Front matter
DR. ŁUCJA CHAREWICZOWA
KLĘSKI ZARAZ
W DAWNYM LWOWIE
całość
DR. ŁUCJA CHAREWICZOWA
KLĘSKI ZARAZ
W DAWNYM LWOWIE
Z 10 ILUSTRACJAMI W TEKŚCIE
NAKŁADEM TOWARZYSTWA MIŁOŚNIKÓW PRZESZŁOŚCI
BIBLJOTEKA LWOWSKA
XXVIII
KLĘSKI ZARAZ W DAWNYM LWOWIE
CZCIONKAMI DRUKARNI SP. AKC. KSIĄŻNICA-ATLAS WE LWOWIE
W czasie zbierania materjałów do gospodarczych dziejów Lwowa zwrócił mą uwagę ogromnie destrukcyjny wpływ klęsk zarazy na ciągłość oraz rozwój życia gospodarczego i kulturalnego miasta, wpływ głębiej jeszcze w lata następne sięgający, aniżeli skutki oblężeń, napadów i pożarów, bo ogień niszczył tylko dorobek ludzi a nie ich samych, najzacięciej zaś prażące hufnice i muszkiety nie miotały tak śmiercionośnych pocisków, jak nieodgadnione wówczas w istnieniu, lecz z swych strasznych skutków tylko znane, bakcyle zarazy. Wieki dzieliły ludzkość od rozpoznania właściwych jej przyczyn i od fundamentalnych w tym zakresie badań bakterjologicznych i uczniów ich, wynalazców zarazka dżumy, Francuza i Japończyka jednakże każdorazowe jej pojawienie się wzbogacało najrozmaitszemi traktatami literaturę medyczną, a groza klęski przeniknęła źródła historjograficzne i liczne ślady pozostawiła w zapiskach urzędowych i pomnikach oficjalnych, wobec czego zjawisko zarazy może być traktowane historycznie nietylko przez historyków medycyny, rozporządzających podkładem leczniczo-fachowym, ale i przez tych historyków, którzy na tle ogólnych pojęć przyrody, światopoglądu ówczesnego, stanu wewnętrznego miast i warunków politycznych uwypuklić zdołają grozę częstotliwości tej klęski społecznej, tragizm sytuacyj w czasie jej trwania, bezsiłę walki a właściwie bierność jednostkową i zbiorową, naiwność tłumaczenia zjawisk chorobowych, siłę lęku, bezdenną wiarę w zaziemską pomoc, fatalność skutków, rozluźnienie moralne, upadek gospodarczo-społeczny i górującą nad wszystkiem potęgę wszystko zwalczającego instynktu bytu ludzkości. Zaraza jest więc dla mnie klęską społeczno-gospodarczą, nie zagadnieniem medycznem; zapobieganie jej i lecznictwo wykwitem ówczesnej wiedzy i kultury a jej skutki bardzo hamulcem rozwoju kulturalnego i gospodarczego miasta, w wieku zaś XVII i XVIII w połączeniu z wypadkami politycznemi jest ona potężnym czynnikiem zatraty świetności Lwowa. Zaznaczeniem zaś powyższem chciałabym zgóry obalić zarzut zagarniania terenu pracy historyków medycyny a wyraźnie podkreślając swą niekompetencję medyczną, prawie nie śmiem wyrazić życzenia, by równie sumiennie przyznawali się do braków wykształcenia metodyczno-historycznego liczni adepci historji z grona lekarzy, którzy jakkolwiek surowo gromią i tępią w fachu swym dyletantyzm, wielu z nich jednak bez przygotowania metodycznego śmiało wkracza w zakres historji i czuje się nawet w prawie zabraniania wstępu nielekarzom na teren zjawisk chociażby tylko stycznych z historją medycyny. Za wiele życzliwych uwag i cennych informacyj, udzielonych mi w toku pracy dziękuję niniejszem JWPanu Dyrektorowi Aleksander Czołowski
Wstęp.
Każde zakończenie życia wydawało się łagodniejsze i lepsze, aniżeli złem nieuchwytnem dla współczesnej ludzkości spowodowana śmierć czarna, nagła i tak odstraszająca, iż nawet, jak mówią kronikarze „nieopłakiwana przez nikogo“. Ów bicz Boży straszny był a niezrozumiały, bo chociaż pojęty jako kara za grzechy, przecinał jednak pasma życia najniewinniejszych dzieci, im bowiem słabsza była struktura cielesna, tem mniejsza odporność zarazy, wskutek czego wśród jej ofiar maleństwa w ogromnej znachodziły się liczbie. Jednoznaczność i brzmienie wyrażeń ― mór świadczą, iż obejmowano niemi łatwo udzielające się i przenoszące, a więc epidemiczne choroby śmiertelne i jak dziś historja medycyny wykazuje, nietylko dżumę we wszystkich jej odmianach, lecz także ospę, dur czyli tyfus plamisty, cholerę a nawet influencę, lecz najczęściej i przedewszystkiem była to dżuma w różnych swych postaciach. Nie zdawano sobie początkowo sprawy z grozy moru, pierwsze jego wtargnięcia w obręb Lwowa przeszły prawie bez echa, zaledwie zaznaczają się daty jego pojawiania się, poza tem zupełna bierność, żadnych śladów pogotowia zaradczego, żadnych w celu jego zwalczania wydatków i wysiłków. Wiara w konieczność uległości tej kaźni Bożej była silniejszą, aniżeli ludzki instynkt samozachowawczy. Nie było człowieka bez grzechu, a więc trzeba wszystkim było za złe spełnione oczekiwać „zachwycenia powietrza“. Krążyły też zdania, że leczenie zarażonych sprzeciwia się wogóle woli Bożej, bo ratowało się od śmierci i męki tych, których Bóg sam za przedmiot cierpienia wybrał. Lekarze też więcej dysputowali i pisali o zarazie, aniżeli oddawali się lecznictwu chorych tak u nas, jak i wszędzie. W XIV wieku znamy zaledwie daty moru we Lwowie, lata 1348, 1362, 1365, 1441, nic zaś bliższego o jego przebiegu. Aż gdy już siedmiokrotnie zebrał srogie żniwo śmierci wśród mieszczan, uświadomiło sobie miasto dopiero w 1467 r. swój obowiązek starań o zdrowotność mieszkańców i sprowadziło na koszt swój z Krakowa lekarza Zygmunta, który był pierwszym lekarzem miejskim we Lwowie. Lekarze prywatni znacznie wcześniej we Lwowie praktykują, przybycie jednakże lekarza Zygmunta dało początek miejskiej pieczy zdrowia publicznego. Medycy miejscy dawniej łączyli czynności dzisiejszych lekarzy policyjnych, sądowych, kas chorych, przyjmowani kontraktowo, udzielać mieli pomocy urzędnikom, służbie miejskiej i biednym mieszkańcom, mieli kierować szpitalami a zwłaszcza działać w tłumieniu zarazy. Rok tylko we Lwowie trwał pobyt krakowskiego lekarza, ale po nim przychodzą inni medycy miejscy i zmieniają się co lat parę, niektórzy byli lekarzami i aptekarzami, jak Aleksander z końca XV w., są też między nimi nazwiska bardziej znane, jak Stanisława Mazańca z pocz. XVI w. W r. 1550 funkcję tę pełnił „egregius Hispanus“, w 1555 r. doktor Sebastjan z Poznania, od 1560 r. Paweł Kampian i t. d.. Niektóre pokolenia ścigało poprostu widmo moru. Taką częstotliwością i zarazami powrotnemi odznacza się trzecia ćwierć XV w., gdy mór powracał w r. 1441, 1464, 1467, 1479, 1480 i 1484. W XVI wieku od r. 1547 począwszy panika zarazy napiętnowała lata 1569, 1572-3, 1584, 1587–9, 1591, 1593—4, 1599. 14 zaś razy pojawiał się mór na przestrzeni wieku XVII i objął lat siedemnaście, wypełnił też lat kilkanaście na pocz. XVIII w., by od r. 1722–1772 przez pięćdziesięciolecie całe straszyć tylko sporadycznemi wypadkami w mieście lub grozić zdala z miejscowości okolicznych lub odleglejszego pogranicza, od wschodu i południa, z trwogą jego postępy śledzących lwowian. Ogółem zaś zajął lat 50! Cóż więc dziwnego, iż te mory stały się punktem wyjścia chronologicznych obliczeń ludności lwowskiej, a wśród ksiąg miejskich i zeznań świadków przewija się ciągle określenie czasowe faktów: „w powietrze“, „podczas powietrza pierwszego, drugiego“, grassante pestilentia, tempore pestifero, stante calamitate pestilentiae i t. d. Wedle wierzeń ludowych pokazywały się zawsze przedtem na niebie przyszłych nieszczęść znaki wieszcze, nieszczęść licznych, gdy bowiem wężowe sploty moru ogarnęły kraj jakiś, ów jad zabójczy w czasie swego działania miewał zwykle za tło czerwone ognie pożarów lub mętne fale wylewów i widmowe twarze wycieńczonych głodem ludzi. „Głód z wojny, a powietrze bywać zwykło z głodu“ mówiono, lecz i naodwrót głód pojawiał się niejednokrotnie jako skutek zaraz. Wcześnie zrozumiano niebezpieczeństwo przenośności choroby, chociaż nie znano jej zarazków, dziś zaś wiemy, że nie człowiek odgrywa w przenoszeniu ich pierwszorzędną rolę, lecz owady, robactwo, szczury i myszy. Dziś już ludzkość odkryła tajemnicę dręczącej jej przez stulecia klęski. Specjalne komisje lekarskie są wysyłane na tereny, w których ciągle jeszcze na wschodzie plaga ta nie wygasła, lecz w Europie, to zło odległe jest już raczej zacierającem się w pamięci widmem przeszłości aniżeli straszakiem teraźniejszości. W miarę bowiem polepszania się warunków bytu warstw niższych niebezpieczeństwo zaraz epidemicznych zmniejsza się coraz bardziej.
I.
Warunki higjeniczne dawnego .
Ciasnota miejska. — Typ mieszkań. — Porządek ulic. — Dbałość zarządu miasta o jego czystość. — Wieczystość skarg na błota lwowskie. — Bruki, kanalizacja i studnie. — Związek epidemij z higjeną i ubóstwem.
Niesłychanie sprzyjała rozwojowi zarazy ciasnota okręgu miast dawnych, brak wegetacji i przewiewu na ich ulicach krętych i ścieśnionych okolnemi murami. Lwów dawny, gotycki, który spłonął w 1527 r., nie odróżniał się zapewne od innych miast tego typu. Po zaniechaniu budownictwa drewnianego, wnętrze jego murów wypełniły stawiane w zwartym szeregu wąskie, trzyokienne o wspólnych ścianach, szkarpowane domy, w założeniu swem ciasne i niewygodne, strzelające jednak wgórę licznemi piętrami i spadzistemi dachami, o podcieniach konstrukcji drewnianej, które zarzucono w odbudowie po wspomnianym pożarze. A choć renesans zaznaczył dążność do rozszerzania domów miejskich, długo jednak nie zwiększały się jeszcze znikome rozmiary ich okien, nie opadły z tychże kraty, umieszczane nawet na wysokości pięter i budowle mieszkalne miejskie pozostały w przeważnej swej mierze wąskie od frontu, a głęboko zachodzące wzdłuż parceli. Były okresy wielkiego ich przeludnienia, w podziałach spadkowych nader często zaznaczano rozczłonkowywanie mieszkań i granicę idącą środkiem izby, jedna też kamienica bywała własnością wielu rodzin i kilku z jednej nieruchomości spotykamy płatników. Wyzyskiwano tak wszystkie miejsca do zamieszkania możliwe, że nawet ciemne i przyziemne sklepy baszt i bram miejskich były poszukiwanemi lokalami. Dopiero skutkiem upadku miasta w XVIII wieku spotykamy zjawisko dotąd niezwyczajne, spowodowane wyludnieniem miasta: wielką ilość pustką stojących przez lat dziesiątki kamienic. Wieczny mrok wąskich ulic, których dwurzędowe domy o wystających wykuszach wzajemnie na siebie cienie rzucały, był też powodem, że dawne domy mieszczańskie posiadały znikomą ilość ubikacyj światłem słonecznem oświeconych, a pełne były alkierzyków, bokówek i komórek, dostępu słońca i powietrza pozbawionych. Lepianki zaś nędzne wypełniały najbliższe przedmieścia, na których i budować nic lepszego nie było warto, albowiem przy każdem zbliżaniu się nieprzyjaciela stawały się one pastwą pożarów, złowrogą pochodnią wojny dla obrońców miasta w jego wnętrzu skupionych. Przeciętny lwowianin pędził życie w kramie, przy ławie rzemieślniczej, w piwnicy szynkownej lub na wozie jarmarcznym, wszędzie zaś tam kupił się zgiełk i tłum ludzki. Handel też cały prowadzony objazdowo, zmuszający do ciągłego odwiedzania targowisk krajowych i zagranicznych źródeł zakupów, powodował, że się z jednego ogniska zarazy tworzyły jej dziesiątki, a niezrozumiałe dla współczesnych „skoki“ zarazy, od Kalisza do Lwowa, od Lwowa do Warszawy i t. p. tłumaczą się jej zawlekaniem przez transporty towarowe i osoby kupców. We Lwowie, jako wielkiem emporjum handlowem przetaczały się setki fur dziennie przez zwodzone mosty, przerzucone przez fosę fortyfikacyjną, zdążając przez główne bramy Krakowską i Halicką do wnętrza miasta. Odchody zwierzęce, a z powodu braku instytucyj użyteczności publicznej i ludzkie, oraz odpadki towarów pozostawały po nich w spuściźnie, wzbogacane ponadto hojnie przez mieszczan zasiedziałych, którzy z pokolenia na pokolenie przekazywali chwalebny zwyczaj wyrzucania wszystkich nieczystości domowych na ulicę. Nie pomagały aż do drugiej połowy wieku XVIII powtarzane rozporządzenia magistratu, iż „possesorowie kamienic pilnie przestrzegać mają, aby pomyje i inne plugastwa na ulice publiczne z okien lub rynnami nie wylewano“, bo czyny te uprawiano z zaciętym konserwatyzmem, a również i to stało się tradycyjnem, że „kloaki niewyczyszczone wielki w mieście czynią fetor i obrzydliwą sprawiają aurę“. W czasie też trwóg wojennych zgiełk straszny, zamieszanie i brud powodowali uciekinierzy, chroniący się w mury miejskie, a nie powiększały też czystości kwaterunki i przechody wojsk, nikt nie miał ochoty sprzątać pozostałości po nich, np. słychać długo o kupach gnojów, pozostawionych przez uczestników „wojny kokoszej“ poza miastem i w jego obrębie w r. 1537. Gdy wieczorna godzina nadeszła, dawano w czasie spokoju z ratusza znak dzwonkiem na zamknięcie bram miejskich i prawie wszyscy przygodni przybysze i przyjezdni kupcy opuszczali śródmieście, zostawiając w składach i piwnicach towar. Osobiste zaś pomieszczenie znajdywali oni w gospodach, w które obfitowały przedmieścia a zwłaszcza, głównie kupców wschodnich goszczące Halickie. Lecz po zawarciu bram i oddaniu kluczy w ręce uprawnionego do ich dzierżenia burmistrza nocnego, proconsulis nocturni, nie dbano wcale o uprzątnięcie miejsc opustoszałych, chociaż obowiązkowo wywożeniem gnojów zajmować się miał już w średniowieczu kat miejski. W Warszawie czynić to musieli furmani zawodowi raz lub dwa razy na miesiąc przymusowo w czasach znacznie późniejszych, a to dlatego, że ciągnąc zyski ze swojego sposobu zarobkowania psuli bruk i zanieczyszczali ulice. Tą czynnością obciążano też w mieście naszem dzierżawcę woskobójni, lecz jeszcze w r. 1467 tylko dwa razy w roku przed Wielkanocą i św. Michałem czyszczono miasto obowiązkowo, a czasami jeszcze uprzątano rynek z powodu uroczystości procesji Bożego Ciała. Dopiero, gdy przy końcu XV i z pocz. XVI wieku zrozumiano potrzebę częstszego odprawiania „purgacyj“ miasta, oglądnięto się za źródłem pokrycia związanych z tem wydatków; w 1525 r. uzyskano pozwolenie na pobieranie po pół grosza, czyli 9 denarów od fur przybyszów, którzy przed wrogiem szukali w mieście oraz po przedmieściach schronienia i obracano zebrane pieniądze na opłatę „purgantów, ktorzi gnoie suflowali“. Także wioski miejskie obowiązane były do szarwarków na rzecz miasta, ale ta pańszczyzna „pociężna i piesza“ chybiała pod różnemi pozorami; czasami czytamy, iż stante calamitate pestilentiae... wakowała, kiedyindziej znów żalą się stany, że „miasto niechędożone, pańszczyzna na cele prywatne obrócona". W okresie zaś przedrozbiorowym, gdy wojsko rosyjskie Lwów zalało, podwody z wiosek miejskich przybyłe dla czyszczenia miasta i zwożenia materjałów do naprawiania i brukowania dróg, użytkowano dla przewożenia rosyjskich magazynów wojskowych, dla kurjerów, sztafet i tym podobnych celów. Wśród pospólstwa miejskiego powszechnem było zaufanie w leczniczą wartość gnoju, w czasie zarazy biedacy zagrzebywali się w nawozie i marli w nim niezawsze spostrzeżeni a zwłoki ich tkwiły tam, dopóki fetor rozkładających się ciał nie zwrócił uwagi grabarzy. Uważano też, że palenie gnojów znakomicie czyści powietrze w mieście. Lecz mimo to w okresie zarazy 1548 r. wzmaga się troska o czystość miasta, zrozumiał widocznie jego zarząd, że brud jest najlepszem podłożem rozwoju epidemji. Wreszcie najęto na stałe człowieka do cotygodniowego czyszczenia miasta i wywożenia gnoju. Jednak bardzo często zaledwie na odległość wałów miejskich wywóz ten uskuteczniano, a „rumy miejskie" piętrzyły się niebotycznie po całych wałach, jakkolwiek miały być składane tylko na miejscu wyznaczonem przez magistrat za miastem i zaznaczonem słupami. Dla dopilnowania czystości dobrych chęci jest więcej, aniżeli czynów. Ad sonum tubae, „otrębywano ochędóstwo“, to jest nakazy czystości, obowiązkiem jej doglądu obarczono instygatora a 40-mężowie żądali przydania mu osobnego „nocnego“, aby z rana z cepakami swymi przed otwarciem bram ulice rewidował. A przecież Lwów miał bardzo wcześnie brukowane ulice i rynek, najwcześniejsze rachunki wykazują już opłacanie brukarzy i rurmistrzów, magistri canalium, przeprowadzających i utrzymujących kanały podziemne, któremi zbytek wody i nieczystości z miasta odchodziły. Ductores aquarum zaś z początkiem wieku XV uskutecznili budowę wodociągów. Lecz mimo to i mimo, że ostatki pierwszych bruków drewnianych w obrębie murów znikły jeszcze w średniowieczu i brukarze konserwację bruków kamiennych ciągle prowadzili, nawet i w czasie największej świetności Lwowa, gdy się tylko wyjrzało poza mury, strach oblatywał przechodnia przed wdepnięciem w olbrzymie grzęzawiska i bajory, pięknym wieńcem od zewnątrz otaczające mury, co nawet ostre reskrypty królewskie powodowało, a quadragintavirat na swych posiedzeniach stwierdzał: „miasto w wielkim smrodzie gnojowym leży, skąd zarazy zdrowia ludzkiego y przymówiska od postronnych“. Bo też nieporządki zbyt były widoczne i przyjezdnym w oczy się rzucały i urbs metropolis totius Russiae żadną miarą rościć nie mogło pretensyj do palmy czystości. Czyż jednakże Lwów był pod tym względem wyjątkiem? W całej Europie przez stulecia stan sanitarny miast był przedmiotem nieustannych narzekań, a i we Lwowie okresy zaniedbania sanitarnego zależne są od wielu czynników, od zasobów kasy i sprężystości zarządu przedewszystkiem. W czasie upadku materjalnego miasta grunta po przedmieściach tak były zawalone gnojami „że y dróg wolnych niemasz do przejazdu“. Po ulicach miasta też w początku XVIII wieku po kolana broczono a pańszczyźniana praca nad jego usunięciem polegała raczej na jego rozciąganiu, zanim bowiem dziurawe wozy, skrzypiące „kary“ miejskie poza bramy zdążyły, już zgubiły zazwyczaj swą zawartość po ulicach. Leżący w otoczonej lasami kotlinie Lwów pełen był wilgoci, spotęgowanej wielką ilością strumyków okolicznych, to też nadmiar wody ciągle musiał być kanałami odprowadzany i dlatego tyle wydatków łożono na ich „chędożenie“. Ale z upadkiem gospodarki miejskiej raz po raz słyszymy, że „kanał zalazł się“, woda zalewała ulice a parcie jej wypychało wszelkie gnijące w nim odpadki, bo go już jak dawniej pańszczyzna „w głąb na chłopa nie wybierała“. Po zamuleniu kanałów przyszło też zamulenie fos okolnych. Nieczystości ulic i wokół kościołów leżące cmentarze, rozkład chowanych gromadnie w ich wnętrzach ciał patrycjuszowskich, zasilały obficie wyziewami powietrze a zgnilizną wodę studzienną. Wszelkie zaś śmiecie z kościołów i szkoły zaścielały miejsca wiecznego spoczynku umarłych, wołali więc czterdziesto-mężowie do rady: „skrzinie dla smiecy skolnich y koscielnych prosiemy kascie WMoście zbudować na cmentarzu, iako przedtim bywało“. Nie było też porządku w samym gmachu ratusznym „na porgange tak wiele regestru lonherskiego pokazanego wichodzy a mimoto zadnim sposobem od smrodu do izbi 40-mężów wniscz bez obrazy zdrowia“ nie można było. Duma średniowiecznego Lwowa, wodociągi miejskie, są też przedmiotem częstych skarg w czasach późniejszych: „woda niepośledni skarb w mieście na którą prowent jest niemaly a ledaiakie ma rurmistrze, ktorzy wody w kamienicach wytracieli“. Nie funkcjonowały już bowiem wówczas dobrze „cugi wodne“ a ponieważ rurmistrz jeden za drugim był taki, iż „kto mu więcej da, więcej wody ma“, powołano specjalny urząd curatores aquarum, którzy czuwać mieli nad regularnym dopływem dobrej wody do wszystkich domostw. Jednakże i ci nie zapobiegli nieporządkom i sprawa dobrej wody i jej dopływu ciągle jest przedmiotem debat. Ze zgorzknieniem stwierdza communitas w r. 1659, że chociaż woda jest to „element iako y insze ad conservandum tak pana iako y ubogiego“, to jednak „na nim miastu schodzi tak dalece, że tylko w kilku priwatnych domach, apud qualificatas personas“ dopływ jej był regularny. Były to już czasy nieszczęść wojennych w których raz po raz nieprzyjaciel rury wodne niszczył, odpływ wody odcinał. W czasie oblężenia 1648 r. dręczyło zamkniętych w mieście ludzi pragnienie nieugaszone „wodzkiem z brzydkim kałem pomieszanem”, czystej bowiem wody w mieście brakło. Zaraz więc potem, by takim niedogodnościom na przyszłość zaradzić, żądano, żeby „studnie ze źródeł wodę maiące na mieyscach pewnych w rynku dać wyrobić“, któreby w razie odcięcia dopływu wody z zewnątrz, dostarczały wewnątrz zdrowej wody; liczba widocznie studni źródlanych w mieście była zamałą. Jedna studnia rynkowa istniała jeszcze przed rokiem 1589. Wówczas to przyjął prawo miejskie Andrzej Gargo, Grek z wyspy Chios, i zobowiązał się pierwszą kamienną studnię we Lwowie przez wuja swego Tomasza de Albertis zaczętą, kosztem swym dokończyć. I rzeczywiście w górnej części rynku w latach późniejszych ta studnia kamienna istnieje i nazywana jest „meluzyną“, była bowiem ozdobną i tworzyła rodzaj fontanny, za decor urbis, ozdobę miasta uważaną. Zniszczała ona dopiero w czasie najazdu szwedzkiego w pocz. XVIII w.. Wobec natłoku ludzi wewnątrz miasta w r. 1648 studnie źródlane nie mogły nastarczyć potrzebnej dla ciżby oblężonych wody, stworzyło to przestrogę na przyszłość i dążność zapewnienia większej ilości wody studziennej, co się niechybnie okazało zabiegiem błogosławionym w czasie oblężeń następnych. Przy pierwszych wypadkach czarnej śmierci w mieście, strach przepotężny pędził ludzi z miejsc zarażonych w nietknięte morem okolice, lecz w góry i lasy, będące najpewniejszem schronieniem, uciekać mogli ludzie, posiadający środki materjalne, a przedewszystkiem zapasy żywności, inaczej śmierć czekała głodowa. Do miast zaś niezarażonych przybyszów z ognisk zarazy nie wpuszczano, to też niechcące się na śmierć głodową narażać spólstwo pozostawało w mieście, gdzie zawsze prędzej można było liczyć na pomoc ludzką, aniżeli w puszczy lub w górach. W zakamarkach brudu i niechlujstwa miejskiego mieściło się liczne ubóstwo, taili hultaje i włóczędzy, cała ta klasa bezdomna, która brakiem dachu i należytego pokarmu wycieńczona, stawała się podatną pożywką bakcyli zarazy i padała od moru pokotem po ulicach i placach, po przedmieściach i szlakach okolicznych. Wspomnienie tej strasznej nędzy ludzkiej zawierają krótkie zapiski wydatków, które miasto ponosiło na uprzątnięcie ich ciał z gnojowisk, wnęk kamienic, kramów i bram oraz podnóży wzgórz podmiejskich. Dawne społeczeństwo lwowskie stosunkowo dość dużo czyniło świadczeń dobroczynnych, kronika jezuicka tak dużo mówi o czynnościach jałmużniczych tego zakonu, że aż dziw, iż tyle było w mieście po wsze czasy żebractwa, które i miasto starało się zwalczać przez specjalnego „wójta żebraczego“, zwanego też „babim“ lub iudex pedanus. Dziadostwo miało swą własną organizację na wzór innych związków zawodowych, na czele której stał „starszy“, jakoby cechmistrz. Bractwo to otrzymywało również zapisy i legaty. Specjalnie byli zwalczani żebracy w czasie trwogi powietrznej, nieśli bowiem często w swych łachmanach zarodki zarazy i obdarzali niemi świadczących im jałmużnę. W okresach więc „suspitiey od powietrza“ straż nocna urządzała obławy i dziadostwo „brakowała“, czyli z miasta wysiedlała lub w przytułkach umieszczała w myśl ogólnie znanych i w innych też miastach obowiązujących od XVI w. przepisów sanitarnych, by ubogich z ulic usuwać, kostyrów, wesołków i włóczęgów z miasta wyświecać. Wnioski o czystości osobistej ludzi dawniejszej doby nie mogą być też tylko wyciągane na podstawie wiadomości o liczbie istniejących w mieście łaźni, albowiem kąpiel okresowa nie może być należytą rekompensatą codziennych higjenicznych zabiegów, czego exemplum nacja żydowska, a w ich powszechność wierzyć nie mamy podstawy. Spotykamy też narzekania „iż po staremu pustki w łaźni“, jakkolwiek były i okresy rentowności tego przedsiębiorstwa. W czasie zaraz zaś używanie łaźni publicznych ostro było zakazywane. Dodać też jeszcze trzeba, że używanie bielizny było w udziale tylko warstw zamożniejszych a i tu owe „chusty białe“ jednak w nierównie skąpszej liczbie są przekazywane z pokolenia w pokolenie, aniżeli owe tak licznie wymieniane jubki, szuby, katanki, mętliki, kabaty, letniczki, czamary i ferezje, t. j. odzież wierzchnia, o którą bardzo dbano. W ścieśnione więc, błotne i bezdrzewne ulice, natłoczone mrocznemi kamienicami i pełnemi gnoju i zwierząt domowych zabudowaniami gospodarskiemi mieszczan, w zanieczyszczone wobec możności publicznego załatwiania różnych czynności fizjologicznych przejścia i zaułki, w ten duszny okręg, przepełniony wyziewami krypt kościelnych i cmentarzy, wilgocią piwnic i składów, w natłok ludzi, gdy wpełzły bakcyle zarazy, żer znajdowały obfity. Mór chwytał początkowo jednostki, jak gdyby dając znać tylko o sobie. W miarę zaś wzrastającej paniki, w miarę coraz częstszych ucieczek zamożniejszych ludzi, pojawiało się w mieście coraz więcej zabitych deskami, poznaczonych śmiertelnym znakiem domów; wzrost nasilenia zarazy objawiał się w zwiększającej się z dnia na dzień liczbie ofiar, cichły place i ulice, a jedynym objawem ruchu w mieście były korowody śmierci, podążające na pozamiejskie, prowizoryczne cmentarze.
II.
Średniowiecze. Mór i trąd.
Pochód czarnej śmierci. — Pierwsze klęski. — Groza r. 1467. — Patroni morowi. — Istota trądu. — Opieka nad trędowatymi — ich szpital i jego transformacja.
W najdawniejszych czasach uważano każdą chorobę za wynik czarów i gniewu bogów i zastanawiano się, czy też zapobieganie jej i leczenie nie obraża tej woli wyższej, która przecież najlepiej wie, kogo za ofiarę gniewu swego ma wybrać. Ogromnie też żywo krzewiło chrześcijaństwo wiarę w potęgę odkupieńczą cierpienia i świadomość, iż mors ultima linea rerum, śmierć jest ostateczną granicą wszystkiego, prędzej, czy później każdego dosięgnie, to też przyjmowana jako rzecz naturalna nie przerażała narówni ludu wiejskiego jak zasiedziałych mieszczuchów i ciągle jej twarzą w twarz spoglądającego rycerstwa. Im większa pogarda śmierci, tem większy powód do chluby, ale na polu walki, wobec widomego nieprzyjaciela, wobec zaś zła utajonego a wszędzie czyhającego, jakim był mór, słabła i najtęższa odwaga rycerska i dlatego to wypadki 1348 roku wstrząsnęły ogromnie umysły współczesne. Ówczesnym pokoleniom nie brakło widoków zgrozy w czasie ustawicznych wojen, lecz wszystkie je przewyższyła klęska zarazy, którą jak zdawano sobie sprawę, wiatr przyniósł od wschodu, gdzieś z Azji, z krain, gdzie szafran rośnie, ubi zinziber nascitur, twierdzili uczeni. Lecz ówcześni lekarze włoscy i francuscy nie umieli odpowiedzieć na zadawane przez władców pytania, czem jest ta straszna choroba. W „Compendium de epidemia per collegium facultatis medicae Parisiis ordinatum“ w październiku 1348 roku zredagowanem w odpowiedzi na zapytanie króla francuskiego Filipa VI, ówczesne powagi medyczne zaraz na początku zastrzegają się, iż co do istoty zarazy certa ratio et omnino perfecta cognitio inveniri non potest, a w dalszem tłumaczeniu moru przeważa astrologja i podane są dwie przyczyny choroby: ziemska i niebieska. Lud zaś wyobrażał sobie śmierć czarną jako skutek dotknięcia wychudłej ręki i krwawej chusty dziewicy morowej, w wyobrażeniu zaś tem tkwi już pojęcie zaraźliwości tej choroby, której objawami były czarne plamy, morówkami zwane, krwawe wymioty, dymienice pod pachami, straszny ból głowy i gorączka. Nieliczni w średniowieczu, bo przedewszystkiem po dworach władców, biskupów i możnych panów wówczas przebywający lekarze sami bali się zarażenia i leczyć zarażonych nie chcieli w przekonaniu, że dotknięci morem umierać muszą. Za uniwersalny ratunek przed zarazą uważano ucieczkę zdrowych a wyrzucanie za mury miasta chorych. Jad moru nie szczędził jednak nikogo, ścielił trupami pałace i klasztory, jakkolwiek głównie marła biedota. Strach nieopanowany przejmował wszystkich, stwarzając predyspozycję psychiczną do „zachwycenia powietrza“, którą sobie tłumaczono w ten sposób, iż strach „pory w skórze zamyka, skąd jadowita materja w ciele zostawa“. Dopiero po tej wielkiej zarazie 1348 roku na doświadczeniach w czasie jej trwania oparte, powstały rozmaite Regimina sanitatis, przepisujące przeciwko niej środki zapobiegawcze i lecznicze. Pierwsze zarazy europejskie przed 1348 r. nie były tak silne i powszechne. Na Rusi Czerwonej mniej jeszcze słychać o nich, aniżeli w krajach zachodnich. Zaledwie echem odbiła się w kronikarstwie pierwsza wiadomość o jakiejś nagminnej śmiertelności na Rusi w latach 1281 czy też 1287–8, która powstała rzekomo wskutek zatrucia wód przez Tatarów, a w Polsce uważano ją jako karę Bożą za połączenie się Rusinów z Tatarami przeciwko Polakom, opis jednak zaznacza wyraźnie, że nie było to powietrze zaraźliwe, lecz skutki wody zatrutej. „Powietrze“ wtargnęło dopiero na Ruś w owym dla całej Europy fatalnym roku 1348 i od tej daty gościły zarazę wszystkie prowincje polskie lat kilkadziesiąt ogółem wziąwszy. Długosz opisuje obszernie tę zarazę, o której grozie tradycja zapewne wśród ludu do jego czasów przetrwała. O towarzyszącym jej głodzie słychać również na Rusi, gdzie podjęto rozdawnictwo zboża z śpichlerzy kazimierzowskich. I odtąd owe geminae furiae fames et pestis, nieszczęścia bliźniacze, głód i zaraza, z upodo- baniem nawiedzały Lwów średniowieczny. Już zaraz w r. 1362 znowu zaniesioną została tu zaraza przez uciekinierów z zachodnich ziem, bo zresztą żadnego zakątka państwa polskiego wówczas nie oszczędziła a „wygubiwszy wielką liczbę ludzi, miasta, wsie i osady, przemieniła na długi czas w pustynie“. Powtórzyło się to w r. 1365. Gdy w latach 1371—2 w zachodnich prowincjach Polski mór szerzył się z taką gwałtownością, że, jak tradycja głosi, miejsc na cmentarzach dla zmarłych zabrakło, Lwów oddychał swobodnie, a później był też ostoją dla rodziny królewskiej, pierzchającej na wschód przed śmiertelnym chwytem moru w 1439 r.. Jednak już w dwa lata później macki tego groźnego polipa dosięgły Lwowa, jak świadczy testament z sierpnia 1441 r. spisany tempore praesentis pestilentiae. W testamencie tym Marcin, syn niegdyś kramarza Grzegorza, czyni różne legaty pod wpływem trwogi przed czarną śmiercią i asekuruje się niejako u opatrzności na czas zarazy, uznając prawomocność swego testamentu na czas jej trwania, durante pestilentia, zastrzega sobie zmianę jego, jeśli żyw po niej pozostanie. W 1362 i 1441 roku, chociaż Lwów miał już swe władze miejskie, ani śladu jednak nie spotyka się ich akcji, jakichś rozporządzeń sanitarnych, pomocy publicznej – wszystko co o tych zarazach wiemy, to zaledwie echo głuche tych lat nieszczęsnych. Również zaledwie wieść się do nas przedostała, że zaraza powróciła w r. 1464. Dopiero w trzy lata później siła jej wybuchu zmusiła do zwrócenia bacznej uwagi na to zło nieokiełzane, które pojawiło się w mieście w 1467 r. Już na początku wielkiego postu a więc bardzo wczesną wiosną, bo Wielkanoc ówcześnie przypadała na dzień 29 marca, pokos tej czarnej śmierci był tak gęsty, że miasto sprowadza medyka Zygmunta z Krakowa i godzi go jako lekarza miejskiego dla potrzeby ogółu, pro communi necessitate. Jego jednakże akcja lecznicza postępów moru nie powstrzymała, w jesieni bowiem pestifera aura cały bieg spraw w mieście zatrzymała; sądy „stanęły“, „nie szły" wskutek jej ogromnego nasilenia. Zima wreszcie „uciszyła powietrze“. Gdy wypadki śmiertelne nie pojawiły się na wiosnę i w lecie, wczesną jesienią roku następnego lekarz Zygmunt, zdaniem władz miejskich już nie- potrzebny, minus necessarius, został na św. Michała zwolniony z swych obowiązków względem zdrowia publicznego. Jeszcze potem trzykrotnie w czasie średniowiecza wcisnął się mór w wnętrze miasta, nie pozwalając cieszyć się mieszkańcom bogactwami jesieni lat 1479–80 i 1484. O ile w dwu owych latach śmierć niszczyła głównie warstwy najuboższe, to w owym roku 1484 ludzie marli bez różnicy stanów i mór zabrał plurimos laureatos comites. W skromnym zaś jeszcze wówczas drewnianym klasztorku pod wezwaniem św. Andrzeja, istniejącym opodal od bramy Halickiej, uległ też strasznej chorobie przebywający tam od 1470 r. zakonnik Duklanem lub Janem z Dukli zwany. Grób jego wkrótce zasłynął cudami w całej Polsce, a promienie świętości Duklana spalały też nierzadko zarazki moru. Wśród licznych zaś ocalonych przez tego świętego od zarazy szczęśliwców znalazł się także potem monarcha Jan Kazimierz, którego jeszcze jako królewicza choroba ta dosięgła i dopiero na skutek wezwania opieki lwowskiego świętego, opuściła. Uporna wiara w opatrzność i moc opieki świętych była najtęższym puklerzem przeciwko zarazie, bo siła i potęga suggestji w realność orędownictwa wzmacniała też odporność fizyczną organizmów, rugowała strach, złe przeczucia, hipochondrję i stwarzała predyspozycję psychiczną dla dopełnienia znanego zalecenia: „najlepszem lekarstwem przeciwko zarazie jest nierobienie sobie z niej niczego“. Atrybut lecznictwa zarazy poza św. Janem Duklanem, którego grób i ołtarz były we Lwowie ogniskiem promieniowania odpornego fluidu, mieli jeszcze i inni święci. Obraz św. Wawrzyńca umieszczony w dziuple dębu cienistej dąbrowy na Łyczakowie przez jakiegoś pustelnika, zasłynął też cudami w czasie morowego powietrza a na owem miejscu stanął pod koniec XV wieku kościółek św. Wawrzyńca. Za patronkę miasta ogłosiła rada św. Annę w r. 1524, w czasie morów późniejszych z gremjalnemi wotami do niej też się zwracano. Na wieżach i bramach miasta widniały później, jako tarcze przeciwko przeciwnościom jego losu, obrazy patronów św. Jana z Dukli, Kajetana, Jana Kantego i św. Stanisława Kostki. Ten ostatni „święty młodzieniaszek“, uznany od początku XVII w. za patrona miasta, cieszył się specjalnym tu kultem i nazwanym został wybawcą miasta, servator urbis. Był obrońcą miasta w chwilach pożogi, wojny i moru a ludność gromadnie wzywała jego pomocy w czasach trwogi zarazy w latach 1623 i 1651.
Działali też w tej dziedzinie cuda święci Kosma i Damian, za życia arabscy lekarze; święci Szymon, Bernard, Karol Boromeusz, Franciszek Xawery, Kwiryn i św. Agata, skuteczną też w czasie klęsk moru była modlitwa do św. Sebastjana, lecz kult dla niego we Lwowie jest nieznany, natomiast inny ogólnie na zachodzie za orędownika od zarazy uznany święty, uważany jest też za zbawczego ozdrowiciela. Jest to św. Roch, który, jak głosi hagiografja, w czasie swej choroby na zarazę opuszczony został przez ludzi a żywiony był przez psa i strzeżony przez anioła. W czasach też późniejszy składano i uskuteczniano rozmaite śluby na cześć tego świętego, rajcy ufundowali jego ołtarz a Jan Alembek uskutecznił zapis na jego altarystę. Jezuici składali też śluby św. Rozalji, która od XVII w. stała się głośną patronką zarazy. Nie pomijano też naturalnie orędownictwa Matki Bożej, któremu specjalnie ufano w Warszawie, gdzie także spotykamy kult jeszcze jednego patrona od zarazy, św. Benona, pod którego wezwaniem działały bractwa miłosierdzia, tak jak na zachodzie bractwa św. Sebastjana i Rocha. Rozmaicie upamiętniano też mory, ich pamiątką były kościółki św. Wawrzyńca i Wojciecha, ołtarze świętych Rocha, Stanisława Kostki i Rozalji, w roku 1624 drogę od ratusza do kościółka św. Krzyża na Krakowskiem ozdobiono stacjami kalwaryjskiemi na pamiątkę minionych dni nieszczęsnych, lecz najczęściej stawiano krzyże na rozstajach, in diverticulis viarum, z gorącą wiarą w potęgę modłów do ran Chrystusa, którego też słowa ryto na ramionach krzyżów:
Vulneribus curo vulnera vestra meis.
Węże ognia, wojen i zarazy częstokroć współcześnie lub naprzemian oplatały dawny Lwów ścieśniony, pożerając ludność i owoce jej pracy, lecz znękani mieszkańcy znajdowali potężną dźwignię moralną w ówczesnej silnej nad wszystko wierze w opatrzność, a nią krzepiony instynkt bytu raz po raz na nowe szedł walki z kataklizmami przyrody i z klęską wojen. Trąd, zapomniane dziś prawie, zwłaszcza w Europie, niebezpieczeństwo, nie był również nieznany średniowiecznemu społeczeństwu lwowskiemu. Egipt i Indje są domniemaną kolebką trądu, a w Europie Grecja miała być pierwszym zarażonym tą chorobą krajem, inwazje Darjusza i Xerxesa przyczyniły się ogromnie do dalszego jej rozpowszechnienia i na wiek przed Chrystusem dosięgła już ona Italję z wojskami rzymskiemi roznosząc się coraz dalej. Nowa zaś fala tego nieszczęścia napłynęła z Azji do Europy z uczestnikami wypraw krzyżowych. Doniosłość znaczenia tej choroby w średniowieczu porównać można jedynie z klęską syfilisu w naszej epoce. W stosunku do przypuszczalnej ilości ludności ówczesne cyfry statystyczne w niektórych krajach są przerażające, wszak na początku XIII wieku we Francji liczono 2.000 szpitali dla trędowatych, a we wszystkich krajach chrześcijańskich liczba ich dosięgała 19.000. Największe jednak nasilenie tej choroby w całej Europie a i w Polsce wykazuje wiek XV.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Klęski zaraz w dawnym Lwowie.
