Read here

Ksiądz Jan

Kajetan Abgarowicz · 1892 · Free in the US

39,703 words · about 2 h 47 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1892 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Ksiądz_Jan&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Kajetan Abgarowicz
Language
Polish
Published
1892
Length
39,703 words · about 2 h 47 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter about 31 min
  2. I about 22 min
  3. II about 20 min
  4. III about 21 min
  5. IV about 12 min
  6. V about 27 min
  7. VI about 20 min
  8. VII about 15 min

Continue:

Front matter

KSIĄDZ JAN.

Za chwilę mieliśmy się rozstać. Na wschodzie za górami, piętrzącemi się po prawej stronie Czarnego Czeremoszu, zaiskrzyły się właśnie pierwsze brzaski różowego świtu; na wezbranych nurtach spienionej, rwącej, górskiej rzeczki drżały dwie zbite tratewki, umajone gałęziami choiny, ukraszone pstremi chorągiewkami, z chustek kobiet huculskich zrobionemi. Wioślarze, kiermanicze, — jak ich tu zowią — przystroili w ten sposób statek, którym moi towarzysze, współuczestnicy kilka tygodni trwającej wyprawy myśliwskiej, mieli popłynąć w dół rzeki, ku równinom, ku stronom cywilizowanym. — Nie wiem sam, po co tu zostaniesz? — mówił przyjaciel mój Stef. — Mówić z nim nie warto. Ot, zwykłe literackie dziwactwo — dorzucił Mieczysław, machnąwszy ręką z pewnem lekceważeniem. — Słuchać będzie, jak to wiatr wieje, jak Czeremosz szumi, jak hucuły drą się na »trembitach« — mówił dalej z odcieniem ironii — później będzie to opowiadał pannom, albo i opisywał. Taka już natura, nic mu nie poradzisz. — Z głodu tu umrzesz! — zakonkludował milczący dotychczas Tadzio — ani mięsa uczciwego, ani kieliszka wina. Ah! Boże, żeby w tych górach nie łyse niedźwiedzie, ale łosie, lwy, tygrysy, hipopotamy i krokodyle się gnieździły, gdyby można je przepiórczym śrótem zabijać, to jeszcze nie zwabilibyście mnie drugi raz na podobną wyprawę. Djabli mi nadali was posłuchać, anachoretą nie myślę być, w ten bierny sposób nie mam zamiaru do nieba się przekradać. No bądź zdrów bazgraczu! — i pierwszy wyciągnął rękę na pożegnanie. Jeden po drugim ściskali się ze mną, strzelcy ich żegnali mnie ukłonami. Przystrojone tratwy pod ich ciężarem stopniowo, coraz głębiej zanurzały się w wodę, tak, że pnie świerkowe zamoczyły się w całości, sucho było tylko na pomostach z desek, przeznaczonych dla ludzi i pakunków. Wszyscy już weszli na tratwę: stary hucuł, bosy, w otwartej na piersiach a dziegciem zlanej koszuli, stał z podniesioną siekierą w ręku i czekał tylko sygnału, ażeby odciąć wiązkę cienkich gałęzi, za pomocą której tratwa była przytwierdzona do kamienistego brzegu. — Czekaj! — krzyknął kiermaniczowi w ucho Tadeusz, a później zwracając się do mnie, mówił: — Nie bądźże cudakiem! Nie udawaj Słowackiego! Górskiego, szwajcarskiego poematu nie napiszesz, a nabawisz się kataru żołądka na tutejszym psim wikcie, każ znosić pakunki i płyń z nami, mamy jeszcze parę butelek czerwonego wina. No, nie dziwacz, chodź prędzej! Przeczącym ruchem głowy dałem mu znak, że nie zgadzam się na jego propozycye. — Pal cię djabli! — zawołał gniewnie i dał znak hucułowi. Ostra siekiera błysnęła w powietrzu, wiązka gałęzi rozcięta na pół uwolniła tratwę, która drżąc i wstrząsając się jak ryba, odbiła od brzegu i wnet z szybkością strzały pomknęła środkiem wezbranego strumienia. Na pożegnanie huknęła salwa ze strzelb, odpływający i my pozostali na brzegu strzeliliśmy równocześnie, a echo górskie, pochwyciwszy huk wystrzałów, podawało go sobie od góry do góry, od złomu do złomu, od przepaści do szczeliny. Zadumany patrzyłem za mknącą — tak huculi zwą tratwę — unoszącą serdecznych towarzyszów; nim echo salwy pożegnalnej skonało w górach dalekich, już znikli mi oni z oczu za najbliższym, skalistym zakrętem górskiej rzeki. Choć tratwy już nie widziałem, jednak stałem na brzegu zadumany, wpatrzony w ów załom skały, który mi zakrył widok odpływających kolegów; w tej chwili żal mi się za nimi zrobiło, uczułem się sam jeden wśród dzikiej przyrody i wśród dzikszych jeszcze mieszkańców. Przez mgnienie oka wydało mi się, że czuję w sobie gniew na siebie samego, za to, iż nie usłuchałem rady Tadeusza. Nie długo to jednak trwało, wnet podniosłem głowę, odetchnąłem cudownem górskiem powietrzem i wpatrzyłem się w malowniczy krajobraz, otaczający mnie ze wszech stron. Słońce sierpniowe w całej swej potędze i wspaniałości wyszło już było z poza lesistych szczytów prawego brzegu i oświecało sterczące na węgierskiej granicy szczyty. Promienie słoneczne ślizgały się i łamały po szarym, mchem porosłym Pop-Iwanie; skalisty zaś i poszarpany Smotreż, zwykłą swą biało-szarą barwę zmienił w różową i płonął coraz , niby gór pochodnia, niby jakiś olbrzymi, bajeczny stos ofiarny. Zapatrzony w te piękności, nie ruszałem się z miejsca; z zadumy tej wyrwał mnie głos Mykoły, strzelca-hucuła, którego przyjąłem na cały czas mego pobytu w górach. — Co teraz robić będziemy? — zapytał, uśmiechając się poufale, — Czy zaraz udamy się w gościnę do leśniczego? — Tak! — odrzekłem mu lakonicznie, nie mogąc oczu oderwać od wspaniałego widoku. — Jeżeli tak — mówił uparty hucuł — to siadajmy na konie i jedźmy, po co mamy najętym pod tertiło ludziom płacić za drugą dobę. Jedźmy panie! jedźmy! Milcząc, usłuchałem rady przezornego Mykoły; wsiadłem na twardą, drewnianą terlicę i ruszyłem z miejsca, przedemną jechał Mykoła na swym dereszowatym koniku, który wierzgał i kąsał niemiłosiernie, jeśli się do niego koń, pies lub człowiek zbliżył; z tyłu najęci huculi prowadzili dwa juczne konie, obładowane kuferkami i zapasami żywności. Drożyna — płaj, jak mówią huculi — wiła się kręto pod górę i kończyła się u białej bramy leśniczówki; odległość niewielka, bo zaledwie dwukilometrowa, wymagała co najmniej pół godziny czasu do jej przebycia. Domek leśniczego, biały i schludny, wśród zieleni buków niebotycznych i ciemnych, prawie czarnych świerków, wyglądał poetycznie, jakoś idealnie. Rad byłem niewypowiedzianie, że, zetknąwszy się podczas naszych polowań z gospodarzem tego domku, umówiłem się z nim o wynajęcie mi jednej izby i wikt na tak długo, jak zapragnę w górach pozostać. Zadowolenie moje było tem mocniejsze, bo domek ten już znałem, w czasie wyprawy naszej nocowaliśmy bowiem u pana Nowaka i z doświadczenia wiedziałem, że robactwa, które jest plagą hat huculskich, niema w tym domku, a pani Nowakowa umie przyrządzać, choć bardzo skromne, ale zdrowe i czyste jadło. Temi ultra-praktycznemi myślami zajęty jechałem noga za nogą, rozglądając się wokoło i lubując grą kolorów, jaką wytwarzały promienie słoneczne, ślizgając się po szmaragdowych, zalesionych ścianach gór na przeciwnym brzegu rzeki. Nie zauważyłem prawie, kiedy konik, na którym jechałem, pewnym i śmiałym krokiem przebył mostek, wąski i niebezpieczny, rzucony ponad przepaścistym jarem. Podziwienia godne są te koniki huculskie: ani drgnął, ani zawahał się na chwilę i nie spojrzał nawet na wartki górski strumień, który tam w dole, na dnie przepaści szumiał groźnie i rozpryskiwał się w tysiące kropli po czarnych, olbrzymich skalnych głazach. W pięć minut po przebyciu mostku znaleźliśmy się przed bramą gościnnego domku, w którym postanowiłem jakiś czas przemieszkać. Naprzeciw mnie wyszła pani leśniczyna, podżyła, korpulentna kobiecina i oświadczyła na wstępie: iż jej bardzo przykro, że nie zastałem męża w domu, bo on, nie wiedząc , którego dnia przyjadę, ruszył dziś rano na oględziny powierzonych mu rewirów. Uspokoiłem biedaczkę, mówiąc, że obejdę się zupełnie bez pana Nowaka, i kazałem Mykole zdejmować pakunki z jucznych koni, sam zaś zająłem się zapłaceniem najętym hucułom za przewiezienie moich bagaży ze stefuleckiej połoniny tu do leśniczego. — Nie wiem, czy nie będzie panu dobrodziejowi markotno — przemówiła po krótkiem milczeniu moja przyszła gospodyni — ale tak się już zrobiło, że ten drugi pokoik obok pańskiego, ten od podwórza, musieliśmy nająć pewnemu lokatorowi. Na te słowa uczułem, że ciarki przeszły mi po skórze. — Przepadłaś samotności — pomyślałem gorżko i z nieukrywanym strachem zapytałem: — A któż to jest ten lokator? — Ah! biedny człowieczysko, mało mu się już życia patrzy — szepnęła cicho leśniczyna, spoglądając wkoło, z obawą, czy jej kto nie słucha. — Bo to widzi «pan dobrodziej (Nowakowa była rodem z jednego z miasteczek galicyjskich i o »dobrodzieju« nie mogła zapomnieć) mój brat, który jest aż kanonikiem przy naszym arcypasterzu we Lwowie, dał temu biedakowi list do mnie i prosił, żeby go tu na żętycy przetrzymać. Nie wiem ja, czy jemu już żętyca co pomoże, przezroczysty już, panie dobrodzieju, jak sito przezroczysty, a twarz, jak ziemia święta, czarna. Kłopot będzie z nim, kłopot, ale cóż, bratu kanonikowi odmówić nie mogę, on jeden naszemi dzieciskami się zajmuje — nie mogę, nie mogę! Jak Boga kocham, nie mogę! A pana dobrodzieja to już z góry przepraszam za takie chorowite sąsiedztwo. — Ależ proszę pani, nie ma mnie pani za co przepraszać — odpowiedziałem na pocieszenie poczciwej leśniczynie, i uczułem w duszy dla niej szacunek za opiekę nad jakimś nieznanym biedakiem. — Któż to jest taki? — pytałem dalej, stojąc ciągle na małym dziedzińczyku, otaczającym domek. — A jaż panu dobrodziejowi nie powiedziałam? — zawołała gospodyni. — O to ze mnie dopiero zapominalska. To jest młody, młodziusieńki ksiądz, taki, co aż w Rzymie się uczył, i podobno Ojciec sam święty, czy kardynał jakiś go na księdza święcił. Biedniątko jak panienka delikatne, a jé to tak jak ptaszek. Boże mój! jakie to nasz Stworzyciel czasem ludzie tworzy, aż dziwno pomyśleć, że mój mąż, ot ten pański Mykoła, a choćby z przeproszeniem godności i sam pan dobrodziej tacy sami ludzie, takie stworzenie Boskie, jak i ten księdzyk chudziutki. — Nie wié pani, jakże się on nazywa? — pytałem dalej, zainteresowany opowiadaniem. — Jakżebym nie wiedziała? — odparła, niby obrażona mojem posądzeniem. — Wiem! Jakoś tak dziwnie, jakoś nie po pańsku. Bóg jego wié, czy on z chłopów, czy z żydów. Jakoś to brat kanonik napisał, aha prawda, nazywa się ksiądz Jan Dawydow. Nie wierzyłem własnym uszom, myślałem, że babina się myli. — Jak? jak? — zapytałem porywczo. — Jak go pani nazwałaś? Czy w tem niema pomyłki? — Nie! jak Boga kocham, że nie; — odparła leśniczyna i na moje przekonanie wydobyła z kieszeni od fartuszka zmięty list i poszukawszy w nim oczami, rzekła: — Ot, niechże pan dobrodziej patrzy, pisze ksiądz brat: »Kapłan ten młody i bardzo bogobojny, nazywa się ksiądz Jan Dawydow; proszę Was...« i tam dalej różne polecenia daje ksiądz brat. A widzi pan dobrodziej, że moja prawda i że on taki nazywa się Dawydow. Wytłumaczyłem pokrótce leśniczynie, że to ani chłopskie ani żydowskie nazwisko, tylko rosyjskie. — Bożeż ty mój wszechmogący, to on moskal! zawołała, łamiąc ręce. — Zkądże się wzięło bratu kanonikowi przysyłać nam moskala? Przerwała na chwilę i po krótkim namyśle mówiła dalej: — Ale jakże on biedaczek dostąpił naszych świętych katolickich święceń kapłańskich, widać szyzmę musiał porzucić; oh! biednyż on, biedny człowieczek, na obcej ziemi, bez matki i ojca, bez wszelkiej rodziny. Zostawiłem moją gosposię, pogrążoną w tych rozmyślaniach, a sam skierowałem się do pokoju dla mnie przeznaczonego. Mykoła poznosił już prawie wszystkie juki i zabierał się do rozpakowywania; ja zmęczony długim wczorajszym pochodem i niewygodnym w jawornickiej karczmie noclegiem, rzuciłem się na świeże, czystą pościelą zasłane łóżko i chciałem zasnąć, dość długo jednak to mi się nie udawało; dziwne myśli mną owładnęły, ciekawość rozbudzona pokoju mi nie dawała. Dziwnym przypadkiem zetknąłem się pod jednym dachem, wśród dzikiej pustyni z jednym z tych ludzi, którymi zawsze się tak interesowałem, którzy rozciekawiali mnie w najwyższym stopniu. — Jakiś brat po duchu ojców Gagaryna i Martynowa — myślałem, nie mogąc zasnąć i w duszy mej rodziło się nieprzeparte pragnienie poznać bliżej tego dziwnego człowieka, tego dobrowolnego wygnańca, który dla swobody sumienia, dla wzniosłych uczuć religijnych rzucił Ojczyznę, rodaków, strony, w których wzrósł, krewnych, rodziców i sam jeden opuszczony poszedł szukać prawdy i zbawienia duszy. Długo przemyśliwałem nad sposobami zapoznania się z interesującym sąsiadem. Za cienką drewnianą ścianą odzywał się ostry, suchy kaszel suchotniczy. — To on biedak tak kaszle — rzekłem sam do siebie i rad byłem, że nie usłuchałem perswazyi Tadeusza i nie opuściłem wraz z towarzyszami tej okolicy. — Będę mu mógł być pomocnym, zaopiekuję się nim w chorobie — snułem marzenia dalej — ponad wszystkiemi jednak temi chrześcijańskiemi uczuciami — przyznam się otwarcie — brała górę najzwyklejsza w świecie ciekawość. Zmęczenie wreszcie zagłuszyło nawet i ciekawość — zasnąłem jak kamień. Obudziłem się rześki i wesoły; czułem, że wszelkie ślady zmęczenia znikły zupełnie. Przez wąskie okienko wpadały do wnętrza pokoju jaskrawe promienie słoneczne, skośne już jednak i rychły zachód zapowiadające. Zerwałem się pospiesznie, zdziwiony, że cały dzień sierpniowy przespać potrafiłem. Na odgłos mych kroków wszedł do pokoju Mykoła. — Co tam słychać? — zapytałem strzelca. — Ach! nic nowego — odparł podstarzały hucuł — wyspał się pan, to i dobrze, młodemu spać potrzeba. — A ty co robiłeś? — pytając dalej, zabierając się do mycia. — Co potrzeba, to zrobiłem. — Strzelby poczyściłem, bo były strasznie już zafolowane, konie sianem leśniczowskiem nakarmiłem i wygnałem je teraz na zagrodę, niech się trawką zieloną napasą. W tej chwili z poza drzwi dal się słyszeć głos pani Nowakowej: — Czy pan się już obudził? — Na potwierdzającą odpowiedź trzepała kobiecina dalej: — No to chwała Bogu, bo rosół i tak przestały już, a pieczeni to nawet nie puszczałam jeszcze na ogień. Mikołaju, a chodźcie-no zabrać obiad dla pana. W kilka minut później odświeżony zimną, źródlaną wodą, siedziałem przed stolikiem, nakrytym białym, czystym obrusem i zjadłszy bezdenny talerz rosołu, zabierałem się do pieczonego czombra baraniego. — I ten Tadeusz śmiał wymyślać na górską kuchnię — pomyślałem w duchu — potrzeba na to nie mieć sumienia, albo mieć zepsute, przerafinowane podniebienie. Ciekawym, czy mu w kasynie lepszy czomber podadzą. Pogrążony w tych rozmyślaniach, pokonałem cały czomber, wypiłem szklankę wina mołdawskiego z burkutem i , zacząłem rozmyślać, w jaki sposób mam korzystać ze zdobytej samotności. Jakby naprzekór tym samotniczo-pustelniczym rozmyślaniom, przyszedł mi na myśl sąsiad, o którym mi opowiadała Nowakowa. — A księdza tego, tego sąsiada widziałeś? — spytałem Mykołę. — A czemużby nie? Widziałem — odrzekł hucuł, krzywiąc się. — Prawdę powiedzieć, to niema się na co patrzeć — mówił dalej, spluwając nieznacznie — jakby dobry myśliwy dmuchnął, to sąsiad ten prochemby się rozsypał. Ot biedołactwo jakieś, cholernyk taj tylko. — A co on robi? — Ta co ma robić? siedzi tam pod chałupą, na słońcu się grzeje i modlitwy jakieś szepce. Zamilkłem na chwilę, myśląc znowu o moim przypadkowym sąsiedzie; nie miałem odwagi narzucać mu mego towarzystwa, a jednak pragnąłem go poznać. Mykoła patrząc mi w oczy, widocznie pomylił się w swoich przypuszczeniach i fałszywie sobie wytłomaczył moje zadumanie. — Pan się turbuje, że nie ma dziś co robić — rzekł z przychylną troskliwością — daremna turbacya, u nas w górach zawsze się jakaś zabawa znajdzie. Ze dwie godziny temu spotkałem Ilka Kunycza i Fomę Rabija i ci powiedzieli mi, że dziś wieczorem pójdą z łuczywem na pstrągi. Jeżeli pan zechce, to możemy iść razem z nimi, to i rybaby się złapała i popatrzyć się warto na to łowienie. Ho, ho! niema u nas na cały lacki brzeg sprawniejszych rybołowów, jak Ilko Kunycz i Foma Rabij. Oni sławni. Raz jednego lata był tu jakiś muchołapa aż gdzieś z jakiegoś Krakowa, to on z naszym Fomą cały miesiąc po rzece łaził i po potokach górskich brodził i siła ryby ztąd wywiózł, tylko jej nie suszył, ani w occie marynował, ale w wódce mocnej moczył. Widać tak dla wielkich panów nie żałują wódki nawet na moczenie ryby. Nie przerywałem Mykole opowieści, bo bawiły mnie niesłychanie jego pojęcia i zapatrywania. Gdy skończył, podziękowałem mu bardzo serdecznie za to, że uwiadomił mnie o dzisiejszej wyprawie, i wziąwszy od przypadku strzelbę i skinąwszy na Mykołę by mi towarzyszył, wyszedłem na dziedziniec. Gdy byłem już blisko furtki, ujrzałem o kilka kroków od siebie słusznego człowieka, odzianego w długą czarną suknię duchowną. Uchyliłem grzecznie kapelusza i równocześnie spojrzałem nań z uwagą. Na pierwszy rzut oka można było w nim poznać potomka rasy wojowników; wzrost ogromny i szerokie, poziomo ustawione ramiona robiły wrażenie, że się ma przed sobą rycerza jakiegoś, przywykłego dźwigać pancerz i ciężką kopię; bladość twarzy, wypieczone na niej rumieńce, spalone usta, chudość dziwna całego organizmu i melancholijny wyraz rozlany po całem obliczu, kazały odrazu się domyślić, że człowiek ten po życiu, zawodów i boleści pełnem, zbliża się już do grobu, który mu da wytchnienie. Wyszedłem za bramę, przeszedłem ów niebezpieczny mostek, a przed oczami stała mi jeszcze ciągle blada twarz o pobłażliwym uśmiechu, ten profil regularny, bez zarzutu, jakby z greckiej kamei zapożyczony, i oczy czarne, gorączkowym ogniem płonące. Szedłem powoli, myśląc ustawicznie o moim sąsiedzie. — Prędzej, panie, prędzej! — znaglał mnie idący z tyłu Mykoła — do chaty Fomy, gdzie mamy się zebrać, spory kawał drogi, a musimy tam stanąć przed nocą, aby jeszcze potem zejść do rzeki. Ruszyłem spieszniej. Ciekawe nocne rybołowstwo zajęło moją myśl tak zupełnie, że zapomniałem i o księdzu i o jego rosyjskiem nazwisku i o Gagarynie — zatopiłem się całkiem w podziwianiu cudownego widoku, jaki się moim oczom przedstawiał. Te spienione, po kamienistych głazach z dziwnym szumem pędzące fale, te potężne, cieniami nocy jeszcze bardziej postacie huculskich rybaków, te smolne pochodnie rzucające całe potoki światła, łamiącego się w bryzgach szumiącej fali — wszystko to zlewało się w obraz pełen dziwnego, poetycznego a zarazem dzikiego uroku, który wrywał się głęboko w mą pamięć. Ja z Mykołą szliśmy brzegiem Czeremoszu w górę biegu rzeki; rybacy na wpół nadzy, niosąc pochodnie, kroczyli korytem strumienia w tym samym co my kierunku; szli cicho, bez szelestu prawie, tylko pochodnie smolne strzelały czasem, a odpadające drzazgi wpadały w nurt wody i płynąc świeciły jeszcze jakiś czas konającem już światłem. W świetle tem, na połamanej wodnej powierzchni, rysowały się dziwaczne cienie rybaków i mieniąc się co chwila, przybierały: to jakieś gigantyczne kontury, to znowu zdawały się być cieniami liliputów. Połów szedł dobrze; nim pierwsze kury zapiały, obładowani kilkudziesięciu pstrągami, zakupionemi od rybaków i poprzedzeni przez chłopaka, który nam przyświecał pochodnią, wróciliśmy do domku leśniczego. — Przechodząc przez dziedziniec, zauważyłem, że w pokoiku mego sąsiada świeciło się jeszcze. Wiedziony ciekawością — przyznaję się ze wstydem — rzuciłem okiem do wnętrza i ujrzałem znowu tę samą charakterystyczną, piękną twarz; młody ksiądz, podparłszy głowę na dłoni, siedział zatopiony w czytaniu. Z jego czoła widniało, że myśl jego pracowała usilnie. Spuściłem oczy, zawstydzony mą dziecięcą prawie ciekawością, i cicho, by nie przeszkadzać sąsiadowi w jego pracy, wsunąłem się do mego pokoju i położyłem się spać. Nazajutrz zapoznałem się z księdzem Dawydowym. Znajomość nasza zawiązała się w ten sposób: Po owej rybołowczej wycieczce spałem dość długo; wstawszy zaś i uraczywszy się — wbrew smutnym przepowiedniom Tadeusza — doskonałą kawą, przysłaną mi przez panią Nowakową, nie miałem już ochoty do dalszej wycieczki, tylko wydobyłem z kuferka podręcznego tomik dzieł Lermontowa i wyszedłszy na ganek, zatopiłem się w odczytywaniu utworu tego zmarłego poety. Po półgodzinnem czytaniu usłyszałem za plecami głos Mykoły, który mnie wzywał, bym wyszedł za bramę i obejrzał siano, przywiezione na sprzedaż przez hucuła. — Trzeba kupić panie — mówił Mykoła — leśniczy sam ma nie wiele siana w tym roku, przykro mu będzie sprzedawać, a ten Wasyl nie drogo chce. Poszedłem więc oglądać i targować siano. Sprawa ta dość czasu mi zajęła i skończyła się tem, że hucuł ustąpił więcej niż połowę z ceny, której pierwotnie żądał. Powracając na ganek, ujrzałem wysoką postać mego sąsiada, nachyloną nad otwartą książką, pozostawioną przezemnie na stoliku w ganku. — Gdy zbliżyłem się na kilka kroków, księdz podniósł oczy od książki i popatrzywszy na mnie, rzekł z pewnem zakłopotaniem: — Pan zna rosyjski język? — Znam — odrzekłem i korzystając ze sposobności przedstawiłem mu się natychmiast. W odpowiedzi na moje przedstawienie się rzekł ksiądz: — Jestem Jan Dawydow z kongregacyi OO. Zmartwychwstańców. Bardzo mi miło poznać człowieka, który zna moją dawną... moją ojczyznę. Po przełamaniu pierwszych lodów rozmowa potoczyła się żywo; do wieczora byliśmy już w zupełnej zażyłości. Chory ksiądz z widoczną ciekawością rozpytywał się o stosunki panujące obecnie w carskiem państwie, o prądy nurtujące wśród młodzieży, o prześladowanie Kościoła katolickiego. Odpowiedzi, które mu dawałem, nie zdawały się go ani dziwić, ani nawet smucić; zdawało mi się, że pytał mnie li z grzeczności, a o wszystkiem, co mu odpowiadałem, wiedział i bezemnie doskonale. Przy opowiadaniu tylko jaskrawszych faktów, marszczył czoło, oczy ogniściej mu błyskały, rumieńce silniej wypiekały się na policzkach, a z ust mimowolnie wyrywały się słowa: — Wkrótce wypełni się czara nieprawości! Po polsku mówił poprawnie, gramatycznie, ale z pewnym cudzoziemskim akcentem. Około piątej, po zjedzeniu wspólnego skromnego obiadu pożegnałem mego sąsiada i wyszedłem przejść się po sąsiednim świerkowym lesie. Rozpamiętywając naszą pierwszą rozmowę, zauważyłem dopiero teraz, że opowiedziałem mu masę szczegółów tak o sobie samym, jak o stosunkach prowincyi, które znałem dokładnie — on zaś nie powiedział mi o sobie nic po nad to, że nazywa się Dawydow, jest Rosyaninem i należy do kongregacyi OO. Zmartwychwstańców. Nie rad byłem z siebie, robiłem sobie wyrzuty z tego powodu i powtarzałem sobie po sto razy, że w ten sposób nie potrafię pochwycić charakterystycznych rysów tej ciekawej dla mnie postaci. — Nadmiernie wiele sam mówię — wyrzucałem sobie w duszy — on z grzeczności samej nie mógł mi przerywać. Postanowiłem stale zmienić sposób postępowania. Następnych dni znajomość nasza coraz bardziej się zacieśniała, stawała się bliższą, nawet pewna serdeczność i poufałość zapanowała między nami. Godziny całe siedząc na ganku leśniczówki, spędzaliśmy na rozmowach. Przypominały mi się żywo owe chwile, które ongi spędzałem na pogadankach z rosyjskimi studentami i młodymi oficerami. Postać piękna i wzniosła X. Dawydowa zarysowywała się coraz wyraźniej w moim umyśle i równocześnie wzrastała do niego sympatya w mem sercu. I on się rozruszał, ożywił; nieraz gdy wpadł w zapał, to odkrywał przedemną swe sny i marzenia, budował wspaniały gmach odrodzenia olbrzyma rosyjskiego za pomocą miłości bliźniego i braterstwa w Chrystusie. Był on szczerym, żarliwym katolikiem, lecz równocześnie szczerze miłował ową opuszczoną przez siebie ojczyznę i rodaków pogrążonych w jarzmie strasznem i upokarzającem. — Przyjdzie jeszcze ta chwila — wołał w szlachetnem uniesieniu — w której bramy muru chińskiego same przez się pękną i nam otworzy się droga do apostolstwa wzniosłego i sercu miłego. Nie miałem serca powiedzieć mu, że nie podzielam jego złudnych nadziei; nie chciałem krótkich dni, które mu jeszcze do życia pozostawały, zatruwać zwątpieniem; nie śmiałem burzyć gmachu szlachetnej ułudy, który dawał schronienie jego skołatanej, zbolałej duszy. O stanie swego zdrowia nie miał najmniejszego wyobrażenia; projekty swych działań snuł na dziesiątki lat w przyszłość, a ja z boleścią widziałem, że życie ulatuje zeń z każdym dniem, z każdą godziną. Nasza gospodyni była nad wyraz uszczęśliwiona z zażyłości, jaka zapanowała pomiędzy mną a chorym księdzem. — Niech panu dobrodziejowi Pan Bóg wynagrodzi — mawiała, gdyśmy się czasem znaleźli sam na sam — za jego dobre serce. Biedniątko, księdzyk mój aż poweselał, aż odżył, od kiedy pan dobrodziej przyjechał. Dobry on i poczciwy, i widać, że go tam koło Ojca świętego wyedukowali jak się należy, kiedy może z państwem rozmawiać. Tylko zdrowia nie ma, oh! nie ma za panienkę najdelikatniejszą. Na tem kończyła się zazwyczaj rozmowa, bo pani Nowakowa nie miała czasu na gawędy; na jej wyłącznej opiece zostawało sześć sztuk bydła, kilka świnek i czworo małych dzieci. Całym tym dobytkiem opiekowała się z wielką troskliwością; nawet mego Mykołę, który w pierwszych dniach naszego pobytu na leśniczówce próżnował z huculskim stoicyzmem, zaprawiła do roboty, a umiała zabrać się do tego tak sprytnie, że stary strzelec ani opatrzył się, kiedy się to stało. Nic mi więc nie przeszkadzało oddawać się studyom nad charakterem X. Dawydowa; zabrałem się też do tego zajęcia z amatorstwem; mimo to nie szło mi jakoś. Chociaż rozmawialiśmy długie godziny o sprawach, obchodzących ogół słowiański, o stosunkach wzajemnych dwóch narodów, do których należeliśmy, to jednak rozmowa nasza nigdy nie dotykała osobistych stosunków Dawydowa. Doświadczałem uczucia takiego, jakbym napróżno starał się pochwycić jakiś dziwnie śliski i giętki przedmiot, który bezprzestannie krąży w pobliżu moich rąk, lecz gdy miałem go już dotknąć, to usuwał się z rąk, wyślizgujące się ustawicznie. Przytem uderzyła mnie jedna właściwość umysłu mego nowego znajomego: był niesłychanie domyślny, odgadywał, przeczuwał prawie moje myśli. I tak raz, chociaż ani słowem nie zdradziłem się z tem, powiedział mi, że od pierwszego spotkania odgadł, że ja pisuję, że zajmuję się literaturą. — Musiał ksiądz coś czytać przezemnie napisanego — rzekłem mu, nierad sam z siebie. — Oh! nie — odrzekł — nie mam czasu na czytanie świeckich rzeczy. — A w jaki sposób mogłeś się ksiądz domyśleć? — pytałem rozciekawiony. — Instykt mi to powiedział — odrzekł, uśmiechając się słodko i łagodnie. — Wy panowie pisarze, autorowie, macie coś odrębnego w prowadzeniu rozmowy, zabieracie się do tego, jak sędzia śledczy do indagacyi obwinionego. Czas płynął szybko; już dwa tygodnie mijało od naszego pierwszego spotkania, a ja na krok nie postąpiłem w moich badaniach, a nawet — po ostatniej powyżej przytoczonej rozmowie — straciłem był zupełnie nadzieję dopięcia zamierzonego celu. — Nie chce się zdradzać — myślałem, i delikatność nie pozwalała mi pytać i sondować natrętnie. Pewnego wieczoru nasz gospodarz Nowak, który zajęty służbą, bardzo mało w domu przesiadywał, przybiegł do mego pokoju ogromnie ożywiony i zaaferowany. — Panie! — wołał z za progu jeszcze — jelenie się pokazały! Rewirowy z »sataniego diłu« Sawycz doniósł mi przed chwilą, że spotkał dziś rano całe stadko, z kilkunastu sztuk złożone. Zerwałem się od stolika, jakby prądem elektrycznym dotknięty. — Zrobimy obławę panie Nowak! — zawołałem porywczo. — Na nic to panie! — odpowiedział mi leśniczy. — Widać, że pan naszych rewirów nie zna, kiedy pan dobrodziej tak mówi. Na nasze mioty potrzebaby chyba było stu myśliwych i tysiąc ludzi obławy. — No, a cóż będzie? — zapytałem ciszej, zbity z tropu i zawstydzony tem, że zdradziłem się z moją nieświadomością. — Co będzie? — mówił leśnik tryumfująco — zrobimy zasiadkę koło wodopoju. To taka historya: widzi pan dobrodziej u nas jeleni stałych niema. Te, co ich Sawycz wytropił, to musiały tu przejść z wołoskiej strony, z bukowińskich gór, gdzieś pewno od Berhometu wilki ich napłoszyły, to tu się do nas skryły. Rewirowy powiada, że poszedł tropem i wyśledził miejsce w strumieniu pod »satanowym diłem«, gdzie one wodę piją. Tam tylko zasiąść przed wschodem słońca i strzał pewny, ale trzeba trafić, bo drugi raz nabić już niema czasu. A po strzale wyniosą się Bóg wie gdzie, albo wrócą do swoich lasów, albo przejdą za węgierską granicę. Wiadomość, przyniesiona przez Nowaka, poruszyła mnie ogromnie, natychmiast odwołałem Mykołę od jego sielskich zajęć, opatrzyłem sztuciec, przymierzyłem naboje z kulami i zajęliśmy się całkiem przygotowaniem do nocnej wyprawy — Jeżeli mamy iść dzisiejszej nocy, to musimy wyruszyć zaraz, za pół godziny najdalej — przestrzegał Nowak. — Do »sataniego diłu« opętanych dziesięć kilometrów. Podnocujemy u Sawycza, a po północy zaraz ruszymy do wodopoju. Ale panie dobrodzieju ani tchnąć nie można, taka bestya ostrożna, że wypowiedzieć trudno; odetchnie człowiek głośniej, już hultaj, ten pierwszy prowodyr usłyszy i fajt zawróci stadko i szukaj potem wiatru w polu. Najuroczyściej obiecałem Nowakowi, że nie odetchnę nawet głośniej i w dziesięć minut później byłem gotów do wymarszu. Na samem wychodnem pani Nowakowa wsunęła Mykole jakieś zawiniątko w torbę. — To kolacya dla panów — rzekła — nie zapomnij oddać im to w chacie u Sawycza. Ruszyliśmy pospiesznie, tak, że nawet nie miałem czasu pożegnać się z moim sąsiadem. Wieczór cały spędziłem bardzo miło przy świetle ogromnego ogniska, płonącego w chacie leśnego. Nowak i dwaj huculi bawili mnie opowieściami najrozmaitszych przygód myśliwskich i baśni ludowych. Na dworze tymczasem, choć to była dopiero druga połowa sierpnia, chwytał przymrozek, niebo się wyiskrzyło, a gwiazdy świeciły migotliwym, fosforycznym blaskiem. Około pierwszej godziny, wypiwszy po kieliszku wódki i zjadłszy po kawałku zimnej baraniny, ruszyliśmy do wodopoju. Nie zapomnę nigdy tej wyprawy, pełnej przeszkód i przeciwności, humor jednak dobry, spowodowany nadzieją polowania, sprawiał, iż nie narzekaliśmy nawet. O dziesięć kroków poza chatą leśnego weszliśmy odrazu w dziewiczy bór świerkowy; Sawycz szedł przodem i długą laską góralską sondował grunt pod nogami; my w najkarniejszem milczeniu postępowaliśmy za nim krok w krok. Przekonałem się wówczas, że nawet nie mając żadnych przesądów, w nocy w takim borze chwyta człowieka jakiś mimowolny lęk i wspomnienia baśni o różnych nadnaturalnych potworach, których nasłuchało się w dzieciństwie, stają żywo w pamięci. Pomimo że gwiazdy świeciły jasno i niebo było wyiskrzone, to pod gęstemi, rozłożystemi gałęziami świerków panowała ciemność tak straszliwa, że opisanie jej słowami przechodzi granice mowy ludzkiej; miejscami tylko tu i owdzie z gnijących tu od wieków kolców-olbrzymów wydobywały się światełka jakieś, blade jednak i cmentarnie, trupio błyszczące; zimno jakieś grobowe tchnęło od blasków tych, od mas tych świetlanych i w duszę się uparcie wkradało. Macając kijem ziemię pod stopami, szedłem tuż za Nowakiem, a za mną postępował Mykoła; nagle mimowolnie zatrzymaliśmy się wszyscy, a ja bezwiednie przeżegnałem się. Przyczyną tego zatrzymania się i chwilowego przestrachu był krzyk jakiś przeraźliwy, skargi dziwnej i boleści pełen, który rozległ się gdzieś w naszem pobliżu; gdzie? nie wiedziałem napewno, bo zdawało mi się, że słyszałem głos ów straszny, dobywający się z pod ziemi i unoszący się ponad głową pod sklepieniem świerkowych konarów, wreszcie otaczający mnie zewsząd, wokoło, niby czar jakiś ohydny. Jak długo trwała chwila naszego przerażenia? nie wiem. Przerwał ją Mykoła, który pierwszy szepnął cicho: — Pan Bóg z nami, panowie! To puhacz skalny tak zakwilił, wiele to ja razy urodę (potwora) słyszałem, a zawsze muszę stanąć i choć przez chwilę pomyśleć, że to jakieś dziecko opuszczone, albo dusza ratunku prosząca tak się do ludzi odzywa. Utykając co krok, przełażąc przez pruchniejące pnie, pędząc przed sobą legiony całe błędnych, białych i zimnych ogników, szliśmy po łagodnej pochyłości; przymrozek coraz mocniejszy nie ziębił nas wcale, przeciwnie uczuwałem gorąco, ale za to utrudniał nam drogę, bo nawet w lesie marznąć już zaczynało i robiło się w dodatku do wszystkiego ślisko pod nogami. Wreszcie po godzinie takiego marszu, godzinie, która mi się zdawała być wiekiem całym, stanęliśmy u celu. Sawycz gwizdnął zcicha, przeciągle i na znak ten stanęliśmy w miejscu. Za chwilę zbliżył się stary leśnik do mnie i, nie przemówiwszy ani słowa, wziął mnie za rękę i podprowadził kilkanaście kroków na stanowisko. Obmacawszy wkoło siebie, rozpoznałem, że mam przed sobą pień olbrzymi, wysoki pewno na jakie cztery stopy, obok zaś na wszystkie strony zwalone kłody. W jaki sposób wśród takiej ciemnicy, prowadzony nawet przez Sawycza, dostałem się tam? tego nigdy później nie mogłem sobie wytłumaczyć. Zaczęło się nieznośne wyczekiwanie na stanowisku. Zimno pomimo kieptara, pożyczonego mi przez Sawycza, na dobre dokuczać mi zaczynało; dzwoniłem zębami i zacierałem ręce co chwila. Po pewnym przeciągu czasu, który wydał mi się dziwnie długi, zacząłem zwolna rozróżniać otaczające mnie przedmioty: pień, obok którego stałem, okryty srebrnym szronem, zarysował się wyraźnie; kłody, przez które musiałem się gramolić właśnie na stanowisko, widziałem już teraz dokładnie. Spojrzałem poza kłodę przed siebie i ujrzałem niewielką powierzchnię wody, cichą i gładką, jak zwierciadło weneckie; ponad wodą unosiły się lekkie, zaledwie dla oka pochwytne obłoczki pary; ogromne łopuchy i inne liściaste rośliny zwieszały się ponad gładką powierzchnią wody i robiły wrażenie sztucznych, papierowych liści, gęsto piaskiem srebrnym obsypanych — to przymrozek tak wykrysztalił na nich opar, podnoszący się ze strumienia. Z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej wkoło mnie; już mogłem dostrzedz moich towarzyszy, stojących poza sąsiedniemi pniakami; wreszcie z poza tumanu mgły ukazał się wodospadzik maleńki, u stóp którego uformowało się jeziorko owo, nad którem staliśmy. W miarę wzmagającego się światła, życie się w borze budziło, jakieś szelesty głuche i niepochwytne wśród tej ciszy uroczystej przekradały się do moich uszu — to lis albo żbik gdzieś opodal wybierał się na wyprawę; to znowu szelest jakiś metaliczny, głośny i pewny siebie, niekryjący się, przeszywał powietrze — to ptak rabuś, orzeł lub sęp opuszczał nocne legowisko i mknął w przestwor żeru szukać. Wreszcie wpadł do mego ucha znany myśliwski szept: pst! — Odwiódłem kurki i wytężyłem uwagę, nic jednak zrazu nie mogłem usłyszeć, tem mniej zobaczyć, wprawne jednak ucho Sawycza nie omyliło. W rzeczy samej po chwili usłyszałem dalekie jakieś dudnienie i tętent coraz silniejszy dochodził moich uszu wyraźnie już, podobny temu, jaki wydaje tabun koni, pędzących po cichym, bezludnym stepie. Serce bić we mnie zaczęło jak młotem i ręce z zimna i wzruszenia dygotały jak w febrze; każdy nerw drżał jak struna arfy eolskiej. Nigdy w życiu w żadnem niebezpieczeństwie nie doświadczałem tak silnego wzruszenia, jak wówczas na tem górskiem stanowisku. Z przeciwnej strony strumienia kamienie z góry po stromej zboczy posypały się gradem i spadając z hałasem w jeziorko, połamały lśniące zwierciadło wody. Przemocą zatrzymywałem oddech w piersiach i ukryty poza pniem, wytężyłem wzrok na przeciwny brzeg strumienia. Wnet też ujrzałem ogromnego jelenia, cztery łanie i kilkoro cieląt, pędzących wśród drzew ku wodzie. W odległości stu sążni może ponad wodą samiec pierwszy złagodził szybkość biegu i zaczął powoli, ostrożnie spuszczać się po spadzistym brzegu; całe stadko poszło za jego przykładem. Jeleń wszedł pierwszy do wody tak jakoś delikatnie i przezornie, jakby bał się zmącić czyste wody strumienia, za nim wskoczyła pierwsza łania i stanęła powyżej niego, inne były jeszcze na brzegu. Samiec nachylił się odrazu i zaczął pić — łania spojrzała podejrzliwym wzrokiem wokoło. — Stałem od tych wspaniałych zwierząt najdalej o dziesięć kroków, wpatrywałem się w nie z zachwytem. Nagle wzrok mój spotkał się ze spojrzeniem łani; ciemno-szafirowe, prawie czarne jej oczy nie miały w sobie przestrachu, nie — tylko prośbę jakąś niemą i tęskną zadumę i coś jeszcze, niby zapał jakiś szlachetny. Zapatrzony w te oczy, zapomniałem o strzelaniu i dziwnego uczucia doświadczałem: nerwami odczuwałem skierowany na mnie wzrok moich towarzyszy, choć ich samych nie widziałem, jednak czułem w ich wzroku nieme pytanie: dlaczego nie strzelasz? Obojętnem mi ono było — patrzałem w oczy łani i zdawało mi się — przez halucynacyę zapewne — że widzę w nich ten sam wyraz, jaki mają oczy mego sąsiada, chorego księdza. Wszystko to trwało kilka sekund zaledwie. Łania wydawszy trwożliwy okrzyk, odwróciła głowę w bok i jednym susem wyskoczyła ze strumienia, wnet znikło mi z oczu stadko. W tejże samej chwili, na prawo odemnie huknął strzał i jeleń z wysokości może dziesięciosążniowej, po spadzistym przeciwnym brzegu, stoczył się w przepaść i runął w zmącone wody strumienia. Spojrzałem w bok i ujrzałem Mykołę ze strzelbą przy ramieniu, z lufy jeszcze dym wychodził. Czułem, że w spojrzeniu mojem, rzuconem na starego myśliwca, mieścił się niemy wyrzut — za brak serca. Wyrzut ten zrozumiał hucuł i odpowiedział nań natychmiast słowami: — Diwocze serce macie panie — rzekł uśmiechając się pobłażliwie. Żołnierz to z was jeszcze mógłby być, ale prawdziwy myśliwy nigdy. — Dlaczegóż żołnierz? — zapytałem. — Bo w wojnie — mówił dalej — człowiek serce, żeby nie wiedzieć jak miał miękkie, gubi zupełnie i robi się zwierzem sroższym, niż niedźwiedź lub ryś — krew chce pić i krwi własnej broni, a tu... et co gadać, patrzeliście tej łani w oczy jak jakiej; tak nie można, czasu tracić. Wszyscy czekaliśmy na wasz strzał i żeby nie to, ot tam mała polanka — tu wskazał ręką na przeciwną stronę — to byłby taki piękny zwierz przepadł. Machnął ręką i poszedł w wodę, by wraz z Sawyczem wyciągnąć jelenia na brzeg. Obejrzeliśmy zwierzynę; kula hucuła trafiła jelenia pomiędzy łopatki przednie, od krzyża przeszła przez płuca na wylot i z przodu piersi wyszła. Z mordy i nozdrzy sączyła się jeszcze ciepła krew, nogi i zad stygły już zwolna. Zostawiwszy Mykołę i Sawycza koło ubitej zwierzyny, zabraliśmy się wraz z Nowakiem do domu. Droga po dniu wydała mi się o wiele znośniejszą i szliśmy pospiesznie, bo przeziąbłem był przez noc bardzo i jeść mi się chciało okrutnie. Z nastaniem dnia mgła nasiadać zaczęła, z każdą chwilą gęściejsza, szczyty okryte były tumanem szarym, chmurami ciężkiemi, ołowianemi; temperatura ocieplała się zwolna, mróz folgował, lecz wilgotna mgła ziębiła. — Po białym przymrozku będzie deszcz z pewnością. Jak nie dziś, to jutro — rzekł sentencyonalnie Nowak. Już teraz zaczyna się psi czas. Nie wiem, czy długo jeszcze pan u nas w górach wytrzyma? Nie odpowiedziałem mu nawet, tylko przyspieszyłem kroku, a w myśli postanowiłem jak najprędzej wydostać się na równiny. Gdy zbliżyliśmy się do bramy leśniczówki, wybiegła na nasze spotkanie pani Nowakowa, najwidoczniej niecierpliwie oczekująca naszego powrotu. Gdy zobaczyłem ją, pomimo tuszy wcale okazałej pędzącą po stromej ścieżce, doświadczyłem nagle jakiegoś złego przeczucia — i nie omyliło mnie ono. — Nieszczęście! nieszczęście! — były pierwsze słowa przerażonej kobiety — chodźcie panowie prędzej! Mężu prędzej! No prędzejże Nowak! — wołała niecierpliwie. — Cóż tam się stało? spytał, zbliżając się leśniczy. — Ksiądz umiera! — zawołała, a później, gestykulując, gorączkowo zaczęła opowiadać, zwracając się to do mnie, to do męża: — Wczoraj wieczorem było zimno, a on do ciemniusieńkiej nocy spacerował po sadzie. Dwa razy wychodziłam do niego, proszę: niech ksiądz dobrodziej raczy do pokoju, powietrze zimne, aż człek kostnieje. A on mi na to panie dobrodzieju powiada: niech się pani Nowakowa nie troska o mnie, zdrów jestem, jak nieprzymierzając koń, tylko ojcowie z troskliwości zbytecznej wyprawili mnie tu, żebym wypoczął po pracy Biedaczek nie wié nawet, że śmierć z kosą czeka już na niego. W nocy, eh! już nad ranem przybiega Hapka do mego łóżka i szarpie i woła: — Pani! pani! Ksiandz umyrajut! Poszłam, sądny dzień, krwi jak z dzika pełny pokój, a on sam charczy, a twarz ma białą, gdzie tam białą — żółtą, niby woskową. Ja do niego, a on ani ręką, ani nogą ruszyć nie może. Mówię mu: A widzi ksiądz dobrodziej, co mróz znaczy, teraz chodź po księdza i po Sakramenta święte posyłaj, bo życia już w jegomości nie ma i za kurczątko malusieńkie. A on biedaczek popatrzył na mnie i pyta: Eh! tak pani myśli? Nie! to nie może być, jeszcze pożyję, bo nie spłaciłem na świecie tego, co było moim obowiązkiem... Perswaduj tu takiemu, palcem ruszyć nie może, a myśli, że wieki żyć będzie. Z panem chce się widzieć — rzekła spokojniej, zwracając się do mnie — dwa razy się już o pana dobrodzieja pytał. W tej chwili dopiero zauważyłem, że zasłuchani w opowiadanie przerażonej kobieciny i dzieląc jej przerażenie, zapomnieliśmy o naszym obowiązku. — Chodźmy, panie Nowak! — rzekłem i puściłem się ścieżką ku bramie. W sieni oddałem Nowakowi strzelbę, a sam tak, jak stałem, obłocony i w poszarpanej podczas nocnej wyprawy odzieży wszedłem do izby chorego. W izbie mrok jeszcze spory panował, tylko w głębokim kominie płonęła jasno wielka sosnowa kłoda. Podłoga była najwidoczniej świeżo wymyta, a izba wyprzątnięta ze śladów krwi; pod nogami niemile skwierczał usypany wilgotny piasek. Chory leżał na wznak, oczy miał w sufit utkwione, a siły tak go opuściły, że nawet nie mógł skierować oczu ku drzwiom; widziałem jednak z wyrazu twarzy, że chciał to zrobić. — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — rzekłem, zbliżając się do niego. — Na wieki... — nie mógł domówić reszty. Zbliżyłem się do łóżka i nakazując mu ruchem ręki milczenie, podniosłem jego głowę wyżej na poduszki, okryłem go lepiej kołdrą i usiadłem w nogach, patrząc nań ciągle. Pewno z pół godziny leżał tak bez ruchu, tylko suchy urywany kaszel od czasu do czasu wydobywał się ze zmęczonych piersi. Twarz jego, klasycznie piękna, straciła już zupełnie cerę ludzką, powlokła się trupią, szaro-żółtą barwą, tylko oczy świeciły ciągle dziwnem ożywieniem i zdawało mi się, że wszelkie resztki życia, że dusza cała opuściła już schorzały ten organizm i weszła w oczy. Z oczu tych czytać można było dzieje żywota umierającego — a były one i piękne i dobre. Zwolna chory zaczynał przychodzić do siebie, oddech stawał się równiejszy i nie wymagał pracy płuc tak natężonej, blask oczu zmniejszył się i chory zasnął snem lekkim, trudnym nawet do dostrzeżenia. Pozostałem przy nim aż do obudzenia, które nastąpiło w godzinę może po zaśnięciu. Sen widocznie pokrzepił go i wzmocnił gasnące siły. — Natychmiast po przebudzeniu skinął na mnie ręką, bym się zbliżył do niego. Podszedłem. Przemówił wówczas do mnie cichym, urywanym, ale zupełnie wyraźnym głosem: — Prosiłem, byś pan przyszedł. Mam się o coś ważnego spytać. Słuchałem, łowiąc uważnie uchem każdy najdrobniejszy dźwięk. — Zauważyłem w czasie naszych rozmów — mówił dalej, przemagając kaszel — że pan zajmowałeś się naukami przyrodniczemi. Gospodyni nasza powiedziała mi dziś, że ja wkrótce umrę. Tu zakaszlał się mocniej i trochę krwi ukazało się na bladych ustach, na czole i twarzy wystąpiły gęste krople potu, w oczach jednak nie dostrzegłem ani śladu niepokoju, przeciwnie, widniały tam: rezygnacya i powaga jakaś wielka. Po chwili kaszel ustał i głos mu wrócił, mówił więc dalej: — Zaklinam cię bracie w Chrystusie, powiedz mi, czy to prawda? Ja nie czuję jeszcze zbliżania się śmierci i wiecznego wypoczynku. Powiedz mi prawdę. Czy tak jest w istocie? Mówiąc to, wpatrzył on mi się w oczy tak bystro i przenikliwie, że nie byłem w stanie karmić go złudzeniami; nawet dla chwilowego uspokojenia go kłamać nie byłem w stanie; zresztą widziałem, że choć wieść ta będzie dlań niespodzianką, to jednak nie przerazi go zgoła, rzekłem więc krótko: — Tak! Po słowie tem, wyrzeczonem dobitnie, wydawało mi się, że uśmiech jakiś słodki i wesoły prawie przebiegł mu po twarzy, trwał chwilę tylko, mignął zaledwie i znikł, ustępując miejsca wyrazowi powagi i skupienia ducha. Oczy utkwił w sufit i przez chwilę zdawało mi się, że usta jego poruszały się niepostrzeżenie niby przy cichej modlitwie. Wnet jednak znowu popatrzył na mnie i odezwał się szeptem. — Proszę cię więc bracie, poślij po najbliższego katolickiego kapłana. Poślij zaraz i wróć tu jeszcze do mnie. Wyszedłem do stajni, wyszukawszy podrostka, który spełniał funkcye pastucha przy krowach leśniczego, kazałem mu siąść na deresza Mykołowego, a mego konia osiodłanego prowadzić luzem i pojechać natychmiast do najbliższej cerkiewki po unickiego proboszcza. Gdym tak rozprawiał z głupkowatym chłopakiem, nadszedł Nowak i oświadczył, że chłopca tego posyłać nie można, bo toby się na nic nie zdało. — Głupi jest jak but — mówił, spluwając leśniczy — i gotów zamiast księdza, cygana nam przywieść. Już jeżeli taka łaska pana dobrodzieja — dodał, kłaniając mi się — że pan swoje konie daje, to ja i sam gotów jestem jechać, byle tylko księdza jak najspieszniej przywieść. To przecie chrześcijański obowiązek. Pozostawiłem Nowaka w stajni, siodłającego konie, a sam powróciłem do chorego. Wbrew smutnym przepowiedniom Nowaka, mgła poranna, gęsta rosa opadać zaczęła na ziemię, niebo się wyjaśniało, nawet przez rozsuwający się tuman zdołało się przedrzeć kilka promieni słonecznych i przez małe okienko wcisnąć aż do twarzy chorego. Zastałem go jakoś pokrzepionego; zmienił nawet pozycyę i obrócił się twarzą ku słońcu. Gdy zbliżyłem się do niego, spytał mnie znowu cichym, słodkim głosem: — Czy się tylko bracie nie mylisz? Ja nie czuję zbliżającej się śmierci. Łzy mimowoli zakręciły mi się w oczach i odrzekłem mu: — Jeden Bóg rozporządza życiem ludzkiem. Pytałeś ksiądz, żądając sumiennej odpowiedzi, dałem taką, jaką sumienie mi podyktowało. Omylić się mogłem i żeby Bóg dał, bym się pomylił. — A może się i nie mylisz — rzekł po dłuższej pauzie. Potem, jakby przypomniawszy coś sobie, rzekł znowu: — Tam pod brewiarzem na stole leży gruby zeszyt papieru zapisanego. Podaj mi go z łaski swej bracie. Poszukawszy chwilę, znalazłem zeszyt i nie patrząc weń, podałem choremu. Przyznam się, że gdy szukając, tylko raz przelotnie rzuciłem okiem na ten zeszyt, przeczułem prawie, iż to jest pamiętnik Dawydowa i powstała nagle we mnie obawa, by on nie kazał go wrzucić w płonący komin. Przenikliwy chory odrazu odgadł moją myśl i uczucie, jakie ona wywołała, i uśmiechając się pobłażliwie, rzekł: — Wiem, że ciekawy byłeś bracie dziejów mego życia. Opowiadać ci nie chciałem, skromność obowiązująca kapłana nie pozwalała mi zajmować bliźniego osobistemi sprawami. Dziś, gdy mam już ze świata odejść, oddaję ci ten zeszyt. Tu wręczył mi napowrót rękopis i jakby znużony długiem zdaniem, wypowiedzianem przed chwilą, zakaszlał znowu, mocniej niż pierwej. Po chwili jednak siłą woli stłumił kaszel i mówił dalej: — Doświadczenia, jakie zdobyłem w życiu, mogą się innym przydać. Pisujesz powieści, zużytkuj te moje zapiski, jak ci się podoba! Bolesne jakieś wspomnienie musiało zjawić się w jego umyśle, bo skrzywił twarz, jakby go coś w sercu mocno zabolało i zawołał prawie zupełnie głośno: — Zdrajcą mnie tam zowią!... A nie wiedzą, że byłbym gotów przelać ostatnią kroplę krwi, ponieść śmierć w mękach najokropniejszych, żeby im tylko oczy otworzyć i na drogę, wiodącą do zbawienia, do opamiętania chociażby naprowadzić. Pojmą to kiedyś... ich prawnuki. Głowa opadła mu znowu na poduszki i z piersi wydobył się po raz pierwszy zgrzyt jakiś straszny, grobowy; dyszał ciężko i z widocznym nadludzkim wysiłkiem. Gdy przyszedł trochę do siebie, rzekł ledwie dosłyszalnym głosem: — Bracie, podaj mi krzyż i zostaw mnie samego. Będę się modlił. Znalazłem na stoliku mały srebrny krzyżyk, czarno emalią misternie ozdobiony, noszący na sobie niezaprzeczalne piętno kaukazkiego wyrobu, i milcząc, wsunąłem mu go w kostniejącą rękę, potem stosownie do jego woli wysunąłem się zcicha z pokoju. Wyszedłem na świeże powietrze; słońce, jasno już teraz świecące, pociągało mnie tam. W głowie czułem zamęt jakiś, rodziła się w mym umyśle świadomość, że jestem obecny przy śmierci, nie jakiegoś pospolitego śmiertelnika, zwykłego zjadacza chleba powszedniego — ale człowieka, który byłby odegrał wielką rolę w historyi swego narodu, gdyby warunki dzisiejsze nie były mu stanęły na przeszkodzie i nie doprowadziły go do przedwczesnej śmierci hen daleko na obczyźnie w dzikich karpackich urwiskach. Myślami temi zajęty szedłem wprost przed siebie, nie zwracając zupełnie uwagi na otaczające przedmioty; z zadumy tej wyrwał mnie głos Mykoły, który, wyrósłszy jak z pod ziemi, huknął mi w samo ucho: że jelenia wraz z leśnikiem wpakowali na najętego konia i Sawycz eskortuje go tu, a on przyszedł spytać: czy nie mam mu co do rozkazania? Wyprawiłem go do sieni, żeby siedział podedrzwiami chorego księdza, i gdyby się tam co stało, dał mi znać natychmiast. Sam zaś poszedłem dalej, i usiadłszy na ławeczce wśród sadu, zacząłem z ciekawością oglądać otrzymany od chorego rękopis. Był to gruby zeszyt papieru, zapisany pewnym i bardzo czytelnym charakterem; podzielony był na rozdziały, a na końcu widniał podpis autora i data opiewająca, że był spisany w Rzymie cztery lata od dnia owego, w którym dostał się do moich rąk. Bezwiednie prawie zacząłem czytać. Oto treść pamiętnika księdza Jana Dawydowa:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…