Read here

Dno nędzy

Wacław Sieroszewski · 1900 · Free in the US

48,994 words · about 3 h 26 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1900 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Dno_nędzy&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Wacław Sieroszewski
Language
Polish
Published
1900
Length
48,994 words · about 3 h 26 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 43 min
  3. I about 8 min
  4. II about 8 min
  5. III about 9 min
  6. IV about 12 min
  7. V about 9 min
  8. VI about 6 min
  9. VII about 8 min
  10. VIII about 11 min
  11. IX about 10 min
  12. X about 7 min
  13. XI about 12 min
  14. XII about 3 min

Continue:

Front matter

DNO NĘDZY

całość

DNO NĘDZY

I.

Wśród tajgi dalekiej północy są miejscowości tajemnicze, o których krajowcy mówią niechętnie, zbywając zapytania odpowiedzią, że tam... »chyba wiatr zalata lub ptaki wędrowne siadają po drodze do morza«... Tam wody królują; wszędzie je widać blade i lśniące i niebo nad niemi wisi blade od ich odbicia. Żyły ziemi błotnistej, rozmokłej, wiją się kapryśnie jak macki polipów, po błękitnych roztoczach, wiążąc w oka i węzły luźnej czarnej sieci. Lasy rzadkie, niby rzęsy, porastają płaskie grzędy suszy; czasem wzgórze maluchne wytryśnie, a na niem gaj drzew roślejszych i zdrowszych, czasem trafi się rzeczułka, łącząca dwa wodozbiory i szmerem swym naruszy jednostajność wód stojących. Oko błąka się w perłowych przestworzach z trudnością czepiając się nikłych deseni odległych wysp i przylądków. Kraj dziwnej smętności. Lecz dramat tych wodnych obszarów tkwi głównie w ich... brzegach. Jeziora tamtejsze wzruszają najwięcej nie wtedy, gdy burza je wstrząsa i miota rozszalałe bałwany; nie w dzień pogodny, gdy sennie rozrzuconą pierś ich złote całuje słońce, a one lazurowemi zwierciadły śledzą za najmniejszą chmurką, najlżejszą barwą pochylonego nad niemi nieba; i nie w noc cichą, gdy blask miesiąca drży na nich, a iskry czystych gwiazd tlą się w ich czarnych zimnych otchłaniach; lecz wtedy, gdy pędzone zwykłym wiatru powiewem, rozbite na tysiące fal drobnych z łagodnym szmerem pieszczą wstrętne brzegi. Pieszczą, bo muszą, bo nie mają skał, granitów, wzniosłości... bo gdyby nie stało tych nędzot ziemi, znikłyby stąd, spłynęły w ocean jednostajnie gorzki, obcy i przepastny... Tulą się więc, tulą... do błot, piją ich męty, liżą mchy brudne i obwisłe. Lica ich, szare, zmartwiałe, nic wtedy odbijać nie mogą i nie chcą... Sieć brzydkich zmarszczek i piany rdzawej płynie po nich z wiatrem i tylko w pogwarce ich głosów brzmi bezbrzeżna tęsknota... Takie są zazwyczaj tamtejsze jeziora, gdy żyją. W zimie zaś, gdy zawieje zaśnieżą skute lodem wody, a sadź ubieli pnie i gałęzie lasów, okolica zamienia się w nieskończenie białą, pustą, martwą, marmurową kostnicę, nakrytą niebem lodowem. Nawet wiatr tu wtedy nie wyje. Ziemia stoi stężała w niezmiernej cichości; rzadka tajga rozsnuta po niej, znaczy się niby smugi pajęcze, powietrze nieruchome twarde, cięży na wszystkiem z siłą kryształowego przycisku. Słońce bez blasku wschodzi i zachodzi na krótko; noce długie, w dole ciemne, w górze błyszczą fosforycznie. Śmiertelnej ciszy nic nie narusza; czasem tylko huk pękającej od chłodów ziemi potoczy się jak dreszcz konania i powtórzą go z febrycznem drżeniem wszystkie cząsteczki skrzepłego powietrza, skamieniałej ziemi lasów i wód i staje się on podobnym do grzmotu. Poza tem... nic. Zupełnie... nic!... Tak cicho, że lecące ku ziemi blaszki szronu szemrzą i tak zimno, że pustkowie raduje podróżnika myślą, iż nikt prócz niego nie cierpi w tym chłodzie. Zdarzyło się, iż w drugiej połowie zimy, dość rzadkie tu zjawisko naruszyło spokój świątyni. Narta zaprzężona w parę renów i dwoje ludzi zaszytych w futra darło się z wielkim skrzypem i sapaniem, przez białość i chłód, przez koronkowe przesmyki lasów i gładkie, całolite jak płyty olbrzymich grobowców, jeziora. Brnęli po kolana w zaspach bezdroża; para z ich oddechu ze szmerem wylatywała z pod nasuniętych do oczów zasłon skórzanych, łączyła się z parą, buchającą z rozgrzanych renów i tworzyła, ruchomy obłok, który osiadał w kształcie śniegu na ich odzieży i uprzęży, lub rozpływał się za nimi w długą siwą smugę, niby bruzda piany zmąconej przejściem statku na wodzie. Podobni byli do maluchnego, barwnego pocisku, który błyszczy i dymi, lecąc nizko nad morzem białości. Mężczyzna trzymał w jednej ręce rzemień do kierowania reniferów, w drugiej... długi pręt... poganiacz, którym podpierał się, jak pastorałem. Od czasu do czasu rozglądał się wśród uśnieżonych zarośli lub spoglądał w dal, gdzie blade jeziora zlewały się z niebem bladem. Kobieta pewne nic nie widziała, gdyż naszyjnik z wiewiórczych ogonów zupełnie jej twarz zakrywał. Kierowała się słuchem, co było łatwo, gdyż najmniejszy szmer dobiegał ją z ostrością zgrzytu. Gdy więc usłyszała, że reny zatrzymały się niespodzianie, obciągnęła szybko na dół naszyjnik i spojrzała przez szparę w futrach. Skręcone reny stały w poprzek drogi, a przewodnik, odrzuciwszy z twarzy język kaptura, wskazywał poganiaczem na lukę w krzakach i szeptał: — Przeszedł!... Widzisz?... Kobieta otarła pospiesznie dłonią zaszronione powieki. Na śniegach przed nimi doskonale było widać szeroki, pojedynczy ślad ludzkiej stopy. Wybiegał on z głębi lasu i szedł dalej smugą, którą jechali podróżni. — Pewnie już stąd niedaleko... Poczekaj krzyknę. Zaczął chrapliwie nawoływać. — Uchu!... chu!... hu... hu... Kobieta też przyłączyła do jego wołania swój głos słaby ale dość dźwięczny. Oboje byli Jakutami. — Uchu!... chu!... huu... u... u... Umilkli i nasłuchiwali. Lecz w spiżowem powietrzu, w którem przed chwilą głosy ich huczały jak dzwony, spiżowa panowała cisza. — Pewnie nie tutaj!... A może... pomarli? — rzekł mężczyzna. — Nie, oni długo żyją! — odrzekła głosem drżącym kobieta. — Jedź dalej Piotruczanie!... Piotruczan przez chwilę wahał się, zerkał na drogę, wreszcie poprowadził swe reny, trzymając się daleko, o ile pozwalała na to leśna gęstwina — od tajemniczych śladów. Kobieta już nie nasuwała na oczy naszyjnika, choć okrutne zimno krajało jak nożem policzki jej, nos i powieki. Czarne źrenice jej smutnie patrzyły na ślady, na strach widoczny w ruchach Piotruczana i serce jej biło, biło coraz mocniej, tłumiło oddech i iść przeszkadzało. — Mój Boże!... Nawet ten poczwara lęka się... Uszli kroków kilkaset, gdy Piotruczan znów tak gwałtownie targnął lejcem reny, że aż wpadły tylnemi nogami na drżącą obręcz narty. Jednocześnie Jakut wzniósł ręce do góry, nogi wyciągnął jakby chciał uciekać i być, jak można najdalej od tego, co dojrzał. Zasłona mu całkowicie z twarzy opadła i z kudłatego kaptura wyjrzało obrzydliwe oblicze, płaskie, krostowate, z zapadłym nosem i małemi zaropiałemi oczkami. Oblicze to obecnie śmiertelnie blade, pokrywały duże krople potu. — Anka... Anka... widzisz... krew!... — szeptał — nie, dalej nie pójdę za nic w świecie... Nie pojadę, nie... zabij, a nie pojadę!... Istotnie, ten co przeszedł przed nimi, krwią broczył. A pewnie był źle odziany, gdyż krew gorąca padała wprost na śniegi, tworząc wielkie rubinowe plamy z żółtą obwódką. Anka z niemniejszem od Piotruczana przerażeniem patrzyła na te znaki bolesne. — Mężczyzna czy kobieta? — spytała. Piotruczan zajrzał do środka jednego ze śladów. — Kto ich wie?... Zdaje się kobieta... — Piotruczanie, mój dobry, mój srebrny... jeszcze trochę podjedziemy! Huknij, a potem podjedziemy... — Huknąć, huknę! Ale za nic nie pojadę. Poco mam ginąć marnie? Oni potrzebują, więc powinni sami się starać. Zostawimy tu rzeczy i jadło. Z czasem przyjdą i zabiorą... Na mrozie nic się rzeczom nie stanie... nikt nie weźmie... Chyba lis?... Zawahał się, ale rychło w powziętem postanowieniu utwierdził. Powiem gminie, że krew była, że dalej nie mogłem... Niema takiego prawa, żeby dzić, gdzie krew trędowatych... Przecie od samego widoku można zachorować... Ta pani nie żartuje. — Widzisz, ale ja wtedy nikogo nic zobaczę! — To i lepiej, że nie zobaczysz... Po co ci patrzeć. On to samo co umarły. Ty teraz na mnie patrzyć powinnaś... Nie mam nosa, ale on zupełnie ciała na twarzy nie ma... — Piotruczanie, Piotruczanie... Obiecałeś przecież. Jeden jedyny raz... Może, gdy go zobaczę bez ciała na twarzy, to go zapomnę... to przestanie mnie męczyć cień jego po nocach? Przecież szaman kazał zobaczyć... Chcę być spokojną, jak ludzie... chcę, żeby się odmieniło... wtedy może ciebie pokocham, przyzwyczaję się... Piotruczan trząsł głową. — Huknę, ale nie pojadę, To darmo. Każdemu życie miłe... Gdyby nie krew, pojechałbym, ale przecież człowiek od samego zapachu zachorować może... Wtedy nie poszłabyś za mną, oj nie. Huchu... hu... uu... Ocha... Huknęli kilkakroć, ile sił starczyło i, odsunąwszy z uszów kaptury, słuchali pilnie. Po niejakim czasie z dali przysnutej mroźnym oparem i lasów koronką dobiegł ich jęk żałosny, podobny do skomlenia psa. — Słyszysz: są! — krzyknęła Anka i porwała się biedz. Piotruczan schwycił ją za rękaw. — Oszalałaś kobieto! O mało nie nastąpiłaś na krew! — Muszę, muszę. Z daleka popatrzę... Ty tu zostań... Zaraz wrócę, przyjdę... zaraz... Wyrwała mu się i poszła przez zaspy. Na jej zgorączkowaną twarz, z której zupełnie obsunął się kaptur, mróz kladł zimne, białe pocałunki, gęste powietrze zapierało jej przyspieszony oddech. Tchu jej brakło i chwilami zdawało się, że upadnie; dziwiła się, że ziemia tak niespodzianie daleko uchodzi z pod jej stóp, że serce jej niewiadomo dlaczego tak strasznie kołacze i boli. Oczy wpatrzone w dal nie widziały, że Piotruczan lękliwie podąża za nią, zasłuchane uszy nie słyszały skrzypu jego narty i sapania renów. Aż dostrzegła wśród kopców śniegu w oddali jurtę po szczyt zawianą, a przed nią kilka czarnych ludzkich postaci. Dostrzegli ją i przyklękli na śniegach z wyciągniętemi rękami. Poznała męża. Klęczał na przedzie, więc pobiegła ku niemu, zapomniawszy o wszystkiem. — Anko!... Anko!... Stój...! Wstrzymaj się!... Co robisz?... Poczekaj, powiem ci! — krzyczał za nią Piotruczan, próbując dogonić. Nie słuchała go; im bliżej czuła pogoń, im głośniej tupotały reny, tem szybciej biegła... Jej zbliżanie wywołało popłoch w gromadce nędzarzy. Pierwsza pierzchła mała, naga prawie dziewczynka; za nią podążył wychudły szkielet, z długimi włosami i ruchami Tunguza; nawet żywy trup, którego twarz jedną przedstawiała ranę, podniósł się z ziemi. Tylko on klęczał osłupiały i, choć patrzał na nią, zdawało się, że jej nie widział. Miał tę samą twarz i te smutne oczy, które całowała tylekroć. Przypadła i chwyciła go za rękę. — Jesteś... żyjesz... dyszysz?! Grzegorzu!... I twarz masz... oni kłamali... I usta całe... Nie chcę... Zostanę tu... Wolę z tobą gdziebądź... Męczyli mnie... Byłam jak wyklęta... Unikali... Beznosy... Piotruczan... tylko — mówiła bezładnie. — Więc i ty zachorowałaś? — zabełkotał żywy trup, trącając ją w ramię. Obejrzała się i żachnęła w bok od wyciągniętego ku niej krwawego kikuta ręki bezpalcej. Spojrzała w okropną twarz, w której niby w uśmiechu szyderczym świeciły zęby białe po przez zgniłe wargi... Świadomość nagle błysnęła w jej szeroko otwartych źrenicach! — Po coś mię ruszył, wstrętny?... Wiesz, że nie wolno. Co się stało?... Trup rozśmiał się. Jednocześnie stojąca we drzwiach kobieta, wychudła, ale dość młoda i lepiej od innych odziana, która od samego początku posępnie śledziła przybyłą z pod oka, nagle rzuciła się z rozpostartemi rękami naprzód: — Stój, stój... Zrzuć rzeczy, które ... To nasze, to gmina przysłała, ja wiem... Stój, bo jak nie, to cię dogonię i krwią własną twarz ci umażę... przebrzydły, beznosy potworze... Słyszysz, zostaw zaraz krzyczała i pędem przeleciała mimo Anki i Grzegorza. Wtedy i inni zwrócili uwagę w tę stronę. Piotruczan, który nawrócił był już do ucieczki sanki, zawahał się, poczem pospiesznie jął zrzucać z narty worki z żywnością, odzieżą, nawet pościel. Zrzucił wszystko, potem reny zaciął i ruszył z kopyta. Kobieta ani myślała go ścigać, rozśmiała się, nachyliła nad porzuconemi rzeczami i poczęła je przebierać. Było tam tego więcej, niż dała gmina, gdyż przerażony Jakut zrzucił nawet własne manatki. Chorzy przypełzli do »tych bogactw«, oglądali je ciekawie i w zbolałych, zezwierzęciałych ich twarzach zajaśniały jakieś ludzkie, łagodne błyski. — Bądź co bądź, pamiętają o nas. Są jeszcze na świecie tym wśród Jakutów dobrzy ludzie! — westchnął do Tunguza podobny, długowłosy mężczyzna. Ba! Nawet o tobie, Byterchaj, nie zapomnieli... Patrz, przysłali ci koszulinę... zupełnie dobrą koszulinę przysłali ci — dodał, wyciągając, z pakunków kusą dziecięcą koszulkę perkalową. Podał ją z dobrotliwym uśmiechem nagiej, chudej, ruchliwej jak małpeczka dziewczynce. — Dawaj! to dla mnie! — krzyknęła wysoka kobieta i odzież mu z rąk wyrwała. — Skąd wiesz, że to dla ciebie? Czy tu napisano? Nie urodzisz przecie odrazu takiej dużej, jak ta koszula dzieciny! — dodał z krzywym uśmiechem. Kobieta nań gniewnie spojrzała, odwróciła się, ale giezła nie puściła z garści.

II.

Czerwone błyski ognia pełzały po nizkim pułapie, po pochyłych, okopconych ścianach jurty, rzucając na nie wielkie, potworne cienie od siedzących w około ogniska postaci. Gotowano wieczerzę i wszyscy chorzy zebrali się, żeby doglądać tej ważnej roboty. Nawet Sałban i żona jego Kutujachsyt — żywe, wpół opadłe z ciała kościotrupy — trzęśli się u kotłów, jęcząc cicho i pożerając; bulkocącą wodę oczami. — Jeszczeście nie pomarli, stare zgnilce?... Śmierć was znaleźć nie może, albo się was boi.. Tylko jadło bez potrzeby psujecie — szydziła z nich wysoka kobieta, ta sama, co przyswoiła sobie koszulkę Byterchaj. — Nie grzesz, Mergeń, znajdzie ona i ciebie... — Niech szuka!... Nie boję się jej! Nie słodko mieszkać tu z wami! — Ech, nacierpisz się przedtem, nacierpisz... Odpadną ci ręce, nogi... Nie będziesz ludziom przewodzić... spokorniejesz — zajęczała Kutujachsyt. — Umrę wcześniej, czekać nie będę — odcięła Mergeń. — Za harda jesteś. Może ci wcześniej pomoc, ludzka potrzebną będzie! — wtrącił długowłosy mężczyzna, którego przez szyderstwo dla powolnych ruchów i przewlekłej mowy zwano Prądem i obrzucił wzrokiem znacząco nadmiernie zgrubiałą figurę kobiety; ta zarumieniła się, błysnęła oczami, lecz nic nie odrzekła. Uwagę jej całkowicie pochłoną! szept, który doleciał nagie z ław ukrytych w cieniu. — ...Podziać się nie miałam gdzie. Kiedy cię wywieźli, brat krowiny zabrał, a mnie wygnał. Mówił, że boi się, że, jeżeli ty jesteś zarażony, to i ja. Inni też bali się przyjmować. Jeżeli który puścił, tonie dłużej, jak nadzień, na dwa. Najgorszą robotę pełnić za to musiałam, w najgorszym kącie, w gnoju, spać mi kazano i jeść musiałam z oddzielnej misy... Ja gospodyni, ja pani z psami jadałam. Nie było dla mnie kąta na ziemi... Ci, co przedtem nieraz z serc naszych korzystali, deptali mnie, jak podeszew obuwia... Najdłużej mnie trzymał Szymon bogacz. Nie karmił, ale trzymał. Żyłam z litości innych. Ale, gdym na brata podała skargę do sądu o nasz majątek, wygnał mnie Szymon. »Nie potrzebuję dumnych robotnic — bogaczek. Będą mnie za to sąsiedzi nienawidzić«. Brat mącił, gadał na mnie, pomstował, obiecywał, że ciebie karmić będzie. Wyliczał, że ci już tak dużo posłał. Przysądzili mu połowę, połowę oddać kazali. Czy przysłał ci co? Grzegorz milczał. — Wiedziałam, że kłamie, ale od was para na świat ten nie przelata... Gmina mówiła, że bez chłopa nie dam sobie rady, że dobytek zmarnieje, więc kazała zostawić połowę bratu, żeby cię niby karmił... — A jakże! — mruknął mężczyzna. — A co stało się z twoją połową? — Bez ziemi, bez robotnika, bez siana, co począć mogłam samotna kobieta. Przytulił mnie wreszcie Piotruczan!... Umilkła ciężko dysząc. — Ten beznosy? — A no ten... wstrętny, obrzydliwy... — Kochał cię?... Kobieta cicho płakała. — Gdzie miałam się podziać, śmierć do duszy zaglądała... Wszystko mi zbrzydło... Tęsknota, smutek palący chodziły za mną jak cienie moje. Ale nie mogłam zapomnieć ciebie, nie mogłam zapomnieć jak poznaliśmy się, jak było nam dobrze, gdyś mnie wziął... Wnętrzności moje były pełne łez... Chciałam zobaczyć ciebie choć raz, choć z daleka... Stało się inaczej. Tu jestem, koło ciebie jestem i, wiesz, — nie żałuję! Śmierć wszędzie dosięże, wszędzie jednakowe umieranie... Ty długo jeszcze żyć możesz, jeszcze się możemy razem światem nacieszyć! Umrę z tobą! Zapomnieć nie mogłam... Ból mnie za serce trzymał... ku tobie pchał... — A jakże!... Wierz jej! — syknęła niespodzianie Mergeń. Kto tu dobrowolnie przychodzi... do... żywego piekła!? Wygnali ją, bo chora... Tylko ja tu zdrowa wśród was ginę, bez winy... Pamiętacie, kiedym przyszła, pokazywałam wam ciało moje, czyste, młode, bez krosteczki, bez plamki, bez skazy. Zaco cierpię, przeklęci, wśród was? Owialiście mnie tchnieniem waszem, splugawiliście krwią waszą, oddzielili od świata całego. Niech was zato pochłonie ogień palący, wcześniej nim umrzeć zdołacie! Niech was grom codzień razi w rany wasze, niech was... — Czego się znowu wściekasz Mergeń?... — jęknął Sałban. — Przecież, nie myśmy cię zaciągnęli ale mąż własny związaną tu rzucił. Gdybyśmy cię nie rozwiązali wtedy, zginęłabyś od komarów i głodu. — Niechbym zginęła... a tak czy nie chodzę bez duszy? — Wszyscyśmy cienie ludzi! — westchnął Prąd. — A ta jeszcze tu sama przyszła, odbierać nam resztki nasze, dzielić się z nami pokarmem naszym... Obedrzyjcie ją z odzieży, wymażcie ją sokami waszymi, niech co prędzej poczuje męki boleści!... — krzyczała rozzłoszczona jędza. Zerwała się gwałtownie od ognia. Wszyscy umilkli. Anka, drżąca i pobladła, schwyciła się rękami za odzież. Mergeń stanęła przed nią i rozśmiała się. — A co! Boisz się? Pamiętaj więc, pamiętaj, że taka jestem. Znasz mnie?... Słyszałaś pewnie nieraz w sadybach... — Słyszałam — szepnęła Anka. — Wiem, że skrzywdzili cię bardzo, że teraz słusznie chodzisz po ludziach i roznosisz zarazę... — O, nie jeszcze! Jeszcze ciało moje całe ale przyjdzie czas... Słuchaj, powiedziałaś, że skrzywdzili mnie... o i jak jeszcze skrzywdzili... jak skrzywdzili... Byłam dobra, byłam cicha, miałam wszystko... — Już ugotowało się! Patrzcie, wykipi — krzyknęła Byterchaj i ręką wskazała na kotły. Wszyscy zwrócili się natychmiast w tę stronę. Wylano »zawartość« do ogromnej drewnianej misy i chorzy, obsiadłszy stół dokoła, zaczęli zeń czerpać łyżkami z kolei. Tylko Sałban i Kutujachtys jedli osobno z małych miseczek, gdyż wspólny pokarm był dla nich za gorący, a poranione ich usta przeszkadzały im nadążyć w ogólnej kolejce. — Niech Bóg da zdrowie Piotruczanowi, że przyjechał... Znowu mielibyśmy głód. Wczoraj zjedliśmy ostatnią rybę! — powiedział Prąd, oblizując łyżkę. — Nie widzę, żeby był lepszy od innych!... Gmina go posłała, pojechał, bo musiał — wtrącił niechętnie Grzegorz. — Prędzej żona twoja! — dodała Mergeń, spoglądając świdrującym wzrokiem na małżonków. — Opowiedz, Anko, co tam słychać na świecie? — zwrócił się do młodej kobiety Sałban. Zaczęła opowiadać o jesiennym połowie ryb, o braku siana, o głodzie, jaki grozi gminie na wiosnę. Słuchali uważnie, gdyż wszystko było w ścisłym związku z ich cierpieniami. Potem przeszła do nowin poszczególnych; kto umarł, kto się z kim pokłócił, u kogo urodził się chłopiec lub dziewczyna.... — Mucziłła ożenił się. Wziął kobietę lichą, czarną, małą, a dał za nią aż dziesięć krów... — Komu dał? Przecież ona sierota... — Księciu dał... Musiał dać... Wiadomo każda kobieta ma cenę i kałym... Tylko, że za dużo dał... — Widzisz Grzegorzu. Chłopy zawsze i wszędzie zyskują... nawet wśród trędowatych... Tu choć za kobiety mogą nic nie płacić... — rozśmiała się Mergeń. Anka podniosła na nią pytające spojrzenie, lecz ona już wstała, aby zebrać i pomyć naczynia. Odebrała szorstko misę Byterchaj, którą dziewczynka chciwie wylizywała, gdzie tylko dostać mogła językiem. — Naczynie przedziurawisz!... Dawaj! Dziecko z przerażeniem wyciągnęło ku niej chude, gnące się pod ciężarem misy rączęta i uciekło pod obronę Prąda. Z pośród nowin z szerszej widowni największe wrażenie wywarło opowiadanie o »pani, co przyjechała zdala, z południa we sto koni«... — A taka była wielka pani, że dla niej osobne drogi rąbali, wśród tajgi, osobne mosty na rzeczułkach budowali, bo po starych ona jeździć nie mogła... Od samej cesarzowej jechała, a wszędzie dotrzeć powinna była... Tylko tu nie mogła, gdyż ją bardzo komary skąsały. Pytała chorych o zioła do uzdrowienia. — Jakie uzdrowienie! Śmierć nasze uzdrowienie! — jęknęli zgodnie Sałbanowie. Więc z powodu tego ziela mieli wybudować dom z żelaznemi oknami... — Więzienie! — poprawił Prąd. — I posadzić tam wszystkich chorych z całego kraju... — Ocho!... ho... Gdzie zaś im taki dom wybudować... Nas dużo. Tutaj naprzykład nas siedmioro, w Borskim ułusie też są, we wschodnich ziemiach i w północnych ułusach też są... Wiadomo, gdzie jest ryba tam są trędowaci. Nieomal połowa Jakuckiego kraju rybą się żywi... Więc jak? Wszystkich posadzą?! Kto z Jakutów wie, co z nim będzie za rok?... Przecież i myśmy byli zdrowi, radośni i do czasu nikt z nas nie wiedział, że truciznę w sobie nosi!... — Chyba, że cesarz każe z powodu tego ziela! Ale co my winni, co my winni? — Lepiej niechby odrazu zabili. Co po życiu, kiedy siedzieć trzeba w pudle, w ogrodzeniu. Ani świata zobaczyć... ani słońca... Zima i wiosna jednaka... Sieci zarzucać, ptaki łapać, trawy zbierać... zawsze to niby jak inni... pochlebne jest!... Powiadasz, że dadzą wszystko co trzeba! Co oni tam dadzą? Więcej dać, niż teraz, nie dadzą, bo nie mogą, nie mają... Ale teraz, to choć człowiek własnym przemysłem, zachodem dopełni, a wtedy... za żelaznemi kratami... Wszyscy zgodnie biadali i oburzali się. — Napewno ten łapownik wójt wymyślił! — wybuchnął Prąd. — Cicho! nie gadaj za dużo po próżnicy! — wstrzymał go Grzegorz. — Co mi zrobią!? Hę?! Niech przyjdą tu, niech sprowadzą wojsko całe... — My im wszystkim mordy krwią posmarujemy! — rozśmiała się Mergeń — Gdy wszyscy będą chorzy, to i nam będzie lepiej, bo wszyscy będą równi! Prąd umilkł i spojrzał na nią z pod oka. — Wcale ja nie chcę, żeby wszyscy byli jak my. Niech będą zdrowi, niech im Bóg da... Czy rany moje mniej będą bolały, gdy zabolą innych... Ale zaco mają nas do więzienia sadzić? Zaco? Czy my co winni?... Zaco żywcem do grobu zamykać!? — Racya!... racya!... Niech będą zdrowi! Niech im Bóg da, ale niechże i my po staremu umrzemy... Zgodzili się wszyscy i powlekli na spoczynek do swoich kątów. Anka rozwiązała węzełki i poczęła coś szyć i przykrawać dla męża, Mergeń też coś dziubała igłą. Sałbanowie cicho jęczeli w ciemnościach, a Prąd łatał sieci u ogniska i opowiadał Byterchaj ochrypłym głosem: — »Powiadają, że mała Gruba Staruszka, co miała pięć krów, wyszła pewnego rana szukać w polu bydła. Tam znalazła kwiat z pięcioma gałązkami i, nie złamawszy żadnej, przyniosła do domu. Położyła go na poduszkę, okryła starannie. Potem siadła doić krowy. Nagle... brzęk! Zadzwoniły dźwiękadła-dzwoneczki, spadły nożyce ze stołu. Drgnęła staruszka, aż rozlało się mleko. Skoczyła do jurty, patrzy: kwiat... leży sobie kwiat. Wróciła i znów siadła do dojenia. I znów dźwiękły dzwoneczki, nożyce spadły ze stołu. Znów wylała mleko. A kwiat... leży sobie kwiat! Za trzecim razem cichutko podkradła się i zajrzała przez szparę we drzwiach. Z lewej strony, gdzie śpią kobiety, gdzie jest ława dla nieswatanych dziewcząt, siedzi cudna dziewica. Nad jasnemi oczami brwi czarne położyły się, niby łapkami do siebie zwrócone sobole, usta ze składanego ma srebra, nos z kutego srebra... Gdy mówi, niby motyl na policzkach się trzepie, gdy łyka, niby w gardle przeskakuje jaskółka. Poprzez białą odzież prześwieca księżycowe ciało, poprzez odzież przejrzystą. prześwieca ciało ukochane. Niedługo potem Chadżit-Bergeń, syn pana »Poehwalne Oko Krwawe«, udał się w las głęboki w bór ciemny na polowanie. Patrzy: obok domu Grubej Staruszki, co ma pięć krów, siedzi sobie na kędzierzawym modrzewiu wiewiórka. Zaczął celować i dobrze strzelać. Od wczesnego poranku do późnego wieczora nie trafił ani razu. O zachodzie wpadła mu strzała do komina jurty. »Staruszko, weź i oddaj mi strzałę« prosi. Nikt mu nie odpowiedział. Zarumieniła mu gorąca krew policzki, umalowała mu krew czerwona czoło, z boku przyskoczyła myśl gniewna, z tyłu nadleciała myśl chełpliwa, wpadł do jurty... Wpadłszy, dostrzegł dziewicę; dostrzegłszy — omdlał; potem ożył, zakochał się, wybiegł, skoczył na konia i co tchu przyleciał do domu: »Rodzice moi, powiada »Staruszka z pięciu krowami« ma taką śliczną dziewczynę! Weźcie i dajcie mi ją«... Wtedy ojciec wysłał dziewięciu wojowników na dziewięciu koniach. Pędem przybiegli, wpadli do jurty, spojrzeli i legli bez zmysłów od piękności tej dziewczyny... Ożyli, wyszli; został najznakomitszy... »Mała Staruszko, wiele żądasz okupu za córkę?«... Prąd urwał i zamyślił się. Kobiety wnosiły do jurty wietrzącą się we dnie na mrozie pościel. — Wiesz co, Byterchaj, idź spać. Jakoś mnie rany bolą, nie mam ochoty gadać. Będzie jutro zmiana, odwilż albo wiatr... Byterchaj poszła pokornie w kąt na ławę, gdzie spała razem z Prądem. Ten długo przed ogniem opatrywał i obmywał ciepłą wodą swe krwawiące się nogi. Gdy spracowany, zbolały upadł na pościel, usnął nieledwie natychmiast. — Ty śpisz, Prądzie! Nie spij, kochany... Ty nie słyszysz — budziła go chwilę potem Byterchaj. — Prądzie, dobry Prądzie... Nie śpij, ja boję się... — A co? — pytał przez sen mężczyzna. — Huczy... bardzo huczy! — Niech huczy! Lód na jeziorach pęka na odmianę! — Prądzie, to nie tak huczy! To pewnie jedzie ta pani we sto koni, co ma nas za żelazo posadzić... — Spij! spij! Nie bój się!... uciekniemy... — I mnie weźmiesz, Prądzie, mój srebrny, mój dobry... — Wezmę, wezmę... Tylko śpij!

III.

W czasie zimy świat zewnętrzny nie istniał prawie dla chorych. Brak odzieży i sił trzymał ich wciąż w jurcie. Niebo, śniegi, słońce, oglądali tylko w krótkich chwilach, kiedy musieli wyjść, aby przynieść naręcze zebranego w lecie chrustu, lub śniegu na wodę, wreszcie zabrać lub wynieść wietrzącą się od robactwa pościel i szmaty. Roboty te spełniali zwykle zdrowsi: Grzegorz, Anka Prąd, czasami Mergeń. Czas upływał im w ciemnej, zatęchłej jurcie jednostajnie, jak posępna, mętna i cuchnąca rzeka, bez innych wrażeń prócz głodu i bólu, który błąkał się w ich ciałach, nurtował po mięśniach, jak gad wijący się dokoła kości. Jęki mniej lub więcej okropne i głośne, wciąż wisiały w zatrułem czarnem powietrzu jurty. Drzewa mieli już niewiele, zima nie wiadomo jak długo mogła się przeciągnąć; musieli więc oszczędzać i bardzo słaby ogieniek tlił się na obszernem ognisku. Był on tak słaby, że kurzawa śnieżnej zawieruchy nieraz tłumiła go, wpadała z kłębami dymu do wnętrza przez szeroki otwór komina, a wraz z nimi wpadały wilgoć i zimno niezmiernie dokuczające chorym. Ze szczelin w ścianach wiało coraz mocniej i mróz wsuwał przez nie do mieszkania swe drapieżne szpony. — Źle, Prądzie, źle oporządziłeś w jesieni izbę... Teraz widzisz i drzewa więcej idzie i zimno wszystkich nas nęka... — Ba! Sam cierpię!... Zapominacie, że pod koniec roboty wyskoczyły mi na dłoniach wrzody... — I to prawda! Każdy tylko o sobie pamięta!... Chory człowiek podobny jest do psa... Jakże zimno?!... Jakże strasznie bolą mnie dziś stawy, jakże ciągną żyły... Kiedyż śmierć przyjdzie?... jęczała u komina Kutujachsyt, wyciągając poranione ręce ku ledwie tlejącemu ogniowi. — Może zagrzać ci wody stara? — pytała łagodnie Anka. — Już znowu ogień palić chcecie!... A kto z was pójdzie do lasu po stężałe drzewo?... Kto?... Może ty Anko, co masz białe zęby?!... Wielka pani, bogaczka... Ani się ważcie niszczyć po próżnicy drzewa... Niema go, nie dam! — krzyczała Mergeń, wychylając z ciemnego kąta twarz wiedźmy, otoczoną splotami kruczych włosów. Ona coraz rzadziej ukazywała się wśród chorych, prawie wcale nie wychodziła na dwór, leżała wciąż w ukryciu na pościeli pod kupą odzieży i gałganów, jakich miała największy wśród obecnych zapas. — Mój Boże! Co to teraz dzieje się na świecie, wśród ludzi?! — jęczał Sałban. — Toć to dziś święto, zapusty... — Chodzą, odwiedzają się Jakuci... W izbach śmiech, pieśni... Ogień suty na kominku się pali... Pachnie masłem topionem, mięsem... Wszyscy syci, weseli... Zgadują zagadki, śpiewają pieśni. Może wesele gdzie obchodzą... — Pamiętasz Grzegorzu, rok temu właśnie wziąłeś mnie do swego domu. Nową wybudowałeś jurtę... Było nam dobrze, ciepło, radośnie... Sąsiedzi przyszli... Pamiętasz, jak wróżyliśmy szydłem i nagle... czarna dla ciebie wypadła droga... Ale nikt nie wierzył, śmieli się wszyscy... Taki byłeś zdatny, zdrów, do roboty ochoczy... Wszystko mieliśmy, co ludziom potrzeba... A teraz tu jesteśmy! Rozwiało się bogactwo nasze, minęła młodość nasza jak dym — szeptała Anka. — Kiedym budował dom, nie wiedziałem, że zostanie pusty, że wygaśnie ognisko nasze... myślałem, że napełni się gwarem i śmiechem dzieci... Teraz czarna chmura zakryła nam świat... Często myślę, czy lepiej nam żyć czy nie żyć! — odpowiedział Grzegorz. Anka drgnęła. — Słuchaj, wtedy zupełnie zostałabym sama. Możemy długo jeszcze żyć... Potom przyszła.. A śmierć i starość zawsze jednakowa, czy w trądzie, czy w zdrowiu... Zawsze jest niby trąd — szeptała, zaglądając mu w twarz jeszcze zdrową, lecz już pocentkowaną błękitnemi plamkami. Nic nie odrzekł pogrążony w zwykłą senną obojętność. Trzaskanie ognia i jęki Sałbana dźwięczały jednostajnie jak cykanie zegara, a w przeciwnym kącie Byterchaj szeptała cichutko, nie głośniej od świerszcza, do ucha Prądowi. — Prądzie, jak to bywa święto?... Co to wtedy robią ludzie? od czego się śmieją?... Opowiedz, Prądzie, mój srebrny, mój dobry... Dziś tak cicho, nikt nic nie mówi... Serce stuka... Jest tak ciężko, tak nudno... — Milcz mała... Czego ci może być ciężko i nudno? Czyś co innego widziała? Nam nudno, bo każdy swoje wspomina... Rozmaite są święta! Są święta... kiedy się nic nie robi ale odziewa się i je jak zwykle. Są święta, kiedy się je lepszą strawę i odziewa w trochę lepszą odzież i są takie duże święta, kiedy, jak na weselu, każdy odziewa się w co ma najlepszego, a je się, ile żołądek pomieści... Wtedy się ma wesołe myśli! — Prądzie, to może ja dzisiaj włożę chustkę którąś mi podarował?... — Ee! Nie, dziś święto małe... Chustkę na wielkie święto jak Wielkanoc, albo na Mikołę, a dziś... — Umilkł i okrył połą swego łachmana nagie plecy dziewczątka. — Źle zrobiła Mergeń, że zabrała ci koszulinę... — Ach, nie mów, Prądzie, zaraz mi łzy z oczów płyną. Nigdy nie miałam koszuli... Anka obiecała mi, że może uszyje... Anka dobra... Poco ona przyszła?... — Ech, tak przyszła... przez głupotę, a teraz już wrócić nie może... Bo my Byterchaj, jesteśmy przeklęci... — Przeklęci?... Przez kogo?... — A tak! Lata po powietrzu, w wodzie pływa, w pokarmie siedzi taka zaraza i jak rdza spada na ludzi... Człowiek nie wie, wesoły, bawi się... Oj, bawi!... Nieraz mróz trzeszczy na dworze... Dziewczęta, chłopcy na wyścigi biegają, a kto kogo złapie, to w usta może pocałować... Nazywa się to »z zamkniętemi oczyma«, gdyż kiedy całuje, to oczy zamyka... Albo konie z tabunu przypędzą... Albo tańce... biorą się za ręce i kręcą ładnie w kółko, pieśni śpiewają, a przy zmianie też mogą się w usta całować... — Poco całować?! — Głupia jesteś, mała jesteś... Wyrośniesz duża... — Ciebie tylko, Prądzie, zawsze całować będę... Sałban i Kutujachsyt brzydko pachną i są straszni... Mergeń boje się... Grzegórz i Anka nawet na mnie nie patrzą... Tylko ty Prądzie... Tylko ciebie kocham... — Ee... Niemądra jesteś... Do tego czasu stanę się pewno jak Sałban, a może gorzej... Poczekaj, może i tobie kogo Bóg przyśle... — I on strzeli, i strzała wpadnie do komina... On wejdzie do jurty, żeby ją zabrać... I zobaczy mnie, zachwyci się, zemdleje; potem ożyje, zakocha się, wyskoczy, siądzie na koń i przyjedzie i powie rodzicom: widziałem dziewczynę, brwi jak sobole, oczy jak dwa ptaszki czarne, co złotemi migają skrzydłami, usta jak motyle, co czerwonemi migają skrzydłami... Gdy mówi, to po szyi białej przelatuje niby biała czajka, gdy rusza się, to płynie niby srebrzysta czajka... Poprzez odzież białą prześwieca ciało księżycowe, poprzez odzież przejrzystą prześwieca ciało ukochane... Prąd śmiał się. — Dobrze wszystko pamiętasz, dziewczyno! — Tak pamiętam, tak pamiętam... kiedy oczy zamknę, zaraz widzę... — Doprawdy, ludzie, i my zróbmy sobie dziś święto! — rzekł nagle głośno Prąd i powstał z ławy. — Zróbmy, zróbmy! — podtrzymała go Anka też podchodząc do ognia. — Smutno coś, smutno dziś... Rozpalmy sutszy ogień... Hej! Dorzucić drew, czy co? — Rzucaj! — krzyknął Prąd. — Zawsze mówię, że grzech nam trędowatym myśleć o jutrze! — jęknął Sałban — Bóg nie chciał żebyśmy myśleli i odjął nam zdrowie!... — A jakże! Powściekaliście się... Sami jesteście, czy co? Tyle jeszcze tygodni zimy... Ani drew, ani jadła... Myślicie, że gmina wam znowu przyśle?... A jakże!... — napadła Mergeń na ten projekt. Ale wstawać teraz bardzo nie mogła, więc nikt jej się nie bał. Uczta udała się. Przy sutym ogniu wygrzali nareszcie dobrze swe wyziębłe, poranione ciała... Wypławili się w spiekocie z rozkoszą... Chore, zmrużone oczy zachodziły im łzami upojenia. Zastygłe ścięgna nabierały dawnej sprężystości, przestali czuć zbolałe stawy. Ryby nagotowali całą górę. — Bóg zsyła i do naszej duszy radość... — szeptała Kutujachsyt. Pijani sytością rychło i twardo usnęli. Na krótko, na godzin kilka ucichły w jurcie jęki niemilknące nawet we śnie. Nad ranem ostry przejmujący krzyk rozdarł powietrze. Grzegorz zerwał się pierwszy i Ankę za rękę pociągnął. — Czy to ty, Anko? Inni też głowy podnieśli. — Co to? Jęki, ale inne... nie ich jęki, jęki pełne siły i walki leciały z ciemnego kąta Mergeń. — Anko idź do niej — szepnął drżącym głosem Grzegórz. Jakutka pospiesznie oblokła się, rozpaliła ogień i znikła w ciemnym zakątku. Krzyki na chwilę umilkły, potem znów powtórzyły się pełne zgrzytania, gniewu, błagania o pomoc. Wylękła Byterchaj uczepiła się mocno za rękę Prąda. — Prądzie, boję się! Tak krzyczy!... A teraz coś drugie krzyczy... Prądzie, Prądzie!... Niech umrę!... Mój Boże... To dziecko tak krzyczy. Maluchne dziecko Anka wyniosła przed ogień, a ono tak piszczy, tak piszczy... Czy i jego ludzie ze świata wygnali, że ono tak krzyczy, Prądzie?... — Hej, Prądzie, pomóż mi! mówiła pośpiesznie Anka. — Zagrzej wody! — Chłopiec, czy dziewczyna? — pytał Jakut. — Chłopiec! Czy twój? Prąd przecząco głową pokręcił. — Wcale tłusty chłopiec! — dodał. — A zawsze dobrze, że chłopiec, będzie z czasem robotnik! Anka myła dziecko, polewając je nabraną w usta wodą. Położnica cicho jęczała. — Anko! — szepnęła wreszcie — chodź tu! Chłopiec, czy dziewczyna? Chłopiec?! Widziałaś do kogo podobny? Zanieś mu, pokaż mu!... Ale on teraz nawet, nie ciekawy... Anko, biedne my kobiety. Wszędzie... niema kąta, gdziebyśmy się schronić mogły przed losem naszym... Cóż on milczy? Nie zajrzy nawet? On teraz ma ciebie młodą, świeżą. Będziesz dla niego pracować i cierpieć... Nie wierz mu!... Nie wierz nikomu na świecie... Sobie tylko wierzyć, można, bo sobie tylko człowiek dobrze życzy... Miałam męża, wziął mnie od rodziców pieszczoną i hożą... Dobrze nam było, pracowałam, kochałam go, ale dzieci nie miałam... Cóżem była winna?... Znienawidził mnie jednak... »Zostanę — mówił przez ciebie jak słup opalony, jak ten pień bez sęków, wygaśnie ognisko moje, wyludni się miejsce moje«... Cóżem była winna?!... Bóg nie dawał!... Znienawidził mnie, inną znalazł sobie kobietę, a mnie bił, katował, głodem morzył, żebym umarła, a gdy się to nie stało... Odwiózł mnie tutaj, do tego żywego piekła, skąd nikt nie wraca!... Mógł mnie przecież wypędzić, ale bał się, że będzie musiał zwrócić mój dobytek, że mu drugiej nie dadzą zaślubić żony. Więc powiedział, żem chora i wywiózł mnie tutaj... Wywiózł mnie tutaj... Wywiózł mnie tutaj... Gorzko, i długo szlochała. — Daj dziecko! Spowinęłaś go!? — rzekła wreszcie, gdy uspokoiła się trochę. — Zaraz ci go dam, tylko rzucę pierwej na ogień ofiarę. Nie spodziewaliśmy się, że to dziś w nocy cię zaskoczy... Prądzie, idź przynieś rybę co najtłustszą, trzeba podziękować za nowy oddech. A weź i mój »tursuczek« z kory brzozowej, zostało tam masła ździebko, schowałam je dla ciebie, Mergeń! Prąd poskrobał się w głowę, wdział ciżmy skórzane i wyszedł do sionki. — Po sprawiedliwości powinienby Grzegórz — mruczał. Słychać było, jak chrobotał i stukał drzwiami spiżarki, wreszcie wszedł z mroźnym, gwałtownym wiatru podmuchem. — Chu!... Jakże zimno! Wichura dmie, śnieżysko wali, czyjeś grzechy zamiata! — O boże ognia! Siwobrody, płomienny Starcze! Panie i Gospodarzu domów naszych, Opiekunie stad i dzieci naszych! Przyjm małą ofiarę naszego chętnego serca i darz nas dalej łaskami swemi, pstrem bydłem rogatem, włochatemi źrebiętami, chłopcami o palcach tęgich, zdatnych do naciągania łuków, do wiązania rzemieni, dziewczętami pięknemi o rumianych licach, o płodnych, mlecznych piersiach — modliła się Anka, rzucając, w płomienie kawały ryby, które z sykiem pożerał ogień. — Lubi to stary, oj lubi! — zauważył Prąd, kiwając dobrotliwie w stronę komina. — Całą rybę mu oddaliście... całą rybę! — szepnął żałośnie Sałban, ale żona zatkała mu pośpiesznie usta, oplątaną w łachmany dłonią. — Nie bluźnij! — I poco nam pstre bydło, kosmate źrebięta? Cobyśmy z tem robili?... O trumnę trzeba było prosić, o trumnę. A ryba przydałaby się — mruczał stary. Anka tymczasem roztopiła masło w małej rynience, wylała je na spodek i podniosła do ust Mergeń, która wpół omdlała leżała bez ruchu na pościeli. — Napij się kobieto! Chora nie otwierając oczu chciwie łykać poczęła płyn pożywny i pachnący. Wtem oczy otwarła, ze zdumieniem spojrzała na Ankę i szorstko odepchnęła ją: — Idź już sobie! Idź... mówię ci! Anka wzięła dziecko i odeszła w głąb izby. Nie poszła jednak do męża, który leżał bez ruchu na pościeli twarzą zwrócony do ściany i spał, czy też udawał, że śpi, lecz usiadła opodal na pustej ławie. Dziecko owinięte w łachmany niespokojnie ruszało się na jej kolanach, a ona przez łzy patrzyła na ciemną, stęchłą, pełną śmiecia jurtę, gdzie żywe trupy pogrążone w półśnie cicho jęczały. — I ja będę z czasem taką... Boże ulituj się nad grzesznem ciałem mojem, daj śmierć szybką i bezbolesną... Zrozumieć nie mogła, jak to się stało, że ona tu, że świat cały dla niej zamknięty, że nigdzie, nigdzie ujść nie może przed swoją nędzą i przed swoją przyszłością. Męstwo jej kruszyło się od tych myśli, jak spróchniałe drzewo pod parciem wiatru... Czy nie lepiej umrzeć zaraz? Nikomu nie jest potrzebna!... Już z mniejszą niż przedtem odrazą wspominała beznosego Piotruczana, który był równie jak ona samotny... Wzięła ją litość nad sobą, łzy rzęsiste polały się z zapadłych oczu. — Boże, Boże!... Zacoś mnie ukarał tak ciężko?! Płacz ulżył jej, ogarnęła ją słabość i sen morzyć zaczął, ale nie była w stanie wrócić na pościel do męża. Przesiedziała tak noc całą rozżalona, zbolała. Biały dzień zajrzał przez lodowe okienka do jurty i oświecił ją martwym blaskiem. W tym blasku nędza izby, brudne kałuże cuchnącej wody, połyskujące na podłodze jak kawałki porysowanych źwierciadeł, postacie chorych, leżących na ławach, podobne do owiniętych w łachmany szkieletów, zarysowały się ze szczególną grozą. Anka nie widziała nic, nie słyszała szumu wichury, wlatującej przez komin, jęków schorzałych towarzyszy, nawet wołania Grzegorza, który namyślił się wreszcie i prosił ją, żeby wróciła. Spała słodko z niemowlęciem na kolanach i uśmiech łagodny rozświetlał jej brązową twarz z długimi cieniami rzęs na bladych wychudłych policzkach.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…