Read here

Biuraliści

Émile Gaboriau · 1873 · Free in the US

70,552 words · about 4 h 56 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1873 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Biuraliści&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Émile Gaboriau
Language
Polish
Published
1873
Length
70,552 words · about 4 h 56 min
Sections
49 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (49)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 28 min
  3. Przedmowa about 1 min
  4. I about 3 min
  5. II about 3 min
  6. III about 2 min
  7. IV about 2 min
  8. V about 2 min
  9. VI about 2 min
  10. VII about 1 min
  11. VIII about 4 min
  12. IX about 1 min
  13. X about 2 min
  14. XI about 2 min
  15. XII about 4 min
  16. XIII about 2 min
  17. XIV about 1 min
  18. XV about 4 min
  19. XVI about 6 min
  20. XVII about 6 min
  21. XVIII about 3 min
  22. XIX about 2 min
  23. XX about 5 min
  24. XXI about 3 min
  25. XXII about 5 min
  26. XXIII about 2 min
  27. XXIV about 2 min
  28. XXV about 4 min
  29. XXVI about 5 min
  30. XXVII about 5 min
  31. XXVIII about 5 min
  32. XXIX about 7 min
  33. XXX about 6 min
  34. XXXI about 2 min
  35. XXXII about 2 min
  36. XXXIII about 3 min
  37. XXXIV about 2 min
  38. XXXV about 1 min
  39. XXXVI about 5 min
  40. XXXVII about 5 min
  41. XXXVIII about 3 min
  42. XXXIX about 1 min
  43. XL about 2 min
  44. XLI about 6 min
  45. XLII about 5 min
  46. XLIII about 4 min
  47. XLIV about 1 min
  48. XLV about 3 min
  49. XLVI about 2 min

Continue:

Front matter

BIURALIŚCI.

UTWÓR HUMORYSTYCZNY

Emila Gaboriau.

całość

BIURALIŚCI.

UTWÓR HUMORYSTYCZNY

Emila Gaboriau.

Przekład St. O.

WARSZAWA.

Nakładem Wydawnictwa S. Czarnowskiego i Sp.

ulica Chmielna Nr. 8.

Drukiem Aleksandra Pajewskiego, ulica Niecała Nr. 12.

1873.

ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮ.

Варшава, 11 (23) Мая 1873 года.

PRZEDMOWA.

ic świętszego, powiadam, jak radzić się zawsze ludzi specyalnych. Ja, przynajmniej, na każdym kroku to czynię. I teraz, oto, po napisaniu niniejszéj książki, posłałem ją do jednego z moich przyjaciół, który jest naczelnikiem, z prośbą o dokładny jéj rozbiór. Dzielnie się téż znalazł mój przyjaciel: w tydzień, już miałem sobie zwrócony mój rękopism, a przy nim załączony następującéj treści, liścik: „Dalibóg, mój kochany, nie wiem z jakiego źródła, czerpałeś wiadomości do rzeczy którą opisujesz. Toćto same fikcye, urojenia. Zkądeś, u licha powyciągał swoich bohaterów? Nigdzie, a nigdzie podobnych im niema. O, jakże mało znasz urzędników! Wszystko to są ludzie zasłużeni, intelligentni, pracowici, uczynni, religijni, wypełniający swe obowiązki. Toż zabraniamy otwierać biuro przed dziesiątą, dlatego jedynie żeby nie przychodzili zbyt wcześnie i w nadmiernéj gorliwości nie trwonili sił drogocennych. A gdy czwarta wybije, gwałtem od- rywać ich trzeba od pracy i prosić niemal, żeby się do domów rozchodzili. Znam i takich, co przy końcu miesiąca nie chcieli wziąć swej pensyi, wyznając z czarującą skromnością, że na nią nie zasłużyli. A jakież ty dziwne masz wyobrażenie o całej maszynie administracyjnej. Pokaż mi aby jeden interes, któryby zadługo w ministeryum odpoczywał. A panowie urzędnicy, cóż to za grzeczni ludziska! co za takt, jakie obejście! Trzeba ci się było spytać przedtem publiczności. Te twoje znowu alluzye do stronności, do protekcyi, faworytyzmu, no, daruj, ale każdy wie dobrze, że wcale nie istnieją. „Chcesz posłuchać dobrej rady, wierz mi, spal tę pisaninę, i przybądź do mnie, nie odmówię ci swej rady i pomocy. Pewien jestem, że we dwóch daleko lepiej tę rzecz wypracujemy.” Cóż! kiedy ja jestem jak kozioł uparty. Ujęła mię bardzo ta pełna bezinteresowności rada, to prawda, ale nie uważam na nią i puszczam w świat szeroki niniejsze kartki.

I.

Pewnego pięknego poranku, Roman Lascad, który tylko co skończył szkolę prawa, poczuł w sobie nadzwyczajne zdolności do urzędowania. I wziąwszy ogromny arkusz papieru, najpiękniejszem pismem na jakie się mógł zdobyć, wysztychował pełne uszanowania podanie do Jego Ekscellencji pana ministra Równowagi publicznej. Stary jakiś jegomość nieznany Lascadowi, położył na tem podaniu podpis swój, co miało znaczyć, że zdolności proszącego są tak wielkie, iż czemprędzéj winny być zużytkowane przez państwo. A że, jak mówi przysłowie, o pierwszy tylko podpis trudno, bohater nasz, ujrzał niebawem petycję swą ozdobioną mnóstwem najróżnorodniejszych podpisów. Zepchnąwszy z głowy prośbę, począł się Lascad przygotowywać do egzaminu. Ministerjum bowiem wymaga od kandydatów, aby ci prócz dyplomu na baszeliera, osobny jeszcze egzamin składali. Kto wie, może spostrzeżono, że nie wszyscy pp. baszelierowie znają dokładnie ortografję... Mogły być wszelako i poważniejsze po temu powody. Nie chciało może ministerjum pozostać w tyle za chińską cywilizacją, która konkursowi poddaje kandydatów zarówno na kucharzy, jak na generałów. Czyżbo nie lepiej zawsze przedestyllować o ile możności kandydatów. Zapobiega się wreszcie w ten sposób wszelkim faworom, bacząc jedynie na zasługę osobistą. I dla tego to, zapewne, każdy może stanąć do egzaminu, byle znalazł poparcie trzech lub czterech dygnitarzy. Siedział właśnie Roman nad trzecim z kolei numerem egzaminacyjnego programu (a jest ich czterdzieści siedm), gdy otrzymał wezwanie na dzień następny do złożenia egzaminu. Niewypowiedziany strach go ogarnął. Ale bo też i nader rozmaite są trudności do pokonania przy tym egzaminie. Nasamprzód pisze się stronnicę kaligrafji, dalej idzie zadanie trygonometryczne, dyktando naszpikowane największemi trudnościami francuzkiego języka, rozbiór jakiéj kwestji statystycznéj i egzamin z geografji pocztowéj Francji. W głównéj sali archiwum, odbywa się zwykle ten egzamin. Ze stu pięćdziesięciu, a może i dwustu konkurentów siedziało już na ławach, gdy Lascad wszedł do tego przybytku. Po nim przybyło jeszcze drugie tyle. Każdy dostawał od woźnych pióro, kałamarz i sześć arkuszy białego papieru, poczem siadał na miejscu. Lascad zajął skromniutkie miejsce niedaleko wejścia i w milczeniu przypatrywał się temu nieznanemu wi- dokowi. Zgromadzenie w którem się znajdował składało się z najrozmaitszych osobistości: młodzi i starzy, łysi i jeszcze nie mający zarostu, przybrani wykwintnie, lub zaledwie odziani, siedzieli ci ludzie jeden obok drugiego, jedną myślą zajęci. Cisza panująca w tem miejscu, przerwaną na chwilę została wejściem kilkudziesięciu młodzieńców. Byli to wychowańcy instytutu Labadens. (Trzydzieści lat powodzenia. Uprasza się o wczesne zgłaszanie). Młodzież ta przybrana była w mundur liceów i... niestety, wydzielała z siebie obfitą woń fajki i absentu. Jeden z nich uszczęśliwił swem sąsiedztwem Lascada, który z drugiéj strony, miał jakiegoś sześćdziesięcioletniego jegomościa z zielonemi na nosie okularami. — Wszyscy ci ludzie mają protektorów, myślał sobie Lascad. Każdy z nich postarał się o podpis jakiegoś dygnitarza i dostał go. Ale kiedy, gdzie, przez jakie wpływy? Może przez ładną pokojówkę, albo przez golibrodę lub spowiednika... Ciekawe byłoby pod tym względem studjum statystyczne. Wybiła dziesiąta. Rozwarte do téj chwili drzwi, zamknięto. Jakiś pan ozdobiony mnóstwem orderów siadł wgłębi, na okazałym a umieszczonym na wzniesieniu fotelu. Byłto widocznie prezydujący. Powstał i w następujące odezwał się słowa: — „Nie będę wam ukrywał młodzi ludzie, z jak wielkiemi trudnościami połączony jest niniejszy egzamin. Wszystkie jednakże pytania zdziwią was, swą wielką prostotą. Tylko przy przeglądaniu i ocenianiu piśmiennych ćwiczeń, zachowaną będzie najściślejsza surowość, połączona zarazem z jak największą pobłażliwością. To też prawdziwa wdzięczność należy się od nas JW. panu ministrowi za tak pełne sprawiedliwości a bezstronne przepisy.“ Po tych słowach rozpoczął się ustny egzamin. Lascadowi dano, między innemi zagadnienie, które go w dobry kłopot wprowadziło. Brzmiało ono w ten sposób: „Określić wpływ statystyki na przeciętną życia ludzkiego począwszy od lat dziesięciu.“ Przypomniał sobie szczęściem jakiś sentymentalny ustęp z Chatki Wuja Toma i wybrnął z téj trudności z ogólnem zadowoleniem. Przebywszy w tak świetny sposób ustny egzamin, mógł już Roman pracować spokojnie nad piśmiennym. Przerywał mu jedynie pracę tę sąsiad z liceum, częstując go co kilka minut tabaką. Drugi sąsiad zapytywał go tylko co dwie minuty o imiesłowy. Zresztą trzéj tylni sąsiedzi, którzy zaglądali mu ustawicznie przez ramię i korzystali ile możności z jego ćwiczenia, nie wiele mu już przeszkadzali. Za powrotem do domu zrobił Roman następującą uwagę: — Wyborna rzecz taki egzamin dla każdego kandydata, bo numerem jaki przy nim uzyska, dokładnie może zmierzyć wpływ swego protektora.

II.

O siebie był Lascad zupełnie spokojny. Wysokie wpływy któremi się szczycić miał prawo, dawały mu zupełną rękojmię powodzenia. To też gdy pewnego pięknego poranku zjawił się w jego progach pan Krugenstern z małym rachuneczkiem w dłoni, z niezachwianym spokojem i całkiem zimną krwią upewnił go Roman: że zapłaci jak tylko pierwszą pensję odbierze. I wziął i czekał. Czekał tydzień, czekał miesiąc, pół roku

Dojadło mu nareszcie to oczekiwanie, i chwyciwszy pewnego razu za kapelusz poszedł do ministerjum z silnem postanowieniem dowiedzenia się czegoś pewnego o swym losie. — Jesteś pan przyjęty, rzekł mu jakiś bardzo uprzejmy urzędnik, i gdyby nie pismo które bardzo wiele panu zaszkodziło, byłbyś pan dostał najpierwszy przy egzaminie numer; w skutek brzydkiego pisma dostał się panu numer ośmdziesiąt trzy. — Mniejsza o to. Jabym chciał tylko wiedziéć kiedy miejsce dostanę, spytał z niepokojem Roman. — Jak przyjdzie kolej na pana. Jesteś pan kandydatem dziewięć tysięcy sto ośmdziesiąt siódmym z kolei. — Wielki Boże! wykrzyknął z rozpaczą Lascad, a toż ja sto lat mieć będę, gdy kolej na mnie przyjdzie... — Bardzo przepraszam: od dnia egzaminu jużeśmy pięciu kandydatów zamianowali... Nic już nie mówiąc, skłonił się grzecznie Roman i wyszedł... mocno zbudowany. I widząc, że nie będzie mógł prędko żyć z etatu, postanowił salwować się literackiem rzemiosłem. Nazajutrz tedy posłał do redakcji Bilbaketa, (dziennika poświęconego bankierstwu i sztukom wyzwolonym), artykuł będący płodem najcudowniejszéj wyobraźni, który wszystkich czytelników zachwycił, a autorowi przyniósł cały frank i trzydzieści pięć centymów. Po tak świetnym początku poświęcił Roman stale swe usługi temu organowi i ujrzał niebawem nowy widnokrąg fortuny i sławy. Dążenia te i nadzieje uświęcone zostały przez częściowe spółpracownictwo w pewnym wodewilu, przeznaczonym dla teatru Grenelle. Od téj pory zaczął Lascad żyć z pióra niezależny i dumny.

Upłynęło może z dziewiętnaście miesięcy tego głodnego żywotu naszego prawnika, gdy wróciwszy pewnego wieczora do domu, zaczepiony został, co się nigdy nie zdarzało, przez stróżkę, która oddala mu list, urzędową opatrzony pieczęcią. Drżącą ręką rozerwał Roman kopertę, myśląc już ze wzruszeniem, że to może jakie zaproszenie do spółpracownictwa przy jednym z officjalnych dzienników. Lecz jakże się zdziwił, gdy oczom jego przedstawiła się następującéj treści korespondencja: „Naczelnik wydziału nominacyjnego Równowagi narodowej, ma honor zawiadomić pana Romana Lascada, że na skutek decyzji JW. ministra z d. 18 stycznia 1869 r. mianowany został p. o. dyetarjusza w rzeczonem ministerjum.

— Osły, mości dobrodzieju, rzekł Roman, który od pewnego już czasu zaczął przebywać w nieszczególnem towarzystwie. I, to rzekłszy, zadmuchnął świecę i oddał się marzeniom o pięknych czerwonych włosach Jmć panny Celestyny, pierwszéj kochanki z teatru Grenelle.

— Stuk, stuk, stuk... — Kto tam! zawołał Roman, przebudzony o tak wczesnej godzinie ze snu. — Ja jestem, ja, Krugenstern, odrzekł z za drzwi głos, zdradzający germańskie pochodzenie. — Dobryś, pomyślał Roman, mój Szabu; — wstał jednak i otworzył. W djabelnym był tego poranku humorze pan Krugenstern. Chciał koniecznie, ale to koniecznie pieniędzy: czekał bo też na nie dziewiętnaście miesięcy! — I cóż ztąd? rzekł mu Roman. I ja czekałem dziewiętnaście miesięcy na moją nominację, kochany panie, i oto masz ją pan, przybyła, choć za późno co prawda. Tak jest, zapóźno, kiedy już nawet nie mam w czem się pokazać. To też zapalę nią sobie fajkę i koniec. Wstrzymał rękę szaleńca pan Krugenstern. Na ten czarodziejski wyraz „nominacja,“ krawieckie jego serce radośnie zabiło. Pojął on że od téj chwili Lascad, chimeryczny jego dłużnik, wchodzi w dziedzinę rzeczywistości. Dług jego przedstawiać już będzie pewną rękojmię. Urzędnik, to już grunt jakiś, podstawa, aresztować można mu pensję... Wszystko to przedstawił sobie pan Krugenstern w mgnieniu oka, i nic nie mówiąc, poważnie wyjął z kieszeni metr i kawałek kredy i wziął się z zimną krwią do brania miary, przy któréj to okoliczności zauważył, że Lascad bardzo zeszczuplał. — Ależ, panie kochany, co pan robisz? po co, na co? — Ja robię banu jeden okrycie, jeden baldo, spodni i kamizelki, wszistko na jutro barzo rano, do wizenie. I wyszedł czemprędzéj. Roman odznaczał się zawsze delikatnością i pojął, że od téj pory związany jest, i musi zająć miejsce w olbrzymiéj armii, aktowo-referatowéj. Takim to sposobem niemiecki krawiec, postanowił o losie francuzkiego dygnitarza.

III.

...Wyglądał Roman ślicznie, cudownie, świeżutko a wykwintnie... Ale bo też pan Krugerstern wysadził się co się zowie, choć nie małą była mu pomocą sama figura Lascada. Redaktor główny Bilboketa zaforszusował z swéj strony Romanowi trochę marnego kruszcu, który w téj saméj chwili poszedł na kupno lakierowanych bucików; jedwabny prawie nowy kapelusz, który zdobił jego głowę był owocem rozumnie skombinowanéj wymiany, wszystka starzyzna poszła za niego. Miał nawet Roman rękawiczki blado fijołkowego koloru, ale drogo go kosztowały. Autorowi ich bowiem odstąpił swoje własne autorskie prawo, do czwartéj części nowego wodewilu. O Francjo! powitaj i ukorz się, przed jednym z swych przyszłych władców w zaraniu!... — Proszę pana, rzekł Lascad kłaniając się jakiemuś człowiekowi ozdobionemu jasno-orzechową liberją, otrzymałem ten oto list... Jasno-orzechowy pan czytał właśnie jakąś gazetę, i usłyszawszy słowa, które przerwały mu tę umysłową rozrywkę, podniósł oczy, skierowawszy je ku wyższéj dziurce do guzika w okryciu utworu pana Krugensterna, a nie spostrzegłszy w niéj ani śladu kolorowej wstąże- czki, nie spojrzał już i na twarz przybyłego, lecz z głębokiem poczuciem własnéj godności, pogrążył się napowrót w czytanie. — Panie, rzekł po chwili Lascad. — Na końcu korytarza, niedbale odrzekł czytający. Udał się Roman we wskazanym kierunku i przy końcu korytarza znalazł się w obec dwóch jasno-orzechowych panów którzy pili kawę. Korzystając z tak szczęśliéj sposobności, podał Roman jednemu z nich list swój. A że kawa była wyborna, jasno-orzechowy pan był w humorze i poprosił siedzieć, poczem, z godnością położył list pod przyciskiem i wrócił do miłego gastronomicznego zajęcia. Upłynęło tak parę kwadransów i już na serjo myśleć zaczął Lascad o odwrocie połączonym, z odesłaniem Krugensternowi nowego garnituru, gdy pan woźny który tak względnym dla Romana się okazał, kiwnąwszy parę razy głową wyrzekł: — Pan naczelnik wydziału nominacyjnego nigdy przed drugą nie przyjmuje. — Tam do licha! rzekł Roman, toćże jeszcze nie ma dwunastéj. — Możesz pan tu pozostać, nie przeszkadzasz nam pan bynajmniéj... Na dworze był tego dnia mróz co się nazywa, Roman został. Ale tę parę godzin oczekiwania nie były dla niego bezowocnemi. Przybyło mu trochę doświadczenia. Do téj bowiem pory, miał Lascad czysto angielskie o wartości czasu pojęcie; bezczynność tych dwóch panów jasno-orzechowych odsłoniła, mu całą prawdę i dała przeczucie próżniactwa, które we francuzkich biurokratycznych sferach panuje. To też z przyjemnością oddał się marzeniom o słodzeniu ile możności swéj przyszłéj doli, miłem z muzami obcowaniem podczas obowiązkowych biurowych godzin. W tem dał się słyszeć dzwonek. Woźny który zdrzemnął się był troszeczkę w czasie tych rozmyślań, zerwał się na równe nogi. — Już może pan iść do pana naczelnika, wyrzekł. I zwracając list który Roman schował machinalnie do jednéj z bocznych kieszeni nowego swego ubrania, otworzył przed nim małe skryte drzwiczki obite zieloną skórą i wprowadził go do obszernego gabinetu, przedzielonego na dwoje ładnym parawanikiem. Lascad, który posiadał strategiczne instynkta, obszedł zręcznie ten bastjon, i znalazł się przy panu naczelniku siedzącym za ogromnem biurem.

IV.

Naczelnik nominacyjnego wydziału ministerjum równowagi, p. Edmund Le Campion kawaler legji honorowéj, kommandor orderu Św. Grzegorza Wielkiego, jest człowiekiem średniego wzrostu, o Wysokiem łysem czole i ruchliwem oku. Wiek jego jest tajemnicą, któréj nikt nie odgadł. Napoleon I. znał po imieniu, jak mówią, wszystkich wiarusów staréj gwardji. Le Campion zna nie tylko imiona, ale i historję wszystkich oficerów, kapralów i żołnierzy swéj administracyjnej armii. Nie obce mu są szczegóły dotyczące pana Balançard kontrollera w Loudeac obarczonego dziewięciorgiem dzieci i niewidomą matką, jak i nałogowe nawyknienia Fadarta, młodego urzędnika który ustawicznie włóczy się po knajpkach. Koniec końców, mózg pana Le Campion, to istne biurko o niezliczonych przegródkach, w których się akta każdego z urzędników wraz z dowodami. A to wszystko strzeżone w największéj tajemnicy. Tajemnica, to najniezbędniejszy warunek istnienia, to treść pana Le Campion. Nigdy nie zdradzi on tego co wie. Mówi czasami, ale nigdy nie słyszano, żeby odpowiedział. Ścisłych wyrażeń unika najstaranniéj. Wyrazy tak i nie wykreślone są z jego słownika. To samo cobyś z grecką sybillą rozmawiał. A z iluż ostrożnościami, prawdziwie ubliżającemi dla ciebie i po jakim namyśle, otworzy on, w twéj obecności szufladę w której chowa pióra i ołówki: boi się zdradzić biurową alchemię... Ten niedocieczony człowiek jest główną sprężyną ministerjum. On to przedstawia do wszelkich nominacij i awansów, w których rozdawaniu nader jest skąpy. Ku niemu zmierzają wszystkie westchnienia i marzenia urzędników; ze strony narodu urzędującego doznaje on czci i hołdów przynależnych od neapolitańskiego lazzarona wielkiemu Św. Januaremu. Fanatyzm graniczy tu z obelgą, cześć i adoracja obrażają prawie. I niech tylko spełni się cud awansowy lub gratyfikacyjny, wszystkie róże jakiemi Bóg ziemię obdarzył nie wystarczają dla oddania czci wielkiemu świętemu Januaremu równowagi; ale niechno tylko święty spróbuje zostać głuchym na westchnienia i nadzieje, od suteryn do dachu słychać same jęki i przekleństwa. On jeden tylko zawsze spokojny i poważny, nic o téj burzy nie wié. Gdy tajemniczym otoczony obłokiem, ukaże się z parasolem pod pachą na korytarzach równowagi, trwoga i nadzieja zamyka wszystkie usta, a odkrywa... głowy. Jak we wszystkiem, tak i w tem pewno wiele jest przesady w opowiadaniu, to też nieźleby zrobili urzędnicy z prowincji, gdyby zaniechali wizyt, które w dzień imienin naczelnika odbywają bez względu na przestrzeń, choćby ta dwieście mil wynosiła. Le Campion bowiem nie jest tak wszechwładnym jak głoszą: przedstawi czasem najzasłużeńszego, a ten co ma silniejsze plecy dostanie posadę. I mimowoli popełnia niesprawiedliwości. Ale każda taka niesprawiedliwość, jak ogromny cierń, więźnie w jego poduszce i mąci w nocy spokojne sumienie.

V.

Jakie myśli snuły się po głowie Lascada od trzech minut, gdy wszedł do gabinetu z kapeluszem w ręku, a sercem bijącem pod nową kamizelką (z materjału angielskiego)? Nie trudno mi na to odpowiedzieć: Lascad o niczem nie myślał. Uroczysta cisza towarzysząca temu przyjęciu. ubezwładniła jego myśli. Raczył nareszcie spostrzedz pan naczelnik, że ktoś czeka. Ukrył czem prędzéj arkusz czystego papieru i scyzoryk, podniósł na czoło okulary, i... kto wie, może byłby i przemówił, gdyby nie Roman, który czując śmieszność położenia pierwszy się odezwał: — Pan naczelnik był łaskaw wezwać mnie... Wierny zasadom Le Campion nie odrzekł słowa. — Był pan naczelnik łaskaw zawiadomić mnie listownie... powtórzył Roman i począł gwałtownie szukać po wszystkich kieszeniach. Pan Le Campion wyciągnął rękę. Lascad szukał, szukał zawzięcie, ale bezskutecznie... Nie znał topografji nowego swego garnituru, a pan Krugenstern zapomniał zwrócić jego uwagę, że od onegdaj zaczęto nosić kieszenie z prawéj strony. Ręka pana Le Campion, wyciągnięta ku Lascadowi konwulsyjnie drżała, widział ją Roman przed sobą, i okropność położenia nie dozwalała mu zebrać całkowitjé przytomności umysłu. Po pięć razy zanurzał rękę w jednéj i tej saméj kieszeni. — Kanalia krawiec! mówił do siebie, szwab, — idjota! — Jak ja wyglądam? Jak gdybym w jakiéj pożyczanéj bonżurce paradował! Dawszy nareszcie za wygrane etykiecie, postawił kapelusz na ziemi, i począwszy rozpaczliwie macać się obiema rękami na wszystkie strony, zdołał szczęśliwie wydobyć przeklęty list, który z uszanowaniem podał drżącej i wyciągniętéj ręce pana naczelnika. — Jesteś pan Romanem Lascad? spytał p. Le Campion rzuciwszy okiem na swój podpis. — Tak jest... Le Campion zaczął się pilnie przypatrywać przybyłemu. Brał mu miarę biurową. Ale ani jednym ruchem twarzy nie zdradził odebranego wrażenia: — Obrałeś pan sobie, rzeki po chwili uroczystym głosem, administracyjną karjerę, która pełna jest rozczarowań nieznanych ci jeszcze... Ale, zdaje mi się, skończyłeś pan szkołę prawa? — Jestem licencjatem. Spodziewam się przytem, że i zkądinąd będę umiał stać się dla władzy pożytecznym. Umiem referować, kilka prac moich ogłosiłem drukiem. — Aa! uprawiasz pan literaturę? Przy tych słowach twarz naczelnika przybrała wyraz, który w żadnym razie nie oznaczał zadowolnienia. Spostrzegł się Roman, że chybił celu. — To jest, tak sobie, dodał: parę poważnych artykułów z dziedziny ekonomiki, statystyki... Pan Le Campion odsunął fotel, powstał, i cofnąwszy się ku kominkowi rzekł zwolna: nasza ma zaszczyt posiadać w swem łonie kilku znamienitych urzędników... Zatrzymał się. Lascad, już, już miał iskierkę nadziei. to są najniegodziwsi urzędnicy, zakonkludował Naczelnik. — Oh! rzekł Roman nie będę wstępował w ich ślady — o urzędowaniu jedynie i wyłącznie myśleć będę, literaturę porzucę na zawsze... Nikczemnik! bogów swych się wypierał. — Winieneś pan to zrobić. Tak jest. Choćby to było przez sam wzgląd na wysokiego protektora, który tak skutecznie polecił pana Jego Ekscellencji. Gdyby nie on, nie byłbyś pan tak łatwo przyjęty; jemu również możesz pan zawdzięczać pomyślny rezultat egzaminu. Próżno silił się Roman na to, żeby odgadnąć, który z pomiędzy dwudziestu nieznanych podpisów był tyle potężnym. Później dopiero dowiedział się, że owym nieznanym protektorem był niejaki ex-uczeń farmacji, który w następstwie został głównym redaktorem jakiegoś wielkiego dziennika. Pan Le Campion pociągnął za dzwonek wiszący tuż przy jego biurku. We drzwiach zjawił się jasnoorzechowy dygnitarz. — Zaprowadzicie pana, rzekł naczelnik, do pana Mareschala, — od téj chwili pańskiego zwierzchnika, dodał zwracając się do Romana. I to powiedziawszy, odwrócił się do niego plecami z wrodzoną delikatnością, do któréj nawyki przyjmując około stu dwudziestu wizyt dziennie.

VI.

Roman poszedł za woźnym. Przeszli naprzód długi ciemny korytarz, skręcili na prawo, zeszli jakiemiś schodami do westybulu jednego, drugiego, do jakiejś galerji, znów wdrapali się na jakie półtora piętra, weszli do korytarza jeszcze ciemniejszego jak pierwszy i przybyli do dużéj sali, w któréj dwóch w czarnych frakach ubranych panów stało rozmawiając przy jakiemś biurku. Miał się im już Lascad ukłonić gdy na ich szyjach dostrzegł jakieś stalowe łańcuszki... Byli to odźwierni Jego Excellencji. — Masz tobie, pomyślał Roman, trzeba się mieć bardzo na baczności z kapeluszem w tym kraju. Nie bardzo tu znać naczelnika po fraku. I kontent z porównania, ani się spostrzegł że zgubił przewodnika. Ten bowiem skręcił nagle na lewo, a Roman poszedł na prawo, i spodziewając się że go dogoni zaczął biedz szybko w tym kierunku. Tym sposobem przebył korytarz B, zeszedł na dół po schodach Nr 3, wszedł do północnego skrzydła i nareszcie zgubił się na piękne w zawikłanym korytarzu L. Jakiś pan z gołą głową i z pliką papierów pod pachą przeszedł mimo. Rzucił się ku niemu Roman z radością podobną do téj jaką uczuł Kolumb, gdy onego czasu spostrzegł pierwsze ptaki zapowiadające ziemię i poprosił go o wskazanie drogi do gabinetu pana Mareschala. — Czekajno pan, odrzekł zagadnięty; jesteśmy na korytarzu L. Dojdziesz pan do samego końca, skręcisz na lewo i po schodach Nr 5, zejdziesz pan na sam dół, przejdziesz pan podwórze z wodotryskiem, portyk, podwórze z figurami.... ale to napróżno: nigdy pan sam nie trafisz. — Powiedzże mi pan przynajmniéj jak się ztąd wydostać. — Zawsze prosto, a potem zawsze na lewo, odrzekł urzędnik oddalając się spiesznie. — Dziękuję! krzyknął Lascad, i siadł ze złością na jakiejś skrzyni. Zawiele tu zakrętów, pomyślał sobie, nic dziwnego że połowa interesów ginie w drodze. — A! mam pana nareszcie wrzasnął mu nad uszami jakiś cierpki głos; którędyż, u djabła wlazł pan tutaj? Poznał Lascad głos swego kornaka. — Szukaliście mnie? zapytał. — Ja? wcale nie, ale kiedyśmy się znaleźli, to chodź pan za mną, tylko proszę się lepiej pilnować. Miał ochotę Lascad uczepić się jak dziecko, poły jasnoorzechowego ubrania, lecz ostrożność ta okazała się zbyteczną i po kilku chwilach stanął szczęśliwie w gabinecie naczelnika oddziału.

VII.

— Pan Roman Lascad? spytał pan Mareschal podnosząc się uprzejmie, witam pana, jesteś pan przez nas wszystkich oczekiwany. Zachwycony tak serdecznem przyjęciem, uczuł Lascad szczerą sympatję dla nowego naczelnika. Bo też pan Marechal, to najprzyjemniejszy zwierzchnik z całego ministerjum. Ma on rzadki dar przema- wiania do maleńkich nie obrażając ich swą grzecznością. Prawdziwy to dowód siły. — Roman Lascad, powtórzył pan Mareschal, poprosiwszy przybyłego, aby usiadł, — ależ to znajome nazwisko. Czy pan nie pisuje czasem do dzienników. — Non bis in idem, pomyślał Roman i odrzekł z możliwą bezczelnością: — Nigdym jednego wiersza nie drukował, panie naczelniku. — Szkoda, wielka szkoda: mamy tu kilku braci literatów, doskonałe chłopaki... lubię ich bardzo. — Zgadnij Jezu,... pomyślał Roman, i na przyszłość obiecał sobie mieć w zapasie kilka stosownych do okoliczności chorągiewek. — Stawiłem się i gotów jestem na pańskie rozkazy, rzekł nareszcie głośno i jeśli mi pan wyznaczy zajęcie, to dziś jeszcze... oziębnie. — Oo! rzekł naczelnik śmiejąc się wesoło... święty ogień, święty zapał pierwszego dnia — znam go, znam... Lascad położył w milczeniu rękę na sercu, jak gdyby niebo wzywał na świadectwo szczerości swych zamiarów. — Słuchaj, kochany panie, mówił daléj naczelnik, nie przypuszczam, żebyś pan nie miał żadnych interesów do załatwienia, otóż daję panu na to tydzień czasu. Służba na tem nic nie ucierpi. Po tygodniu dam panu jakie odpowiednie zajęcie. — Czy mam się zgłosić do pana naczelnika? — Nie trzeba. Udasz się pan wprost do biura rapportów i kontrolli. Uprzedzę o dniu pańskiego przybycia pana Ganiveta naczelnika téj sekcji, bardzo mi łego człowieka, z którym, obiecuję panu wiele chwil przyjemnych. Do widzenia z kochanym panem, do widzenia. Przejęty najserdeczniejszemi uczuciami dla pana Mareschala, pożegnał go Lascad i wyszedł.

VIII.

Nie trudno przyszło Lascadowi zrobić rozbrat, z dotychczasowym trybem życia. Świat w którym przebywał, opuszcza się przy lada sposobności bez łez i pożegnań. To też tydzień udzielony mu przez pana Mareschala był raczéj rodzajem urlopu. Użył go Roman na odwiedzenie kilku domów, które żyły w ściślejszych z jego rodziną stosunkach, i z tego powodu bardzo się jego losem interesowały. Od chwili w któréj Roman zaczął pisywać do dzienników zaprzestał odwiedzać tych ludzi, wiedząc z góry, że uważają go za człowieka który z młyńskim u szyi kamieniem, rzuca się w morze. Przez sam fakt wejścia na urzędowanie wypływał niejako na wierzch. Poszedł więc aby uwiadomić wszystkich o tém szczęśliwym wydarzeniu. A może téż myślał, że tym sposobem wieść o niém dojdzie do jego rodziny... Przyjęto go wszędzie przewybornie, a pan Blandureau bogaty przemysłowiec, który o tyle o ile szanował literaturę, zatrzymał go na objedzie. — Dobrześ zrobił chłopcze, rzekł mu, żeś opuścił ten mniéj jak żaden zawód. Wstępując do urzędowania, wracasz do społeczeństwa, jesteś już czemś. — Przepraszam bardzo, ale ja pragnąłem zostać i może zostałbym kimś w literaturze. — I cóż ztąd? Urząd, to co innego, to już stanowisko. Ja przyznam ci się otwarcie, że wołałbym oddać córkę moją byle jakiemu naczelnikowi, jak członkowi Instytutu. A przecież to wasz dygnitarz, choć ma tylko tysiąc dwieście franków na rok. — A przy tém zawsze stary! dodał Roman. Byłby pan Blandureau dłużéj w tym duchu przemawiał, ale Roman pożegnał go i poszedł do teatru.

W teatrze Varićtés dawano tego wieczora nową sztukę, będącą utworem młodego wiele obiecującego debiutanta. O jakie trzy kwadranse na jedenastą, do café tego teatru wszedł krytyk Greluchet, a potoczywszy okiem po sali i nie znalazłszy żadnéj znajoméj twarzy, zawołał po imieniu na chłopaka i kazał sobie podać piwa. Krytyk Greluchet, któremu z wyraźnem ubliżeniem nie dano literackiego biletu, przybył do téj knajpki, w nadziei stworzenia sobie punktu wyjścia do jutrzejszej oceny. Zgniewany takim obrotem biletowój sprawy, pocieszył się jednak wprędce, bo udało mu się pochwycić na bulwarze parę złośliwych o nowéj sztuce konceptów, jak raz przydatnych do jutrzejszego odcinka. Nieuleczony ten knajpiarz od tygodnia już żył wspomnieniem ostatniéj pięciofrankówki i wszedł do kawiarni w nadziei, że Opatrzność, która tyle razy dawała mu dowody swéj opieki i teraz go nie opuści. Dla zabicia czasu wziął sobie pan Greluchet afisz i zaczął pilnie przeglądać rozłożenie ról. Połowa już może kufelka przeszła do dziennikarskiego żołądka Grelucheta, gdy drzwi kawiarni otwarły się cichutko i w nich ukazała się obrosła fizjognomja spoglądająca ciekawie po obecnych. Greluchet poznał ją. Nie był to jednak oczekiwany zesłaniec Opatrzności, ale podobny jemu knajpiarz Cahusac, który pisuje czasami i którego artykuły byłyby niewątpliwie poszukiwane, gdyby się nie tyle ekspensował w rozmowie. Cahusac rozmawia, lecz nie pisze. Rozmowa jego pełna jest wesołych zwrotów, dowcipów, dwójznaczników, a w braku tego i złośliwości czasami. Jestto żółć mussująca jak wino szampańskie. Znał dobrze Greluchet tego zaściankowego Rivarola; nosił się nawet z kilkoma ranami przez niego zadanemi, a nie zupełnie zagojonemi. Ale Greluchet nie pamięta uraz. Nudził się wreszcie i kiwnął przyjaźnie na swego kata. Cahusac zawahał się chwilkę, ale czuł pragnienie i wszedł. — No i cóż! krzyknął na całe gardło Greluchet. Obrzydliwa farsa, nie prawdaż? Trzech ichmościów grających obok w domino podniosło głowy. Greluchet był zadowolniony. Sprawił wrażenie. — Co ty rozumiesz przez wyraz obrzydliwa farsa? To ciekawe, rzeki Cahusac. — Rozumiem nową sztukę. — Albożeś był na niéj? — Właśnie wracam. Nieubłagany wzrok Cahusaca zatrzymał się na wybrednym krytyku tak uporczywie, że ten zmieszany zawoła garsona i kazał podać „jeszcze jeden.“ — Ano, kiedyś był to opowiedzże mi treść sztuki, rzekł nowoprzybyły. — Jaką treść, co za treść? Tam nie ma żadnéj treści. — No to sens, tendencję, wreszcie dowcip jakikolwiek. — A kiedy tam ani sensu, ani dowcipu nie ma. — No, ale o cóż właściwie tam chodzi? — Ii! o nic, tak sobie blaga i basta... , a jakże przyjęto? Były oklaski, czy gwizdali? — Tak sobie, ni to ni owo. — Teraz już wiem co o tem wszystkiem myśléć, rzekł poważnie Cahusac. — Jak to, o czem? — Naturalnie, że o tobie! Spojrzał z ukosa Greluchet i już miał ochotę pogniewać się na dobre; ale czarna broda towarzysza imponowała mu trochę. Rozmowa jednak bardzo na tym żarcie ucierpiała i Cahusac brał już za kapelusz, gdy tłum spektatorów wracających z przedstawienia zapełnił kawiarnię. Koci wzrok Grelucheta odgadł w tym tłumie przyjaciela — Romana Lascada. — „Dzięki ci Boże!“ rzekł w duchu i począł dawać znaki Romanowi, nie zaniedbawszy kazać przynieść świeży kufelek. Niedomyślający się podstępu Roman przysiadł się do dwóch knajpiarzy. — A wiecie co, powodzenie godne zazdrości, dalibóg! Wystawcie sobie, przy końcu sztuki wywołano na gwałt autora. Greluchet nie słuchał. Uwagę jego pochłonął nowy garnitur Romana. — Cóż u djabła, rzekł po chwili Bilboket w złocie pływa czy co? Wystrojonyś jak lala. — Co to to nie. Ale mam kredyt u krawca. — Dajże mi czemprędzéj jego adres przerwał Cahusac. — Przepraszam, mam kredyt, bo dostałem w ministerjum posadę dyetarjusza. ! wykrzyknęli dwaj literaci. — Tak jest, panowie, wszedłem do ministerjum równowagi. — I cóż ci za to dają? — Na początek sto franków na miesiąc. — No to płacisz za mnie piwo, nieprawdaż? — Sto franków! ależ to Kalifornia, zawołał Cahusac, proszę cię, dajże mi czemprędzéj rydel. Od jutra zaczynam kopać... I czegóż wymagają od ciebie za tę massę pieniędzy? — Nie wiele dalibóg nie wiele. Przychodzi się do biura o dziesiątéj rano, wychodzi o piątéj po obiedzie... — Jak to co dzień? spytał Greluchet. — Codzień z wyjątkiem świąt. — To jest dwadzieścia sześć dni na miesiąc — to trochę zawiele. — Wyborni jesteście! Albożeście zarobili kiedy tyle pieniędzy przez miesiąc, pracując przy dziennikach? — Naprzód my nie pracujemy, rzekł z godnością Cahusac. — I jesteśmy swobodni, dodał Greluchet. — A tobie pewno nie zawsze wolno wychodzić. — No dobrze, ale cóż z tego? — To z tego, zakonkludował Cahusac, że za tę cenę nie chcę ani twoich stu franków, ani kredytu u krawca.

IX.

Znana bajka o wilku i psie, nie odwiodła Lascada od raz obranej drogi. Miał nosić obrożę, to prawda. Ale pytanie, co lepszem dla niego było: obroża czy nędza, z którą bądź co bądź chciał skończyć? Pełen więc ufności w przyszłość, napisał do ojca list donoszący mu o zmianie zawodu. List ten, który uszczęśliwić miał połowę miasteczka Ceret (dep. Wschodnich Pyreneów), bardzo korzystnie świadczył o uczuciach Romana, zwłaszcza przypisek, w którym tenże prosił o trochę pieniędzy: porządny syn bowiem nigdy nie powinien pomijać w liście do rodziców téj okoliczności. Lascad był w ogromnej potrzebie. Pan Krugenstern, przez zapomnienie zapewne, nie zapłacił mieszkania i wiktu swego pupilla. Fałszywy wstyd nie dozwalał Romanowi przypominać się o tę drobnostkę. Do téj pory wszystko się jakoś kleiło. Ale teraz, po wejściu na urzędowanie, trzeba było koniecznie jakiegoś stałego punktu oparcia. I dla tego to, w liście do ojca, obiecywał Roman nieograniczoną miłość synowską w zamian za trochę pieniędzy. Cywilizacya, która tak gorliwie zajmowała się handlem niewolników, nie miała jeszcze czasu pomyśleć o frymarce uczuć!...

X.

Oczekując niecierpliwie na odpowiedź z Ceret, marzył tymczasem Roman o odrobince złota, choćby takiéj tylko, żeby za nią mógł zjeść objad i kolacyę. I aby dopiąć celu tych marzeń, uczynił krok śmiały: poszedł do redaktora jednego z większych dzienników i ofiarował mu swe usługi. Redaktor lubił młodzież i przyjął spółpracownictwo Romana. Wielki ten mąż stanu poświęcił mu prócz tego pięć minut drogiego a oddanego społeczeństwu czasu i opowiedziawszy swoje zapatrywanie na, biskupa Rzymskiego,“ zaproponował mu artykuł o nowej maszynce do ostrzenia brzytew. Nazajutrz przyniósł Roman do redakcyi żądany artykuł, istne cacko-poemat o ostrzeniu brzytew. Redaktor tak został nim zachwycony, że wyliczył autorowi czterdzieści franków gotówką. — Wcale porządny dziennik, pomyślał sobie Lascad. I z pełną złota kieszenią rzucił się w przejeżdżającą dorożkę. — Do teatru Grenelle! Sześć tygodni upłynęło od chwili, w której Lascad zapalił się po raz pierwszy do grzywki panny Celestyny. A było to przy wysiadaniu aktorów z omnibusu teatralnego. Znacie państwo ten omnibus? pewno nie. A jednak wynalazca zrobił na nim majątek. Ten wielki człowiek rozwiązał niepodobne zadanie jednoczesnego znajdowania się w kilku miejscowościach, i omnibusem swym obsługuje kilka oddalonych od siebie teatrów. Dzięki téj kombinacyi jeden i tenże sam aktor, może z tym samym efektem umierać jednego wieczora, w dziesięciu choćby teatrach. I są tacy, co mówią, że sztuka drzemie!.... — O, nie, panie! Przynajmniej co się tyczy fabrykacyi powozów. Scarron wędrowną swoją truppę obwoził jednym lichym wózkiem, Mont-Saint-Jean ma dla aktorów ogromny pojazd na resorach. Chociaż to wszystko jedno. Aktor czy w wozie, czy w powozie zawsze jest aktorem. Ale nie dosyć na tem. Mont-Saint-Jean i Scarrona i wszystkich przewyższył pod jednym względem: — omnibus jego posiada ośmnaście miejsc; — Mont-Saint-Jean tłoczy w niego zawsze trzydziestu artystów. Szczęśliwa gwiazda nie przestawała świecić dnia tego Romanowi. Właśnie gdy przybył, panna Celestyna tylko co zamordowana przez Buckinghama, kładła na nogi kalosze i miała się ku wyjściu. Zakulisowa ta niewinność okrutnie postępowała sobie z Romanem; próżno silił się dla niéj na sonety najczystszej wody — próżno w Bilbokecie stawił ją wyżéj od panny Fix z Komedyi Francuzkiej. Niewzruszona była jak skała. Przyjęła jednak zaproszenie na kolacyjkę, lecz przechodząc koło ładnego jakiegoś magazynu, spostrzegła się od niechcenia, że ma trochę podartą sukienkę. — Ah! gdybyś mię prawdziwie kochał!.... szepnęła ściskając namiętnie rękę Lascada. Ani się chwilkę zawahał caraliere, i choć nie jadł dziś objadu, ofiarował pannie Celestynie suknię, która długo, bardzo długo przywodziła do rozpaczy jéj rywalkę w sztuce.... Zaręczynowa uczta odbyła się u Romana. Restauratorka z ulicy Dauphine przysłała kilka wspaniałych potraw, które w połączeniu z dwoma buteleczkami jakiejś imitacyi wina, wykwintnie zrestaurowały młodą parę. Roman zdołał sobie nawet podochocić troszeczkę, i z nagany godnym nierozsądkiem opowiedział pannie Celestynie o zmianie zawodu swego. Rozbujana wyobraźnia do tyla mu głowę zawróciła, że przyszłość swą przedstawił ideałowi w najświetniejszych kolorach, — zdało mu się nawet przez chwilę, że został sam naczelnikiem i w przystępie dobrego humoru, obiecywał pannie Celestynie pyszną poszóstną karetę w siwo-jabłkowite zaprzężoną konie. — Będę cię wiecznie kochała, odrzekł ideał, i każdego pierwszego odwiedzać cię nieomieszkam.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…