Read here

Zwierzenia histeryczki

Adolf Klęsk · 1921 · Free in the US

25,373 words · about 1 h 47 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1921 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Zwierzenia_histeryczki&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Adolf Klęsk
Language
Polish
Published
1921
Length
25,373 words · about 1 h 47 min
Sections
2 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (2)
  1. Nowele i opowiadania under 1 min
  2. Nowele i opowiadania about 1 h 47 min

Continue:

Nowele i opowiadania

Dr. A.

ZWIERZENIA

HISTERYCZKI

NOWELE I OPOWIADANIA

SPIS RZECZY:

CZCIONKAMI DRUKARNI J. CZERNECKIEGO W KRAKOWIE.

Nowele i opowiadania

Dr. A.

ZWIERZENIA

HISTERYCZKI

NOWELE I OPOWIADANIA

CZCIONKAMI DRUKARNI J. CZERNECKIEGO W KRAKOWIE.

Y

(ZWIERZENIA HISTERYCZKI)

Tak panie doktorze, jestem histeryczką a raczej mimo mej woli ośmiu lekarzy za taką mnie uznało — cóż robić, trzeba się z tem pogodzić! Zostawszy tedy histeryczką, postanowiłam wyciągnąć przynajmniej z tego pewną korzyść naukową, studjuję więc wszystkie możebne teorje histerji i analizuję siebie równocześnie. Absolutnie nie mogę jednak pogodzić się ze zdaniem tych, którzy twierdzą, że histerja ma za podkład zawsze nie zaspokojoną sferę płciową. Weźmy n. p. takiego czyż zdanie: „im gwałtowniej jakaś kobieta mówi o swym wstręcie do seksualności, tem silniej odzywa się w niej natura zmysłowa“ — nie jest wprost oburzające? I kto mówi o tem, wy mężczyźni, którzy nie znacie zupełnie temperamentu kobiety! Gdy kobieta jest pozornie zimną, to u was zaraz jest już to nienormalne, gdy jest zbyt gorąca także, bo chcecie, by była ona szematem, który ma się zawsze dostosowywać do was, a to jest wprost niemożebne. Tę samą kobietę uzna też pan X. za histeryczkę, pan Y. powie, że jest zupełnie zimna, natomiast pan Z. będzie stanowczo twierdził, że jest zupełnie normalną i pełną temperamentu kobietą. Pochodzi to stąd, że na kwestję t. zw. temperamentu kobiety, zapatrują się ludzie bardzo rozmaicie, a najczęściej mylnie. Ogólnie podzielićby sobie można te zapatrywania na dwa obozy: jedni twierdzą, że kobiety tylko wyjątkowo mają temperament, drudzy znów są zdania, że sfera płciowa kobiety zajmuje przeważną część życia kobiety w stadjum utajonym, wybuchając żywiołowo co pewien czas. A tymczasem w kwestji tej popełnia się zawsze ten sam błąd, że porównuje się i przyrównuje temperament kobiety z temperamentem mężczyzny, a tymczasem są to dwie zupełnie różne jakości. Mężczyzna w pojęciu samca, jest przeciętnie zawsze zdolny do aktu płciowego, nieomal z każdą nie brzydką kobietą. Zupełnie natomiast inaczej rzecz ma się u kobiety, bo te u niej z wyjątkiem patologicznego wprost temperamentu, kwestja zmysłowa stoi na drugim planie, i kobieta uczciwa wyjątkowo tylko odczuwa zaraz po poznaniu mężczyzny do niego pociąg zmysłowy. Ponadto na kobietę nie działa zmysłowo z zasady każdy przystojny mężczyzna (tak jak na was przystojna kobieta) owszem często wywołać może w kobiecie zmysłowość mężczyzna fizycznie nawet mniej miły. Sfera zmysłowa kobiety ma bowiem swoje specjalne cechy, których normalna sfera płciowa nie posiada. Tak n. p. w od sfery męskiej, cechuje żeńską wielka (jako wypływ różnych czynników fizjologicznych i wychowania) robiąca często wrażenie chłodu zmysłowego. Przyrównać by też można temperament kobiety do ognia, tlejącego pod grubą warstwą popiołu, stworzonego z zasad, konwenansów, obaw, wstydliwości i marzeń. Kto znajdzie się w tem szczęśliwem położeniu, że ogień ten rozdmucha, wtedy i temperament kobiety wybuchnie, natomiast w przeciwnym razie tlić on będzie i latami ukryty. Jestem też absolutnie zdania tego, że płciowo zimna czy obojętna kobieta należy do wielkich rzadkości a w miejsce ich spotyka się tylko tak zwane „niezrozumiane kobiety“. Ogień ten można czasem łatwo rozdmuchać, lecz i łatwo zagasić. A gdy mężczyzna dopuści do tego, że ogień ten przy nim zagasł, niech się już nie trudzi na nowo go rozpalić. Praca to daremna, zrobi zamiast tego z żony — jak się wyrażacie histeryczkę. A teraz dalsza różnica. Tak zwane silne uczucie do kobiety łączy zwykle mężczyzna zarazem z silnym do niej pociągiem płciowym. Natomiast u kobiety często istnieć może głębokie uczucie a nawet miłość do mężczyzny, pozbawiona zupełnie pierwiastku zmysłowego. Ten ostatni może dopiero mężczyzna z czasem w niej zbudzić, lub też zbudzony na nowo stłumić, choć kobieta kochać będzie dalej. I dlatego obserwujemy w życiu często pozornie paradoksalne wypadki n. p.: żona kocha męża, lecz nie czuje do niego żadnego pociągu płciowego, który znów wzbudzić może w niej nagle mężczyzna uczuciowo dla niej obojętny, lecz trafiający w jej sferze zmysłowej w ton, którego mąż wyzyskać nie umiał czy nie potrafił. Trzecią wreszcie różnicą jest to, że choć kobiety są moralniejsze, to jednak obojętnieją częściej względem mężczyzn zmysłowo i to często z błachych nieraz powodów. Bo temperament kobiety jest rzeczą bardzo subtelną i wymaga też subtelności. Nieraz brutalny gest, żart nie na czasie, lub też podrażniona ambicja i duma kobiety, gasi ogień jej temperamentu. Prócz tego zaś istnieje wiele przyczyn, jak choroby kobiece, zmartwienia, podejrzenia i inne, które stworzyć mogą obraz tak zwanej psychicznej impotencji. I znowu mamy histerję — powie pan — panie? O nie panie doktorze — histeryczkami bywają także kobiety zanadto zaspokajające swe pragnienia zmysłowe, nie liczące się z opinją, z nikim i z niczem. Lecz wy nie znacie kobiet zupełnie! Porywają was za sobą damy półświatka, posiadające kunszt działania na zmysły w sposób wyrafinowany, wprost naturze kobiecej przeciwny. Te dla was nie będą histeryczkami, bo sami przy nich robicie się nimi. Znosicie wtedy wszelkie kaprysy, ulegacie tym kobietom niewolniczo, błagacie je o jedno spojrzenie, a w żonie widzicie histeryczkę! Czyż więc dlatego jest ona w waszych oczach histeryczką, że jest uczciwą, że jej brak fałszu i blichtru życia? Przy boku wesołych kobiet, marzycie o kobietach uczciwych i chcecie koniecznie tych dobrych cech w tych kobietach się dopatrzeć, a naodwrót w kobiecie uczciwej brak wam tego „pieprzyka“, który mają tamte, a który wy najfałszywiej uważacie za temperament. Trzeba lepiej znać kobietę, trzeba umieć ją rozumieć i wstawiać się w jej położenie, a nie żądać od niej tego, przed czem czasem wzdryga się jej natura, gdy dana chwila lub moment są potemu niestosowne. Kobieta wymaga we wszystkiem pewnych, że tak powiem akcesorij, wymaga ich tembardziej w miłości. Rycerski gest mężczyzny potrafi ją często oszołomić i zaślepić, jak naodwrót kazanie o moralności odstręczyć. Kobieta łatwo może zapalić się, lecz i łatwo może się ostudzić. Jeżeli więc ta sfera zmysłowa jest w niej tak subtelna, tak wątła i kapryśna, to przyzna pan, że trudno jest przyjąć, by była ona głównym podkładem jej duszy i by każda kobieta nerwowa, była nerwową tylko na tem tle. Ach widzę pański ironiczny uśmiech i czytam teraz pana myśl: „czemuż, jeżeli tak twierdzisz, opowiadasz mi od godziny o temperamencie, czyż nie zdradzasz się sama?“ Przedewszystkiem odpowiem panu na to, że zupełnie nie twierdzę, ażeby cierpienie moje, jako moje osobiste, nie miało podkładu zmysłowego, ale zarazem obserwując inne kobiety „histeryczki“ nabieram przekonania, że są inne ważniejsze przyczyny, wywołujące t. zw. histerję. Nie przeczę, że wiele kobiet nie zdaje sobie zupełnie z tego sprawy, czy mają temperament czy nie, a gdy się je o to zapyta odpowiadają: „nie wiem naprawdę sama“. Czyż to jednak dowodzi, że tkwi w nich niezaspokojenie? Kobieta ma tyle innych wpływów, mogących zastąpić jej to przez was wciąż wmawiane u kobiety „zaspakajanie“. Może być dobrą przyjaciółką, opiekunką swej rodziny, może być wreszcie matką. Czy pan potrafi kiedy zrozumieć, co to znaczy być matką? Ja nią nie byłam, a jednak pragnę tego całą duszą, marzę o tem w snach i na jawie, a dziecko byłoby dla mnie wszystkiem, wypełniłoby mi życie, byłoby dla mnie lepszem i stateczniejszem lekarstwem jak wasze bromy i walerjany. Powie pan znów na to: „bije się pani własną bronią, bo właśnie niezaspokojenie popędu zmysłowego w macierzyństwie jest powodem — Przepraszam — rzekłem na koniec, bo pani dotąd wszystko mówiła, ale nie jest to dowodem, że ja tak twierdziłem. Poglądy pani na temperament kobiety są zupełnie trafne, ale muszę stanąć tu w obronie mężczyzn. Nie przeczę, że często źle rozumiemy i odczuwamy kobiety, ale też często one tylko są temu winne. Czyż nie mylą one nas swoją kokieterją, swą mieszaniną skromności z bezwstydem, swą naturą dziecka dużego a wyrafinowaniem zbyt dojrzałem? od nas, by was rozumieć, by trafiać w odpowiednie chwile a same nam to utrudniacie, zmieniając się co chwila jak kameleon. — O pozwól pan, że mu przerwę, więc chcielibyście, byśmy zawsze były jednakie? Zaraz nazwalibyście nas nudnemi, głupiemi kurami domowemi i t. p. Czyż nie pociągają was najwięcej właśnie kobiety zmienne, kapryśne i tajemnicze? Gdy, która z nas zrzuci tę maskę, to wy w zamian za to zaraz ją porzucacie, bo kobieta przestaje was interesować, gdy ustała być zagadką. Wy sami w nas stwarzacie hysterję i to na ka- żdym kroku — nie lubicie, gdy jesteśmy zbyt szczere, otwarte i wam oddane, gniewa was to, gdy nie bawią nas wasze dowcipy i wątpliwej wartości zabawy, gniewa was to, gdy za dużo pieniędzy wydajemy na stroje, lecz pogardzacie nami, gdy ubieramy się skromnie. Mimo zapewniań ciągłych, jakże mało macie dla nas szacunku! Wszakże sam powiedział, że tezą kobiety jest: „chociaż nas kobiet mężczyźni wewnętrznie nie szanują, zmuszamy ich jednak, by nas za to kochali“! Powstałem, by pacjentkę mą pożegnać, a ona rzekła: „idź pan już, idź, bo mnie zaczynasz złościć“! Ja panią, czem, jeżeli wolno spytać, byłem chyba cierpliwym słuchaczem? — Właśnie ta cierpliwość pana mnie rozgniewała, słucha pan, słucha, czasem coś bąknie, a ja bym chciała właśnie, żeby pan ze mną się spierał ząb za ząb! Ukłoniłem się sztywno, a ona podając mi rękę uśmiechnęła się do mnie czarująco i rzekła: no nie gniewać się na mnie, to nie ładnie, mnie trzeba wszystko przebaczyć, bo jestem przecież ...

A

W białych murach szpitala zaległa wieczorna cisza. Cisza szpitalna ma w sobie coś strasznego... pozornie wszystko spokojnie, zdaje się, że sen zacznie roztaczać nad biednymi chorymi swe dobroczynne skrzydła, a tu nagle rozlega się jęk lub krzyk bolesny! O ile w dzień jęk taki jako wyraz bólu jest zupełnie naturalnem zjawiskiem, o tyle w nocy w sali chorych ma on zupełnie inną niejako barwę. Bóle w nocy zwykle się nasilają, chory czuje się wtedy taki biedny, samotny, mdłe światło na sali, rzuca dziwne cienie, gorączka się wzmaga, odpychając sen ze znużonych powiek... szuka tedy oko jakiejś przyjaznej duszy, słów kilka pociechy, ulgi w cierpieniu. A tu naokół towarzysze niedoli. Jedni spowici snem, inni apatyczni zapatrzeni w dal, inni skurczeni z bólu, lub niespokojni: To cisza szpitalna — cisza, której boją są nieraz najodważniejsi!

Doktor Słupski skończył właśnie wizytę wieczorną na swym dyżurze i usiadł w pokoju inspekcyjnym. Drzwi od tegoż uchylone dozwalały patrzeć mu wprost na dużą salę chorych. Słupski, doglądając ich, nabył już wprawy w słuchaniu. Poznaje dokładnie, że teraz jęknął amputowany, teraz żałośnie skarży się młody chłopak po operacji brzusznej, a teraz znowu ponury głuchy jęk wydaje pacjent ze złamaną szczęką. Co pewien czas zalega salę cisza... pozornie zdawaćby się mogło, że chorzy usnęli, aż tu nagle nowa serja jęków lub westchnień bolesnych! Zmęczone oczy lekarza kleją się do snu — zasypia. Do uszu dochodzą ciągle jęki i wywołują sen dziwny. Oto widzi na owej sali, jak chorzy wstają z łóżek, swobodni, weseli i wychodzą do ogrodu, a na łóżkach pozostają choroby. Lecz jakżeż one inne, jak dotąd je sobie przedstawiał! Oto na pierwszem łóżku leży rak żołądka o postaci skłębionej masy złożonej z resztek wykwintnych potraw i napojów! Skłębiona masa się rozwija, zmieniając się w stół wspaniale ubrany kwiatami, uginający się od sreber i kryształów. W wesołem towarzystwie siedzi tam młody człowiek, pełen zdrowia i sił! Wnoszą wytworne potrawy, lecz na każdej jakieś dziwne plamy. A młody człowiek bierze je w siebie ciągle i ciągle! A oto na drugiem łóżku leży porażenie! Piękny młodzieniec w szale miłosnym wpija się w usta kochanki a ta sączy mu straszny jad do krwi! Nagle jęk straszny, bolesny rozdarł powietrze! Słupski zerwał się i pobiegł na salę. Siostra miłosierdzia rozjaśniła lampy i wspólnie z lekarzem stanęli nad pierwszem łóżkiem. Tam wciśnięty w kąt, skurczony blado-siny leżał starzec z rakiem żołądka. Oczy dziwnie szeroko rozwarte utkwił uporczywie w Słupskiego i przerywanym od jęku głosem zaczął szeptać: czy wiesz, dlaczego ja teraz cierpię? Nie wiesz lub powiesz: masz raka żołądka. Tak, mam go rzeczy- wiście, ale to tylko wyraz mej choroby, coś, co stać się musiało i stało się. Chorobę mą i me cierpienia wywołało jednak me życie całe, trwonione lekkomyślnie w gonitwie za szałem i marą szczęścia ułudną. Wiedziałem, że wszystko zakończyć się musi jakoś strasznie i tak się też zakończyło! Słupski zajął się pilnie cuceniem chorego a ten ciągnął dalej cichszym już głosem: doktorze, po co to wszystko? Co chcesz ratować? Cha! Cha! wyleczysz może mnie, nie, to nie jest w twej mocy, bobyś musiał odwrócić na nowo me życie, a wstecz żyć nie można! Parę cichych westchnień i chory skończył życie. Słupski spojrzał na kartę nadgłówną chorego i wyczytał: Stefan Koroski, lat 68, zajęcie: artysta malarz. Ach, to ten Koroski, którego obrazy wzbudzały taki podziw na wszystkich wystawach świata! Czyż to możebne? A teraz leży przed nim biedny, nędzny trup, wsunięty w kąt łóżka! Westchnął głęboko, poszedł do pokoju dyżurnego i w protokole zanotował: o godzinie 11, minut 20, zmarł chory na sali drugiej, łóżko pierwsze, wśród objawów zapadu. Rozpoznanie kliniczne: rak żołądka.

DZIWNA PRZYGODA W ŻYCIU

(OPOWIADANIE CHOREGO)

Operowałem swego czasu pewnego bardzo inteligentnego człowieka i przez dłuższe stykanie się zawiązaliśmy między sobą bliższą znajomość a rozmowy nasze schodziły często na różne ciekawe tematy. Razu pewnego przemówił do mnie: wiem, że pana, panie doktorze interesują zdarzenia z życia żywcem wzięte, opowiem też panu jednę moją dziwną przygodę. Lat temu około dwadzieścia byłem młodym zajmującym (jak twierdziły kobiety) młodzieńcem. Bawiąc raz w Zakopanem, poznałem się z pewną młodą osobą i odrazu zakochałem się w niej na zabój, bo był to mój typ. Nim pójdę dalej wypowiem panu moje zapatrywanie na tak zwany „typ“. To, co w naszem doświadczeniu nazywamy przymiotem danej osoby lub rzeczy jest właściwie niczem innem, jak pewnym stanem naszej świadomości i stosunkiem tej osoby lub rzeczy do nas, bo wrażenia zmysłowe nie pouczają nas, jakiemi są rzeczy w istocie, tylko jak się nam wydają. Do każdego spostrzegania i poznania obserwowanego przedmiotu, dołączają się prócz bezpośrednich wrażeń, także różne uzupełnienia, zachowane w pamięci z poprzednich doświadczeń, a pewność sądu polega właśnie na mniej lub więcej wyraźnej zgodności obecnych wrażeń ze śladami dawniejszego poznania. O każdej też osobie znanej, mamy w umyśle niejako gotowy szkic, do którego potem przy każdem pojedynczem spostrzeżeniu dopasowujemy spostrzeżenia szczegółowe. Jeżeli ktoś n. p. poznał w życiu kobietę i odpowiadała ona wszystkim jego wymaganiom i marzeniom, to stanie się ona dla niego tym szkicem, więcej jeszcze wyidealizowanym, czyli będzie jego typem. Gdy pozna potem drugą przypominającą ów typ, poczuje do niej bezwiednie sympatję i choć osoba ta jest to jednak przypomina mu ona jego typ choćby jakimś szczegółem. W miłości przechodzi się zwykle trzy stadja. Najpierw zwracamy uwagę tylko na dobre strony danej osoby, potem poznajemy i złe, ale staramy się je usprawiedliwić i wyidealizować, a w trzecim i złe strony tej osoby zaczynamy kochać. Gdy znowu miłość wygasa, proceder bywa odwrotny: zaczynamy najpierw „odczuwać“ owe złe strony, ale je usprawiedliwiamy, lecz z czasem zaczynają one nas coraz to więcej razić i budzą się wątpliwości czy rzeczywiście nasze usprawiedliwienia miały , czy też te złe strony są złemi rzeczywiście, w trzecim dochodzi do tego, że zaczynamy się dopatrywać tylko złych stron w danej osobie a o licznych nieraz dobrych, zapominamy. Poprzedziłem to tym wstępem, by dalej łatwiej być rozumianym. Otóż jak wspomniałem, zobaczyłem ową osobę po raz pierwszy i odrazu się w niej zakochałem, zaraz powiedziałem sobie, to mój typ i byłem poprostu olśniony. Doznawałem wrażenia, że znam ją od dawna, że jest mi dziwnie blizką, wobec niej wszystko było mi miłe i wesołe, a bez niej szare i nudne. Niestety wakacje moje kończyły się i musiałem wyjechać. Wzajemności jej wcale nie byłem pewny, conajwyżej zaś przypuszczałem, że jestem dla niej sympatyczny — odjechałem też nie dowiedziawszy się nawet jej adresu, bo sama nie wiedziała jeszcze, gdzie po Zakopanem pojedzie. W Krakowie począłem tęsknić i choć pracą zagłuszałem się jak mogłem, to jednak miłość zawładnęła mną na stałe, o czem niedługo się przekonałem. Bo tutaj właśnie zaczyna się owa dziwna moja przygoda. Było to w piękny jesienny dzień. Szedłem przez cudne krakowskie planty zamyślony, wtem wzrok mój jakby pociągnięty magnesem, skierował się na jedną z ławek i ujrzałem ją — moją wyśnioną z Zakopanego! Kłaniam się i przybliżam do ławki, lecz cóż to takiego? Moje bóstwo wprawdzie na mnie patrzy, ale tak dziwnie, tak obco — czyż mnie już zapomniała? Pełen rozpaczy staję też przed nią i pytam głosem pełnym żalu i wyrzutu: czy Pani mnie już nie poznaje? A na to ona: Pan daruje, ale nie mam przyjemności znać pana, zapewne jakaś pomyłka. A jednak słyszę głos ten sam i widzę to samo rozkoszne przymrużenie powiek, lecz dla pewności pytam: wszak mam przyjemność mówić z panią Stefą Merlińską? Nie panie nie jestem p. Stefa... Osłupiałem, lecz przyszedłszy do siebie przedstawiłem się jej i usłyszałem nazwisko Wanda Rodecka. Wobec tego zacząłem się tłumaczyć i opowiadać, jak łudząco jest podobną do kobiety, którą kocham szalenie. Rozmawialiśmy dalej wesoło, lecz zaraz zauważyłem na sobie, że ta kobieta działa na mnie szalenie; powiedziała mi dużo o sobie i wreszcie pożegnawszy się ze mną grzecznie, odeszła. A ja poczułem wtedy coś strasznego — bo kochałem się już i w tej kobiecie! I zaczęły się dla mnie obecnie chwile męki trudnej do opisania — bo wyobraź sobie pan, panie doktorze kochałem się obecnie naraz równocześnie w dwóch kobietach! Złośliwy chochlik śmiał się ciągle we mnie i mówił: A którą wolisz? A co zrobisz z drugą, gdy się z jedną ożenisz? Czy nadal tę drugą kochać będziesz? A co się stanie, gdy w życiu spotkasz jeszcze kilka takich samych kobiet? Doprowadzało mię to do rozpaczy, a w końcu do stanu, który pańscy koledzy uznali za pewne zboczenie i stałą ideę. Leczyłem się dłuższy czas w sanatorjum i pod wpływem spokoju i sumiennej opieki lekarskiej zacząłem zwolna przychodzić do siebie. Nareszcie wyzdrowiałem, lecz bałem się ciągle chwili spotkania z którąś z tych dwóch kobiet. Lecz to spotkanie właśnie mię wyleczyło! Po kuracji pojechałem na odpoczynek do Krynicy i tu zaraz na drugi dzień spotkałem na deptaku opartą na ramieniu jakiegoś pana jednę z nich — lecz którą nie wiedziałem. Ukłoniłem się, a ona, po chwilowym namyśle, odkłoniła się grzecznie a nawet oglądnęła się za mną. Dowiedziałem się od kogoś, jak się obecnie za mężem nazywa i gdzie mieszka i nie namyślając się długo poszedłem do niej z wizytą. Była to pani Stefa, która kilka miesięcy temu wyszła za mąż. Lecz któż opisze moje zdziwienie: im więcej rozmawiałem z nią, tem więcej wydała mi się mniej sympatyczna; jakieś, jakby łuski opadały mi z oczu. Odkryłem n. p., że brzydko się śmieje, że ma złe błyski w oczach, ruchy trochę za ciężkie i mimowoli stanął mi przed oczami obraz panny Wandy jakiś promienny i otoczony aureolą idealną. Stałe porównanie wypadało zawsze też na jej korzyść i zacząłem unikać spotykania się z panią Stefą, tak jak unikamy osób dla nas nie sympatycznych. Wróciłem do Krakowa dziwnie jakoś spokojny. Nie długo spotkałem pannę Wandę i wierz mi pan, panie doktorze, dopiero wtedy poznałem, że ją tylko rzeczywiście kocham i że tylko ona jest tą jedyną, dla której warto poświęcić życie. Zadzwonił, a w drzwiach ukazała się jego żona. O to ma pan przed sobą, panie doktorze, ową pannę Wandę, a zarazem moją najukochańszą żoneczkę! Rozmawialiśmy chwilę wesoło, gdy wtem mój pacjent zaczął znowu mówić: Gdybym był nie poznał Wandy, bardzo możebne, że starałbym się o względy pani Stefanji, może pojąłbym ją za żonę i czuję, że całe życie byłbym nieszczęśliwy, bo ta kobieta była nie dla mnie. Bo jeszcze kobieta w naszym typie niekoniecznie musi być „naszą“ w całem tego słowa znaczeniu. Niestety nie wszyscy są w życiu w tem szczęśliwem położeniu, w jakiem ja się znalazłem. Najczęściej na świecie poznaje się ów sympatyczny dla nas typ i ten pociąga nas dziwnie ku sobie. Nie mając porównania zaślepiamy się w nim, dodajemy do niego wszystkie nasze wyidealizowane w owym typie przymioty a dopiero życie i pożycie wykazuje nam naszą pomyłkę i wadliwą intuicję. Bo typ zewnętrzny a obraz duszy, to czasem wręcz odrębne wartości. To ciekawe jednak, zapytałem, że pan, poznawszy p. Wandę, odrazu nie poznał, o ile ona przewyższa tamtą i Panu więcej odpowiada? Tak zadawałem i ja to pytanie sobie i w końcu doszedłem do rozwiązania. Oto ocenić możemy różnice dwóch podobnych przedmiotów czy osób dokładnie tylko wtedy, gdy je widzimy równocześnie lub naprzemian, ale koniecznie w ten sposób, byśmy kolejne obserwacje mogli za trzecim przynajmniej razem skontrolować. Poznałem najpierw p. Stefanję a potem moją Wandę. Potem myślałem często o obu, przyczem obraz Wandy był wyraźniejszy. Spotkawszy potem znowu panią Stefanję, zacząłem ją już studjować krytycznie, przyrównując do Wandy a raczej, starając się wyszukać różnice. Natomiast, biorąc Wandę za pannę Helenę, starałem się wcielić w nią wszelkie pozostałe w mojej duszy idealne wrażenia o pani Stefanji. Niestety jednak często ludzie nie mają sposobności na takie eksperymenty, porównują tylko dany typ ze swoim ideałem w duszy, a zaślepieni chwilo- wym szałem ubierają go sami w szaty purpury królewskiej, wzięte z własnej wyobraźni. Później dopiero przekonywują się, jak owa kobieta nie pasuje jednak do owych ram — ale wtedy już za późno! Powstałem, by się pożegnać — uścisnęliśmy sobie dłonie, a pacjent rzekł mi jeszcze na pożegnanie: Tak panie doktorze — czasem trzeba dostać bzika, by zacząć potem myśleć rozumnie!

M

(ZDARZENIE PRAWDZIWE)

Do szpitala przywiózł młody małżonek żonę, która nagle na balu ciężko zasłabła. Położono ją zaraz na stole operacyjnym. Była to młoda, piękna kobieta — twarz jej blada stanowiła duży kontrast ze wspaniałą, jaskrawą toaletą balową, od której dziwnie jakoś odbijała znowu poważna biel sali operacyjnej. Mąż czekał w poczekalni a lekarze przystąpili zaraz do badania. Niestety na wszelką pomoc było już zapóźno, straszny krwotok wewnętrzny złamał w pełni rozkwitu to młode życie! — Umarła... I lekarze, ci ludzie, o których się mówi, że mają kamienne serca, stali wobec trupa tej kobiety z głębokiem współczuciem. Bo oto — może dwie godziny temu — ta młoda istota cieszyła się życiem i z rozkoszą płynęła wsparta na ramieniu dansera w takt walca po sali balowej... jeszcze przyniosła ze sobą subtelną jakąś woń perfum, jedna jej ręka obciśnięta rękawiczką trzymała kurczowo wachlarz i przyczepiony do niego karnecik... Pierwszy sekundarjusz ocknął się z zadumy, westchnął i rzekł: Pójdę, trzeba męża o zgonie zawiadomić. Krokiem wolnym skierował się ku poczekalni, po której mąż chodził tam i z powrotem, paląc papierosa. Proszę Pana, niestety muszę Panu zakomunikować smutną wiadomość, wszelki ratunek jest wykluczony, żona Pana zmarła! Co Pan mówi! nie żyje... to straszne... Lekarz wskazał mu ręką drzwi sali operacyjnej i młody człowiek skierował tam swe kroki. Wszedł — staliśmy z zapartym oddechem, nie spuszczając z niego wzroku. A on szedł wolno, niemal automatycznie ku zwłokom i zatrzymał się tuż przy nich... Twarz jego nieco przybladła, ale nic z niej wyczytać nie można było. Patrzył chwilę na twarz a potem wzrok jego pobiegł po całej jej postaci. Nagle jakby się ocknął i zwracając się ku najstarszemu lekarzowi, rzekł: jestem biednym urzędnikiem, nie stać mnie na pogrzeb żony, a skoro tu już jest, to proszę ją pochować, jako zwłoki szpitalne. Szybkim ruchem przysunął się ku zwłokom, zdjął jej brutalnie z palców obrączkę i pierścionki, wyrwał niemal kolczyki, włożył wszystko szybko do kieszeni palta i skłoniwszy lekko głową ze słowami: żegnam Panów — wyszedł szybko ze sali... Staliśmy jak skamieniali, wtem nasz drogi i luby kolega Zdaniecki, porwał się i krzycząc: „ależ to szakal, dogonię go i wypoliczkuję“, wybiegł za nim. Za chwilę wrócił, bo na szczęście nie dogonił już w gmachu owego człowieka. Dowiedziałem się potem bliższych szczegółów o tej parze od siostry zmarłej. straszny człowiek ożenił się z nią przed paru miesiącami w nadziei, że odziedziczy po ojcu, przedsiębiorcy, duży majątek. Niestety ojciec stracił całą fortunę na spekulacjach i wtedy młody małżonek zaczął żonie robić sceny, wysuwając się przed jej oczami jako ofiara. A była to istota dobra i cicha. Jeszcze teraz pamiętam doskonale tę jej dziecinną niemal twarzyczkę, jakby śpiącą w tej balowej toalecie na sztywnym stole operacyjnym! Jeszcze i teraz po latach, gdy spotkamy się z kolegami, wspominamy nieraz ten wypadek, to biedne niewinne stworzenie i tego męża szakala, obdzierającego ciepłe jeszcze zwłoki swej młodej żony.

A

Opowiem panu, panie doktorze, jak się wyleczyłem z kamieni żółciowych, bo to historja ciekawa. Przed laty dziesięcioma zaczęło mnie pobolewać z prawej strony, poszedłem do naszego lekarza w miasteczku, on zbadał mnie, popukał, pokiwał głową i rzekł: ma pan dobrodziej kamice czy kamienicę (bo nie pamiętam) żółciową, zapiszę panu lekarstwo, ale trzeba jechać do Karlsbadu, inaczej może się skończyć na operacji. Należy zachować djetę, unikać alkoholu; zmartwień, jakoteż wysiłków fizycznych. Gadaj sobie zdrów, pomyślałem wychodząc, albo mówisz prawdę albo nie! Jeżeli jest to prawda, to cóż mi pomogą proszki, jeżeli ja muszę się irytować na wsi, jeździć konno i wózkiem, a od czasu do czasu i gorzałki trzeba się napić. Albo więc robić wszystko i żyć jak Kameduła, albo szkoda czasu i atłasu. Wybrałem to ostatnie. Czytam raz gazetę i natrafiam na anons: Chologen, leczy radykalnie kamienie żółciowe, skutek pewny, tysiące podziękowań, świadectwa powag lekarskich i t. p. Sprowadzam więc sobie od razu owe pigułki i łykam je podług przepisu, prócz tego radzą mi pić na czczo piołunówkę — piję, pić oliwę — piję, masować brzuch — masuję, kąpać się w gorącej wodzie — kąpię, jeść tłusto — jem, i co pan powie! Bole stawały się coraz to rzadsze, aż ustąpiły zupełnie. Jestem też zupełnie kontent ze siebie, tylko może pan zobaczy, dlaczego ta prawa strona jakaś twardsza jak lewa? Zacząłem badać pacjenta i rychło cała sprawa stała się niestety dla mnie jasną. Jego końska kuracja nie wiele mu pomogła, zniknęły wprawdzie typowe kolki, ale właśnie dlatego, że wytworzył się rak pęcherzyka żółciowego, który zamknął tak ujście, że kamyki, nie próbowały już starań, by się do przewodu przecisnąć. Stałem nad chorym i myślałem właśnie, jak mu przedstawić tę sprawę, gdy on śmiejąc się z całego serca powiedział: — No, niech się pan, panie doktorze tak nie martwi, że ja w waszą medycynę nie wierzę i sam się wyleczyłem, to się zdarza, przecież panu ufam, bo przyszedłem do niego, trudno, nie możecie być nieomylni, niech pan lepiej to wszystko spamięta i innym tak ordynuje. I niech pan sobie pomyśli, że ten tam doktorzyna przed 10 laty groził mi operacją i coś nawet mówił, że może się nawet zrobić jakiś guz! panie, rzekłem, niestety miał on zupełną rację — bo niestety pan właśnie ma taki guz. Obywatel wzruszył tylko ramionami, ubrał się szybko i rzekł mi na pożegnanie: radzono mi pana, jako bardzo sumiennego lekarza, widzę jednak, że jesteście wszyscy jednacy — szkoda czasu — leczyłem się dotąd sam, leczyć się będę też sam dalej! Do widzenia! Nie potrzebuję chyba dodawać, że ten biedny człowiek w trzy miesiące zakończył życie, twierdząc, że temu „wszystkiemu“ winni doktorzy.

Z

Doktór Sorański należał do najbardziej wziętych lekarzy miasta X., a prócz rozległej praktyki dopisywało mu szczęście na każdym kroku, miał ukochaną młodą żonę, dwoje cudnych dzieci i byt zapewniony. Lecz był on filozofem i zawsze mawiał, że boi się w życiu jakiejś katastrofy, bo mu na świecie jest zbyt dobrze. I katastrofa ta nadeszła i to jeszcze pod postacią, której najmniej się spodziewał. Razu pewnego wracał późno do domu ze wsi od chorego. Sorański jechał i cieszył się, że za chwilę ujrzy swój miły domek, przeglądający przez bukiety bzów i jaśminów, uściśnie swą drogą żoneczkę, porwie na ręce swe dziatki i wśród miłego gwaru zasiądzie do stołu. Zapewne w jadalni będzie już zaświecone, myślał, skręcając na rogu. Lecz domek majaczył swą białością między krzewami, a żadne światło nie rozweselało oka. Zajechał pod dom i odrazu uderzyła go jakaś pustka i cisza — jakby w przeczuciu wszedł cicho na palcach do sieni i tu zaraz zjawiła się służąca, mówiąc stłumionym głosem: proszę pana doktora, z panią naszą coś niedobrego się dzieje! Zrzucił prędko palto i szybko wbiegł do sypialni — mimo słabego światła świecy odrazu uderzyła go jako le- karza dziwna bladość twarzy żony. Przywitał się z nią jak zwykle czule, lecz zaraz lekarz zaczął brać w nim górę, począł ją badać, dopytywać i dotknął pulsu... aż drgnął, puls ledwie dał się wyczuwać! Wkrótce niestety nie było mu tajnem, że stan jest bardzo groźny a krwotok wewnętrzny wymaga natychmiastowej operacji. Przeszedł szybko do telefonu, lecz niestety kolegi, do którego jedynie miał zaufanie jako do operatora, nie było w domu, bo wyjechał właśnie na wieś do chorego. Przewozić żony w takim stanie nie można, podobnie nie ma czasu na wołanie specjalisty ze stolicy; czekanie dalsze grozi życiu — więc cóż robić? Sorański ukrył twarz w dłoniach i zimny pot pokrył mu czoło — nagle wstał, wyprostował się i wyrzekł z mocą: nie ma innej rady muszę sam ją operować! Powrócił do żony i w formie tkliwej lecz stanowczej przedstawił jej rzecz całą i czekał odpowiedzi. A ona zapytała tylko: czy tak być musi Janku? Tak dziecino, innej rady niema. A kto mnie będzie operował? Sorański drgnął — ja, Stefo, bo Witowskiego niema, a któż innyby się tego podjął. Ty! A to bardzo dobrze, ja ci tak ufam Janku, wiem, że z całych sił pragniesz mego zdrowia, więc dołożysz takich starań, jak nikt inny, bym prędko przyszła do zdrowia — nie zwlekajmy zatem. Sorański automatycznie poszedł do telefonu, poprosił dwóch kolegów do pomocy i upadł na fotel. Czyż znajdzie na tyle siły i zimnej krwi, by dokonać operacji na niej, i to jeszcze operacji, którą wyko- nywał dawno już w klinice, tu w tych złych dla aseptyki warunkach. Lecz jakiś głos rzekł mu: już zdecydowane, wstań i rób, co do ciebie należy! Zerwał się niemal z fotelu, gorączkowo przygotował instrumenta i opatrunki i właśnie kończył, gdy zjawili się koledzy. I oni zbadali chorą i konsyljum orzekło, że chodzi tu o pęknięcie ciąży pozamacicznej. W twarzy ich widział pewne zakłopotanie ale nie zważając na to poszedł po pacjentkę. Ucałował ją czule, wziął w ramiona jak dziecko a się do niego drżąca a swemi blademi wargami przyciskała się do twarzy i szeptała ciągle: Janku, ja ci tak wierzę! Położył ją na stole, nachylił się nad nią, złożył jeszcze ostatni pocałunek na jej czole jako mąż — nagle się wyprężył, błysk zaświecił w jego oczach, zbudził się w nim lekarz i głosem już stanowczym i pewnym powiedział: proszę kolegi zaczynać narkozę! Rozpoczęła się operacja — właśnie miał prowadzić cięcie i mimowoli dreszcz go przebiegł, zwłaszcza, że kolega asystujący odezwał się wtedy zupełnie nie w porę: podziwiam kolegę, że ma odwagę operować własną żonę! Teraz nie pora o tem rozprawiać — odburknął twardo i ręką już całkiem pewną poprowadził Z jamy brzusznej zaczęła buchać krew i była chwila, że Sorański zaczął strasznie wątpić w siebie, czy da sobie rady, czy zorjentuje się w sytuacji, popatrzył mimowoli na twarz uśpionej i ujrzał tylko jakby łagodny uśmiech jej lubej twarzyczki. Janku, ja ci tak wierzę! — zaszumiało mu w głowie! Znowu sprężył się jak stal, opanował krwotok i nawet nie zadrżał, gdy płód, jego własne przecież przyszłe dziecię, wyjął na zewnątrz. Szybko i pewnie dokończył zabiegu — żona była uratowana! Obandażował ją sam, przeniósł na łóżko i siadł koło niej. I nagle odezwał się w nim znowu mąż — poczuł się tak dziwnie osłabiony i bezwładny, że myśleć poprostu nie mógł. Patrzył w jej bladą twarzyczkę jak w tęczę, a ręce tak mu drżały, że pulsu wyczuć nie mógł. Prosił więc jednego z lekarzy, który właśnie wchodził, by się pożegnać o zbadanie pulsu. Wcale dobry, panie kolego, nie można go porównać z tem, co było przed operacją. Lekarze odeszli — został sam. A teraz dopiero zjawiła się reakcja i przestał poprostu logicznie myśleć, natomiast zaczęły go prześladować różne wątpliwości — czy ja jednak dobrze krwotok zatamowałem, czy tam co nie krwawi, czemu ona jeszcze nie budzi, dlaczego tak słabo oddycha? Chora spała... szary świt zaczął wpadać przez okna a on siedział ciągle wpatrzony w nią, jak w tęczę. Już pierwsze promienie wschodzącego słońca wpadły do pokoju i zadrgały złotą aureolą w jej ślicznych włosach. Po twarzy śpiącej przeszedł jakiś prąd ożywczy, otworzyła oczy i napół senny, nieprzytomny wzrok skierowała na niego. Stefo! moja Stefo, mówił szeptem, choć dobrze wiedział, że przecież jeszcze go nie rozumie. Dopiero w jaką godzinę otworzyła oczy i popatrzyła na niego przytomnie — uśmiech jakiś dziwny nieziemski okrasił jej twarzyczkę, ścisnęła go lekko za rękę i szepnęła: luby mój, dziękuję ci — taka jestem szczęśliwa. Zamknęła znów oczy a on nie mogąc już zapanować nad sobą, wybiegł do drugiego pokoju i tam wybuchł płaczem — łzami szczęścia złotemi. I żona przychodziła szybko do zdrowia a on ciągle balansował koło niej raz jako mąż troskliwy i zaniepokojony, to znowu jako lekarz pewny swej ręki i wiedzy. Gdy już siadała na fotelu, rozmawiali często ze sobą, unikając jakoś tematu operacji, aż w niej przeważyła kobieca ciekawość i zapytała: Janku, rzeczywiście podziwiam Cię, że miałeś siłę i odwagę dokonać na mnie tak ciężkiej operacji, opowiedz mi, jak pogodziłeś w sobie te dwa stany? A on zwiesił głowę — wziął ją czule za rękę i powiedział: Stefo, wierz mi, że to co przeszedłem nie da się opisać, innego wyjścia nie było, musiałem Cię ratować sam. Było to z mej strony może szaleństwo, lecz miałem plan gotowy — gdybym był Cię nie uratował, nie byłabyś odeszła z tego świata sama, rewolwer miałem w pogotowiu... Nie mów tak Janku, przecież ja wierzyłam Ci i byłam pewna, że mnie uratujesz, żadnemu lekarzowi jeszcze tak nie wierzyłam w życiu, jak wtedy Tobie i przyznam Ci się — tu przysunęła się tkliwie do niego — widziałam ciągle w Tobie przed operacją lekarza nie męża. Tak wstyd mnie to powiedzieć, ale ile razy całowałeś mnie i drżałeś, wątpiłam w Ciebie, lecz gdy stanąłeś nademną z nożem w ręku, spokojny i pewny i gdy rzekłeś stalowym głosem: proszę zaczynać narkozę, wzbudziłeś we mnie takie zaufanie i taką pewność, że zasnęłam zupełnie spokojna. A gdy się obudziłam, to znowu wzbudził się we mnie niepokój, bo zobaczyłam Cię znowu zdenerwowanym, drżącym i niepewnym. Skoro tylko jednak poskarżyłam się na coś, budził się znowu w Tobie lekarz. Stanąłeś nademną i głosem pewnym rzekłeś: proszę Cię, bądź spokojna i nie ruszaj się, zaręczam Ci, że wszystko jest zupełnie w porządku. Wtedy uwierzyłam Ci jako lekarzowi. I wtedy Sorański zrozumiał dopiero, jak mylnie ocenia publiczność tak zwane „serce“ u lekarzy. Co chwila przecież mówi się: ach, lekarze, zobojętniają się na wszystko — nie mają zupełnie serca! I ludzie sami nie wiedzą wtedy, co mówią! Wszak tu sama jego żona dała najlepszy tego dowód, jak się na tę sprawę zapatrywać należy — wierzyła mu wtedy gdy był lekarzem, a nie wzbudzał w niej żadnego zaufania, gdy szedł do niej tylko z sercem jako mąż kochający! A jednak lekarze idą z tym sercem zawsze prawie, lecz kryć go muszą pod maską powagi, pewności siebie i lekkiego humoru, bo tego dobro chorego w pierwszym rzędzie wymaga.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…