Read here

Jak wam się podoba

William Shakespeare · 1895 · Free in the US

38,586 words · about 2 h 42 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1895 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Jak_wam_się_podoba_(Shakespeare,_tłum._Ulrich,_1895)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1895
Length
38,586 words · about 2 h 42 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. całość about 1 h 21 min
  2. Przedmowa about 6 min
  3. Osoby under 1 min
  4. Akt pierwszy about 16 min
  5. Akt drugi about 15 min
  6. Akt trzeci about 20 min
  7. Akt czwarty about 11 min
  8. Akt piąty about 12 min
  9. Epilog about 1 min

Continue:

całość

est to pasterski dramat — sielanka, odegrywająca się w jakimś idealnym lesie, na łonie matki natury, której zdrowy oddech ma wszystkie choroby cywilizowanego żywota uleczyć, wszystkie wady i zepsucie naprawić, ludzi dworactwem, sztucznem życiem zgangrenowanych do zdrowia i rozumu przywrócić. Aż do XVIII w. ludzie się marzeniami takich sielanek bawili, a nasz książę Panie Kochanku odegrywał w Albie coś podobnego, chodząc w słomianym kapeluszu. Bywa tak źle czasem, smutno, niewygodnie na tym świecie, że człowiek ma ochotę uciec zeń do krainy marzeń, choćby na chwilę, i póki trwa teatralne przedstawienie. Komedya ta, — to naosobliwsza w świecie tkanka: niebywała jakaś kraina, stosunki niemożliwe, a wśród nich ludzie z ciała i kości, najrzeczywistniejsi, najdotykalniej prawdziwi. Rzecz dzieje się nie wiedzieć gdzie, a plącze „jak się wam podoba“ albo raczej jak się podobało fantazyi poety, nietroszczącego się bynajmniej o żadne w świecie prawdopodobieństwa formy. Składa się z kontrastów, świeci i żyje dowcipem, a główny interes polega na dyalektyce w poglądach na ludzkość, jej sprawy, uczucia, serca i namiętności. Goethe już uczynił tę słuszną uwagę, że u Szekspira często bardzo sceniczna budowa jest zupełnie zaniedbaną, układ rzeczy podrzędny; rusztowanie znika pod temi bogatemi oponami, które na nich zawiesza humor, dowcip, filozofia życia, blaski słowa i poezyi kwiaty. W pasterskiej bajce „Jak się wam podoba“ nie trzeba szukać scen dramatycznych, ale jak w kalejdoskopie bawić się coraz nowemi barwami, które się z sobą spotykają, aby jedna podnosiła drugą. Panuje tu słowo, a nie czyn. Gdyby dziś kto na scenę dał sztukę tak swobodnie złożoną z rozmów, choćby pełnych dowcipu, nasza społeczność znużona i znękana, dla której słowo jest startą monetą, nie wysłuchałaby cierpliwie ani połowy tego marzenia, tej muzyki, tej mozajki myśli — tak fantastycznie sklejonej. Za czasów Szekspira, wiele rzeczy było nowych i śmiałych, a słowo, po długiej niewoli, rozpoczynało dopiero odzyskiwać się, jako śmielszy tłómacz głowy i serca, — dziś słyszeliśmy to wielokroć i do syta. Powieść służąca za rusztowanie, jest sobie bajką o królach, o królewnach, o trzech braciach, z których jeden poniewierał drugim, gdzieś zapożyczoną i przemalowaną przez wielkiego artystę swobodnie, możnaby powiedzieć zuchwale, — ale osnowa tu najmniej znaczy. Wszystko to bogata opona okrywa. Szekspir pisał tą sielankę w drugiej epoce, gdy był najczynniejszym. Tytuł jej: As you like it, znajdujemy w rejestrach księgarzy, (Stationer’s Hall) razem z Henrykiem V i Wiele hałasu o nic, z tą uwagą dodaną, że ogłoszenie zawieszone zostało. Pierwsze dwie jednak były później drukowane, a Jak się wam podoba wyszło dopiero w wydaniu zbiorowem, 1623 r. Meres w 1598 r. nie wspomina o tej komedyi, a jest w niej przywiedziony wiersz z Marlowe’a, Hero i Leandra, poematu, który drukowany był dopiero w 1598. Możnaby ją więc odnieść prawie z pewnością do r. 1599. Tradycya powiada, że sam poeta grał w niej rolę starego sługi Adama. Podanie to, z ust żyjącego jeszcze brata Szekspira, za Karola II zaczerpnięte, Oldys tak opisuje: „Jeden z najmłodszych braci Szekspira, który dożył późnego wieku, imieniem Gilbert, po przywróceniu Karola II, miał we zwyczaju na teatr uczęszczać. Główni aktorowie współcześni, okazując mu jak największe uszanowanie, starali się od niego coś dowiedzieć o bracie, i z największą ciekawością dopytywali o szczegóły, najbardziej zaś o grę dramatyczną Williama. Ale Gilbert już tak był wiekiem złamany, a słabość mu pamięć odjęła, że nie bardzo mógł dobrze odpowiadać na czynione pytania. Zaledwie można było z niego wydobyć jakieś wspomnienie ogólne, nieokreślone i prawie starte, że raz widział Willa, grającego w jednej ze swych komedyi rolę starca zgrzybiałego. Miał on brodę długą, a wydawał się tak osłabionym, tak przybitym, tak zaledwie mogącym się poruszać, że druga osoba nieść go musiała i sadzać przy stole, u którego liczni siedzieli współbiesiadnicy, — jeden z nich śpiewał piosenkę.“ Z tego się domyślono roli Adama. Dosyć nudna powiastka moralna, za czasów Szekspira popularna bardzo, myśl do tej fantazyi podała. Widzieliśmy, że przedmioty brał tak zawsze poeta z tej skarbnicy, do której ogół był nawykły, z której popularnemi postaciami był oswojony. Powieść Tom. Lodge’a z r. 1590—1592, ma tytuł: „Rosalynde, Euphues golden Legacie, found after his death in his Cell at Silexedra, Requeathed to Philautus Sonnes, nursed up with their Father in England. Fetchet from the Canaries by T. L. Gent“. Starsza jeszcze powieść, która służyła za materyał T. Lodge’mu, zowie się: „The Coke’a Tale of Gamelyn“. W niektórych scenach Szekspir trzymał się pierwszego wzoru, w innych Lodge’a. Jesteśmy w stolicy jakiegoś idealnego księstwa, w którem panuje książę Fryderyk, wypędziwszy swojego brata. Brat ten, jak wogóle wszyscy wygnańcy w dramacie, schronił się do puszczy Ardeńskiej na łono natury i znosi bardzo filozoficznie to nowe położenie, czas spędzając na przyjemnych gawędkach. Tymczasem w dawnej jego stolicy pozostała córka Rozalinda, przez przyjaźń dla ciotecznej swej siostry, córki Fryderyka, bawi przy niej na dworze uzurpatora. Dramat rozpoczyna się sceną między braćmi, starszym Oliwerem i Orlandem, będącym u niego na opiece. Oliwer, idąc za przykładem z góry, Orlanda radby się pozbyć, wychowuje go na parobka i czyha na jego zgubę. Jest to, obyczajem ówczesnym, zdwojenie dramatu, przez przeniesienie go w inną sferę, do czegośmy nawykli. Orlando, którego wychowanie było zaniedbane, zachował jednak w sobie moc ducha, a przytem siłę pięści, która też do pogardzenia nie jest. Zaraz w początku dramatu, gdy brat zasadza nań siłacza, z którym się ma potykać, Orlando zabija atletę. Musi jednak natychmiast uchodzić, gdyż stary, wierny sługa Adam ostrzega go, że brat chce dla pozbycia się go, spalić z nim razem dom, w którym ma nocować. On więc i stary sługa udają się razem do lasu. Wprzódy jednak, przytomne są jego walce z atletą dwie księżniczki, a Rozalinda, córka wygnańca, żywo się zajmuje nieszczęśliwym młodzieńcem, który także w niej się rozmiłowuje. Prawie współcześnie z Orlandem, ucieka też do tej samej puszczy wypędzona przez stryja Rozalinda, ale z nią razem uchodzi, przywiązana do niej, córka księcia. W lesie tym znajdują się więc wszyscy, których społeczność pozbyć się chciała, wśród pasterskiej obyczajów prostoty. Życie tu spędzają, jak przystało bohaterom sielankowym, na śpiewach, rozmowach i na sielskich biesiadach pod drzewami. Orlando błądząc po lesie, na drzewach pisze wiersze do Rozalindy, ta, przebrana za chłopca, niepoznana, bawi się, wyciągając z niego wyznania gorących uczuć dla siebie. Sama, zapoznaje się z nim w postaci pazia, ukrywa swą miłość, gdy wtem Orlando w lesie znika. Zakrwawiona chustka każe się domyślać, że go zwierz pożarł dziki. Rozalinda mdleje i zdradza „płeć swoją“. W puszczy tej czarodziejskiej, wracając do stanu natury, spotykają się w końcu wszyscy. Oliwer, wyrodny brat Orlanda, wygnany przychodzi tu także, i niedolą nawrócony, staje się najczulszym bratem. Powietrze lasu uzdrawia i nawraca. Żałującemu za przeszłe grzechy, Celia, córka księcia jest w nagrodę przeznaczoną. Nawraca się w końcu, tchnieniem tej uzdrawiającej natury nawet książę Fryderyk, który z wojskiem ogromnem ciągnie tu, aby zabić ukrywającego się brata, spotyka na kraju lasu pobożnego pustelnika i — pełen skruchy, zrzeka się dobrowolnie nieprawnie zagarniętej władzy. Las ten leczy wszystkie zachcianki, jedna wszystkie nienawiści, darzy szczęściem i spokojem. Ten las — to natura. W tej idealnej naturze długo jeszcze potem szukano leków na choroby społeczne, wierzono w tę utopię, nie bacząc, że stan natury jest stanem zwierzęcym. Ale w tej naturze tkwiło skryte wspomnienie biblijnego Raju — odwiecznego marzenia ludzkości, tęsknoty za stanem jakimś doskonałości i błogości, leżącym niestety, po za warunkami życia rzeczywistego. W powieści Lodge’a zakończenie jest odmienne. Dwaj bracia Gerismond i Thorismond, staczają walną bitwę, uzurpator zostaje zwyciężony. W sielance zwycięża go słowo, wyszłe z łona natury. Szekspir jest logiczniejszym, obraz jego jednolitszym. Raz wyszedłszy za granicę rzeczywistości do tego lasu — siłą jego rozstrzygać trzeba było wszystko. Powiedzieliśmy wyżej, że sielanka cała jest w słowach, i tych słów dyalektyce. Wyśmienity błazen Probierczyk i dworzanin króla wygnanego, melancholiczno-szyderski Jakób — są kontrastem dwóch na świat różnych poglądów. Probierczyk śmiejąc się, wszystko bierze lekko, Jakóbowi czarno i obrzydliwie świat się wydaje. Liczba osób do tej dyalektyki użyta, jest dosyć znaczna. Oprócz wspomnianych osób, mamy jeszcze parę na dworze księcia Fryderyka, w lesie proboszcza Oliwera (Psujteksta), pasterzy i pasterki, wieśniaków i samego nawet Hymena, występującego osobiście. Wśród tego natłoku jednak, Probierczyk i Jakób najwięcej zajmują, są najwydatniejsi, tak jak nad typami niewieścimi góruje piękna Rozalinda, w której uczucie i rozum, wdzięk niewieści i energia cudnie się z sobą kojarzą. Sielankowe dramata ówczesne, po większej części patetyczne i ckliwe, Szekspir dowcipem i filozoficznemi poglądami umiał ożywić. Z tonu, z planu, z zakończenia możnaby wnosić, że sztuka na jakąś uroczystość, może weselną (Hymen) była przeznaczoną. Po francusku przerobiła ją z właściwym sobie talentem pani G. Sand, po niemiecku dla sceny Wilhelm Oechelhäuser. Rzadko jednak grywaną widzieć ją można. Jest to potrawa dla smakoszów, a i artyści, coby ją dla pieszczonych podniebień podjęli się przyrządzić — musieliby stać na wysokości tej poezyi, nie dla wszystkich przystępnej.

OSOBY:

Książę wygnany. Fryderyk, brat księcia, przywłaszczyciel jego państwa.

Amiens, | towarzysze wygnanego księcia.

Jakób,

Le Beau (Lebo), dworak Fryderyka. Karol, jego zapaśnik.

Oliwer, | synowie Rolanda de Bois (Boa).

Jakób,

Orlando,

Adam, | słudzy Oliwera.

Dyonizy,

Probierczyk, błazen. Oliwer Psujtekst, proboszcz.

Koryn, | pasterze.

Sylwiusz,

Wilhelm, wieśniak zakochany w Odrej. Osoba przedstawiająca Hymen. Rozalinda, córka wygnanego księcia. Celia, córka Fryderyka. Febe, pasterka. Odrej, wieśniaczka. Panowie z dworu dwóch książąt, Paziowie, Strzelcy i inni Dworzanie.

Scena naprzód w blizkości domu Oliwera, później częścią na dworze przywłaszczyciela, częścią w lesie Ardeńskim.

JAK WAM SIĘ PODOBA.

AKT PIERWSZY.

SCENA I.

Ogród przed domem Oliwera.

(Orlando i Adam).

O ile przypominam sobie, Adamie, testamentem zapisał mi tylko biedne tysiąc talarów; ale jak powiadasz, obowiązał mojego brata, pod utratą błogosławieństwa, aby dobre dał mi wychowanie. Tu się zaczynają moje utrapienia. Brata mojego Jakóba wyprawił do szkoły, skąd złote dochodzą nas wieści o jego postępach; co do mnie, utrzymuje mnie w domu jak chłopa, albo raczej trzyma mnie w domu bez utrzymania, bo możnaż nazwać utrzymaniem szlachcica mojego urodzenia, co się nie różni od karmi wołu w oborze? Konie jego lepsze odbierają wychowanie, bo nietylko na obroku tyją, ale zarazem tresowane są w maneżu przez drogo płatnych ujeżdżaczy; a ja, brat jego, w domu tym tylko na wzroście korzystam, za co bydlęta jego na jego gnoju tyle mu, co ja, są winne. Za to nic, które mi tak szczodrze udziela, postępowaniem swojem chciałby, zda się, wydrzeć to coś, które mi dała natura. Sadza mnie do stołu z parobkami, miejsca należnego bratu nie daje, o ile w jego mocy, podkopuje moje szlachectwo przez takie . Ta jest przyczyna mojego smutku, Adamie. Ale duch ojca, który, zdaje mi się, żyje w moich piersiach, zaczyna się buntować przeciw tej niewoli; nie chcę jej cierpieć dłużej, choć nie znam jeszcze środka, jakby się mądrze z niej wyswobodzić.

(Wchodzi Oliwer).

Otóż i pan mój, a brat wasz. Odejdź tylko na stronę, a usłyszysz, jak na mnie napadnie. No, mosanie, co tu robisz? Nic nie robię, niczego mnie robić nie nauczono. A więc, co tu psujesz, mosanie? Pomagam ci próżniactwem popsuć, co Bóg zrobił — twojego biednego, niegodnego brata. Używaj więc lepiej czasu i zmarniej. Mamże paść twoje wieprze i jeść z nimi plewy. Jakiż dział marnotrawnego syna przehulałem, abym w taką popadł nędzę? Czy wiesz ty, gdzie jesteś, paniczu? O, bardzo wiem dobrze, tu, w twoim ogrodzie. Czy wiesz ty, przed kim stoisz, paniczu? Lepiej, niż ten, przed którym stoję, wie, kto ja jestem. Wiem, że jesteś moim najstarszym bratem; posłuszny krwi głosowi, powinienbyś poznać we mnie brata. Zwyczaje świata dały ci wyższość nade mną dlatego, że jesteś pierworodnym, ale to prawo nie odbiera mi krwi mojej, choćby nas dwudziestu braci rozdzielało. Tyle jest we mnie ojca, co w tobie, choć wyznaję, że pierwszeństwo urodzenia stawia cię bliżej jego powagi. Co to ma znaczyć, dzieciuchu? Powoli, powoli, starszy braciszku, jeszcześ na to za młody (chwyta go za gardło). Śmiesz się na mnie porywać, nikczemny gburze? Nie jestem gburem, ale najmłodszym synem Rolanda de Bois; on jest moim ojcem, a ten jest sto razy gburem, kto śmie utrzymywać, że taki ojciec gbura spłodził. Gdybyś mi nie był bratem, póty tej ręki nie spuściłbym ci z gardła, pókibym drugą nie wydarł ci języka za takie słowo. Sam się zelżyłeś. Kochani panowie, trochę cierpliwości. Przez wzgląd na pamięć ojca, pogodźcie się! Puść mnie! Nie puszczę, póki mnie nie wysłuchasz do końca. Ojciec nakazał ci testamentem, żebyś mi dobre dał wychowanie, a ty wychowałeś mnie jak parobka; zaćmiłeś, przygasiłeś we mnie wszystkie szlacheckie przymioty; ale duch ojca mężnieje w moich piersiach i nie ścierpię tego dłużej. Albo więc daj mi ćwiczenie, jakie szlachcicowi przystoi, albo wypłać mi lichą sumę, ojcowskim testamentem przekazaną, a pójdę z nią w świat szukać szczęścia. A potem żebrać, gdy wszystko przetrwonisz. Bardzo dobrze, paniczu, nie chcę się dłużej o los twój kłopotać. Będziesz miał, czego żądasz. A teraz, proszę cię, puść mnie! Nie chcę cię krzywdzić więcej, niż moje dobro wymaga. Precz z nim i ty, stary kundlu! Stary kundlu! to moja nagroda. Prawda, straciłem zęby na waszej usłudze. Bóg z moim starym panem! onby tych słów nie powiedział.

(Wychodzą; Orlando i Adam).

Czy to już tak? Przerastać mnie zaczynasz? Potrafię ja i bujność twoją wyleczyć i tysiąca talarów ci nie dać. Hej! Dyonizy! (wchodząc). Czy wielmożny pan woła? Czy Karol, zapaśnik książęcy, nie był tu i nie chciał ze mną rozmawiać? I owszem, wielmożny panie, stoi u bramy i natrętnie prosi o posłuchanie. Zawołaj go! (Wychodzi Dyonizy). Wyborny środek! Jutro zapasy. (Wchodzi Karol). Dzień dobry panu. Kochany panie Karolu, co za nowe nowiny na nowym dworze? Niema na dworze nowin, prócz starych nowin, jak naprzykład, że stary książę był wygnany przez młodszego swego brata, nowego księcia; że trzech lub czterech przywiązanych panów poszło z nim na dobrowolne wygnanie; ziemie ich bogacą nowego księcia, dał im też chętnie pozwolenie wędrówki. A Rozalinda, córka księcia, czy także razem z ojcem wygnana? O, nie, bo córka nowego księcia, jej krewna, z którą się wychowała od kolebki, tak ją kocha, że alboby z nią była na wygnanie poszła, alboby umarła zostawszy bez niej. Gdzie zamierza osiąść stary książę? Powiadają, że jest już w lesie Ardeńskim, otoczony tłumem wesołych towarzyszy, z którymi żyje, jak stary Robin Hood angielski. Słyszałem, że co dzień tam ściągają nowe stada młodych panów, gdzie im czas płynie bez troski, jakby w złotym wieku. Ale, ale, czy to prawda, że jutro pasujesz się w przytomności młodego księcia? Prawda niewątpliwa i to jest właśnie powodem moich odwiedzin. Słyszałem z boku, że młodszy brat wasz, Orlando, chce, przebrany, próbować się ze mną. W jutrzejszych zapasach idzie o mój kredyt, a kto mi się wymknie bez połamanych żeber, będzie mógł sobie winszować. Brat wasz jest delikatny i młody; przez miłość ku wam, nie chciałbym go poturbować, jak będę musiał dla mego honoru, jeśli stanie w szranki. Przychodzę więc w przyjacielskiej myśli uwiadomić was o wszystkiem, żebyście mogli albo od zamiaru go odwieść, albo się nie gniewali na mnie, jeśli go spotka jaka nieprzyjemność, której sam szuka, mimo mej woli. Dziękuję ci, Karolu, za ten dowód miłości, którą, zobaczysz, jak sowicie zapłacę. I ja także słyszałem o projektach mojego brata i starałem się pobocznie z głowy mu je wybić; ale ani chciał słuchać. Powiem ci otwarcie, Karolu, że niema w całej Francy i upartszego młokosa; ambitny, zazdrosny cudzych talentów, czy uwierzysz? knuje tajemne spiski przeciw mnie, swojemu rodzonemu bratu. Rób więc, co ci się podoba. Wszystko mi jedno, czy mu kark, czy mu palec ukręcisz. Radzę ci nawet mieć się na baczności, bo jeśli go ty tylko poturbujesz lub on świetnego nie odniesie nad tobą zwycięstwa, to albo truciznę ci zada, albo tajemnemi praktykami nastawać będzie na ciebie, póki w ten lub inny sposób życia ci nie odbierze. Wierzaj mi, a prawie ze łzami to wyznaję, niema dziś pod słońcem człowieka, coby tak był młody, a tak przewrotny. Mówię o nim z braterską względnością, bo gdybym chciał ci go w całej nagości przedstawić, jabym płakać i rumienić się musiał, a tybyś bladł z podziwienia. Rad jestem, że do was przyszedłem. Jeśli się jutro pokaże, dostanie, co mu się należy, bo jeśli on jutro będzie mógł o własnych siłach nogę za nogą postawić, wyrzekam się zapasów na zawsze. A teraz Pan Bóg z wami (wychodzi). Bądź zdrów, dobry Karolu. A teraz trzeba będzie podrażnić jeszcze mojego zucha. Spodziewam się, że koniec jego zobaczę, bo dusza moja, nie wiem dlaczego, nienawidzi go nad wszystko. A przecie, to chłopiec tak łagodny; uczony, choć bez szkolnego ćwiczenia; pełny szlachetnych myśli; kochany przez wszystkich, jakby ich zaczarował; tak podbił serca świata, a nadewszystko własnych moich ludzi, którzy go najlepiej znają, że ja, brat starszy, tylko drugie trzymam miejsce. Ale to nie potrwa długo; zapaśnik poradzi wszystkiemu. Trzeba mi tylko teraz podjudzić wyrostka i to bez zwłoki (wychodzi).

SCENA II.

Trawnik przed pałacem księcia.

(Rozalinda i Celia).

Proszę cię, Rozalindo, kochana kuzynko, bądź wesołą. Droga Celio, i tak już pokazuję więcej wesela, niż go mam w sercu, a ty chcesz, żebym była jeszcze weselszą? Jeśli mnie nie nauczysz zapomnieć wygnanego ojca, darmo będziesz chciała nauczyć mnie wesela. To mi właśnie dowodzi, że mnie tak nie kochasz jak ja ciebie. Gdyby stryj mój, twój wygnany ojciec, wygnał był twojego stryja, księcia, mego ojca, byłeś ty ze mną została, nauczyłabym miłość moją uważać twojego za mojego ojca; i tybyś także to samo zrobiła, gdyby miłość twoja ku mnie z moją ku tobie mierzyć się mogła. Więc dobrze, zapomnę o mojem położeniu, aby się z twojego cieszyć. Wiesz, że mój ojciec, oprócz mnie, innych nie ma dzieci i zdaje się, mieć nie będzie; wierzaj mi więc, po jego śmierci będziesz jego dziedziczką, bo co on twojemu ojcu przemocą wydarł, to ja ci oddam z miłości; oddam, na honor! a jeśli przysięgę tę zgwałcę, niech się w poczwarę zamienię. Słodka Różo, kochana Różo, bądź więc wesołą! Będę nią od tej chwili, kuzynko, a na dowód zaczynam rozmyślać, gdzieby znaleźć rozrywkę. Co mówisz o miłości? I owszem, szukaj rozrywki w miłości, tylko nie kochaj żadnego mężczyzny na prawdę, a i na żart nawet nie kochaj, tylko tyle, żebyś mogła bezpiecznie wycofać się kosztem skromnego rumieńca. Gdzie więc znajdziemy rozrywkę? Siądźmy i szyderstwem odgońmy dobrą gospodynię fortunę od jej koła, aby na przyszłość równo dzieliła swoje dary. Ach, gdyby się nam to udało! bo dobrodziejstwa jej rozdzielone są dziś w najopłakańszy sposób! dobra, ślepa staruszka najczęściej się myli w podarunkach, które kobietom rozdaje. To prawda. Którym dała piękność, rzadko daje cnotę, a którym dała cnotę, zakazaną daje urodę. Nie, nie zwalaj na fortunę grzechów natury: jest panią darów tego świata, ale nie rysów natury. (Wchodzi Probierczyk). Czy tak sądzisz? Alboż piękne stworzenie, które ulepiła natura, nie może wpaść w ogień zrządzeniem fortuny? Choć natura dała nam dowcip do szydzenia z fortuny, czy nie fortuna przysłała nam tego błazna, aby przeciąć argument? Tu, wyznać muszę, fortuna jest bez miłosierdzia dla natury, gdy naturalnemu głupstwu każe naturalny dowcip przecinać. A i to może nie jest fortuny ale natury dziełem, która widząc naturalny nasz dowcip za tępy, aby o takich boginiach rozprawiać, przysłała nam naturalnego błazna jak osełkę; bo zawsze tępość błazna jest osełką dowcipu. Dokąd droga, dowcipnisiu? Śpiesz pani do ojca co prędzej. Czy cię posłem zrobiono? Nie, na honor, tylko mi szukać pani kazano. Gdzie się przysięgi tej nauczyłeś, błazenku? Od pewnego kawalera, który na swój honor przysięgał, że naleśniki były dobre, i na honor przysięgał, że niegodziwa była musztarda, gdy ja utrzymuję, że naleśniki były niegodziwe, a dobra musztarda; pan kawaler jednak nie krzywoprzysiągł. Jak tego dowiedziesz z całą twoją kupą nauki? Teraz pora odjąć kaganiec twojej mądrości. Przybliżcie się; połóżcie rękę na waszych podbródkach i przysięgnijcie na wasze brody, że hultaj ze mnie. Na nasze brody, gdybyśmy je miały, hultaj z ciebie. Na moje hultajstwo, gdybym miał je, byłbym hultajem; ale jeśli przysięgacie na to, czego nie macie, nie krzywoprzysięgacie; a więc i kawaler nie krzywoprzysiągł, przysięgając na honor, którego nigdy nie miał, lub, jeśli miał kiedy, to już go wyprzysiągł długo wprzódy, nim widział te naleśniki i tę musztardę. O kim to chcesz mówić, proszę? O pewnym panu w wielkich łaskach u starego Fryderyka, twojego ojca. Łaska mojego ojca daje mu dosyć honoru. Nie mów o nim więcej, bo lada dzień dostaniesz chłostę za twój złośliwy język. Tem gorzej, że błaznom nie wolno mówić mądrze o tem, co mądrzy po błazeńsku robią. Przyznaję, że wielką masz racyę, bo odkąd odrobinie sensu, którą mieli błazny, milczeć nakazano, odrobina błazeństwa, którą mieli mądrzy, w całym pokazała się blasku. Ach, otóż i monsieur Le Beau.

(Wchodzi Le Beau).

Z pełną gębą nowin. Któremi będzie nas karmił, jak gołąb swoje pisklęta. Będziemy więc nowinami nadziane. Tem lepiej, będziemy tem smaczniejsze. Bon jour, monsieur Le Beau; co za nowiny? Piękne księżniczki, straciłyście rzadką zabawę. Zabawę? jakiego koloru? Jakiego koloru, pani? Jak mam na to pytanie odpowiedzieć? Jak poradzi dowcip lub fortuna. Albo, jak każą przeznaczenia. Ruszyłeś konceptem, jak martwe cielę ogonem. Gdybym się na mojem stanowisku utrzymać nie umiał — Przewróciłbyś koziołka. Pomieszałyście mi szyki, moje panie. Chciałem wam mówić o przepysznych zapasach, których straciłyście widok. To nam opowiedz przynajmniej szczegóły tych przepysznych zapasów. Opowiem początek, moje panie; jeśli bowiem chcecie, będziecie mogły widzieć koniec. Co najlepszego zostaje, tu się właśnie odbędzie, gdzie stoicie. Opowiadaj początek, który już umarł i jest pogrzebany. Był ojciec, który miał trzech synów — To coś na starą bajkę zakrawa. Trzech młodych synów, pięknego wzrostu i urody — A każdy drągal miał drąg w ręku — A najstarszy poszedł w zapasy z Karolem, książęcym zapaśnikiem, który go w mgnieniu oka powalił z trzema żebrami potrzaskanemi, tak, że mało nadziei ratunku zostało; taką samą łaźnię sprawił drugiemu i trzeciemu. Leżą tam rozciągnięci na piasku, a biedny stary ojciec tak żałośnie nad nimi płacze, że wszyscy widzę w jego łzach udział biorą. Biedny starzec! Ale gdzie ta rozrywka, którą straciły panie? Właśnie zapasy, o których mówię. Z dniem każdym człowiek rozumu się uczy. Pierwszy raz w życiu słyszę, że połamane żebra są przepyszną dla pań rozrywką. I ja też, zaręczam. Jestli jeszcze jaki amator tej trzaskającej muzyki we własnych bokach, w połamanych żebrach zakochany? Czy chcesz być widzem tych zapasów, kuzynko? Jeśli się nie oddalicie, będziecie mimowolnymi widzami, bo tu jest plac wybrany, a zapaśnicy już gotowi. Właśnie przychodzą. Zostańmy więc i patrzmy.

(Przy odgłosie trąb wchodzą: Książę Fryderyk, Panowie, Orlando, Karol i Służba).

Zacznijcie. Skoro młody ten człowiek na przedstawienie nasze jest głuchy, niech zapłaci za swoją zarozumiałość. (pokazując Orlanda). Czy to jest nowy zapaśnik? Tak jest, pani. Ach, on tak młody! a jednak zwycięstwo z ócz mu patrzy. Jakto, córko i kuzynko, czyście po to się tu wcisnęły, aby zapasów być świadkami? Tak jest, książę mój i panie, jeśli się to twojej woli nie sprzeciwia. Z góry mogę wam zapowiedzieć, że niewiele znajdziecie przyjemności w widowisku, tak są nierówne siły walczących. Przez wzgląd na młodość zaczepnika chciałem go odwieść od przedsięwzięcia, ale rad moich słuchać nie chce. Próbujcie teraz, młode panie, czy będziecie szczęśliwsze ode mnie. Zawołaj go tu, dobry monsieur Le Beau. Próbujcie; nie chcę być świadkiem rozmowy.

(Odchodzi na stronę).

Panie zapaśniku, księżniczka chce z tobą mówić. Słucham rozkazu z należnym hołdem i uszanowaniem. Młody człowieku, czy ty wyzwałeś książęcego zapaśnika Karola? Nie, piękna księżniczko, pierwszy Karol wszystkich ogólnie wyzwał na rękę, a ja, tak jak inni, przychodzę próbować z nim sił mojej młodości. Młody panie, duch twój za śmiały na twoje lata. Widziałeś okrutny dowód sił tego człowieka. Gdybyś mógł sam własnem zmierzyć się okiem, lub własnym ocenić się sądem, bojaźń niebezpieczeństwa radziłaby ci wybrać stosowniejsze do sił twoich przedsięwzięcie. Prosimy cię, przez wzgląd na ciebie, pomyśl o własnem bezpieczeństwie i odstąp od twojego zamiaru. Usłuchaj naszej rady, twój honor nic na tem nie ucierpi. Naszą będzie rzeczą uprosić księcia, aby zapasom koniec położył. Błagam was, nie bądźcie zbyt surowe w waszym sądzie, — bo sam przyznaję się do winy, — że tak pięknych, tak dobrych pań życzeniu posłuszeństwa odmawiam. Ale niech wasze piękne oczy i tkliwe życzenia towarzyszą mi w mojej próbie! Jeśli będę zwyciężony, wstyd spadnie tylko na człowieka upośledzonego; jeśli będę zabity, to tylko umrze człowiek, który oddawna umrzeć pragnie. Nie pokrzywdzę przyjaciół, bo nie zostawiam nikogo, coby po mnie płakał; nie pokrzywdzę świata, bo nic na nim nie posiadam; zajmuję tylko na ziemi miejsce, które lepiej będzie obsadzone, gdy je opuszczę. Chciałabym ci odstąpić odrobinę sił, które posiadam. A ja moje w dodatku. Szczęść ci Boże! Bodajem się pomyliła w moim o tobie sądzie. Niech się spełnią wszystkie twojego serca życzenia! Gdzie jest ten młody zuch, co tak gorąco pragnie spocząć na łonie swojej matki ziemi? Gotowy; ale mniej ambitny w swoich życzeniach. Przestańcie na pierwszem powaleniu. Jedno wystarczy, mości książę; nie będziesz potrzebował zachęcać go do drugiej próby ty, panie, który tak gorąco odwodziłeś go od pierwszej. Skoro masz zamiar szydzić ze mnie po próbie, nie powinienbyś przynajmniej szydzić przed próbą. Ale do dzieła! Niech ci Herkules w pomoc przybędzie, młody mężu! Chciałabym zostać niewidzialną, aby tego mocarza za nogę chwycić. (Karol i Orlando pasują się). O, dzielny młodzieńcze! Gdybym miała pioruny w oczach, wiem, któryby się z nich powalił. (Karol pada obalony; okrzyki). Dosyć! dosyć. Jeszcze! jeszcze! mości książę; jeszczem wszystkich sił nie natężył. Jak ci jest, Karolu? Stracił mowę, mości książę. Wynieście go. (Wynoszą Karola). Twoje nazwisko, młodzieńcze? Nazywam się Orlando, mości książę, jestem najmłodszym synem Rolanda de Bois.

Wolałbym, żebyś innego był synem. Ojciec twój zyskał świata poważanie, Lecz dla mnie zawsze był nieprzyjacielem; Chętniejbym patrzył na twoje zwycięstwo, Gdybyś z innego domu ród wywodził. Lecz bywaj zdrowy! dzielny z ciebie młodzian; Szkoda, że ojciec twój to imię nosi.

(Wychodzą: Książę, Le Beau i Dwór).

Na miejscu ojca takżebym mówiła? Tak jestem dumny, żem Rolanda synem, Najmłodszym synem, żebym się nie mieniał, Gdyby mnie książę za syna chciał przybrać.

Ojciec mój kochał Rolanda jak duszę, A świat uczucia ojca mego dzielił. Gdybym wiedziała, że to syn Rolanda, Łezbym strumieniem błagała go wprzódy, Nimby rozpoczął niebezpieczną walkę. Idźmy, kuzynko, idźmy szermierzowi I podziękować i otuchy dodać, Bo twarde słowa mojego rodzica Serce mi krwawią. Dzielnieś się pokazał: Jeśli w miłości obietnic dotrzymasz, Jak je w zapasach dzisiaj prześcignąłeś, Szczęśliwa będzie przyszła twa kochanka. (daje mu łańcuszek, który zdjęła z szyi). Noś to, młodzieńcze, na moją pamiątkę. Gdyby fortuna wierniejszą mi była, Więcejbym dała; lecz nie mam nic więcej. Idźmy, kuzynko. Bądź zdrów, młody panie. Nie mogęż nawet powiedzieć: dziękuję? Lepsza mnie cząstka leży powalona, A co zostało, drzewem jest bez życia. On woła na nas. Z fortuną uciekła, I moja duma. Spytam, czego żąda. Czy nas wołałeś? Walczyłeś jak rycerz, I pokonałeś więcej, niż twych wrogów. Czas iść kuzynko. Jedno jeszcze słowo. Bądź zdrów, młodzieńcze! niech Bóg będzie z tobą!

(Wychodzą: Rozalinda i Celia).

Jakaż namiętność język mi związała? Chciała rozmawiać, jam słów znaleźć nie mógł.

(Wchodzi Le Beau).

Biedny Orlando! zwyciężył cię, widzę, Karol, lub słabszy od Karola szermierz. Przychodzę dać ci przyjacielską radę: Uciekaj śpiesznie; bo choć zasłużyłeś Na chwałę, miłość, na poklaski ludu, Umysł książęcy w takim dzisiaj stanie,

Że na złe wszystkie czyny twe tłómaczy; Ile kaprysu w księcia jest uczuciach, Łatwiej ci pojąć, niż mnie wypowiedzieć. Dzięki za radę! — Lecz powiedz mi, panie, Z dwóch dam przytomnych szermierskiej rozprawie, Powiedz mi, która córką jest książęcia? Żadna, jeżeli sądzim z charakteru, A niższa wedle natury i prawa. Druga jest córką wygnanego księcia, Przywłaszczyciela wolą zatrzymana Na towarzyszkę córki. Te panienki Czulej niżeli siostry się kochają. Od niejakiego jednak czasu, książę Powziął urazę do swej synowicy, Dlatego tylko, że ją naród cały Dla cnót jej wielkich poważa i ceni, Przez pamięć ojca nad losem jej płacze. Z boleścią widzę, że złość dotąd skryta, Wkrótce wybuchnie. — Bądź zdrów, młody panie! A później, później w lepszym niż ten świecie Będę twej bliższej znajomości szukał. Dzięki ci, panie, za dobre twe rady!

(Wychodzi Le Beau).

Jak mną okrutnie gorzki los pomiata! Z tyrana dworu do tyrana brata. O, Rozalindo, niebieski aniele!

SCENA III.

Pokój w pałacu.

(Celia i Rozalinda).

Jakto, kuzynko? jakto Rozalindo? Kupidynie, zmiłuj się nad nami! Ani słowa? Ani jednego, żeby na psa rzucić. Słowa twoje zbyt są kosztowne, żeby je kundlom rzucać; rzuć je raczej na mnie i ukąś mnie twoim rozumem. Toby musiano zamknąć obie kuzynki: jedną, że pokąsana moim rozumem, a drugą, że rozum straciła. A wszystko z przyczyny twojego ojca? Nie, trochę także z przyczyny córki mojego ojca. O, jak ciernisty świat ten dnia powszedniego! To tylko łopuch rzucony na ciebie wśród świątecznej rozpusty; jeżeli bitym nie pójdziemy gościńcem, do naszych przyczepia się sukni. Gdyby tylko do mojej przyczepił się sukni, nie trudno byłoby go otrząsnąć, ale ten łopuch w mojem jest sercu. To go odkaszl. Odkaszlałabym wprzódy życie. Trochę odwagi! pasuj się z namiętnością i własnem uczuciem. Moje uczucie trzyma stronę silniejszego ode mnie zapaśnika. Szczęść ci, Boże! Przyjdzie czas próby choćby i obalić się przyszło. Ale żarty na stronę, a mówmy na seryo. Czy podobna, abyś tak nagle, tak namiętnie przywiązała się do najmłodszego syna Rolanda? Ojciec mój, książę, kochał serdecznie jego ojca. Nie idzie za tem, żebyś serdecznie miała kochać jego syna; bo wedle takiej logiki byłoby moją powinnością nienawidzić go, bo ojciec mój ojca jego nienawidził serdecznie, ja przecie nie mam nienawiści do Orlanda. O, nie! nie miej nienawiści do niego przez miłość dla mnie. A czemu nie, proszę? czy nie zasłużył na to? Dlatego pozwól mi go kochać, a ty z twej strony kochaj go dlatego, że ja go kocham. Lecz patrz, książę nadchodzi. A oczy jego gniewem płoną.

(Wchodzą: książę Fryderyk i Panowie).

Jeśli twe życie cenisz, mościa panno, Uciekaj śpiesznie. Ja, stryju? Ty sama. Bo gdy w dni dziesięć straż cię moja schwyta

O mil dwadzieścia od naszej stolicy, Umrzesz. Przynajmniej pozwól mi, o, książę, Niech z sobą wiedzę winy mej zabiorę; Jeśli znam dobrze duszy mej skrytości, Znam wszystkie życzeń moich tajemnice, Jeśli nie marzę, jeśli nie szaleję, (A czuję, żem jest zmysłów moich panią), To nigdy, stryju, nigdy nawet myślą Nie obraziłam twego majestatu. To wszystkich zdrajców zwykłe oświadczenie; Gdyby niewinność na słów rosła gruncie, Wszyscy niewinni, jak niewinność sama. Tobie dość wiedzieć: nie ufam ci więcej. Twoja nieufność zdrajcą mnie nie robi. Na czem gruntujesz twoje podejrzenia? Czy nie dość, żeś jest ojca twego córką? Byłam nią, kiedy księstwo to posiadłeś, Byłam nią, kiedyś z ziemi go tej wygnał. Książę mój, zdrada nie spada dziedzictwem, A gdyby nawet ojców była spadkiem, Ojciec mój, książę, nigdy zdrajcą nie był. Nie bądź więc, błagam, w sądzie twym surowy, Nie bierz za zdradę mojego ubóstwa. Drogi mój książę, wysłuchaj mej prośby. Dla ciebie tylko tu ją zatrzymałem, Inaczej, z ojcem poszłaby się włóczyć. O jej tu pobyt nie prosiłam wtedy, Sam ją przez litość zatrzymałeś przy mnie. Naprzód, zbyt młoda, nie znałam jej ceny; Dziś, znam ją dobrze. Jeśli jest zdrajczynią, I ja nią jestem, bo sen nasz jest wspólny, Wspólna zabawa, nauka i pokarm; Ciągle, Junony podobne łabędziom, Po strudze życia płyniem nierozdzielne. W twojej prostocie nie znasz jej forteli: Twarz jej łagodna, cierpliwa, milcząca Do ludu mówi i litość w nim budzi.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…