Front matter
KAPUCYN
W OBRAZACH HISTORYCZNYCH
KRAKÓW. | Staraniem | S. SZCZEPANOWSKIEGO I A. POTOCKIEGO, | 1898.
całość
KAPUCYN
W OBRAZACH HISTORYCZNYCH
KRAKÓW. | Staraniem | S. SZCZEPANOWSKIEGO I A. POTOCKIEGO, | 1898.
pod zarządem Józefa Filipowskiego.
O CUDOWNYM OBRAZIE
PRZEBŁOGOSŁ. MATKI BOŻEJ
na Jasnej Górze w Częstochowie.
Wspomnienie historyczne
X. Kapucyna.
Dlaczego Polacy tak bardzo miłują swoją Ojczyznę — Polskę? Bo ta Polska — to ich ziemia rodzinna! Bo w tej ziemi złożone prochy ich ojców, matek, dziadów, pradziadów — słowem ich przodków przez dziesięć wieków, i dalej! Słuszne zapewne to powody, bo cóżby to był za wyrodek nikczemny a nie człowiek, gdyby nie miał we czci i poszanowaniu grobów swoich rodziców, swoich przodków i swojej ziemi rodzinnej. Ale, gdzież dziś na świecie jest zakątek, gdzieby nie było grobów polskich? A ileż ich jest w Syberyi — w tym kraju najstraszniejszym na całym świecie? A te tam groby syberyjskie — są to wszystko groby umęczonych powolnem konaniem — za sprawę polską, za miłość i poświęcenie się dla Ojczyzny, dla prawdy, dla sprawiedliwości, dla wiary świętej! Muszą więc być nadto jeszcze i inne powody, jeszcze większego znaczenia, dla których Polacy tak bardzo miłują swoją Ojczyznę — swoją ziemię rodzinną, — a miłują tak wielką, bezgraniczną miłością, jak zdaje się naprawdę żaden naród na świecie nigdy nie miłował swej ziemi — czego oczywistym dowodem zaiste, bezprzykładne, przez wszystkie wieki bezgraniczne, nieustanne poświęcenie się Polaków dla Polski. Znakomity jeden Moskal, jako głęboki myśliciel i nadewszystko miłujący prawdę (owoc to zakazany u Moskali), którego najznakomitszy poeta moskiewski — Puszkin — uważał za mistrza swego — Piotr Czaadajew — w »Liście Filozoficznym«, wydrukowanym w »Teleskopie«, piśmie wydawanem w Moskwie, z smutną i gorzką otwartością, mówi: »Przebiegnij wszystkie wieki, któreśmy przeżyli, całą przestrzeń, którą zajmujemy: nie znajdziesz ani jednej pamiątki, któraby ukazała przeszłość (naszą) w żywej, silnej, malowniczej postaci. Nie zostało w pamięci czarujących wspomnień wydatnych i pouczających przykładów w podaniach narodowych«. W Polsce zupełnie inaczej. Tu na całej przestrzeni Ojczyzny naszej niema miejsca, któreby nie było owiane, ożywione wspomnieniem dokonanych czynów znakomitych, wzniosłych, rzewnych, nieraz nawet cudownych. Tu w całej dziesięciowiekowej przeszłości, którąśmy przeżyli, niema chyba ani jednej chwili, która nie była uświęcona sprawami najszczytniejszemi, pełnemi chwały i sławy. Tu tyle miłych pamiątek, wspomnień uroczych, tyle pouczających i pięknych przykładów, tyle heroicznych poświęceń, ofiar, cudów, tyle czynów, mających na względzie dobro ludzkości, tyle religijnego zapału — tyle tu przez wszystko i we wszystkiem najgorętszej miłości Boga i ludzi, że jak w rysunku cienie służą do uwydatnienia głównych zarysów obrazu, tak w Polsce wszystkie te nawet zdrady, sprzeniewierzenia się, upodlenia — zawsze przez wszystkie czasy wywoływały w ślad za tem czyny i poświęcenia się tem jeszcze większej doniosłości i wykazywały tem większe ich znaczenie. Co więcej, te nawet nasze nieszczęścia, doznawane uciski, prześladowania, posunięte do największej ostateczności — zda się sama Opatrzność dopuszcza nie w innym celu, tylko żeby przez te uciski, zmusiwszy do oddziaływania, wydobyć, wywołać z duszy Polaków wszystkie te skarby — wiary, nadziei, miłości, prawdy, dobra i piękna, prawdziwej i istotnej wielkości, jakimi Pan Bóg uposażył dusze ludzkie. Taka bowiem dola człowiecza, że bez męczeństwa, bez boleści, bez cierpień nie może nawet być prawdziwej wielkości. To tajemnica natury ludzkiej, ujawniona, rozświetlona na Kalwaryi w całym blasku prawdy przedwiecznej.
O crux, axe, spes unica — Hoc passionis tempore.
I nieprzyjaciele nasi w zaślepieniu swem barbarzyńskiem, nie pomni na Boga i sprawiedliwość Jego świętą, im bardziej nas prześladują, dręczą i uciskają, tem samem świetniejszy tryumfu sprawie polskiej los gotują. I tak: 1. Prześladując Polaków, wywołują na jaw sprawę polską i wskutek tego sprawa polska staje się publiczną, w logicznym rozwoju dalszych wypadków stać się musi koniecznie sprawą europejską. 2. Tyranizując Polaków, zmuszają ich do oddziaływania, bo oddziaływanie leży w prawie natury nawet wszech stworzeń, a cóż dopiero ludzi, jako istot moralnych. Ztąd widzą się Polacy w konieczności do przeciwstawiania nieprzyjaciołom tem większej wytrwałości i zdobywać się na tem większy wysiłek, na wytężenie wszystkich sił swoich. 3. Uciskając Polaków w każdym rozwoju ich życia narodowego, tem samem roztwierają przed nimi pole do działalności na tem większą i szerszą skalę; i Polacy zniewoleni zostają przez to starać się o tem większe i wszechstronne wykształcenie i udoskonalenie się moralne coraz większe w cnotach, co w swą kolej prowadzi ich do zdobywania się na tem większe arcydzieła w literaturze, w sztukach pięknych i t. d. 4. Znieważając w Polakach prawa ludzkości (zabronienie mowy polskiej, rzecz dotąd nigdy i nigdzie nieznana, wyzuwanie z prawa własności, wydalanie ludności z kraju własnego), tem samem ze sprawy polskiej czynią sprawę ludzkości. 5. Prześladując w Polakach religię (Kroże, Unici chełmscy, zamykanie klasztorów, przerabianie kościołów na cerkwie, wydalenie biskupa Simona i t. d.), sprawę polską przeistaczają w sprawę religijną, a sprawa religijna przecie jest sprawą zbawienia; i to prowadzi Polaków do tem większej gorliwości religijnej. Jakoż już papież Klemens XIII w breve z 10 kwietnia 1767 roku głosił, »że bezpieczeństwo i nienaruszalność religii ka- tolickiej ściśle się łączy z utrzymaniem niepodległości 6. To zaś, że wskutek tych prześladowań i ucisków wielu jest odstępców — jest rzeczą właśnie najpożądańszą dla polskiej sprawy, jako odpadnięcie szkodliwych, zgniłych członków. Nie prześladowanie sprawiło w nich tę zgniliznę, lecz tylko wykazało, jakimi oni byli sami przez się. A tacy są niebezpieczniejsi od najzaciętszych wrogów, bo trują życie narodowe swoją nikczemnością. 7. Wreszcie ziemię polską zaprzysięgli śmiertelne nasze wrogi, zalewając krwią polską, której Polacy w obronie wiary i Ojczyzny przenigdy nie szczędzą uzacniają tę polską ziemię, podnoszą ją do znaczenia zaiste relikwii polskiej. Jakoż gdy Polacy prosili papieża św Piusa V o relikwie, święty i wielki ten papież im odpowiedział: »O Polacy moi, co mnie wy prosicie o relikwie — wasza ziemia polska jest waszą relikwią. Przynieście mi tej ziemi waszej, ja ją ścisnę w garści, a z niej popłynie krew waszych męczenników«. — To było dawniej, a cóż dopiero teraz! Przebóg! cała nasza ziemia polska jest poświęconym całopalnemi ofiarami cmentarzem, przesiąkła do głębi krwią polską. Ach! i krwawemi zaiste łzami — łzami nader gorzkiemi, nad wszelki wyraz bolesnemi — łzami, jakiemi żaden naród nigdy nie płakał. O jakżeż więc drogą musi być dla Polaków ta ich ziemia polska! A jak rzeczywiście droga — oto dowód bezprzykładny i jedyny w swoim rodzaju. Idzie Polak na wygnanie, zmuszony do opuszczenia Ojczyzny swojej — cóż czyni? — bierze z sobą grudkę tej ziemi ukochanej, nosi ją zawsze z sobą, i umierając w obczyźnie z tąż ziemią na sercu, w grobie zostaje złożony. Z tem wszystkiem jest miejsce w Polsce jedno, nad wszystkie inne świętsze, co skupia w sobie całą Polskę, i z niebem ją jednoczy. Miejscem tem jest Jasna Góra Częstochowska, uświęcona modlitwami najgorętszemi, pobożnością najczulszą, najrzewniejszą całej Polski — przechwalebną, bohaterską jej obroną wsławiona — oddawaną tu czcią najserdeczniejszą dla Matki Bożej, Królowej Polskiej, w Jej przecudownym obrazie poświęcona, — a jeszcze bardziej uczczona płynącemi tu z nieba przez Jej przebłogosławione pośrednictwo przez tyle wieków łaskami, nigdy nie przebranemi, cudami największymi, niewysłowionymi, nieskończonymi — zaprawdę bez miary i liczby. Są piękne, przecudnie piękne okolice w Polsce, ale Jasna Góra ma w sobie coś tak zachwycającego, szczególnego, niezrównanego, tajemniczo-czarującego, przedziwnie miłego — i tak tu wszystko tchnie duchem religijnym i przejmuje do głębi duszy, że podziwiać ją tylko można, unosić się, uwielbiać i odczuwać w sobie, ale opisać jakby należało, jakby się pragnęło — niepodobna; tu wobec tego majestatu świętości, trzeba głosów, hymnów zapożyczyć anielskich. Tu zda się i powietrze nawet jakieś inne, ożywiające, orzeźwiające, niebieskie, nie ziemskie. A gdy z tej Jasnej Góry, opromienionej chwałą Matki Bożej, ze szczytu tej wieży niebotycznej spojrzy się na wszystkie strony wokoło, myśl natchniona uzbraja wzrok, i zdaje się ztąd widzieć w największej dali całą Polskę aż do jej krańców ostatnich — zda się widzieć wywołaną całą przeszłość Polski uobecnioną — i tych pobożnych królów polskich, którzy tu przed cudownym obrazem ukoronowane swoje głowy schylali, i padając na twarz krzyżem, w największej pokorze i pokucie leżeli; zda się widzieć i tych wszystkich, co przez wszystkie czasy ze wszystkich najdalszych okolic tu przybywali w pielgrzymkach nieustannych — miliony, miliony nieskończone, niezliczone, z chorągwiami i krzyżami swoimi, jak szum morza wznosząc błagalne wołania za Ojczyzną Polską. Ach! zda się tu widzieć i niebo same; przynajmniej, jak w przybytku Bożym, czuje się nad sobą niebo otwarte, i spływającą do serca łaskę Bożą życiodawczą, cudowniejszą nad wszystkie cuda; i same kolana tu się schylają, i same ręce się wznoszą, i westchnienia same z głębi serca się wyrywają, i łzy najrzewniejsze same płyną, i najukrytsze tajniki grzechów w pokucie najżałośniejszej same się otwierają, i dusza uzdrowiona łaską, do życia na nowo wskrzeszona, wylewa się w adoracyi, w uwielbieniu ku Bogu, w najtkliwszej czułości do Matki Bożej — Jej macierzyńskiem błogosławieństwem, nadzieją zbawienia, pociechą niebieską uszczęśliwiona i uświęcona. Oto są pobudki, dla których Polacy miłują polską Ojczyznę swoją, droższą, milszą dla nich nad wszech- świat cały, — i dla których także lgną ich serca przez wszystkie wieki, i prowadzą ich w pielgrzymkach pobożnych do tej Jasnej Góry świętej, do Matki ich niebieskiej i Królowej — po błogosławieństwo i zbawienie, po macierzyńską opiekę i utulenie w żalu, w smutku i sieroctwie, po osłodę w życia goryczy, po ratunek w rozpaczy, po siłę wytrwałości w wypełnieniu twardych i nader trudnych obowiązków swoich — najmocniej wierząc, że tu wszystko mogą sobie uprosić, o co tylko poproszą, chociażby do tego cudu było potrzeba, bo to miejsce, ta Jasna Góra cudami nieskończonego miłosierdzia wsławiona, i wszechwładnem wstawieniem się Matki Bożej uświęcona i poświęcona, i w tym właśnie celu za królewski tron na ziemi polskiej w Jej świętym obrazie przez Nią Samą wybraną została.
II. O pochodzeniu cudownego obrazu Matki Bożej na Jasnej Górze.
Wszyscy, co tylko pisali o tym cudownym obrazie, jednogłośnie utrzymują, że to jest dzieło św. Łukasza. I wszyscy, nietylko Polacy, lecz i obcy, co wyliczają obrazy malowane przez św. Łukasza, w liczbie tych wymieniają i obraz na Jasnej Górze Częstochowski. Czy jednak rzeczywiście św. Łukasz malował obrazy? Dominik Marya Manni był pierwszym, co utrzymywał, że św. Łukasz wcale nie malował obrazów, i że te obrazy, które uważane są za jego dzieło, malowane były przez niejakiego mnicha, Łukasza, żyjącego w XI wieku, a którego z powodu wielkiej jego pobożności zwano świętym, i o tem ogłosił dzieła: 1. Del vero pittore Luca s. e del tempo del suo fiorire. Firenze 1764, i 2. Dell’ erore che persiste di atribuirsi te pitture al sancto evangelista. Firenze 1766. Tegoż zdania był i Lanzi, utrzymując, że obraz Matki Bożej, będący we Florencyi, Madonna Imprunetana, uważany za dzieło św. Łukasza Ewangelisty, jest malowany przez tegoż mnicha Łukasza, żyjącego we Florencyi i przezwanego świętym. Lecz jeszcze przed nim Gumppenberg w dziele swojem Atlas Marianus (1672 r.) opisując ten obraz (N. 293), zaprzeczał także, aby św. Łukasz Ewang. miał malować obrazy, podając za główną przyczynę, że św. Łukasz Ew. nie mógł malować obrazów, bo wyłącznie oddany był apostolstwu. Zdanie to jego jednak nie mogło służyć za dowód, ponieważ apostolstwo nie przeszkadzało mu do pisania Ewangelii, a obraz, będący jakby otwartą dla wszystkich księgą, owszem ułatwiać mu mógł tylko apostolstwo. Niezaprzeczenie św. Łukasz był lekarzem (ob. św. Hieronima) i leczył, czemuż będąc malarzem nie mógł malować? W obronie św. Łukasza jako malarza wystąpił L. Crespi (Malvasia), gruntownie zbijając zdanie Manni’ego w dziele: Disertatio anticristica sopra due Lezioni dell Manni (1768), a także i P. dell Aquila w Dizionario portatile delle Biblia. Co większa, o tem, że św. Łukasz Ew. malował obrazy, mamy bardzo dawne i niezaprzeczone świadectwa: 1. z roku 518 Teodora Lektora, 2. z roku 724 Germana, 3. Św. Jana Damascena z roku 730, 4. z r. 806 Teodora Opata, 5. z r. 814 Nicefora i t. d. I chociaż niepodobna, żeby wszystkie obrazy, które przypisują św. Łukaszowi, miały być jego dziełem, ze względu atoli na stałą od najdawniejszych czasów tradycyę przypuszczać można, że mógł rzeczywiście malować. I wszyscy, co i później zaprzeczali temu, pozytywnych jednak dowodów podać nie mogli. A jeśli św. Łukasz malował obrazy, czy i obraz Częstochowski, który jemu powszechnie przypisują, był także jego dziełem? Dowodów stanowczych na to wprawdzie niema — jest tylko tradycya stała. Wszakże nie dlatego obraz Częstochowski jest w tak wielkiej czci, że mógł go malować św. Łukasz Ewangelista (chociaż wielką byłoby to jego zaletą), lecz dlatego nadewszystko i przedewszystkiem, co jest rzeczą większej wagi, że jest cudowny, i jako taki uznany przez Kościół, i wskutek tego został ukoronowany. Lecz jakąż koleją dostał się ten obraz do Częstochowy? Legendarne podanie o tym obrazie i o jego przejściach z rąk do rąk jest takie: Św. Łukasz Ewangelista, będący zarazem lekarzem i malarzem, przybywszy do Jerozolimy, uproszony przez będące przy Matce Bożej pobożne osoby, namalował wizerunek Matki Bożej na desce cyprysowej stołu, zrobionego w Nazarecie przez św. Józefa przy pomocy samego Pana Jezusa. Przed oblężeniem, zdobyciem i zburzeniem przez Tytusa Jerozolimy (72 r.), obraz ten chrześcijanie wedle zalecenia jeszcze Chrystusa Pana, jak wiadomo, uszedłszy do miasteczka Pelli, ocalili, a później za przybyciem do Jerozolimy św. Heleny (r. 326), ofiarowali jej. Św. Helena oddała go synowi swemu, cesarzowi Konstantemu W., w Konstantynopolu, gdzie w kaplicy pałacowej umieszczony, równie jak poprzednio w Jerozolimie słynął cudami. Podczas obrazoburstwa przechowany był przez cesarzową Irenę i św. Germana biskupa. Dalsze dzieje jego na trzy rozchodzą się wersye. Jedna mówi, że Nicefor I wraz z innemi relikwiami, dotąd przechowywanemi w Akwizgranie w kościele katedralnym, miał darować Karolowi Wielkiemu (i jakoby to nastąpiło, kiedy Karol W. z krzyżowej wojny wracał przez Konstantynopol), od którego dostał się Leonowi, księciu ruskiemu, który go złożył w zamku Bełzkim (Karol W. 814, a ks. Leon 1301 — a więc nie mógł ks. Leon mieć obrazu od Karola W.). Druga wersya podaje, że obraz ten z Konstantynopola do Kijowa przywiozła Anna, siostra cesarzów Bazylego i Konstantyna, poślubiona Włodzimierzowi, ks. kijowskiemu (988 r.), że w Kijowie zostawać miał przez 300 lat w skarbcu książęcym, zkąd go ks. Leon wydobył i w kaplicy na zamku Bełzkim umieścił. Trzecia wersya, że z Konstantynopola śś. Cyryl i Metody wynieśli i umieścili w Kijowie (rzecz niezawodna, że nigdy ci święci nie byli w Kijowie). Inna znowu wersya, że obraz ten ks. Leon miał umieścić nie w Bełzie, lecz w dotąd istniejącym we Lwowie kościołku św. Jana Chrzciciela, który już był przed 1250 r., jeszcze przed założeniem miasta Lwowa. (Ob. »Kościół św. Jana«, przez K. Widmana, str. 28 — i Dodatek do »Gazety Lwowskiej«, 1852, str. 118). Dziś kościołek ten zaniedbany.
III. O sprowadzeniu tego obrazu do Częstochowy na Jasną Górę.
Następnie, dalej podają piszący o tym obrazie, zgoła wszyscy, że Ludwik, król węgierski, zostawszy po śmierci Kazimierza W. (1370) królem polskim, oddał w zarząd kraje ruskie (Lwów, Halicz), przez Kazimierza W. ostatecznie przyłączone do Polski, w zarząd dziedziczny (w zamian za dobra Topolczany w Węgrzech) ks. Władysławowi Opolskiemu, bliskiemu swemu krewnemu. Ten zdobywszy Bełz, znalazł tam w kaplicy zamkowej ów obraz w zapomnieniu już będący. A gdy na tym zamku Bełzkim zostawał, zdarzyło się, że Bełz oblegli Tatarzy i mieli już go zdobyć. Książę Władysław szukał ratunku w modlitwie, przed tym obrazem leżąc krzyżem. Wtem z łuku puszczona strzała wpadła przez okno i utkwiła w szyi obrazu. Ks. Władysław uniesiony gniewem z tego powodu, rzucił się na Tatarów i odpędził ich. Gdy zaś później opuszczał ruskie kraje, wyprosił sobie od króla Ludwika ten obraz, zamierzając go przewieźć do Opola, dziedzicznego swego miasta na Śląsku, lecz wskutek objawienia przybywszy do Częstochowy, roku 1382 złożył go w dawnym parafialnym kościele na Jasnej Górze i sprowadziwszy z Węgier OO. Paulinów osadził ich przy tym kościele. Takie jest podanie (ob. Nieszporkowicz, »Odrobiny z stołu«), z prawdą jednak historyczną niezgodne. Pomijając dawniejsze bajeczne czasy, zaznaczyć należy, że ks. Władysław Opolski nigdy nawet nie był w Bełzie, wyjechał z Rusi nie 1382, lecz 1378, i 15 stycznia 1379 już był w Wieluniu, i w tym dniu wydanym tamże dyplomatem zrzekł się wielkorządztwa nad Rusią. Paulinów zaś rzeczywiście r. 1382 sprowadził i 9 sierpnia t. r. wydał akt fundacyi klasztoru. Pytanie: Jeśli wyjeżdżając z Rusi wziął ten obraz, a wyjechał 1378 r., to od r. 1378 do 1382, co się działo z tym obrazem? gdzież go przechowywał? Co większa, niema żadnej pewności, że fundując Paulinów na Jasnej Górze, jednocześnie i obraz ten tam umieścił, gdyż w akcie fundacyjnym Paulinów na Jasnej Górze żadnej wzmianki o obrazie niema, a przypuszczać należy, że niezawodnieby to uczynił książę Opolski, gdyby rzeczywiście przywiózł był ten obraz z Rusi, i miał o nim takie przekonanie, jak tradycya podaje, i żeby głównie ze względu na obraz miał tu fundować Paulinów, wedle wersyi tradycyi: że przywieziony obraz »powierzył straży Paulinów«. Jak zaś co do obrazu tego nie można spuszczać się na tę tradycyę, szczegół następujący objaśnia. W skarbcu Częstochowskim jest ornat dawny (część jego tylko tylna), niezawodnie pochodzący z XV w. Otóż tradycya mówi, że ten ornat przywieziony był razem z obrazem z Rusi i jako taki zwiedzającym skarbiec pokazują go i teraz. Lecz cóż, ostatnimi czasy, że na tym ornacie perłami wypukło naszywany jest także obraz i św. Pawła Pustelnika. Oczywiście więc, że ten ornat nie mógł z Rusi pochodzić. Czyż robiąc ten ornat na Rusi, mogli mieć na myśli, że kiedyś się dostanie Paulinom, i wyszyli dla nich ich Patrona — św. Pawła. Wreszcie ta okoliczność, że w akcie fundacyjnym niema żadnej wzmianki o obrazie, nasuwa myśl, że nie umieszczenie obrazu na Jasnej Górze było pobudką fundacyi Paulinów (jak tradycya utrzymuje), ale może jakieś inne przyczyny spowodowały do tej fundacyi ks. Opolskiego. I rzeczywiście: w roku 1381, poprzedzającym rok (1382) fundacyi, ks. Władysław Opolski został wyklęty przez biskupa płockiego, Dobiesława, za uciążliwości duchowieństwa, za nieoddawanie dziesięcin z Dobrzyńskiej ziemi (Szajnocha, »Jadwiga i , I, 194; J. Bartoszewicz w Encykl. Orgelbr.). Zrazu książę nic sobie z tej klątwy nie robił, ale gdy mu na Wielkanoc (1382) odmówiono z powodu wyklęcia św. Sakramentów, udał się do arcybiskupa gnieźn. Jana z prośbą o zdjęcie tej klątwy. Arcybiskup przychylił się do tej prośby, ale postawił pewne warunki. A może w tych warunkach stało i uczynienie fundacyi religijnej? zwłaszcza, że duchowieństwo wielki miało żal do ks. Władysława za to, że gdy król Ludwik uwolnił wszystkich ziemian od podatku poradlnego, z namowy tegoż ks. Władysława duchowieństwu kazał płacić ten podatek (połowę) (Szajnocha, ibid.). Jakoż fundacya ta mogła być expijacyą. Do tego wniosku prowadzi jeszcze i to, co mówi Długosz, że król Ludwik r. 1382 radził ks. Władysławowi, aby jaką znaczną fundacyą pobożną jego i własne swoje sumienie zaspokoił. Zważywszy więc: 1. że ks. Władysław wyjechał z Rusi 1378 r., 2. że 1381 r. wpadł w klątwę, 3. że na początku 1382 r. król Ludwik radzi mu dla zaspokojenia sumienia uczynić »znaczną« pobożną fundacyę, 4. że właśnie zaraz potem 1382 r. funduje Paulinów, i 5. w akcie fundacyjnym nie czyni żadnej wzmianki o obrazie — zdaje się na pewno można utrzymywać, że ks. Władysław z Rusi nie przywiózł tego obrazu i że obraz ten z Rusi nie pochodzi. Zdanie to potwierdza jeszcze i ta okoliczność: wszystkie zgoła bez wyjątku obrazy, będące na Rusi, i z Rusi pochodzące, mają monogram ruski; te zaś, co z Grecyi pochodzą, mają monogram grecki — Częstochowski obraz żadnego nie ma monogramu, jako wszystkie obrazy z Zachodu pochodzące. A nawet i Długosz, który pierwszy r. 1430 o tym obrazie wspomina, nie mówi o pochodzeniu jego z Rusi. Co jednak, gdyby tak było, niezawodnieby mógł wiedzieć, i wspomniałby, wnosić należy, o tem, zwłaszcza, że Paulini go obchodzili, i dla nich w Krakowie klasztor fundował, i o obrazie mówiąc, »wychwalał go«, pięknie o nim i o wielkiem jego znaczeniu wspominając. A jeśli obraz ten nie pochodzi z Rusi, więc zkądże mógł dostać się do Częstochowy? Ponieważ żadnych danych w tym względzie niema, można więc tylko robić przypuszczenia. I zdaje się prawdopodobne będzie przypuszczenie, że Paulini mogli mieć starożytny obraz Matki Bożej, i mogli go otrzymać z błogosławieństwem, gdy w liczbie szesnastu z klasztoru w Węgrzech »Nosztre« wysłani byli do Polski na tę nową fundacyę, mając na względzie wielkie i przeważne w onym czasie znaczenie Polski. Jest to wreszcie we zwyczaju, że gdy z jakiego klasztoru wysyłają zakonników na fundacyę, dają im z błogosławieństwem obrazy święte — zwłaszcza Matki Bożej.
IV. OO. Paulini i obraz cudowny na Jasnej Górze.
Akt fundacyi klasztoru Paulinów na Jasnej Górze wydany został przez ks. Władysława Opolskiego dnia 9 sierpnia 1382 r. w Częstochowie w obecności wielu świadków (przytacza Baliński z oryginału I, 217) za zezwoleniem biskupa krakowskiego Radlicy i za zgodą Henryka Biel’a z Bleszna herbu Ostoja, proboszcza Częstochowskiego na Jasnej Górze. Kościół ten na Jasnej Górze, przy którym zostali fundowani Paulini od niepamiętnych czasów, z modrzewia wystawiony, był parafialnym pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej. Po osadzeniu Paulinów na Jasnej Górze, parafię przeniesiono do kościoła św. Zygmunta, który był przedtem filialnym. Fundacya ta jednak ks. Opolskiego nie miała trwałej podstawy, gdyż głównie na niepewnych dziesięcinach się zasadzała. Wskutek tego Paulini szukali opieki króla Władysława Jagiełły, i dopiero Jagiełło »chcąc«, jak się sam wyraża w akcie donacyjnym, »dzień ostatecznego sądu miłosierdnemi uczynkami dla siebie i dla najmilszej żony swojej królowej Jadwigi uprzedzić«, hojnie uposażył Paulinów, dając im na dziedzictwo wsie: starą Częstochowę, Krowodżę, Grabówkę, Szarlejkę i Lgotę, oraz pasiekę miodową zwaną Łamiska, nadto roczny dochód czterech grzywien. Nadał także wieczysty wstęp do lasów królewskich na potrzeby klasztoru i wieśniaków, należących do Paulinów. Zapis ten wydał w Krakowie 1393 roku dnia 24 lutego, a w 14 lat potem roku 1414 przywilejem w Sieradzu zapisał im jeszcze wieś Kalej w powiecie krzepickim. Mając przeto przez króla Władysława Jagiełłę zapewniony byt, OO. Paulini przez swoją wysoką świątobliwość, gorliwość pobożną, wspaniałe i wystawne nabożeństwa i wielkie odpusta, a nadewszystko wielkie łaski i cuda, jakich doznawali udający się tu do Matki Bożej w Jej przechwalebnym obrazie, ujrzeli się niedługo otoczeni ze wszystkich stron niezliczonymi prawie tłumami pobożnych pielgrzymów, przybywających nietylko z całej Polski, lecz i ze Śląska, Morawy, Czech, Prus i Węgier. Chwała Boża, zbawienie ludzi, uzdrawianych tu cudownie codziennie niemal na duszy i ciele przez pośrednictwo Matki Bożej w świętym Jej obrazie, opromieniły tę Jasną Górę, i Jasna Góra odrazu zajaśniała jakby niebios odblaskiem. Wprawdzie Polacy od samego początku swego nawrócenia do wiary przejęci byli wielkiem nabożeństwem do Matki Bożej, lecz dopiero tu na Jasnej Górze rozwinęła się albo lepiej i wyraźniej mówiąc, z nieba jako ubłogosławiający dar życiodawczy spłynęła i zaszczepioną została w sercach polskich ta cześć i gorąca pobożność do Matki Bożej, która stała się przez wszystkie wieki cechą każdego Polaka (Polonus unus defensor Mariae) i treścią narodowości polskiej. I błogo i szczęśliwie tu było na tej Jasnej Górze pod opieką Matki Bożej w Jej cudownym obrazie jakby uobecnionej. Ale czyż na ziemi, na tym padole płaczu, spokój, pomyślność, szczęście może być trwałe. Jeśli dziś łzy nie płyną, jeśli serce dziś nie boli — o! niezawodnie niedługo popłyną łzy tem obficiej, i serce zaboli tem żałośniej. A jakże bardziej to się iści z kościołem. Kościół pod krzyżem powstał, i krzyż jak znamieniem tak i jest kościoła. A więc tak musiało być i z Jasną Górą; i dla Jasnej Góry musiały przyjść dni żałoby. Stało się w niespełna 50 lat po ustaleniu się tam Paulinów.
V. Napady Łotrów na Jasną Górę roku 1430 i 1466.
Wypadek ten był bardzo bolesny, i przez tyle wieków i po dziś dzień w śladach na przebłogosławionem obliczu Matki Bożej wywołuje żałość, przerażenie i smutek przygnębiający. Wypadek ten czyli »Napad Łotrów« tak opisuje współczesny Długosz: Roku 1430 król Władysław Jagiełło obchodził święto Zmartwychwstania Pańskiego w Kaliszu. »Pod ten czas niektórzy z szlachty polskiej, wyniszczeni marnotrawstwem i obciążeni długami, mniemając, że klasztor Częstochowski na Jasnej Górze, zakonu św. Pawła, posiadał wielkie skarby, z tej przyczyny, że do niego z całej Polski i krain sąsiednich, jakoto Śląska, Moraw, Prus i Węgier w święta uroczyste N. Maryi Panny, której obraz cudowny i przedziwnej roboty w tem miejscu zachowywano, przybywał lud pobożny, a to dla zadziwiających cudów, jakich tu chorzy za przyczyną Najświętszej Panny i Orędowniczki naszej uzdrawiani, doznawali, zebrawszy z Czech, Moraw i Śląska kupę łotrzyków, w dzień świąteczny Wielkanocy napadli na rzeczony klasztor Paulinów. A nie znalazłszy w nim spodziewanych skarbów, zawiedzeni w , sięgnęli ręce świętokradzkie do naczyń i sprzętów kościelnych, jakoto kielichów, krzyżów i ozdób miejscowych. Sam nawet obraz Najchwalebniejszej Panny odarli ze złota i klejnotów, któremi go ludzie pobożni przyozdobili. Nie przestając wreszcie na łupieży, twarz pomienionego obrazu mieczem na wylot przebili, a ołtarz, na którym był umieszczony, pogruchotali, tak iż zdawało się, że to nie Polacy, ale Czesi kacerze dopuścili się czynów tak srogich i bezbożnych. Po dopełnieniu takowego gwałtu, raczej skalani zbrodnią niż zbogaceni, z niewielką zdobyczą pouciekali«. »Długi czas mniemano, że ów gwałt popełnili czescy kacerze (Husyci), mieszkający w przyległych Polsce miastach i zamkach śląskich. I już Władysław król i panowie polscy poczęli byli myśleć o wydaniu wojny Czechom: ale gdy się sprawa wydała, karano srodze owych z szlachty polskiej złoczyńców, a wielu wtrącono do więzienia. Ależ i miecz sprawiedliwy kary Bożej pomścił się wkrótce zniewagi wyrządzonej N. Bogarodzicy: niemal wszyscy bowiem, którzy się tym czynem świętokradzkim pokalali, w ciągu tegoż samego roku zginęli pod mieczem morderczym. Przywódcami zaś rzeczonej zbrodni byli: Jakób Nadobny z Rogowa herbu Działocza, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa herbu Śreniawa, których król Władysław schwytanych przez niejaki czas w wieży zamku krakowskiego trzymał: tudzież książę ruski Fryderyk« (Fiedor ks. Ostrogski). Wapowski (II, 87) mówi: »Jakób Rogowski i Jan Kuropatwa, hersztowie zbrodni, puściwszy się na wszelkie niecnoty, ojcowiznę pomarnowali, bezecnie majątki potrwonili, zamierzając wybrnąć z niedostatku i myśląc, że uda się im zwalić winę na sąsiednich odszczepieńców (Husytów)...« OO. Paulini połamane części obrazu świętego zanieśli do Krakowa, a król Jagiełło oddał je pod straż magistratowi krakowskiemu, i nakazał naprawić, co gdy malarze krakowscy dokonali, bogato obraz przyozdobił, a potem z procesyą, przy odgłosie pobożnych pieśni na Jasną Górę odprowadzić polecił. Jako smutna i żałośna tego świętokradzkiego napadu pamiątka, pozostały po dziś dzień dwie kresy na obliczu Matki Bożej. Drugi napad na Jasną Górę nastąpił r. 1466. Ani świętość miejsca, ani powszechna cześć dla niego nie ochroniła Jasnej Góry i od tej powtórnej napaści, ale już tylko samych cudzoziemców. Król czeski Jerzy Podiebrad wysłał oddział wojska przeciw mieszkańcom Wrocławia. Dowódca tego oddziału, Ścibor Towaczowski, Morawczyk, pomijając Wrocław, bądź chciwością łupów wiedziony, bądź z potajemnego rozkazu króla czeskiego, zazdroszczącego powodzeniu oręża polskiego w Prusach, napadł na Częstochowę i zrabował miasto i klasztor; obraz wszakże cudowny powtórnej teraz obelgi nie doznał.
VI. Obrona Jasnej Góry przeciw Szwedom roku 1655.
Napady te, jakkolwiek z powodu znieważenia obrazu świętego były nad wyraz bolesne i odezwały się echem żałości w całej Polsce — sprawiły atoli, że Jasna Góra
stała się głośną, wszyscy o niej się dowiedzieli i z całej Polski i z okolicznych krajów pobożni jeszcze liczniejsze niż przedtem zaczęli odbywać do cudownego obrazu pielgrzymki. I odtąd już spokojnie rozwijało się tu życie religijne aż do pamiętnego na zawsze roku 1655, w którym jeśli z jednej strony groziło Jasnej Górze wielkie niebezpieczeństwo zupełnej zagłady, to znowu z drugiej przesławna, cudowna obrona tego miejsca świętego wzniosła go wobec już nietylko Polski, lecz i świata całego na wieki — wieki na szczyt największej chwały i sławy — zwłaszcza, że ta cudowna obrona cudownie zarazem obroniła i całą Polskę od niechybnej zguby. Że zaś ta obrona była istotnie cudowną, dosyć tylko zważyć, że była to maleńka forteczka, w której było 70 zakonników, 160 wojskowych (po większej części włościan), 50 szlachty. Oblężona zaś była przez najsławniejsze wówczas w całej Europie wojsko szwedzkie w liczbie 9000 (Kordecki); nadeszło później z Krakowa 1200 i 700 pod dowództwem Wolfa Polaków i napędzonych w wielkiej liczbie włościan i górników z Olkusza; dział 19 (przybyło jeszcze 6 największych), pod dowództwem zdolnego i sławnego w trzydziestoletniej wojnie generała Millera, i nietylko się obroniła, lecz prawie żadnych strat nie poniosła. I co więcej, że i ta szczupła garstka na Jasnej Górze, nie spodziewając się zwycięstwa, upadła była na duchu i chciała się nieraz poddać, i że jeden tylko Kordecki zakonnik przy pomocy tylko Zamojskiego i Czarnieckiego, pokładając niezachwianą ufność w Bogu i Matce Bożej, idąc za przekonaniem, że bez względu na wszystko powinien się bronić, choćby się miał w gruzach kościoła zagrzebać, — zaiste nadprzyrodzoną siłą duszy utrzymał wszystkich, natchnął ich męstwem i odwagą, i wreszcie obronił miejsce święte. Oblężenie trwało od 18 listopada do 27 grudnia — dni 40. Obrona ta na szczególniejszą zasługuje nadto uwagę, jako sam czyn najsławniejszy w całej przeszłości Polski, i powtóre jako wzór i przykład najchwalebniejszy na zawsze dla Polaków, jak się mają zachować wobec nieprzyjaciół ojczyzny. Stan ówczesny Polski był najrozpaczliwszy. Wewnątrz niezgody, zawiści, zdrady, rozstrój najzupełniejszy, upadek ducha powszechny. Kraj cały zajęty przez nieprzyjaciół, naprowadzonych przez zdrajców ojczyzny, o których Kordecki powiada, że »jadem żmii zabić ojczyznę byli , wojsko bez bitwy poddało się Szwedom i wespół z nimi plądrowało po kraju, król przez wszystkich opuszczony musiał uchodzić do Śląska; poburzone zamki, miasta do szczętu zrabowane i spalone, ludność przerażona, ubezwładniona strachem, w głodzie i chłodzie kryła się po lasach. Kościoły sprofanowane, »dymiły się pożarem święte przybytki, śladów wsi szukano w popiołach; po polach leżały trupy pomordowanych, z żadnej innej winy, tylko że byli Polacy« — mówi Kordecki. Głód powszechny, pola odłogiem w całej Polsce leżały, morowa zaraza; najznakomitszy wojownik, Stefan Czarniecki nie był w stanie obronić Krakowa, który opanowali Szwedzi z Węgrami. Car moskiewski opanował Wilno i całą Litwę rabował, pustoszył ogniem i mieczem, ludność wyprowadzał gwałtem do Moskwy. Zdawało się ostatnia wybiła godzina dla Polski, Opatrzność jednak podźwignęła jeszcze Polskę z pod nóg nieprzyjaciół, któ- rzy ją deptali w pogardzie. I ręką tej Opatrzności był Kordecki — zakonnik, Paulin. Kordecki w tym czasie był przeorem na Jasnej Górze; Mickiewicz (Lekcya IV. 1842 r.) powiada: »W zaciszu klasztornem znajdował się mąż, jedyny podobno, co natenczas w Polsce umiał wznieść się nad wszelkie rachuby polityczne i militarne i pozostać wiernym sprawie Ojczyzny; była to dusza najmocniejsza i najczystsza z dusz polskich; w nią bijąc nieprzyjaciel wydobył na jaw, co stanowi ukrytą potęgę w narodzie. Walka pod murami Częstochowy wzniosła się tak wysoko, że cała Polska mogła ją widzieć i postrzedz w niej ideał narodowego oporu; — miarę, ile każdy Polak powinienby zdołać. Poruszone tym sposobem tętno powszechnych uniesień, przejęło Polaków jednem uczuciem i zrobiło ich niezwyciężonymi«. Kiedy Szwedzi wtargnęli do Polski, Paulini zmiarkowali, że pokuszą się i o Jasną Górę. Dla zabezpieczenia jej prowincyał Paulinów O. Bronowski pojechał do Warszawy do króla, celem wyjednania pomocy do opatrzenia twierdzy, a gdy na to otrzymał zbywającą go odpowiedź: »róbcie co możecie, a jeśli gwałtowne nastąpi oblężenie, będę się starał o posiłki dla was«, poznał z tego, że na nikogo liczyć nie można i samym o sobie myśleć należy. Zaopatrzył więc Jasną Górę dostatecznie w żywność i potrzeby wojenne, sprowadził ze Śląska zdolnego puszkarza do kierowania artyleryą wałową, rzeczy co najdroższe wywiózł do Nissy, a srebra w stawach zatopiwszy, ukrył. Dla poznania naocznie Szwedów Kordecki pojechał do Krakowa, i dowiedziawszy się, że król szwedzki ma oglądać Katedrę, towarzyszył X. Sz. Starowolskiemu, kiedy ten go po Katedrze oprowadzał. Król szwedzki pełen pychy, nadęty i zuchwały, z kapeluszem na głowie, kroczył po kościele, otoczony swoim orszakiem. Kiedy zaś przyszli do grobowca Łokietka, Starowolski wskazując go, powiedział: »tu leży król Władysław Łokietek, który trzy razy zmuszony był opuszczać Polskę i za każdym wracał, i umarł tu w Krakowie na tronie«. Nie podobało się to królowi szwedzkiemu, z przekąsem więc odrzekł: »ale wasz Jan Kazimierz raz wygnany już więcej nie wróci«. Starowolski, kapłan wielkiej powagi, staruszek, jakoż niedługo i umarł ze zmartwienia, patrząc na profanowanie i obdzieranie kościołów przez Szwedów, wieszczym jakby duchem natchniony, odpowiedział: »któż o tem może wiedzieć: fortuna mutabilis, Deus admirabilis (pomyślność się zmienia, a Bóg mocen cuda kor|czynić«.|czynić)«. Zmarszczył się na to król szwedzki i snać go coś tknęło w duszy jakby przeczucie niepewnego jego losu, gdyż kapelusz, w którym dotąd bez względu na świętość miejsca chodził, zdjął z głowy, i już nie chcąc dalej oglądać Katedry, wyszedł nagle, jakby czemś przygnębiony, z kościoła. Kordecki patrzał na to wszystko i słyszał; — co czuł wtedy, co myślał, jakie na niego wywarło to wszystko wrażenie? Katedra, w której cała Polski przeszłość zespoliła się z duchem religijnem, groby królów i znakomitych Polaków, pamięć odbytych tu koronacyj — przejąć musiała Kordeckiego do głębi i duszę jego zespolić z dawną wielkością Polski. O jakżeż gorąco, żałośnie musiał się modlić u grobu św. Stanisława, patrona Polski, jak się musiał za jego przykładem ofiarować na męczeństwo raczej, a nie poddawać Jasnej Góry Szwedom, dla których nic nie było świętego i którzy pomimo zobowiązań, przez samego króla szwedzkiego podpisanych, że nie tkną kościołów — rabowali je, na stajnie obracali, księży mor- dowali, nawet w klasztorze Bożego Ciała, gdzie stał kwaterą sam król szwedzki. Widział zburzenie kościoła i klasztoru Karmelitów i znieważanie tam będącego cudownego obrazu, i ze ściśniętem sercem i postanowieniem bronienia się do ostatka, powrócił na Jasną Górę. Po powrocie jego stanęło, że jakkolwiek należy mieć nadzieję w pomoc Boską, ale narażać obraz święty nie godzi się. A więc Prowincyał niezwłocznie obraz ten święty wywiózł nocną porą — i w Konopiskach zaledwie nie był pochwycony od Szwedów, i tylko deszcz ulewny ochronił go od nieszczęścia utraty najdroższego skarbu — obrazu świętego. Zawiózł go do Lublińca na Śląsku i tam w zamku hrabiego Andrzeja Cellarego pod dozorem O. Romualda umieścił. Zaledwo atoli obraz święty został wywieziony, aliści na drugi dzień Szwedzi już byli pod murami Jasnej Góry. Był to hrabia Jan Weiher Wrzeszczowicz na czele 4.000 Szwedów. Przybył wśród nocy z wielkim hukiem trąb i kotłów, wzywając Paulinów, ażeby bez żadnej zwłoki, natychmiast przyjęli go z jego wojskiem na załogę do twierdzy, jako przyjaznego sobie katolika, nie czekając, aż nadejdzie dążący tuż za nim generał szwedzki Miller, który jako heretyk opanowawszy Jasną Górę niezawodnie do szczętuby ją zniszczył. Pod wpływem Kordeckiego, Paulini po krótkiej naradzie oświadczyli, że nazajutrz dadzą odpowiedź. Jakoż odpowiedzieli mu przez wysłanych zakonników, że Paulini boją się tylko Boga, a na groźby nieprzyjaciół nie zważają, że wreszcie gotowi są umrzeć w obronie religii i ojczyzny. Przytem zwrócili jego uwagę, że nachodząc w nocy gwałtownie na klasztor, zaprzeczył tem samem swojej dla miejsca świętego przyjaźni, z jaką się oświadcza. Proszą więc go, że jeśli rzeczywiście jest dla Jasnej Góry życzliwie usposobiony, żeby odszedł sobie spokojnie i niepokoju nie wszczynał. Rozgniewany tą odpowiedzią Wejhard, grożąc klasztorowi zniszczeniem, spalił budynki gospodarskie i z folwarków zabrawszy bydło — odszedł. Było to 18 listopada. Po odejściu Wejharda, Kordecki zebrawszy wszystkich co byli na Jasnej Górze i zachęciwszy ich do wytrwałej nadziei w opiekę nad miejscem świętem Matki Bożej, odprawił solenną Mszę św. i śpiewając suplikacye, odbył uroczystą procesyę z Najświętszym Sakramentem w około murów. Po czem obejrzał uważnie wały, działa, amunicyę i wszelkie zasoby wojenne, każdą rzecz z osobna poświęcił i wyznaczył dla każdego z załogi stanowisko. Zaledwie to skończył, aż o drugiej godzinie przybyli Szwedzi pod dowództwem Burharda Millera w liczbie 9 tysięcy i 19 oblężniczemi działami (przy nich były także dwa pułki polskie pod dowództwem Jana Zbrożka i Seweryna Kalińskiego, pułkownik Sadowski i książę Heski) i wezwał klasztor do niezwłocznego poddania się, grożąc w przeciwnym razie, że zburzy kościół, klasztor i wszystkich każe wymordować bez żadnego miłosierdzia. Gdy jednak razem z tym wezwaniem Szwedzi zająwszy wieś Częstochówkę, folwarki zaczęli rabować i w obronie stawającego gumiennego zabili, nie zdało się Kordeckiemu innym sposobem na wezwanie Szwedów odpowiadać, jak celnymi wystrzałami z dział. Nie spodziewał się Miller takiej odwagi po mnichach, więc pod wieczór przysłał na Jasną Górę z oddziału Zbrożka dwóch poruczników Gołyńskiego i Paprockiego, wzywając, aby poprzestano strzelać z wałów bo chce z klasztorem w spokoju się porozumieć i ułożyć. Kordecki jednak odpowiedział, że każe zaprzestać strzelania tylko wtedy, gdy Szwedzi odejdą, zkąd przyszli. Widząc nadto, że folwarki klasztorne mogą być dogodnemi dla Szwedów kryjówkami, za nadejściem nocy wyrzuconemi z twierdzy granatami spalił je, przyczem Szwedzi, co już się tam byli mieścili, znaczne ponieśli straty w ludziach i złożonych tam zapasach Miller miarkując z energicznego działania Kordeckiego, że układami nie zdobędzie klasztoru, za nadejściem dnia ze wszystkich, ile tylko miał dział, rzęsistemi strzałami uderzył na klasztor, kierując je głównie na dach klasztorny, w myśli, że gontami pokryty łatwo się Kordecki odpowiedział mu wzajemnie i celnemi pociskami zapalił w Częstochówce budynek słomą pokryty i napełniony sianem. Wszczęty pożar ogarnął sąsiednie domy, przyczem zginęło mnóstwo Szwedów, bo na domiar nieszczęścia, własne ich strzelby płomieniem ogarnięte, razić ich poczęły, a gdy wybiegali z zabudowań na otwarte miejsce, znowu na strzały z fortecy wystawieni, haniebnie ginęli. Po tym wypadku, wysłany od Millera do klasztoru Seweryn Kaliński, pułkownik i starosta bracławski, żeby namawiał Paulinów do poddania się, mówił do nich: »wierzajcie Ojcowie, iż lepiej jest przez uległość zasłużyć na łaskę króla szwedzkiego, niż uporem zemstę jego wywoływać. Cóż bowiem, prawił dalej, w takim razie pozostaje rozgniewanemu żołnierzowi, nad tępienie żelazem i pożogą buntowników«. (Rzecz godna uwagi, że już wtedy zdrajcy, służąc nieprzyjaciołom Ojczyzny, tych, co bro- nili Ojczyznę, zwali buntownikami). Kordecki Kalińskiemu odpowiedział, że z zakonnikami rozważy i nazajutrz przyszle odpowiedź. Jakoż nazajutrz przybyli do Millera dwaj Paulini i oświadczyli wielkie zdziwienie, że gdy król szwedzki edyktem, wydanym 30 września z Kazimierza pod Krakowem przyznał nietykalność kościołów i klasztorów, generał, wbrew rozkazowi swego króla, napastuje Jasno-Górski klasztor. Zrazu na to się oburzył Miller, że posądzają go, jakoby żądał poddania klasztoru bez wiedzy króla, ale umitygowany przez wysłanych Paulinów, nazajutrz przez Kuklinowskiego, dowódcę chorągwi konnej polskiej w służbie szwedzkiej, przysłał oryginalny rozkaz króla szwedzkiego, ażeby zajął Wieluń, Krzepicę i Częstochowę. Kordecki znowu dla zwłoki odpowiedział, że w dniu jutrzejszym przyszle odpowiedź, już stanowczą, ale dopiero po odprawionem nabożeństwie, gdyż przypadała to niedziela i święto ofiarowania Najśw. Maryi Panny. Szwedzi z niecierpliwością czekali na tę stanowczą odpowiedź, a tymczasem Kordecki po odprawieniu solennej Mszy św., z największą uroczystością, śpiewami i biciem we wszystkie dzwony odprawił procesyę z Najśw. Sakramentem pomiędzy murami. Poczem odpisał uprzejmie do Millera, że ponieważ w rozkazie króla szwedzkiego wymienioną jest Częstochowa, a klasztor nosi nazwę Jasnej Góry, więc wątpi, żeby ten rozkaz mógł się stosować do Jasno-Górskiego klasztoru; zwłaszcza, że jest miasto Częstochowa, miejscowość zupełnie różna od Jasno-Górskiego klasztoru. Przeczytawszy tę odpowiedź Miller i widząc w niej tylko zręczny wybieg, okrutnie się rozgniewał, i nagle zaczął wołać, żeby natychmiast z dział strzelano i brano się do oręża do ataku i zburzenia ze szczętem tej siedziby przebiegłych i upartych mnichów. Wnet też gradem poleciały pociski i kule ogniste, druzgocząc belki i wiązania dachów, a pozwijane kłęby konopi, oblane smołą i żywicą, rozniecały płomienie. Nie odejmowało to jednak odwagi obrońcom miejsca świętego, owszem zapalało jeszcze bardziej ich śmiałość i poświęcenie się. Po dachach rozstawiona straż gasiła ogień bombami wzniecany, a stojący na murach z zapałem nadzwyczajnego męztwa odpierali gwałtowne szturmy. Dodawało odwagi obrońcom jeszcze i to, że z podziwem widzieli, jak wiele pocisków padało bezskutecznie; niektóre lekko tylko dotykały murów, inne od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakiwały nazad; inne wreszcie przelatywały górą po nad klasztor i z przeciwnej strony szturmujących Szwedów srodze raziły. Tymczasem w chwili, kiedy najgwałtowniejsze strzelanie i szturmy rozwścieklonych Szwedów, jakby piekła wyziewem zda się chciały za jednym razem pochłonąć i pożreć Jasną Górę — nagle z góry po nad głowami walczących jakby z nieba zabrzmiała muzyka tonami podniesionemi i wzniósł się śpiew hymnu do Boga Rodzicy. Było to dziełem kościelnej orkiestry, która z własnego pomysłu wstąpiła na najwyższą galeryę wieży i zaintonowała pieśń świętą. Słodka harmonia przy strasznym a nieustannym huku dział wlewając w serca niebieską pociechę, podnosiła ufność w Bogu i dodawała odwagi. Jakoż odtąd weszło w zwyczaj w ten sposób osładzać sobie niedolę, i straszliwe a wrzaski srożących się Szwedów przytłumiać. Rozdrażniony Szwed oporem Paulinów, a nadewszystko odgłosy muzyki na wieży biorąc za umyślne z niego urąganie, postanowił użyć wszystkich sił dla zbu- rzenia klasztoru. Jakoż nie przestając na pierwszym w nocy ataku, przez następne dwa dni bezustanku wielki ogień z dział i strzelby puszczał do twierdzy, a razem pod ochroną ciemnej nocy coraz nowemi okopami, coraz bliżej ją otaczał. Ale i waleczni obrońcy Jasnej Góry nie marnowali czasu. Odparłszy szturmy, podniesieni na duchu, gdy postrzegli, że nieprzyjaciel zaufany w siłach swoich, nie spodziewając się wcale napadu od szczupłej garstki oblężonych, w zupełnem bezpieczeństwie, a nawet nieostrożności noce w szańcach swych spokojnie przepędzał, uradzili zrobić nocną wycieczkę. Poprowadził ją Piotr Czarniecki, rodzony starszy brat Stefana. Pierwsze czaty nieprzyjaciół, osłonięty ciemnościami nocy, zręcznie ominął, i połowę oddziału swego zostawiwszy na bokach po pod samą artyleryą nieprzyjacielską, z resztą szczęśliwie spuścił się niziną na dół i niespodziewanie z tyłu gwałtownie z okrzykiem i wrzaskiem na nieprzyjaciela uderzył, każdego kto się nawinął kładąc trupem, a najprzód wtargnąwszy do namiotu naczelnika głównego artyleryi, kiedy ten układał się do spoczynku, śmiertelnie ugodził, a potem wielu wyższych oficerów porąbał. Nastąpiła rzeź okrutna, wszczął się straszny między Szwedami, ile że się niczego nie spodziewali, popłoch; uciekających goniąc napadający zawzięcie rąbali; Szwedzi chcąc się z okopów na zewnątrz wydostać, wpadli na rozstawione z dwóch stron czaty, haniebnie ginęli. Pomiędzy znaczniejszymi poległ w tej porażce sławny inżynier de Fossis i hrabia Horn oberszt jeneralny, mianowany przez króla szwedzkiego gubernatorem Krzepicy, zkąd z oddziałem swym przybył był w pomoc Millerowi. Ten cięty kosą (a więc i wtedy już byli kosyniery) w piersi, leżał długo na zamku krzepickim, w końcu boleściami i gniciem ciała wycieńczony, wydając z siebie fetor nieznośny, w okropnych konwulsyach w tym samym dniu ducha wyzionął, w którym Szwedzi od oblężenia odstąpili. Zresztą niemal wszyscy, co tylko byli w okopach, wycięci i wystrzelani zostali. Niektórzy tylko uchodząc z pogromu do obozu roznieśli tam straszną i powszechną Na rozkaz Millera na gwałt uderzono w kotły i trąby, na odgłos których w dalszych okopach będący Szwedzi, ze snu rozbudzeni, pochwyciwszy za broń poczęli się gromadzić, w tem zagrzmiały działa i rozpalone kule ogniste oświeciły , usłane trupami. Nim jednak opamiętali się i rzucili w pogoń, Czarniecki, zagwoździwszy dwa działa, z tryumfem już był wrócił do swoich, winszujących mu zwycięztwa. Stracił w tej wycieczce tylko jednego, Janusza Węgra, którego, że się był od kupy oddzielił, przez omyłkę wzięto za zbiega z fortecy i kulą ugodzono. Po tym wypadku Miller sądząc, że nie ma sił dostatecznych, wysłał spiesznie do Krakowa, żądając rychło nadesłania posiłków i armat burzących jak największego kalibru. Gdy się o tem na Jasnej Górze dowiedziano, znaleźli się tacy, że ze strachu poczęli myśleć o zniewoleniu Kordeckiego do wejścia ze Szwedami w układy, a jeśliby na to nie przystał, do poddania im twierdzy. Już poprzednio przeor klasztoru wieluńskiego w mocnych wyrazach wystawiając przewagę nieprzyjaciół, usilnie doradzał wejście w układy ze Szwedami, żeby nie narażać miejsca świętego na szwank niepewnego wypadku wojny. Teraz znowu, jeden z tych dwóch Paulinów, co wysłani byli do Millera, a których on był zatrzymał, grożąc im śmiercią, jeśli Jasna Góra się nie podda, przybywszy do klasztoru i sławiąc braciom zakonnym potęgę szwedzkiego wojska, obwiniał ich o lekkomyślność, że pozbawieni wszelkiej nadziei posiłków, w uporczywem przedsięwzięciu oporu trwają i tem do większej srogości nieprzyjaciela przeciw sobie podniecają — i mówił dalej: »cóż to za zuchwalstwo przeciw tak wielkiemu wojsku stawiać niedołężne nasze siły, które przez dłuższy czas oblężeniem wycieńczone, muszą koniecznie ostatecznie uledz. Głód sam, że już pominę inne przykrości długich trudów, wyda nas nieprzyjacielowi, a odległa potomność śmiać się będzie z niedorzecznego oporu. Za krew, którą przelać trzeba będzie i zburzenie klasztoru odpowiadać będą musieli przełożeni. (Przymówka Kordeckiemu, bo sam Kordecki jedynym był przełożonym, co postanowił bez względu na wszystko bronić miejsca świętego). Nie dosyć tego, inny znowu wypadek bardzo boleśnie zasmucił oblężonych i wykazał z jednej strony niesumienność Szwedów w dotrzymywaniu przyjętych zobowiązań, a z drugiej — do jakich następstw prowadzi poddanie się Polaków Szwedom. Wojsko Czarnieckiego Stefana, stosownie do zawartej w Krakowie kapitulacyi, stało rozłożone w księstwie Siewierskiem w zupełnem bezpieczeństwie pod zasłoną zaręczenia samego króla szwedzkiego. Tymczasem Miller potrzebując więcej pieszego żołnierza do oblężenia, nie zważając na tę kapitulacyjną umowę, posłał znaczny oddział wojska, i »przekupiwszy (jak podaje sam Kordecki), potajemnie schwytał w Siewierzu nieostrożnego dowódzcę Wolfa, starostę dynaburskiego, i zabrał siłę 700 piechoty; zabranych żołnierzy polskich zmusił przysięgnąć na służenie Szwedom, i sprowadził ich do Częstochowy, żeby byli narzędziem zburzenia miejsca świętego, które przecie sami czcili i uwielbiali. (Kochowski. Climakter 11. Księga I). W ślad za tem wysłał do Paulinów Kuklińskiego rotmistrza, a ten począł wmawiać Paulinom niepodobieństwo utrzymania się przeciw szwedzkiej potędze, kiedy taki zamek krakowski musiał się poddać Szwedom, dowodząc ostatniej zuchwałości chcieć nieumiejętnym wojnę prowadzić mnichom, bronić jeden pagórek obmurowany, a raczej »kurnik« od tak dzielnych i wyćwiczonych hufców; wystawiał utratę ostatniej nadziei przez połączenie się piechoty Wolfa z wojskami szwedzkiemi. Jakoż ze smutkiem postrzegli wnet oblężeni, jak z rozkazu Millera cały ten pułk pod ośmiu chorągwiami dla zastraszenia oblężonych przeciągnął pod murami twierdzy. A więc do dwóch pułków polskich, które były od samego początku oblężenia przy Szwedach, przyłączył się do nich i trzeci pułk polski i przysięgnął, że ze Szwedami walczyć będzie przeciw własnej ojczyznie. Lecz nie koniec nieszczęścia! Oto znowu inni Polacy przybywają w pomoc, nie miejscu świętemu, lecz nieprzyjacielowi, czyhającemu na to miejsce święte. Miller nakazał spędzić jak najwięcej włościan i spędzonym rozkazał przyrządzać faszyny do wzniesienia naprzeciw fortecy szańców. I włościanie, co mają się za pobożnych czcicieli Matki Bożej, dali się spędzić jak trzoda jaka i zabrali się raźno do pracy — w pomoc heretykom do zdobycia i zburzenia klasztoru, poświęconego Matce Bożej. Robili faszyny i wlekli je na wskazane miejsca. Stróże Jasnogórscy dawali na to wszystko baczność i czekali aż więcej tej zgrai się nagromadzi. Gdy tedy chłopstwo tłumnie rzuciło się do ustawienia faszyn i jak mrowisko zaczęło się krzątać; Jasnogórscy nie szczędząc już kul i prochu, chcąc raz na zawsze odstręczyć od posługi Szwedom, wymierzywszy działa, dali ognia, a kule taki popłoch w tej hałastrze sprawiły, że prażeni kartaczami i straciwszy moc swoich, z jękiem przerażliwem na raczkach pełzając, co tchu zmykali, aż się Szwedzi do rozpuku z nich śmiali; i ze wstydem poczęli na wszystkie strony uciekać: obciążeni w dodatku klątwą sumienia, że wystąpili byli przeciw miejscu świętemu i przeciw obrońcom ojczyzny. I tego jeszcze niedosyć! Znowu inni Polacy przybywają w pomoc Szwedom, do wyraźnego już zburzenia klasztoru. Miller widząc, że walką nie przemoże dzielnych obrońców Jasnej Góry, zamierzył podkopać się pod mury i podłożywszy miny wysadzić klasztor w powietrze. W tym celu nakazał sprowadzić górników z Olkusza. I oto, przybyli Polacy, dzień i noc (odmieniając się) żelaznemi drągami i kilofami kują skałę, a kują z ukosa, aby zasłonić się przed strzałami Jasnogórców, i jak węże czołgali się w norach. Trudna atoli była robota, skała twarda, tak że zaledwie o kilka kroków z wielkim mozołem posuwali się, kierując się ku baszcie. Wreszcie dotarli, i już byli niedaleko, gdy wycieczka z twierdzy (o której niżej) wszystkich tych robotników, pomocników szwedzkich pozabijała, z wyjątkiem tylko dwóch. Przed obawą kary, usłuchali nieprzyjaciół, czynili podkop dla wysadzenia klasztoru Matki Bożej w powietrze. I cóż zyskali — śmierć haniebną. Otóż widzimy, że ci dzielni obrońcy miejsca świętego i ojczyzny nie z samymi tylko Szwedami walczyć musieli. Byli tam w niemałej liczbie i wyrodni Polacy. Cóż dziwnego, że przy pomocy samychże Polaków Szwedzi opanowali Polskę i byłoby już wtedy po Polsce, gdyż stanął był już układ rozbioru Polski, gdyby nie mężna i cnotliwa obrona Częstochowy — przez wiekopomnego Kordeckiego. Dowód to tylko, co może dokazać garstka szczupła ludzi dzielnych, zwłaszcza gdy na jej czele stanie znakomity człowiek. Ale gdy z jednej strony odważna obrona miejsca świętego budziła podziw i uwielbienie prawych Polaków, — z drugiej ci, co poddali się byli Szwedom, widzieli w tej obronie wyrzut dla siebie i potępienie ich małoduszności. Jakoż zamiast naśladować przykład dobry, wyrzucali wciąż obrońcom Jasnej Góry ich zuchwalstwo, upór i lekkomyślność, i wciąż usiłowali przez namowy i groźby zniewolić ich do poddania się za ich przykładem Szwedom, jako rzecz rozumną i wedle ich przekonania dla dobra samejże Polski konieczną!!?? W tej właśnie myśli przybył na Jasną Górę z nieprzyjacielskiego obozu »pewien znakomity szlachcic« (mówi Kordecki, nie wymieniając jego nazwiska, nie chcąc rodu jego zniesławić), poważny wiekiem i wymową tak, iż zdawało się, że żadnego podejrzenia przeciw niemu mieć nie można było. Przyjęty przez Jasnogórców najuprzejmiej; aliści najniespodziewaniej wśród poufałej rozmowy, skreśliwszy opłakany stan Rzeczypospolitej, zaczął podmawiać Paulinów do poddania się, i podnosząc głos, mówił: »Jakichże to czasów doczekała się strapiona ojczyzna nasza, kiedy zmuszeni jesteśmy uledz smutnej konieczności narzucającej nam króla szwedzkiego... Niestety, cała Polska przez roztropność zniewoloną została uledz jego potędze. Wasza tylko zakonni Ojcowie, czy to zuchwałość, czy lekkomyślność chce stawić opór jego przemocy. Wszakże innych korzyści z waszych przedsięwzięć nie odniesiecie, tylko klęskę dla całego kraju pa- miętną. Dalsze stawianie oporu zaostrza tylko gwałtowność zemsty. Lepiej jest, póki się jest całym, z nieprzyjacielem wejść w układy, niż później swojego zgubnego kroku gorzko żałować. Rozważcie tedy rozumnie, co macie czynić, gdy całe wojsko polskie złożyło swoje chorągwie i oręż przed potęgą szwedzką. Wszyscy przewodnicy tak duchowni jako i świeccy zdali się na wolę Bożą, nie śmiejąc się opierać wezbranemu potokowi. Postąpcie jak inni, i nie myślcie, że temu waszym rozumem zaradzić będziecie mogli, czemu cała Rzeczpospolita podołać nie zdoła. Dobrą jest rzeczą i godziwą odwołać się do łagodności panującego, ale zaiste najgorszą zapalać zawziętość przez długie nadużywanie jego cierpliwości. To zaś musi nastąpić, jeżeli nie zaniechacie waszej lekkomyślności, której niezawodnym końcem będzie zburzenie do szczętu tego klasztoru... Wstręt i unikanie spraw świeckich, jest orężem zakonnego zgromadzenia. Cóż macie do czynienia z wrzawą wojenną, — wy, których przepisy zakonne powołują do samotności i milczenia? Zastanówcie się dobrze, aby puklerze, któreście wzięli zamiast różańców, nie przyniosły wam ostatecznej zguby«... Z zachmurzonem czołem słuchali tej namowy Paulini, a Kordecki zbył go oświadczeniem, że jutro otrzyma stosowną odpowiedź. Tymczasem gdy się dzień chylił ku zachodowi, zniecierpliwiony zwłoką powrotu tego szlachcica nieprzyjaciel, kazał strzelać, na co z fortecy zaraz mu odpowiedziano wystrzałami, i wracający szlachcic-nieborak, wśród kul z obu stron latających, w niemałym był niebezpieczeństwie, które dla głosiciela złych i zdradliwych rad było przestrogą, żeby w inny sposób wysługiwał się miejscu świętemu. Gdy jednak pomimo przestrogi nazajutrz znowu sam przyszedł po odpowiedź, zbyty nic nieznaczącą odpowiedzią, powiedział Millerowi: »Te mnichy nie mają rozumu, są lekkomyślni i zuchwali«. Posiew jednak zdradliwy wydał zgubne owoce. Namowa tego szlachcica sprawiła, że niektórzy z załogi, przerażeni obawą o los swój, zaczęli między sobą naradzać się kryjomo nad wydaniem twierdzy Szwedom, i już skłonili do tego jednego puszkarza i porucznika. Inni znowu zamierzali tajemnie uciekać. Ostrzeżony na razie Kordecki dzielną i skorą radą zniweczył nikczemne zamysły. Nakazał na nowo wszystkim składać przysięgę, że do ostatniego tchu życia będą bronili odważnie Jasną Górę; przekonanego zaś o zdradę porucznika wraz ze wspólnikami zdrady wypędził z twierdzy. Widocznie Miller tracił nadzieję zdobycia Jasnej Góry, kiedy ciągle nasyłał plenipotentów i adwokatów swoich dla skłonienia Paulinów do poddania się. Jakoż w ślad za onym szlachcicem zjawił się znowu Seweryn Kaliński, starosta bracławski i pułkownik jazdy polskiej i znowu począł namawiać Paulinów do poddania się Szwedom, a kiedy mu Zamojski (miecznik sieradzki, herbu Poraj) jako wojenny dowódzca twierdzy słusznemi dowodami wykazywał niegodziwość poddania się, Kaliński, zwolennik »ugody« ze Szwedami, powstał na Zamojskiego, mówiąc: »cóż to, Panie Zamojski, mniemacie, że tu sejmiki się odbywają i że próżną gadaniną i wykrętnemi dowodami możecie oprzeć się rozkazom Najjaśniejszego króla szwedzkiego. Wszak i my przecie dbamy o całość i pomyślność naszego kraju, ale roztropniej je pokładamy w łasce i opiece jego«. Krótko i z przyzwoitą godnością odparł Zamojski hardą i zdradliwą mowę Kalińskiego. Nadeszły wreszcie działa straszliwe; i wśród ciemnej nocy tak tajemnie zostały podciągnięte pod twierdzę i ustanowione, iż straż na murach, chociaż pilnie czuwała, przecież wtedy dopiero spostrzegła, kiedy raptowny, okropny huk i przeraźliwy łoskot wystrzałów z burzących dział, śpiewających w chórze jutrznie zakonników zagłuszył. Zdawało się, że piekło paszczę swą otwarło, i wyzionęło całą swą wściekłość, miotając nieustanny, gęsty i straszliwy ogień z dwóch stron przeciwnych, od północy i południa, jakoż 340 kul przez ten dzień padło. Pomimo to Paulini nie przerwali swego nabożeństwa; przeciągnęli je nawet, a potem z Najświętszym Sakramentem, śpiewając suplikacyę, przy odgłosie wszystkich dzwonów po pod murami wokoło twierdzy odprawili procesyę z największą uroczystością, jakby nie zważając na to, co się wokoło nich działo; chociaż straszne działy się tam rzeczy; ogromne złomy walących się murów po pod nogi im się sypały, i świszczące kule bez przerwy jak grad ponad głowami ich przelatywały. Z tem wszystkiem Paulini zwyczajnym porządkiem, bez pośpiechu, z największą solennością, kończyli swoje nabożeństwa. I dopiero po skończonem nabożeństwie każdy ruszył na swoje miejsce, i wedle sił przykładał się do najdzielniejszej obrony. W tym dniu padły od kul trzy konie, dwa koła u armaty przy północnej baszcie strzaskano, a jedno działo uszkodzono i siedmiu ludzi poległo. A chociaż te wypadki sprawiły cokolwiek zamieszania wśród obrońców, nikt jednak serca nie stracił, ani rąk opuszczał, lecz wszyscy z zapałem największym brali udział w obronie. Jedni zataczali działa, drudzy pomagali do ich ustawienia, inni znosili kamienie, ziemię, drzewo, nawóz dla zapełnienia wyłomów w murach. Stojący zaś na murach tak celnie strzelali z rusznic do puszkarzy, iż ci nie mogli dobrze niemi kierować, własnem niebezpieczeństwem zagrożeni, już to przerażeni, widząc tuż obok siebie wielu ze swoich padających. Było to 10-go grudnia. Około południa nieprzyjaciel wstrzymał ogień i wysłał dobosza z zapytaniem, czy Paulini nie odmienili swego uporu, i czyli nie zgadzają się na poddanie twierdzy. Odpowiedziano, jak zwykle, że w rzeczy tak ważnej muszą do jutra się namyślić. Na tę odpowiedź, uniesiony złością niepohamowaną, kazał na nowo straszliwy ogień rozpocząć i ogniste rzucać pociski, okropnym łoskotem, jakby piorunami, powietrze i ziemię wstrząsając. Szczególne jednak zdarzenie wstrzymało zajadłość niecierpliwą Millera, gdy wskutek zapalenia prochu pięciu artylerzystów oślepło i puszkarz kulą działową został zabity. — A rzecz tak się miała: Przy wschodnim bastyonie kierował armatą pewien Niemiec, którego wierność była podejrzana, i który zwykle nieprzyjacielowi leniwie odpowiadał, ale tym razem sam nieprzyjaciel pobudził go do gorliwszego działania. Dostawszy bowiem ów Niemiec kontuzyi od kuli szwedzkiej, czy to przestrogą Boską, czy też bólem i gniewem poruszony, tak trafnie działo wycelował, że armatę szwedzką rozerwał i puszkarza na miejscu zabił. Po tym wypadku wstrzymał się od działania nieprzyjaciel, ale nie na długo, gdyż w niedzielę, za radą zdrajców — mówi Kordecki — którzy wybadawszy stan fortecy, wskazali mu słabą jej stronę przy zachodnim bastyonie; w tę stronę zwrócił swe szturmowanie. Za późno jednak, gdyż Czarniecki dziwnem przeczuciem, jakby wyższem natchnieniem, basztę tę podczas nocy na- leżycie umocnił. Gdy więc i tu, pomimo największego wysiłku, nic nie wskórał, począł znowu namawiać oblężonych do poddania się, ale Kordecki i teraz, jak i przedtem, odpowiedział, że w rzeczy tak wielkiej wagi trzeba dłuższego namysłu. Tymczasem źle odzianym Szwedom wzmagające się coraz bardziej mrozy dotkliwie dokuczały. Poczęli więc dla rozgrzania się w długich zimowych nocach palić ognie, i tem samem wskazywali swoje stanowiska i wystawiali się na pociski. Jasnogórscy bowiem, korzystając z tej sposobności, strzelali do tych ogni, przy których zbierali się Szwedzi, i tem zmuszali ich, że dla ocalenia życia musieli wyrzec się grzania i marznąć od zimna. Kordecki wnosząc, że srożące się mrozy zmuszą Szwedów do przyspieszenia ostatecznego napadu, tem bardziej przygotowywał się do obrony. Kazał przysposabiać maczugi nabite gwoździami, drągi osadzać żelazem, znosić kamienie wielkie dla tłuczenia włażących na mury, gromadzić rumowiska, kosze napełnione ziemią dla zapychania mogących nastąpić w murach wyłomów. Tymczasem strzelanie z obu stron nie ustawało, a pod wieczór trafny strzał ze śmigownicy, skierowany do stanowiska Millera, kładącego się spać jego siostrzeńca w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie to, że ustąpił był swego łóżka siostrzeńcowi. Ciało z wydartemi wnętrznościami okropny przedstawiało widok. Nie wstrzymało to jednak Millera, lecz pobudziło go do większej jeszcze zawziętości. Jakoż nazajutrz o świcie postrzeżono z klasztoru, że pomimo gęstych strzałów z fortecy, ustawili byli Szwedzi podczas nocy w nowym szańcu niezmiernej wielkości działo, nieopodal murów. Ale nim z tego działa poczęli Szwedzi strzelać, wykierowane z twierdzy celne strzały działo to zdemontowały, i będących przy niem puszkarzów powybijano. Następnej znowu nocy podsunęli Szwedzi jakąś oblężniczą machinę, lecz i tę machinę strzałami zdruzgotano, a będących przy niej robotników częścią z rusznic ubito, a resztę zmuszono do ucieczki. Niemałą trwogą napełnił Millera i następujący wypadek: gdy rozmawiał z jednym starszej rangi Szwedem w swojem mieszkaniu, znienacka kula wpadła i tego Szweda tuż obok Millera trupem na miejscu położyła. Tem większą zapalony złością i chęcią zemsty na Jasnogórskich obrońców, gdy szturmy i ataki nie udawały się mu, zamierzał podkopać się pod mury i klasztor minami w powietrze wysadzić. I w tym celu, jak już wspomnieliśmy, sprowadzonym z Olkusza górnikom kazał czynić podkopy, a gdy ci już zbliżali się do murów, rozpuścił wieść, że górnicy natrafili na przechód podziemny, i miny już zostały założone dla wysadzenia klasztoru. I z tą wieścią wysłał do klasztoru posłańca na zastraszenie oblężonych. I rzeczywiście wieść ta niemałegoby strachu napędziła, gdyby przytomność Kordeckiego nie rozproszyła tej obawy. Jakoż Kordecki na tę wiadomość o minach odpowiedział: »Jeśliście prochy podłożyli pod klasztor, dlaczegóż ich nie zapalacie? Dlaczegóż chcecie otrzymać to namową, co jest w waszej mocy? Napróżno tylko się chlubicie. Wreszcie my oddawna gotowi jesteśmy umierać«. Z tem wszystkiem myśl ta, że klasztor jest podminowany, niektórych, już i tak niespokojnych o los swój bardzo zatrwożyła, a do zaniepokojenia przyczyniło się zarazem jeszcze i to, że szlachta okoliczna, zastraszona przez rozgłoszenie tej wieści o minach, zbiegła się odbierać z twierdzy swoje rodziny, jako z miejsca zagrożonego. Wielka odpowiedzialność ciążyła na głowie Kordeckiego, nie ugiął się jednak. Przewidując, że gdyby wysłał z twierdzy kogokolwiek, wielu zechciałoby naśladować, a pozostali straciliby ostatecznie ufność w możności obrony. Nie pozwolił więc nikogo wypuszczać, oświadczając stanowczo, że za bezpieczeństwo wszystkich ręczy i że ma środki obronić klasztor. Pomimo to jednak kilku szlachty, znużeni przykrościami oblężenia i trudami obrony, przyszli do Kordeckiego, w obecności O. Jana Stradomskiego kaznodziei, zapytując: »na co on, zwlekając poddanie się, czeka, skoro, po głębszem rozważeniu niema żadnej nadziei jakich bądź posiłków. Nieprzyjaciel, co owładnął całą Polskę, nie da próżnym uporem naszym odstręczyć od oblężenia Jasnej Góry, która jedynie pozostała w całej Polsce do zdobycia. Mówili dalej, że mocno się dziwią, co wstrzymuje Przeora od układów z nieprzyjacielem, skoro niezbędna konieczność wymaga, aby wejść z nim w »ugodę«; tem bardziej, że nieprzyjaciel poprzestaje na warunkach, które mu podamy, czego potem od rozjątrzonego wroga, po wzięciu szturmem twierdzy, spodziewać, się nie można. Na to odpowiedział im Kordecki: Nie na wszystko, czego żądamy przyzwoli nieprzyjaciel. Chcemy zaś, aby miejsce to, Przenajświętszej Matce poświęcone, nigdy bezbożną stopą heretycką nie było skalane. Wy, miłościwi panowie, złamani trudami, pragniecie sprowadzić rzecz do układów ugody z nieprzyjacielem, aby uwolniwszy się od przykrości oblężenia i niewygód wojny, używać mogli nadal bez troski błogiego pokoju. Czyż myślicie, że po poddaniu się naszem, będziecie wolni od wszelkich klęsk wojny, gdy z klasztoru wyjdziecie. Zważcie, co przez poddanie się zyszczemy. Oto, może ztąd wyniknąć, że my, którzy teraz chlubnie za wiarę i Ojczyznę z bezbożnym napastnikiem walczymy, potem z hańbą i wstrętem na rozkaz tegoż bezbożnika za niego i dla niego zmuszeni będziemy walczyć przeciw własnej Ojczyźnie (przykład, że poddawszy się Szwedom, wojska kwarciane teraz pomagają im w zdobyciu klasztoru), albo co niezawodna, że jako podejrzani, z klasztoru wygnani przez niego zostaniemy. Poddanie się więc, stanie się dla nas źródłem nieszczęść i klęsk; przeciwnie, jeśli znosząc mało znaczące niewygody, przy pomocy Bożej pokonamy nieprzyjaciół, wtenczas dopiero osiągniemy niezawodnie pewny i stały spokój«. W ślad za szlachtą przyszli i zakonnicy niepokoić Kordeckiego. Przywiązani do życia, wzdychając do spokoju i wygódek, pragnęli koniecznie ugody z nieprzyjacielem, i mówili: „Nie przystoi, aby zakonnik, który się wyrzekł świata a przyjął duchowną służbę Chrystusa, uzbrajał się mieczem i krew przelewał. Ulegając raczej nieprzyjacielowi z konieczności, dopuszczonej z woli Bożej, powinniśmy dbać o swoje ocalenie“. Na to odpowiedział Kordecki: »W jakikolwiek sposób, czy przez poddanie się, czy przez gwałt dostaniemy się pod władzę Szwedów, jeden i tensam los nas czeka. — Wprawdzie przez poddanie się będziemy mogli na razie życie nasze ocalić, ale z czasem, albo wbrew naszej woli wypędzą nas z klasztoru, albo zmuszeni największymi uciskami, sami ustąpimy, i wskutek tego nastąpi zaniechanie na tem miejscu służby Bożej, i wtenczas niebędzie już żadnego sposobu poprawienia naszego błędu. Nie pomni jesteśmy o najwznioślejszym a zarazem sumiennym obowiązku naszym obstawania przy Bogu, i oddania za Niego ochotnie życia naszego. A więc, chociażbyśmy wiedzieli, że nieprzyjaciel przemoże nasze siły, przecie jak długo możemy, powinniśmy sobie uważać za chlubę i zbawienną rzecz, za cześć Boga walczyć. Pilnie i to zważyć potrzeba, żeśmy się podjęli bronić kościoła i dobra całej najdroższej Ojczyzny. Zaiste, jeśli Pan Bóg postanowił Ojczyźnie naszej wolność przywrócić, o czem wątpić nie należy, cała moc jej ocalenia z tej Jasnej Góry wyniknąć musi, bo ona jedna tylko dotąd ocalała, gdy wszystko już uległo wrogowi. Tu Najdostojniejsza Pani Nieba, poczytując sobie za rzecz miłą mianować się Królową Polską, uczyniła Jasną Górę stolicą tego swego królestwa; — i jak ztąd wypływa źródło łask Bożych na uzdrowienie dusz ludzkich i wszelkich ludzkich słabości, ztąd także wynijdzie moc zbawienia i dla całej naszej Ojczyzny. Tu Przebłogosławiona Pani poda znowu obronną rękę nieszczęśliwej Ojczyznie, i podźwignie ją z upadku, abyśmy poznali, że Królestwo Polskie jedynie tylko łaską, mocą i opieką tej swojej Królowej do dawnej świetności przywrócone być może. Słowa te natchnione Kordeckiego, wlały życie w upadających na duchu. Żeby zaś utwierdzić załogę w postanowieniu bronienia się, i dodać większej odwagi i ochoty, po złożonej naradzie postanowiono zrobić wycieczkę, a wycieczkę śmiałą, niemal zuchwałą, bo już wśród jasnego dnia; zwłaszcza, że nieprzyjaciel po poprzedniej porażce, czujniejszym w nocy być się zdawał. Dwudziestego więc grudnia waleczny Stefan Zamojski o godzinie 1-szej popołudniu z oddziałem odważnych wojowników wyszedłszy z podziemiów wałowych, najprzód pozabijał z wyjątkiem dwóch, wszystkich górni- ków olkuskich, którzy podkopywali się pod klasztor dla wysadzenia go w powietrze minami, potem nagle napadł na pobliską bateryę szwedzką i dwa działa zagwoździł. Następnie z wielkim okrzykiem odważnie pędząc cwałem rozproszone oddziały nieprzyjacielskie, ścieląc ich trupem, uniesiony wojennym zapałem, wpadłszy do samego obozu, wielką tam rzeź, między zdumiałymi i niespodziewającymi się napadu Szwedami, sprawił. Ochłonąwszy nierychło z przestrachu, hufiec szwedki w sto koni wyruszył przeciw Zamojskiemu, ale było już zapóźno, owszem rażony mocno celnymi wystrzałami działowymi z twierdzy, z wielką stratą cofnąć się musiał. Zamojski tymczasem jednego tylko straciwszy, tryumfujący, witany okrzykiem radości, do twierdzy powrócił. Wycieczka ta nastąpiła, jak wyżej wspomnieliśmy 20 grudnia. Zmieszany tym śmiałym napadem nieprzyjaciel przez dwa dni następne (21 i 22) zupełną spokojność zachował, trudniąc się wysłaniem do Krzepic dla pogrzebania trupów znaczniejszych swoich oficerów, pobitych w tej wycieczce. Jasnogórscy jednak niedawali Szwedom pokoju, i od czasu do czasu witali ich strzałami, a jeden taki strzał nie mało strachu Szwedów nabawił, gdy bowiem Miller siedział przy stole wieczorem, biesiadując ze starszyzną, nagle kula działowa przebiwszy w rogu ścianę, upadła pośród nich i wielkie spustoszenie tam sprawiła, i biesiadujących rozpędziła, tak, że każdy bez pożegnania się co tchu zmykał, a Miller zaraz swoją kwaterę odmienił. Przykre zaiste było położenie Millera. Wobec takiej zuchwałej odwagi oblężonych — dopiero poznawał, że ze wstydem, nie zdobywszy Jasnej Góry, wypadnie mu odejść. Żal mu także było i tych skarbów Jasnogórskich, na które się łakomił. Postanowił więc jeszcze próbować zdobycia i w tym celu czynił największe, ostateczne przygotowania. Po tylu jednak bezskutecznych wysiłkach snadź nie ufając już sobie, próbował jeszcze namowy do poddania się. Ale teraz sądził, że wypada do namowy dołączyć i groźby. Jakoż 24. grudnia wezwał klasztor do bezzwłocznego poddania się, w przeciwnym razie groził, że po zdobyciu klasztoru — klasztor do szczętu zburzy, a wszystkich tam będących bez żadnego wyjątku w najokropniejszy sposób bez żadnego miłosierdzia wymordować każe. Jednocześnie i Jacek Brzuchański — mieszczanin, przebrawszy się za żołnierza kwarcianego, przelazłszy zręcznie przekop wrzucił na mur worek z rybami i list, w którym opisywał wielkie przygotowania Szwedów do szturmu. W odpowiedzi Millerowi, na jego wezwanie, Kordecki w uprzejmym liście prosił o zawieszenie broni na dzień jutrzejszy, jako uroczystość Bożego Narodzenia. Ale nie było już nikogo, ktoby się odważył zanieść mu tę odpowiedź, ponieważ gdy przedtem z odpowiedzią chodzili Paulini, Miller, nie zważając na ich poselski charakter, zabezpieczający ich od wszelkiej jakiejbądź przykrości, zatrzymywał ich i groził, że ich powiesi, jeśli klasztor się nie podda. Otóż gdy nikt do Szweda iść nie chciał, oświadczyła gotowość swą staruszka, żebraczka Konstancya, która się tuliła w szczelinie skały przy wałach i nie- jedną wyświadczyła była klasztorowi przysługę. Gdy tedy jako poseł z listem Kordeckiego stanęła przed forpocztami szwedzkiemi, z szyderczym śmiechem odprowadzoną została do Millera. Odpisał już nie Miller, ale w jego imieniu Wejhard Wrzeszczowic, żądając, żeby bezzwłocznie przysłał klasztor zapewnienie, że po skończonej uroczystości niezwłocznie w ślad za tem się podda. Na to Kordecki już nie odpowiadał, lecz całą noc gotował się do obrony. Wszędzie był: na wałach, przy armacie, pomiędzy stróżami, w arsenale i w kościele. Wszędzie zapał święty, jakim był natchniony, wlewał we wszystkich, zalecając czuwanie i poświęcenie się dla obrony miejsca świętego. Wielki tymczasem słychać było w obozie szwedzkim ruch i gwar; porozpalano ognie wokoło, koczujące przy nich gromady zbrojnych przy płomieniach wśród ciemnej nocy jak dyabły wyglądały; szczęk przenoszonej broni, skrzypienie kół wiezionych dział do nowych bateryj, krzyki, wołania — wszystko zapowiadało niezawodny a straszny co chwila napad. Tak noc przeszła — aż do południa. O samem południu (25 grudnia) zaledwo skończyło się nabożeństwo, zagrzmiały działa od północy, a kule tak silnie uderzały w mury klasztorne, że przedziurawiwszy takowe, wśród kurzawy po kurytarzach, tu i ówdzie odbijając się od ścian, z przeraźliwym świstem latały. Najwięcej rzucał Szwed pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych i prochem wypełnionych. Wszakże ani ognia wzniecić, ani ludziom szkodzić nie zdołał. Kordecki z Zamojskim i Czarnieckim wszędzie na murach byli obecni, wszędzie pierwsi przykład odwagi i zimnej krwi dawali; żarliwem upomnieniem wlewali zapał w serca walczących. A gdy z dział kule w klasztor i kościół gwałtownie bez przerwy jakby gradem biły — tymczasem 10 tysięcy Szwedów ze wszystkich stron otoczywszy twierdzę, przypuszczali wściekłe ataki; wdzierali się po drabinach, i już zda się murów sięgali, gdy ich oblężeni maczugami, gwoździami nasadzonemi, bryłami kamieni, belkami, drągami żelazem obsadzonymi, w doły spychali i z rusznic zabijali i wrzącą wodą z kotłów wylewaną parzyli. Na wieży tymczasem śpiewy i muzyka w najsilniejszych tonach się odzywała; na zrębie murów powiewała wysoko chorągiew z obrazem Matki Bożej; Kordecki z krzyżem w ręku, samą swoją natchnioną postacią z wzniesionym do nieba wzrokiem, zdawało się stał na straży i potęgą jakąś nadprzyrodzoną odpychał zapędy Szwedów. Już był wieczór, a szturmy trwały bez ustanku, wciąż odpierane i na nowo się wzmagające, gdy wtem nagle straszny i okropny huk rozległ się w powietrzu, i aż wszystkie naraz wstrzęsły się ściany klasztoru; i wnet potem ustał ogień nieprzyjacielski, i nastąpiła jakby grobowa cisza. Huk ten powstał ztąd, że najpotężniejsza machina oblężnicza, na której działaniu najwięcej Szwedzi polegali, rozerwaną została. Zatrąbiono więc na odwrót i Szwedzi z pod murów radzi nie radzi odstąpili, i w nieładzie pomaszerowali do obozu, zostawiwszy na placu i w dołach wielką liczbę zabitych i poranionych śmiertelnie. Na odchodne muzyka na wieży zagrzmiała marszem tryumfalnym — a potem radośną kolendą świętą witała mężnych obrońców. Zaledwo atoli umilkły działa, przybył do bram twierdzy posłaniec Millera z listem do Kordeckiego, w którym karcąc surowo hardość zuchwałych mnichów, zowiąc ich »buntownikami«, żądał, aby natychmiast przysłał mu
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Częstochowa w obrazach historycznych.
