Read here

Zaklęta księżniczka

Józef Ignacy Kraszewski · 1885 · Free in the US

76,345 words · about 5 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1885 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Zaklęta_księżniczka&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1885
Length
76,345 words · about 5 h 21 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 40 min
  3. I about 25 min
  4. II about 13 min
  5. III about 16 min
  6. IV about 46 min
  7. V about 26 min
  8. VI about 17 min
  9. VII about 18 min

Continue:

Front matter

ZAKLĘTA KSIĘŻNICZKA.

NOWELLA

PRZEZ

całość

ZAKLĘTA KSIĘŻNICZKA.

NOWELLA

PRZEZ

J. I. O.

A.

NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA

5.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 5 Февраля 1885 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Bednarska Nr. 20.

Wszyscy, którzy znali bliżej pana Narcyza Borusławskiego oddawali mu sprawiedliwość, że był najzacniejszym w świecie człowiekiem, ale zarazem niektórzy mówili że był nieznośny. Polegać na nim mógł każdy jak na Zawiszy — mało kto wszakże potrafił się z nim spoufalić i zyskać przyjaźń jego. Trudnym był wielce w obejściu z ludźmi, chociaż nie uchybiał nigdy nikomu, nadzwyczaj był grzeczny, ale zimny i zamknięty nad podziw. Długiego czasu potrzebował nim do kogo przystał. Żył też w bardzo małem kółku przyjaciół — a ci których miał byli mu zupełnie oddani. Mówiono powszechnie, iż smutne doświadczenia z młodych lat takim go uczyniły. W istocie wiadomem było iż rodziców miał bardzo bogatych, wziął po nich majętności ziemskie znaczne, które nie wiedzieć jakim sposobem stracił. Nie miał naówczas nad lat dwadzieścia kilka, kiedy go prawie całkowita ruina spotkała i znalazł się sam jeden wśród szerokiego świata bez przyszłości, bez zasobów i bez przyjaciół, bo ci co mu do zmarnotrawienia majątku pomogli, rozpierzchli się jak od zapowietrzonego. Szczęściem za życia rodziców jeszcze, z woli ojca chodził na wydział prawny i otrzymał nawet stopień doktora U. J. Gdy mu ten jeden tytuł tyko został, przybył z nim do Warszawy, udał się do sławnego wówczas Mecenasa Z., odbył u niego kilkoletnią praktykę kancelaryjną, oddawszy się całkiem pracy, i jako prawnik potem otworzył własne biuro. W przeciągu lat tych kilku pobytu w Warszawie, zarobił sobie postępowaniem niezmiernie bacznem, pracą i rozsądkiem na taką wziętość i poszanowanie że gdy się potem samoistnie urządził, na swoją rękę podejmując interesa, nigdy mu ich nie zabrakło. Miał ich prawie za wiele, tak że zaledwie mógł im wydołać. Z dosyć wesołego i płochego młodzieńca, w którego ręku stopniało parę miljonów złotych, stał się człowiekiem wytrawnym, zimnym, milczącym, oszczędnym, i — domyślano się, że musiał dojść do znacznego majątku — lecz żył nawykłszy już do tego — bardzo skromnie. Dla siebie równie jak dla swej kancelaryi, niezmiernie był surowym, wymagał wiele — ale z ojcowską pieczołowitością dbał też o młodzież, którą miał u siebie. W zajęciach prawniczych postarzał zwolna mecenas Borusławski. Chciano go nie raz ożenić, bardzo nawet ładne i majętne panienki, a więcej jeszcze rodzice wielu panien starali się o niego; ale do ożenienia najmniejszej ochoty nie miał, a od kobiet unikał. Nic nie równało pracowitości tego człowieka, który w potrzebie i noc całą nad papierami umiał prześlęczyć, zaspokajał głód jak najprostszą strawą, bodaj kawałkiem chleba i szklanką wody; ubierał się niepokaźnie, chodził pieszo, innej zabawy nie znał nad czasem jaką godzinę strawioną nad szachami w cukierni na Miodowej ulicy, do której na czarną kawę chodził. Zwykle milczący był tak, że się słowa od niego dopytać było trudno, w dysputę żadną nie wdał się nigdy, znajomości nowych raczej unikał niż szukał, i z tego powodu zyskał nazwanie — dziczka i oryginała. Zdala nawet poznać w nim było łatwo postać już skamieniałą i jakby wykutą tak, jak do śmierci miała pozostać. Nosił suknie zawsze jednej barwy i kroju, czarne lub szare, na wyłysiałej głowie bez pretensyi nałożoną rudawą peruczkę, okulary stalowe, rękawiczki stare dające się prać — i kapelusz rzadko zmieniany na nowy. Twarz cała wygolona, mogła być niegdyś piękną, teraz w zastygłych jej rysach, z których życie uciekło gdzieś do głębi, widać tylko było energję panującą nad człowiekiem. Czasem mu jeszcze ciemne oczy błysnęły resztką ognia, ale usta zacięte jeśli się otworzyły, to na słowo nieodzownie potrzebne, krótkie i obrachowane. Ci co go znali lepiej, przyznawali iż go nie znali wcale. Do tego wnętrza w którego głębi kryje się właściwy człowiek nikt nigdy nie ścignął wzrokiem. Kancelarya Mecenasa od pierwszego roku znajdowała się zawsze w tym samym domu, gdzie ją niegdyś na drugiem piętrze otworzył. Zwiększyła się klijentella, papierów przybyło, dobrano dwa pokoje, ale Borusławski został w dawnem mieszkaniu. Pomocnik JMPan Zakulski, młody chłopak aplikant , i stary sługa, jeszcze pono ze wsi, pan Maciej, dobrze już włóczący nogami, składali całe gospodarstwo. Kancelarya i bióro zajmowała trzy pokoje z przedpokojem i sionką, jeden pokoik przy niej zamieszkiwał Zakulski; sam Borusławski miał dwa licho i ubogo urządzone, a Maciej z kuferkami i całym zasobem, mieścił się w dwóch ciupkach od tyłu. Wszystko to, choć czysto niby wyglądało, ale w najwyższym stopniu skromnie i łatano. Ani nowego sprzętu, ani żadnej rzeczy ku ozdobie służącej, nikt tu nie zobaczył. Maciej czuwał nad tem, ażeby wszystko trwało jak można najdłużej. Szczotka, którą zamiatano zużyta niemal aż do drzewa... świadczyła o tej oszczędności. Była ona tu praktykowaną jak cnota, sama dla siebie, gdyż pan Borusławski familji blizkiej nie miał — i celu w takiem skąpstwie widomego. Mogło się zdawać tym co zasłyszeli o historyi jego młodości, iż sobie zadał pokutę, za jej grzechy. O godzinie ósmej Mecenas był już w kancelaryi lub pokoju w którym przyjmował klijentów, śniadanie sobie przynosić kazał z lichej garkuchni obok, wracał po niem do roboty, siedział do objadu, a po krótkiem wypoczynku przychodził jeszcze na parę godzin do kancelaryi, po której zamknięciu dopiero przechadzał się lub grał partyę w szachy. Życie płynęło tak regularnie, tak jednostajnie, iż gdy nadeszły święta, które nadwerężały porządek, pan Borusławski nie wiedział co robić z sobą. Najczęściej choć kancelarya była zamknięta, a Zakulski i Łomaka używali świeżego powietrza, Mecenas się grzebał w papierach. U niewielu osób bywał, i był to w ogóle gość nie zabawny, milczący, nie dający się niczem ożywić, wnoszący z sobą jakby chłód jakiś, który go owiewał. Szanowano go, ale się razem obawiano. Pokój w którym się odbywały konferencye z klijentami — był nadzwyczaj niewykwintnie urządzony. W pośrodku stół zielonem suknem okryty, z tem co potrzeba do pisania — kanapa czarnym włosieniem wybita, takichże sześć krzeseł, fotel, dwie szafy z książkami i zegar niepoczesny... firanki zapylone, obicie szare i okopciałe, czyniły go nad wyraz wszelki smutnym. Ci co tu wchodzili, mogli mieć przedsmak wrażeń, jakie każdy proces i procedura z sobą niesie. Dodawszy na tle takiem postać szanownego gospodarza, surową, wystygłą i onieśmielającą — nie trzeba się było dziwić, że każdy ztąd wynosił tęskne jakieś przeczucia. A było w charakterze Mecenasa, że klijentów, wprawdzie nie zastraszając — nigdy im nie czynił zbytnie świetnych nadziei. Wskazywał trudności, odkrywał wątpliwości — obiecywał mało. Mimo to sprawy, których się podejmował, gdyż były i takie, których podjąć się nie ofiarował — wszystkie niemal szły szczęśliwie. Słynny był z tego iż żadnej prawie nie przegrał. Nadzwyczaj bystro sięgał do dna każdego interesu, umiał z gmatwaniny dobyć jądro jego i przedstawić jasno. Wzywanym też bywał często i do porady, gdy zawikłaną sprawę należało rozplątać i uprościć. O godzinie jedenastej rano pan Borusławski siedział sam jeden, nad kilką foljantami jakiemiś, robiąc wypisy i notatki, gdy Maciej wszedł powoli i oznajmił pana Filipowicza. Mecenas spojrzał na zegarek i kazał prosić. Przybyły, który śmiejąc się uradowany z siebie szybko i popędliwie wbiegł do pokoju, był niemłodym już człowiekiem, niewielkiego wzrostu, z twarzą czerwoną, z oczyma niegdyś niebieskiemi, mocno zbladłemi, z bakenbardami rzadkiemi i rozproszonemi nieporządnie na policzkach. Brak zębów górnych na przodzie, czyniły jego fizyognomiję mniej jeszcze znośną niż była, gdyby się z całym sprzętem zachowała. Czoło nizkie, cera niezdrowo rumiana, duże wystające pargaminowe uszy... wreszcie ruchy niezręczne, zbyt porywcze, czyniły go niemal śmiesznym. Zdawał się ciągle czegoś spieszyć i niepokoić. Gdy śmiejąc się wbiegł do stojącego jak słup Mecenasa i pochwycił go za ręce, coś bełkocząc niezrozumiale, gospodarz wskazał mu krzesło. Filipowicz mając je tuż za sobą, nie dojrzał i pobiegł po drugie, potem zobaczywszy że je niósł niepotrzebnie, śmiać się zaczął głośno, nie wiedział na które się zdecydować i padł nareszcie na jedno z nich, nadzwyczaj uniżenie i pokornie pochylając się ku prawnikowi... Jedna rękawiczka leżała na ziemi, kapelusz przycisnął do piersi, a usta otwarte niepotrzebnie obnażały dziąsła pozbawione zębów, i śmiały się niewiedzieć z czego. Przeciw tym ruchom gorączkowym, Mecenas stawił zrezygnowany chłód. — Czem panu profesorowi służyć mogę? zapytał. — Prawdziwie — zawołał Filipowicz — rzeczywiście — istotnie — jak się zowie — wiem jak drogi jest czas pana Mecenasa dobrodzieja, ale w poufnym, zupełnie poufnym interesie — i — jak się zowie, zdaje mi się najwyższej wagi, przychodzę. Po tym wstępie, poprawiwszy rozwiane włosy, Filipowicz w ziemię się zapatrzył, widocznie szukał na podłodze tego od czego dalej miał snuć wątek... Mecenas milczał, jedną ręką po stole coś wygrywając palcami, bo czas schodził marnie. — Wiedząc jak drogi jest czas pana Mecenasa, jak się zowie — powtórzył Filipowicz — otóż, prosto przystępuję do rzeczy. Chrząknął — nie szło. — Otóż — jak się zowie — wiadomo najlepiej panu Mecenasowi szanownemu, z jaką zawsze nadzwyczajną, mogę powiedzieć, rodzicielską troskliwością, ja i moja żona czuwaliśmy nad powierzoną nam pupillą pańską, panną Teklą Sierocińską... otóż, jak się zowie... (tu się zatrzymał) tak przeszłych zapust, jak zwykle, moja żona, która dba o to, jak się zowie, aby panienki miały też w czasie wolnym od nauk i przyzwoitą rozrywkę, ażeby też i maniery nabierały — dała kilka wieczorków tańcujących. Nie przyszło to bez wydatków, ale słowo honoru Mecenasowi daję — jak się zowie — że my na to nie zważamy i chętnie się sakryfikujemy... Nie mogę też powiedzieć, ale pensya nasza, chcę mówić mojej żony, używa najlepszej reputacyi... Dość nadmienić, że dwie hrabianki, i to rzeczywiste, mamy na wychowaniu — historyczne, panie dobrodzieju imiona, a reszta wszystko najlepszych familji, jak się zowie! — Niech pan profesor będzie łaskaw, jak najtreściwiej — bo mało mam czasu — odezwał się Mecenas. Filipowicz kapelusz przycisnął mocniej do piersi i cały się zatrząsł. — Skracam, jak się zowie — ale niech mi Mecenas dozwolić raczy jasno się wyłuszczyć — to jest wytłómaczyć, czyli rzecz wyłożyć — jak się zowie. Były tedy wieczorki — tańcowano. Co się tyczy męzkiego towarzystwa, rozumie się że na te zwróconą była baczność największa, najsurowsza, najostrzejsza. Młodzieńcy przypuszczeni, wszystko bracia lub kuzyni naszych pensyonarek, z pierwszych domów, chłopcy skromni, najpiękniej wychowani. Jeden z nich, jak się zowie pan Maksymilijan Rabsztyński, pięknej rodziny, mający siostry u nas... znajdował się na tych wieczorkach, krótko mówiąc — zakochał się śmiertelnie w pannie Tekli. To mówiąc głowę spuścił i ręce rozstawił Filipowicz. Mecenas się zmarszczył. — Zmiłujże się pan, profesorze, przerwał — chociaż panna Tekla moja pupilla ma lat blizko dwudziestu... ale ten stosunek... na pensyi, zdaje mi się w najwyższym stopniu niewłaściwym... Państwo po prostu powinniście mu wzbronić przystępu... Filipowicz zerwał się z krzesła i chwycił za rękę Mecenasa... — Raczże posłuchać! jak się zowie — błagam, proszę, zaklinam... Moja żona, osoba najsurowszych zasad, jak to panu wiadomo, a niezmiernie bystrego wejrzenia, jak tylko coś dostrzegła, naturalnie.... zamknęła drzwi, ale jakże? Rabsztyński ma dwie siostry na pensyi... Ile razy je odwiedzał, panna Tekla była konsygnowaną, słowo honoru — jak się zowie — konsygnowaną, niewolno jej było ani nosa pokazać — cóż z tego, siostry... stosunki utrzymywały. Mecenas chciał coś powiedzieć, Filipowicz pochwycił go znowu za rękę i mówił dalej: — Muszę tu dodać że Rabsztyński jest ze znacznej familji. Fiu! fiu! kolligacye ogromne.... Majątek — no tego tam tak dobrze nie wiem — ale ma... wyszedł z opieki, samowładny czyli inaczej i lepiej mówiąc — sobą władny — albo raczej samoistny.... bądź co bądź, jak się zowie.... mówi że się chce żenić..... Tu się tryumfalnie rozśmiał, spojrzał na mecenasa, ten miał oczy spuszczone i głową kręcił. Już pan Borusławski usta otwierał, gdy Filipowicz jakby na to czekał tylko, pochwycił go za rękę i nie dając mówić, począł szybko: — Za pozwoleniem Mecenasa — jedno słowo.... Ot idzie — jak się zowie, iż pańskiej pupilli origo pochodzenie, familija, — ciemne są i zakryte... niewiadome.... — Tak — rzekł mecenas — a ja nie mam prawa wyjawiać tej tajemnicy, bo mi została powierzoną nie bez przyczyny — pod uroczystem zapewnieniem iż jej bez zezwolenia — nie zdradzę. Filipowicz gębą i brwiami poruszał, na krześle się rzucając i podrygując. — Szanuję tajemnicę, szanuję, szanowaliśmy, jak panu Mecenasowi wiadomo.... szanujemy, szanować będziemy... mówił profesor, lecz dla naszych pupilli mamy serce rodzicielskie. Trafia się partya nadzwyczajna. Mecenas milczał, Filipowicz korzystając z tego, niezmiernie pośpiesznie pędził dalej. — Niepotrzeba nam tego mówić, panie mecenasie dobrodzieju — mnie i mojej żonie, która ma tak bystre pojęcie jak rzadko — że panna Tekla niby to Sierocińska — musi być też pochodzenia wysokiego, nie wchodząc z jakiej ręki jak się zowie... Widząc, co na nią łożą, jak jest utrzymaną kosztownie... łatwo się tego domyśleć... nawet na pensyi powszechnie wszyscy ją zowią i tak się to utarło... — Ale to bardzo źle! — przerwał Mecenas. — A rozumie się, iż tego moja żona nie pochwala i nie dopuszcza — ale koleżanki, guwernantki — to znowu trudno — jak się zowie — nosy mają... otóż... Mecenas wstał nagle, znudzony paplaniną; obejrzał się na zegar z flegmą rzekł do Filipowicza: — Prosiłbym profesora, ażeby o żadnych amorach i projektach więcej mowy nie było... i żeby panny Tekli nie psuto dziwacznemi domysłami i przezwiskami. Do tych co mi ją powierzyli odniosę się — ale — uprzedzam, że być bardzo może, iż będziemy musieli odebrać ją z pensyi. Profesor już uchwycił za rękę Mecenasa, ale ten mu nie dał mówić, i ciągnął dalej powoli. — Pan to wiesz dobrze, iż dłużej zatrzymując na pensyi powierzoną mi , spełniłem wolę tych, co się jej losem zajmują. Życzyli oni sobie, aby się przysposobiła do stanu nauczycielskiego. Filipowicz zaczął się śmiać głośno, kapelusz wdusił w piersi, głowę zarzucił na tył, nogę jedną podniósł do góry i kręcił się a zwijał nie mogąc wstrzymać od tego śmiechu konwulsyjnego. — Pan Mecenas mi daruje! Jak Boga kocham! jak się zowie — to są tylko blichtry... to są finesy... to są zaćmienia, albo rzekłbym parawany osłaniające niby prawdę... aby panience nie dać odgadnąć jej przyszłości! Finesy! finesy! sposobią na nauczycielkę, a sprawiają jej suknie atłasowe, salopy aksamitne... zegarki złote i tym podobnie. Borusławski ruszył ramionami. — Jednem słowem — rzekł krótko — pannę Teklę odebrać będę zmuszony natychmiast jeśli najmniejsza wzmianka... — Mecenasie — krzyknął i rzucając się i porywając go oburącz Filipowicz — tego nie uczynisz — tego nie zrobisz — dla żony mej, dla pensyi, dla mnie, nie! tego nie uczynisz! Nie zasłużyliśmy na to, nie mamy sobie nic do wyrzucenia... nic. Palnął się mocno w piersi. Nic! czyści jesteśmy! Serca rodzicielskie... opieka dniem i nocą nieuśpiona!! Nic! ale zakochaniu się zapobiedz? jak? jak się zowie, jak? zakochać się może przez okno, w kościele, na ulicy! wszędzie! Elektryczność wzroku, magnetyzm serca. W tem nie ma przecie nic przeciw najsurowszym wymaganiom obyczajności, bo panna ciągle jest konsygnowana... — O niczem wiedzieć nie chcę! — odpowiedział Mecenas niecierpliwie — żegnam pana. Filipowicz ściskał przestraszony... — Mecenasie, dobrodzieju, szanowny — jak się zowie — nie gniewaj się zaklinam... Jeżelim przyszedł tu z tem... macierzyńska, że tak powiem troskliwość... ale nie ma nic — nie ma nic — panna konsygnowana... Słowo panu daję... Maciej stojący w progu oznajmywał w tej chwili nowego klijenta, i pan profesor trąc łysinę, zżymając ramionami, sycząc, mrucząc, spuścił się ze wschodów. Widziany na ulicy, profesor Filipowicz wyglądał równie pociesznie jak w pokoju... Śpieszył się idąc, niewiele widział, potrącał często, niekiedy zdawało mu się minąwszy, że kogoś poznawał i kłaniał się, gdy już go nie było... Czasem wyrwało mu się słowo głośne, jakby jakiegoś monologu używał — to znowu śmiał się do siebie... Na czerwonej do zbytku twarzy, przybrany uśmiech, jakiś krążył prawie ciągle... Na Miodowej ulicy wpadł do pierwszej cukierni, potykając się na progu, zgubił kapelusz, który mu się pomiędzy stojących potoczył, pobiegł za nim, potrącił kilku, przeprosił, zaczął się śmiać bardzo głośno, kazał sobie dać wódki, w kieszeni poszukał pieniędzy i rozsypał je po podłodze... nowy kłopot i śmiech nowy — pięciogroszówka zaleciała w szparę... Narobiwszy hałasu i ambarasu, wyrwał się z paletocikiem w ręku na ulicę, zapomniawszy laski, wrócił po nią i dopiero jakoś opamiętawszy się, nieco spokojniej, obciągnąwszy kamizelkę, poprawiwszy chustki której węzeł zwieszał się za ucho poszedł dążąc do Saskiego ogrodu. Zbliżając się doń, kilka razy stanął jakby dla namysłu i powziąwszy stałą determinacyą puścił się ku cukierni. Zdala już dojrzał go stojący jakby na czatach młodzieniec, strojny, ładny, zręczny i paniczykowaty... i począł iść na spotkanie. Mógł mieć lat dwadzieścia i kilka. Strój dowodził zamożności, był bowiem aż do zbytku wykwintny i przesadnie bijący w oczy. Jaskrawa krawatka, wspaniała laska, breloki, fryzura... podwójna kamizelka i wyszywane buciki, oznaczać się zdawały zakochanie w sobie i zbytnią cześć dla własnych powabów. Twarzyczkę miał wcale ładną ale nie męzką, pieszczoną, zbyt różową i delikatną... W czarnych oczach więcej było ognia, namiętności niż inteligencyi. Wargi też jakby niewieście, uśmiechnięte, wydatne, zmysłowe usposobienie i temperament zdradzały. Gdy profesor go ujrzał, zaczął niemal biedz, a dopadłszy pochwycił za rękę i pociągnął z sobą na ławkę... — No cóż! co? pytał młodzieniec. — Ale czekajże pan, kochany Prezesowiczu — jak się zowie — odetchnę, zaraz. Zdjął kapelusz i wachlować się nim zaczął. Młodzieniec oka z niego nie spuszczał. — O jedno, jak się zowie, proszę, błagam, zaklinam — odezwał się Filipowicz — o jedno. Proszę być spokojnym, bo kiedy my, moja żona, największa dyplomatka pod słońcem i ja — ja też — coś umiem, bierzemy interes w ręce nasze to dosyć... — Ja nie wątpię, rzekł młodzieniec — ale... — Żadnego, ale — jak się zowie — żadnego ale — przerwał profesor. — Cóż, Mecenas? pytał młody panicz. — Mecenas! Mecenas! Sfinks! z przeproszeniem — oho! ja go znam! my go znamy — spytaj pan mojej żony, co o nim trzyma. To ona go Sfinksem nazwała... Sfinks milczy! Nic dobyć! Ja mu wprost powiedziałem że ją nazywają ale tu rzucił się — jakbym mu na nagniotek nastąpił... Z niego nic nie dobyć... — Mówiłeś mu pan o mnie? spytał młody. — A jakże... wysłuchał — ale zaoponował — zdaje się że on to zreferuje gdzie należy... tymczasem już kiedy moja żona wzięła interes w swoje rączki — możesz pan być spokojnym. — Ale jabym się czegoś napił? Ckli mnie — wszak to około południa. ruszył się z ławki, i, chociaż likwor na Miodowej ulicy połknięty, zajedzony pasztecikiem od profesora czuć było, pospieszył napoić go i nakarmić, przy czem i sam łakomie zjadł ciastek kilka... Wyszli wprędce nazad do ogrodu... Młodzian dobył cygara które zapalono. — Panie Rabsztyński — odezwał się Filipowicz — jedno, jak się zowie — przypominam panu, z flegmą, zwolna, z zaufaniem!.. a dojdziemy do celu... Mam to najmocniejsze przekonanie iż to jest księżniczka w istocie... Bywają okoliczności że nawet prawowite dzieci muszą się do pewnego czasu chować i ukrywać pod zmyślonemi imionami, jak się zowie. Czyta się o tem nieraz... Ja ją mam za żona moja, guwernantki — pan... zdradza ją krew, panie dobrodzieju, zdradza jak się zowie, dystynkcya wrodzona, zdradza wreszcie, ten zbytek z jakim ona jest utrzymywaną... Salopa z futrem — moja żona powiada — dwa tysiące złotych za nią dać — mało, a suknie — a bielizna... a pierścionki... Począł się Filipowicz śmiać mocno. — Miałeś pan nos — jak się zowie... Młodzieniec zaczął się też śmiać, nos mu pochlebił — zapatrzył się w pień drzewa i rzekł: mu mówił — Rabsztyński? — Mówiłem! a jakże — pochwycił rączo Filipowicz, uczyniło to na nim wrażenie — nie mogę inaczej powiedzieć — ale to Sfinks... z niego nic nie dobyć... — Cóż w ogóle powiedział? — W ogóle i w szczególe — mówi... referować będę — a nim się rzeczy wyświecą, wyjaśnią, wyklarują — nie chcę o tem słyszeć... Naturalnie że ja mu dla zaspokojenia zaręczyłem iż pan jej nie widujesz już wcale... (tu się rozśmiał klepiąc po kolanie młodzieńca). Przy mojej żonie, w obec świadków — to się nie liczy... w tem niema nic zdrożnego... Młodzieniec dał dwa cygara profesorowi, który je nic nie mówiąc utopił w kieszeni... — Potrzeba będzie w tych tygodniach zażyć — jak się zowie, szczególnych ostrożności — widzi pan panie Prezesowicz, myślę że szpiegować będą... Lękam się... niech się pan nie okazuje tak często... Rabsztyński rozśmiał się... — Ja też suponuję, szepnął, że ona jest książęcego rodu... Przypuszczam że zbocznej linii, że coś tego — że nazwiska mieć nie będzie, albo urwane jakieś, niekompletne... jak dawniej robiono z Ogińskich, Gińskich, z Sapiehów, Piechów i t. p... ale co się tyczy fortuny — ta pewna. — O! ta pewna! zaśmiał się profesor... to się okazuje z tego jak ją utrzymują, a kłamią że chcieliby niby na nauczycielkę sposobić! Jak się zowie! Co? gdzie? Gdy tak rozmawiali — na zegarze gdzieś wybiły trzy kwandranse na pierwszą — profesor spojrzał na swój kieszonkowy i zerwał się jak oparzony biedz do domu. — Żegnam kochanego Prezesowicza bo mnie tam żona czeka, a jest nieubłaganą co do godzin... — Ja pana profesora przeprowadzam... — Ale czy to będzie bezpiecznie? — Po drodze jeszcze raz wódeczki? odpowiedział . Profesor się ogromnie rozśmiał. — No! — cóż robić! chodźmy razem, chodźmy. Jakoż poszli, wstąpił jeszcze do cukierni, profesor wyszedł z niej zarumieniony mocno, i uściskawszy młodego przyjaciela popędził do domu na Nowy Świat. Pensya pani Filipowiczowej, znajdująca się w dwóch piętrach bardzo poważnie wyglądającego domu, nie nazywała się jednak tem nazwiskiem, ale dawną firmą wdowy pani Montant, która wyszedłszy za owego Filipowicza w widokach tylko administracyjnych — zaślubiła go niby morgantycznie, zowiąc się zawsze urzędownie panią Montant i pensyi nie zmieniając dobrze już znanej denominacyi. Nie chcemy osłaniać tajemnic małżeńskiego pożycia — ale godzi się napomknąć, że choć Filipowicz akomodował się żonie z uległością niezmierną (kasa była pod jej kluczem), choć był dla niej z , czcią i miłością podniesioną do potęgi najwyższej — pani Montant wcale z niego nie była zadowolnioną. Był roztargniony, papla bez taktu — i choć w potrzebie dawał w niższych klasach lekcye wszystkiego co umiał i czego nie umiał, nie odpowiadał ideałowi jaki oddając mu rękę stworzyła sobie wdowa. Widząc obok siebie to małżeństwo na pierwszy rzut oka, tłomaczył się jego stosunek. Trudno sobie wyobrazić coś poważniejszego, uroczystego, więcej dystyngowanego nad panią z Villamarinich de Montant... O Villamarinich ona sama mówiła iż byli gałęzią panującego, książęcego w jakichś Włoszech domu. Mąż pierwszy zwał się wprawdzie Montant bez lecz tylko przez skromność — nie będąc na odpowiedniem urodzeniu stanowisku... Pani Eliza z Villamarinich de Montant Filipowiczowa... miała około lat czterdzieści kilka, ale zachowała się mimo losu przeciwności wspaniale... Trochę otyła, co jej dodawało powagi, twarz miała pełną, z podbródkami rasowemi, oczy wypukłe, rączkę śliczną... Ubierała się ze smakiem, i profesorowie młodzi, którzy na pensyi lekcye dawali, doznawali niewymownych tentacyi, gdy na nich nieco zmrużone skierowała oczy, oczy, które tyle mówiły że aż strach... ale osoba była surowa nader, i choć grzeczna wielce dla młodych, nie dopuszczała ich nigdy nawet do poufalszej rozmowy... Królewskie sobie nadawała tony. Obok niej ruchawy Filipowicz ledwie śmiał stanąć... a co było najnieprzyjemniejszem dla niego, iż nieustannie poprawiała go, monitowała, dziwiła się jego niezręczności, brakowi zastanowienia, i mówiła o tem głośno... zdając się mieć upodobanie w okazywaniu niezmiernej wyższości swojej. Poczciwy, skromny profesor nie obrażał się tem, zbyt wielbił tę żonę, jakiej nigdy w życiu podobnej się nie mógł spodziewać, zbyt był przejęty wielkością rodu Villamarinich, aby śmiał zostać rebelizantem. Całował w ręce i przepraszał — cieszył się wszystkiem i nie miał pretensyi najmniejszej, kiedykolwiek, w czemkolwiek mieć słuszność. Zbliżając się do bramy domu, profesor starał się już poskromić rozdrażnienie w jakie go wprawiły, trzy jeden po drugiem pochłonięte kieliszki likworu. Wprawdzie był oswojony z napojami, i te nie działały nań zbyt porywczo, krzepiły go, nie odejmując mu władz umysłowych — jednakże pani Eliza miała dar nadzwyczajny rozpoznawania w nim cokolwiek podnieconych funkcyi żywotnych. Spojrzawszy nań ruszała ramionami i szeptała tylko dwa słowa, które on rozumiał. — A już! Często zaprzeczał śmiało. — Ale nie. Na co pani z Villamarinich tylko odpowiadała: — Ja mówię. Na to — Ja mówię, tonem stanowczym wyrzeczone — nie było repliki. I teraz profesor ułożył swą postać, chustkę ściągnął z buntowniczej pozycyi, jakiej zwykła była przybierać, idąc węzłem pod ucho, kamizelkę gwałtownie wyrywającą się do góry zmusił do zajęcia właściwej roli i zakrycia szelek... wyprostował się, pogładził rzadkie bakenbardy, chustką otarł twarz, i mierzonym wpadł na górę, gdzie już szmer i śmiechy panien zwiastowały, że lekcye były skończone i pora objadowa się zbliżała. Jak w ulu brzęczało na górze... Minął jednak te pokoje Filipowicz i udał się wprost do pokoju żony. Siedziała ona w oknie, wsparta na ręku jakby oczekując na niego, z uwagą mu się przypatrzyła, gdy ją zaczął witać pokornie — i szepnęła: — A już... — Ale nie — jak się zowie. — Ja mówię. Filipowicz umilkł i dodał tylko: — Spotkałem Rabsztyńskiego, to znowu trudno nie ludzkim być. — Cóżeś zrobił? Sprawozdanie wymagało pewnego zastanowienia. Przyznając się do tego że nic lub tak jak nic nie zrobił, Filipowicz wiedział że zasłuży na epitet nieprzyjemny, mówić całkowitą prawdę nikt go nie mógł zmusić — postanowił, wedle swego wyrażenia, lawirować. — Ja idąc do tego Borusławskiego, dobrze wiedziałem co mnie czeka — rzekł — kuty wyga — jak się zowie, tylko mu w oczy patrz... i zgaduj gdzie skoczy. Ale też zażyłem go z mańki... i — na swem postawiłem. — Na czem? — Że oto tego — objawiłem mu, jak się zowie, staranie się i miłość Rabsztyńskiego. — A on na to... — Ignorować chce... a naturalnie, jak się zowie, będzie referował wyżej! Z całego jego znalezienia się, to tylko mogłem widzieć jasno, że nie myliła się moja królowa i pani — że to istotnie... książęce dziecko... familji wielkiej... do czasu się ukrywające... — Ja się nigdy nie mylę — zimno odezwała się pani z Villamarinich. — Na tem się tedy skończyło, iż wszystko w zawieszeniu... ale mu dałem słowo, iż kawalera dopuszczać nie będziemy i że panna jest konsygnowana... W milczeniu głowę spuściła pani. — Cóż ten biedny Rabsztyński... spytała po chwili. — A cóż! prosiłem go o rezygnacyą... o cierpliwość... Chwilkę milczenia zajęły śmiechy panienek wybuchające w sąsiedniej sali, pani z Villamarinich wstała, otworzyła drzwi tylko, i nic nie mówiąc — popatrzała — wszystko ucichło. Wprawdzie natychmiast po drzwi zamknięciu śmiano się znowu, ale troszeczkę ciszej. Filipowicz tymczasem wody się napił dla zneutralizowania w sobie spirytusu, który zaczynał mu się dawać czuć nieco. — Czy nie obiecał tu być Borusławski? spytała żona. — Ale ty go, moja królowo, słusznie Sfinksem nazywasz, z właściwą sobie genijalnością, bo ty jesteś genijalna — co z niego dobyć? — Sfinks! powtórzyła pani... Cóż przecie mówił. — Nie chce o niczem wiedzieć — ignoruje... Niezrozumiał mnie z początku i wziął to z tej strony jak gdybyśmy chcieli z tego powodu pozbyć się panny Tekli, i oświadczył że może ją odebrać. — Ale bo ty zawsze!! jakże było można? — A! nie ja winien... on tępy jest, tępy! alem mu wytłomaczył przecież... Zostają rzeczy jak były... o ile jednak — jak się zowie zrozumieć mogłem, Rabsztyński go nie zachwyca... Oni wyżej pewnie dla niej partyi szukać myślą. Ho! ho! — A jego by mi szkoda było — odezwała się pani z Villamarinich, chłopak miły, ładny, dobrze wychowany, zakochany... — E! e! mruknął Filipowicz. — Co to ma znaczyć? — Gdyby nie to że mu się widzi księżniczką. — Proszęż cię! cóż to jest! ofuknęła przeciw samoistnemu pojęciu męża pani. Co to jest? Ruszyła straszliwie ramionami a profesor począł patrzyć na swoje paznokcie jak najniewinniejszy w świecie człowiek — i zamilkł. — On się w niej śmiertelnie kocha! Nieśmiano zaprzeczyć... Uspokoiła się pani... Wtem na szczęście Filipowicza zadzwoniono, w sąsiedniej sali powstał hałas, śmiechy i bieganina. Dawano do stołu... Sama pani wyszła... Filipowicz skierował się — ku kredensowi obok jadalni. Tu powoływały go jego funkcye administratorskie. Z kuchni przez kredens szły dania do stołu, tu się odbywała kontrola półmisków, a w razie ich niedostateczności, wypełnianie nowych środkami — administracyjnemi... Sosy odgrywały tu rolę bardzo ważną... innych tajemnic może się nie godzi wyjawiać, aby nie psuć czytającym apetytu... Tutaj także fabrykowało się piwo i tak zwane wino czerwone do wody, preparat nieszkodliwy i niekosztowny a elegancki; tu obliczały się także chleba kawałki i cukru... Pani z Villamarinich znajdowała zawsze, że z żywotnych zadań wychowania kwestya stołu najtrudniejszą była do rozwiązania. Dla tego zwracano na nią baczność szczególną, i pan Filipowicz był odpowiedzialnym za ład, oszczędność, dobór pokarmów i utrzymanie sług w rygorze, aby nie nadużywali resztek, których rozporządzenie do nich należało, a psuło ich moralnie. Resztki schodzące ze stołu — natychmiast obejmował w swój zarząd administrator i rozporządzał niemi na korzyść własną lub na zapas, dla dalszego użycia w innej postaci. Trafiało się że Filipowicz, nie umiejąc się oprzeć pokusie, zamiast oczekiwać na zwrot półmisków, ośmielał się z nich brać pierwociny, lecz gdy się to parę razy wydało i został pociągnięty do surowej odpowiedzialności, wolał z kucharką wejść w kompromis i kazać sobie na talerzu przynosić lepsze — kawałki. Mogło i to się wydać zapewne — lecz kucharka była zbyt interesowaną o utrzymanie przyjaznych z nim stosunków, aby zdradzić go chciała. Pan Filipowicz też nie napierał się o przypuszczenie go do stołu, bo to mu było wygodniej i swobodniej. Ze wszystkich jego a wielce urozmaiconych funkcyi administracyjnych, ta może była dlań najlżejszą i najwdzięczniejszą. Pełnił ją z namaszczeniem i powagą. Wyższa dyrekcya naukowa i moralna była w rękach pani z Villamarinich, i do tego mieszać się małżonek nie miał prawa ani ochoty. Naczelniczka rodzicom wykładać teoryą swą wychowawczą w bardzo pięknych i wiele obiecujących wyrazach, nie kłopotała się znowu o swój zakład zbytecznie w praktyce i tradycye miejscowe z pomocą dwóch starszych guwernantek prowadziły go jakoś same. Pani szło głównie o to, aby wszystko było w porządku i żeby utrzymanie elewek jak najmniej kosztowało. Oszczędzano o ile możności na nauczycielach i metrach, w ciągu roku dając im tymczasowych zastępców, sam pan Filipowicz zresztą, mający reputacyą pedagoga znakomitego, dawał wszelkie możliwe lekcye i stawał z książką w zastępstwie kogokolwiekbądź. Nauki szły, jak Bóg dał, ni lepiej ni gorzej niż gdzieindziej, rutyną, książkami, a kto chciał, uczył się, mimo utrudnień jakie znajdował na drodze. Prawą ręką pani z Villamarinich była przyjaciółka jej dawna, panna Eufrozyna Pfirsich, nie młoda, brzydka ospowata, roztropna, żywa, która w istocie rządziła tu całym domem, pani zostawując tylko reprezentacye i pozory panowania. Na przemiany podchlebstwem i surowością umiała władać naczelniczką, kadząc jej gdy tego była potrzeba, a w wielkich wypadkach udając że się podaje do dymisyi. Środek ten nieochybny zapewniał jej zawsze zwycięztwo. Panny Eufrozyny obawiali się wszyscy, nie wyjmując samego Filipowicza, który był dla niej z nadzwyczajnem uszanowaniem i słuchał jej na równi z żoną. Mocna w teoryi i głównie zawsze do wykładu jej przed rodzicami używana, naczelniczka pensyi, zajmowała się zresztą tylko kassą i ogólnemi rachunkami, wykonawczą władzę i nadzór (policyę) sprawował sam profesor: ministrem odpowiedzialnym była panna Eufrozyna. Ona jedna znała swoje panny najlepiej i zapobiegała, aby starsze się nie emancypowały. Nie młoda bardzo nie ładna, wyrzekłszy się już dla siebie marności światowych, skazana na marynowanie siebie i drugich w cierpkim moralności surowej wyskoku panna Eufrozyna miała przyjemność łapać intryżki, zbierać plotki i powtarzać po cichu skandaliki z bruku miejskiego zbierane. Szczególniej awanturki miłosne mocno ją interesowały, ale o tych tylko z pomocnicą swą panną Hermancyą i z samą panią po cichu czasem poszeptać mogła. Dla panien była niezmiernie surową. Przy stole obok prezydującej pani z Villamarinich siadała po prawej ręce panna Eufrozyna, po lewej panna Hermancya... Tuż przy pierwszej zabierała zwykle miejsce, już dłuższym na pensyi pobytem i opłacanemi kontrybucyami, wreszcie zagadkowem swem położeniem, wyróżniająca się, panna Tekla Sierocińska. Była to dwudziestoletnia, pełnych form, ładna i świeża blondynka, ze łzawemi niebieskiemi z białemi i starannie pielęgnowanemi rączkami, z przepysznym warkoczem złocistych włosów, z wyrazem zadumy i melancholyi na czole... Nawet obok najstarszych panien zajmowała zupełnie odrębne stanowisko, nie należnie już prawie do pensyi i będąc tu tylko na pół wyemancypowaną pomocnicą guwernantek. Miała też i swój osobny pokój a w nim własne pianino, i używała więcej daleko swobody niż inne uczennice, a na lekcyach zwykle kogoś zastępywała jako nauczycielka. Wpatrując się w tę piękność zadumaną zawsze i najczęściej milczącą, trudno było odgadnąć charakter. Oczy mówiły mało, życie nie objawiało się zbyt gorąco, coś zamkniętego, tajemniczego, nosiła jak piętno na sobie. Na pensyi na której już była od lat przeszło dziesięciu... opowiadano sobie dziwne o niej i jej pochodzeniu historye. Ponieważ opiekun mecenas Borusławski, dostarczał hojnie wszystkim jej zachciankom środków urzeczywistnienia, a pieniądze płynęły ciągle, i szafować niemi mogła jak chciała, domyślano się jakiego magnackiego pochodzenia i zwano ją Ona sama o swej przeszłości niewiele powiedzieć umiała; wychowywała się przed oddaniem na pensyę u starej jakiejś i poczciwej kobiety; która miała o niej staranie: o rodzicach swych nie słyszała nigdy, ani ich widziała. Mówiono jej zawsze że była sierotą i że dobroczynny jakiś opiekun łożył na wychowanie. Stara owa jejmość z płaczem ją odwiozła do miasta i oddała Borusławskiemu, który umieściwszy na pensyi, dowiadywał się czasami o nią i płacił co było potrzeba. Pani z Villamarinich przez szpary patrzała, iż panna ani metryki w porządku, ani żadnych innych papierów z sobą nie przyniosła. Ponieważ na czas wakacyi i świąt panna Tekla zostawała na pensyi, opłacano za nią więcej, co roku z tajemniczych źródeł płynęły prezenta dla pani, pana, starszej guwernantki i t. d. Szanowano więc to dziecko więcej nad inne... Dostatek który ją otaczał, najwięcej się do tego przyczyniał. Domysły o owem książęcem pochodzeniu, zrazu nieśmiałe i nie wiedzieć zkąd wyrosłe w ciągu lat wielu nabrały pewnej odwagi, ugruntowały się samem trwaniem. Dość już i pani i panna Eufrozyna i Filipowicz, byliby oburzeni nadzwyczaj, gdyby się kto ośmielił powątpiewać o tem, że panna Tekla była do czasu Prędzej, później, spodziewano się odsłonięcia tajemnicy — jakiegoś tryumfu i świetnego piątego aktu dramatu. Na tych to domysłach opierając się sama pani z Villamarinich, która z ciocią dwóch panien Rabsztyńskich, była w niewielkiej, serdecznej przyjaźni, osnuła projekt wyswatania tej niezawodnie bogatej dziedziczki, panu Rabsztyńskiemu, młodzieńcowi, który umiał sobie od razu pozyskać serca naczelniczek pensyi obu i pana Filipowicza. Rodzeństwa tych Rabsztyńskich było troje, dwie panienki wychowujące się na pensyi, i pan Maksymilijan młodzieniec wielkiej nadziei, już wyemancypowany, który znaczny majątek, nadwerężony mocno przez rodziców, dojadał z zapałem i ufnością w przyszłość niezachwianą. Posagi sióstr były zabezpieczone, on zaś swoją ojcowiznę pospieszał puścić, aby być do przyszłej pracy zupełnie swobodnym. Uczyniono mu jednak uwagę, i wierzyciele przypominali to ciągle, iż powinien się był co najprędzej ożenić bogato. Maks nie był wcale przeciwko temu, a że się nic jakoś lepszego nie trafiło a to coś nadzwyczajnego obiecywało, za poradą i z Villamarinich, począł się kochać mocno w pannie Tekli. Przyszło mu to z łatwością wielką. Chłopak był dobroduszny i uprzejmy, nie bardzo zastanawiający się nad tem co czynił, a przedewszystkiem szukający w życiu przyjemności jego. Panna była młodziuchna i bardzo ładna, podobała się cioci, wychwalała ją pani z Villamarinich, która ją przecież najlepiej jak własne dziecię znała, posag problematyczny wydawał się zdala olbrzymim... pan Maks więc zakochał się z największym apetytem i wielkiem przejęciem swą rolą. Naczelniczka pensyi była pewną, że bądź co bądź rodzice bogatej panny, ukrywający się tak starannie, nie mogąc jej dać imienia swego, szczęśliwi będą i wdzięczni, wydając ją za pana Maksymilijana Ludwika, z Rabsztyna Rabsztyńskiego. Snuło się to już powoli od roku, gdy nareszcie dobre intrydze założywszy fundamenta, uznała pani z Villamarinich, że należało objawić o tem opiekunowi panu Borusławskiemu, aby ten doniósł gdzie należy. Co się tyczy panny — jakkolwiek ona dosyć była grzeczną dla pana Maksymilijana, który się często bardzo z nią spotykał w pokoju pani z Villamarinich, nikt jednak nie mógł zaręczyć co się w jej sercu działo... i jak była w istocie usposobioną dla pretendenta. Panna Eufrozyna wyrażała się o niej że jest charakteru flegmatycznego i temperamentu lodowatego, czasem ją zwano nieodgadnioną — pochlebiano sobie jednak iż piękny Maks serce jej podbić musi. Maks Rabsztyński pięknym był w istocie, ale mimo iż mu tu wiele zalet przyznawano — nie odznaczał się niczem tak dalece, oprócz wielkiej do życia ochoty... Jako bardzo ładny chłopak miał łaski u starszych pań, i wdzięk jego młodzieńczy zaślepiał równie panią samą, jak pannę Eufrozynę z którą, mimo jej szpetoty, umiał być bardzo czułym... Miał ten szczęśliwy temperament i usposobienie pan Maks, że dla niego dosyć było być niewiastą, aby zyskać jego względy. Uśmiechał się i do panny Tekli, i do pani z Villamarinich, i do panny Eufrozyny i do Hermancyi i do służącej, która mu drzwi otwierała. Wszystkie nim były oczarowane. Z tego powodu nawet wydziwić się nie mogły starsze panie, iż stosunkowo ta, która winna była zająć się nim najwięcej, w istocie była może dlań najobojętniejszą. — Natura taka zimna! to darmo! mówiła panna Eufrozyna; ale to i lepiej! I śmiała się ruszając ramionami. Nikomu w świecie pewnie na złej pensyi lepiej nie było, jak pannie Tekli Sierocińskiej. Starano się jak najmocniej o to, aby jej na niczem nie zbywało, pieszczono, dogadzano, karmiono wyjątkowo, dawano swobodę wyłączną — a wszystko to przez poszanowanie dla jej domniemanego pochodzenia i dostatków, któremi ją umocowany nieznanych rodziców otaczał. Mrok i tajemnicę, która okrywała pochodzenie bohaterki, starano się wszelkiemi sposobami rozproszyć — ale nie było środka przeniknąć co się w głębi tych ciemności taiło. Już samo opłacanie się tak starannie mówiło wiele. Professor Filipowicz rozumował, wnioskował z matematyczną ścisłością, gdyż w potrzebie był i matematykiem — obrachował, że tak się kryć nie mógł kto inny, tylko w społeczeństwie położone osoby, które usiłowały jakiś grzech młodości, oczom ludzi złośliwych nieodstępnym uczynić. Było to tak bijącem, tak przekonywającem, tak oczywistem, wedle wyrażenia pana Filipowicza, iż niepodobna było nic innego nawet przypuścić. To położenie wysokie tajemnicą okrywających się rodziców, dowodził zresztą dostatek, bogactwo jakie pannę Teklę otaczało. Płacono za nią znacznie więcej niż za inne panny osobno pozwalano brać lekcye u najdroższych i najlepszych nauczycieli — uczono muzyki, śpiewu, rysunku... i dosyć jej było czegoś zapragnąć, aby po niejakim czasie, Borusławski został upoważniony do sprawienia czego żądała. Oprócz tego obsypywano ją najwykwintniejszemi niespodziankami... Nie dziw też, że na pensyi doznawała względów szczególnych, które się potem prezentami opłacały. Pomimo tego dostatku i takiego starania o spełnianie wszelkich jej zachcianek, panna Tekla, o ile wnosić było można z jej humoru i usposobienia, wcale nie była szczęśliwą, dręczyła ją ta przedłużająca się tajemnica, to położenie dziwne i jakaś niepewna przyszłość, nieodgadniona. Wśród myśli czarnych, któremi się karmiła — nie jaką rozrywkę stanowiły zabiegi pana Maksa Rabsztyńskiego, była to nowość pochlebiająca może miłości własnej. Dozwalała mu panna Tekla wzdychać i prawić sobie nader niezręczne słodycze uśmiechając się doń niekiedy, ale nie doznając żadnego bicia serca i uczucia niepokojącego. Pan Maks o czem mówić nie śmiała, przypominał jej lalkę z magazynu fryzyera, przedziwnie uczesaną, białą różową, i równie jak żywy kawaler mało mówiącą... Patrzała nań z ciekawością, szczególniej gdy on na nią nie patrzał, zadawając sobie pytanie, czy też wszyscy młodzi mężczyźni są równie mało znaczącemi lalkami, jak ta próbka. Mając zupełną swobodę czytania co chciała, panna Sierocińska od lat ośmnastu karmiła się jak najfantastyczniej dobieraną strawą duchową. Była ciekawą, czytała wiele i bez wyboru... Umysł pojętny, osamotnienie zmuszające do pracowania nad sobą, wykształciły ją nad wiek. Pani z Villamarinich miała jedną namiętność rujnującą, czytała ogromnie wiele i to samych romansów. Z czytania tego nie miała najmniejszej korzyści, bo zajmowała się niem, zupełnie tak jakby gryzła orzechy — ale poświęcała znaczną część dnia nałogowo tej lekturze, w której Paweł de Kock stał na równi z panią Sand, Chateaubriand z Mussetem, Lamartine z p. Berthet, pp. de Gondrecourt z Arturem Houssaye. Książek wiele pożyczała, ale kupowała ich też dużo... Trzymane były pod kluczem, w osiemnastym roku wszakże, że klucz ten oddano w ręce pannie Tekli, znajdując, że romanse stanowiły wcale nie złą propedeutykę życia, z którego niebezpieczeństwami zaznajamiały. Panna Tekla czerpała z tej biblioteki, na której dnie zakopane były niebezpieczne produkcye końca XVIII wieku, o których właścicielka zapomniała. Obznajomiła się więc młoda panienka nader wcześnie ze światem i rzeczywistym i kłamanym... a obojgiem tak znużyła, że uciekła się później do poważnych naukowych książek, które ją więcej . Karmienie się tak różnorodnemi żywiołami, bez przewodnika i porady, stworzyło w jej umyśle dziwną mieszaninę, w której o własnej sile nie umiała zaprowadzić porządku; jednakże czuła przynajmniej potrzebę jakiejś nici przewodniej i szukała jej. Mimo wieku był to umysł daleko już może dojrzalszy i dalej sięgający, niż to co ją otaczało. Czuła nicość tego co miała w koło siebie, nie okazując wcale wyższości swej i trzymając się w odosobnieniu. Nie otwierała się nikomu, bo wiedziała że nikt by jej tu nie zrozumiał, a ona nikogo nie nawróciła. Umiała być dobrą i łagodną dla pani z Villamarinich i panny Eufrozyny, dla wszystkich zresztą — gdyż i oni byli dla niej dobremi, a serce miała skłonne do przywiązania się. Zarzucano jej tylko brak otwartości i chłód, ale z tych wyjść nie umiała, nie czując w swem otoczeniu nic sympatycznego dla siebie... Jedyną przyjaciółką serdeczną (czemu się wszyscy dziwili i po trosze krzywili na to), była już także dwudziestoletnia; przychodząca na pensye, której wychowanie było bardzo opóźnione panna Maryanna Rzepczakówna, córka ubogiego restauratora, powiedzmy otwarcie, szynkarza, którą rodzice ledwie nie ledwie potrafili umieścić na pensyi (długo jej przyjmować nie chciano) zapewniwszy się iż tajemnica stanu rodziców i pochodzenia panny zostanie najściślej zachowaną. Do przyjęcia panny Rzepczakówny przyczyniły się okoliczności natury czysto administracyjnej. Ojciec którego córka zaklinała, aby się jej, jak mówiła, uczyć „na guwernantkę“ gotów był dla dziecka na wszelkie ofiary. Opłacał więc tolerancyę pani z Villamarinich nietylko w pocie czoła wypracowanym groszem, ale kontrybucyami Czyniło to niby łaskę, ale tę sowicie kazano zawdzięczać. Piwo dla pensyi dostarczał prawie niekiedy po trosze wina, a Filipowiczowi oprócz tego pod połą przynoszone — likwory. Panna Rzepczak, która teraz była jedną z najlepszych uczennic na pensyi, do lat czternastu — niestety — posługiwała przy ojcu w restauracyi — dojrzała więc bardzo zawczasu, napatrzyła się wielu a wielu spraw ludzkich, niedostępnych dla innych dziewic jej wieku... i przeszła przez ogień życia, nim zaczęła szkołę... Nie zaszkodziło jej to wcale, ale owszem dziwnie rozwinęło. Panna Eufrozyna mówiła o niej, że była nadto rozumną, bo w istocie spryt ognisty jej z oczów patrzał. Nie była wcale piękną, nie odznaczała się dystynkcyą żadną; młodość w pracy i biedzie spędzona zdjęła z niej zawcześnie świeżość, rumieniec, wyraz dzieciństwa i dziewictwa — pomimo to Marysia miała w oczach czarnych i całym twarzy wyrazie urok niebezpieczny, pociągający, któremu szczególniej oprzeć się nie mogli. Słusznego dosyć wzrostu, blada, gibka, zręczna, silna, ręce miała zapracowane, duże i brzydkie, płeć śniadą — ale taki wyraz odwagi, siły i pewnego rodzaju ubogiej dumy, że wśród najpiękniejszych odciągała oczy. Było to prawdziwe dziecię ludu... któremu natura intelligencyą zapłaciła za to, czego mu dać nie mogła. Raz dostawszy się na pensyę, gdy ją posadzono w kątku, zaczęła się uczyć wściekle — nauczycielki niecierpliwiła swoją roztropnością, pamięcią, a często zapytaniami na które odpowiedzieć nie umiały. Zwano ją z przekąsem — pomywaczką.... ale wcale się za to nawet nie gniewała, śmiała się z przezwiska... Wiedząc iż inaczej jak zupełnem poddaniem się i pokorą na pensyi nie utrzyma — Marysia milcząc spełniała co jej kazano, znosiła ucisk, i niesprawiedliwości, a tymczasem uczyła się i uczyła z chciwością wygłodniałej istoty, przed którą pokarm postawiono. Nie dająca się przytłumić i zakryć wyższość ta biednej Rzepczakównej, nieprzyjemna dla innych towarzyszek, byłaby od dawna spowodowała wygnanie jej z pensyi — gdyby nie — jakeśmy rzekli — okoliczności natury administracyjnej. Piwo i likwory ojca mówiły za nią. Wszyscy niemal znęcali się nad pomywaczką, może to było powodem zimnej pannie Tekli do zbliżenia się ku niej. Marysia dostąpiwszy tego szczęścia, że się do niej zbliżyła księżniczka, oddała się jej z duszą i ciałem. Serca i umysły ich jakoś się prędko porozumiały. Marysia winna była temu szczęśliwemu wypadkowi, iż — jako przyjaciółka wybranej istoty — trochę względniej była traktowaną. Śmiano się i dziwowano tej osobliwej przyjaźni, ale pani z Villamarinich — nie chciała się w niczem księżniczce sprzeciwiać. Dozwolono Marysi być przyjaciółką panny Sierocińskiej. W wolnych chwilach Tekla zabierała ją do swojego pokoiku, dozwalała grać na fortepianie, sama nawet dawała lekcye, i — gdy się raz zbliżyły nie miały dla siebie tajemnic. W godzinach gdy dobrze wiedziały, że ich nikt podsłuchiwać nie będzie, siadały w kątku i opowiadały sobie wszystkie tajemnice swojego życia. Marysi wspomnienia młodości były mocno zabarwione rzeczywistością; ale to w nich właśnie najzabawniejszem były dla Tekli. Godzinami całemi zapomniawszy o wszystkiem paplały bez końca. Pomimo roztropności swej księżniczka nie bardzo była biegła w odczytywaniu ludzi i ich charakterów, w tem znowu Marysia była dla niej nieoszacowanym przewodnikiem. Co ona przepowiedziała, wszystko się sprawdzało. Panna Rzepczak widziała jasno cały mechanizm i sprężyny pensyę poruszające — przez jej bystre oczy jaśniej też przejrzała panna Tekla. Właśnie tego dnia po południu była rekracya; panna Rzepczakówna nie siadająca do stołu, przyniosła z sobą bułkę, z kawałkiem szynki i jedząc ją czekała na przyjaciółkę, z którą czas po obiedzie spędzić miała. Dla niej wyrzekła się domowego obiadu. Tymczasem, zostawszy tu sama, przewracała książki, patrzała oknem w dziedziniec i zabawiała się jak mogła. Ktoby ją tu był zobaczył wesoło z bułką w ręku podskakującą po pokoju, śmiejącą się sobie samej w zwierciadle, biorącej zuchowato pod boki, a pomimo rubasznych ruchów, pełną jakiegoś rodzimego wdzięku dzikiego, odgadłby w niej może dziecko ulicy, pierwsze swe zabawki płukało w rynsztoku. Wyglądała Marynia starszą niż była, zatem zupełnie rozwiniętą i dojrzałą... a mimo to była jeszcze prawie dziecinną, nauki jej zbliżały się do końca, spodziewała się zdać egzamina, dostać patent i ruszyć w świat — którego niebezpieczeństwa nie były dla niej tajemnicą. Może z tego powodu właśnie się ich lękała tak bardzo. Wiedziała, że zawód nauczycielski był drogą najeżoną kolcami — ale zawsze lepszym niż posługiwanie w restauracyi przy ojcu — od którego teraz wychowanie nowe niezmiernie ją oddaliło. Szanowała tego tatusia — kochała go, ale jakże codzień bardziej biednym się jej wydawał. Rumieniła się czasem myśląc o nim... a można sobie wystawić uczucie jakiego doznawała, gdy powracając do domu znajdowała go napiłym, lub ze świeżej bójki okrytym sińcami i ranami... Obiad się skończył, panny wysypały z jadalni do sali rekreacyjnej i po innych pracowniach swoich — i Tekla też wbiegła do swojego pokoiku, rzucając na szyję przyjaciółce... Przynosiła jej umiejętnie zachowany kawałek francuzkiego ciasta, który Marysia dziwnie po swej szynce zajadać zaczęła, śmiejąc się i dziękując. Siadły obok siebie, Tekla spojrzała na śniadą twarzyczkę swojego kopciuszka. Tak ją czasem nazywała. — Znudziłaś się czekając na mnie? zapytała. — Trochę — ale, wszakże miałam zajęcie — jadłam moją bułkę, patrzałam w twoje zwierciadło, przewracałam książki, z okna, przyglądałam się chłopcom swawolącym na ulicy, co mi moją własną łobuzowatą młodość mile przypominało.... Niepowrotne lata... — Żałujeszże ich? — Troszkę — czasem... ale doprawdy sama nie wiem czemu... Dziś jestem w daleko świetniejszem położeniu, trzewiki całe, pończochy... koszula... zbytek wszelaki!! a jednak tęskno za owym chłodem i głodem. Musiałam już zestarzeć. Rozśmiała się i mówiła dalej: — Patrzałam w zwierciadło, co mi się rzadko trafia, bo na to nie mam czasu i dosyć jestem brzydka... Reszta młodości się świeci... ale mi z tem dobrze... gdy zostanę guwernantką uwolni mnie to od atencyi, które nieochybnie wszystkie moje towarzyszki spotykają... Już ty na mojem miejscu — ho! ho! Naprzód, że dla twej pięknej buzi, niktby cię i nie wziął, chyba wdowiec... — A wiesz że mój opiekun, pan mecenas Borusławski, ciągle mi się każe na nauczycielkę przygotowywać. — Po co ci to? Bałamuci — odparła Marysia.. Jesteś bogata! Mówią umyślnie tak, abyś się uczyła... Tymczasem masz już pretendenta... Tekla trąciła ją ręką nic nie mówiąc i obie się rozśmiały. Marysia poczęła szeptać cicho. — Villamarina radaby cię wyswatać za niego, bo jest w przyjaźni wielkiej z ciocią, panna Eufrozyna, bo ją Maks w ręce całuje.. Filipowicz, bo go poi, a ty? cóż ty? przyznaj mi się... — Czyż nie wiesz? — Ale tak — szczerze... serdecznie? Tekla obejrzała się i strzepnęła pięknemi rączkami. — Daj mi pokój, ja ani jego, ani żadnego nie chcę, póki nie będę wiedziała kto jestem... i co mnie czeka. — Dla tego tylko go nie chcesz? — badała Marysia. — I dla tego i że — że... — Jemu z oczów głupio patrzy — naiwnie odezwała się Marysia. — To prawda... — Słyszałam nieraz — ciągnęła dalej Rzepczakówna, że to ma być bardzo wygodna rzecz pójść za człowieka głupiego... Może to być — ale zarazem bardzo smutna... Wolałabym kłócić się z rozumnym, niż kochać z... O! ty jesteś bardzo wytrawna i rozumna — ciągnęła po chwili — że nie dajesz poznać po sobie, co o nim myślisz... Co ci to szkodzi, że koło ciebie będą tańcować... — Dosyć to nudne — szepnęła Tekla — czasem aż niecierpliwiące — ale ja mam dosyć mocy nad sobą, by nie zdradzić się... ziewam wewnątrz... a uśmiecham się. Marysia się głośno rozśmiała. — Przecież się to kiedyś skończy — dodała panna Tekla. — Przyznam ci się, moja Marysiu, że tej chwili co o mojej przyszłości zawyrokuje, oczekuję z najżywszą niecierpliwością. Okropna to rzecz tak od dzieciństwa chodzić w ciemnościach. — Jeżeli się wie, że z nich wnijdzie się do sali balowej, toć znośniej niż chodzić po jasnej ulicy, nie mając gdzie wejść i przytulić głowy. — Ale któż ci powiedział, że mnie czeka sala balowa? — zapytała bystro Tekla... — W tem wszystkiem, co się ze mną dzieje są nierozwikłane zagadki — moja droga Maryś — mówiła po cichu smutnie — oni sobie tworzą co chcą na mój rachunek... ale mogą się mylić bardzo. Ja sobie przypominam dzieciństwo... wychowywała mnie dobra, uboga kobieta, bardzo skromnie, nie było dostatków... nikt się nigdy nie dowiadywał o mnie ani do mnie, choć na wsi, bardzo mógł i przybyć i widzieć ktoby był chciał nie będąc postrzeżony. Chodziłam boso... pamiętam... jadłam chleb razowy... w domku było biednie, perkalowa sukienka na święto... Zmieniło się to dopiero na pensyi i to stopniowo, powoli... Mnie czasem strach ogarnia.. gdy się te wrota zamknięte otworzą, co ja tam zobaczę za niemi? Pustkę może.... dwa trupy.... albo! któż to odgadnie? Mam lat dwadzieścia... wszakżeby to się skończyć powinno... — A! moja droga... skończy się aż nadto rychło... nie wyzywaj — poczęła Marysia... otworzy ci się świat szeroki — i woskowane posadzki... po których chodzić tak ślisko... A tego ci nie zazdroszczę. Ja swobodna jak ptaszek polecę, a ty — biedna... To mówiąc uściskała ją ze łzą w oku i rozśmiała się zaraz. — A dajmy bo pokój temu. Po co sobie łamać głowę... Co przyjdzie, to przyjdzie. — Słuchaj, do mojego ojca przychodzi na obiady ubogi, stary, poczciwy kancelarzysta... Ojciec go bardzo szanuje, bo to człowiek zacny i prawy... Zwykle gdy się ukaże w progu, ze swym nieodstępnym parasolem pod pachą, ojciec spieszy razem mu parasol odebrać i szepnąć co będzie na obiad!... Stary mu usta zamyka. Ależ proszesz mi nic nie mówić, panie Rzepczak... tyle przyjemności w życiu co człowiek nie wie co go spotka — sztuka mięsa biała lub flaki!! I ma słuszność. Tekla się uśmiechnęła smutnie. — Przynajmniej ja — mówiła Marysia — nic się nie troszczę o przyszłość, póki ręce zdrowe i głowa na karku. Dam sobie jakoś radę. Gdybyśmy życie od razu przeczytali całe, nikomu by się żyć nie chciało. — Ale bo nikt nie ma jak ja wiszącego nad głową miecza — odezwała się Tekla. — Zawsze ty sobie wyobrażasz te miecze... — Mam jakieś przeczucie straszne? Przyznaj sama, tybyś się na mój los nie pomieniała? Marysia zamyśliła się poważnie. — Nie wiem, rzekła — nie jestem ja w najświetniejszem położeniu, ale... — A ja... mieniałabym się na cokolwiek bądź byle było jasne i czyste, mówiła Tekla... Te ciemności, te ciemności! szepnęła na dłoni opierając rękę. — Ja ci dam sposób by je rozproszyć — rzekła chustkę w ręku mnąc Marysia — pozwól się sobie oświadczyć panu Maksowi, przyjm go... a jak przyjdzie do ślubu... wszystko się odkryć musi... — To by było trochę za drogo... rozśmiała się Tekla. — Mogła byś potem zaraz tę lalkę porzucić... — A! nie mam ochoty bawić się lalkami... I śmiały się smutnie. — Ja sama niezmiernie jestem ciekawą — poczęła Rzepczakówna, jak to się z tobą skończy, bo jużcić tak wiecznie na pensyi siedzieć nie możesz, zwłaszcza teraz gdy się pan Maks tu wkręcił i opiekunowie twoi wiedzą o tem... Filipowiczowie oddali ci przysługę... bo pewnie w ten sposób przyśpieszą rozwiązanie zagadki. To prawda — przerwała Tekla — na myśl mi to nie przyszło... to mnie pociesza... a! byłoby też dobrze być wyzwoloną. — Od wąchania pomady, którą się ten Maks smaruje... dodała Marysia... któregoś dnia spotkałam się przypadkiem z jego kapeluszem leżącym na krzesełku... a! okropność!! — Pomada — to jeszcze nic — ale chustka perfumowana, która serca chce podbijać... ale wszystkie te wonie, które z nim wchodzą do salonu... a! I śmiały się znowu... — Ty, moja Tekluniu — mówiła Marysia — powinnaś nawykać do woni i perfum... Ja bym tego nie potrafiła... Mnie każda zalatująca woń ta sztuczna, przeraża myślą iż pokrywa szatański zapach jakiś... Ja wolę już co szczerze śmierdzi! Prawda żem się przy kuchni wychowała i tłusty czad czasem mi się głodnej przyjemnym musiał wydawać... To mówiąc brzydkie swe, choć czyste ręce wyciągnęła ku Tekli i położyła je przy jej białych, pieszczonych paluszkach. — Patrz Tekluniu — odezwała się, te ręce nasze to jakby dwie historye życia i dwie przyszłości przepowiednie... Jak się to one zeszły, spotkały i uścisnąć mogły... i pokochać! A ja dziś jeszcze tego szczęścia nie pojmuję... To mówiąc chciała ją w te białe ręce pocałować, ale Tekla wzięła ją za głowę i na czole pocałunek wycisnęła, a obok niego spadły dwie łzy gorące. Śmiech zmienił się natychmiast w płacz — obie się rozłzawiły... Milczały, gdy u drzwi dał się słyszeć szelest. Marysia zerwała się i usiadła porywając książkę, Tekla otarła oczy prędko i na drzwi spojrzała. Wchodziła właśnie pani z Villamarinich... obie panienki wstały. Okiem surowem zmierzywszy Rzepczakównę, poważna pani z czułością wielką zbliżyła się do Tekli i odciągnęła ją na bok nieco. — Moja droga — kochana Tekluniu — szepnęła do niej, przyjdziesz do mnie na herbatę... Może kto będzie (dodała z przyciskiem) rozerwiesz się trochę. Proszę cię. Trochę się ubierz... W czarnej swej sukni jedwabnej nadzwyczaj ci ładnie. mówiąc z lekka usta przyłożyła do jej czoła... — Główka taka gorąca, czy nie boli. — O nie. — Rozmawiałyście pewnie zbyt żywo. Nie otrzymawszy na to odpowiedzi, pani z Villamarinich przeszła się po pokoiku i, nawet nie patrząc na Marysię, uśmiechnąwszy się tylko do Tekli, wysunęła się z pokoju. W tej chwili prawie, figlarnie uśmiechnięta służąca, wpadła z bukietem fijołków w ręku... i podała go pannie Tekli. — Cóż to ma znaczyć? — A, już to, proszę panienki — panienka się domyśli co ma znaczyć? I usta sobie dłonią zakrywszy, śmiać się zaczęła, zanosząc prawie, tak jej było wesoło... — Ja się nie domyślam. — Et! co to takie rzeczy mówić ludziom, niby panna nie wie od kogo... Jakby tu kto inny z bukietem przyszedł, dopieroby były historye. Ale! toż tylko jeden jest co mu wolno z chodzić... to się wie... I machnąwszy ręką służąca chciała wyjść, gdy Marysia zawołała za nią. — Panno Doroto! — Alboż co? — Przyznaj się — pocałował pannę oddając bukiet? Dorota krzyknęła zakrywając sobie oczy. Obie panienki śmiać się zaczęły. — Wszak prawda? dodała Marysia. — A choćby tam grzeczność i cmoknął — to co zawołała panna Dorota. — Zapewne że to nie grzech — dokończyła Marysia — ale na kawalera co bukiety nosi... to nie ładnie... Dorotka nagle zpoważniała, podeszła na palcach do panien i załamując ręce — rzekła... — Co prawda że mnie za każdym razem całować chce... a no — to nic — przecie mi się nie stanie przez to nic — ale (tu zniżyła głos) jak Boga mojego kocham (obejrzała się) pannę Eufrozynę... Wyszepnąwszy to usta sobie zatuliła i uciekła. Wieczorami tych dni gdy pani z Villamarinich miewała gości — salonik jej oświecony trzema lampami, z których jedna miała bogate pokrycie z robionych kwiatów przedstawiał się tak ładnie... tak jakoś smakownie i elegancko — iż sama pani nawet w nim się lubowała. Meble były aksamitne — o tem nawet mówić nie potrzebujemy, palisandrowe, przed kanapą dywan wyszyty na imieniny przez uczennice, jaskrawością barw nieustępował najświetniejszym wyrobom najpierwszych fabryk zagranicznych. Na stoliku leżała obfitość albumów oprawnych wspaniale. Z fortepianu zdejmowano okrycie, które w dni powszednie chroniło go od chłodu, na konsolkach brązowanych stały statuetki Joanny d’Arc i Kochanowskiego, wprawdzie gipsowe, ale gips ze stearyną jest znakomitym wynalazkiem. W te dnie uroczyste a raczej wieczory, małżonek-administrator przywdziewał frak, czesał bakenbardy, kładł biały krawat, a niekiedy nawet i białą kamizelkę... Koszulę nauczycielską, spyloną prochem z tablic... okrywał naówczas świetny przód fałszywy do idealnej koszuli nie egzystującej, a takież mankiety z guzami oryentalnemi, usiłowały przekonywać istotnie ideał ów był rzeczywistością. Buty pana Filipowicza przybierały na te występy glans nadzwyczajny, a chustka świeża udowodniła swą przytomność wychodząc ciekawie na świat z kieszeni. Pani z Villamarinich brała broszę z kameo, bransolety ojczyznę przypominające z lawy Wezuwiusza rzeźbione, batystowy gałganek w pulchne rączki i coś na głowę takiego, coby poczynającą się łysinkę kryło nie ciężąc bardzo... Panna Eufrozyna odznaczała się strojem poważnym, surowym, przystającym ściśle do jej figury i rysującym posągowe jej kształty, które jej jednej pozostały z przeszłości... Z panien rzadko która dostępowała szczęścia napicia się tu wodnistej herbaty z sucharkiem, oprócz panny Tekli. Zapraszano chyba te z nich, których krewni albo rodzice przybyć mieli. Herbatą zajmował się sam administrator, a, żeby nie wychodzić z tradycyi, robił ją równie lekką jak dla całej pensyi, z małemi wyjątkami osób uprzywilejowanych. Jeżeli ktoś z miasta przybył do salonu pani z Villamarinich, która z dawnych, lepszych czasów w młodości miała licznych przyjaciół i znajomych mógł zapomnieć że był na pensyi. Młodzież albowiem uspakajano zawczasu, i ani śmiech ani wrzawa niewczesna nie mąciła harmonii, nie zawadzała dobranemu zawsze towarzystwu. Pani była bardzo trudną w wyborze osób do niego przypuszczalnych, musiały one, aby otrzymać przystęp do tego zbytku, odznaczać się czemś, mieć za coś, coby o nich opowiedzieć się dawało i tłomaczyło ten zaszczyt, który się stał ich udziałem. Majątek, imię, znakomity talent, stosunki były tu na równi cenione i podnoszone wysoko... Sama pani wedle stopni zasługi i znaczenia odmierzała względy jakiemi gości swych zaszczycała. Czasem jednak i mniej zasłużeni dostępowali honoru przyjęcia, jeżeli na coś skaptować i zjednać sobie chciano. Naówczas dla usprawiedliwienia wyjątku, szeptano na ucho o wielkich skrytych zdolnościach i nadziejach przyszłości. Tego dnia, oprócz domowych, do których się liczyła pana Tekla, zaproszoną była ciocia pana Rabsztyńskiego, z Rabsztyńskich Habingerowa, tytułująca się baronową z powodu niemiecko brzmiącego nazwiska. Tytuł ten korygował Habingerostwo, samo z siebie, dla panny Rabsztyńskiej niepoczesne, Baronowa godnie nosiła swoje chociaż majątku było nie wiele i mąż, jak mówiono, chodził dzierzawami — nader była troskliwą , aby ją za ladajaką prostą Habingerową nie brano. Wiele rzeczy na sobie nosiła herbownych, a samo trzymanie głowy, wielce dostojną osobistość oznajmywało. Była mocno nieładna, nie odznaczała się też żadnemi przymiotami nadzwyczajnemi umysłu serca, ale pamięć miała szczególną, i pokrewieństwa i kolligacye znała doskonale, zawsze niemi podpierając to nieszczęśliwe habingerowstwo... Moja kuzynka hrabina, mój kuzyn książe... i t. p. nie schodzili z ust jej w ciągu rozmowy, częstokroć najdziwniej przyszyci jakoś — ni przypiął ni przyłatał do przedmiotu o którym mówiono. Niegdyś ciocia baronowa była wielką, wielką muzyczką, jakąś Fielda czy kogoś równie sławnego, ale reumatyzm w rękach uwolnił ją od produkowania się z grą, i pozostawił tylko z przywilejem surowego sądu o innych młodzieńczych talentach. O tych zwykle wyrażała się tajemniczo, z uśmiechami, z ruszaniem brwi i potrząsaniem głową, nie tając że ją nie zadawalniały. — Zapewne! zapewne, mówiła — nowa szkoła... piękne rzeczy, wielka biegłość! ani słowa, ale w dotknięciu... w wyrazie brak mi zawsze tego czegoś... no... już państwo mnie zrozumiecie... tego... i t. p. Wirtuoztwo pani baronowej weszło było w tradycyę, i nikt nie wątpił że, gdyby nie reumatyzm — nie sprostał by jej ani Rubinsztein ani Bülow nawet. Z ciocią przybył uperfumowany wdzięcznie strojny z nadzwyczajnym szykiem, piękny pan Maks, na którym oczy pani i panny Eufrozyny spoczywały z rozkoszą. Panna Tekla która z sobą na wieczór jakąś robótkę przyniosła, miała wejrzenie spuszczone skromnie, chociaż pan Maks natychmiast się przysiadł do niej. Ciocia siedząca z panią domu na kanapie, spoglądając na tę hożą parę, szeptały coś między sobą. Filipowicz, który wieczorami, o ile mu jego obowiązki administratorskie dozwalały, mieszał się nieco do rozmowy, zawsze jednak na baczności mając, aby zbytkiem odwagi żony sobie nie narazić, chodził po pokoju mając ręce założone pod poły fraka. Był to ruch największej emancypacyi i poczucia samoistności dowodzący. Ile razy żona spojrzała nań ostrzej, ręce wychodziły z pod fraka i wisiały po bokach jak u figur woskowych. Tego dnia, Filipowicz skutkiem z rana odegranej ważniejszej roli, czuł się usposobionym do dawania sobie pierwszych tonów, tem bardziej że żona zajęta rozmową z ciocią baronową, nie bardzo nań zważała. Trzymał więc stale ręce pod połami i patrzał niekiedy w duże zwierciadło, jak mu z tem dobrze było. Dozwolono panu Maksowi, którego panna Tekla obojętnemi zbywała półsłowami, zabawiać ją rozmową i westchnieniami. Młodzieniec w tej roli kochanka był nadzwyczaj skłopotany, panna miała usposobienie poważne, on zaś był trzpiot, i tak dalece mówić o czem innem jak o ulicznych plotkach nie umiał... Daleko mu raźniej szło z Dorotką, we drzwiach domu, a nawet z panną Eufrozyną na progu jej pokoju... Jak tylko musiał być smutnym, zaraz mu się zbierało na ziewanie, a ziewnąć siedząc przy pannie — wiedział że było to kryminałem. Męczył się więc i kapelusz okrągły który trzymał w rękach padł ofiara, czesał go bowiem to pod włos to z włosem i trapił straszliwie. Wszystkie przedmioty rozmowy powoli się wyczerpały... panna jej nie podsycała, nadchodziła chwila krytyczna, pan Maks szukał w pamięci przyzwoitych anegdot... ale znajdował w niej na złość same nie przyzwoite. Odstąpić zaś od panny zdawało mu się niewłaściwem. W tej chwili męczarni i niepewności, stało się coś, czego nigdy na żadnym wieczorze nie bywało... Stał się wypadek... Jakiż? tego nikt odgadnąć nie mógł, wszyscy przytomni jednakże poczuli że zaszło coś niesłychanie ważnego... Pan Filipowicz, który był wyszedł w celach administracyjnych z salonu... wpadł z głową rozczochraną, nagle, szybko, wprost na nikogo niezważając do pani. Zaczął pochyliwszy się ku niej coś jej szeptać do ucha... pani z Villamarinich pochwyciła się naprzód za głowę, załamała ręce, potem spojrzała na Teklę i pana Maksa, w ostatku pochyliła się ku cioci baronowej i zaczęła jej coś szeptać. Ciocia okazała wzruszenie wielkie i jakąś niepewność. Drgnęła na kanapie, sparta na niej rękami obiema jakby chciała wstać i padła na poduszki. W czasie tych ruchów i szeptów, Filipowicz stał to na żonę patrząc, to na drzwi, i jakby nagląc o pośpiech, w tem żona rękami wskazała mu ażeby co najrychlej z salonu się wynosił, co też on dopełnił, ale nie wprzód aż mocno odchrząknąwszy i oczyma znacząco wskazawszy na parę... złożoną z panny Tekli i Maksa... Nim pan Filipowicz spełnił naglące przykazanie wszechwładnej połowicy swej, zaszła jeszcze jedna okoliczność. Niespodzianie ciocia baronowa, w chwili gdy pan Maks miał znaleźć przyzwoitą anegdotkę do opowiedzenia, podniosła głowę i ozwała się do niego, głosem miłym, nieco przez nos... — a palcem wskazała iż się miał zbliżyć do niej? strasznie się widziało odchodzić od panny, udał że nie słyszy, w trybie rozkazującym i naglącym powtórzył i trzeba było wstać... Tak też uczynił młodzieniec ale z powolnością i ociąganiem się widocznem. Tymczasem Filipowicz dopadłszy drzwi i pochwyciwszy już za klamkę, zdawał się jeszcze czekać na coś i nie wyszedł z salonu, aż znalazł się przy cioci. W saloniku nastąpiło milczenie dziwne, oczyma coś sobie mówiono, panna Eufrozyna, poszła miejsce Maxa zająć przy Tekli... cicho było, cicho tak że ciężki oddech pani z Villamarinich jak dalekie echo kowalskich miechów dał się słyszeć wszystkim zwiastując niby burzę... Wszyscy też czuli iż się coś stało, coś miało stać... okropnego... Naprzód drzwi w korytarzu się odemknęły, a potem słychać było witanie z podziwieniem, szastanie nogami, mruczenie jakieś, śmiech doskonale pochwycony w tonie Filipowicza, naostatek ruszyła się klamka we drzwiach, podwoje — i — wszedł wcale niepoczesny jegomość w starym fraku i ryżej peruczce, stalowych okularach, ze starym kapeluszem w ręku. Pomimo niepozornej postaci, musiała to być osobistość nader ważną grająca rolę i wielkiego znaczenia, gdyż pani z Villamarinich wyszła na jej spotkacie, panna Tekla i Eufrozyna wstały, pan Maks pobladł, ciocia wąchała wódkę kolońską a Filipowicz po za przybyłym, w pół zgięty zacierał ręce. Był to, mniej ni więcej — pan mecenas Borusławski. Wszystko tłomaczy to nazwisko. Zrana pan Filipowicz zaręczał że panna jest konsygnowana, wieczorem opiekun znajdował się w jednym salonie z kawalerem. Położenie stało się tak krytycznem, iż tylko niezmierny takt pani z Villamarinich, jej powaga i mogły zaradzić kompromitacyi, mogły wytłomaczyć, objaśnić, uniewinnić. Filipowicz był szczęśliwy iż na nim nie ciążyła odpowiedzialność — robiło mu się zimno i gorąco... ciepło i chłodno... i ciemno w oczach... i nogi mu drętwiały... Zaręczył, że panna była konsygnowana!!! Pani z Villamarinich ani na chwilę nie straciła tej przytomności umysłu, która odznacza mężów stanu, niewiasty znakomite, dyplomatów i cielęta... ostatnie przez brak poczucia położenia. Wskazała fotel przy sobie panu Mecenasowi i usiadła w majestacie swym całym, opinając się mantylką, podnosząc czoło, wyzywając wszystko cokolwiek ją spotkać mogło. Mecenas miał zresztą postać spokojną, i nawet usta nieco uśmiechnięte. Wprzódy jednak powitawszy czule pupillę, po kilku słowach zamienionych z gospodynią domu, wstał i z widocznem zajęciem zwrócił się ku pannie Tekli, która zdawała się czekać na to... Popatrzał na nią i począł cichą rozmowę, z której można było wnosić iż o niczem tak bardzo ważnem nie rozprawiali. Swobodny umysł Mecenasa, jego pogodne oblicze uspokajająco działały na panią i wszystkich otaczających, chociaż tak prędkie zjawienie się na pensyi, po rannej konferencyi z Filipowiczem, w początku groźnem się zdawało. Gospodarz pospieszył z nalaniem mocnej herbaty i wykomenderowanie jej przed Mecenasa, w towarzystwie flaszki z rumem, cytryny, śmietanki i sucharków... P. Borusławski przyjął tylko herbatę, śmietankę i suchareczek — mimo śmiechem popartego gospodarza, iż kropelka rumu, bardzoby dobrze uczyniła w herbacie... Zaczęto naturalnie dla uczynienia rozmowy dostępnej wszystkim mówić o pogodzie, o własnościach roku i o meteorologji w ogóle, jako nauce najpopularniejszej, której intuicyą przynosi z sobą na świat każdy człowiek... Pani z Villamarinich przytaczała lata podobne, baronowa przypomniała sobie że będąc na wsi u kuzynki księżnej... doznała większych jeszcze upałów, a brat jej cioteczny hrabia... z tego powodu zachorował... i t. p. Maks tymczasem odsadzony od panny, do której się zbliżyć nie śmiał, zużytkował wolną chwilę na przegląd ogólny rąk, kamizelki, fraka i krawata... i całej toalety, coś około niej poprawiając. Mecenas, chociaż znajdował się cicho i skromnie bardzo, choć nie zdawał się ani patrzeć ani przyglądać niczemu, oczyma biegał po saloniku, i z wprawą człowieka nawykłego do chwytania charakterystycznych znamion, rozpoznawał położenie... Widać to było z bacznych acz szybkich wejrzeń wymierzanych z kolei na osoby znajdujące się w salonie, wyraz ich twarzy i wszystko co myśli i uczucia zdradzać mogło. Jednakże po jego obliczu chłodnem, pogodnem, nieporuszonem trudno się było wrażeń domyślać. Pani z Villamarinich zapuszczała bystre swe wejrzenie w głąb Mecenasa duszy, i rozbijała się o lody, które jej powierzchnię okrywały. Człowiek jednak tak chłodny, nie musiał, mówiła sobie, nic strasznego ukrywać. Ale po co tu przyszedł wieczorem, i właśnie naówczas, gdy panna która miała być konsygnowaną, znajdowała się w jednym salonie z kawalerem? Pani układała już w myśli, jak ten szczególny zbieg okoliczności miała wytłómaczyć, gdy Mecenas, jakby od niechcenia, skończywszy herbatę, pochylił się ku Filipowiczowi, który już ręce pod połami trzymał i szepnął mu, że chce z nim pomówić na osobności... Filipowicz znalazł się w położeniu tak trudnem, iż nie przypominał sobie, ażeby w życiu dwa razy trafiło mu się przepływać między taką Scyllą a Charybdą. Nie mógł odmówić Mecenasowi a byłby dał niewiedzieć co, ażeby na jego barki nie spadło coś... z czego by się nie umiał wywinąć... Przychodziło mu na myśl, że może bąka strzelić i być przez surową żonę pociągniętym do odpowiedzialności — wątpił o siłach swych... a nie wypadało mu wezwanemu, odsyłać Mecenasa do żony. Byłoby to nadto dlań upokarzającem. Stał więc uśmiechnięty, osłupiony — wahający się, gdy żona surowem wejrzeniem posłyszawszy wezwanie, nakazała posłuszeństwo... Filipowicz z gracyą ujął pod rękę Mecenasa i sam nie wiedział już jak wprowadził go wprost do ogromnej, pustej w tej chwili, sali jadalnej. Tu jedna smętna świeczka łojowa paliła się w kącie na stole, bo się takich gości nie spodziewano, co gorzej, oprawna była w lichtarz mosiężny, zielony od rdzy i cały oblany łzami innych świec, które na łono jego wylane zostały... Pensya i porządek w niej były fatalnie skompromitowane, Filipowicz jednak starał się lichtarz sobą zasłaniać, a spodziewał się że ważną zajęty rozmową Mecenas, tego szczegółu nie dostrzeże... Na Dorotę za ten lichtarz miała spaść kara, okropna burza i skwapliwe wyrzuty. Tymczasem gospodarz śmiał się i patrzył Mecenasowi w oczy usiłując zbadać czy wolałby usiąść czy używać po salonie przechadzki. Pan Borusławski na przekorę Filipowiczowi, któryby był wybrał miejsce niedozwalające dojrzeć lichtarza obwinionego, wolał chodzić — i biedny administrator skazany został na manewrowanie plecami tak, aby widok na łojowe łzy zasłaniały. — Przybyłem do państwa — odezwał się Borusławski... wcale niespodziewanie. Złożyło się szczególnym wypadkiem, że właśnie dziś miałem zręczność mówienia z osobą czyli z osobami, których los panny Tekli najmocniej obchodzi... — A! otóż to jest! przerwał Filipowicz — otóż to — jak się zowie... tego... I połknął resztę, łojowa świeca go dusiła, jej widok odejmował mu przytomność umysłu. — Wprawdzie osoby te, to jest osoba ta... począł dalej Borusławski. — Wszystko jedno — jak się zowie — zamruczał Filipowicz, co ma być tajemnicą, niech nią pozostanie zakryte, zakryte zapłonione... i tego... Borusławski mówił dalej. — Jest życzeniem osób tych, ażeby mogły, nie będąc widziane, widzieć tego pana Maksa Rabsztyńskiego. Fizyognomija wiele znaczy. Nie przesądzając co powie panna Tekla, a nawet co i jak bliższe rozpatrzenie się w charakterze, położeniu i stosunkach tego pana... wszakże opiekunom... chcianoby zobaczyć naprzód jak wygląda, wyda się to śmiesznem, dziwacznem. — Ale by — by — bynajmniej — przerwał Filipowicz — ale by... tego jak się zowie, najmniejszej rzeczy. Mają prawo zupełne, kompletne, istotne, rzeczywiste jak się zowie... Borusławski wyczekał, a gdy się w Filipowiczu uspokoiło, mówił dalej znowu... — Proszonym jest więc pan Maksymilijan Rabsztyński, ażeby — był łaskaw znajdować się na mszy świętej, w niedzielę, w kościele Dominikanów. — A! za pozwoleniem... na której? zagadnął Filipowicz — mamy, jak się zowie, primaryę, wotywę, sumę, nie licząc pomniejszych. — Może się na sumie znajdować — rzekł Mecenas. Filipowicz zatarł ręce, w tej chwili zapomniał nawet o świecy łojowej, tak mu się to co usłyszał wydało szczęśliwą wróżbą... Na chwilę nie powątpiewał, że urocza powierzchowność pana Maksa musiała jak najlepsze, zwycięzkie uczynić wrażenie. Oprócz tego, cieszyło go, że rozmowa wzięła obrót taki który go uwalniał od wszelkiej odpowiedzialności, brał do zreferowania okoliczność mu powierzoną. Umysł jego tak się nawet jakoś rozkołysał i rozbudził, że wpadł na myśl, na szczegół, o którym bystry i przebiegły Mecenas zdawał się zapominać, pomimo że stanowiła wielkiej wagi dodatek do umowy. — Ja to tedy — jak się zowie, wiernie i ściśle odniosę, gdzie należy, rzekł Filipowicz, na chwilę nie wątpiąc iż warunek przyjętym zostanie. Lecz, dodał tryumfująco — sam pan dobrodziej uznasz, iż trzeba obmyślić znak, po którym ma być pan Rabsztyński poznanym... przez te osoby lub osobę, która się losem panny Tekli zajmuje. Aa! widzi pan. Uśmiechnął się Mecenas. — Masz pan słuszność — po kolorze krawatki naprzykład... — A! jak się zowie, przerwał za ręce chwytając i o łojówce zapomniawszy bystry Filipowicz — a — jeżeli znajdą się dwie krawatki jasnobarwne. — Złóżmy więc znamiona — rzekł śmiejąc się Mecenas, któremu cała ta historya widać śmiechu się godną wydawała — krawatka... taka... rękawiczki... takie... i w ręku jedwabna chustka oznaczonego koloru. Filipowicz puścił się do drzwi salonu w zapale. Zaraz wracam. Zapomniał, że Mecenasa sam na sam z łojówką zostawił, tak był przejęty! — Idziesz pan do salonu — odezwał się Borusławski, proszę przysłać tu pannę Teklę, na krótką rozmowę ze mną. Stało się jak chciał, gospodarz znikł niosąc z sobą szczęśliwą wieść żonie, a panna Tekla żwawo biegła do napół ciemnej salki. Choć rzadko widywała opiekuna, i mało miała zręczności poznać go bliżej, panna Tekla miała w nim zaufanie, szacunek dlań, wdzięczność i był to może jeden człowiek z otaczających ją, którego czuła wyższość i instynktowo oceniła charakter... Ile razy się z nim spotykała, szczęśliwą była, iż z nim otwarcie, szczerze pomówić mogła, witała go zawsze twarzą . I teraz wbiegła uradowana, że ją wezwał na poufną rozmowę. — Jakże mi się ma panna Tekla — spytał biorąc ją za obie ręce Mecenas — wyglądasz ślicznie... — A! zdrowa jestem — i o ile dobrze gdzie być może, jest mi bardzo... dobrze... Westchnęła. — Cóż to westchnienie znaczy? mówił poważnie Borusławski, odprowadzając ją zwolna od drzwi salonu. Coś mi powiada Filipowicz, o jakimś panu, jakże się zowie! Rabsztyńskim...? — A! śmiało podnosząc oczy odezwała się panna Tekla, cóż o nim mógł mówić pan Filipowicz? — No — to się łatwo domyśleć — że się o pannę Teklę chce starać, że się w niej kocha... dał mi też po trosze do zrozumienia, że panna patrzy nań okiem dosyć łaskawem. Zimno i spokojnie uśmiechnęła się zagadnięta, ruszając białemi ramionami. — Ja wcale nie mam ochoty na niego patrzeć — odezwała się szczerze panna — A! to znowu co innego — mówił Mecenas, zmienia to nieco postać rzeczy... Ale, pozwolisz się spytać, czy — gdyby z innych względów partya się wydała stosowną, bo o zamążpójście dobre nie łatwo — a za mąż pójść przecie trzeba, żeby samą nie zostać na świecie — czy — w takim razie... wstrętu byś panna nie miała? Jakże? Panna Tekla pomilczała nieco... — Proszę pana Mecenasa — wstręt... rzekła spokojnie, nie mogę powiedzieć ażeby wzbudzał we mnie, ale sympatyi najmniejszej. Przyznam się opiekunowi, że mi się wydaje... trochę dziecinnym, trochę płochym... — A! a! odparł Mecenas — to dobrze wiedzieć. Lecz, między nami, kochana Teklo — jeżeli innych wad nie ma, imię poczciwe, majątek dostateczny... Panna Tekla spuściła oczy. — Czyż to tak pilno wydać mnie? spytała. — Nic a nic — uczynisz jak będziesz wolała, Borusławski, ale jesteś sama — położenie smutne, w tej chwili zmienić się nie może... To siedzenie na pensyi — nie jest miłe... czas by już z niej wyjść — gdzież, dokąd i samej? Łzy się zakręciły w oczach biednej sieroty. — A! mój drogi panie, rzekła, czyżem ja na wieki skazana żyć w tem osamotnieniu i ciemności? Czuję nad sobą dobroczynną, opiekuńczą rękę, a ta nie chce; nie śmie czy nie może mi się dać ucałować i oblać łzami!! Maż tak na wieki być? A! toby było nad wszelki wyraz okropne, smutne, bolesne. Jabym nigdy nie mogła być szczęśliwą... Schwyciła rękę Mecenasa i poczęła łzami ją oblewać, Borusławski starał się ją uspokoić. — Wierz mi panno Teklo, rzekł, że to co się dzieje z tobą, jakkolwiek przykrem być ci może, dla twojego dobra się czyni... a gdy przyjdzie chwila w której — bez szkody dla niej, tajemnica, odsłonioną być będzie mogła, ani chwili dłużej ci co cię kochają — nie zostawią cię w tem smutnem położeniu... To mówiąc ścisnął jej rękę... cały przejęty i smutny... Tekla ocierała łzy. — Męztwa potrzeba i cierpliwości — dodał — wszystko to, mam nadzieję, dobrze się skończy. Tymczasem wielki ciężar mi spadł z serca, słysząc, że panna moja kawalerem się zajęła. To lepiej, to stokroć szczęśliwiej. Zobaczymy więc i z zimną krwią wyważemy wszystko... Proszę tylko pamiętać o tem, że pozycya na świecie potrzebna... i że — zamążpójście dla osoby niemającej rodziny... nadzwyczaj ważnem się staje, dając jej to właśnie na czem jej zbywa. Tekla westchnęła po cichu z rezygnacyą, nie odpowiadając nic. Właśnie Filipowicz po cichu drzwi uchyliwszy badał czy już wnijść może nie przerywając rozmowy, gdy Mecenas nań skinął, a panna pożegnawszy go wejrzeniem serdecznem, wymknęła się drugiemi drzwiami. — Otóż — jak się zowie — rzekł z tajemniczą miną, zbliżając się Filipowicz, stanęło na tem, krawatka niebieska ujęta pierścieniem z turkusem, rękawiczki brązowe glansowane, chustka w ręku batystowa kafowa ze szlakiem szerokim białym... będzie Mecenas pamiętał? — A jakże! roztargniony począł powtarzać Borusławski, krawatka kafowa, rękawiczki niebieskie, chustka... nie pamiętam... Filipowicz w ręce plasnął z rozpaczy i ofiarował się zanotować dosyć skomplikowane oznaki, po których poznać było można pana Maksa — jakoż wprowadził Mecenasa do swojego pokoju i tu podał mu na piśmie rejestr żądany. Borusławski schowawszy go do kieszeni, zaraz chciał się usunąć, nie żegnając nikogo i ledwie namówiony przez gospodarza, że to jego żonie wielką by przykrość uczyniło, dał się uprosić do pokazania jeszcze w salonie... Wszedł tu jednak na krótką chwilkę, wziął zaraz kapelusz, i zimno dosyć pożegnawszy wszystkich, z jedną panną Teklą rozstał się serdeczniej, szepcząc jej do ucha: Męztwa — męztwa i... ufności w Bogu! wszystko to się dobrze skończy... Po wyjściu jego i panna Sierocińska wysunęła się do swego pokoiku, oświadczając pannie Eufrozynie, iż ją głowa boli, i prosi o pozwolenie zostania u siebie. Było to, prawdę rzekłszy na rękę wszystkim, bo mogli teraz obszernie i otwarcie pomówić o dziwnem żądaniu Mecenasa. Począwszy od pani do stojącego na ostatnim szczeblu pana Filipowicza, byli wszyscy tego zdania, iż wymaganie to najlepiej wróżyło, że było oznaką nieochybnego przyjęcia, iż rodzice panny i Mecenas zapewne się musieli dowiedzieć co to byli Rabsztyńscy, jaką Maks miał ciotkę i t. d. i że szło jedynie o to, jak on wyglądał... Ażeby zaś mieli tak dystyngowanego młodzieńca nie ocenić, na pierwsze wejrzenie się w nim nie zakochać szalenie... a o tem nikt nawet nie pomyślał, przypuścić nie śmiał. Dosyć mu było pokazać się by zwyciężył. Ciocia ściskała Maksika, pani z Villamarinich rzucała nań wejrzenia wesołe, panna Eufrozyna śmiała się z radości, chustką sobie zasłaniając usta dla braku niektórych zębów i fizyognomji niezdrowej tych, które jej pozostały... Filipowicz tak ważną w tem wszystkiem odegrawszy rolę, ręce śmiało włożył pod frak i o łojówce całkiem zapomniał. Tryumfowano. Ciocia się unosiła nad poetycznością i zagadkowością tego wypadku, tej mszy w kościele, na której obiecywała sobie być koniecznie i śledzić pilno, zdala, kto na Maksika zwracać będzie wejrzenia. Tym sposobem nawet, któż wie? przypuszczano że tajemnica się wydać może... Maks był dziwnie zamyślony i spoważniały — szło mu rzeczywiście o rzecz ważną, czy wypadało dać się ufryzować na ten akt tak uroczysty, tak w życiu jego obiecujący być stanowczym, lub tylko pięknie uczesać i rozdzielić włosy? Lekkie ufryzowanie zdawało mu się nietylko nieszkodliwem, ale niemal koniecznem. Włosy się poetyczniej układały... nadawały fizyognomji wyraz idealniejszy... Późno w noc za wychodzącą Ciocią i Maksikiem, drzwi kamienicy się zamknęły. Zawczasu w niedzielę Maks się znajdował u fryzyera. Nie wyznał mu jak chwila ta była dlań ważną i wielkiego znaczenia, ale fryzyer, człowiek przebiegły odgadł przy nadzwyczajnych rozmysłach przy zwierciadle i układaniu czupryny. Dołożył też starania aby klijent jego był zadowolonym. Z wielkim stylem, elegancyą i prostotą wykonał zadanie swe

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…