Read here

Z dramatów małżeńskich

Xavier de Montépin · 1899 · Free in the US

67,205 words · about 4 h 42 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1899 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Z_dramatów_małżeńskich&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Xavier de Montépin
Language
Polish
Published
1899
Length
67,205 words · about 4 h 42 min
Sections
26 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (26)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 21 min
  3. I about 5 min
  4. II about 8 min
  5. III about 8 min
  6. IV about 10 min
  7. V about 9 min
  8. VI about 8 min
  9. VII about 6 min
  10. VIII about 10 min
  11. IX about 4 min
  12. X about 3 min
  13. XI about 5 min
  14. XII about 4 min
  15. XIII about 5 min
  16. XIV about 4 min
  17. XV about 4 min
  18. XVI about 4 min
  19. XVII about 6 min
  20. XVIII about 6 min
  21. XIX about 6 min
  22. XX about 2 min
  23. XXI about 5 min
  24. XXII about 5 min
  25. XXIII about 5 min
  26. XXIV about 10 min

Continue:

Front matter

Xavier de Montépin.

W

Małżeńskich.

całość

Xavier de Montépin.

W

Małżeńskich.

Ź.

Księgarnia nakładowa L. ZONERA.

1899.

Дозволено Цензурою, г. Лодзь, 24 Мая 1899. г.

Zakłady Drukarskie L. Zonera w Łodzi.

ROZDZIAŁ I.

Zgromadzenie wierzycieli.

„Jeśli cię żona zdradza, zabij ją.“ Taką radę daje mężom naszych czasów mój przyjaciel Dumas syn, w broszurce nie wielkiej, która narobiła wiele hałasu. Rozwiązanie kwestyi w ten sposób, może jest i praktyczne, lecz nie w guście każdego. Jeden ze sławnych publicystów wystąpił z odpowiedzią pierwszy, za nim wyruszył cały szwadron oponentów, w nadziei, że powodzenie broszury „Mężczyzna-kobieta“ spłynie po części i na nich. Nie zamierzam dziś wznawiać polemiki, chcę tylko dowieść faktycznie, że prawo poparte art. 524 kodeksu karnego, czyniące męża panem życia i śmierci. jest prawem: niebezpiecznem, okrutnem, straszliwem, i że prawodawcy przyszłości, będą zmuszeni artykuł ten zmienić, a nawet całkiem usunąć, by nie ukrywać zbrodni płaszczykiem sprawiedliwości.

Wśród ogrodów, leżących przy ulicy Boulogne, stoi nie wielki, lecz wyróżniający się elegancyą pałacyk. Lekkie żelazne sztachety, nie zasłaniają frontu domu, postawionego w stylu renessansowym, wspaniałego podjazdu, i dwóch pawilonów, w których mieściły się stajnie, wozownie i mieszkania dla służby. nie żartuje, dla niego nie ma rzeczy za drogiej! Co prawda dzieje się to na nasz koszt, skoro pieniądz wyrzucony, płynie z naszych kieszeni. Więc, bądźmy jak u siebie w domu panowie, bez ceremonii, palmy cygarka, tyle zysku się nam chyba należy! Mówka przekonywająco podziałała, pudełka się opróżniły, udzielono sobie ognia uprzejmie. Biały wonny dym zapełniać począł przestrzeń, gdy do gabinetu weszło pięciu nowoprzybyłych. Chwilę po nich ukazał się w drzwiach otwartych szósty gość. Nadjechał on powożąc się sam, wielkim breack’iem, ubrany był jaskrawo, z elegancyą w najgorszym guście. Towarzystwo oczekujące w gabinecie składało się: z tapicera, powoźnika, handlarza koni, siodlarza, złotnika, krawca, szewca i fryzjera, dostawców hrabiego de Nancey. Oprócz nich, było tam jeszcze jedno indywiduum, prowadzące różne interesa, polegające głównie na podpisach synów rodzin zamożnych i posiadających znaczenie. Co raz gwarniej robiło się w gabinecie, panowie wierzyciele buntowali się wzajem, słychać było urywane zdania: — Tak, tak... pan hrabia winien mi sumy!!!, że mnie winien więcej! ja mu ufałem bez granic! — Nie dziwię się temu, płacił tak długo, dobrym był odbiorcą! — Eh, mój drogi, oni zawsze tak zaczynają. Płacą najprzód, potem korzystają z kredytu, aż w deficyt wpadną. Od roku przewidywałem upadek hrabiego. Za bardzo się spieszył!... — Trzeba było odmówić kredytu, kiedyś przewąchał sprawę. — Tak, odmówić, łatwo to powiedzieć: Ale jak zacząć, byłem już zarwany. — Nie zawsze robi się co: — Zaufanie nas gubi. Gdyby nie to, handel by szedł... — Racya. Trzebaby się pozbyć ich wszystkich. — Tak, ale cóż wtedy? — Nie traciło by się. — Zapewne, ale by się i nie zyskiwało. — Cóż ma dla nas za wartość p. de Nancey? — Zaproponuje układy. — Boję się tego. — Może da 75%. — Albo 50. — Ja się nie układam. — Ah! ba! — Nie opuszczę franka z mojej sumy, która wynosi 48,000. Winien, niech płaci. — Słusznie, ale jak zarząda zwłoki? — Odmówię. — Odmówiemy wszyscy. Chyba że da pewne gwarancye. — Tak. A jak nie da? — Z tradujemy. — Ogłosić bankructwo niepodobna, nie jest kupcem. — Można wywłaszczyć. Posiada jeszcze ten pałacyk i piękne dobra w Normandyi. Zawsze to ma wartość. — Nie licząc mebli, które łatwo spieniężyć, koni, powozów etc. — Meble?.. nigdy w życiu! — zawołał tapicer. — Nie dam tknąć mebli, nie pozwolę! Meble są moje, zabiorę je sobie! To wyborne! — To samo uczynię z końmi, które są niezapłacone! — Ja z zaprzęgami. — Zabieram swoje powozy!... Zaczęto szemrać. Wniosek niepodobał się pozostałym. Cały inwentarz ruchomy, zarówno jak i nieruchomości, winny być sprzedane, na rzecz masy wierzycieli. Gwar się wzmagał, gdy w drzwiach stanął czarno ubrany lokaj, wyglądający na gentlemana i donośnym głosem wyrzekł słowa: — Panowie, oto pan hrabia! Gwar ustał, mimo silnego wzburzenia obecnych. Lecz siła nawyknienia jest niezwalczoną, mimo rozdrażnienia wewnętrznego, wszyscy obecni pochylili się w ukłonie, na usta ich wystąpił stereotypowy, kupiecki uśmiech, niezbędny wobec klienta, który nie przeglądając rachunku, przyjmuje zawsze ogólną cyfrę, jakąby ona nie była. Uśmiech ten, należy do rodziny uśmiechów przyrosłych do ust tancerek. Osiadł tam dla formy, nie mając najmniejszego znaczenia. Pan de Nancey wszedł do gabinetu krokiem pewnym z wysoko podniesionem czołem. Na twarzy miał wyraz pogodny i dobroduszny, niby towarzysz wchodzący w grono dobrych przyjaciół, nie zaś dłużnik, mający przed sobą gromadę rozdrażnionych wierzycieli. Hrabia Paweł de Nancey, w roku 1867 był dwudziesto-ośmioletnim młodzieńcem, bardzo przystojnym, powabnym, dystyngowanym i przeceniającym nieco własną swą wartość. Wysoki, szczupły blondyn, z ciemnemi oczyma, twarz miał przezroczystej białości, a raczej bladości, którą hulaszcze życie sprowadziło tam przedwcześnie. Długie, miękkie wąsy podniesione w górę, nadawały mu pewnego wyrazu dziarskości wojskowej, przy odcieniu melancholii artystycznej, mimo, że zarówno artyzm jako i sztuka wojenna, nie z nim wspólnego nie miały. Dziś Paweł de Nancey, ubrany był w czarną aksamitną kurtkę, świetnie skrojoną, biała kamizelka obciskała zręcznie jego postać, a szeroko wyłożony kołnierz od cienkiej koszuli, okalał wdzięcznie szyję kształtną, prawie kobiecą. W tym rannym stroju tak zręcznie i ponętnie się przedstawiał, iż na ten widok krawiec Laurent, najzaciętszy z wierzycieli, niemógł powstrzymać uśmiechu zadowolonej próżności, a spojrzenie jego, zdawało się mówić: — Co? prawda, jak ja go umiem ubrać! Co za szkoda, że ubranie tak zrobione i tak świetnie noszone, nie jest zapłacone dotąd! Hrabia niósł pod pachą pulares z czerwonego safianu, prawdziwą tekę ministra, przepełnioną dokumentami. Na widok młodzieńca, swobodnie idącego z uśmiechem na ustach, a szczególnie pularesu wyładowanego widocznie, dreszcz wzruszenia przebiegł po skórze czekających. — Człowiek niewypłacalny inaczej wygląda — pomyśleli. — W pularesie muszą się ukrywać banknoty. Pan hrabia wypłaci nam należność, jeśli nie całkowitą, to choć w części. Kupiecki stereotypowy uśmiech, uwydatnił się na twarzach. Pan de Nancey ukłonił się tak uprzejmie, że resztę chmur pierzchło z czoła obecnych. Otworzył usta, słuchacze podwoili uwagi. — Kochani moi dostawcy — rzekł — pozwólcie najpierw, że podziękuję wam, jak na to zasługujecie. Z akuratnością prawdziwie uprzejmą. stawiliście się na moje wezwanie! Opuściliście bez wahania interesa wasze, aby mnie zaszczycić swem przybyciem! Wdzięczność moja nie da się opisać. Szczęśliwy się czuję, widząc dokoła siebie przyjaciół... Daliście panowie tysiące dowodów waszej dla mnie życzliwości i zaufania... Otóż, uważam was za przyjaciół, przyjaciół szczerych i słowo honoru wam daję, iż nie jesteście dla mnie wierzycielami, które to słowo, tak wstrętnie brzmi i tak przestrasza. Usuńmy je więc... — Tam do licha!.. — pomyśleli słuchacze. Niepokój zaczął ich ogarniać. Jeden z obecnych wtajemniczony więcej od innych w literaturę klasyczną, przypomniał sobie nieśmiertelną scenę don Juan’a z p. Dimanche, i czoło jego wypogodzone przez chwilę, zachmurzyło się napowrót. — Siadajcie moi przyjaciele — ciągnął dalej Paweł, wskazując obecnym miejsca — musiemy wyczerpać kwestye, i nie wątpię, że dzisiejsza rozmowa, doprowadzi nas, do zobopólnego zadowolenia.

ROZDZIAŁ II.

Dłużnik.

Wierzyciele usiedli. Pan de Nancey zajął miejsce naprzeciwko nich, po drugiej stronie hebanowego stołu, który stał na środku pokoju, a usiadłszy przy nim, położył czerwony pulares. Wziąwszy takowy do ręki, nacisnął sprężynę zamykającą maleńki srebrny zamek. Uniósł wierzch i oczom zgromadzonych, ukazało się wnętrze pularesu. Wierzyciele z bijącym sercem czekali co dalej będzie. Oczy błyszczały nadzieją i chciwością, niby kota, w chwili pochwycenia myszy. Niestety! Wnętrze pularesu zawierało różne papiery, notatki, rachunki, lecz ani jednego bankowego biletu. Ta nieobecność niespodziewana „posiała chłód,“ jak mówił Giboyer. Złudzenia uleciały a uśmiechy poszły w ślad za niemi. Nikt jednak nie wyrzekł słowa, czekano cierpliwie, choć chmury zaległy czoła napowrót. Twarz Pawła pozostała jasną i uśmiechniętą, mimo, że nie nie uszło jego uwagi; widział dobrze co się działo w duszy otaczających go osób. Pilny badacz, byłby łatwo spostrzegł w twarzy mówiącego wyraz ironii i lekceważenia. Pan de Nancey, jakeśmy to już powiedzieli, był pięknym mężczyzną. Lecz uroda jego nie miała cech dobroci i szczerości. Gdy młodzieniec nie czuwał nad wyrazem swej twarzy, co zresztą zdarzało się nader rzadko, uśmiech jego stawał się złośliwym, a spojrzenie pełne fałszywego blasku. Paweł rozłożył na stole papiery w systematycznym porządku, niby mówca w izbie, przygotowane notatki, mające w danej chwili przypomnieć mu, cyfrę, lub fakt niezbity, przechylający szalę zwycięztwa, na jego stronę. — Domyślacie się moi dobrzy przyjaciele — mówił — że, jeśli postarałem się dziś o przyjemność zgromadzenia was dokoła siebie, uczyniłem to dla tego, by z wami jak w rodzinie, pomówić o naszych wspólnych sprawach. Wszak domyślacie się o co idzie? — Jeszczeby! — wyrzekł ktoś niechętnie. Paweł ukłonił się z uśmiechem. — Byłem tego pewny — odparł — że dość na to sprytnymi jesteście! — Tak, mamy wspólne interesa, z czego szczęśliwy jestem. Choć nie uważam was za wierzycieli, waszym dłużnikiem, i chciałbym nim być sto razy więcej. Tak chciałbym więcej wam być winien, słowo honoru! Tu kilka głosów urwało się razem. — No no! — szemrali jedni. — Pan hrabia winien nam jest i tak dosyć! — Po cóż dług powiększać? — Zrozumiecie to za chwilę, drodzy przyjaciele moi — odparł Paweł de Nancey z niezmiennym na ustach uśmiechem który, mimo jego woli, stawał się drwiącym. Przebiegł oczyma po papierach zapełnionych cyframi i dalej: — Przejęty głębokim szacunkiem dla starej tej prawdy, że: „Dobre rachunki czynią dobrych przyjaciół“, a chcąc rachować dla siebie drogą mi życzliwość waszą, postarałem się o wzorowy porządek w moich notatkach. Znam położenie swoje tak dobrze, lepiej może, niż komisarz sądowy likwidujący interes bankruta, zna okoliczności, które przeszedł jego klient, i sądzę, że właściwie postąpię, przedsta- wiając tu jasno stan rzeczy. Nie wątpię, że rezultat do którego dojdziemy utrwali jeszcze rozczulającą zgodność uczuć, jaka między nami istnieje. Ta patetyczna i zawiła przemowa nie zadowolniła słuchaczów, którzy zadawali sobie pytanie, gdzie ich doprowadzi wielomówstwo dłużnika i stawali się z każdą chwilą . — Tutaj — mówił dalej Paweł — wskazując palcem miejsce zapisane na papierze przed nim leżącym, tutaj wynotowane są sumy, które wam jestem dłużny. Jeśli nie macie nie przeciwko temu, przejrzemy je razem. Nie trzymałem się porządku alfabetycznego oddając pierwszeństwo większym sumom. Możnym pierwszeństwo! Pan Gobert zajmuje pierwsze miejsce... Oczy wszystkich zwróciły się ku osobie, w stronę której Paweł przesłał lekki ukłon, wraz za słodkim uśmiechem. Był to mały człowieczek, młody jeszcze, łysawy, dobrze ubrany, choć bez pretensyi; wyglądał na urzędnika z ministeryum finansów. Byłby mógł przejść niepostrzeżony, gdyby nie dziwny wyraz oczów okrągłych i szarych, bardzo zbliżonych do zakrzywionego ostro nosa, co mu nadawało wielkie podobieństwo do drapieżnego ptaka. Przesławszy ukłon i uśmiech, p. de Nancey mówił dalej: — Dwa lata upłynęło od owej pamiętnej nocy, gdy szczęście, w kartach mnie zawiodło. Wtedy pan Gobert, człowiek całemu Paryżowi znany z usłużności swej, pożyczył mi na trzy miesiące 25,000 franków. — Daruj, daruj panie hrabio — przerwał Gobert — nie przeistaczajmy faktów, jeśli łaska... Ja panu nie nie pożyczyłem. Mierność moich środków nie pozwala mi (czego mocno żałuję) usłużyć bliźniemu. Lecz znam kapitalistów poważnych, którzy znając uczciwość moją, pewni, iż wskazówki które im udzielam, są dokładne, polecając mi dokonywać: drobne tranzakcye, opierając się na danym przezemnie słowie, gdyż jak rzekłem, nie przedstawiam innej gwarancji, będąc ubogim. — Wybornie kochany panie Gobert — ciągnął dalej Paweł — lecz jeśli mówię tu o panu, czynię to z tej przyczyny, że w interesie, mam tylko pana... Owi poważni kapitaliści o których wspominasz, dla mnie są dotąd mytem... — Im właśnie o to chodzi, by nie występować w podobnych sprawach. — Dlaczego? — To są dygnitarze, znani na giełdzie, idzie im więc o to, by pozostać w ukryciu, gdy pobierają za moim pośrednictwem, nieco wyższe od zwykłych procenta.. — Oh! drobnostka! — przerwał teraz hrabia. — Te 25,000 fr. zaledwie że nieco przyrosły od dwóch lat! Zwłoki, doliczenie procentów, koszta, nie posłużyły im do zrobienia „śnieżnej kuli,“ jak by to kto mógł przypuszczać. Dziś, przedstawiają one, tylko skromną sumkę 80,445 fr. — Widzicie panowie, trudno być skromniejszych wymagań! Usłyszawszy te słowa, obecni utkwili w małym człowieczku spojrzenie, pełne i uwielbienia. — A zuch! — szeptali do siebie. — Umie prowadzić interes!... Gobert powstał żywo. — W słowach wyrzeczonych przez p. hrabiego, zdawało mi się, brzmiała pewna nuta sarkazmu, — rzekł, a głos jego syczący przypominał syczenie węża. — Jeśli interes ten nie układał pana, nikt go nie zmuszał do zawarcia układów, o ile się zdaje. Dziś pierwszy raz słyszę, iż pan hrabia użalać się zdaje... Czy to dla tego, że wierzyciele odmawiają dalszej prolongaty?... — mnie pan zrozumiał — zaśmiał się Paweł — chciałem jedynie przedstawić rzecz jasno, stwierdzając, że otrzymawszy przed dwoma laty 25,000 fr. jestem dziś winien 80,445. Ale gdybym i dwa razy tyle był panu dłużny, nie żaliłbym się, co panu natychmiast dowiodę... Gobert spuścił głowę. To niejasne zdanie pogrążało go w zadumę. — Drugim z rzędu na mojej liście — ciągnął dalej p. de Nancey — jest nasz przyjaciel Lebel-Girard, wysokich zdolności, tapicer, który sztukę swoją podniósł do rzędu: sztuk pięknych! Najwspanialsze pałace w Paryżu, wzbogacone są jego dziełami i szczycą się tem! Jestem mu dłużny 60,350 fr. Nieprawdaż drogi panie?... — Co do grosza tyle, panie hrabio! — potwierdził tapicer. — W tej sumie, mieści się już umeblowanie buduaru panny Cory Saphtier, i buduar damy z ulicy Bellechesse (której tu nie nazywam) zapłacony przez p. hrabiego w ¾ częściach. Mąż dopłacił resztę, nie domyślając się fortelu i winszuje dotąd żonie zmysłu praktycznego, który jej dopomógł takim tanim kosztem otoczyć się takim zbytkiem... Lebel-Girard roześmiał się głośno, dwóch czy trzech z obecnych (ludzi żonatych) odpowiedzieli mu też śmiechem. Poczem tapicer mówił dalej: — Mam przy sobie dokładny rachunek, przyjęty i podpisany przez p. hrabiego... mogę takowy zaraz: przedstawić... Z, dziesięciu kieszeni, dziesięć rąk wydobyło pularesy... Paweł powstrzymał zapadł ogarniający zgromadzonych. — Chwila właściwa nie nadeszła jeszcze — rzekł — pozwólcie mi skończyć... — Pan Anderson złotnik, a raczej mistrz nieporównany, dzisiejszy Benvenuto Cellini, udzielił mi kredytu na 53,220 fr. Jest to bardzo niewiele, gdy się pomyśli, ile to cudnych ramion, ile uszek czarownych, utoczonych szyjek przystrajają jego brylanty, perły i rubiny! Panu zawdzięczam, tyle wdzięcznych uśmiechów, i tyle powodzenia!... Wdzięczność moja nieda się wyrazić, wypłacić się panu nigdy nie zdołam!... Dwuznacznik odczuli obecni. O czemże mówił hrabia, o długu wdzięczności, czy o długu pieniężnym?.. Zagadnięty skrzywił się mocno. — Słowa wyrzeczone do pana Andersona, możesz pan też wziąć do siebie kochany panie Palladieux. Powozy wyszłe z twej fabryki, postawiły tę gałęż przemysłu u nas, na pierwszorzędnem stanowisku. Upokorzyłeś pan anglików, którzy dotąd górowali nad nami! Tobie zawdzięczam uroczy widok, gdy Małgorzata d’Isigny, zwracającym ogólną uwagę, rozłożona w karecie o ośmiu resorach, przejeżdżała nad brzegiem jeziora. Lub gdy Nini Mouchette, wiezła się sama, tą nieporównanych kształtów amerykanką, zaprzężoną w kucyki! Lub ta victoria, którą mi dostarczyłeś dla Berty Lambert? zręczna i lekka, jak ona sama!... Tobie zawdzięczam przyjemność i szyk tych uroczych istotek... — I ich powozy — mruknął dostawca — Razem: 48,100. fr... — Kończysz pan myśl moją — ciągnął dalej hrabia. — Już to nie ja targować się będę, gdy idzie o taki genjusz jak pański! Rzeczy doskonałe, nigdy zbyt drogie nie są. Znam tak dobrze wartość pańskich wyrobów, iż sam orzekam, iż są: bez ceny... Wierzyciele między sobą wymowne spojrzenie. Przemowa hrabiego zaczęła ich dziwić, niepokoić nawet. Lecz dla czegóżby hrabia de Nancey, sam wywoływał katastrofę, która byłaby jak wiedzieć musiał, pochłonęła resztę jego mienia? — Do pana zwracam się z kolei, drogi Dawidzie Meyer — mówił Paweł spokojnie. — Dostarczyłeś mi pan: kucyki kare Niny Mouchette, cztery kareciane konie dla Małgorzaty d’Isigny, stepper’y Berty Lambert. Zwracały one powszechną uwagę, a wszyscy wiedzieli, że z pańskiej stajni wyszły... — Ah! — pomyślał Dawid Meyer — gdybyż mogły do niej powrócić! — Za te trzy zaprzęgi 40,000 fr. — mówił hrabia — to za bezcen! Powtarzam to wszystkim, opiewam pochwały pańskie wszędzie i gdyby zaś reklamę ustną w klubach i salonach, przyszło płacić, jak za te które drukują, byłbyś mi pan dłużnym okrągłą sumkę!.. Ale bądź spokojny — kończył śmiejąc się młodzieniec — reklamowałem cię przez przyjaźń i nic za to nie żądam. — Chwała Bogu — pomyślał handlarz. Skończywszy z głównymi wierzycielami, p. de Nancey, kolejno obliczył drobniejszych dostawców, co ujawniło, iż był dłużny wszystkiego razem 350,060 franków. — To drobnostka,. jak widzicie panowie — kończył. — Drobnostka! — zawołał jeden z obecnych. — Spodziewam się — odparł hrabia. — Miło nam dowiedzieć się, że powyższa suma stanowi dla p. hrabiego drobnostką. Dla mnie jednak i dla zebranych tu kolegów, każda najdrobniejsza sumka ma wartość i na odebraniu takowej, wiele nam zależy. — Racya, Racya! — zawołali obecni. Zachęcony ogólnem uznaniem, Lebel-Girard, który pierwszy głos podniósł, ciągnął dalej: — Wdzięczni jesteśmy panu hrabiemu za jego przychylne wyrazy, tembardziej, że pochwały, które nam pan oddaje, pochodzą od prawdziwego znawcy. Staraliśmy się zawsze zadość uczynić wymaganiom szanownego klienta, na przyszłość też ofiarujemy swoje usługi lecz występując tu w imieniu zarówno swoim, jako i kolegów moich, ośmielam się przypomnieć p. hrabiemu, że czas drogi dla ludzi pracy, upływa. Times is money mówią słusznie anglicy. Więc kiedy jesteśmy w zgodzie, co do liczb, prosimy o łaskawe i jak najprędsze zakończenie dzisiejszego posiedzenia... Lebel-Girard mówił, kładąc silny nacisk, na podkreślone przez nas wyrazy. — Nie będziecie panowie długo czekać na żądane zakończenie — odparł spokojnie Paweł de Nancey. — Odczułem to dobrze, że od pewnego czasu, choć moje zaufanie do was, zostało zawsze jednakie, wasza ufność we mnie, zmieniła się niepomiernie. Dawniej żaden z panów nie pytał mnie o pieniądze. — Boś nam je pan sam oddawał — przerwał ktoś z obecnych. — To nie racya! — zaśmiał się Paweł. — Prawdziwą mielibyście zasługę, nie żądać, gdy ich wam nie daję. Szmer niezadowolenia przyjął te dziwne wyrazy. — Lecz panowie innego jesteście zdania? Nasz: przyjaciel Gobert odmawia mi prolongowania weksli, sam to przed chwilą wyraził. Termin płacenia w końcu tego miesiąca... — Jam temu nie winien... Kapitaliści którzy panu zawierzyli, żądają zwrotu pieniędzy. — Niecierpliwicie się panowie. Od kilku z was otrzymałem nawet liściki, grzeszące przeciwko prawom grzeczności. Przeczuwam, że się coś święci, spodziewać się zaczynam komornika... Czy tak jest? Nikt nie odpowiedział. Po chwili głos zabrał tapicer: — A no, jeśli pan hrabia nie poradzi na to, trzeba się będzie zabrać do dzieła... przyjdzie nam to uczynić z wielkim żalem ale, cóż robić?... — Tak, co czynić? — dodali inni. — Dobrze więc postąpiłem zgromadzając was tu wszystkich, gdyż tym sposobem zażegnam może fakt, równie przykry dla siebie, jako i szkodliwy dla waszych interesów. Przychodzę do ostatecznego rozwiązania kwestyi; między nami nie powinno być nieporozumienia. Winien wam jestem całą prawdą, otóż, macie ją panowie: Nie jestem w możności zapłacenia mych długów!!!

ROZDZIAŁ III.

Szczególna propozycya.

— „Nie jestem w możności zapłacenia mych długów“ — powiedział hrabia. Oświadczenie to przyjęte zostało głośnem szemraniem. Wszyscy obecni zaczęli razem mówić. Twarze zapłonęły, głosy podnosiły się z każdą chwilą. Pan de Nancey tylko, sam pozostał spokojny, wyjął cygaro z jednego z pudełek i zapalił takowy. Hałas wzniecony przez gniewne wykrzykniki wierzycieli, wzmógł się i ucichł powoli. Gobert pierwszy odzyskał krew zimną zbliżył się do palącego spokojnie cygaro Pawła i rzekł: hrabio, naiwność nasza nie sięga tak daleko, jak pan mniemasz. — Ależ ja panów o naiwność nie posądzam — odparł młody człowiek. — Grajmy odkrytą grę, pan hrabia czuje dobrze, że my dłużej czekać nie zechcemy, więc obmyśla fortele, by zyskać na czasie... — Otóż my na to nie pozwolimy... — Nie pozwolimy! — zawołali drudzy jednogłośnie. — I zaraz powiem dlaczego — ciągnął dalej Gobert... — Nie tłomacz się pan — przerwał Paweł. — Nie chcę byście panowie z mego powodu tracili czas, tak dla was drogi... Mylicie się, ja na czasie zyskać nie chcę, zwłoka nie doprowadziłaby do niczego... Jestem zrujnowany, słyszycie panowie, zrujnowany do szczętu, zrozumcie to dobrze, bezpowrotnie zrujnowany!... — Ponownie wszczął się hałas, głośniej tylko krzyczeli wierzyciele tym razem, lecz i teraz Gobert uspokoił gwar ruchami, znaczącemi, iż chce zabrać głos. — Zrujnowany, być może! — zaczął, przeglądając uważnie papier, który wyjął z kieszeni. Jednak nie do takiego stopnia, byś pan nie mógł uiścić naszych należności... Na dopełnienie tego, wystarcza najzwyklejsze wywłaszczenie... — Posiadasz pan w Paryżu ten oto pałacyk, którego wartość oceniając nizko, dosięga 350,000 fr., w Normandyi zaś, w pobliżu Caen, majętność ziemską, noszącą nazwę Tilleuls, ocenioną na 400,000 franków. Oto wykazy hipoteczne, wydane wkrótce po śmierci ojca pańskiego... Posiadając 750,000 fr. można uiścić dług wynoszący 300,000 fr. Wierz mi pan, że nie byłbym zaciągał dwa lata termu pożyczki dla niego, bez dokładnych informacyi o stanie majątkowym klienta. Jestem zawsze ostrożny... Mówiąc lichwiarz, uśmiechał się kwaśno. Nadzieja rodziła się w sercach wierzycieli, zamieniali znaczące spojrzenia. Pan de Nancey wyjął z pularesu dwa urzędowe dokumenty. — Niestety! Kochany panie Grobert, spóźniłeś się pan. Informacye powzięte dwa lata temu, były całkiem dokładne wówczas, dziś jednak, zmieniła się postać rzeczy. W przeszłym roku przyszła mi nieszczęsna zachcianka, naśladować tych szaleńców, którzy chcą się zbogacić w jednym dniu, na giełdzie... marzyłem o podwojeniu mej fortuny, zapłaceniu długów it.d. W tym celu zgromadziłem poważną sumę i grałem na zwyżkę, która zdawała się niezawodną i z łaski nieprzewidzianej obniżki, straciłem wszystko, co do grosza, całe 700,000 fr. pożyczone przez bank zaliczkowy, na hipoteki tego pałacu i majętności mej w Normandyi.. Oto są kopje urzędowych dokumentów możecie je przejrzeć panowie... To mówiąc, Paweł podał papiery zdumionemu lichwiarzowi. Ten, przebiegłszy je wzrokiem błędnym, wrzasnął z wściekłością: — Jesteśmy okradzeni!... — Okradzeni! — powtórzyli inni. — Rozbój na prostej drodze! — To niegodziwie, potwornie! — wrzeszczeli wierzyciele. — Pan hrabia jesteś... Nie zdołali dokończyć. Paweł de Nancey powstał, blady i głosem donośnym, który górował nad panującym w gabinecie gwarem, zawołał: — Żadnych obelg panowie! Przestrzegam was, że mimo, iż jestem waszym dłużnikiem, nie znoszę byście mi ubliżali, i pierwszego, któryby mi uchybił, ukarzę surowo!.. Wierzcie mi, w własnym interesie waszym radzę, pozostańmy w zgodzie. Niech dzisiejsza rozmowa nasza zakończy się poważnie. Tym poważnym finałem z mej strony jest zapewnienie, iż, od was samych zależy odebranie należności co do grosza! Najwrażliwszą istotą pod słońcem jest: wierzyciel. Lada drobiazg go pognębia i zraża, byle słowo wraca mu nadzieję i złudzenia. Jak rozbitek na morzu, miotany przez bałwany, chwyta się najmniejszej gałązki, szukając w niej ratunku, tak i temu niekiedy wystarcza jedno rzucone słowo, by z najsilniejszego wzburzenia, przejść w stan ciszy i spokoju. Słowem, wierzyciel, to tygrys, którego najbłahszy promyk nadziei, zmienić w baranka potrafi. Ostatnie wyrazy pana de Nancey, tak mało spodziewane po wyznaniu ruiny majątkowej, uśmieżająco podziałały na umysły obecnych. Gwar ucichł, twarze złagodniały, nawet wyraz oblicza lichwiarza, stracił podobieństwo do drapieżnego ptaka. — Rad jestem — rzekł Paweł — żeście panowie zrozumieli odrazu, iż spokój i takt w postępowaniu, są głównemi ludzi wyższych. Winszuję wam tego. Do czego służyć mają te nieludzkie wrzaski, któreście wyprawiali przed chwilą. Hałas nic nie dowodzi!.. Czy słyszycie bym przeklinał giełdę, która mnie tak szybko pozbawiła mienia? Chciejcie się zastanowić, że gdy moja niewypłacalność uszczupliłaby zaledwie w drobnej części wasz dobrobyt, ja postradałem wszystko, bezpowrotnie?.. A jednak widzicie mnie filozofem!... Naśladujcie mnie, będzie to wam honor czynić... Zaczęto szemrać, widocznie wierzyciele hrabiego, oczekiwali innego rezultatu przemowy... Widząc to Paweł, ciągnął dalej pośpiesznie: — Nie będę nadużywał cierpliwości waszej moi przyjaciele, obiecuję to, ale proszę was, zechciejcie posłuchać mnie jeszcze przez trzy minuty czasu, nie przerywając mi... Muszę najpierw powiedzieć wam parę słów o sobie, ale jedynie w waszym interesie... W smutnym stanie moich interesów, co robić? co przedsięwziąć? Pojmiecie panowie, że pytanie to stawiałem sobie w różnej formie i sądzę, że znalazłem odpowiedź... Widzieliśmy ludzi, którzy jak ja, utracili mienie będąc w sile wieku i za pomocą pracy i wytrwałości, odzyskali, jeśli nie dobrobyt, to choć skromne utrzymanie. Tych ja naśladować nie myślę, Za dobrze znam sam siebie... Nawyknienia moje i gusta, nie pozwoliłyby mi wytrwać przy zajęciu i pracy. Walczyć z brakiem, jest dla mnie niemożebnem!.. Czy należę do kategoryi ludzi, którzy potrafią wieść nędzny żywot, przy lichej pensyjce jakich 3000 fr.? Powiedźcie sami? Czy potrafiłbym się obejść bez koni, powozów, ładnych kobiet, smacznych obiadków i wykwintnych cygar?... Nigdy! przenigdy!!! Kpiłbym sam z siebie, wsiadając do omnibusu! A zresztą, cóż by wam przyszło z mego bohaterstwa? Trudnoby zapłacić dług wynoszący sto tysięcy talarów, pobierając tysiąc talarów pensyi! Usuńmy więc myśl o pracy! Nie trudno by mi było, w łeb sobie strzelić... Już nawet o tem myślałem... byłbym nawet to uczynił.. Rozwiązanie to, szybkie i praktyczne, lecz znalazłem inne, o wiele lepsze... Rozwiązanie ciekawe, sprytne, piękne, w dobrym guście, czyniące mnie znów możnym, wypłacalnym, zawsze wiernym i nie kljentem i dające mi sposób, do dalszego wesołego życia i pieniędzy?... Cóż wy na to?... Wszak piękne to marzenie?... Otóż marzenie owo jeśli zechcecie mi dopomódz, stanie się wkrótce rzeczywistością... Od decyzyi waszej moi panowie, zależy przyszłość moja. Cóż, zgadzacie się? — To zależy — odparł lichwiarz. — Jeśli nie trzeba będzie do interesu dopłacić, zobaczymy — dodał tapicer. — Naturalnie — potwierdzili inni. — Lecz co do pieniędzy, na nie prosimy nie liczyć. — Bądźcie spokojni, kończył hrabia — nie nie dodacie, a odebrać możecie wszystko. — W jaki sposób? — Zaraz wam to powiem... Nie mam już pałacu, dóbr, powozów, koni, ani kredytu... Kapitały znikły bezpowrotnie, wśród burzy spekulacyi, pozostała mi tylko jedna rzecz wartościowa i tę chętniebym spieniężył... — Cóż to jest? — zapytali ciekawie obecni. — Moja osoba! — rzekł Paweł tonem, jakim teatralny bohater woła przy końcu dramatu: „Ja, mówię wam, czyż to nie dosyć?“ Mam lat dwadzieścia ośm, białe zęby i ani jednego siwego włosa. Należę do najwyższych sfer spółecznych w Paryżu. Damy wszystkich światów uważają mnie łaskawie za ładnego chłopca i nazywam się: Paweł Armand Gaston hrabia de Nancey, a jest to stare nazwisko, uwieńczone starym tytułem. To wszystko razem warte, milionów... Idzie tylko o wyszukanie kobiety, — dość rozumnej i dość bogatej, by. to nabyć mogła... — Prawda — bąknął powoźnik — lecz gdzie jej szukać? — Gdzie jej szukać? niewiem i wcale się o to nie troszczę. Już to nie ja jej szukać będę... — A kto?... — Wy, moi przyjaciele.. — My! — powtórzyli zagadnięci z niekłamanem zdziwieniem. — Tak, wy, powtarzam i znajdziecie ją poszu- kawszy dobrze. — Któżby się tem zajął jak nie wy? Rozumiecie dobrze, że ja sam takim interesem zajmować się nie mogę... Wystawiać siebie samego na licytacyę, byłoby w najgorszym guście. Zresztą, poszukiwania odbywać się mają w świecie całkiem dla mnie obcym... Ja widzę rzeczy tak jak są. Aby odzyskać majątek, będzie trzeba zniżyć się... Przyszła hrabina de Nancey, będzie to jakaś mieszczaneczka, rozdęta pychą, żądna tytułu i herbu na drzwiach karety... Wasze stanowisko pierwszorzędnych dostawców sprawia, iż macie stosunki z ludźmi wzbogaconymi przez handel i spekulacye. W tej to kopalni metalu, trzeba zacząć poszukiwania... Praca wasza dając mnie poważne rezultaty i wam korzyść przyniesie... Postępowanie nader łatwe... Chwalcie mnie, wystawiajcie moje rzeczywiste zalety i przymioty urojone. Niechże z waszej łaski stanę się feniksem, białym krukiem, rajskim ptakiem! Reklamujcie mnie, jak to zwykliście czynić z towarem podejrzanej wartości. Bo wszak tem najwięcej wynosicie, prawdziwie dobry, sam się zaleca. Posłuchajcie naszego przyjaciela Meyera gdy chce wsunąć naiwnemu klientowi konia „czystej krwi anglika, niezrównanego w chodach“, który po ośmiu dniach będzie kula. Co za zapał, jaka pewność siebie! Ujmuje, zapala, oczarowywa słuchacza i sprzedaje szkapę! Naśladujcie go panowie. Osłońcie kwestye należności i braków, gdyż ta popsułaby rzecz niezawodnie! W rezultacie, nie oszuka się nikogo... Jestem człowiekiem dobrze wychowanym, w całem tego słowa znaczeniu... Nie mam innych wad prócz (jeśli to wada) zamiłowania do zbytku i przyjemności... Małżeństwo może mnie poprawi... wolno mieć nadzieje... — Ja wierzę w nawrócenie — rzekł Lebel-Girard, który odzyskał dobry humor. — Zresztą — dodał złotnik — po cóż zmieniać trybu życia, jak będą pieniądze? Bogacze powinni podtrzymywać przemysł. — Pan hrabia bo putał nie zgorzej — kończył handlarz koni — ale faktem jest, że najrozrzutniejsi ka- walerowie, są później najlepszymi mężami, każde źrebie zołzuje, każde młode piwo szumi. — A co, nie miałem racyi! — cieszy mnie kochani przyjaciele, że się ze mną zgadzacie. Czuję, że lekkie zajście przed chwilą, nie wpłynie na zmianę dobrych między nami stosunków. Ja liczę na was, możecie też na mnie polegać... Nie mnie nie zrazi, bylem się mógł wypłacić. Zastrzegam tylko jedno: Oto chciejcie pamiętać, że odrzucając na bok wszelkie przesądy, jednej ostateczności uniknąć pragnę, a tą jest: śmieszność. Ożenię się z kim chcecie, byle przyszła hrabina Nancey, nie była zbyt stara i koniecznie przystojna. Brzydkiej garbatej lub starej, nie wezmę za żonę. — Oh! niech p. hrabia się uspokoi! — zawołał Lebel-Girard — nie będziemy żądać podobnej ofiary. — Pan hrabia jest znawcą, nie wystawiemy jego gustu na próbę — mówił Dawid Meyer dobierając wyrazy: — Pamiętajcie też panowie, że posag przyszłej hrabiny, ma wynosić co najmniej milion dwakroć. Trzykroć dla was, siedmkroć na oczyszczenie hipotek pałacu i dóbr moich, reszta na drobne bieżące wydatki, Więc najmniej 1,200,000 fr. — Bardzo słusznie — kończyli zagadnięci — osoba p. hrabiego tyle warta. — Dajmy na to, że dla wyszukania osoby i sumy w mowie będącej, zużytkujecie panowie jeden miesiąc czasu. Przez ten miesiąc, spodziewam się, iż cieszyć się będę zupełnym spokojem. Żaden z was upominać się nie będzie o swoją należność, prawda? — Do licha! — zawołał tapicer — to się rozumie. Dręczyć pana w tych warunkach, byłoby tyle, co obniżać jego wartość, a tem samem tracić dane do powodzenia. — przegranej, pomyślcie o stratach! — wtrącił Paweł, — Pan hrabia może być spokojny — rzekł lichwiarz. — Weksle pozostaną do czasu w pularesie moich kapitalistów. Biorę to na siebie. — Wszystko jest przewidziane — kończył pan de Nancey, rozejdziemy się dziś przyjaciołmi, by się znów spotkać, ufam, w sprzyjających okolicznościach. Dostawcy żegnając gospodarza w najlepszych humorach, wyrazili nadzieję, iż będzie o nich pamiętał, przy urządzaniu nowego gospodarstwa, co prawdopodobnie. wkrótce nastąpi. Otrzymawszy solenne przyrzeczenie hrabiego, opuścili pałac. Dawid Meyer wdrapawszy się na szczyt wysokiego kozła breack’u, ujął lejce i puścił w bieg parę dzielnych kłusaków, które właśnie ujeżdżał. Lebel-Girard rozsiadł się w powoziku, który był jego własnością. Pozostawszy sam, Paweł de Nancey pootwierał okna, by wypędzić „zapach wierzycieli* jak się wyrażał. Następnie włożył papiery do pularesu i rozśmiał się śmiechem drwiącym i okrutnym. — Tak — pomyślał — wszedłem do jamy tygrysiej i wychodzę z niej żywy! Poskromiłem dzikie zwierzęta! Myśl moja jest genialną! Z dziesięciu zajadłych wierzycieli, wyłoniło się, dziesięciu faktorów niezmordowanych, zręcznych i pewnych. Nie dość, że mnie nie pożarli, ale mnie żywić będą. Ożenią i wzbogacą mnie! Ja ożeniony! To będzie zabawne! Ba! trzeba do wszystkiego przywyknąć!... Może się do stanu małżeńskiego przyzwyczaję? A jak nie... no, moja żona będzie mężatką, ja zostanę i tak wolnym...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…