Read here

Życie neurastenika

Octave Mirbeau · 1924 · Free in the US

47,673 words · about 3 h 20 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1924 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Życie_neurastenika&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Octave Mirbeau
Language
Polish
Published
1924
Length
47,673 words · about 3 h 20 min
Sections
17 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (17)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 40 min
  3. Rozdział I about 4 min
  4. Rozdział II about 5 min
  5. Rozdział III about 5 min
  6. Rozdział IV about 12 min
  7. Rozdział V about 4 min
  8. Rozdział VI about 11 min
  9. Rozdział VII about 3 min
  10. Rozdział VIII about 11 min
  11. Rozdział IX about 4 min
  12. Rozdział X about 5 min
  13. Rozdział XI about 11 min
  14. Rozdział XII about 9 min
  15. Rozdział XIII about 10 min
  16. Rozdział XIV about 5 min
  17. Rozdział XV under 1 min

Continue:

Front matter

O. MIRBAU.

E A

Ć.

całość

O. MIRBAU.

E A

Ć.

Wydawnictwo X Warszawa 1924.

DRUK „REKORD“ WARSZ. DZIKA IX

ROZDZIAŁ I.

Latem przyjęte jest udawać się w podróż. Bogaci. szanujący zwyczaje światowe bourgeois, w określonej porze roku porzucają interesy swoje, przyjemności, przyjaciół i jadą, sami nie wiedząc po co, na łono natury. Gazety i czytająca je publiczność inteligentna nazywa to wędrówkami — termin mniej poetyczny, lecz daleko więcej prawdziwy... Ma się rozumieć, nie zawsze bywa przyjemuem podróżować, jednakże trzeba składać tą ofiarę na to, ażeby podtrzymywać swą powagę w oczach przyjaciół, wrogów, sług, dostawców, gdyż podróż wymaga pieniędzy, o one dają wszelkie prerogatywy specjalne. Zatem ja podróżuję i podróżuję po Pirenejach, co jest dla mnie szczególnie męczące. Najwięcej mi się to niepodoba, że Pireneje są górzyste... A góry są dla mnie symbolem wszechświatowej, nieuleczalnej nudy, ponurej rozpaczy, zabójczej, niezdatnej do oddychania atmosfery, choć tak, jak i drudzy, odczuwam ich potężną, surową poezję... Podobają mi się ich olbrzymie zarysy, zdradliwe oświetlenie... Lecz jednocześnie to mnie przeraża... Zdaje mi się, że pejzaże śmierci powinny wyobrażać góry i góry, w rodzaju tych, które teraz widzę przed sobą. Być może dla tego to wielu kocha je... Szczególną właściwością miasta, w którem się znajduję i „cudną, idyliczną piękność“ którego opie- wał podstępny niemiec Baedecker, polega na em, że to nie jest miasto. Miasta wogóle składają się z ulic, domów i mieszkańców. Lecz w X., niema ani ulic, ani domów, ani mieszkańców miejscowych, są tylko hotele... siedemdziesiąt pięć ogromnych hoteli, podobnych do koszar, i dom dla obłąkanych, zbudowane w jednej bezgranicznej linji w głębi ciemnego, mglistego wąwozu, gdzie przepływa, niewielki potok... Kilka willi rozrzuconych na zboczach... i na dnie jamy znajduje się źródło ciepłej wody, które było znane jeszcze rzymianom... tak... rzymianom... Oto i wszystko. Z przodu góra, wysoka i ponura, z tyła góra ponura i wysoka... Naprawo góra, u stóp której drzemie jezioro, na lewo znów góra i drugie jezioro... A nieba niema!.. Ciężkie ołowiane chmury wiszą nad górami... W X. wszystkie siedemdziesiąt pięć hoteli przepełnione podróżnymi. Z wielkiemi trudnościami; udało mi się nareszcie znaleść pokój. Są tu anglicy, niemcy, hiszpanie, rosjanie, a nawet i francuzi. Wszyscy ci ludzie przyjechali tu zupełnie nie po to, ażeby się leczyć na choroby wątroby, skóry lub żołądka..... przyjechali dla swojej !.. Wszyscy ci ludzie są obrzydliwi i odznaczają się tą szczególną potwornością, która właściwa jest miejscom kuracyjnym. Rzadko kiedy zaledwie w tłumie tych tłustych masek i olbrzymich brzuchów błyśnie piękna twarzyczka, zgrabna figurka. Nawet dzieci mają wygląd małych starców. Taki widok jest bardzo smutny, gdyż służy za dowód wyradzania się sfer burżuazyjnych.

Pozostaje mi tylko przedstawić państwu niektórych przyjaciół moich, niektóre osoby, z któremi spotykam się tu codziennie. Jedne z nich są śmieszne, inne wstrętne. Wiem, że powiecie o mnie: „oto jegomość, który ma dziwne znajomości“, lecz mam jeszcze i innych znajomych, o których nigdy nie mówię, gdyż bardzo ich kocham. Dla tego proszę was, drodzy czytelnicy, i was, cnotliwe czytelniczki, nie stosujcie do mnie znanego przysłowia: „powiedz, z kim przestajesz“... Gdyż ja wcale nie przyjaźnię się z temi osobami, o których chcę opowiedzieć wam mało pouczające historyjki... Spotykam się tylko z niemi, i dla waszej rozrywki, jak i dla swojej własnej, Zapisuję każde spotkanie. Dziś rano, naprzykład, wychodząc z bufetu zobaczyłem mego przyjaciela, Roberta Hagmana, w kostjumie porannym bez najmniejszego zarzutu. Udałem zaraz, że interesuję się bardzo manewrami stróża, który pod pretekstem polewania alei platanowej, czerpał rądelkiem wodę ze strumienia i rozlewał ją po ziemi... Ażeby dać przyjacielowi memu czas do odejścia, zacząłem nawet rozmawiać ze stróżem o dziwnym aparacie jego, lecz Robert Hagman zauważył mnie. Szybko podszedł i wyciągnął do mnie obiedwie ręce w białych skórkowych rękawiczkach. — Jakto, to ty?.. Co tu robisz?.. Nie lubię rozmawiać o swoich niedomaganiach. Dlatego też i odrzekłem: — Spaceruję... A ty?.. — O, ja przyjechałem się leczyć... Doktór przysłał mnie tu... Coś się tam zepsuło... Rozmowa przybrała charakter banalny, przyczem Robert nie omieszkał opowiedzieć mi swoich wrażeń i po co właściwie tu przyjechał... — Wstaję o dziesiątej godzinie, — mówił... Spaceruję w parku przy źródle... Spotykam się to z tym to z drugim... skarżymy się jeden drugiemu na nudy krytykujemy tualety... Do śniadania czas przechodzi niespostrzeżenie... Po śniadaniu partja pockera u Gastona... O piątej godzinie Kasyno... gra w backarat... stawki po cztery sous, bank rodzinny... obiad... znów Kasyno... Oto i wszystko... Na drugi dzień to samo.. Niekiedy malutkie intermedjum z jaką bądź Laisą z Tuluzy lub Fryną z Bordeaux... Uwierzysz, że ten wysławiany zakład, w którym leczą wszelkie możebne choroby nie wywiera na mnie żadnego skutku.. Zupełnie się nie poprawiłem.... Wszystkie te gorące wody to jedno kłamstwo... Pociągnął nosem powietrze i rzekł: — Znów ten zapach!.. Czujesz? To straszne. Zapach hiposulfurum szedł od źródła i rozchodził się po alei platanów... Mój przyjaciel ciągnął dalej: — Pachnie... jak Boga kocham pachnie... tak,jak u markizy... I roześmiał się głośno... — Wyobraź sobie... razu pewnego... markiza de Tourbreit i ja mieliśmy jeść obiad w restauracji... Pamiętasz markizę... wysoką blondynkę, z którą żyłem dwa lata? Nie?... Nie pamiętasz... Lecz, dróg, przyjacielu, cały Paryż wie o tem. — Kto była ta markiza? Spytałem... — Bardzo szykowna kobieta... mój drogi... Była praczkę w Concarneau, a potem, nie pamiętam już jak, została markizą, i to jeszcze markizą Tourbreit. I jaka mądra, żebyś wiedział!.. A więc, zamiast tego, żeby zjeść obiad w restauracji, jak to było umówione, markizie zachciało się jeść obiad u siebie... Dobrze!.. Pojechaliśmy do niej... Lecz tylko weszliśmy do przedpokoju, gdy poczuliśmy duszący zapach. „Mój Boże!.. zawołała markiza: znów... Nigdy nie oduczę od tego mojej matki!!.. I rozgniewana poszła do kuchni. Szanowna mama gotowała tam zupę z kapusty... — Nie chcę, żebyś gotowała zupę z kapusty. Dwadzieścia razy mówiłam ci, że to zatruwa powietrze... A żeby ze mną przyjechał nie kochanek, a kto bądź inny, cobym zrobiła z takim zapachem?!.. I zwróciwszy się do mnie dodała: można pomyśleć, że tu stał cały pułk kirasjerów... Zamyślił się przy tem wspomnieniu... i westchnął: — A mimo to była to szykowna kobieta... Potem dodał: — Zapach ten przypomina mi zupę mamy Tourbreit. — Wspomnienie markizy powinno ci ułatwić znoszenie jego... rzekłem i podałem mu rękę. — No, bądź zdrów... Przeszkodziłem ci... — Zaczekaj, zaczekaj!., zawołał Robert. Lecz ja skoczyłem na trawnik i zniknąłem za grubym pniem drzewa.

ROZDZIAŁ II.

Dziś wieczorem udałem się do Kasyna. Trzeba gdzieś oczekiwać na czas, przeznaczony Siedząc w ogrodzie na ławce, patrzałem na spacerujących, gdy naraz podszedł do mnie jakiś człowiek tęgi i gruby, dawno już obserwujący mnie. — Jeżeli się nie mylę?.. rzekł: to rzeczywiście Jerzy Vasseur? — Tak... — A ja?.. nie poznajesz mnie?... — Nie... — Karol Fistoul, mój drogi... — Nie może być... — No tak... jakżeż kontent jestem, że ciebie widzę.. Aż do bólu uścisnął mi rękę. — Jakto?.. Nie wiedziałeś?.. Przecież ja tu jestem bardzo ważną osobą... Jestem dyrektorem ogłoszeń... Tak, mój drogi... Z przyjacielskim entuzjazmem, nic zresztą mnie nie wzruszającym, zaproponował mi swoje usługi: bezpłatne wejście do Kasyna... do teatru... kredyt w klubie... obiad w restauracji i znajomość z kobietami. — Zabawimy się tu!., wykrzyknął: Niech djabli wezmą!.. tego się nie spodziewałem!.. Gorąco podziękowałem mu i robiąc minę, że interesuję się nim, spytałem: — A ty?... Dawno tu jesteś?... — Jako chory... dziesięć lat... — odrzekł; — jako urzędnik, — cztery lata... — I jesteś zadowolony?... — Ach, mój drogi!...

I nie czekając nawet na zgodę moją, opowiedział mi następującą dziwną historję: „Przed dziesięciu laty zachorowałem i wysłano mnie do X... Zakład ten słynął bardziej od innych i w zupełności zasługiwał na swą reputację... W przeciągu sześciu lat, które tu spędziłem, ani razu nie słyszałem o śmierci, i nie było wypadku, ażeby jaki bądź chory umarł. Śmierć zdawała się być wygnaną z tego kącika... W rzeczywistości zaś z zakładu codziennie znikały różne osoby — i jeżeli dowiadywałeś się o nie, to za każdym razem otrzymywałeś jednakową odpowiedź: „Wyjechali wczoraj“... Razu pewnego, jedząc obiad z dyrektorem zakładu, merem i właścicielem Kasyna, zacząłem zachwycać się tym cudem, lecz mimo to coraz więcej powątpiewałem w jego prawdziwość. — Może pan zebrać wiadomości, — rzekli mi razem: — Tu więcej niż od dwudziestu lat nie było pogrzebu... i oto ma drogi pan dowód: ludzie, służący w zakładzie pogrzebowym, zostali kąpielowymi... krupierami... śpiewakami komicznymi... i nawet zamierzamy przerobić nasz cmentarz na wspaniały tir au pigéons. Dopiero w ostatnim roku mej kuracji odkryłem tajemnicę tej niezwykłej nieśmiertelności... Oto jak się to stało: Razu pewnego, późno w nocy powracałem do domu. W błogosławionem, nieśmiertelnem mieście wszystko zdawało się spać nocnym snem, naraz usłyszałem na sąsiedniej ulicy jakiś dziwny hałas, ciężkie kroki i przerywany szept ludzi, niosących jakieś ciężary... Zawróciłem w tą ulicę, słabo oświetloną drżącem światłem jedynej latarni. Lecz zanim zdołałem dojrzeć cośkolwiek, do ucha mego dobiegły wyraźnie następujące słowa: — No, niech djabli wezmą!... milczcież nareszcie... obudzicie tych cudzoziemców!... I jeżeli przyjdzie im chęć spojrzeć na to, co my tu robimy... ładnie będziemy wyglądać... Podeszłem do nich i zobaczyłem dziwne, nieoczekiwane widowisko: cały sznur trumien ginął w ciemności... Dziesięć trumien, z których każdą niosło czterech tragarzy... I to w mieście, gdzie nikt nie umierał... Straszna ironja!... Tu dopiero zrozumiałem, dlaczego w X., w przeciągu dwudziestu lat nie było pogrzebu... Rozwścieczony tem, że municypalne i klubowe władze tak okpiły mnie, zawołałem na jednego z grabarzy: — Hej! przyjacielu!... co to takiego?... — spytałem, wskazując na trumny. — To?... — rzekł: — to kufry... kufry odjeżdżających cudzoziemców. — Kufry... Ha! hal... ha!... — Tak, kufry... Niesiemy je na dworzec... nr główny dworzec... Policjant, obserwujący tą procesję podszedł dc mnie. — Proszę odejść stąd, panie, — grzecznie poprosił: — pan przeszkadza tym ludziom... I tak się już spóźnili... Te kufry, — gdyż są to kufry, — bardzo ciężkie... A pociąg czekać nie będzie... — Pociąg?... Ha!... ha!... ha!... A gdzie idzie ten pociąg?... — No... — Idzie do Wieczności, nieprawdaż?.. — Wieczność?... — rzekł zimno przedstawiciel władzy: — nie znam takiego państwa... Na drugi dzień opowiedziałem tą przygodę merowi... dyrektorowi zakładu... właścicielowi Kasyna... co, ma się rozumieć, przeraziło ich niezmiernie... Zagroziłem im zdemaskowaniem... Dali mi znaczną summę pieniędzy, i mianowali na korzystnych warunkach jedynym agentem wszystkich ich ogłoszeń...

Wesoło uderzył się po udach... — Co, wesoła historyjka?... — rzekł. Potem dodał: — A propos... czy masz doktora?... — Tak. — Tardo-Tarda? — Nie... Triseps... doktór Triseps, mój przyjaciel. — A, tem lepiej... Gdyż Tardo-Tarda... Nie, muszę ci opowiedzieć jeszcze jedną historję... Ach, jakie tu typy!... Tu stanowczo niema czasu się nudzić. I Karol Fistoul zaczął nowe opowiadanie.

„Więc wysłano mnie do X... W dzień mego przyjazdu, udałem się do doktora Tardo-Tarda, którego usilnie mi polecono... Był to malutki człowieczek, żywy, wesoły, rozmowny, ze śmiesznymi gestami, wzbudzający jednak zaufanie do siebie. Przyjął mnie życzliwie i szybko obejrzał od głowy do stóp. — Tak, tak!... — rzekł: — anemja, płuca zaatakowane?... neurastenik? alkoholik? syfilityk?... Przepysznie, zobaczymy, zobaczymy... Niech pan siada... Zaczął szukać czegoś na swojem biurku, zasypując mnie jednocześnie niezliczonemi pytaniami, na które nie zdążyłem nawet odpowiadać. — Nieszczęsna dziedziczność? ród suchotników? syfilityków? Ze strony ojca? Matki? Żonaty? Kawaler? Kobietki, znaczy się... Kobietki... Ach, Paryż!... Paryż!... Znalazłszy to, co szukał, znów zaczął rozpytywać mnie, już więcej metodycznie, uważnie mnie wysłuchał, zmierzył mi pierś z gestami krawca, spróbował na dynamo-metrze siłę moich muskułów i zapisał w książeczce odpowiedzi moje i uwagi; potem naraz zwrócił się do mnie z żartobliwem pytaniem: — Przedewszystkiem... jedno pytanie?... Jeżeli pan umrze tu... czy trzeba będzie balsamować pana?... Drgnąłem. — Lecz, doktorze? — Pan wcale nie jest tak źle, — poprawił się ten uprzejmy lekarz: lecz bądź co bądź... — Myślałem... — rzekłem w roztargnieniu: — ja — ja myślałem, że w X. nigdy nie umierają? — Ma się rozumieć, ma się rozumieć. Formalnie tu nie umierają. Bądź co bądź, może się zdarzyć — jako wyjątek, pan dopuszcza wyjątki? Pan ma dziewięćdziesiąt dziewięć szans na to, że nie umrze tu. Znaczy się... — Znaczy się... nie warto mówić o tem, doktorze. — Przepraszam, przeciwnie, bardzo potrzeba dla kuracji. — A więc, doktorze, jeżeli wbrew wszelkim oczekiwaniom umrę tu, to nie chcę, ażeby mnie balsamowano. — A, — ciągnął dalej doktór: — szkoda, że pan nie chce, mamy zdumiewającego... cudownego... genialnego specjalistę od balsamowania... Bierze bardzo drogo. Lecz to doskonałość. Trup nabalsamowany przez niego, jakby żył dalej... Zupełne złudzenie... Lecz mimo to przecząco potrząsnął on głową. — Nie chce pan?... Niech tak będzie... Balsamowanie nie jest przecież obowiązkowem. Na tejżeż stronicy książki, gdzie był zapisany przebieg mej choroby, napisał czerwonym ołówkiem: „Bez balsamowania“, napisał potem receptę bez końca i wręczył mi ją ze słowami: — Oto... Kuracja bardzo poważna... Będę odwiedzać pana codziennie i nawet dwa razy dziennie. I uścisnąwszy gorąco mi rękę — dodał: — Prawdę mówiąc... pan dobrze zrobił... do jutra. Muszę przyznać, że jego troskliwe starania zaczęły mi się powoli podobać. Oryginalność jego i niewyczerpana wesołość, zwyciężyły mnie ostatecznie. Zostaliśmy przyjaciółmi. Po sześciu latach, będąc raz na obiedzie u mnie, oznajmił mi, że wyzdrowiałem ostatecznie i wyraził przytem tak delikatnie swą radość, że wzruszył mnie tem do głębi duszy. — Czy wie pan, — rzekł: — że się szczęśliwie wywinąłeś. Ach, niech djabli wezmą. — Czyż byłem tak bardzo chory? — Tak, lecz nie w tem rzecz. Pan pamięta, jakiem nalegał na to, żeby pan zgodził się ? — Pamiętam. — No, więc, jeżeliby pan zgodził się na to, mój przyjacielu, bezwarunkowo by pan umarł. — Więc tak! A dlaczego? — Dlatego, że... Zamilkł naraz, i stał się poważnym na kilka sekund... Potem ciągnął również wesoło: — Dla tego, że, były wtedy ciężkie czasy, i trzeba było jakoś egzystować. Wieleśmy na balsamowali tych nieszczęśliwych, którzy mogli by żyć i dotychczas! Co robić? Co robić? Śmierć jednych, to życie drugich. I zapalił cygaro.

Karol Fistoul zamilkł. Widząc, że nie mogę przyjść do siebie po takiej wiadomości, — dodał: — Doktór Tardo-Tarda bardzo miły człowiek. Lecz tylko jemu nie można ufać. On balsamuje, balsamuje. Jednakże, przyznaj, że znajdujesz we mnie zmianę?... Z wielkim trudem udało mi się uwolnić od mego przyjaciela, który chciał zaciągnąć mnie do sali gry, i przedstawić mi bardzo szykowne kobietki.

ROZDZIAŁ III.

Dziś rano był u mnie Karol Fistoul. Między mnemi opowiedział mi, że pułkownik, baron de Presales, spędza dnie i noce przy grze w baccarat. Administracja Kasyna wydaje mu na każdą stawkę po luidorze i on wypłaca te pieniądze bankierom... — Nic nie poradzisz, — objaśnia Karol Fistoul: — z szacunku dla armji. Przytem, zalicza się to do ogólnych wydatków. Wczoraj odważny pułkownik, widząc że wygrywa, rzucił na stół bilet stofrankowy i wesoło oznajmił: — Stawiam sto franków. Krupier zmięszał się, nie wiedząc co robić. — Lecz, pułkowniku, — zamruczał. — No, cóż. Czy pan nigdy nie widział banknotu stufrankowego, niech djabli wezmą! Lecz dyrektor, stojący podczas tego akurat z tyłu walecznego wojaka, schylił się do niego, uderzył lekko w ramię i rzekł szeptem: — Pułkowniku, pan się unosi, pan się unosi. — Pan myśli? — odrzekł pułkownik: — ach, niech djabli wezmą! i zwrócił się do krupiera: — Stawiam tylko jednego luidora. Jak widzicie, to prawdziwy typ żołnierza.

Kilka lat temu, generał Archinar zechciał dodać do swoich laurów trochę sławy literackiej i zamieścił w „Gazette Euroéene“ szereg artykułów, w których wykładał swój plan kolonizacji. Plan był prosty, lecz potężny. Zwróciłem uwagę na następujące wyjaśnienia: — „Ażeby zmusić kochać siebie, trzeba zwyciężać winnych lub niewinnych. Dalej; „Szabla i bagnet lepsze są od wszelkich traktatów. „Zabijając bez litości wielką ilość“. Znajdując te idee dość oryginalnemi, chociaż i nie nowemi, udałem się do tego znakomitego żołnierza celem interwiewowania go. Lecz dostać się do wielkiego zdobywcy było niełatwo, i musiałem prowadzić długo przedwstępne pertraktacje. Na szczęście zaopatrzyłem się w wyższych sferach w listy i rekomendacje, przed któremi powinien był skłonić się nawet taki niezwyciężony bohater. Dla tego też generał opierał się tylko dla oka, i skończył tem, że przyjął mnie. Serce biło mi silnie, kiedy wchodziłem do niego. Muszę powiedzieć, że przyjął mnie z tą miłą stanowczością, która u wojskowych nazywa się szczerością. Otulony w czerwony burnus, siedział na skórze tygrysiej i palił wielki kaljan. Krótko i urwanemi zdaniami, jakby wydając rozkazy, prosił mnie, ażebym usiadł na zwykłej skórze baraniej; ze drżeniem usłuchałem go, rozmyślając przytem o hierarchicznej różnicy obydwuch skór, i wyprowadzając z tego mało pocieszające wnioski. — Cywilny? Wojskowy? Co? kto pan jest? zasypał mnie pytaniami generał. — Terrytorjalny! odrzekłem uspokajająco. Generał wydał pogardliwy okrzyk, i prawdopodobnie, musiałbym dobrze zapłacić za moją dwuznaczną odpowiedź, gdyby w tej chwili nie wszedł do pokoju mały murzynek, w dziwnym kostjumie, z tacą, zastawioną znaczną ilością butelek i kieliszków. Była to admiralska godzina bohaterów. — Camedi? Curaçao? Co? spytał mnie krótko znakomity wojak. — Oczyszczonej, generale. To odważne oświadczenie przyjęte było pochwalającym uśmiechem, i zrozumiałem, że udało mi się zdobyć przychylność jego, a, być może, i szacunek wielkiego cywilizatora Sudanu. Podczas gdy generał napoje, oglądałem pokój. Było w nim bardzo ciemno. Materje wschodnie ozdabiały okna i drzwi. Na ścianach błyszczała broń. Na kominku, między dwoma wazonami z kwiatami, w których pyszniły się oskalpowane czaszki, stała wypchana słomą głowa jaguara, trzymającego w swych strasznych kłach szklanną kulę z malutkim cyferblatem. Lecz ściany szczególnie pociągały moja uwagę. Okryte były skórą, jakąś szczególną, drobno-groszkowaną, błyszczącą czarną skórą z zielonkawym i bronzowym odcieniem, widok której, nie wiem dlaczego, nieprzyjemnie podziałał na mnie. Skóra ta wydawała dziwny, silny i oryginalny zapach, lecz nie mogłem określić, czem ona pachnie. Zapach sui generis, jak mówią chemicy. — A, pan patrzy na moją skórę? zauważył gen. Archinar. Twarz jego odrazu rozjaśniła się i z wi- doczną rozkoszą wdychać zaczął powietrze, przesiąkła zapachem tej skóry i piołunówki. — Tak, generale. — I dziwi się pan jej? — Przyznaję się, generale. — To skóra murzyna, mój chłopcze. — Skóra. — ...murzyna... Tak... Nieprawdaż, wspaniała myśl? Czułem, że zbladłem, i aż słabo mi się zrobiło z powodu niespodziewanego wstrętu. Lecz zrobiłem wysiłek nad sobą, ażeby przezwyciężyć tą chwilową słabość. Zresztą łyk piołunówki szybko przywrócił równowagę moim organom. — Rzeczywiście, to świetna myśl, — potwierdziłem. Generał Archinar — ciągnął dale}? — Przynajmniej murzyni przesianą drętwieć w bezczynności, i kolonje nasze przydadzą się nam jeszcze. Wszelkiemi siłami staram się to dowieść. Popatrz na tą skórę, młodzieńcze, pomacaj ją... Prawdziwy safjan, nieprawdaż? Nie ustąpi najlepszej skórze kordobańskiej. Wstaliśmy ze skór i obeszliśmy pokój, starannie przyglądając się pasom skóry, okrywającej ściany pokoju. Generał co chwila powtarzał? — Świetna myśl, co? Pomacaj pan... Piękne... trwałe... nieprzemakalne... Dobre źródło dochodu!.. A ja, robiąc minę, że pragnę poznajomić się z korzyściami tej nowej gałęzi garbarstwa, zadawałem mu pytania techniczne; — Wiele potrzeba skór, generale, na to, ażeby obciągnąć taki pokój? — Przypuszczalnie sto dziesięć... ludność całej wioski. Lecz, ma się rozumieć nie używa się ich w całości. W skórach tych, szczególnie w skórach kobiet, są bardzo cienkie i giętkie części, z których można wyrabiać safian, artykuły zbytku... naprzykład portmonetki, walizki, nesesery podróżne... i nawet rękawiczki. Żałobne rękawiczki. Hal... ha!... ha!... Uważałem za swój obowiązek roześmiać się, choć ściśnięte gardło moje protestowało przeciwko takiej wesołości. Po szczegółowem obejrzeniu usiedliśmy znów na tych samych skórach i generał, pobudzany przezemnie do więcej szczegółowych wyjaśnień, — rzekł tak: — Choć nie lubię gazet i dziennikarzy, jednakże mimo to zadowolony jestem, że pan przyszedł, gdyż pan rozgłosi o moim systemie kolonizacyjnym. Opowiem panu wszystko w dwóch słowach. Pan wie, że nie lubię rozgłosu. Idę prosto do celu. Uwaga!... Mojem zdaniem, ludzi można oświecać tylko jednym sposobem, — zabijając ich... Poddawajcie zawojowane narodu jakiemu się tylko wam spodoba rządowi... protekcji, przyłączeniu... i t. d., i t. d... i mimo to ci łotrzy, którzy nigdy nie chcą siedzieć spokojnie, będą dla was zawsze źródłem nieprzyjemności... Wybijając ich hurtem, uwalniam się od dalszych kłopotów... Wyraźnie?... Tylko... trupy przeszkadzają... Mogę wytworzyć epidemję... No, więc ja garbuję je... wyrabiam z nich skóry... I pan sam widzi, że otrzymuje się przecudna skóra... Powiem krótko.., z jednej strony zdławienie powstań... z drugiej... korzystny handel... Oto mój system... Co pan powie na to?... — Co dotyczy się skóry, — zauważyłem: — to w zasadzie zgadzam się z panem... lecz mięso, generale?.. co pan zrobi z mięsem?... Pan je jada? Generał pomyślał chwil kilka, — potem odrzekł: — Mięso... Na nieszczęście, murzyn nie jest jadalny: niektórzy z nich bywają nawet trujący... Lecz mimo to, myślę, że można by z mięsa tego przepyszne konserwy... dla wojska. Zobaczemy... Robię rządowi taką propozycję... Lecz rząd jest bardzo sentymentalny... Tu generał stał się więcej zaufanym: — Zrozum, młody człowieku, że nasza uczuciowość nas gubi... Naród nasz — to zmokłe kury i beczące jagnięta. Nie umiemy użyć środków energicznych... Co zaś dotyczy się murzynów... to na wyrzynanie ich nie zwraca się szczególnej uwagi... gdyż zdaniem publiczności, murzyni to nie ludzie, a zwierzęta... Lecz, żeby nam się tak zdarzyło zadrasnąć jakiego białego? O, la, la!.. to była by historja.. Lecz powiedz pan sumiennie... na cóż nam, naprzykład, potrzebni są aresztanci i katorżnicy? Utrzymanie ich kosztuje bardzo drogo, a co oni nam dają?... co?... Pan myśli, że więzienia i wszelkich innych zakładów poprawczych, nie możnaby przemienić na prześliczne, komfortowe koszary?... A skóra przestępców!... Wszyscy antropolodzy powiedzą panu, że lepszej od niej trudno byłoby znaleźć... Lecz idź pan, rusz białego!... — Generale, — przerwałem mu: — przyszła mi genjalna myśl... — Mów pan. — A może by można było pomalować wszystkich białych na kolor czarny, ze względu na sentymentalizm narodowy... — Tak, a potem... — Potem zabijać ich... i wyrabiać z nich skóry... Generał zamyślił się i stał się poważnym. — Nie!... — odrzekł: — nie potrzeba oszukaństwa... Taka skóra byłaby fałszowaną... Jestem żołnierzem, uczciwym żołnierzem... Teraz idź pan... muszę pracować... Dopiłem swój kieliszek, na dnie którego pozostało jeszcze kilka kropli piołunówki, i wyszedłem...

Lecz bądź co bądź przyjemnem i pochlebnem jest widzieć od czasu do czasu podobnych bohaterów... w których waloną jest dusza ojczyzny...

ROZDZIAŁ IV.

Markiza de Parabol stanowczo wywołuje rewolucję w zakładzie i pośród kolonji cudzoziemców swemi toaletami i blaskiem swej urody. Znałem się i nią niegdyś... blizko nawet... i mógłbym, przypuszczam, wznowić teraz tą znajomość... Lecz nawet i nie pomyślałem o tem... Po co?... Ciągle spotykam ją w bufecie, w Alejach, w Kasynie, i bardzo zadowolony jestem,, że twarz moja nic jej nie przypomina... Rozwiodła się z mężem i po raz wtóry wyszła za mąż, lecz owdowiała i nie wiem, co teraz robi, z czego żyje i dlaczego nazywa się markizą de Parabol... Zresztą to mnie nic nie interesuje... Bawi się bardzo... i ciągle towarzyszy jej tłum czcicieli, wśród których są wszelkie możebne typy bydełka ludzkiego... Przed kilku dniami, w hotelu, obok mnie, zamieszkał jakiś dość smutny, lub, prawdę mówiąc, zupełnie bezbarwny na pozór jegomość... Pomimo siwych włosów jego, szara twarz, nie odróżniająca się kolorem od szarego żakietu jego i, najprawdopodobniej, od również szarej duszy... pomimo zgarbionych pleców i trzęsących się nóg, widać, że nie jest jeszcze bardzo stary... Jest niezgrabny i wygląda na maniaka... Zauważyłem, że podczas obiadu, na podwórzu hotelowem, na spacerze patrzał na mnie z natrętną ciekawością. Choć w spojrzeniu jego nie było nawet i cienia wrogiego usposobienia, jednakże mimo to drażnił mnie... Zamierzałem już wypowiedzieć mu to, gdy naraz sam przyszedł wczoraj do mnie... — Przepraszam pana... — rzekł: — Lecz to wyższe nad siły moje... Chcę się nareszcie przekonać... Pan zna blisko markizę de Parabol... Często, bardzo często, spotykałem pana z nią w teatrach... w restauracji... — Rzeczywiście, znałem się z nią, — odrzekłem zimno. Uważałem też za obowiązek głupio dodać lecz w uczciwych zamiarach... zupełnie niewinnie... — Wiem o tem, panie. Po chwili milczenia przedstawił mi się: — Jestem pierwszym mężem markizy... Ukłoniłem mu się i przybrałem pozę pytającą. — Tak, panie... Wciąż jeszcze kocham markizę... Dążę za nią wszędzie, lecz nie ośmielam się rozmawiać z nią, lub pisać do niej... Dlatego myślałem... — Co pan myślał? Zmięszał się naraz i westchnął. — Ach, panie... w moim losie jest coś niezwykłego... Pozwoli mi pan przedewszystkiem opowiedzieć sobie dziwną historję mego ożenienia się... Zrobiłem znak przyzwalający. — Kiedy żeniłem się z markizą — zaczął — była to malutka, delikatna blondynka, bardzo dziwna, żywa i czarująca, dziwne, żywe i czarujące zwierzątko, skaczące, jak koziołek i szczebioczące, jak ptaszek. Lecz nie można było jej nazwać ani kobietą, ani zwierzątkiem, ani ptaszkiem. Było to coś zupełnie mechanicznego i zupełnie oryginalnego; lekkomyślna, gadatliwa, hałaśliwa i lekkomyślna istota, nie podzielająca, ani moich poglądów, ani moich gustów, ani mojej miłości. Najważniejsze to jest to, że miała duszę, miniaturową duszę, drobną, lekką duszyczkę, bezustanku fruwającą naokoło mnie i odbierającą mi rozum śmiechem swoim i krzykami swemi. Laura była moją szóstą żoną... Tak, szóstą.. Dwie umarły nie wiem od czego; pozostałe porzuciły mnie... Dlaczego?... nie wiem... Nie rozumiem równie poco się znów żeniłem; wszak wiedziałem, co mnie Życie moje, to, — jeżeli można się tak wyrazić, — szereg sprzeczności... Jestem najzgodniejszym człowiekiem, który nie wie, co to jest niezadowolenie, przyczepki lub złe usposobienie. Staram się podobać otaczającym i poddaję się wszystkim kaprysom, żeby tam nierozsądnemi nie wiem jak one były. Nigdy żadnych skarg, żadnych narzekań, żadnych rozkazów. Robię ofiarę z siebie, ze swoich pragnień swoich gustów, dla szczęścia tej, co żyje ze mną, lecz nie zważając na tak bohaterską wytrwałość, kobiety nie żyją ze mną dłużej nad trzy miesiące. Po trzech miesiącach tak nużę te wszystkie blondynki i brunetki, wysokie i niskie, tęgie, szczupłe, że zaczynają nienawidzieć mnie, że fiut! fiut! fiut!... jedne umierają, a drugie uciekają bez żadnego powodu. Bez powodu, przysięgam panu, lub przynajmniej że kobiety i ja, prawdopodobnie, jesteśmy dwoma absolutnie różnemi ze sobą istotami. — Tak, tak, wiem, że mi mogą zaprzeczyć... Bezwątpienia, oskarżą mnie o to, że jestem kowalem własnego nieszczęścia... Lecz nie mogę znosić samotności... Gdy tylko zostanę sam, staję się zaraz ofiarą, męczących, trudnych do zniesienia przywidzeń, które są dla mnie gorszemi od każdej kobiety. Potrzebuję ciągłego gwaru. Czy będzie to muzyka, lub skrzypienie, obojętne mi to jest, byle tylko rozpędzał on widma milczenia... — Muszę opowiedzieć tu niezbyt rzeczywista historję. Proszę o przebaczenie, gdyż będę się streszczać i postaram się nie wywoływać lubieżnych obrazów. — Pierwszej nocy poślubnej miałem dziwne i nieprzyjemne zdarzenie. Gorączkowo pieściłem moją żonę, gdy naraz Laura wyrwała się z moich objęci i z krzykiem odepchnęła mnie od siebie. — Mój Boże! jakaż ja jestem roztargniona, — zawołała: — Boże mój! Boże mój!... zapomniałam po — modlić się do świętego Józefa. Nie zauważywszy mego zdumienia i podnieconego stanu, uklękła przy łóżku i przeżegnała się: — O, święty Józefie — rzekła — zlituj się nad pa puńciem, mamuńcią, aby byli szczęśliwi i długo żyli!... Zlituj się nad Plumem i Kiki, memi drogiemi kotami, a również nad starym Koką (była to papuga), który nie może więcej już nic mówić, lecz którego żal by było stracić... Zlituj się również jeszcze i nad mężem moim, ażeby nie stał się dla mnie przyczyną smutku. Potem, przybrawszy więcej odpowiedni uśmiech, rzekła do mnie z uśmiechem: — Gotowe... Może pan ciągnąć dalej. Lecz czar już uleciał, cudna chwila więcej już nie wróciła... Laura pozostała tem niezadowoloną i zasnęła z miną oburzenia na twarzy. Na drugi dzień po śniadaniu udaliśmy się na spacer. Była bardzo wesoła i ożywiona, przewracała się po trawie, rozmawiała z kwiatami, z ptakami, z owadami, sama przypominając to kwiatek, to ptaka, to owada... jej malutka dusza z krzykami radości pławiła się w słońcu... Pocałowałem ją w gaju kasztanowym... Kiedy zamierzaliśmy iść do domu, było już dość późno. Laura trochę zmęczona, szła mil- cząc, opierając się na mojem ramieniu. Roiłem cudowne plany... i również milczałem, lecz moje milczenie było wymowniejszem od wszelkich słów. Naraz puściła moją rękę, zawróciła naprawo i szybko poszła w podskokach boczną ścieżką, opuszczającą się ku dolinie. Zawołałem: — Lecz gdzież ty idziesz?... Gdzie idziesz?... — Dom nasz znajduje się z tamtej strony wzgórza... Pójdę krótszą drogą. I w dalszym ciągu skakała po ścieżce. Dopędziłem ją. — Moja droga, ta droga nigdzie nie prowadzi... idzie tylko do rzeki... Laura zaprzeczyła. — Jeżeli prowadzi do rzeki, to przejdziemy przez most. — Lecz mostu niema... — Jakto niema? Dlaczego mi pan mówi, że mostu niema? Jakiż pan niegrzeczny... Jeżeli droga, to powinien być i most... I przybrawszy surową minę, rozkazująco do dała: — Ja chcę przejść przez most! Słyszy pan!... idź pan przez wieś, jeżeli mu się to podoba. Zacząłem tłomaczyć Laurze, lecz ona tak ostro rozkazała mi zamilknąć, że nie ośmieliłem się już nalegać i poszedłem za nią ścieżką, potykając się o kamienie i przedzierając się przez ciernie, szarpiące mi ubranie. Ścieżka przyprowadziła nas do szerokiej, głębokiej rzeki, w której odbijały się wierzby i olchy, ro- snące na przeciwległym brzegu i to odbicie zaciemniało powierzchnię rzeki. — Widzisz — rzekłem jej łagodnie, bez wymówki — mostu niema... lecz napewno czujesz się zmęczoną... Zacisnęła wargi, nic nie odpowiedziała i przez kilka sekund patrzała na ciemną powierzchnię wody, na wierzby i olchy przeciwległego brzegu. Powracając tąż samą ścieżką z powrotem, doznawaliśmy jakieś ciężkie, przygniatające nas uczucie i szliśmy wolno i niechętnie. Widząc, że Laura ze zmęczenia ledwie porusza rogami, zaproponowałem jej swoje ramię. Lecz odnowiła mi stanowczo. — Nie... nie... Ja nie chcę pańskiej ręki... Nic nie chcę od pana... Pan jest złym człowiekiem. Wieczorem żona moja nie wyszła do stołu i nie opuściła mnie do swego pokoju, drzwi którego okalały się zamknięte na zasuwkę. — Daj mi spokój — rzekła do mnie przez drzwi: — jestem chora... i nie chcę pana widzieć... Napróżno błagałem ją... napróżno zaklinałem, ażeby przebaczyła mi to, że mimowoli sprawiłem jej nieprzyjemność. Nawet posunąłem się do tego, że zacząłem się tłomaczyć... — No, tak! krzyczałem, targając kluczem od drzwi: no tak... most rzeczywiście był... Pozostała niewzruszoną i z uporem powtarzała: — Nie... nie... teraz już zapóźno!... Nie chcę więcej pana widzieć... Idź pan... Odszedłem i przepłakałem całą noc. — Mój Boże! — mówiłem sobie, chodząc po pokoju — i ta również mi się wymyka... Lecz dla czego? Co się z nią dzieje?... Czy ona nie może przebaczyć mi, że na rzece nie było mostu?... Bardzo możebne. Wszak rzuciła mnie Klementyna dlatego, że razu pewnego wieczorem, kiedy powracała z balu, deszcz zniszczył jej suknię... Lub, być może, szczerze przekonana jest o tem, że ja z wyrafinowanego okrucieństwa, umyślnie poprowadziłem ją, zmęczoną, tą ścieżyną i przyprowadziłem do świadomie nieistniejącego mostu? Chciałbym wiedzieć to... Lecz prawdopodobnie i ona sama nie wie o tem. Zgodzi się pan, że mi się nie wiedzie?

Zamilkł. — I pan się rozwiódł? — spytałem go. — Tak, po pół roku... gdyż byłem zbyt nieszczęśliwy. — Czy po raz wtóry poszła za mąż? — W następnym roku wyszła zamąż za Józefa Gandar, ślicznego młodego człowieka, którego dobrze znałem... Po pewnej przerwie dodał: — Małżeństwo to sprowadziło go do grobu! — A!... — Ku wielkiemu żalowi, tak! — Jakim sposobem? Roześmiał się: — To cała historja — rzekł. — W tydzień po ślubie, przy obiedzie, Laura rzekła do swego męża: — Przyjacielu mój, chciałabym, ażebyś się wykąpał. Gandar z przerażeniem spojrzał na nią. — Kąpać się? Teraz?... Lecz po co?... — Dlatego, że ja tak chcę, mój przyjacielu. — Czyż jestem tak brudny? — O, nie... Lecz chcę ażebyś się zaraz wykąpał... — Słuchaj, przecież to szaleństwo! Wykąpie się wieczorem!... Lecz nie teraz?... — O, ja tak chcę... tak chcę... Złożyła swe malutkie rączki i w głosie jej dało się słyszeć błaganie. — Moja droga, żądanie twoje jest nierozsądne.. I oprócz tego zapewniam cię, że jest niebezpieczne. — O, zrób mi tą przyjemność!... Tak pragnę tego, mój drogi... Usiadła mu na kolanach, czule pocałowała i szepnęła: — Proszę cię... zaraz!... Poszli do garderoby. Laura przygotowała kąpiel i rozłożyła na stole mydła, szczotki, rękawice wełniane, pomeks... — Sama cię wytrę... Zobaczysz jak to będzie dobrze... Rozbierał się, lecz wciąż jeszcze protestował, powtarzając: — Co za dziwaczna myśl!... I oprócz tego to bardzo szkodliwe... po obiedzie... Bywały wypadki, że ludzie umierali nawet od tego... Lecz ona zanosiła się od śmiechu. — Och, umierali... Po pierwsze ty nie umrzesz od tego, że sprawisz przyjemność swej malutkiej żonce. Był rozdrażniony coraz więcej. — Lecz przecież brałem prysznic dziś rano. Jestem zupełnie czysty. — Dobrze!... dobrze!... nie gniewaj się. Ze zdumieniem wszedł do wanny i zanurzył się. — Tak — rzekła Laura — i czyż to nie zabawne?... Zanurz się dobrze, mój drogi... Ot taki... Jeszcze!... Po kilku minutach Józef de Gandar zaczął uczuwać dziwne niedomaganie. Nogi mu skostniały, krew uderzyła do głowy... W uszach poczuł szum i zaczął się dusić. — Laura!... — krzyknął — Laura... mnie słabo... bardzo słabo... Naraz oczy jego stanęły kołem, a białka napłynęły krwią. Próbował podnieść się, konwulsyjnie machnął rękoma, upadł nawznak i ze stukiem poszedł na dno. — Ach, mój drogi — mruknęła Laura: — niedobrze tak postępować... Rozgniewała się, wyszła z garderoby i położyła się spać. Na drugi dzień lokaj znalazł trupa swego pana utopionego w wannie... Jegomość pokiwał głową i rzekł: — Co robiła od czasu tego... wiadomo nietylko mnie, lecz i panu... i drugim... wielu drugim... Zamilkł znów i zamyślił się, zachowując na twarzy wciąż tenże sam drwiący grymas. — O co idzie, panie? — spytałem. Odrzekł: — Przysługa, o którą chciałem prosić pana, już mi nie potrzebna. Pomówiwszy o markizie, uspokoiłem się... i nawet stałem się zupełnie obojętnym dla niej. Przepraszam bardzo, panie, i proszę się nie śmiać z dziwacznej mej wizyty... Wstał i odprowadziłem go do domu, gdzie jeszcze raz tysiąckrotnie przepraszał mnie i kłaniał mi się.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…