Read here

Być albo nie być

Wacław Sieroszewski · 1909 · Free in the US

29,948 words · about 2 h 6 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1909 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Być_albo_nie_być&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Wacław Sieroszewski
Language
Polish
Published
1909
Length
29,948 words · about 2 h 6 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 3 min
  3. I about 4 min
  4. II about 6 min
  5. III about 8 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 8 min
  8. VI about 7 min
  9. VII about 7 min
  10. VIII about 3 min
  11. IX about 3 min
  12. X about 10 min
  13. XI about 1 min

Continue:

Front matter

BYĆ ALBO NIE BYĆ.

I • II • III • IV • V • VI VII • VIII • IX • X • XI

całość

BYĆ ALBO NIE BYĆ.

I.

— Imię? — Edward... — Nazwisko? — Zaremba... — Lat? — Dwadzieścia pięć... Po każdej odpowiedzi dyrektor więzienia zaglądał do papierów i sprawdzał. — Rozbierz się!... — zakończył surowo. Więzień nie ruszył się, tylko drgnęły mu i pobladły wilgotne, młode wargi, tylko zadrżały długie rzęsy opuszczonych powiek. Dyrektor spojrzał nań zezem i zrobił nieznaczny ruch głową dwóm stojącym u drzwi dozorcom. — Rozbieraj się! — powtórzył jeden z nich, biorąc za łokieć młodzieńca. — No, dalej!... — dodał drugi, popychając go zlekka ku ścianie. A gdy więzień trwał dalej w pozornej obojętności, zaczęli brutalnie rwać na nim odzież, rozpinać mu kamizelkę, spodnie, zdzierać je na dół. Chwytali go za rękawy i rozkrzyżowywali w powietrzu ręce; z tłumioną nienawiścią i odrazą schylali mu się do kolan. Więzień dyszał coraz gwałtowniej. Gdy zaczęli szarpać na nim bieliznę, zrobił słaby, odpychający ruch ręką i szepnął głucho: — Puśćcie... ja... sam... Lecz już go nie puścili, choć latającemi rękami rozpinał spiesznie guziki i sam się obnażał. Przeciwnie, ich twarde, ciemne palce z brudnymi pazurami, nurzały się teraz z widoczną rozkoszą w jego różowem ciele, znacząc wszędzie czerwone, brzydkie ślady. Po dotkniętych mięśniach przepływały wstydliwe, bolesne drżenia, niby fala po wodzie wstrząsanej od dna. Wreszcie stanął, zupełnie nagi, w szarem świetle okna, świeży, drgający, piękniejszy w swem wzburzeniu i różowej łunie krwi od białych greckich posągów. Jasna, Chrystusowa broda spływała mu na wznoszące się wysoko piersi, dokoła rozgorzałej twarzy wiły się kasztanowate włosy niby lwia grzywa. Szafirowe oczy płonęły, jak dwa ciemne, połyskliwe karbunbuły. Wyprostował się i spojrzał wyzywająco na dyrektora więzienia. Sucha, ostra, ziemista twarz tego nie zmieniła się ani na jotę, drewniana, stożkowata głowa na włos nie poruszyła się w zielonym, szytym złotem kołnierzu. — Pod miarę!... — mruknął w przestrzeń. Dwie pary dłoni, szorstkich jak podeszwy butów, ujęły młodzieńca za gołe ramiona i pchnęły w kąt. Grubiańsko chwytając za żebra i lędźwia, przycisnęły go, wyciągnęły wzdłuż słupka, po którym spadła mu na głowę z szelestem gilotyny drewniana kantówka. — Siedemdziesiąt pięć!... Dyrektor znów sprawdził w papierach. — Zrewidować!.. — rzucił, wstając i przykrywając dłonią ziewnięcie. Wywlekli więźnia na światło pod okno, zajrzeli mu do ust, do nosa, dłubali zapałką w zepsutym zębie... Palce ich, niby bezwstydne węże, wdzierały się we wszystkie składeczki, w pazuchy, w zagłębienia, w najtajniejsze otwory jego ciała... Wydało mu się, że nie odzież, lecz samą skórę i żywe mięso zrywają mu z kości, że niby u szpitalnego trupa lub nieszczęsnej ladacznicy, wywrócono mu na wierzch, wynicowano na słońce najbardziej sromne wnętrzności. Zgasły mu płomienie w oczach i na obliczu. Pierś już nie wznosiła się burzliwie, lecz trzęsła, drobnym ruchem żałosnym, jak trzęsą się liście jesienne w dżdżysty, posępny dzień... Ramiona zwisły, policzki zapadły i zmartwiały... Nie patrzał na nikogo... Utkwione w ziemię oczy nie widziały nawet desek podłogi... Na rozkaz »ubierz się!« już sam schylił się pokornie jak po łaskę do kupy zgrzebnej bielizny, do szarych ohydnych szmat samodziału i począł wdziewać je pospiesznie. Dyrektor uśmiechnął się niepostrzeżenie a ironicznie. Młodzieniec, ubrany w małpio-kuse, szaro-żółte spodenki, w takąż nieludzko brzydką kurtkę, w rozmamanej na piersiach za ciasnej koszuli, w ciżmach płaskich jak gęsie łapy, ciężkich i cuchnących, jak stare chomonto, czuł się śmiesznym, odpychającym, niezgrabnym. Lękliwie czekał, co z nim jeszcze zrobią... — Ogolić i zakuć!.. Dziesięć funtów... Wyprowadzono go na korytarz, gdzie już czekał balwierz, taki sam jak on, żółto-szaro-małpi aresztant. Plugawym ruchem bitego psa, wtulając pół-ogoloną głowę między wzniesione ramiona, więzienny Figaro ukłonił się łaszcząco otwartym drzwiom kancelaryi, w głębi której widniała zielona plama munduru naczelnikowego. Ręką wskazał Zarembie brudny, stojący w pośrodku stołek i śliznąwszy się wywiadowczym wzrokiem po twarzy przybysza, uśmiechnął się wilczo. Młodzieniec postąpił kilka kroków jak we śnie i siadł niezgrabnie na stołku z brzydko rozkraczonemi nogami. Balwierz zarzucił mu cuchnącą ścierkę na plecy, obetkał ją wprawnym ruchem pod szyją. Zimne plugawe nożyce, zakłamsały dokoła głowy i drgających policzków młodzieńca... Miał wrażenie, że jest w letargu i że kły pożeraczy trupów — szakali czy hyen — odgryzają go z resztek ludzkiego kształtu... Nie mógł wstrzymać mimowolnych ruchów głową, co wywołało u balwierza znaczące przytrzymywanie w powietrzu rozdziawionych ostrzy i migotliwe, niespokojne spojrzenia w stronę dozorców. Zaremba też mimowolnie w tamtą stronę spozierał, gdzie wzdłuż tucznych, obleczonych w szare mundury ciał, zwisały czerwone łapy ze sprośnymi, brudnymi palcami. Ściskał zęby i zamierał znowu na chwilę bez ruchu. Na kolana padały mu raz po raz kasztanowate loki, kawałki miękkiej jak jedwab, nigdy nie strzyżonej brody... Wreszcie nożyce szczęknęły mu pod nosem i od jednego zamachu obcięły wąs... Poczuł z rozpaczą pod powiekami zdradzieckie, małoduszne, palące łzy... — Nie! Nigdy!... Znowu otworzył szeroko i dumnie oczy. W tej chwili struga cuchnących mydlin polała mu się z czaszki na czoło i twarz. Zmrużył powieki. Co za szczęście!?... Nic nie spostrzegą!... Mógł pozwolić swobodnie płynąć łzom, gdyż nikły bez śladu w potokach tych pomyj!... Gdy mu potem łańcuchy nakładano na nogi, gdy na wielkiem kowadle zakuwano ich obręcz u stóp wielkimi nitami, zaklepywano je z łoskotem, zda się na wieczne czasy, już nie czuł wzruszenia, jeno słabość niezmierną, jeno tępy ból zgwałconej kobiety, obojętnej już na wszystko i pragnącej jedynie za wszelką cenę rychłej samotności. Paść na piersi, przytulić twarz do wszechogarniającej ziemi!... Dozorcy kazali mu unieść łańcuch w połowie rękami i powiedli go przez dziedziniec, mimo murowanego, wielkiego gmachu z oknami zakratowanemi. Na kamiennych stopniach wejścia, u wielkiego dzwonu pod daszkiem, stał tam taki sam jak oni wartownik. Padał deszcz. Z szarego nieba leciała rozpylona na mgłę woda. Z wysokich okapów spadały z żałobnym szmerem niezliczone szeregi brudnych łez. Z rynien tryskały na bruki pieniste potoki. Zakuty Zaremba stąpał za szeroko, hałaśliwie dzwonił, uderzał okową o okowę i czuł jak one wpijają mu się ostrymi brzegami w nagie stopy, jak rwą ciało, chciwie piją krew... Poślizgnął się, zachwiał, broczył już krwią, ale skoro zatrzymał się, aby poprawić kajdany, dozorcy krzyknęli nań pogardliwie: — Czego tam!?... Ruszaj dalej!... Co za czułości!... Tu nie balet!... Za węgłem wielkiego budynku, naprzeciw ślepej jego ściany stał pod kątem długi dom parterowy z niewielkiemi jakby ku górze wzniesionemi oknami. Dalej oraz z boku wznosił się wysoki tynkowany mur. W tym kącie było tak samotnie, iż wydawał się on więźniem więzienia. Do budynku prowadziło kilka stopni kamiennych, nakrytych przyzwoicie blaszanym ganeczkiem. Dozorcy wprowadzili na nie Zarembę i zastukali do mocnych drzwi, okutych grubemi sztabami.

II.

Długi, bielony wapnem korytarz. — Przez wielkie okna jednej ze ścian wpadają słupy bladego światła bez cieni i barw. Brutalnie odrzynają się na nich czarne krzyże grubych krat. Szyby ślepe, karbowane, pozbawione widoku, zieją martwotą i chłodem zimnych tafli lodowych. Po drugiej stronie korytarza rzęd drzwi czarnych, zamczystych a w końcu korytarza mała, tajemnicza, mocno zawarta furteczka. Zastałe powietrze przesyca przykry odór szpitala i koszar. Czuć wszędzie ludzi, a jednak nic nie słychać w grobowej niemal ciszy... Zaremba mimowoli podciągnął wyżej dźwigane łańcuchy i stąpał nieśmiało wśród idących na palcach dozorców. Ale trwało to krótko. Wyczulony w więzieniach słuch jego uchwycił za niektóremi drzwiami jakby słabe echo, jakby stalowy oddźwięk łoskotu jego kajdan... Serce w nim drgnęło i zatrzepotało się... Miał ochotę zatrzymać się i krzyknąć: — Witajcie bracia! Otom przyszedł dzielić z wami katuszę!... Walczył z potęgą dławiącej ciszy, z nieśmiałością niezwykłego zamiaru, z obawą niewiadomej obelgi... Zwolnił kroku... — Ruszaj!... Spiesz się!... — szeptali, popychając go dozorcy. Wtedy puścił okowy i nie zważając na palący ból przetartych ran, powlókł je z piekielnym szczękiem za sobą. Zdumieni dozorcy stanęli. — Cicho!... Podnieś!... Trzymaj!... A gdy nie ruszał się, jeden z nich schylił się i grubijańsko poderwał łańcuchy... — Poczekaj ścierwo!... Popamiętasz!! Daleko jeszcze?... — Tutaj! pięćdziesiąty szósty... Drzwi celi stały otworem. Zanim Zaremba zdążył się opamiętać, gwałtownie potrącony znalazł się za progiem i czarne wieko ciężko się za nim zawarło. Długa, jak trumna, jak trumna wązka i jak trumna czarno malowana od podłogi do połowy ludzkiego wzrostu. Wyżej wznosiły się sino-szare ściany, a między nimi tkwił sino-szary monolit mogilnego powietrza. W górze małe, ślepe okienko, mocno zakratowane, ze ściąłem ukośnie podokniem. W dole błyszcząca, czarna, asfaltowa posadzka. U ściany żelazna klapa — stół, a obok poniżej żelazna klapa — stołek. Dalej ku oknu pod tą samą ścianą żelazna prycza — łóżko, też klapa podniesiona i zamknięta na klucz. U przeciwnej ściany w rogu koło drzwi, pod kranem wodociągu czarna koncha umywalni z grubego, wewnątrz biało polewanego surowca. A w samym rogu na podłodze blaszane wiadro z pokrywą... Nic więcej! Obejrzał wszystko jednym rzutem oka. Aha! Na ścianie nad łożem, na zakurzonej brudnej tekturze więzienne prawidła... Podszedł i zaczął czytać. Długa litania rzeczy wzbronionych... Wzburzenie ucichło. Przykra słabość szła od kolan po mięśniach i stawach. Puszczone poraz wtóry kajdany z brzękiem upadły na podłogę. Ciągnąc je za sobą, postąpił kroków kilka ku stołkowi. Jednocześnie trzasnęła we drzwiach zasówka »judasza« i w otworze zaszkliło się oko. Patrzał chwilę w to oko i myślał. — Tak będzie... Nie, nie!... Nie trzeba... Nie teraz... Mam czas!... Trzeba się zagospodarować!... Usiadł. Starta rana na nodze dolegała mu srodze. Krawędź żelaznego pierścienia wżarła się głęboko w ciało. Uniósł stopę, zdjął ciżmy i odkręcił kran. Przyjemnie zaszemrała struga płynącej wody w ciszy tego grobu. Chwytał ją w blaszany kubek i ostrożnie polewał zranioną nogę nad otwartem wiadrem. W tem znów trzasnął zdradziecki »judasz« a potem z cichem ziewnięciem otwarła się poniżej drewniana klapa okienka. — Nie wolno wody bez potrzeby wypuszczać!... Proszę się zachowywać spokojnie! Wskazał w milczeniu na swą zranioną nogę. — Myć wolno się tylko z rana! Blado zielone oczy patrzały nań z tym samym spokojem, co ślepe błony więziennych szyb; białawo-żółte kolące wąsy ruszały się jak żądła. Chciał odpowiedzieć, spytać się, lecz klapa już podniosła się i zacięła, jak dziwaczna paszczęka rozgniewanego kraba. Rozważał, czemby jeszcze czas zapełnić. — Nareszcie... muszą mi przecie dać jeść!... Przypomniał sobie, że dziś jeszcze nie miał nic w ustach i głód zaczął mu drążyć osłabłe i wyczerpane ciało. — Choćby położyć się i wyciągnąć na chwilkę!... Podszedł do pryczy i uważnie obejrzał zamki, zawiasy i żelazną ramę z naciągniętym pośrodku płóciennym wyrkiem. Prawidła wyraźnie oznaczały godziny otwierania i zamykania łóżka. Na nic by się nie zdało prosić. Zresztą prosić nie chciał. Usiadł przy stole, oparł głowę i próbował drzemać. I sen nagły trwożny spadł nań niespodzianie jak jastrząb. ...Ach, nic!... Nie było nic! On śni... Wszystko jest dziwacznem, niepojętem, bolesnem marzeniem... Za chwilę zbudzi się i wyjdzie na ludny, słoneczny, stubarwny świat... Wmięsza się do spraw ludzkich, do ludzkich wplecie uczuć... Pójdzie gwarzyć z przyjaciółmi, igrać z dziećmi, z pod oka przyglądać się z tajoną obawą i zachwytem kobietom... Jakże piękny i rozmaity jest świat, jak mało go poznał?! To był sen... brzydki, potworny sen!... Zbudził się, jakby trącony przez kogoś i utkwił przerażone oczy w szare płetwy i macki okalających go ścian... Zewsząd zwisały nad nim, niby przejrzysto-galaretowate ciało nienasytnej mątwicy. — Dwadzieścia lat... dwadzieścia lat! — zatkała w nim świadomość. Cicho spełznął na zimną podłogę i wyciągnął się na niej twarzą na dół, podłożywszy pod ogoloną głowę cienką, aresztancką czapczynę. — A to co nowego? Wstawaj! Nie wolno! — krzyknął nań niezadługo przez okienko dozorca. Zaremba nie ruszał się. — Słyszałeś!? Zaraz wstawaj, a nie to powiem dyrektorowi!... My tu mamy na takich sposoby! Tylko przybył, już... nieporządki!... Widzisz go!? — Więzień ani drgnął. Wtedy dozorca wszedł do celi i kopnął go nogą. — Wstawaj!... W nocy spać będziesz... Wstawaj! nie wolno! Zaremba ciężko się dźwignął. — Czego mię kopiesz? Nie waż się!... — A nie kładź się, kiedy nie wolno! Mogę z tobą i nie to zrobić! — Kiedy jeść mi dacie? — Kiedy ci się będzie należało! — Jak śmiesz tak mówić do mnie? — Mówię jak mi kazano! Coś ty za jeden? Patrzcie go!... Tutaj cię rychło... u-tempe-ru-ją!... Też... paan! Pa-no-wie!... Skończyło się wasze panowanie! — mruczał dozorca, zamykając przezornie drzwi. Zaremba pozostał na ziemi, w półleżącej postawie oparty o ścianę. Patrzał na swe nogi oplątane zwojami łańcuchów, na przerażające mury tak już dobrze znane, na obrzydliwe przepisy. Nie chciało mu się ani myśleć, ani nawet chcieć... — Źle... Nerwy!... Wyszedłem z równowagi... A tego właśnie im trzeba! — rozważał z przykrością i goryczą przebytą przed chwilą scenę. A jednak trzeba... trzeba żyć! Trzeba spędzić w jakikolwiek sposób te siedem tysięcy sto dni!... Już... siedem tysięcy dziewięćdziesiąt dziewięć... — poprawił się, spoglądając na mierzchnące okno. — Trzeba nie dawać się!... Nie nastręczać im najmniejszego powodu do udręczeń. Nie wykazywać ani bólu, ani smutku, ani radości, ani nadziei, ani rozpaczy... Trzeba zataić się... Zawisnąć jak chmura, w której niewiadomo, czy siepie deszczyk płaczliwy, czy drzemie piorun! Zwinąć się w kłębek jak żółw, jak jeż, jak okularnik... Człowiek zawsze się lęka »niewiadomego«! A jednocześnie należy oszczędzać sił, zmniejszyć wymagania swe do minimum, do zera, do... oddechu! Przecie nawet ludzie, przykuci na łańcuchu do ściany na lat dziesiątki, wychodzili z lochów cało i zdrowo i nowe zaczynali życie! Przecie joggowie indyjscy żywcem pogrzebani, nie umierają. Życie... życie!... Żyć!... Zachować gdzieś głęboko, gdzieś na samem dnie duszy, w granitowym sarkofagu serca własne ziarno... Zaniknąć w twardej i niezmożonej bryle woli ciepłą skrę dla przyszłych pożarów... Ocalić ją pod suchym popiołem! Traktować ich postępki i ich samych jak żywioł... Brać zmiany i wypadki otoczenia jak niezwykłe przygody czarnoksięskiej podróży... Czyż mogły by mię obrazić jakieś małpy lub dzikie do człowieka podobne larwy?... Czyż mógłby mię rozgniewać cuchnący deszcz, upadły z napędzonej wichurą chmury? Czy mogę cierpieć, że koń jest koniem, a boa-konstrictor dusicielem? Oni nie są mymi bliźnimi, mymi braćmi!... Chcą, żebym zginął... Rozstawili wszędzie zasadzki na duszę moją... A więc nie zdradzę się, że ją mam jeszcze... Nie ruszę się... Nie będę działał, nie będę odpowiadał... Będę czynił wszystko co każą, jak czynią członki moje ruchy pod prawem ciążenia, jak spływa woda z pochylonego naczynia... Jak asceta zamknę myśl w małem kółeczku lub puszczę ją jak wizyoner w daleki świat, w kraj niedościgły, w obszar nieobeszły... Tam będę wolny, wszechmocny i... łaskawy... Tam rozważać będę o sobie i o nich... rozmyślać będę o niedostrzegalnych gwiezdnych mgławicach, i niezliczonych przeobrażeniach tego, czego jestem małą kropelką... Aż przyjdzie dzień i wyjdę stąd... wyjdę, wyjdę... uzbrojony i silny jak dziś... silniejszy o całe morze niezłomnych doświadczeń!... Wstał wzburzony i wolnymi krokami zaczął chodzić po celi, wlokąc za sobą łańcuchy. Nie czuł bólu otwierających się na nowo ran, nie słyszał jak odemknął się »judasz« i zielonawe złe oko śledziło za nim uważnie. Na razie jednak dał mu dozorca spokój.

III.

O oznaczonej w przepisach porze zabłysło w murze nad drzwiami światełko lampki elektrycznej; później wszedł dozorca otworzył łóżko, wydał koc do okrywania się... Zielonawe jego oczy złośliwie błysnęły, gdy spostrzegł, jak spojrzenie więźnia szuka wszędzie chleba, zwlekał z zamknięciem drzwi, czekał na zapytanie, na wymówkę, lub skargę... Ale więzień milczał z zaciśniętemi ustami, choć głód i męka wydłużyły mu twarz, jak wydłuża odbicie gwiazdy zimna toń płynącej wody. Noc spędził Zaremba w przykrym, głodowym półśnie. Było mu zimno. Daremnie kulił się i okrywał się kusym, wytartym kocem. Jak krew przez sito uchodziło zeń ciepło dołem przez rzadkie płótno wyrka. Długie, wilgotne palce chłodu wślizgiwały się nieustannie przez niezliczone otwory pokrycia i swem dotknięciem jego wycieńczone ciało. O brzasku więzienie przebudziło się. Zaremba usłyszał jak w oddali zaszczękały odrzucane z drzwi sztaby... Łoskot zbliżał się ku niemu stopniowo, wreszcie wstrząsł odźwierzem jego celi, napełnił grubijańskim zgrzytem jej grobową ciszę. Więzień usiadł i spojrzał z obrzydzeniem na z lekka zaróżowione bielmo okna. — Aha, więc jest od wschodu i dzień pewnie będzie pogodny?!... Zaczął się ubierać. Zdala znowu szły ku niemu korytarzem szmery i kroki. Cicho otwarła się klapa we drzwiach i ręka w szarym, aresztanckim rękawie podała mu krajankę razowego chleba. Potem zatupały liczne nogi, zgrzytnął rygiel... Zaremba domyślił się, że to zwykły porachunek więzienny, mimo to drgnął i wyprężył się. W otwartych drzwiach pojawił się starszy nadzorca. — Skarżył się wczoraj wasz klucznik na nieposłuszeństwo, na spanie na podłodze, na grubijaństwo... Dyrektor wzbronił za karę na dwa dni ciepłej strawy!... — przemówił przez nos, unikając wzroku Zaremby i osobistych zwrotów. Cofnął się niezwłocznie od progu, a gruby, senny dozorca — inny niż wczoraj — wszedł, zatrzasnął łóżko, wyszedł i przywarł drzwi, nie rzekłszy ni słowa. Zaremba czuł się dotkniętym, chciał pytać się, protestować, ale już ich nie było, już mruczeli coś opodal za ścianą. W dodatku przypomniał sobie wczorajsze postanowienie... — Chcą mię odrazu złamać. Przeszedł się wzburzony kilkakroć po celi, zanim go nie wstrzymał ból w odnowionej ranie. — Trzeba przedewszystkiem zagoić nogę! Umył się, z bolesnem drganiem ust, przygładził dłonią resztkę włosów, usiadł, i nabrawszy w kubek wody, spożywał chciwie otrzymany chleb. Z wysiłkiem wstrzymał się, aby nie zjeść wszystkiego. W tym czasie z korytarza dobiegały go charakterystyczne szmery, suwanie szczotek po posadzce i brzęk kajdanów. Domyślił się, że więźniowie sprzątają w celach. Niezadługo otwarły się ponownie drzwi i dozorca rzekł kwaśno: — Zamiatać!... Zaremba spojrzał pytająco. — Tutaj są! — dodał niechętnie, kiwając głową w bok korytarza. Zaremba wyszedł radośnie z celi i w tę krótką chwilkę, kiedy schylał się po przystawione do ściany szczotki i ścierki, obrzucił chciwem okiem cichy, białawy korytarz, szereg ciemnych drzwi , stojącą w oddali przy wyjściu ławeczkę... — Odwracając się, ogarnął spojrzeniem wielkie matowe okno naprzeciwko, pełne blado-złotego połysku. Na domiar lufcik w górze był otwarty i widział w nim kawałek cudnego błękitu... — Spiesz się! — ponukał ziewając dozorca. Zaremba ani myślał go słuchać. Nie sprzeczał się wszakże z gburem. Niezmiernie starannie podmiótł celę, następnie wytarł posadzkę wilgotną szmatą, tą samą szmatą obtarł rurę ogrzewalną, muszlę wodociągu, stół, stołek, ramę łóżka... Potem na klęczkach z wielką starannością nadawał szczotką połysk asfaltowej podłodze. Starał się pracę przeciągnąć jak najdłużej. Aż znudzony dozorca zamruczał: — Dosyć, już dosyć! Już się świeci!... A nie łaź dużo, to glanc nie zejdzie!... Wynoś już szczotki!... Nie sam tu jesteś!... — A... dużo? — szepnął Zaremba. Dozorca chwilę nań patrzał zaropiałemi, czarnemi oczkami i coś mu drgnęło w nalanej twarzy. — Dużo! — odbąknął i drzwi pomału przymknął. Wyczerpany Zaremba usiadł przy stole, oparł głowę na rękach i zamyślił się. — Dużo... A taka cisza!? Z za okna, z za murów zewnętrznych, gdzieś niby z niezmiernego oddala, dolatywał tutaj stłumiony pogwar, podobny do gędźby rozradowanych ptaków lub brzęczenia pracującego roju. Czasem wybuchał głośniejszy pobrzęk łańcuchów lub tupot miarowych kroków... Tam, w głównym korpusie ludzie bądź co bądź żyli... Ale tutaj, w tym tajemniczym budynku o grubych murach i małych oknach, wszystkie dźwięki były tak ciche, tak nieśmiałe, jak gdyby za licznemi, czarnemi drzwiami pochowane były nie żywe, młode ciała, lecz konające trupy... Zaremba błądził wzrokiem po jednostajnie szarych ścianach, po jednostajnie czarnem ich oblamowaniu u dołu. Oglądał ciekawie kamyczki, dołeczki, skazy najmniejsze na »glancie« asfaltu... — A jednak trzeba żyć!... Trzeba z tego »nic« ulepić pajęczynę wrażeń!... Przedewszystkiem zrobimy sobie kalendarz! Którego mamy dzisiaj? Zaczął liczyć, przypominać, starannie zresztą unikając wszystkiego, coby mogło zbyt ożywić wspomnienia. Wciąż chodził jakby w około okrutnego, śpiącego na dnie duszy tygrysa... I gdy twarz... twarz matki, blada... mdlejąca... zalana łzami... w chwili pożegnania... wbrew woli wypływała przed nim... odpychał ją z burzliwą rozpaczą, z boleśnie drżącem przerażeniem... — Nie, nie!... Trzeba żyć! Podciągając jak najwyżej kajdany, by mu nie żarły stóp i nie dźwięczały, poszedł na palcach wzdłuż ścian na wywiady dogodnego na kalendarz miejsca. Cal po calu, zbadał wszystkie chropawości, rysy, wgłębienia muru, zajrzał do wszystkich kącików i najbardziej utajonych zakamarków. Znalazł kilka zatartych napisów, czy liczb, które go ucieszyły, zaciekawiły i wzruszyły, jak ślady człowieka w pustyni, jak odkrycia Kruzoego. Wreszcie po długich poszukiwaniach dostrzegł na samej krawędzi czarnego malowania celi drobniuchne, pobrzeżne kreski w wielkiej mnogości. Każda siódma była dłuższa, każda trzydziesta lub trzydziesta pierwsza jeszcze dłuższa. Robota była subtelna, pracowita, niezmiernie dokładna, nieledwie elegancka. Długo zastanawiał się, jakiem narzędziem mogła być wykonaną. Nie patykiem, ani paznokciem, gdyż kreski były za cienkie, za drobne i za blizko siebie leżące... Czyżby igłą? Ale skądże igła? W każdym razie robota musiała trwać długo... Żałował, że już jest zrobiona... Gdy tak siedział w kucki koło owego cudu, usłyszał, że do drzwi skrada się, jak kot przebiegły, »grubas«. Filcowe jego cichostępy sprawiały nie więcej hałasu, jak uderzenia skrzydeł ćmy nocnej, lecz Zaremba już dawno siedział w więzieniu i słyszał... jak trawa rośnie. Powstał więc szybko i odskoczył na środek, ale dzięki okowom zrobił to tak niezgrabnie, że dozorca coś zapodejrzał i długo nie porzucał »judasza«. Wreszcie otwarł drzwi i obrzucił ścianę wystraszonem spojrzeniem. — Co tu robisz? Siedź spokojnie!... Zaremba zmierzył nieprzyjaciela wzrokiem pełnym szyderstwa i nienawiści. — Za dużo ci jeszcze jeść dają, co?! — mruczał dozorca wychodząc. — Czego im trzeba?! Wiecznie tylko łaź i pilnuj jak małych dzieci!... Porwany niepokonaną ciekawością, błądził Zaremba dalej po swej celi, szukając kryjówek i narzędzi poprzednika. Ledwie nie krzyknął z radości, gdy w muszli wodociągu z boku dostrzegł małą szczerbę po sztucznie odłupanym kawałku polewy. Zaczął próbować, czy nie uczyni tego gdzie indziej za pomocą paznogci, a gdy przekonał się, że to niemożliwe, posłuchał, czy dozorca daleko, wspiął się jedną nogą na kuble, kolano oparł na krawędzi wodociągu i z całych sił uderzył ogniwem kajdan w upatrzone miejsce. Dźwięk ostry, jak uderzenie koncerza o zbroję przebił ciszę. Zaremba leciuchno skoczył i przyczaił się na stołku u stołu, głowę oparł na ręku i udał, że patrzy w okno. Czuł za sobą z tyłu w »judaszu« ślepawe, czarne oczki, przyglądające się mu gniewnie i podejrzliwie. Nie ruszał się wszakże, bał się, że lada chwila, dozorca otworzy drzwi, zajrzy do celi, zobaczy w wodociągu odbitą emalię. Ale głuchy szum w drugim końcu korytarza rychło powołał dozorcę w tamtą stronę. Zaremba znalazł kilka maluchnych, białych kawałeczków ostrego szkła i skwapliwie schował je zalepione w chlebie w szparę między ścianę i surowcową płytę konchy wodociągu. Miał więc już pióro i malusieńki nożyk. Po rytmicznym stukaniu odrzucanych klap, domyślił się, że roznoszą obiad, skorzystał z zajęcia dozorcy, aby raz jeszcze obejrzeć i nacieszyć się odkrytym kalendarzem. Był roczny a może nawet dwuroczny, gdyż na niektórych kreskach widniały dodatkowe, delikatne znaki. Badał pilnie to szczególne pismo klinowe, silił się odgadnąć znaczenie najmniejszej różnicy wyżłobień. Gdy zbliżono się ku niemu z obiadem, się dział w dawnej pozie przy siole. »Judasz« otworzył się na chwilę, ale ciężki ceber na kółkach potoczył się dalej i jedynie nęcący zapach ciepłego kapuśniaku uderzył drażniąco o wygłodzone zmysły więźnia. Osłabnął, ciało mu zmiękło, głowę jeszcze niżej pochylił nad stołem i zamknął oczy. — Na co to komu? Po co?! Prześladują, dręczą małostkowo... Jego, co rzucał pioruny pod nogi władców świata i samą ziemię ważył się na inne pchać tory!... Niedorzeczna, niepojęta i marna zemsta!... Przecież nie jest już niebezpiecznym, na Boga!... Chyba, że chcą zgiąć go, złamać, aby wywieść jego samego, wraz z jego umiłowaniem na pośmiewisko ludów... Nie doczekanie ich!... Upiór jego nie będzie straszył małodusznych... Przenigdy!... Owszem, będzie niebezpiecznym... bo gdy wyjdzie — tą samą pójdzie drogą!... A wyjdzie, wyjdzie!... Zatai się, a wyjdzie!... Daremnie chcą go zamordować ukłuciami śpilek!... To się nie uda!... Nie... Zobaczymy!

Przypomniał sobie dawno gdzieś wyczytany wiersz. — Będziemy sobie zdobywali... kulturę! Mamy już pióro i lancet!... Na spacerze postaram się dostać kamyczek albo nawet okruch... szkła. Ze szczotki można co dzień wyrwać jedną szczecinkę... Ze ścierki — kawałek niteczki... Tak powstanie własność!... Wszystko się przyda ultraproletaryuszowi!... Naprzykład z wypranych nici można zrobić szarpie na ranę... Albo owinąć niemi okowy, żeby nie wżerały się w nogi... wreszcie można z nich skręcić sznureczek do podtrzymywania łańcuchów, żeby nie wlokły się w czasie chodzenia, kiedy ręce zajęte... Brzęk zdradza mię przed smokami... Nim uchwycę łańcuch ręką, warczy nieznośnie jak stado psów!... Przykucnął znowu przed kalendarzem i rozmyślał: — Kto tu mógł siedzieć przedemną? Czy długo siedział?... Czy dawno wyszedł?... Czy aby wyszedł?... Może umarł?... Pewnie umarł!... Więzienie zbyt nowe, aby zdążył odsiedzieć... Tu sami długoterminowi... Silił się przedstawić sobie tego poprzednika, dostrzegał nieledwie bladą jego marę, tłukącą się w białawem, martwem powietrzu celi. Gorączkowo płonące oczy... spieczone usta jęczą i ciężko dyszą... Niezdrowe wypieki na trupiej twarzy... Slaby, chudy, przejrzysty szkielet... Sam, sam, nikogo w około!... Ci tylko tam na korytarzu, krążą cicho i złowrogo, jak wielkie, ciemne wampiry... Pewnie suchotnik!... A teraz jego, Zarembę, tu posadzono umyślnie, aby go zatruć śmiertelnie, nieuleczalnie... Co za ohyda! Ściskał mimowoli usta i ze wstrętem zdjął dłonie ze stołu... Wszędzie widział miliardy chorobotwórczych bakteryi, wyschłych zakaźnych plwocin, łuszczek skórnego łupieżu, pył osiadłego i wysuszonego oddechu... On też umrze, jak tamten... okropnie, samotnie!... Znowu twarz matki... — Ach, precz! Bez względu na ból, na krew, zaczął chodzić z wielkim szczękaniem łańcuchów wzdłuż po celi. Daremnie dozorca patrzał przez »judasza«, daremnie upominał go, otworzywszy klapę. Zaremba nie odzywał się i chodził, chodził bez przerwy... Naówczas w innych celach, jakby wielokrotne echa, obudziły się podobne, głuche łoskoty, powstali i zaruszali się wraz jeńcy, jakby tknięci niewstrzymaną zarazą... Coraz dalej szerzył się wzdłuż korytarza ten dziwny, żelazny szum, podobny do szumu napływającej chmury gradowej. Gruby dozorca miotał się bezradnie od drzwi do drzwi, prosił, przekładał, namawiał, wreszcie zaklął: — Nie chcecie!... A niech was dyabli!... Usiadł spokojnie na ławeczce przy wejściu i nasłuchiwał tylko, czy kto nie idzie ze dworu. W tej chwili w celi Zaremby, w rurze ogrzewalnej zabrzęczało stukanie, cichutkie, jak szelest komarowych skrzydeł. Zaremba nadstawił uszu. — Kto?... k-t-o? k-t-o?! — pytał stuk uporczywie. Zaremba nie mógł jednak odpowiedzieć, gdyż zrobiona przezeń do stukania kulka chleba jeszcze nie wyschła i w dodatku dozorca zerwał się z ławki i znowu krążył podejrzliwie pod jego drzwiami.

IV.

Obudził go ból w nodze. Świt wątły, nieśmiały z trudnością wsączał się do celi przez bielmo okna. Pręty krat, czarne i zgrubiałe, skutecznie broniły mu drogi. Popioły mroku pływały w powietrzu w około, zwieszały się ze stropu, czepiały ścian, zasnuwały kąty jak ruda, wstrętna pajęczyna, jak rozwieszone urągliwie strzępy łachmanów żebraczych. »Trumienna« podłoga, połyskiwała spodem blado niby wilgoć mogilnego dołu. Zaremba ze wstrętem poczuł odór brudnej, skwaśniałej poduszki i brudniejszego od niej koca, którym był okryty. Choć rana na nodze rwała go, srożej niż nabierający wrzód, podniósł się, cicho brzęcząc kajdanami, usiadł, oparł plecami o mur, objął rękami kolana i głowę z przymkniętemi oczami na nie opuścił. Spać nie mógł, ale pragnął pomarzyć... ...Nizki, obszerny dwór wiejski pod dachem goncianym, nasuniętym głęboko na ściany jak kaptur mnicha a omszałym i poczerniałym jak zrąb wietrzejącego granitu... W ciepłych, wygodnych, trochę przyciemnionych pokojach staroświeckie, ciężkie meble mahoniowe i palisandrowe a w jadalni ciemny dąb i orzech... Stare, poczerniałe portrety wąsatych szlachciców i gładkich szlachcianek na jasnych spółczesnych obiciach... Długie, weneckie zwierciadła w przymierzchłych od czasu, złoconych ramach... Kandelabry srebrne i bronzowe, portyery... dywany... A w bawialnym białe krzesła ze złotemi pręgami, białe stoły i biurka na cienkich, ślicznie, leciuchno wygiętych nóżkach. Między oknami rzędy starodawnych sztychów, pełnych bojowego dymu i ognia, żołnierzy, koni i dział z figurą małego cesarza pośrodku... W tajemniczej sypialni, dokąd puszczano go rzadko, — ogromna łożnica pod baldachimem, po drugiej stronie druga, a w kącie wielki, zadymiony obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, na którym błyszczała niby wielopromienna gwiazda, złota korona i przed którym jak rok długi na ołtarzyku zieleniło się i kwitło kwiecie, zaś w górze, nie gasnąc, migotał płomyk lampy za szkłem purpurowem... Ale najlepiej pamiętał fajczarnię, gdzie stał śmieszny, niepojęty dlań wówczas bilard na wysokich toczonych nogach, a w rogu wznosiła się półokrągła »górka«, pełna długich cybuchów wiśniowych i fajek najrozmaitszych rozmiarów i kształtów... Niezmiernie lubił je oglądać, gdyż były wśród nich ślicznie rzeźbione, głowy tureckie jak żywe z krzywymi nosami lub murzyńskie z białemi oczyma... Na dole stała skrzyneczka mozajkowa z żółtym, pachnącym tytoniem, dokąd udawało mu się tylko zaglądać ukradkiem... Był tam pośrodku głównej ściany obszerny, czarny jak paszcza wielkoluda komin, w którym zimą wesoło buzował się ogień, aż z hukiem pękały grube, rude brewiona, rozsypując się na rubinowy żar... Wtedy ojciec, wspaniały mężczyzna z sumiastymi wąsami, siedząc w wielkim fotelu, w obłokach tytuniowego dymu huśtał go nieraz na nodze i nucił półgłosem:

...Pamięta również wybornie czeladną — dużą, sklepioną izbę z długimi stolami »na krzyżakach« i takiemiż ławami dokoła... Wymykał się tam nieraz rankami i stara klucznica, ukochana Puchała, raczyła go gorącym kulisem z tartymi kartonami, które tak lubił... Wieczorami, gdy nie było ojca, w tej izbie przed równie ogromnym jak w fajczarni kominem siadały kołem prządki, dziewki i domownice z pierzami, z robotą... któraś z nich opowiadała cudne, dreszczem przejmujące bajki o zbójcach, o duchach, o odmieńcach, latawicach, wilkołakach, i zwidach... o dyabłach i zaklętych królewnach, o »kopciuszku«, o złej macosze... Czasem matka czytała głośno książkę nabożną. Żywoty świętych lub dzieje dawne o królach, rycerzach, tatarach... Teraz słyszał głosy ówczesne... jednostajny szum wrzecion... Widział siebie, małego chłopaczka, tulącego się u kolan matki w kole prządek, gdzie białe kądziele lnu, płowe włosy i jasne chusty kobiet zlewały się w jeden pochylony ku środkowi wianek... Czuł znów bicie swego zasłuchanego maleńkiego serca i oczy błyszczały mu od zachwytu i trwogi... Ale nadewszystko lubił i pamiętał ogród, gdzie szumiały potworne białodrzewy o pniach wielkich jak chłopskie chałupy, o konarach niknących w niebiesach... Gdzie dęby, lipy i kasztany stuletnie rozsiadały się szeroko jak hetmanowie; gdzie wysoko strzelały jasne modrzewie; gdzie kędzierzawe klony, wiązy i jawory szeleściły tajemniczo chwiejnymi listkami; gdzie grabina sklepiła się szmaragdową arkadą nad długą aleją... Pamiętał las leszczyny, nieprzebytej i giętkiej jak bambusowa »dżungla«... Pamiętał wspieniony kwieciem gaj jaśminowy, gdzie zbieg wszelki, uchodząc pościgu, łatwe znajdował »asylum«... Ten gaj rósł bardzo dogodnie, niedaleko szklannych drzwi salonu... Ale pewniejsze schronisko istniało w głębi ogrodu, w pobliżu wału, gdzie ciernie, berberys, kruszyna, dereń, spowite gęsto jerzyną, dzikiem winem, chmielem tworzyły chaszcz nieprzebyty... Tam chował się nieraz, przeskrobawszy coś w domu i nie odzywał długo, choć słyszał trwożne głosy i nawoływania, hukające po sadzie... Brat mleczny, ogrodniczek Franus, żywił go wtedy marchwią, rzepą i jabłkami... ...Albo pasieka z rzędem popielatych pni wyciągniętych sznurem pod wygiętemi czapkami, niby dawni żołnierze w jednakowych mundurach lub mnichy... Albo sad owocowy, biały na wiosnę od kwiecia, jak od spadłego śniegu, a ciepły, woniejący jak rajski ogrojec... Albo sadzawka za lamusem, za ogrodem, koło murowanej gorzelni... co za przedziwne i zajmujące bywały tam żaby?... Co za dziwy wyrabiała czarna tajemnicza woda, bulkając pod zieloną rzęsą...

Nagle wszystko znikło niby zdmuchnięte wichrem... ...Zaremba ujrzał twarz ojca gniewną, wzruszoną, srebrne wąsy wspaniałe, trzęsące się starczo... — Wywłaszczyć... mnie przymusowo... wywłaszczyć!... Nigdy!... Nie pozwolę!... Nie zgodzę się!... Wypędzić mię stąd, z ojczystego gniazda!?... I to ty, ty mi mówisz?... Uszom swoim nie wierzę!... — Przyjdzie żyd lichwiarz! Przyjdzie prusak... Przyjdzie pierwszy lepszy z brzegu, mocniejszy od nas, i uczyni to siłą dla swoich celów... Czyż ojcze, nie będzie rzeczą słuszniejszą, wspanialszą, rozumniejszą... oddać dobrowolnie... naszemu ludowi... dla przyszłości... dla ojczyzny... — błagał. Stary trząsł przecząco lwią głową. — Wytną sad cudzoziemcy... Po szczapie rozniosą starą sadybę... Czyż nie milej, wyobrażać sobie, że uczyć się tu będą dzieci chłopskie, potomkowie tych pracowników, których przodkowie nasi skrzywdzili tak ciężko?! — Mrzonki!... Nigdy to nie nastąpi! Zresztą, powiedziałem: siłą mię tylko stąd wygnacie... siłą!... — Wygnamy, ojcze!... Nic nas nie wstrzyma!... My lepszą budujemy przyszłość... nie dla siebie lecz dla ojczyzny... dla całego narodu... dla ludzkości!... Nic nas nie wstrzyma!... Czas zniszczyć ciemięstwo, przemoc, nienawiść, chciwość i, ojca ich — powszechną niepewność bytu...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…