Read here

Europa (Grabowski, 1929)

Jan Antoni Grabowski · 1929 · Free in the US

11,862 words · about 50 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Europa_(Grabowski,_1929)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Jan Antoni Grabowski
Language
Polish
Published
1929
Length
11,862 words · about 50 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 25 min
  3. I about 4 min
  4. II about 5 min
  5. III about 5 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 2 min
  8. VI about 3 min

Continue:

Front matter

JAN GRABOWSKI

A

PRAWDZIWA HISTORJA O KOTCE

całość

JAN GRABOWSKI

A

PRAWDZIWA HISTORJA O KOTCE

z 16 rysunkami

WYDAWNICTWO SPÓŁKI AKC. ZWIĄZKU POL. NAUCZYCIELSTWA SZKÓŁ POWSZECHNYCH

Zakłady Graficzne „NASZA DRUKARNIA“. Warszawa, Sienna 15.

I.

Europa? Część świata? Jakieś opowiadanie geograficzne? Ani trochę. Europa — to kot, a raczej kocica. Spadła ona do nas z deszczem. Było to wczesną wiosną. Deszcz rzęsisty lał tak, że świata bożego nie było widać. Zimno było. Od kilku dni nosa z domu ani pokazać. Psy chodziły, jak osowiałe. Znacie takie pogódki rozkoszne? Znacie? Nie dziwcie się więc, że Kazia, moja siostrzenica, robiła wszystko, co można, żeby się nie nudzić. Ale pomimo to nudziła się. Widziałem to z pytań, jakie mi zadawała. Nie były one te najmądrzejsze z mądrych. — A coby było, gdyby było to? A coby było, gdyby nie było owego? Znacie takie pytania? Pozwólcie więc, że Wam nie będę ich powtarzał. Lubię Kazię i, wierzcie mi, że jest ona wcale miłą i mądrą dziewuszką. Ale długotrwała niepogoda każdego wyprowadza z równowagi. Nareszcie Kaziunia wyciągnęła ulubioną lalkę swoją, Różyczkę. Coś jej się nie podobało w spódniczce lalczynej. Zaczęło się gwałtowne szycie, reperacje. Nożyczki szczękały, a i język pracował niemało. Bo Kazia, robiąc cokolwiek, męczyła swój język, jakby się specjalnie na niego uwzięła. Przygryzała go z jednej strony, przygryzała z drugiej. I jak tylko język był w robocie, można było być pewnym, że Kazia jest szczerze zajęta. — Słyszysz? — Co? — Posłuchaj! Kazia odrzuciła gałganki. Nastawiliśmy uszy. Coś piszczało za oknem. — Dziecko płacze — powiada Kazia. — Musiałoby być bardzo maleńkie. — Napewno dziecko — upierała się Kazia. — Ciemno jest, zabłąkało się i nie może trafić do domu. A tam matka rozpacza. — To pocóż puściła sama takie maleństwo? — Bo z miem wyjść nie mogła. Może ma inne dzieci, chore? O Boże, jak płacze! Chodźmy. Musimy mu pomóc. Zabierzemy je, ogrzejemy, zapytamy, gdzie mieszka. już była gotowa do wyjścia. — Otwórzmy okno — powiadam. — To coś płacze za oknem. Zobaczymy, co to jest? — Nie, nie! Cóż z tego, że zobaczymy? Trzeba przynieść maleństwo do pokoju — upierała się Kazia i już szła do sieni. — Patrz! — powiadam i otwieram okno. — Może to dziecko samo do nas przyjdzie. Usłyszeliśmy bolesny pisk, zawodzenie, płacz. Ale osoby płaczącej nie było widać. Kazia wychyliła się przez okno. Ja świeciłem lampą. — Jest! Jest! Boże, jakie mokre! Na parapecie okiennym siedział kotek. Nasiąknięty był wilgocią, jak gąbka. Lało się z niego, gdyśmy go wnieśli do pokoju. Biedny był, zziębnięty. Rozdziawiał różową buzię szeroko i płakał.

— Katarzyno, Katarzyno! Czy Katarzyna ma ogień w kuchni? Niech Katarzyna rozpali, moja kochana! — wołała Kazia. Zabrała kotka do kuchni i tam we dwie z Katarzyną wycierały go, suszyły, karmiły, poiły. Czy widziałyście kiedy mokrego kota? Żadne zwierzę nie wygląda tak brzydko, jak mokry kot. Przestaje być kotem. Jest gładką kiszką na czterech nogach. Ani śladu puszystości! Pokraka! I nasz gość wydał mi się bardzo brzydki w pierwszej chwili. Wolałem więc zobaczyć go wtenczas dopiero, gdy toaleta będzie skończona. Poszedłem do kuchni. Na ciepłej blasze leżało zawiniątko w gałganach. — Śpi! — szepnęła do mnie Kazia. — Niech go wujek nie budzi. — Ady niech się pan da wyspać kotowi! — burknęła na mnie Katarzyna, gdym sięgał do zawiniątka. — Napatrzy się pan, jak sobie biedactwo odpocznie. Oho, — myślę sobie — już Kaziunia przekabaciła Katarzynę na kocią stronę! Bo trzeba wam wiedzieć, że Katarzyna oświadczała zawsze, że koty są fałszywe, opowiadała, że znała rodzinę, gdzie kot zadusił dziecko, upierała się, że na sam widok kota już jej się niedobrze robi. — A jak będzie z psami? — Niech mi który ruszy, to już zobaczy! — powiedziała Katarzyna. — A tyś tu po co? Wołał cię kto? — krzyknęła na Tupiego, którego zwabiły głosy w kuchni i przyszedł zajrzeć, co się dzieje, czy się czasem nie zanosi na niespodziewane wylizywanie talerzy. Tupi poszedł, jak zmyty. Tem bardziej, że Katarzyna chwyciła trzepaczkę. A tej trzepaczki wszystkie psy bały się, jak ognia. I niewiadomo dlaczego. Bo nigdy i żaden z psów nie brał wnyków trzepaczką. — Katarzyno! Katarzyna obudziła kotka! — wystąpiła z wymówkami Kazia, widząc, że zawiniątko się porusza. Skoczyła ku blasze. Nachyliła się nad gałganami i Katarzyna. Próbowały uśpić kociaka. Ale się to na nic nie zdało. Z zawiniątka wysuwał się łebek biały. Uniósł się w górę i ziewnął tak smacznie, głęboko, aż się otrząsnął. A później za łebkiem wysunęło się całe kociątko. Rozejrzało się w jedną stronę, rozejrzało w drugą, spojrzało na nas. się! Śmieje się! — krzyknęła Kazia i chciała porwać kotka na . — Ale, będzie się tam kot śmiał! — oburknęła ją Katarzyna. — Niech go Kazia nie rusza! Zobaczymy, co on zrobi. Malec wysunął się cały. — Niech wuj patrzy, jaki śliczny! Prawda, jaki ładny! — zachwycała się Kazia. — Patrzcie, — powiadam — jaką ma zabawną plamę na grzbiecie! — Jakby miał narysowaną mapę. — Europy. — A tak! Europy! — ucieszyła się Kazia. — Niech się nazywa Europa! Wujku, niech się nazywa Europa! To tak jakoś niezwykle. — Niech się nazywa Europa — zgodziłem się. Katarzyna aż trzasnęła rondlami o blachę z irytacji. — Słyszane rzeczy, żeby kota kto tak nazywał? Co to, czy to boskie stworzenie nie ma swojego honoru? U nas to wszystko tak, jak nigdzie! Jeden pies — Tupi, drugi — Ciapa, jak na pośmiewisko. — Moja Katarzyno... — prosi Kazia. — Ej, ja tam nie chcę takich cudaków! Wynoś się, — krzyknęła na kota, który harcował po blasze z korkiem. — Moja Katarzyno, — powiadam. — Europa jest część świata, w której mieszkamy. — Ja nie mieszkam w Europie, tylko w Rawie. — Europa zresztą była piękną kobietą, tak piękną, że gdy kiedyś zapragnęła się przejechać, sam grecki bożek Zeus zamienił się w byka i wiózł ją na swoim grzbiecie, rozumiecie? — Dużo mnie ta obchodzi taki grecki bałwan! Niech ta dla państwa będzie Europa. Co mnie tam! Wynocha stąd! Dla mnie będziesz zawsze Miluś i już. Na, masz, Miluś, mlimla! I odtąd łaciaty kotek zaczął nosić podwójną nazwę: dla mnie i Kazi był Europą, dla Katarzyny był Milusiem. Miał coś niby imię i nazwisko. Dalszy ciąg wypadków pokazał, że kot powinien się był nazywać Europa Miluś, ale nie Miluś Europa. Dlaczego? przekonacie się o tem sami i zgodzicie się, że inaczej być nie mogło.

II.

Znacie małe kotki, wiecie, że niema na świecie weselszych stworzeń? — Nasza Europa jest najweselszym kotkiem na świecie! — twierdziła z głębokiem przekonaniem Kazia.

— Jeszczem takiego łobuza, jak nasz Miluś, nie widziała — przywtarzała jej Katarzyna. Przez trzy dni padał deszcz. Co się wtedy działo w domu, to trudno sobie wyobrazić! Kotka pełno było wszędzie. Dopiero skakał po papierach, już jest na szafie, z szafy hop na firankę, z firanki na kredens. po szklankach, po kieliszkach. Kiedyś skoczył na zapaloną lampę. Sparzył sobie łapki. Ale zamiast płakać, skarżyć się, nastroszył szerść na karku, spojrzał na lampę za stołem i pff! pff! parsknął i plunął z obrzydzenia tak mocno, że szkło od lampy wzięło sobie tak tę kocią pogardę do serca, iż pękło w drobne kawałki! Jeździł w koszu do papierów, gonił szpulki po wszystkich pokojach, targał kłębki: Katarzyna cały dzień szukała motka, który zaniósł pod kanapę w saloniku. — Miluś, aj Milutek! — groziła mu ostro. Ale co było robić z kotem, który na wszystkie wymówki zezował łobuzersko i śmiał się całą buzią! A później stawał sztywno, wyciągał grzbiet w pałąk, ogon stawiał nad sobą, jak kitę, i równemi nogami skakał na ramię. Ocierał się o twarz, pomrukując serdecznie raz, drugi i już go nie było! Jak bomba wpadał między rondle, za chwilę siedział na wysokim piecu, by zaraz później pędzać szpulkę pod szafę. Nie myślcie jednak, że kot się tylko . Badał on świat. I trzy rzeczy zajmowały go niezwykle. Przedewszystkiem wahadło zegara. Spostrzegł je, gdy był na szafie. Przyczaił się i patrzył na nie z pod oka.

— Błyszczy i tańczy! Nigdy tego nie widziałem! I skradał się ostrożnie w stronę starego, wagowego zegara. Próbował łapką pochwycić wahadło, ale nie mógł go dosięgnąć. Wysunął się, jak mógł, najdalej i znów zamachał łapką. — Kiciuś, zejdź‑no z szafy! — zachęcam kota, bo mi się te machinacje niebardzo podobają. Było to już po wypadku z lampą. Kot spojrzał na mnie z pogardą. — Będzie mi przeszkadzał, kiedy takie ciekawe rzeczy są do zbadania! Obejrzał zegar z jednej strony, obejrzał z drugiej. Jeszcze raz popróbował łapką. — Tak się nic nie da zrobić! Zobaczymy z ziemi. Jednym skokiem już był na podłodze. Przysunął się do samej ściany i patrzy w górę. — Skoczyć z ziemi, czy co? I jak się odbije! Omal nie zerwał wagi. — Chodź‑no, mój mały przyjacielu, — powiadam do kota. — Popsujesz mi zegar. Znamy takich! Biorę go na ręce. Drze się, wydziera, zły, aż parska. Oddałem go Kazi. Zajęła go czemś. Był spokój do wieczora. Katarzyna wnosi kolację. Spóźniła się. Nie lubi, jak jej to wymawiać, więc sama zaczyna: — Siódma już! Laboga, ilem też czasu w maglu zmitrężyła! — Już wpół do ósmej — powiadam. — Ale! wpół do ósmej! Właśnie siódma bije. Rzeczywiście zegar bije bim, bim, bim. Liczymy. Co to jest? Siedm, osiem... dwanaście, trzynaście... dwadzieścia... — Jezu! A to co? — woła Katarzyna i buch półmiskiem o stół. A tu zegar wali i wali. Kot wczepił się pazurkami w wagę od bicia i jedzie na niej na dół! Nie miał zegar bić? Odczepiłem go. Dał susa pod łóżko. Ale myślicie, że się zraził? Nazajutrz z samego rana, jeszcze okienice były zamknięte, słyszę łoskot i kocie jęki. Zrywam się z łóżka. Zegar jedzie po podłodze. Ciągnie go Europa, która się zaplątała w łańcuszki i krzyczy ze strachu, jakby ją kto ze skóry obdzierał! Oprócz zegara Europa badała łazienkę. Niech tylko usłyszała, że z kranu się leje, biegła przez wszystkie pokoje. Wskakiwała na brzeg wanny i wpatrywała się w strumień wody. Podchodziła jak najbliżej i pac łapką. — Huczący, przezroczysty kij! A mokry! Pfe! — Krzywiła się i otrząsała wodę. Zachodziła do strumienia z drugiej strony, podróżując po krawędzi wanny. I znów pac łapką! I znów się otrząsała. — Dziwne, dziwne! A gdzież się ten kij kończy? — zastanawiała się i nachylała głęboko do wnętrza wanny. Już wiem! I chyc! Już była pod wanną. Spacerowała pod nią tam i zpowrotem. Szukała końca strumienia. I znów hyc! I na nowo zaczynał się spacer po krawędzi wanny i łapanie wody. — Co za dziwy! — myślała Europa. Aż raz omal się nie utopiła. Chciała obydwiema łapkami chwycić słup wody, poślizgnęła się i rym w pełną wannę! Właśnie Kazia lada chwila miała wejść do wody. Co to było płaczu, narzekania! Europa krzyczała ze strachu tak, jakby ją kto żywcem ze skóry obdzierał! I myślicie, że po tej kąpieli Europa straciła ochotę do badań wanny? Nazajutrz już była w łazience. Badała dno wanny. Chodziła, przyglądała się, a mruczała, jakby się woda gotowała. Aż, widocznie, przyszło jej do głowy, że tajemnica nie tkwi ani w wannie, ani w kranie, tylko w piecu. Skoczyła równemi nogami na rozgrzany wierzch pieca. — Ojej! ojej! — wrzasnęła nie kocim głosem i jak szalona zaczęła biegać po wszystkich pokojach. I odtąd już unikała łazienki. Tem bardziej, że w tym czasie zajęła się czem innem. Kazia miała na oknie olbrzymi szklany słój. Trzymała w nim rybki złote. Europa całemi godzinami przesiadywała przed tym słojem. Korciło ją to, że widziała ryby w przezroczystym słoju, a dostać się do nich nie mogła. Już jakaś rybina płynie wprost na nią. Europa przyczaiła się, nie spuszcza z niej oka. Lada chwila już ryba powinna być tuż, tuż, tylko skoczyć. Kotka czeka i jak kula odbija się od szkła. Łupnęła głowiną w słój i odpadła. — Nie udało się! Spróbujmy jeszcze raz! — mówiła sobie Europa i zaczajała się z innej strony słoja. I znów bęc głową w szkło. Tłukła łepetynę zawzięcie, ale nie ustawała w polowaniu. Aż przyszło jej na myśl wdrapać się na słój. Chwiejąc się, jak gimnastyk, chodzący po linie, spacerowała po wąskim brzeżku słoja. Nie spuszczała oczu z rybek. Rozmyślała nad tem, jakby do nich sięgnąć. Wpuści łapkę. Mokro. Wyciąga co prędzej i z obrzydzeniem otrząsa z wody. A tu ryby, jak na złość, pływają tuż, tuż! Więc jeszcze raz sięga łapką. I znów mokro. I ryby, spłoszone, uciekają na dno. Europa usadawia się na krawędzi słoja. — Niech będzie co chce! Zamoczę się, to zamoczę, ale dostanę! — powiada sobie i przechyla się jak najniżej. Co się stało? To się stało, że słój rymnął na ziemię, a Europa jednym susem była na szafie. No, i ostatecznie rybki trzeba było zamknąć w spiżarni, przełożywszy je do innego słoja. — Kaziu, — powiadam — czy ta Europa nie za wiele sprawia kłopotu? Słój, jak słój, ale zegar! Nie wiem, czy będzie go można naprawić. — Miluś nie jest szkodny — wtrąca się Katarzyna. — Czy on to ruszy co w kuchni? Zegar spadł, bo haczyk był zluzowany. — A słój? — Żeby Europa wiedziała, że słój spadnie, toby go przecież na pewno nie ruszała, prawda Katarzyno? — mówi Kazia. — Wczoraj wujaszek sam stłukł szklankę. Każdy wie, że nienaumyślnie. Każdemu się zdarzy rozbić szklankę. Każdy to rozumie! Każdy też wiedział, że wypuściłem szklankę z ręki, bo Europa wskoczyła mi niespodzianie na ramię. Miałem się sprzeczać z Kazią i Katarzyną? Nie poruszałem już więcej sprawy Europy.

III.

Pierwsze spotkanie Europy z psami nastąpiło pierwszego zaraz dnia pogodnego. Europa wyszła na próg. Słońce świeciło, było ciepło. Przeciągnęła się więc rozkosznie. Rozejrzała się. Na przymurku, przy psiej misce ćwierkały wróble. Kotka przylgnęła do ziemi i zaczęło się polowanie. — Przepraszam panią, co pani tu robi? Europa obejrzała się. — Precz, precz! — parsknęła na widok Ciapy, który zbliżał się ku niej, kiwając uprzejmie ogonkiem. — Nie trzeba pluć, to nieładnie — zwrócił jej uwagę Ciapa i cofnął się. — Przepraszam bardzo, ale chciałbym się dowiedzieć, skąd się pani wzięła. — Z domu, przyszłam z domu — tłumaczyła się Europa. — Widzi pani, my, psy, nie wierzymy nikomu dotąd, dopóki się nie przekonamy. Pani pozwoli... — szepnął i wyciągnął ku kotce nos. Zaciągnął się. Ale jeszcze nie wierzył. — Coś, jakby panienka! I nasza kuchnia. Przepraszam... I Ciapa posunął się bliżej. Obwąchał kotkę od stóp do głów. — Rzeczywiście, rzeczywiście — zdumiewał się i przysunął nos do samego pyszczka Europy. — Mleko, przeważnie mleko. Dobre i mleko, choć ja wolę mięso. Liznął kotkę za uchem. — Przepraszam, ja się myję sama! — pisnęła Europa. Ale nie odsuwała się. Ciapa, że był pies wesoły i uprzejmy, uznał, że po zawarciu znajomości można się bawić. — Pani goniła wróble. Ma pani słuszność. Te szkodniki wyjadają nam wszystko z miski. Hej‑że na nich! I z taką ochotą skoczył do wróbli, jakby nie było przyjemniejszej zabawy. Nauciekał się, nabiegał. Ogląda się: Europa ani drgnie. — Znudziło się panience? To bawmy się w co innego. Ja też niebardzo lubię gonić ptaki. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się złapać ani jednego! — przyznał się szczerze. — W co się będziemy bawili? Ja najlepiej lubię walkę francuską. Chodzi o to, kto kogo powali na łopatki. Bawimy się? Dobrze? Ja zaczynam! Uwaga! — I skoczył na Europę. Od jednego zamachu przydusił ją do ziemi, kotka pisnęła rozpaczliwie. — Broń się, broń! — zachęcał ją Ciapa i udawał, że ją gryzie. Ale kotka płakała coraz rozpaczliwiej. — Puść, puść! — wołała. — Puść! Ciapa odskoczył. Kotka siadła i rozpłakała się na dobre. — Nigdy nie myślałem, żeś taka beksa! — dziwił się Ciapa. — Boli cię? No, cóż nic nie mówisz? A to dziwne stworzenie dopiero! Że właśnie inne psy zjawiły się na podwórzu, więc skoczył do nich z nowiną: — Wiecie co, jest tu takie coś, co pachnie panienką i Katarzyną, jada tylko mleko i beczy o byle co! — Gdzie, gdzie? — Na przymurku. Słyszycie, jak się wydziera? — To kot — powiada Tupi, który znał świat, a Ciapie nie dowierzał i miał go za nic. — Kot, kot! — oburzył się Ciapa. — Zobacz sam, jak pachnie! Wszystkie psy ruszyły ku rozpłakanej Europie. Obwąchały ją najpierw zdaleka, później wodziły długo nosem po jej futerku. — No i co? No i co? — dopytywał się Ciapa. — Hm, pachnie naszym domem, to pewne. — Więc co? — Więc to jest nasz kot — zdecydował Tupi, najstarszy, najsilniejszy pies. — Rozumie się, że nasz — zgodziły się inne psy. — A jak się z nim bawić? — dopytywał się Ciapa. — Nigdy nie bawiłem się z kotem — odpowiedział mu z godnością Tupi i wolno zeszedł z przymurka, a za nim inne psy. W ten sposób Europa zajęła miejsce na podwórzu. Była traktowana uprzejmie, ale zdaleka. Jedynie Ciapa wszedł z nią w serdeczniejszą zażyłość. Był on bardzo łakomy. Wystarczyło brzęknąć w talerz, by rzucał wszystko i biegł na werandę, gdzie jadaliśmy w pogodne dni. Pod tym względem nie ustępowała mu Europa. Przed śniadaniem, obiadem i kolacją już siedzieli oboje na ławce na werandzie.

— Nasze stołowniki już są! Trza się spieszyć — mawiała Katarzyna, gdy spostrzegła siedzącą parę. I trzeba przyznać, że nigdy nie wydzierali sobie jedzenia. Ciapa sprawdzał tylko zawsze, co dostała Europa, wąchając jej pyszczek, gdy zjadła. — Aha, wiem, bułka! I z masłem! I mnie, i mnie! — prosił, patrząc w oczy i przestępując w miejscu nogami. Jeden tylko Lord, że był pies opryskliwy i gbur, a jadłby od rana do wieczora, warczał czasem na Europę, która dobijała się do psiej miski. Spoglądał na nią z pod oka, gdy szła ku niemu. — Po coś tu? Nie rrrusz! Wynoś się! I raz chwycił ją nawet zębami. Europa w krzyk. I wtedy wystąpił Tupi. — Nasz kot, — powiada do Lorda — czy nie nasz? — Nasz, ale niech tu się nie kręci! — Twoja miska? — Moja! — Tak? — krzyknął Tupi i zanim się Lord obejrzał, już leżał na grzbiecie.

— Oj, już nie będę! — jęczał. — Popamiętaj sobie! — zapowiedział mu Tupi i poszedł. A Europa siedziała na dachu od drwalki i myła się starannie. Odtąd wolno jej było na podwórzu robić, co chciała. Zżyła się z psami tak, że nie sypiała gdzie indziej, niż na strychu w psiej budzie. Nie wiecie, zapewne, co to był za strych? Otóż pułap psiej budy zrobiłem ze starej wycieraczki do obuwia. Wycieraczka urwała się w jednem miejscu i odpadła. W ten otwór wchodziła Europa i mieściła się na wycieraczce, rozumiecie teraz? I nie było zażylszej przyjaźni, niż między psami i Europą. Raz jeden tylko omal nie doszło do awantury. I o co? O mysz.

Było to tak. Podłoga drwalki była nadgniła w jednem miejscu. Przy tej dziurze Europa całemi godzinami. Czuła myszy. Ale zamiast siedzieć cichutko i czekać cierpliwie, aż mysz wyjdzie z dziury, raz po raz właziła do dziury tak głęboko, że tylko ogonek jej było widać. Raz wchodzi do drwalki Kucuś, przyjaciel naszych psów. Widzi ogon Europy, migający z dziury. — Kocica, co ty tam robisz? Europa wyszła z dziury i na niego:

— Spłoszyłeś, toś ty spłoszył! — wymawia mu. Kucuś zajrzał do dziury, powąchał. — Jest, — powiada — napewno jest! — To i ja wiem — mówi Europa. — Już trzy dni siedzę przy tej dziurze. — Tak? — skrzywił się Kucuś. — I dotąd jej nie złapałaś? — Spróbuj ty! — burknęła Europa. Kucuś nic nie odpowiedział. Zakręcił się i poszedł. Poczekał, aż Europa wyszła z drwalki na podwórze. Szust i już siedzi przy dziurze. Czeka Kucuś i czeka. Wygląda myszka. Kucuś ani drgnie. Dopiero jak się zaczęła kręcić koło miski, pies chap i już ją ma.

Złapał i w podskokach sadzi na podwórze. Zbiegły się inne psy. Kucuś pozwalał im łaskawie obwąchać mysz. Lord chciał mu ją wyrwać. Więcej na niby, niż naprawdę, bo psy niechętnie jadają myszy. Zaczęła się gonitwa dokoła podwórza. Zabawa była cicha! Aż tu nagle zjawia się na dachu drwalki Europa. — Oddaj moją mysz! To moja mysz! — woła na Kucusia. Kucuś nie bierze kociego krzyku do serca. Puszcza się w zawrotną ósemkę. Umknął Tupiemu i jakoś skręcił tuż pod drwalkę. Na to tylko czekała Europa. Jak kamień spadła na psa. Kucuś puścił mysz. Chce uciekać. Ale kocica skoczyła mu do gardła. Kucuś porwał się na nogi. Europa skoczyła mu na kark i okłada po głowie. — O jej! O jej! — skwierczy Kucuś, szarpnął się, wyrwał, zrzucił kotkę i w nogi. Europa w pogoń! Wypędziła go za bramę. — No, no, no! — powiada Tupi. — Dała mu łupnia! Sam widziałem, jak z nosa krwawił! Trzeba z kocicą ostrożnie! Europa wróciła zziajana. Dopadła do psiej miski. Chłepce polewkę z osypką. — Takie to małe i takie zawzięte! — dziwi się Tupi. Przygląda się kotce. A że nie mógł nigdy patrzeć spokojnie, kiedy ktoś inny jadł, więc wypuścił język, oblizuje się, ale ani śmiał sięgnąć do miski!

IV.

Europa rosła. Przestała być kocięciem, stała się pięknym kotem. Zżyła się z psami bardzo. Nie chcę jej ubliżyć, ale powiedziałbym, że całkiem spsiała. Przedewszystkiem pieściła się tak, jak żaden kot się nie pieści. Nietylko, że ocierała się, mruczała, tańczyła kocie tańce, przydreptując przedniemi nogami, się, przewijała. To robi każdy kot, prawda? Ale Europa robiła to, czego żaden kot nie robi. Lizała różowym języczkiem po ręku, po policzkach! Widziałyście kota, coby się pieścił po psiemu? Nauczyła się od psów wybiegać do furtki, gdy tylko nadchodził ktoś obcy. Miauczała ostrzegawczo, gdy ktoś obcy wchodził do przedpokoju. Nie dość na tem! Szła za nogą, jak psy, i skakała na piersi, gdy ktokolwiek z nas wracał do domu. Była to więc kotka niezwykła. Wcale się nie dziwię, że psy tak ją lubiły. A jak żyła z innemi psami? I źle i dobrze. Z temi, które przychodziły na zebrania towarzyskie na nasze podwórze, była na stopie poufałej. Bo też to były psy niebylejakie. Naprzykład Amor. Był to pies spokrewniony z najlepszemi rodzinami. Miał łeb po wujku wyżle, ogon po stryju wilku, tułów przepaścistej długości po bliskich krewnych jamnikach. A że ludzie ucięli mu ogon w tępy kikut, udawał, jak mógł najlepiej, foksa. Oprócz Amora odwiedzał nas rudy kundel, który, niewiadomo dlaczego, nazywał się: Malina. Miał on szerść twardą, jak zgrzebło, a ogon pięknie zawinięty w podwójny obwarzanek. Ale duszą towarzystwa był Kucuś, przyrodni brat foksa, wilka, wyżła, a skuzynowany blisko z psem policyjnym. Był to psiak mądry, spryciarz, jakich mało. Potrafił on zawsze tak pokierować zabawą, że wszystkie psy biegały z wrzaskiem po podwórzu, on jeden zawsze był przy mecie, t. j. przy misce z jadłem. Lubiany był powszechnie, bo był wesoły, zgodny, miał znakomite pomysły. Nigdy ósemki po podwórzu nie udawały się tak znakomicie, jak wtedy, kiedy je prowadził Kucuś z ogonem w podwójny obwarzanek. Otóż podczas tych zabaw Europa siadywała na daszku drwalki. Nie bawiła się z psami, ale przyglądała się zabawie. Żadnemu z psów nie przyszło do głowy zaczepić ją albo powiedzieć jej coś przykrego.

A czy inne psy ją zaczepiały? Otóż pomiędzy psami, jak pomiędzy ludźmi, trafiają się tacy, trafiają się inni. W bezpośrednie nasze sąsiedztwo przeniósł się pies. Nazywał się Reks, co jak wiecie, znaczy po łacinie „Król”. Otóż trzeba przyznać, że komu, jak komu, ale temu Reksowi ta nazwa się należała. Wilczar olbrzymi, rosły, piękny! Miał jakieś dyplomy, medale z wystaw! Król. Ale... Czy był zarozumiały? Nie wiem. Wiem tylko, że zupełnie nie umiał się bawić. Psuł każdą zabawę. Wszyscy się gonią — a on staje na środku ulicy i szczeka niewiadomo na co. Jest walka na niby, to on wyszczerzy zęby naprawdę, bierze nogi za pas i ucieka. Bo tchórz był, aż wstyd! Przyszedł do nas raz i drugi nieproszony. Europa się nie pokazywała. Za trzecim razem wpadł niespodzianie, kiedy nasze psy i goście bawiły się w chowankę. Nie pyta o nic, tylko skacze do daszku, na którym leży Europa. — Kot! kot! — szczeka. — Łapać kota! Amor się zatrzymał, przytelepał się na kabłączkowatych nogach do drwalki i powiada: — Reks, daj spokój! To ich kot! — Co mnie to obchodzi! Kot! Kot! Łapać kota! — szczeka Reks i skacze ku daszkowi. Europa się nasrożyła, postawiła włosy w szczotkę i parska: — Precz, precz! Co to jest? Tupi podchodzi boczkiem do Reksa. — Reks odejdź od naszego kota! — perswaduje wilczarowi. Kucuś, który miał łatwą wymowę, a jazgotał, jak przekupka, wpada na Reksa. — Ty taki, owaki! Jak ty się zachowujesz na wizycie! Każdy inny pies byłby zrozumiał odrazu i cofnął się. Ale Reksowi ani to w głowie. Rozwarł paszczę, skoczył i omal nie chapnął kłami Europy. Tego już było za wiele! Tupi skoczył mu na kark, Amor wziął się do wilczych boków, a Kucuś, że był mały, a zawsze ostrożny, boleśnie się dobierał Reksowi do brzucha. Zakotłowało się. Doskoczyły inne psy. Nie będę wam opowiadał szczegółów walki. To jedno pewne, że Reks już odtąd nie mógł się popisywać swoją urodą na żadnej wystawie. Wrócił do domu bez kawałka ucha! — O, jej, jej! — jęczał, uciekając przez ulicę. — A będziesz zaczepiał naszą Europę? — wołały za nim nasze psy. — Cham, cham! — szczekał Kucuś i zamiatał za sobą nogami. — Nie ma pojęcia o tem, jak się należy zachowywać w przyzwoitem towarzystwie! Czy Europa lubiła psy? Sądzę, że tak. Choć muszę przyznać, że psia przyjaźń była dla niej dość uciążliwa. Dlaczego? Dlatego, że dzięki psom pozbawiona była odpowiedniego towarzystwa. Nudziła się. Drzemała i ziewała całemi dniami. Chcecie wiedzieć, czy samotność jej dokuczała? O, i bardzo. Wyobraźcie sobie, że jesteście stale w towarzystwie istot, które mówią obcym językiem, nie rozumieją was, że gdy wy mówicie o myszach w śpiżarni, one odpowiadają wam: „Właśnie idziemy na króliki”, a zrozumiecie sami, że tak było i inaczej być nie mogło. Europa widywała z dachu inne koty. Zaraz w sąsiedztwie mieszkał biały kocur. Pogadywali sobie czasem, ale bardzo zdaleka. Europa, która prawie nigdzie nie bywała, słyszała nowiny o śmietnikach, ploteczki z sąsiedztwa. Rada była porozmawiać bliżej, dowiedzieć się o tem i o owem. Ale ani gadania! Niechno się pokazał jakikolwiek kot na podwórzu! — Kot! kot! — woła pies, który go dostrzegł pierwszy. — Obcy kot! Obcy kot! I piekło się robiło prawdziwe! Kto żyw puszczał się na przybłędę. Miski, ceberki w powietrzu. Wpadali do ogrodu. Klomb, nie klomb, rabatka, nie rabatka — wszystko było stratowane. — Zachodź go, zachodź z lewej! — wołał Tupi na Ciapę, który sadził za kotem, jak kula. — Mam, mam, mam! — odszczekiwał foks i już miał chwycić obcego kota, gdy ten, chyc, i już był na drzewie.

I wtedy zaczynało się oblężenie i wymysły. — Pocoś tu! Nie mamy to swojego kota? Prosił cię kto? Złaź zaraz, złaź, rozumiesz? Kot nie myślał schodzić z drzewa. Siedział pół godziny, siedział godzinę. Psy aż chrypły ze szczekania. Tupi przybiegał do mnie, ciągnął mnie do ogrodu, pokazywał wystraszonego kociaka. — Dostań go! Dostań! — prosił, obskakując mnie i liżąc po rękach. — Do naszej Europy będzie przychodził! Po co jej kot? Dostań go! Już my mu pokażemy, gdzie raki zimują. Trzeba było odwoływać psy do innego drzewa. Pokazywałem im na gałęzie. Opadały pień, skakały. A tymczasem biedny więzień zmykał, jak tylko mógł najprędzej. Europa więc była samotna. Miałem przeczucie, że to się źle skończy. I skończyło się. Pewnego rana niema Europy. Jak kamień w wodę wpadła. Mleko nie wypite. Nie przyszła na obiad. Nie raczyła się zjawić na kolację. Źle. Kazia płacze. Katarzyna zła, ciska rondlami. — Nikt, tylko ten Reks Milusia zdusił! To Herod, nie pies! I od tej chwili pomiędzy Katarzyną a wilczurem zprzeciwka wybuchła wojna. Niechno się gdziekolwiek pokazał! Brał i szczotką i łopatą nawet. Nowa trzepaczka poszła na nim w kawałki. Odtąd za wszystko, co tylko skradł który z domowych psów, spadała kara na Reksa. Tak to się na nim zemściło nieprzyzwoite zachowanie się wobec Europy!

V.

Minęło kilka tygodni. Europy ani śladu. Kazia jest niepocieszona. Na naszem podwórzu zaszły pewne zmiany. Kucuś przeprowadził się do nas na stałe. Jego państwo wyjechali i nie mogli go zabrać ze sobą. Przyszły imieniny Kazi. Katarzyna postanowiła wystąpić godnie. — Będzie krem czekoladowy! I takie pierogi z wiśniami, jak Kazia lubi! Tylko niech pan Kazi nie pozwoli wchodzić do kuchni, bo to niespodzianka — zapowiedziała na dzień przedtem. Zeszli się goście. Zabawa w najlepsze. Już ma być podwieczorek, już wszystko przygotowane. Za chwilę wjedzie imieninowy krem.

— Jezu, Jezu! Laboga! A pójdziesz! Pójdziesz, ty zatracony! Biegniemy do kuchni. Kremu jakby nie było! Wziął Kucuś, co mu się należało. Ale krem przepadł! — Ja tego psa zabiję! — odgrażała się Katarzyna. — Niech go pan zaraz odda. Na oczy nie chcę go widzieć! Podwieczorek musiał odbyć się bez kremu, ale zabawa była znakomita. Dopiero późnym wieczorem goście się porozchodzili. Kucuś nie pokazywał się przez cały dzień. Ale, że lubił się wylegiwać w kuchni pod piecem, więc nie wytrzymał i, gdy ścichło, wsunął się w kąt.

Spoglądał z pod oka na Katarzynę, a miał minę wyraźnie obrażoną. — Tyle hałasu i o co? O tę trochę słodkiej papki? Wcale mi nie smakowała! Jeszcze teraz mnie po niej mdli. Katarzyna spostrzegła psa wtedy, kiedy zapaliła lampę. — Toś ty tu wlazł? — dogadywała i szła do Kucusia, a w ręku miała spory wiór. Kucuś się zerwał. Ale zamiast uciekać na podwórze, pociągnął nosem i skoczył na schody. Siadł na najwyższym stopniu i szczeka. A od czasu do czasu spogląda na Katarzynę.

— Proszę mi nie przeszkadzać! Wiem, co robię! Otworzyć drzwi na strych! Otworzyć, mówię! Katarzyna biegiem do mnie. — Panie, złodzieje! Napewno złodzieje. Kucuś ujada, że strach! — Gdzie? — Na strychu. Zakradli się tam, gdzie nikt nie chodzi, żeby nas w nocy okraść, pozarzynać... — Niech też Katarzyna nie opowiada byle czego! — mityguję ją. — Ale! — obraziła się. — Nie śniły mi się to śliwki? Jak mnie się śliwki śnią, nieszczęście pewne. — Którędyżby weszli, kiedy jest taki tylko dymnik w dachu, że kot się ledwie prześlizgnie? — Panie, śliwki mi się śniły! — odpowiada Katarzyna. — Pewniak! I gadaj z nią! Biorę świecę, idziemy. Kucuś szczeka, aż się zanosi. Otwieram drzwi na stryszek. Pies wpadł i zginął gdzieś w słomie. Idę za nim. — Katarzyno, Katarzyno! Niech‑no Katarzyna zawoła Kazię i sama tu idzie! — Ale, będę tam dziecko wołała! — Kaziu, Kaziu, chodź zaraz do mnie!... Kociąt było troje. Jedno białe, a dwa bure. Teraz każdy się ze mną zgodzi, że jedyną właściwą nazwą dla kotki było: Europa Miluś! Taka była milusia! — Śliczności! — zachwycała się Kazia. — Już widzą! A jakie mają ślipeczki niebieskie, jak paciorki! Ropcia, śliczne masz dzieci! Jak malowanie! Katarzyna odtąd zgodziła się na imię kotki, tylko je zdrobniła po swojemu. — Ady niechże pan chwali kociaki! Kotka odchodzi dzieci, kiedy się jej małych nie chwali! — upominała mnie Katarzyna. Chwaliłem, zachwycałem się. Ale najbardziej rad był Kucuś. Skowyczał z radości, lizał kotkę, obwąchiwał kocięta. — Prawda, że ładne? — mruczała Europa, oglądając się to na nas, to na Kucusia. — No i gdzież ci złodzieje? — pytam Katarzyny. — Śniły mi się śliwki, to pewno dlatego, że mi Kucuś ten krem wyżarł. — Ale znalazł Europę! — broniła psa Kazia. — Pójdź, Kucuś, niech cię tam! — zgodziła się Katarzyna i wyciągnęła rękę do psa. — Europa się znalazła, Europa się znalazła — mówił jej Kucuś, merdając ogonem i drepcząc od Katarzyny do kocicy i zpowrotem.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…