Front matter
ATLANTYDA
całość
I
Wielki filozof klasycznej Grecji, Platon, wspomina w swoich pismach o osobnej części świata, której historycy i geografowie szukali gdzieś na morzu między wyspą Świętej Heleny a brzegami Afryki. Poeci i filozofowie nazywali ją w starożytności Atlantydą, Oceanją, Szczęśliwemi wyspami, ziemią Hiperborejską. Jeszcze wówczas ziemia była bóstwem i budowano dla niej ołtarze; jeszcze wówczas nie doszli ludzie do tej wiedzy, że ziemia jest tylko drobnym atomem wobec wielkiej kuli słońca, które ją w przestrzeniach niebieskich w równowadze utrzymuje i naprzód popycha. Nie wiedzieli, że ziemię można wymierzyć, granice jej oznaczyć, odgadnąć skąd powstała, gdzie stoi, dokąd biegnie. Jeszcze wówczas ziemia była bóstwem: tak była nieskończona, tak bezgraniczna, tak niezmierna, jak ono, a słońce i gwiazdy były jej sługami. Nad ziemią było niebo, pod ziemią był Styks, — a na ziemi samej ludzie, przerażeni ogromem obydwu. Nikt nie wiedział, jakim sposobem z tych wysokich, przez atmosferę powietrzną, przypływa do nas promień słońca i że tam na wysokościach tak jest zimno, jakby tam bogów wcale nie było i że ziemia jest tylko cienką skorupą kuli, w której wnętrzu szatani palą wieczny ogień, burząc spokój jej powierzchni. Ziemia była wówczas wolną równiną; poeta mógł wyobrażać sobie poza znanemi krajami nowe części świata, gdzie żyli ludzie inni, skąd pochodziły cuda, a wyobrażenia te zmieniały się stosownie do fantazji ludu. Jakże wspaniały widok przedstawiał się duszy poety! Na trzy tysiące lat przedtem żyły duchy poetyczne u dwojga wrót znanego świata starożytności. Pierwszy na wysokim północo-wschodzie żył na śnieżnych wierzchołkach Atlasu i granicą oddzielał ludy ówczasne od nieznanych przestrzeni. Za tym łańcuchem gór huczały walki synów Goga i Magoga, których zaborca Aleksander Wielki odciął od świata żelaznemi wroty, a którzy później wciąż kruszyli góry, podrywali wyspy, kopali drogi podziemne, aby się od kajdan uwolnić. Biada światu, biada tym, którzy żyli wtedy, gdy odkryli drogę przez lesisty Imaus i gdy stanęli wobec twarzy kosmatych, wobec czaszek kwadratowych, wobec nieznanej mowy, oręża i ubiorów; gdy otoczyli ziemię z końca w koniec, jak olbrzymia ręka potężnego ducha, który napełnił te puste przestrzenie groźnemi ludy, wspaniałemi miastami, bohaterami i królami i nagle zburzył to wszystko, aby inne malować obrazy. Na drugim końcu ziemi, na ciepłym , gdzie fantastyczne widziadła kąpią się w błękitnych lustrach wód morskich, tam marzył poeta szczęśliwszy świat, gdzie niebo i ziemia w słodkim spoczywają uścisku, gdzie powietrze wolniejsze, miłość słodsza, mąż odważniejszy, kobieta wierniejsza; gdzie blaski są bez cieniów, gdzie radości bez smutków, gdzie kwiaty nie więdną, gdzie wszystko wiecznie młode: trawa i drzewo, i serce ludzkie. Zadziwiająco piękne były te ułudne obrazy narodów starożytnych, które ze wstrętem i strachem ciemnemi, ponuremi barwy malowały północ, a na nieznanem południu oczekiwały ziszczenia niedościgłych nadziei, tam wysyłając swe mary i westchnienia.
W owym czasie — kiedy powstający Rzym zaczynał być panem tej części świata, którą ówcześni geografowie zwali Ziemią Znaną — drugie młode miasto rodziło się nad brzegami morza; a powstało ono prawie naprzeciw tego wielkiego buta, który się zowie ltalją, co tak wielką rolę miał w świecie odegrać i to nowe miasto miał zdeptać. Nowe miasto świata wyrosło z ziemi również szybko, jak Roma. Jeszcze żyła legenda o pięknej założycielce miasta Dydonie, która kupiła od obcego króla taką miarę tej ziemi, jaką skóra wołu obejmie, i, pokrajawszy ją na cienkie rzemienie, otoczyła nią nabyty grunt i wnet stała się panią krajów i mórz okolicznych i stworzyłaby pewnie miasto największe na świecie, gdyby na nim Romy nie było. Dwa główne punkty nie mogą być na świecie, około dwóch osi nie może się obracać ziemia. Imię młodego miasta było Kartagina. Trzysta trzydzieści lat liczyła Kartagina od swego założenia, co, podług rachuby naszej, wyjdzie na lat pięćset pięćdziesiąt przed narodzeniem Chrystusa — gdy zdarzył się w niej wypadek następujący: Pewien wódz okrętu handlowego — który często opływał brzegi Afryki i długie lata już od ojczyzny był oddalony, tak, że za umarłego był uważany i żona jego zamąż wyszła, a miejsce jego inni zajęli — zjawił się nagle, gdy go nikt nie oczekiwał, w porcie rodzinnego miasta, w porcie najbogatszym na świecie, jakim nie był nawet Tyr, najstarożytniejsze miasto handlowe. Żeglarza tego zwano Hannonem, a imię jego wnet rozbrzmiało po całem mieście i każdy ze drżeniem dowiadywał się, że powrócił Hannon, którego tak długo mieli za umarłego. A przywoził ze sobą skarby i drogie kamienie, o jakich nikt nawet we śnie nie marzył. Był zwyczaj u ludu kartagińskiego, że kupcy, którzy w dalekich ziemiach bywali, zaznaczali na marmurowych tablicach czas i przygody swej podróży i tablice owe pomieszczali w świątyni Kronosa, w bliskości Byrsy, świątyni boga czasu; gdyż wówczas już Kartagińczycy wiedzieli, że czas — to największy skarb, że czas — to pieniądz… Tablice Hannona stały już na ołtarzu Kronosa. Ale nie wolno było tłumowi tych tablic oglądać, tylko starym doradcom, siwym senatorom, którzy mądrze i uczenie obliczali jaką korzyść państwo na tem odnieść może. Gdy już tablice Hannona stały przed ołtarzem, nazajutrz wezwał go starosta do swego domu, który zbudował na małej wysepce, miedzy dwoma portami miasta, naprzeciw wrót słoniowych. Kartago miała wówczas sześćdziesiąt dwie bramy i pięćdziesiąt tysięcy sześćset mieszkańców; trzydzieści murów ochronnych otaczało półkolem miasto nad brzegiem morza, kopuły pałaców lśniły od złota, a nad dworcami unosiły się szczyty świątyń, których ściany były z czarnego marmuru, kolumny z alabastru, kapitele słupów ze srebra, a na dachu złoty bocian o czworgu srebrnych skrzydłach. Kiedy Hannona archont jeden prowadził przez krwawy most, lśniący od żywicy, którą był wysmarowany, stanęli wpośrodku pod kolumną Baaitis i spojrzeli przed siebie na imponujące ulice miasta, na place obszerne, któremi przebiegały tłumy pracowitego ludu. Całe stado słoni prowadzono w drogę, a na potężnych ich grzbietach leżały wory olbrzymie i stały śmiałe wieżyce. — Spojrzyj, Hannonie! Czyś widział w twych dalekich podróżach miasto, lepiej zabudowane, więcej zaludnione? — Widziałam większe — odrzekł marynarz. — Czy nie czułbyś boleści, gdyby się te pałace rozpadły w ruinę i gdyby, zamiast tłumu ludu, zamieszkały tu węże i nietoperze i gdyby przyszedł tu jaki obcy człowiek, nieznający imienia Kartaginy, i zapytał: — „Cóż to jest? któż co wie o tem?“ — Pewnie, byłaby to szkoda. — A gdyby tak powiedział: — „Oto było tu niegdyś miasto, władające połową świata, miasto, którego upadek zaczyna się od chwili, gdy powrócił doń z dalekiej podróży żeglarz, zwany Hannonem.“ Czy i wtedybyś go żałował? — Niechaj bogowie mnie bronią. — Zatem zważaj na usta swoje, abyś wiedział, co przed radą masz mówić. Wkrótce byli w senacie. Starsi miasta siedzieli pod ścianami, a najstarszy senator Hiercos, z siwą, po pas długą, brodą, trzymał w ramionach wielkie marmurowe tablice, na których Hannon czyny swoje opisał. — Hannonie! — rzekł najstarszy do marynarza — długo byłeś wdali od ojczyzny, czekaliśmy cię i nie wracałeś. Tutaj jest twój pałac, tu skarby twoje, twój bogaty ogród, twoja ojcowizna, tu twoja piękna żona, twoje miłe niewolnice, a jednak tyś umiał być tak długi czas woddali. Czy prawdą jest to, coś na tych marmurowych tablicach napisał? — Prawdą jest, nie wymysłem. — Czy prawdą jest, że, pchnięty burzą ku południowi, odkryłeś cześć świata większą, niż wszystkie, znane dotąd, części świata razem? — Takem napisał, tak jest. — Czy prawdą jest, że tam zima ciepła, jak u nas wiosna, trawa tak wysoka, jak u nas drzewo, zwierzę tak rozumne, jak u nas człowiek? — Zaprawdę, tak. — Czy prawdą jest, że tam kobieta piękniejsza, mąż odważniejszy, niż u nas, że tam powietrze samo uzdrawia, suchotnikom daje siłę, bojaźliwym męstwo, brzydkim piękność? — Tak powiedziałem. — Czy prawdą jest, że ziemia tam złotym piaskiem pokryta, że góry tam są z drogich kamieni, a na brzegu morza perły i purpura? — Tak rzekłem, tak jest. — Czy prawdą jest, żeś widział tam trzcinę, z której miód wypływa; żeś widział tam krzaki, które dają nici, bielsze od śniegu; żeś widział tam drzewa, z których owoców słodkie wino wypływa, a z pod ich kory mleko się sączy? — Widziałem wszystko i przywiozłem ze sobą okazy. — A czyś przywiózł ze sobą tego ptaka, który jest rozumny, jak człowiek, który ludzkim mówi językiem i cuda czyni? — Jest na okręcie moim. — A czyś mówił już o tem innym? — Tylko na tych marmurach spisane są moje tajemnice. — Czy twoi żeglarze nie byli w mieście? — Żaden z nich portu nie opuścił. — Wróć do swego okrętu, Hannonie! Poszli więc razem z nim do przystani. Późnym wieczorem wywiedli okręt na pełne morze, otaczając go czterema wojennemi nawami, rozdarli jego żagle, zniszczyli jego ster, złamali jego maszty i podłożyli z czterech stron grecki ogień, który w wodzie płonął. Ogniste iskry podpaliły okręt, a niezgaszony płomień ognia greckiego przeniknął żelazne pokrycia i wpośrodku morza okręt pochłonął Hannona, wraz z jego właścicielem i załogą, i przywiezionym z nowych światów złotym piaskiem, i z owocem chlebowym, i z rośliną miodonośną, i z mlekodajnem drzewem, i z ptakiem gadającym: wszystko to razem doszczętu w wodzie spłonęło. A w Kartaginie postanowiono, że ktoby o szczęśliwej ziemi Hannona ośmielił się jednem wspomnieć słowem, ten straci głowę na rynku Astarty, a gdyby którykolwiek senator powtórzył choć jedno słowo z tego, co Hannon na tej tablicy napisał, ten w porcie związanym zostanie i z kamieniem u szyi w morze rzucony. Gdyby bowiem lud kartagiński mógł się dowiedzieć, że istnieje kraj, tak szczęśliwy pod niebem, tłumnie porzuciłby ojczyznę i te pałace rozpadłyby się w ruiny, a węże i nietoperze zamieszkałyby na gruzach i cudzoziemiec takby się pytał o Kartaginę: — „Cóż to jest? któż wie co o tem“?
II
Kiedy Tyr był jeszcze w stanie kwitnącym i kiedy nawy jego aż do Indyj dopływały, żył wówczas w tem mieście bogaty żeglarz, który nazywał się Bar Noemi. Jak widać z nazwiska, był on pochodzenia palestyńskiego; jeden z tych potomków Benjamina, którzy w czternastu mężów wypędzeni zostali z miasta i zabici za obrazę jednej kobiety. Kara była rzeczywiście zasłużoną. Dzicy ci ludzie zhańbili kobietę, która, jako gość, do miasta
dlatego też godziło się znieść ich z oblicza ziemi.
Bar Noemi jednak był wówczas jeszcze dzieckiem, wskutek czego uwolniony został od kary, jako nie mający udziału w winie ojców; wiedział on dobrze, że kara ta nastąpiła na rozkaz Pana, na rozkaz wszechmocnego, mściwega Jehowy, który, wśród błyskawic i gromów, własną ręką napisał na marmurowych, kowanych tablicach: — „Niechaj świętą będzie obcemu człowiekowi twarz kobiety obcej, a kto, jako wróg, przychodzi, niech śmiercią umrze.“ Bar Noemi wiedział dobrze, że wyrok wypełniono w sposób bezwzględny i bezlitosny, ale nie porzucał wiary swych ojców, gdy pomyślał o krainach szczęścia, o ziemi obiecanej, o wspaniałych podaniach Syjonu, o błogosławieństwie potężnego a mściwego Boga, który grzechy ojców karze do czwartego pokolenia, cnoty ich zaś nagradza do tysiącznego. Ale bogowie Tyru i Sydonu, bogowie greccy byli milsi; uznawali miłość na swych ołtarzach i przyjmowali ofiarę gołębia czy kozy, według tego, czy miłość była czysta, czy nieczysta; nie rachowali zresztą nikomu grzechów wesołych, misterjami uczyli śmiertelnika, jak po niepojętych stopniach rozkoszy zbliżyć się do zbawienia lub potępienia. Bar Noemi nie odwiedzał świątyń Astarty; zamiast tego spędzał święta ojców na postach i modlitwie, oblewał próg swego domu krwią paschalnego baranka i co rok stawiał na dworze swoim namiot, pokryty zielenią. Lud tyryjski pozwalał mu czynić, co mu się podobało, gdyż zawsze ludność handlowa w rzeczach wiary jest bardzo tolerancyjną; nie mówiono też wobec niego nigdy o wierze Izraela; dość się kłócili ze sobą, jeżeli nie o żelazo, to o srebro i złoto. Bar Noemi, kiedy dorósł, był najbogatszym prawie z kupców tyryjskich: pięćdziesiąt okrętów wiozło mu srebro, złoto, purpurę, perły i zamorskie zioła — i niosło je z jednej części świata do drugiej. Sam on był najśmielszym żeglarzem. Często całe lata nieobecny w domu, był na swoim okręcie, którego załogę stanowiła wyborowa młodzież hebrajska. Bar Noemi był pierwszy, który wpłynął na morze Czerwone, który na swym statku do Kartaginy umiał dopłynąć, nie używając do przenoszenia ciężarów z jednego brzegu morza na drugi karków wielbłądzich, co pod Ptolomeuszami było ogromnie płacone i bardzo utrudniało handel. Nikt nie wiedział, nawet z pośród najstarszych kupców, jakim sposobem możnaby było drogę te skrócić. Przylądek Dobrej Nadziei był wówczas jeszcze dla kupieckiego świata nieznanym punktem, od którego odpychały go nieprzyjazne huragany i burze morskie. W Kartaginie poznał Bar Noemi córkę pewnego kupca, jedną z punickich piękności, których czaru nie dosięgały nigdy damy rzymskie. Miała ona cerę twarzy jak najbielszą; jasny, prawie w szafran wpadający, bujny włos na głowie; błękitne oko z czarną rzęsą, wąskie, ciemne, łukowate brwi; usta ciemnoczerwone, jak purpura, a skórę gładką, jak aksamit. Piękne rzymianki, po ukończeniu pierwszej wojny punickiej, widząc, jak ich mężowie stają się pięknych cudzoziemek, wszelkiej sztuki używać zaczęły, aby walczyć z pięknościami kartagińskiemi. Malowały więc włosy swoje szafranem, twarz na noc świeżem pokrywały mięsem, usta czerwoną maścią różowały. Ale Kartaginkom wszystko to dała natura: dała im ona złociste warkocze, bujne i długie, z których w ostatnich klęskach wojennych swej ojczyzny, wyplatały cięciwy do łuków — łuków, które miały w rozpaczliwych dniach Kartaginy łamać szeregi wrogów i bronić twierdz od naporu oręża rzymskiego. Jedną z takich piękności była Byssenja. Ojciec był zadowolony z losu, jaki Bar Noemi córce jego miał stworzyć. Kupcy, zazwyczaj, w czasie ważnych i dobrych interesów zakładają sobie kółko rodzinne. Bar Noemi był to nietylko bogaty, ale też i piękny mężczyzna. Był odważny, rozumny i głowę nosił wysoko, gdyż wiedział, że to nadaje twarzy wyraz imponujący, a uważałby za hańbę spuścić przed kimkolwiek oczy. Zwykł był mawiać: — Niemasz straszliwszego spojrzenia nad błyskawicę i straszliwszej mowy nad ryk morza, ale ja już i do nich przywykłem. Znajomi, pierwsi znaczeniem w mieście ludzie, przyjaciele, zeszli się w dzień wesela Byssenji u jej ojca. Ją zaś kartagińskie dziewice powiodły do gaju Astarty, aby tam po raz ostatni w świętym ruczaju się wykąpała i zaprowadziły ją do ołtarza bogini, gdzie miała być narzeczonemu oddana. Kiedy grono tych dziewic żądać poczęło odeń, aby, według fenickiego zwyczaju, wyrzeźbionym się pokłonił i aby prosił ich o błogosławieństwo, Bar Noemi, na podziw wszystkich, zawołał: — Jehowa jest Bogiem! — i bogom się nie pokłonił. Starcy i kapłani, przerażeni tym bluźnierczym okrzykiem, szeptać poczęli między sobą, co mają począć z tym zuchwałym cudzoziemcem. Zaprowadzili go do amfiteatru Astarty, którą lud czcił w postaci białej, wyrzeźbionej z marmuru, niewiasty, i pokazali mu misterje, czci jej oddawane, słodkie tajniki miłości, wobec których rozum ludzki blednieje, podniecające obrazy zmysłowe, które pod różną nazwą, w każdym wieku, aż do naszych czasów, znajdowały bałwochwalców! Bar Noemi odwrócił twarz od tej oślepiającej ułudy i zawołał: — Jehowa Bóg! Starcy i kapłani, opuściwszy głowy, wyszli i zaprowadzili Bar Noemiego do świątyni wielkiego, wspaniałego boga Dagona, który błyszczał od srebra i złota, który stał na okręcie perłowym, pokrytym drogiemi kamieniami i szlaczetnym metalem i, zamiast fal morskich, płynął w olbrzymiej cysternie, rtęcią napełnionej. Tu rzekli Bar Noemiemu, jeżeli przed czarem miłości głowy nie schylił, aby schylił ją przed obrazem bogactwa, gdyż to Dagon daje pieniądz i władzę tym, którzy weń wierzą. Ale Bar Noemi pogardliwie spojrzał na olbrzymie bogactwa, jakie widział wokół, i śmiało powtórzył: — Jehowa Bóg! Starcy i kapłani, gniewnie nań spoglądając, zaprowadzili go do świątyni Renafana, boga wojny, który stał na słupie miedzianym, a sam był wykuty z żelaza; pod nogami gromadą leżały miecze, tarcze i triumfalne bitew łupy, które wojownicy kartagińscy na wrogach swych zdobyli i rostra okrętów, które na morzu nieprzyjaciołom zabrali — i które u nóg Renafana składano. — Spójrz! jeśliś nie kląkł przed miłością, przed bogactwem, klęknij przed tym bogiem, który daje sławę — największe szczęście prawdziwego męża. Ale Bar Noemi, śmiało spojrzawszy w puste oczy bożka, zuchwale odparł: — Jeden jest Bóg! Wszechmogący Jehowa! Zaprowadzili go więc do podziemnej świątyni potężnego boga piekieł, Baala, który w wieczystym ogniu panuje i rozdaje kary i cierpienia na tym, oraz na tamtym świecie. Tu pokazano cudzoziemcowi nieforemnego bałwana o czerwonej niesytej piersi, która codziennie krwawą ludzką ofiarą karmić się musiała. Wkońcu pokazali mu i ofiarę samą. Silnego i rosłego mężczyznę wtrącono w paszczę bezlitosnego boga i z nozdrzy wybiegł dym ciemny, a ginąca ofiara w jego pustem wnętrzu tak wyła, jakby szatan wrzaski swe czynił, a tak powoli cichła, jak dziki zwierz, gdy głod zaspakaja i wreszcie się nasyca. — Bar Noemi! — mówili starcy. — Przed tobą wrota śmierci, mów! Młody cudzoziemiec, pełen odrazy, podniósł oczy ku niebu, które było tak czyste, jak wieczne Boga siedlisko, i, nieporuszony, mówił: — Jeden jest Bóg, wszechmocny Bóg! Pan ziemi, Pan gwiazd niebieskich, Pan mórz, Pan życia i śmierci, Pan nad pany — nieśmiertelny Jehowa! A prochem i cieniem jest wszystko wobec niego! Tymczasem bożek porwał drugą ofiarę, którą służbę czyniący kapłani rozćwiartowali i potworowi ją dali. Wycie umierającego złączyło do modlitwy ręce Noemiego. Sądził, że ostatnia jego nadchodzi godzina, że i jemu przyjdzie zginąć w paszczy Baala. Starcy i kapłani znowu coś szeptali i z uśmiechniętem obliczem rzekli do Bar Noemiego: — Oto zachowałeś do końca wiarę swoją, pozostań więc przy niej i nie bądź wobec niej przeklęty. Przysięgnij małżonce twej, według zwyczajów twoich, i weź ją ze sobą do twej dalekiej ziemi i żyj z nią, dopóki się twemu Bogu spodoba. Uspokoił się na te słowa Bar Noemi i w ciszy serca swego błogosławił Jehowę, który daje zwycięstwo tym, co weń wierzą i silne serce tym, co go sławią. Przysiągł więc Noemi Byssenji miłość i wiarę według zwyczajów swej ziemi. Ojcu narzeczonej dał mały gościniec, ten zaś mu ofiarował znowu jakieś ozdoby kobiece; zamiany te dokonawszy, ruszyli ku okrętom, a tłum ludu, zebranego w porcie, wśród radosnych okrzyków i wesołej muzyki, odprowadził ich nad brzeg morza. Cztery okręty, gotowe do podróży, czekały na nowozaślubionych. Były tam trzy wspaniałe okręty kartagińskie, ozdobione pysznym haftem, po bokach, nazewnątrz miały wyrzeźbione ze złota rożne dziwy, ztyłu był most, zwodzony na wypadek bitwy z wrogami, a w pośrodku wysokie wzniesienie, skąd zazwyczaj rzucano kamienie i strzały. Kiedy już wypłynęli żeglarze na pełne morze, kiedy już portu widać nie było, wtedy nagle okręty kartagińskie rzuciły mosty na okręt tyryjski i wszyscy stanęli. Starcy jeszcze raz do Noemiego przemówili: — Bar Noemi! Synu obcej ziemi! Pod tobą bezbrzeżne morze, nad tobą bezbrzeżne niebo. Powiedz teraz, jakiż Bóg w tej pustyni ci pomoże? — Jehowa! — odrzekł Bar Noemi. — Niechaj więc ci Jehowa pomoże! — rzekli starcy… i zerwali z okrętu Bar Noemiego żagle, połamali wiosła, zniszczyli ster i wszystko to, co do żeglugi jest konieczne. Radzili narzeczonej, aby powróciła do ojca, do Kartaginy. Ale Byssenja, przytuliwszy się do piersi Bara, odrzekła, że lepiej zostanie tu, na morzu, wśród burz i wichrów z tym, któremu wierność przysięgła, i nie opuści go w niebezpieczeństwie. — Niech ci Jehowa pomoże! — mówili starcy i oddalili się od okrętu Bar Noemiego, spuściwszy mosty, i pozostawili go wśród burzliwego morza, bez żagli, bez wiosła, bez steru, na pastwę huraganom i na łasce ślepego żywiołu.
III
„Do Ciebie wołam, dobrotliwy Panie! Tyś mocną tarczą przeciw moim wrogom, Tyś mą obroną w polu krwawej bitwy,
Tyś mi odżywczem źródłem jest w pustyni, Tyś mą ucieczką wśród orkanów wrzawy Nie opuszczaj mnie!“
Nie opuszczaj, o Panie, tego, który twą chwałę głosi i który w niebo spogląda, i który woła do Ciebie: — „Bądź ze mną i pomagaj mi!..“ …Wśród cichego, bezwietrznego morza stał opuszczony okręt, pozbawiony żagli i rudla, a zdala na horyzoncie, gdzie niebo z ziemią się całuje, nie widać było ani czarnego punktu, ani białego żagla, któryby ślad jakiejkolwiek ziemi pokazywał. Wśród tej próżni stał Bar Noemi i jego, na zagładę skazana, załoga. Bar Noemi jednak wierzył, że nad tą próżnią jest Pan, który niebu i ziemi rozkazuje. I oto, gdy, złożywszy ręce, modlił się, przyleciał od wschodu ranny w skrzydło gołąbek i usiadł na najwyższym maszcie okrętu. Nigdy jeszcze nie widziano takiego gołębia: całe jego upierzenie było zielone, z odcieniem perłowym, ogon złoty i gwiaździsty, jak u pawia, a naokoło szyi purpurowy kołnierz. Bar Noemi podał mu garść ryżu na dłoni; gołąb zbiegł z masztu, siadł żeglarzowi na ręce i zbierał po jednem ziarnku, gruchając nad każdem, jak to zwykle czynią dzikie gołębie. Poczem znów na maszt powrócił i tam do wieczora pozostał. Załoga, patrząc na to, krzyczała z podziwu, a Bar Noemi mówił: — Widzicie, oto Jehowa głos mój usłyszał i przysłał mi swego posła, rozkazując mu, aby nam drogę wskazywał. Gdyż wiem, że On to od nieszczęścia nas uratuje. Weźmy nasze płaszcze i wszystko, co na okręcie jest zbyteczne, odzież kobiecą, suknie, tkane złotem, frygijskie purpurowe płótna i zróbmy z tego żagiel. Niedługo powieje wiatr zachodni, który przybliży nas do brzegu, gdzie odnowimy nasz okręt i powrócimy do Tyru, do którego drogę znam dobrze. Marynarze, słowa nie mówiąc, przygotowali żagiel, śmiało łatając go ze zniszczonych skarbów, i rozpięli go, jak się dało, wiążąc sznurkami, i oto stanęło słońce, lśniąc swem odbiciem, które w morzu, kołysanem wiatrami, poruszać się zdawało w każdej krezie fal morskich. Okręt był gotowy, złatany żagiel szumiał, a nawa silnie stała wśród fali i szybko pruć poczęła zwierciadło morza. Załoga na kolanach modliła się: — Jeden jest Bóg, Bóg Jehowa! Całą noc wiał przyjazny wiatr. Bar Noemi całą noc patrzył na gwiazdy. Gwiazda strażnicza i gwiazda krwawa nad głową jego tworzyły łuk wspaniały; Punkt Diamentowy i Smocze Oko stały wysoko na niebie; okręt spokojnie płynął ku zachodowi. Trzy dni i trzy noce sunął okręt po morzu, bez steru z jednym tylko żaglem. Na trzecią noc wyłoniły się z głębin morskiego potworu ciemne góry Atlasu, graniczące z nieznanym światem, oddzielające tajemniczy ocean od morza Śródziemnego niezdobytemi słupami Herkulesa, które dziś zowiemy Gibraltarem. Znany punkt był przed oczami żeglarzy. Za tym punktem żyli szczęśliwi mieszkańcy Hesperyjskich ogrodów o złotych jabłkach, porywali oni tych, co płynęli u ich brzegów, tak, że dziewicom z pod gór Atlasu niebezpieczniej było patrzeć w tą stronę, niżli słuchać śpiewu Syren lub żeglować u przeklętych koralowych wysp Scylji. Ostatni port afrykański bardziej przerażał żeglarza, niżli szatan piekieł i śmierć — dwa zabójcze anioły ówczesne. Żeglarze Bar Noemiego z radością weszli na maszty, aby lepiej ujrzeć szczęśliwą obiecaną ziemię, która co chwila była bliższą. Już barwić się poczęły brzegi, już na sinych górach widać było ciemną zieleń lasów, już jaśniały łąki, pokryte wysoką trawą i otoczone szkarłatem gajów migdałowych, a storczyki ogniste i błękitne bujały się na długich gałęziach; już widać było dym chat gościnnych — gdy nagle w południowej stronie nieba pokazał się czarny obłok i w chwilę potem zaciemnił słońce i całe morze kolor zmieniło. Jakąś ponurą, ciemnozieloną barwą igrały fale, góry Atlasu zszarzały, brzegi wciąż we mgle się rozpływały, wciąż znikały i nagle, jakby z chmur, na niebiosach wybiegłe, całe powietrze napełniły białe ptaki o czarnych skrzydłach, ptaki, których żywiołem jest burza, które huraganem oddychają i w nieznanych przestrzeniach morskich wyprzedzają okręty, ku przerażeniu żeglarzy, złowróżbną przepowiednią zguby i nieraz z przeraźliwym świergotem oblatują okręt naokoło, niby śpiewając pieśń pogrzebową. Bar Noemi zwinął jedyny żagiel, pocałował piękną żonę, a później każdego z żeglarzy, którym nic nie pozostało, jak paść na kolana przed Bogiem i gromką pieśnią zagłuszyć ryk fal morskich: „W Tobie, o Panie! jest nadzieja nasza!” Ryk fal morskich, wycie wichru stało się silniejsze; pieśń opuszczonych osłabła; zahuczał piorun, głusząc całą wrzawę żywiołów i przebiegając morze z końca w koniec, noc bezpromienna czarnością pokryła niebiosa i morze, tylko błyskawice, jak pochodnie, na okamgnienie rozjaśniały przestrzenie. Na dalekim widnokręgu za każdą błyskawicą wyłaniała się z morza czarna wstęga gór Atlasu, niby potwór we śnie ujrzany — a tu po spienionych grzbietach bałwanów morskich mknie słaba łupina orzechowa — mała łódka drewniana, z którą wicher igrać się zdaje, a w której dwustu siedzi z tego nędznego tłumu robaków, co się zowią panami natury. Szum wichru rośnie a rośnie. Po ciemnym dniu ciemniejsza jeszcze noc nadchodzi. Załoga coraz bliższą się czuła gór Atlasu i ściskała Bar Noemiego. Jeszcze chwila a wszyscy będą u brzegu. Ustały błyskawice i nastąpiły godziny mroku zupełnego. Wicher rzucał okrętem, chwile śmiertelnej trwogi przepływały, jak wieczność, a gdy po długim czasie znów firmament przecięła wstęga ognista, nieszczęśliwi żeglarze nie ujrzeli już gór Atlasu. Wypłynęli już na morze Atlantyckie. — Jeden jest Bóg, Jehowa Bóg! Trwoga śmierci przypomniała im Pana, ale w nieskończonej wrzawie skłóconych żywiołów nowe niebezpieczeństwa oszołomiły ich zupełnie. Noc minęła, ale niebo dalej pokryte było ciemnemi chmurami, rzekłbyś armja wojująca, a słońca poza niemi widać wcale nie było i horyzont cały był mgłą bezgraniczną pokryty. Tak bezustannie cztery dni płynęli. Wicher się nie męczy… Okręt był zniszczony. Maszty były połamane; rzeźbione smoki, które w promieniach słońca lśniły, jak słońce, pożarła głębia; wszelki ciężar zbyteczny rzucali w morze, aby tylko ocalić statek od zatopienia. Gdy czwarty dzień w klęskach i burzy chylił się ku nocy, przystąpił do Bar Noemiego najstarszy żeglarz i, tajemniczo go przywoławszy, zapytał: — Czy ty się codziennie modlisz do Jehowy, Bar Noemi? — Każdej godziny, każdą myślą moją! — Na tyle okrętu jest twoja arka przymierza, przed którą zwykle się modlisz? Co tam jest? Czy tam mieszka Jehowa? — Tam są Jego przykazania, według tablic jerozolimskich spisane. — Ty więc modlisz się do Jehowy. Ale twoi żeglarze na przodzie okrętu modlą się do Thammusa, złotego węża, którego sami sobie zrobili. Tak więc dwa są bogi na naszym okręcie i oba walczą o nas; jeden chce nas zgubić, drugi uratować, a kto nam dowiedzie, który z nich potężniejszy. Zginiemy przez to. Bo jeden pewno jest Bóg, jak ty Go zowiesz Jehowa, który dobrotliwie dawał nam dni słoneczne, ale, przez gniew za ich grzechy, nie pozwala burzy przeminąć! Dlatego też uważaj, co masz począć. Co noc, kiedy pod pokładem daje się słyszeć płacz i błaganie, wiedz, że się modlą do bałwana. Albo więc twoją arkę przymierza, albo złotego węża rzuć do wody, aby jeden Bóg był z nami. Bar Noemi wielce zasmucił się temi słowy i uczynił tak, jak m u stary żeglarz mówił. Kiedy nocą usłyszał modły pod pokładem, zeszedł na przód okrętu, znalazł tam żeglarzy, którzy, schyleni ku ziemi, bili się w piersi i ostremi nożami kłuli swe ciało. Pośród nich zaś był wąż złoty, owinięty na słupie, a jego oczy karbunkułowe błyszczały w ciemnościach. Bar Noemi przystąpił do bałwana i mieczem odciął mu głowę, a później, uderzywszy go kilka razy, rozbił na drobne kawałki. — Spójrzcie — mówił Bar Noem — czyż nie skłamał wam ten mag, który wam powiedział, że to jest Bóg. Czyż nie skłamał wam ten złotnik, który wam powiedział, że to złoto. Kłamstwem jest to wszystko. Łatwo pojmiecie, że ten, który to zrobił, nie widział Boga, jak nie widział złota. Niespodzianie ujęci żeglarze nie przemówili ani słowa. Materjalne oszustwo najsilniej ich upewniło o niemocy ich bóstwa. Ucałowali suknię Bar Noemiego, zebrali czerepy bożka i rzucili je w morze.
IV
Kiedy bożek zginął w falach, nagle, jak płaczące dziecko, które wśród łez usnęło, wszystko się uciszyło. Wycie wiatru zamilkło, błyskawice ustały, czarne chmury śpieszyły się ukryć za horyzontem, rozszalałe morze spokojnie kołysać się poczęło, zwierciadło stało się gładkie i wnet najuroczystsza cisza na niebie i ziemi zapanowała. — Dzień cudów! — wołali żeglarze. A gdy gwiazdy pokryły sklepienia błękitów, nowe podziwienie ogarnęło serca rozbitków. To niebo gwiaździste nie było tem, które znali. Inne to gwiazdy, inne konstelacje. Siedmiogwiezdnego wozu nigdzie nie widać, nie widać nigdzie wiecznie nieruchomej gwiazdy polarnej. Przewodniczka żeglarzy, podwójne oko nieba i tyle innych świateł niebieskich, które każdy żeglarz nazywa tak poetycznie, których wschód i zachód zna tak dobrze, gdzież są? — niema ich tutaj. Wszystkie w morze się zapadły. Zamiast nich, inne się pokazały, ale nikt ich nazwać nie umiał. A wokół nich tak było jasno, że okręt cień rzucał, niby we dnie. Załoga z bijącem sercem spoglądała na to nieznane niebo, w którem nie znalazła dawnego swego świata i ze strachem pytała Bar Noemiego: — Panie, panie, gdzie jesteśmy? Bar Noemi, tając swą własną trwogę wobec innego nieba, odrzekł z westchnieniem: — Jesteśmy w ręku Boga! — Jesteśmy na krańcach świata! — zawołał głos buntowniczy. — W nicość płyniemy! Inny mówił, że zbliżają się do państwa Rok-Rok, ojczyzny wężów i jaszczurek, gdzie na ludzi polują tak, jak u nas ludzie polują na gady. Trzeci przypomniał baśń o indyjskich górach magnesowych, które zoddala przyciągają do siebie okręty, a wszyscy byli przestraszeni widokiem tych miejsc nieznanych, o których nawet baśnie nie wspominały. Ludzie szeptali coś pomiędzy sobą, a najmężniejsi przystąpili do Bar Noemiego z zagniewanem obliczem: — Posłuchaj, Bar Noemi, co mówimy do ciebie. Modliłeś się dotychczas do Jehowy i sprowadziłeś przez to wiele nieszczęść na siebie i na tych, którzy są z tobą. Pchnąłeś nas na morze, sprowadziłeś burzę i klęski. Złamałeś Thammusa i modliłeś się do Jehowy. Teraz oto jesteśmy wśród nieznanego morza, nie wiedząc gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy. Tyś jest tego przyczyną i ta arka przymierza, którą wieziesz ze sobą, i imię Jehowy, do którego się modlisz. Póki był Thammus, była burza, gdyś go zniszczył, stała się cisza. Ale ta cisza jest dla nas większą klęską, niż burza. Pierwej płynęliśmy wciąż dalej, a teraz stoimy na miejscu, przeklęci, jakby dwie kotwice uwięziły nasz okręt. Postanowiła więc załoga ciebie i twoją arkę do morza strącić. Jedź, dokąd zechcesz. Nie gniewamy się na ciebie, ale boimy się ciebie. Przygotujemy ci tratwę, damy ci ster, powrócimy ci twój żagiel. Damy ci chleba i wody… i jedź z imieniem Jehowy, dokąd ci się spodoba; my też pojedziemy, dokąd nas popchną złe lub dobre czarty. Bar Noemi nie mówił ani słowa. Lud ten chciał jego zguby: trzykrotnie zdradził jego wiarę. Ale lud ten sam był na zgubę skazany. Morze go pochłonie, jak lud Abiramu pochłonęła ziemia. Kiedy Sodoma miała zginąć od ciężaru swych grzechów, Pan ją chciał ratować, jeżeli jednego w niej znajdzie prawego człowieka. Ala teraz anioł Boga był obecny. Byssenja, która dotychczas w milczeniu końca mowy czekała, sądząc, że marynarze namiętność swą zaspokoją groźbami, gdy jednak ujrzała, że ci już tratwę dla Bara gotują, objęła smutnego męża i, tak szepcząc, pocieszała go: — Bądź spokojny, Noemi. To nie koniec świata. Zdobyłam w Kartaginie tajemnicę pewną, której tam głośno wypowiadać nie wolno, ale która tam z ojca na syna przechodzi i każdy ją w ciszy serca radośnie wspomina. Mężny Hannon, niegdyś burzą pchnięty, dostał się w te kraje. Całą podróż swą opisał na marmurowych tablicach, które dziś są pod zamkiem w świątyni boga-śmierci. Kto tę tajemnicę rozgłasza, umiera. Ja wiem ją od mojego ojca, który w tej świątyni siedzi na radzie z mędrcami i kupcami. Tam, gdzie zachodzi ta najświetniejsza gwiasta, jest nowa część świata, większa i piękniejsza stokroć, niż nasza. Znajdziemy ją, gdy zrozumiemy te gwiazdy. Dwie potężne siły są z nami, które nam pomogą: z tobą — Jehowa, ze mną — miłość. Bar Noemi objął ją i ucałował, dziękując Bogu, że mu anioła zesłał, który go od niebezpieczeństwa uratował, i sam począł żeglarzom pomagać w robocie statku, na którym, w przymierzu z Panem i w miłości lubej, miał się puścić na nieskończone morze. Kiedy już tratwa była gotowa, za jedyny maszt służyła mu tyka, a za żagiel rozdarty płaszcz, zszyty z weselną suknią niewieścią. Kropla wody rzecznej, wodą morską przesiąkły koszyk pszenicy — oto, co od swojej załogi otrzymał Bar Noemi. Z niezliczonych skarbów, trzy tylko wziął ze sobą: arkę przymierza z zakonem bożym, wierną, kochaną Byssenję i miecz swój miły, stalowy. Kiedy Bar na łódź wstąpił, krzyknięto za nim: — „Jehowa z tobą!“ — On zaś smutnie opuszczał okręt, z którego schodził, jako ostatni człowiek sprawiedliwy i coraz bardziej oddalał się odeń, i coraz bardziej samotniał w tych przestrzeniach. Nagle ujrzał, jak okręt chwiać się poczyna i kołysze się coraz bardziej i fale na jego pokład wpadają i wreszcie w wodzie się pogrąża. Wiatr zachodni pozwolił Bar Noemiemu usłyszeć ostatni krzyk przerażenia załogi, ginącej w morzu. Teraz on i Byssenja byli sami tylko na nieznanych wodach. Ale niedługo byli sami. Brzmi śpiew ptaka na wysokościach i oto z błękitów spada cudnie zabarwiony gołąb, ten sam, który u brzegów Afryki okręt odwiedził, i ufnie siada spocząć na wierzchołku maleńkiego masztu. I on był wichrem zagnany. Złotozielone jego pióra oblane były wodą, a czerwony dzióbek otwierał się, smutnie turkając. Kiedy znajomych poznał, siadł Bar Noemiemu na ręce, później Byssenji na ramieniu, a gdy oni mu dawali pszenicy, nie jadł, ale uderzał w nią dzióbkiem, wreszcie w powietrze uleciał. — Idę za tobą, boski posłańcze! — mówił Bar Noemi, pełen ufności i, złożywszy żagiel ku wiatrowi, skierował łódź w tę stronę, dokąd gołąb pofrunął. Przewodnik niebieski nigdy nie znikał z oczów. Kiedy łódka nie mogła zdążyć za jego lotem, gołąb oglądał się i czekał. Na noc siadł znowu na wierzchołku masztu, a wczesnym rankiem leciał przed nimi w niezmiennym kierunku. Trzy dni i trzy noce żeglarz płynął za gołębiem. Czwartego dnia o świcie wesoło siadł gołąb na łonie Byssenji, wziął z jej ręki trochę pszenicy, wzleciał i więcej widać go nie było, jeszcze raz się pokazał na krańcu widnokręgu i zniknął. Na czwartą noc samotny już podróżował żeglarz z oblubienicą; słaba kobieta, złożywszy głowę na łonie męża, niby na łożu wygodnem, zasnęła na morzu bezbrzeżnem. Ale Bar Noemi usnąć nie mógł. W sercu żeglarza bić poczęły jakieś niepojęte przeczucia, jakieś tajemnicze a potężne myśli, których pochodzenia wyjaśnić sobie nie umiał. Czyżby miał ujrzeć te zielone krainy szczęścia, o których marzą wszyscy ludzie w smutnych krajach północy? Czyż miał zawołać w niezgłębionej radości: — Oto jest! Oto jest! Oto mój cel! Zorza ozłaca swemi promieniami niebiosa i mórz powierzchnię i oto, z pośród tych złotych promieni niebios i morza, wyłaniają się błękitne gór wierzchołki na firmamencie, a wschodzące słońce purpurowemi barwy je maluje. — Jeden jest Pan! jeden jest Bóg! — zawołał Bar Noemi, podnosząc ku niebu dziękczynne dłonie, a Byssenja z nim razem klękła przed arką i oboje, ścisnąwszy się gorąco, wylewali łzy rzewnej radości. Nowy świat! Nie! To świat stary, który wtedy kończył swą dziejową drogę, kiedy twój, znany ci świat, zaczynał ją dopiero. Tysiąclecia minęły. Któż wie, ile przez ten czas przesunęło się po tym świecie mieszkańców? Te szkielety, które znaleziono na brzegach rzek, które znaleziono na dnie jaskiń, nigdy nie były nazwane, żadna twarz europejska nie oglądała nigdy tych pozostałości. Te gruzy olbrzymów królestwa roślinnego, które, zwęglone od wieków, lasami spoczywają jedne na drugich, zdają się mówić o większym umarłym świecie. Te gigantyczne ruiny miast, o architekturze przedziwnej, jak na ziemi Inkasów, które pozostały nieznane awanturniczym podróżnikom, czyż nie wskazują na istnienie zaginionego ludu, który w blasku i wielkości wystarczał sam sobie, który swemi walkami połowę świata zdobył i był panem tych ziem naokoło i nieznaną sztuką rzeźbił oblicze Boga, póki grzechy tego ludu nie skazały go na zagładę, a ostatni śpiew ich był jękiem półbogów, ginących w uściskach zdziczałej i rozbujałej roślinności i w konwulsjach, ogniem wewnętrznym, ziemi. Filozof Platon wspominał niegdyś o Szczęśliwych wyspach. Może to obraz poetyczny, może wytwór podniosłej duszy mędrca, który wszędzie szukał. Ale z owych tysiącleci pozostały ślady, których morze nie śmiało zatopić, las obrosnąć, burza zniweczyć. I powzięliśmy pewność, że w dawnych, dawnych wiekach byli ludzie, którzy dosięgli najwyższej doskonałości i zginęli, gdy, stanąwszy na szczycie pychy, osądzili, że wolno im głowę nosić tak wysoko, jak Bogu. Cudne obrazy tego świata zaginionego unoszą się przed mą duszą, niby senne, czarowne widziadła!…
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Atlantyda (Jókai, 1926).
