystkie góry i doliny tego lasu? — Zbytek grzeczności, mości Beaucadet, odpowiedział myśliwiec przykładając rękę do daszka swojego kaszkietu; zwierzę które ułowić zamierzamy nie jest tyle dzikie, jak raczéj chytre.... myślimy poprostu założyć na lisa, i mam nadzieję że nam nie ujdzie, skoro tylko przybędzie pan hrabia, jego syn i całe towarzystwo. — Ach! więc tutaj macie się zebrać? — Tak, panie Beaucadet, i dla pana który, jak głoszą, miłujesz płeć piękną, znajdzie się w towarzystwie pana hrabiego świeża i ładna zwierzynka. — Mężczyzną jestem, dla tego téż wymawiać się nie mogę nieznajomością praw.... miłości, napuszyście odrzekł pan Beaucadet, dumny, że mógł przytoczyć ten prawny ustęp, który często powtarzać lubiał. Ale o jakiéjżeto zwierzyńce wspomniałeś, ojcze Latrace? — Są to sąsiadki pana hrabiego, pani Wilson i jéj córka. — Aha! to te Amerykanki, siostra i siostrzenica tego grubego jak beczka jegomości, co to niedawno przybył w nasze strony... powiedział pan Beaucadet, zalotnie mocując na głowie trójgraniasty kapelusz. Obaczymy..... mówią, że nieszpetne sobie; pojadę zawizować świadectwa tych Amerykanek i sprobuję... nieco rzucić na nie okiem zukosa. — To pan widzę myślisz zaniedbać tę małą Bruyère? ze złośliwym przycinkiem odrzekł stary strzelec. — Kto to jest, ta jakaś Bruyère? lekceważąco spytał Beaucadet. Bruyère? ta co pasie indyki na folwarku Grand-Genevrier, ta mała dziewczyna, nie większa od mego botforta, co z swém wielkiém obłąkaném okiem i wieńcem na głowie wygląda jak istna waryatka, a którą ci głupcy Solończycy mają za małą czarownicę lub coś podobnego? No, ojcze Latrace, chyba mniemasz żem godzien należeć do dwunożnéj trzody téj pasterki, skoro mi takie rzeczy prawisz. — Cóż znowu, mości Beaucadet? z drwiącą spokojnością odpowiedział stary myśliwiec, dajże pan pokój, taki znawca i lubownik, a zapiera się. Przecież sam nieraz, ani dziesięć razy słyszałem jak pan utrzymywałeś, że na kilkanaście mil wkoło nie masz milszego dziewczęcia jak ta Bruyère, mimo jej nizkiego wzrostu? — Nadużywałem waszéj łatwowierności, ojcze Latrace. — Hm, mówią jednak w okolicy, że widywano jak pan wachmistrz w tych wielkich bótach, ciągnąc konia za sobą, biegałeś po łące aby dopomódz małéj Bruyère w spędzaniu jéj indyków? — Ja? — Tak, mości Beaucadet, dodają nawet, że raz, kiedyś pan chciał mimo woli małéj Bruyère, poswywolić z nią trochę, dwa największe indyki, o których mówią, że je zaczarowała, a które są tak złe że bronią jéj jak psy, skoczyły panu do oczu; a nawet nos panu straszliwie pokaleczyły, mimo żeś pan dzielnie pałaszem odpierał razy ich dziobów; a tymczasem mała Bruyère, śmiejąc się na całe gardło, uciekła. Pan Beaucadet zmarszczył brwi, podniósł wyżéj swój zadarty nos, i przybierając niby żartobliwy uśmiéch, odrzekł zwykłym sobie poważnym głosem: — A to coraz pocieszniéj! Ja, ja miałem walczyć z indykami, miałem być od nich pokonany i podziobany, bom chciał poswawolić z ich pasterką! — Dosyć tych żartów stary figlarzu; mówmy o czém inném. A więc pan hrabia powrócił? Czy długo zabawi w tych stronach? — Na honor, nie wiem; pan hrabia zwykle mało mówi; skoro powie: zrób to! prawie nic więcéj nie doda; zbyt to dumny i surowy człowiek. — On! pan hrabia! bardzo wierzę — z uczuciem zadziwienia zawołał pan Beaucadet. Jestto wzór ziemskiego właściciela, nie więcéj jak działowa kula czuły na każde jeżeli, lecz, ach! o Boże! zawsze opierający się na swojém prawie, słuszności i własności. O! ten człowiek nie robi ceremonii, i już ze dwadzieścia razy sprawił mi przyjemność, że tych urwisów Solończyków pakować kazał do aresztu, za to, że w jego lasach suche gałęzie zbierali... Czcigodny to mąż, nie dla swoich suchych gałęzi, ale dla szacunku saméj rzeczy... Tak jest, ja cię poważam! ty surowy dziedzicu! — silnie niby wzdychając dodał pan Beaucadet. A jeżeli znowu chce, jaki wyraz umie nadać swéj twarzy! Są ludzie gotowi kosztem własnéj kieszeni opłacić przyjemność posiadania takiéj powierzchowności, byleby złoczyńcy przed niemi drżeli. Przyznaj sam, ojcze Latrace, że obok hrabiego, młody wice hrabia, jego syn, wygląda jak niewieściuch. — Prawda, że pan hrabia, nie ma w sobie tego co to nazywają delikatnością; jednak jestto człowiek sprawiedliwy: choć nikomu nie przepuści, ale niesłusznie też nigdy nie karci. A przytém mówią; że dawniéj miał być bardzo dobrym, i że w uprzejmości nikomu wyprzedzić się nie pozwalał. — Pan hrabia... dobry człowiek?... nadużywasz mojéj szczerości, ojcze Latrace. — Tak dalece był dobry, że dla tego okazał się aż za słaby... — Pan hrabia... słaby?... nadużywasz mojéj łagodności, ojcze Latrace. — Lecz ni ztąd ni zowąd pan hrabia nagle z baranka przemienił się w wilka. — Pewno mu musiano za nizko przystrzydz wełnę? — Być może; zresztą namiętnie lubi polowanie, a ta namiętność starczy za wszystko, śmiejąc się rzekł Latrace. — Dodajmy, że każdy myśliwy okrutnym jest dla łotrów, którzy ukradkiem w cudzych kniejach polują; czego najlepszy dowód mamy na tym nikczemniku Béte-puante jak się słusznie nazywa; ale niech się chwali jak chce, że mi się ciągle wymyka... chyba nie będę wachmistrzem Beaucadet, jeżeli go prędzéj lub późniéj nie dostanę w moje ręce. — I dobrze pan uczynisz — rzekł strzelec, a po twarzy jego przebiegł wyraz niespokojności; bardzo dobrze, hrabia panu mocno będzie za to obowiązany, bo téż łowy passyami lubi. — Dalibóg! zawczoraj przyjechał, a dziś już jest na polowaniu. — Co pan chcesz, panie Beaucadet; już blizko ośm miesięcy, jak ani hrabia, ani jego syn nie dotknęli się broni, nie zasłyszeli odgłosu myśliwskiéj trąbki, bo w marcu jeszcze, zaraz po zamknięciu polowania ztąd odjechali... inaczéj, mości Beaucadet, panbyś pewno nie zrzekł się przyjemności spisania protokułu, gdyby kto po 12 marca polował. — To też szczycę się i chlubię tém, że umiém wzbudzić szacunek dla prawa, którego jestem uosobieniem. Z dniem 12 marca zamykają się łowy, każdy winien o tém wiedziéć, bo jak mówi

nieznajomość prawa nikogo nie uniewinnia... wytrawny to był człowiek ten prawodawca!.. nawiasowo i z figlarnym uśmiechem dodał pan Beaucadet; ja, to co dzień powtarzam tym hołyszom, solońskim wieśniakom, kiedy mi płaczliwym głosem mówią: „Ależ, panie Beaucadet ja nie wiedziałem, że tego robić nie wolno. Ja nie mogę znać prawa, bo mi go nigdy nie odczytywano, a sam czytać nie umiem.”

— W rzeczy saméj skoro kto czytać nie umie — powiedział stary myśliwiec potrząsając głową, — a skoro mu prawa nigdy nie odczytywano... to jakże ma je znać? Jeden żandarm z orszaku, stary wojak rubasznéj, otwartéj miny, zdobny blizną na twarzy, szewronem na ramieniu, i czerwoną wstążeczką w pętlicy, nieraz już wciągu rozmowy swego przełożonego z myśliwym, wzruszył ramionami, a na końcu korzystając z przywileju jaki mu nadawała, lub na jaki pozwalała długoletnia służba, nieco z przyganą odezwał się do wachmistrza. — Ale my tu czas na gawędce tracimy, a obława nasza zupełnie chybić może. — Cicho w szeregu!... rozkazująco zawołał pan Beaucadet przez ramię spoglądając na przerywającego mu żołnierza. — Warto téż było trudu... kazać nam nabijać karabiny i pistolety! — mruknął nieukontentowany stary wiarus. — Obława? nabita broń? — rzekł zdumiony strzelec. — O! rozumiem, dodał po chwili, — pewno wpadliście panowie na ślad jakiego łotra, jakiego wykradacza zwierzyny.... a może Bêtepuanta?.... I znowu na twarzy starego myśliwca zabłysła lekka obawa. — Łotra? wykradacza?.. pogardliwie rzekł wachmistrz — Ej, cóż znowu!... zwierz którego ja chcę osaczyć tak się ma do łotra lub kontrabandzisty, jak dzik lub wilk do lisa, którego upolować zamyślasz, ojcze Latrace — dodał pan Beaucadet; ale ja się nie spieszę z założeniem sieci, a to dla pewnych powodów. Nim przystąpimy do dalszego ciągu naszéj powieści, przypominamy czytelnikowi, że scena obecna miała miejsce prawie obok gęstych zarośli, ponad któremi wznosił się wysoki las jodłowy. — Ścigasz pan zatém jakiegoś wielkiego złoczyńcę? spytał myśliwy. Pan Beaucadet, któremu nagle coś na myśl przyszło, zamiast odpowiedziéć, zapytał myśliwca: — W któréj części lasu będziecie polowali? — Nasz lis jest w drugiéj części lasów Aubepinu. — A to podobno tam gdzie te wielkie skały i największa gęstwina? z zajęciem dokończył wachmistrz. — Tak panie Beaucadet, prawdziwa knieja dzików... na pańskie usługi; taka gęstwina, że i psom trudno tam będzie dostać się... Po krótkim namyśle wachmistrz zawołał: — Mój zbieg pewnie jest tam, nie gdzieindziéj! Dziś rano o świcie jeden leśnik widział w tamtéj stronie człowieka w łachmanach, którego rysopis zgadza się zupełnie z moim zbójcą, a że nie ośmieli się wyjść z lasu wśród białego dnia, przeto równie pewny jestem że go schwycę, jak ty, ojcze Latrace, że osaczysz swego lisa. — Skoro tak, panie Beaucadet, na cóż czekacie, na co odwlekacie poszukiwania? — Czekam na jednego z moich ludzi, który mię o rozpoczęciu obławy zawiadomi; wtedy z trzech stron obstawimy mojego zbójcę i zapędzimy go ku brzegowi lasu gdzie ja z moimi żandarmami czuwać będę. — I od kiedyżto w naszéj okolicy znajduje się zbójca? — Widzę że od kilku dni nie musiałeś być w Salbris? — Nie. — Dla tego téż nie czytałeś u burmistrza rysopisu tego złoczyńcy? — Nie, panie Beaucadet. — No, to ja ci go przeczytam. Skoro go spotkasz, przy pomocy twych dojeżdżaczy będziesz mógł go przytrzymać. — Słuchajże ojcze Latrace i wy chłopcy słuchajcie — dodał pan Beaucadet, obracając się do przystępujących bliżéj dojeżdżaczy. Tu wachmistrz wydobył papier z olstrów i czytał co następuje.

Rysopis tak zwanego Bamboche.

— Szczególne nazwisko, rzekł Latrace. — Sprawiedliwość nie znając go pod prawdziwym nazwiskiem, zniewolona jest zniżyć się do tego stopnia, że obecne tylko ogłasza — odpowiedział pan Beaucadet, i czytał daléj: „Więźniowi temu, którego prawdziwa nazwa ani poprzednie życie nie jest znane, udało się, w nocy z 12 na 13 października, ujść z więzienia w Bourges, gdzie zamknięty był jako obwiniony o morderstwo. Wszelkie okoliczności naprowadzają na myśl, że zbrodzień znalazłszy schronienie w lesie Romorantin, gdzie tylko co nie został pojmany, zaszedł do lasów i borów rozciągających się w okolicy Vierzon, Salbris i Laferté-Saint-Aubin. „Obwiniony, ma lat około trzydziestu, herkulesową siłę i niezwykłą śmiałość, wzrostu pięć stóp siedm cali i dwie linie, włosy mimo młodego wieku prawie siwe, brwi ciemne, czoło szerokie, otwarte i nieco łyse, oczy szare i okrągłe, nos orli, usta zwyczajne, brodę czworokątną, twarz długą, policzki mocno wystające, cerę czerwoną”.

Szczególne znaki.

„Zbieg ten ma na lewéj piersi błękitne i czerwone wykłócie, przedstawiające dwa serca strzałą przeszyte, nad niemi trupią główkę, a pod spodem dwie skrzyżowane szpady związane czarną wstążką, na któréj wypisane są czerwonemi literami następujące wyrazy:

Baskina aż do skonu. Jéj miłość, lub śmierć. 15 Lutego 1826.”

— Baskina? i to także jakieś dziwne nazwisko, przerwał myśliwiec. — Nazwisko, zaiste godne wyrycia na piersiach, złoczyńcy zwanego Bamboche, odpowiedział żandarm, Baskina! To mi nazwisko! — I potém, sam pan przyznaj, mówił znowu myśliwy, że skoro Bamboche jeszcze w roku 1826 poprzysiągł pannie Baskinie dożywotną miłość, to bardzo młodo musiał się zakochać, bo kiedy teraz ma lat trzydzieści, to chyba tę dozgonną miłość zaprzysiągł w dziesiątym lub dwunastym roku życia. — Złoczyńca wcześnie się zakochał, — nie dziwi bo téż wczesne miłostki najczęściéj do złego prowadzą; poważnie rzekł pan Beaucadet i przystąpił do dalszego wyliczania szczególnych znaków objętych rysopisem zbiega. „Na prawéj jego piersi znajduje się również drugie czerwone i czarne wykłócie, przedstawiające dwie złączone ręce, pod któremi podpisano:

Przez całe życie braterska przyjaźń dla Marcina. 10 Grudnia 1825.”

— Do licha! pan Bamboche jeszcze pierwéj zawarł związki przyjaźni aniżeli miłości, zawołał Latrace. — Musi to być taki zbój jak i on, wychowali się zapewne u jakiego starego rabusia... Oni tam już z piersi mamki zbrodnię wyssali!.... nauczyli się też czego dobrego niepoczciwce! odpowiedział wachmistrz, i znowu czytał daléj: „U spodu tych wyrazów dostrzedz można jakąś szczególną pręgę, która najwłaściwiéj da się przyrównać do karbu piekarskiego; na téj prędze tworzącéj podwójną niebieską linię, znajduje się pięć małych czerwonych, ukośnych i nieregularnych nacięć, mających blizko czwartą część całéj długości. „Nieco poniżéj piątego żebra, z prawéj strony piersi, widać bliznę z postrzału, a dwie głębokie blizny, pozostałe po ranach ostrém narzędziem zadanych, w dwóch miejscach przerzynają jego prawą rękę. „Kiedy tego zbiega po raz ostatni w Romorantin widziano, miał na sobie krótką, niebieską, poszarpaną bluzę, stare spodnie pąsowe, jak noszą żołnierze z piechoty, jednę nogę obwinął łachmanami, druga zaś była bosa; w jednéj ręce trzymał zawiniątko okryte kraciastą chustką od nosa, w potężną sękatą pałkę którą się podpiérał”. Pan Beaucadet przeczytawszy powyższy rysopis, wetknął go znowu w olstra, i rzekł do myśliwca który od kilku chwil stał zamyślony. — Spodziewam się, że mego zbójcę łatwo poznać można; niepodobna, ojcze Latrace, abyś swoję zwierzynę chciał brać za moję; ale o czémże, u djabla, tak dumasz? — Myślę, powoli i z widoczném zadziwieniem odrzekł stary strzelec, że to jakiś szczególniejszy wypadek. — Jaki wypadek? — Że pański zbójca ma wykłótą na piersiach braterską przyjaźń dla Marcina. — Cóż w tém tak dziwnego ojcze Latrace? — Hm... bo nowy pokojowiec którego pan hrabia z sobą przywiózł... nazywa się Marcin. — Do pioruna!... zawołał pan Beaucadet, unosząc się z zadziwienia, na strzemionach. Po chwili namysłu, dodał żandarm, znowu zwracając mowę do myśliwca: — A więc nowy pokojowiec pana hrabiego de Riveau, nazywa się Marcin? — Tak jest. — Od jak dawna zostaje on w służbie u pana hrabiego? — Sądzę, że od niedawnego czasu. — Czyś go widział, ojcze Latrace? — Widziałem wczoraj wieczór, przyniósł mi rozkazy hrabiego. — Jakże on wygląda? słuszny? nizki? tłusty? szczupły? — Piękny i dorodny mężczyzna. — Ile może miéć lat? — Tak, około trzydziestu... nie więcéj. — Jakich oczu? nosa? czoła? ust? brody? szybko pytał wachmistrz. — Słowo daję, panie Beaucadet, że nie wiem, nie przypatrzyłem się mu tak dobrze, iżbym ci mógł dać dokładny jego rysopis. Już ciemno było kiedy przyszedł do psiarni, i widziałem go tylko przy świetle latarki. — I mówisz ojcze, że dopiéro niedawno zostaje w służbie pana hrabiego? — Zapewne, bo kiedym dziś rano przyszedł po mego konia, rzekłem do koniuszego: pan hrabia widzę ma nowego pokojowca? — Zapewne nowego, odpowiedział mi koniuszy. — Mogę zatém bardzo znakomitą usługę wyświadczyć sprawiedliwości, z namysłem powiedział pan Beaucadet; poprzednie życie mojego zbójcy zupełnie jest nieznane, dobrocią więc lub gwałtem zmuszę do zeznania tego Marcina, którego imię mój zbieg ma wyryte na piersi jako pomnik przyjaźni, i... — Cierpliwości, panie Beaucadet rzekł myśliwiec przerywając wachmistrzowi, przypomnij pan sobie przysłowie: Niejeden osioł na jarmarku.... nazywa się Marcin; dlaczegożby to, co się stosuje do osła, (nie przymierzając) nie miało się stosować do pokojowca? a potém.... — Cóż potém? — Zważ pan, że hrabia tak surowy, tyle wymagający po swojéj służbie, nie przyjmie do siebie nikogo, aż pierwéj zasiągnie o nim jak najdokładniejsze wiadomości. — Cóż stąd? — Czy pan mniemasz, że człowiek uczciwy, jakim zapewne jest pan Marcin, człowiek zostający w służbie u pana hrabiego, może być przyjacielem zbójcy, którego pan szukasz? — Obława już rozpoczęta, zawołał pan Beaucadet, przerywając myśliwcowi; bo oto i Ramageau nadjeżdżał. — Wyżeł? spytał Latrace. — O! nie, to mój wiarus w palonych bótach, na koniu, odpowiedział Beaucadet, zdala pokazując cwałem nadjeżdżającego żandarma. — A, no! pomyślnych łowów, panie Beaucadet, rzekł myśliwiec. — Czy tak? a ja właśnie na was liczę ojcze, bo myśliwi dopomagać sobie powinni. Mam nadzieję że przyjdziecie mi w pomoc, gdybyście mojego zbiega spotkać mieli. — To się rozumie, panie Beaucadet, a że pan, tu na brzegu lasu zostajesz, chciéj przynajmniéj krzyknąć porządnie w razie gdy mój lis tu wyskoczy i zechce się dostać na równinę.... — Bądź pan spokojny, przeczuwam, że mi łowy pójdą pomyślnie, a może nawet uda mi się podwójny połów, jeżeli przy jednéj sposobności schwycę tego łotra kontrabandzistę, tego urwisa Bête-puanta, który mi się dotąd ciągle wymyka. Na tę pogróżkę, któréj przedmiotem był kontrabandzista, myśliwiec nie mógł ukryć lekkiéj obawy; uszła ona jednak baczności wachmistrza, całkowicie zajętego przypatrywaniem się galopem nadjeżdżającemu żandarmowi. Po chwili myśliwiec odezwał się znowu: — Bo to widzisz pan, na łowach należy myśléć tylko o ściganém zwierzu,.... inaczéj człowiek wraca do domu z próżnemi rękami: upoluj dzisiaj wilka; to jutro będziesz mógł zapolować na lisa. — Dajże sobie pokój! ojcze Latrace, jesteś stary bywalec, a zapominasz że na obławie strzela się do wszystkiego co tylko wypadnie na nasze stanowisko.... bądź do królika, bądź do jelenia. Jeżeli zatem wypadnie na mnie Bête-puante, to skosztuje moich żelaznych bransoletek. Wiem ja dobrze, że tego łotra wspierają w okolicy, że chultaje solońscy chłopi dopomagają mu w ukrywaniu się i nigdy go nie wydają, bo słychać, że ma miéć jakieś tajemnicze sposoby od gorączki; ale łotr dosyć się już nabujał, czas go w klatkę wsadzić. W téj chwili zpośród zarośli stykających się z lasem, dał się słyszéć przeraźliwy, głośny i przeciągły krzyk ptaka. Stary strzelec poczerwieniał i zadrżał. Wachmistrz zdziwiony tym nagłym krzykiem, podskoczył na siodle, i ciekawym wzrokiem powiódł po zielonych i gęstych wierzchołkach jodeł. To poruszenie sprawiło, że nie dostrzegł ani pomieszania strzelca, ani lekkiego drgania gałęzi w najgęściejszéj stronie młodszych zarośli, przylegających do drogi; ale téż w jednéj chwili ustało tam wszelkie poruszenie. — Był to jakiś osobliwszy krzyk, rzekł pan Beaucadet. — Alboż to pan nie poznajesz krzyku solońskiego orła? spokojnie zapytał Latrace. Patrzno pan, jak to on tam leci do swojego gniazda, bijąc skrzydłem po wierzchołkach dębów. Jak pysznie rozwija swe żagle! — Gdzieto? ojcze Latrace, gdzie? — O! tam; czy pan nie widzisz, na lewo obok téj krzywéj jodły? O! o! znowu wzbija się w górę. Patrz pan... patrz... — Jestem jak ociemniały, nie mam wzroku strzelca jak ty ojcze. Gdyby to był mój zbójca, albo ten łotr Bête-puante, oho! o sto kroków poznałbym go. Ale otoż i Ramageau, dowiemy się zaraz o obławie. W rzeczy saméj żandarm, którego od kilku chwil na równinie widziano, nadjechał i połączył się z orszakiem; koń jego ciężko dyszał, i cały był pianą okryty. — No! i cóż tam Ramageau? zapytał wachmistrz. — Obława już rozpoczęta, panie Beaucadet. Wieśniacy wezwani do ścigania zbójcy ze wszech stron otoczyli las Aubepin, zbliżają się, i napędzają go tu ku brzegowi. — Żandarmi! zawołał Beaucadet, głosem dowodzącego jenerała, który pragnie zagrzać do bitwy swych żołnierzy. Żandarmi! walka wkrótce się rozpocznie, liczę na was! Odwiedźcie kurki u pistoletów; pałasze do ręki... Naprzód!.... I pyszny ze swojego munduru, pan Beaucadet protekcyonalnie skinął ręką myśliwcowi którego zostawił na rostajnéj drodze; sam zaś odjechał na czele pięciu podkomendnych i ustawił ich na brzegu lasu jako przednie czaty. W czasie gdy pan Beaucadet wykonał te strategiczne rozporządzenia, postrzeżono w dali otwarty powóz, a w nim dwie damy w towarzystwie kilku mężczyzn czerwono ubranych; za pojazdem postępowali słudzy wiodący konie czaprakami pokryte. — Żywo chłopcy, żywo! zawołał stary myśliwiec do swych towarzyszy, zebrać sfory; nie rozpuszczać psów; oto nadjeżdża pan hrabia z gośćmi. To mówiąc Latrace zsiadł z konia, oddał go jednemu dojeżdżaczowi, i przygotował się do przyjęcia hrabiego Riveau, swego pana, z należném mu poszanowaniem.

2.

Młody gaj.

Oddawna już rozpoczęto łowy; nachylające się ku zachodowi słońce rozsiało po niebie swe jaskrawe promienie; gęsty liść młodych dębów i wysokie gałęzie jodeł zdawały się odbijać od błyszczącego tła miedzi. Wpośród gęstwiny osłonionéj bujnym powojem, wysokopiennym janowcem, krzakami jeżyny, paproci i dzikiéj róży, słowem, w najodleglejszéj części lasu, w któréj teraz polowano, znajdowała się otwarta przestrzeń, gdzie niegdzie porosłemi mchem urwiskami skał zaległa, a prawie całkiem zasłonięta nierozwikłanemi węzły bluszczu, powoju, i dzikiéj żywiczki. Głęboką ciszę téj puszczy chwilowo tylko przerywał szum gałęzi jodłowych, lekkim wiatrem poruszanych, lub daleki odgłos trąbki myśliwskiéj. Nagle dał się słyszéć trzask w poblizkich krzakach: poruszyły się i rozstąpiły gałęzie młodych dębowych latorośli, już żółtym liściem pokryte, i człowiek pochylony, prawie pełzający, wyszedł z gęstwiny. Był to znany już czytelnikom z rysopisu Bamboche, o podwójne morderstwo obwiniony zbieg z więzienia w Bourges. Licha niebieska bluza jego, to jedyne, cierniami i gałęźmi poszarpane odzienie, w wielu miejscach dozwalało widziéć porosłą włosem pierś i olbrzymiéj siły ramię; sukienne, niegdyś czerwone spodnie, teraz całkiem błotem okryte i poszarpane, dopiéro powyżéj kolan go zasłaniały; nogi i ręce miał poorane krwawemi ranami; z ciężkością oddychał, z twarzy mu pot spływał. Na chwilę stanął przysłuchując się najmniejszemu szelestowi; potém oparł się o drzewo, nabierał tchu, urwał pełną garść liści, poniósł je do gorących ust i żuł usiłując zgasić palące go pragnienie. Z oczu tego człowieka dzikie tryskało światło, jego siwe włosy, w największym nieładzie spływające po łysém czole, sprzeczne z młodym jego wiekiem i ciemno zarosłą brodą, nadały rysom twarzy jakiś wyraz niezwykły; niedostatkiem i znużeniem pobladłe lica, trwogą i boleścią przemawiały. Wtém, tuż prawie u stóp zbiega dźwięczny głos zawołał: — Bamboche! Tak zagadnięty zbójca, zerwał się żywo, zadrżał, oglądał się wkoło nie wiedząc co począć, czy ma uciekać, lub pozostać; ale wnet prędkim ruchem porwał dwa wielkie kamienie, które w jego ręku straszliwą bronią stać się mogły. I znowu nastała ponura głęboka cisza dokoła. Bamboche z wzrastającą trwogą spojrzał wkoło siebie. Nagle, jakby z pod ziemi wychodząc, stanął o trzy kroki przed nim człowiek dziwacznie ubrany. Był on średniego wzrostu, miał na sobie obszerny kaftan i spodnie z wilczéj skóry, czapkę z delikatnego ale gęstego sarniego futra wkoło obwiedzioną borsukowym lampasem; twarz od słońca opaloną, ostremi wiatry, że tak powiem, pooraną, prawie całkiem ukrywała płowa i siwa broda; szare, niespokojne i przenikliwe oczy oświecała, niby wewnętrzna gwiazda, źrenica, zdolna się rozciągać i w nocy przyświecać, jakby nawyknienie do sypiania w dzień a błądzenia nocną porą, rozwinęło w niéj zdolność widzenia w ciemności, jaką posiadają prawie wszystkie zwierzęta drapieżne; mimo to jednak oblicze tego człowieka nie miało w sobie żadnéj cechy zwierzęcości a wcale nie było odrażające. Owszem, na téj twarzy roztropnéj i śmiałéj, częstokroć gorzkim ożywionéj uśmiechem, wyraźne było owe piętno nieopisanéj wielkości, jakiem przywyknienie do niebezpieczeństw, samotności, i burzliwego życia, naznacza czoło człowieka przez sprawiedliwość ściganego. Czytelnicy domyślą się zapewne, że to był wykradacz zwierzyny zwany Bête-puante, który ukryty w zaroślach przy rozstajnéj drodze, przysłuchiwał się całéj rozmowie myśliwca z panem Beaucadet. Do chwili nagłego pojawienia się przed Bambochem, Bête-puante ukrywał się w norze, na pięć do sześciu stóp głębokiéj, którą sklepiały zarośla borówek i paproci, a którą leśni złodzieje zasadzką nazywają; Tam łowca, leżąc przez kilka godzin bez najmniejszego ruchu, czatuje na łup, i strzelać może na przechodzącą tuż przed nim zwierzynę. Na widok Bête-puant’a, Bamboche, mimo całéj swej odwagi, cofnął się przerażony o kilka kroków wstecz; kamienie które dla obrony porwał był z ziemi, z rąk mu wypadły, bądź dla tego że ujrzawszy krótką dubeltówkę jaką kontrabandzista był uzbrojony, przekonał się, iż walka z nim byłaby nierówna, bądź że przeczuwał, iż między położeniem jego jako zbiega, a awanturniczém życiem mieszkańca lasów, jakiś związek sympatyczny istniéć musi. Wszelako cofając się coraz daléj, nie przestawał mierzyć kontrabandzistę pełnym obawy wzrokiem. — Nazywasz się Bamboche, umknąłeś z więzienia w Bourges.... obsaczony jak zwierz dziki nie uszedłbyś tym razem.... niosę ci pomoc.... w imieniu.... Marcina. Usłyszawszy imię Marcina, lica Bambocha rozjaśniły się; jakieś rzewne uczucie wygładziło mu surowo i konwulsyjnie namarszczone rysy, łza przyćmiła groźny blask oczu: założył ręce, a na wpół otwartemi usty, z bijącém sercem, mocno wzdętą piersią, głosem od rozczulenia tłumionym, zawołał: — Marcin! Lecz kontrabandzista dostrzegł, że po tym połysku tkliwéj wdzięczności na twarzy zbiega osiadł znowu wyraz niedowierzania; dodał więc jak najspieszniéj: — Tak jest, Marcin... Basquina... La Levrasse... i... Bamboche, jakby wyliczenie tych dziwacznych imion dostatecznie dowiodło tożsamość Marcina, przerwał kontrabandziście, radośnie wołając: — Ach to on... to on na prawdę! I zapomniał że go natarczywie ścigano, że cudowi tylko winien był ocalenie swoje, że co chwila wpaść może w ręce swych prześladowców. Ale najmniejsze nawet wzruszenie Bamboch’a, nie uszło przed bystrém okiem Bête-puanta, który nagle ułożywszy rękę w kształt konchy, poniósł ją do swego ucha, i chociaż w téj samotni ciągle jak najgłębsze panowało milczenie, rzekł po krótkiém nadsłuchiwaniu: — Już idą... jesteś zgubiony! — Znasz Marcina... a więc powrócił z zagranicy?... wykrzyknął zbieg, ciągle jeszcze zapominając o grożącém mu niebezpieczeństwie. To wyrzeczenie się samego siebie w tak straszliwéj chwili, wzruszyło kontrabandzistę; odpowiedział więc: — Marcin jest tu.... wiem że ci wiele zawdzięcza i w jego to imieniu niosę ci pomoc nie zważając czyś winny lub nie. Zbieg zadrżał. — Ale przyrzeknij mi na braterską przyjaźń, jaką Marcinowi poprzysiągłeś, przyrzeknij, że sam się oddasz w ręce sprawiedliwości, skoro on tego zażąda. — Skoro Marcin powie mi: oddaj się... uczynię to. — Wiem, że ci wierzyć mogę, pójdź za mną jesteś ocalony. To powiedziawszy kontrabandzista postąpił na kilka kroków pomiędzy gęste krzaki, leżące po stronie stanowiska, które mu za kryjówkę służyło i z trudnością odsłonił wązki otwór jaskini. Ruchome drzwi, które ją zamykały, zrobione były z chrząstek jodłowych, okrytych omszonemi i ziemią spojonemi kamieniami, pomiędzy które gęste ciernisko oddawna mocno się zakrzewiło. Już zbieg chciał wsunąć się w tę niespodzianą kryjówkę, kiedy kontrabandzista głosem uroczystym do niego przemówił: — Szacunek i litość dla tego, co tam znajdziesz... inaczéj byłbyś bezbożnikiem niegodnym politowania. Zbieg wpajał jeszcze w kontrabandzistę wzrok zdziwiony, gdy coraz bardziéj zbliżał się odgłos myśliwskich trąbek. Bête-puante, znowu uważnie się przysłuchawszy, wstrząsnął Bamboch’a mocno za ramię i rzekł mu cicho: — Słyszę tentent koni... prędzéj... ukryj się. Bamboche znikł przez wązki otwór; a kontrabandzista nie zamknąwszy jaskini, nagłą owładnięty myślą, jednym rzutem wyskoczył z krzaków, położył się jak długi na ziemię i przytknął do niéj ucho, aby wyraźniéj niż w zaroślach mógł rozpoznać najodleglejszy szmer. Wkrótce podskoczył i głosem rozpaczy wykrzyknął: — Przekleństwo!... lis... w tę stronę prowadzi polowanie. I podwójnie niespokojny pospieszył na powrót w krzaki, aby zamknąć wejście do jaskini; wtém spotkał zbiega, który blady jak mara, wychodząc z niéj, drżącym głosem zawołał: — Wolę więzienie... wolę zginąć! aniżeli pozostać w téj jaskini. O! cóżem widział... tam... gdybyś wiedział... dziwne zrządzenie! To imię!... Bruyère! Ah! można z tego zwaryować!... Znów zbliżyło się dalekie dotąd naszczekiwanie ogarów, i wkrótce, po tych obszernych, milczących lasach rozległy się huczne akkorda myśliwskich trąbek. Jednocześnie wiatr przyniósł niepewny szmer głosów, które z różnych stron zbliżać się zdawały. Były to głosy ludzi osaczających zbiega. Dwa te wypadki nastąpiły szybciéj, aniżeli je opisać podobna, i w chwili gdy Bamboche wychodząc z jaskini kontrabandzisty, z przerażeniem zawołał: „wolę więzienie!... wolę zginąć!... aniżeli pozostać w téj jaskini... o!... cóżem widział... tam... gdybyś wiedział.... dziwne zrządzenie! To imię! Bruyère!... Ah! można z tego zwaryować!”... kontrabandzista podnosząc strzelbę, którą naksztalt maczugi trzymał w obu rękach, wrzasnął straszliwie: — Umrzesz! ja cię zabiję.... skoro cię tu znajdą nim zdołam zamknąć kryjówkę... Zaledwie kontrabandzista dokończył téj groźby, poruszyły się gwałtownie gałęzie w poblizkiéj gęstwinie, jak gdyby ktoś koło nich szybko przechodził; zbieg struchlał, i bądź że usłuchał rozpaczliwego rozkazu kontrabandzisty, bądź téż że chęć własnego ocalenia trwogę w nim przemogła, wskoczył do podziemnéj jaskini. Béte-puante zamknął za nim ruchome drzwi, zatarł ślady kroków Bamboch’a, i zaledwie miał czas rzucić się na ziemię w zasadzce, która go poprzednio ukrywała.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…