Front matter
WSPOMNIENIA
Z MALEŃKOŚCI
DZIECI „NASZEGO DOMU“
całość
WSPOMNIENIA
Z MALEŃKOŚCI
DZIECI „NASZEGO DOMU“
W PRUSZKOWIE
Z PRZEDMOWĄ
J. KORCZAKA
NAKŁADEM SPÓŁDZIELNI KSIĘGARSKIEJ „KSIĄŻKA“
WARSZAWA 1924
SPIS RZECZY:
Druk L. Bogusławskiego. Warszawa, Świętokrzyska 11.
ZAMIAST WSTĘPU. | Przypadł mi w udziale zaszczyt niezasłużony. Podpisuję się pod dokumentem znaczenia historycznego. Dziecko-artysta przemówiło językiem własnym. Tomik ten mierzy w przyszłość. — Będzie! — Jest już dawno, jak dawno jest lud, którego nie dostrzegano do czasu. Szkoła zasłoniła dziecko. Rewolucyjny tomik! Kto sam nie zrozumie, temu długi wstęp, tłomaczenie — nie pomogą. | „Wspomnienia“ dyktowały dzieci internatu „Nasz Dom“ (w Pruszkowie) wychowawczyni swej, pani Marynie Falskiej.
Opowiada Wacek.
Jak ja byłem na wsi, to mi kazali wszystko robić, wciąż kazali robić, gotować dla krów, dla świń, dla kur, królom dać jeść. Takie garnki były duże, że jak nie mogłem uradzić, to na brzuchu tak opierałem. Raz dla cielaka wystawiałem garnczek z jedzeniem i tak samo oparłem o brzucho, a garnczek się wymknął, bo był strasznie gorący i on wyleciał na ziemię i wylałem wszystko. Gospodyni zaczęła bardzo krzyczeć i musiałem drugi raz gotować. Krzyczała na mnie, ja aż się popłakałem z tego wszystkiego. I jeść mi się chciało, bo wpierw gotowali dla zwierząt, a potym dla nas. — To mi się jeść chciało, to wziąłem kartofel, co dla krów, obstrugałem i jadłem. Dopiero jak dałem wszystkim jeść, to wtenczas kazali mi iść do piwnicy po kartofle i obierać. — Krów miałem z początku 3, bo jedna była na wychowaniu u jednego gospodarza, co miał duże pastwisko, a potym było cztery i cielak. To w lato mi się zawsze ten cielak gził — uciekał w żyto lub kartofle, w szkodę. To ja za nim lecę, a wtedy te stare krowy lecą w groch i ja nie wiem co robić, czy krowy wyganiać, czy cielaka. Aż siadłem i zacząłem płakać. Zły byłem na nich, zacząłem przeklinać rozmaicie na nich. I tak siedzę, przeklinam, a patrzę, że one coraz dalej idą w szkodę. Chwyciłem kamienia — takiego, że ledwie objąłem ręką i w róg — krowę. Aż łbem zakręciła. Ja na południe nie przyganiałem krów, tylko mi przynosili jeść. I raz usnąłem tak przed obiadem, bo mi się spać chciało, bo gospodarstwo było duże, trzeba było o 2-ej wstawać, bo zaczym się uprzątnie, co, a kładłem się czasem o 11-ej, czasem o 12-ej; żeby można było krowy wcześniej przygnać, toby czasu było więcej, ale gospodarz naznaczył godzinę i zawsze o tej samej porze gospodarz albo gospodyni doili krowy. Jak się wieczorem uprzątnęło z krowami, ze wszystkim, wszystkiemu dane było żryć, to wtedy gotowałem dla nas. — Gospodarz miał sad wielki i ule. Ale ten gospodarz to taki był zazdrosny, nigdy mi nie dał popróbować. Tylko gospodyni, jak raz on wybierał miód, to mi dała kawałeczek. No — ona mi dała i mówi: „idź po kartofle do piwnicy“. Poszedłem, nasypałem kartofli prędko i poszłem sobie do małej spiżarni i tam wziąłem butelkę miodu, a korki były porcelanowe i napiłem się trochę tego miodu. Ale że było ciemno i okienka malutkie i były gnojem zagarnięte, to jak miałem do tego miodu pójść, to ode dworu trochę gnoju odgarnąłem, żeby mi było widniej i małą dziureczkę wykręciłem ręką, żeby światło szło. — Słyszę — gospodyni krzyczy: „czemu on nie wraca?“ — Ja korka do butelki nie zdążyłem wsadzić, przestraszyłem się, lecę, a jak gospodyni nie zacznie mię bić, ledwo łeb wysadziłem z piwnicy, i tam był jeden chłopak znowuż, ona była jego ciotka. (Ja nie wiedziałem, jak nazwać i tak samo mówiłem „Ciociu“). Ale raz z nim poszłem do komórki, gdzie króle byli, zanieść im jeść. A oni byli takie łagodne. Złapaliśmy jego przez pół i się złamał. My nic, jego położyliśmy i poszliśmy do mieszkania i zara jak te króle były na górze, a te świnie na dole i ten król — jakimści sposobem zleciał — świnie go porozrywali całego. Ale ja mówię do tego chłopca, chodź zobaczymy, co ten król robi. — Patrzymy, a świnia go trzącha, trzącha i dawaj my za tego króla i idziem do gospodyni. I mówimy — „świnia porwała króla“, a niepowiedzieliśmy, że my złamaliśmy króla, tylko że wszystko świnia. I gospodyni mówi: „Szkoda takiego tłustego króla“. A myśmy się bali powiedzieć, bo ona króle lubiła, a jakby się dowiedziała, że to my — to tam z nami niewiadomo coby porobiła. No i nam kazała wziąść, opłukać go w misce, skórę zedrzeć, to się usmaży. No i myśmy oprzątnęli go i na patelnię i usmażyła go na obiad i zjedliśmy. A potem się wydało. Bo myśmy powiedzieli kolegom na wsi, a gospodyni opowiadała po wsi, że świnia króla pogryzła. Gospodyni przychodzi i mówi: „co to wy przełamaliście?“ a my mówim — tak. — — A czemuśta odrazu nie powiedzieli? Mówimy, że się baliśmy, a ona: „no, żebym ja odrazu wiedziała, tobym wam pokazała“. Było to w zimę. I raz wieczorem myśmy ugotowali dla świń i taka była straszna zawierucha, że aż wyspy nawiało tego śniegu; jak stodoła była, to na większe pół stodoły nasypało tego śniegu. I myśmy nieśli z tym chłopakiem jedno koryto ze żarciem dla krów, a gospodarz drugie — dla konia. Ale my tak idziem, a tu taki straszny wiatr, w usta nabrałem powietrza, ani w tą ani w tą stronę odetchnąć nie mogę: krzyczę do tego chłopaka: „zaczekaj, zaczekaj, bo powietrza nie mogę złapać“. A ten gospodarz jak nic krzyknie: „ja wam tu zaczekam; chodźta prędzej“. No jak my już wszystko zrobiliśmy, położyliśmy się spać i ja śpię, ale obudzam się w nocy, co mi taka mokra głowa. A to mi chłopak wymiotował na głowę, taką miałem kostrupatą. Obudziłem się. Potym mama do mnie przyjechała, pokłóciła się o coś z gospodynią i już nie byłem u niej, poszłem do drugiej. U drugiej trochę mniej było roboty, ale hiszpanka nadeszła: na drugi dzień choruje gospodyni. A ja mówię: „Mój Boże, jak to ludzie chorują, chorują i nie mogą się wychorować“, a gospodarz mówi: „poczekaj — jeszcze i ty zachorujesz“. A ja mówię: „ktoby mi kazał chorować“. A patrzę, na drugi dzień córka gospodyni zaczyna chorować, duża była. Potym znowu na drugi dzień zachorował gospodarz sam, znowuż taki duży chłopak, co u nich był na służbie, też zachorował. Ale już niema komu co ugotować. I wtedy gospodyni mówi mi, żebym poszedł do drugiej gospodyni żeby przyszła co ugotować nam. Ona przyszła, ugotowała i dała mnie trochę i dla nich, a sama poszła, a ja potym krowy wygnałem na łąkę i nic. Znów przygnałem, dobrze, najadłem się trochę i na drugi dzień znów wyganiam krowy, ale przygnałem na obiad i znowu zagnałem na łąkę; i tam blizko był groch gospodarza. Najadłem się tego grochu, ale w głowie kołować się zaczyna. I mówię:, „co ja będę siedział. Kołuje mi się w głowie“ i przygnałem krowy, A gospodarz mię pyta: „co tak prędko przygnałeś krowy?“ — Ja mówię: „głowa mię boli i przygnałem“. Jak przygnałem te krowy — to gospodarz mówi: „zagrzej sobie kawy, ukraj chleba i sobie zjedz, może ci przestanie bolić“. Ukrajałem chleba, ugrzałem sobie kawy i położyłem się spać. Wstaję rano, patrzę, a ja wcale wstać nie mogę, chlaps na ziemię i leżę. — Gospodarz mówi: „może będziesz mógł wstać?“, a ja jak rozchorowałem się we czwartek, to wstałem aż w sobotę. Ale wstałem, znów się położyłem, a gospodarz mówi: „to już się połóż, jak nie możesz“. Ale krowom niema kto dać żryć, krowy beczą, wszystko chce żryć. No to przez ścianę gospodyni zawołała drugą gospodynię i ona ugotowała jeść i krowy wygnała trochę na łąkę. Mówiłem o chorobie naszej na hiszpankę. Już popasła trochę i przygnała krowy i potym byli do samego rana, ale niema kto ich wydoić. Gospodarz mówi: „No wstań, może będziesz mógł ich wydoić?“ I ja wstaję, co, nie mogę nic zrobić, jak pijany zupełnie. I płakać zaczynam. A gospodarz mówi: „wyjdź na dwór, to się ochłodzisz“. I kazał mi się ubrać, ja się ubrałem, gospodarz mówi: „pani ci da kawy, napijesz się, i popędzisz na łąkę krowy“. No i ja usiadłem koło kuchenki — i jeszcze gorzej, jak się napiłem kawy. A w sieni była posadzka kamienna, taka z cegieł. I ja mówię: — może się ochłodzę — i chłapnąłem na posadzkę. A gospodyni mówi: „no, wstawaj“. A ja wstać nie mogę, bo takie kamienie chłodne, przytuliłem się do kamieni głową i leżę. — Ale gospodyni kazała wstać. Ona mi podała palto, ja się ubrałem, wziąłem krowy z łańcucha spuściłem i wygnałem ich. A gospodarz mówi: „dokąd będziesz mógł, to paś, jak nie będziesz mógł, to przygnaj“. Jak ja zagnałem na łąkę i puściłem ich tak, sam usiadłem na trawie blizko żyta i myślę: pewno nie usnę i zacząłem powoli drzemać, oczy mi się kleją i nazad otwierają. Ale nareszcie odrazu kiwnąłem głową i usnąłem. — Obudzam się potym, patrzę — krowy są. I znowu usnąłem. Budzę się — krowy są. Dwie się położyły, a dwie stoją. To ja sobie myślę: one pewno i te dwie się położą, to ja się jeszcze wyśpię. I usnąłem. Śpię. Śni mi się, że jestem w domu, że śpię na łóżku, że się ze snu obudziłem i rozmawiam z mamą. Ale tak sobie przypominam, że ja krowy pasłem. Obudzam się — oglądam: leżę pod żytem, na łące, krów niema. Idę na górkę — patrzeć, gdzie one. A one już daleko w życie. Ja dawaj za niemi. I zacząłem rozmaicie przeklinać, już nie wiem, jak mogłem. Jak gospodarz wyzdrowiał i zobaczył żyto, to pyta: „co to się z tym żytem robi?“ A ja mówię nasamprzód: — nie wiem. A on mówi: „pewno twoje krowy latały?“ A ja mówię: — nie, co miały latać. I nie powiedziałem mu. Ale na drugi dzień znowu wygnałem i znowu usnąłem. Ale jak się zbudziłem, to już krów nigdzie znaleść nie mogłem, ani w życie, ani na łące. Lecę do domu, do obory wprost. A one przywiązane stoją. No i ja boję się wejść do mieszkania, ale myślę: wejdę, wszystko jedno, co będzie, to będzie. Wchodzę, a gospodarz mówi: „Tak pilnujesz krowy?“ Ja nic. A on jeszcze raz mówi, a ja nic. Złapał paska i dawaj mię bić. A gospodyni dosyć mię lubiła troszkę i mówi: „nie bij go, on nie chciał usnąć“. No to dobrze. Uderzył mię parę razy paskiem, no, zjadłem obiad i poszedłem do jakiegoś chłopaka, zaczym jeszcze krowy wygnałem, bo on mi obiecał kapelusz upleść. I ja poszłem do tego chłopaka. Już uplótł te paski, mama jego szyła, ja czekałem. Wszyscy krowy wypędzają, tylko on nie i ja nie. Nie czekałem już na kapelusz (wieczorem on mnie przyniósł sam, ten chłopak) tylko poszłem do domu, a gospodarz mówi: „Gdzieś był?“ A ja mówię: „Na kapelusz czekałem, bo jeden chłopak mi szył“. A on miał taką linkę i stoi we drzwiach. Ja wskakuję prędko, krowy odwiązuję, żeby gnać, a on mię bęc — bez łeb — potym złapał mię przez rękę i walił. Ja krzyczę: „oj, panie, już nie będę, nie będę“. A on: „ja ci tu nie będę“. I bił a krzyczał na mnie „prędko wyganiaj krowy“. Ja wygnałem krowy na łąkę — i chłopaki też są. Ale co to? Dzwony biją. Największy dzwon także bije. Co to może być? — Dopiero mówią, że to Niemcy dzwony zabierają. Zara na ostatku tak wszystkiemi dzwonami zadzwonili. A potym Niemcy spuszczali. Jeden dzwon największy spadając wkopał się w ziemię. Niemcy powiedzieli do księdza: jak chce żeby dzwony zostały, niech zapłaci. — I ksiądz zara rozesłał po wsiach, żeby składkę zbierali. I zapłacił. — Potym te dzwony zakładali — jak niemcy wyszli. Założyli, a nie wszyscy wiedzieli, że już dzwony założone. Jak dzwony zadzwoniły, tak się uradowali wszyscy. A potem mama mówiła: „Po skończonej wojnie wrócisz do nas“. Jak mama przyjeżdżała — pytała — czy mi dobrze, nigdy nie mówiłem, że mi źle. — Ale potym mówię: „co, już po skończonej wojnie, — do domu“. A gospodyni mówi: „jak chcesz, to ciebie możemy wysłać“. I pojechać miałem z jedną nauczycielką, ale kupili mi takie buty, co tu jeszcze w nich przyjechałem, to jak założyłem — a wyszedłem, to się obalałem, bo zawsze w łupkach i boso i boso, i w zimę i w lato, a w butach, to jakbym w powietrzu latał, jakbym fruwał. A gospodarz mówi: „Idź do tej nauczycielki“. Ja poszłem, a ta nauczycielka mówi: „przyjdź jutro“. To ja znowu poszłem do domu, a ona znów mówi, że nie pojedzie, że furmanki niema, „a rzeczy mam dużo, sama nie poradzę, dosyć kawał drogi. No i ty na drugi dzień nie przychodź, idź do Mławy i tam na rogu czekaj u żydówki, to ja będę jechać, to ciebie wezmę“. A do Mławy było 2 mile. Ja czekam jeszcze i czekam — już słońce zachodzi — a jej niema. Przyjeżdża fura — i tam człowiek mówi: „pani nie pojedzie dziś, idź do domu“. Ja drogi bardzo nie znałem, bo tam same lasy. Przyszłem do domu, a gospodyni mówi: „jedzie jeden pan znajomy, to cię zabierze do Warszawy“. No to dobrze. Rano wyjechałem z tym panem, dali mi kawałek chleba, jak ten kajet — plasterek i kawałek mięsa usmażyli i z tym to idź w drogę. Schowałem sobie do tego palta, co w nim przyjechałem, popiaszczyło się to wszystko, nawet jeść mi się nie chciało. Ten pan w Mławie miał swoich znajomych bogatych, zabrał ze sobą, ten pan dał obiad, zjadłem i o 6-ej wyjechać mieliśmy. I ten pan kupił bilet dla siebie i dla mnie i pojechaliśmy do Warszawy. I ten pociąg co miał przyjechać na 11-tą w nocy, to przyjechał na drugą. Tramwaje nie jeździły, to nie pojechałem do domu, tylko na stacji zostaliśmy. Zostali do rana — i tak już tramwaje zaczęły jeździć, to wsiadłem i pojechałem do domu. Jak pojechałem, to nikogo nie zastałem. — Ale pani jedna miała klucz, wziąłem klucz, otworzyłem mieszkanie i wziąłem sobie kawałek chleba, zjadłem i wyszłem na wał nad Wisłę. No i mama potym przyjechała z Warszawy i nic nie mówiła. A na drugi dzień przyjechała gospodyni i spytała, czy mię mama nie oddałaby znowu. Ale mama nie chciała oddać, bo mówi, co — byłem przez cały rok, a nic mi nie dali, tylko jedne buty, a tak wszystko, co miałem to swoje. I skończone.
Opowiada Stasiek P.
Bo jak wtenczas tak brali do wojska i my mieszkali w Warszawie i zabrali mojego tatusia i mojej mamie było przykro i my pojechaliśmy, mama, brat mój, siostra i ja na wieś. I my pojechaliśmy do jednej znajomej i przeszło dwa dni tak i później ta kobieta, co my u niej mieszkaliśmy, to wszystko nam kradła i prawie jak moja mama poszła szukać jakiej pracy, a ja poszłem na ulicę i aby została siostra moja, to widziała jak ona ukradła dwie koszulki, to byłyby dobre dla mnie. I później mama moja przyszła i przyniosła 4 jajka. A ona zabrała jeszcze i te rzeczy, które mojej mamie potrzebne. Moja mama upiekła taki ogromny placek i dała mojemu bratu. Mój brat aby zjadł kawałeczek tylko i więcej nie zjadł. I później jak moja mama zostawiła resztę, to mnie dała kawałek, mojej siostrze i podzieliła nas. I później pobyliśmy na tej wsi i później wypuszczały się wojska i mój tata przyjechał. I miał trochę pieniędzy, to kupił kartofli, słoniny i to co było potrzebne, i tam w domu został taki mały garnczek — jak ten kałamarz, włożył to wszystko i ugotował sobie. A później my przyjechaliśmy, a mój tata wyszedł na tę stację, co jest w Warszawie, żeby pomóc mojej mamie zabrać rzeczy i później jak mój tata pomógł, to później tata mój i mama wszystko zanieśli do domu, pościel, garnki, rondelek i mialiśmy jeszcze taki woreczek, jak ręcznik na dużość i później poukładaliśmy wszystko, dzień przeszedł i nadszedł drugi dzień i jak on nadszedł, to moja mama przed obiadem zachorowała. Jak zachorowała, to pełna była taka miska krwi, jak się myjem. I jak to wyżygała i 3 dni w łóżku leżała, przyszedł doktór i kazał żebyśmy ubrali moją mamę i do szpitala oddaliśmy. Moja mama się przedźwigała, bo tyle rzeczy niosła do przystanku. I zaprowadziliśmy do szpitala moją mamę, a jak leżała w szpitalu, to jak u nas były na obiad kartofle na sucho, kotlety i rosół, to my zostawiliśmy, kartofle do rondelka, a rosół do garnuszka i 4 kotlety i wzięliśmy poszliśmy do mamusi i zanieśliśmy, a moja mama była chora na zapalenie płuc. I jak moja mama była chora, to co tylko mialiśmy, jajecznicy, czy co tylko mogliśmy, to wszystko zanieśliśmy mojej mamie. Jak my zanieśliśmy, to moja mama poleżała w szpitalu, to później karetka przyjechała i przywiozła do domu. I doktorzy przychodzili prawie każdego dnia. A moja mama była ciężko chora. Jak była ciężko chora, to był wieczór, tak, to w tej samej sieni mieszkała nasza znajoma, my po tej stronie, co podwórko, a ona z drugiej strony, i u tej znajomej były na kolację kluski i były dobre kluski. No, ta znajoma wiedziała, że moja mama ciężko chora, to ona wzięła, zostawiła i przyniesła mojej mamie na talerzyku. To jak przyniesła, to moja mama zjadła i poszliśmy spać. I później dzień przeszedł, to mój tata kupił (mieliśmy taki mały dzbanuszek, taki biały i taki ładny, a drugi blaszany, a ten blaszany to był z kwiatkami, takiemi wymalowanemi. On był jeszcze dobry, ale trochę dziurawy). Mój tata z tym mniejszym dzbanuszkiem poszedł, jak tylko trochę dzień się zrobił, żeby mleka przynieść, żeby mama gorzej nie zachorowała. To mój tatuś przyniósł mleka w tym garnuszku. Moja siostra się ubrała, ja się ubrałem i jak my się ubraliśmy, to moja siostra wzięła, postawiła gotować, a tata poszedł do sklepiku, kupił kartofli, moja siostra ugotowała — i dała mamie żeby jadła. A mój tata postawił żeby miała, co się napić, jak będzie chciała, a jakby wypiła wszystko mleko, toby wziął tatuś i znowuż kupił. I później ja poszłem na podwórko i moja mama umierała, a ja wcale nie wiedziałem, bo ja byłem na podwórku. Tylko był mój tatuś i moja siostra. A potym moja siostra przyleciała raz-dwa na podwórko, żebym ja wiedziałem i powiedziała, że moja mamusia umiera. Ja raz-dwa poleciałem — stałem koło krzesełka i płaczę. I jak moja mama później umarła i poleżała parę dni, no jak poleżała, to poszedł i kupił trumnę. Kupiłby trumnę prędzej, tylko nie miał pieniędzy. I ludzie przyszli, naschodziło się, mój wuj przyszedł, ciocia moja, chrzestna przyszła. I mój wujek, moja ciocia, mój stryjek, moja chrzestna dali pieniędzy tacie i każden dał pieniędzy; jak dał każdy pieniędzy, to poszedł tata i obstalował trumnę. Potym zawołał stryja, przynieśli trumnę, włożyli moją mamusię i ja naostatku pocałowałem moją mamę. No i jak pocałowałem, to zara mój stryjo i mój tata przykryli moją mamę tym drugim, co się przykrywa i przykryły moją mamę i wcale nie wieźli moją mamę na karawanie, tylko nieśli, tu — taki kij, tu — taki kij, a te kije przykryte takim czarnym były. Postawiły i niesły. I wtenczas był pogrzeb i moja chrzestna mie niesła na ręku. I wtenczas miałem 5 lat. Jak miałem 5 lat, to był pogrzeb. Później zdjęła mię z ręku, a ja szłem. I zanieśli moją mamę na Leszno, jak zanieśli do tego kościoła, co na Lesznie, a w tym kościele, to pracował mój chrzestny. I jak ja miałem 5 lat, to ja wcale nie wiedziałem, że to mój chrzestny, tylko dopiero powiedział mi tata. Jak mnie powiedział, to ja dopiero wiedziałem. Dopiero jak wiedziałem, to wołałem „chrzestną“ a u mojego chrzestnego no to była taka kobieta, żona. I ona była chrzestna i do teraz żyją — I oni mieszkali wpierw na Lesznie i teraz mieszkają na Lesznie. Moja mama jak umarła, to mój tata poszedł do roboty, siostra do szkoły. I wtenczas było lato. Jak było lato to na podwórku obce chłopaki rąbali drzewo i ja stojałem, się patrzałem, a później przyszłem do mieszkania. I później przeszło 3 dni i ja, mój tatuś, moja siostra to żyliśmy bez mamy i było nam przykro i nie miał kto nam gotować, to moja siostra gotowała, ale niedobrze gotowała. I jak niedobrze gotowała moja siostra, to mój tata krzyczał na moją siostrę. I tam na Nowolipkach gdzie my mieszkaliśmy, to tam było aby jedno okno i było wilgoć. I mój tatuś powiedział, że wynajmie inne mieszkanie i wynajął na Średnio Obozowej. I jak wynajął, to tam tak samo było wilgoć. I mój tatuś znowuż powiedział, że się przeprowadzi i przeprowadził się na Średnią. I ta Średnia, to mój tatuś powiedział, że się nazywała Średnia-Czysta. A później były zmienione ulice, to się nazywała inna ta ulica, co my mieszkamy i do teraz. I jak my mieszkamy do teraz, to mój tatuś poszedł na robotę, siostra do szkoły, to ja sam jeden byłem w domu, to mie było przykro i ja płakałem. I ja płakałem i jak mie przykro było, to tatuś przyszedł wpierw nieraz, a siostra potym, ale jak nieraz tylko. I ja poszłem później na podwórko i się bawiłem. Jak się bawiłem, to i siostra moja była na podwórku, a tatuś został w domu i druga nasza znajoma. A tamta nasza znajoma jak się wyprowadziliśmy, to mieszkała na Nowolipkach, a teraz nie wiem, gdzie mieszka. Ja wyglądnąłem oknem, a tam w mieszkaniu był mój tata i moja znajoma, a tam na środku był czekoladowy szczur. Patrzył na moją znajomą i na tatusia i wcale się nie bał. I koniec już.
Opowiada Klimek.
Jak byłem mały, to w Warszawie był głód straszny i mój tatuś wcale roboty nie miał. Akurat mój tatuś był chory wtedy, potym mój tatuś lepiej się czuł i wstał i poszedł do roboty. Ale na drugi dzień znowuż był strejk i mój tatuś znowu roboty nie miał wcale. Ja byłem mały, nie wiedziałem wtedy nawet, co to jest strejk. Ale mój tatuś powiedział: „trzeba będzie gdzie pojechać roboty poszukać“. I mój tatuś sobie postanowił pojechać do Prus. Wziął naszykował sobie do podróży, co było potrzeba i pojechał. Ale za parę dni przyszedł list, że mój tatuś jest chory w Prusach, bo dwupudowa płyta upadła mojemu tatusiowi na nogę i dołączyło się jeszcze do tego zapalenie płuc. I był wtedy jeszcze mój brat, miał 12 lat i moja siostra mała. I wtedy mój brat i moja siostra zachorowali i wtedy za parę dni mój brat umarł w szpitalu i moja mama zaraz napisała do mojego tatusia list, że mój brat umarł. I tatuś jeszcze więcej się tym zmartwił i dostał jeszcze hiszpanki. Ale wkrótce wyzdrowiał i moja mama starała się, żeby mój tatuś przyjechał. I akurat w tydzień przed przyjazdem mojego tatusia umarła moja siostra maleńka. I potym za tydzień mój tatuś przyjechał z Prus. I jak mój tatuś dowiedział się, że moja siostra umarła, jak przyjechał, to i dostał zapalenia płuc trzeci raz i znowuż jakieś dwie choroby się dołączyły i mój tatuś umarł. I potym poznałem, co to znaczy głód. I wkrótce tu przyjechałem.
Opowiada Klimek.
My mieszkaliśmy na Woli u mojej chrzestnej, co miała ogród, i ja zawsze się ganiałem w ogrodzie z chłopcami innemi, to nieraz się przewaliłem, głowę zbiłem sobie, byłem maluśki wtedy. I jak przestała mię głowa boleć, to nazad się ganiałem. I jak przestałem się ganiać, to miałem lat 4 wtedy, to chciałem spać i poszłem do mojej chrzestnej do szopy ogrodowej. I moja chrzestna wzięła mię na kolana, bawiła się ze mną, ja przy tych zabawach usnąłem na kolanach. I moja chrzestna wzięła mię, owinęła w fartuch i w chustkę i położyła mię w truskawki tak owiniętego i śpiącego. Moja mama mię szuka, a moja chrzestna tylko się śmieje, a ja nic nie słyszałem, tylko sobie spałem jaknajlepiej. Dopiero moja chrzestna pokazała mojej mamie, że ja śpię tam w truskawkach, moja mama mię wzięła, zaniosła do domu. Ja się wyspałem, potym wstałem i nazad latałem.
Opowiada Staś.
Bo jak ja byłem mały jeszcze, to mama Janka i Józka zaprowadziła na Smolną zapisać ich i ze mną też poszła. Szliśmy tam na Smolną, przechodziliśmy przez ten most szklany. I tam było takie biuro i mama poszła zapisać nas. I ta pani się spytała, ile ja mam lat. A mama powiedziała, że mam 5 i mnie ta pani powiedziała, że jestem za mały. I tylko przyjęła Józka i Janka. I zaraz mama tamój zostawiła ich, a ze mną poszła do domu. I na drugi dzień w niedzielę z mamą chodziliśmy tam. I tata raz im nagotował klusek i tamój stróż — jak przyszedł tata, nie dał wcale wejść. I mój tata podał przez bramę. A jak oni jedli, to się wszyscy dzieci patrzeli i mój tata mówi: „daj mu, daj mu, do Janka, tym dzieciom daj, ale wszystkim nie mógł dać, bo za mało przyniósł. I później poszliśmy do domu i mama nagotowała obiadu i zjedliśmy, i ja i tata poszliśmy na taki plac, co się nazywał „Nędza“. I na drugi dzień poszłem do szkoły i później na obiad przyszłem ze szkoły, zjadłem obiad i nazad poleciałem z chłopcami na te pole, polecieliśmy, wleźliśmy na parkan, a ja byłem mały i się bałem wejść. I ja stałem na ziemi, a drudzy weszli na parkan. Zeszli tamój na ten cmentarz ewangielicki i żydowski i tam zaczęli rwać jabłka i do mnie przerzucali. A ja chowałem za pazuchę, do czapki, do kieszeni. I później oni zleźli i się temi jabłkami podzieliliśmy. On dostał trochę, ja dostałem i insi chłopcy. Jedni zjadali tamuj, na tym polu, a ja zaniosłem do domu, wybrałem zgniłe i poleciałem na te pole, do tych chłopców i zrobiliśmy od siebie duże odstępy i zaczęliśmy się ciskać temi zgniłemi jabłkami. Mię jeden chłopiec uderzył zgniłym jabłkiem w twarz. Aż te jabłko się tak rozleciało. Łzy mi poszły i znów zaczęliśmy się bić. Ja do niego podskoczyłem i tego samego chłopaka uderzyłem w oko. I on się popłakał, a ja powiedziałem: wet-za-wet, czapka za kapelusz. — Tyś mię uderzył, a ja ci oddałem. I potym pogodziliśmy się i się biliśmy znowu jabłkami. I już jak skończyła się zabawa, przyszłem do domu i już mama ugotowała jabłka. A ja miałem tutaj na twarzy taki znak i mama się spytała, od czego ja to mam. A ja powiedziałem, że się biłem jabłkami i mama powiedziała, żebym już tam nigdy nie chodził na jabłka, i żebym nie kradł cudzej własności. A ja powiedziałem, że ja wcale nie kradłem, tylko stałem na tym polu, a chłopcy drudzy mi jabłka ciskali. I mama powiedziała: „to trzeba im było powiedzieć, żeby oni też nie brali jabłka cudze“. Zjadłem te jabłka gotowane, co przyniosłem i poszłem latać na podwórze. I potym tata przyszedł z fabryki i mama ugotowała kolację, zjedliśmy i przyszedł mój brat z roboty — i go głowa bolała, kolki go kłuły i się położył. Na drugi dzień zachorował i leżał w łóżku w domu tydzień i tata odwiózł go do szpitala. I doktór powiedział, że się podźwigał i mu się może przywiąże suchoty. I tak się stało, że dostał mój brat suchotów. W szpitalu leżał 4 dni i umarł. Potym mój tata obstalował trumnę, kupił ubranie, trochę dał swojego, ale mój brat był większy od mego tatusia i tęższy. Spodnie pasowały na mego brata. I mój tata i tamten posługacz w szpitalu do trumny i położyli trumnę do kaplicy na katafal. I leżał jeden dzień, i w niedzielę tata pochował go. Poszliśmy piechtą do samego Brudna. Mię nogi boleli, aż zaczęłem płakać. I mój tata mie posadził na karawan, na ostatni schodek; jak mnie już nie boleli nogi, zeszłem z karawanu i dalej szłem. Potym pochowali mego brata i nazad powrócili do domu. Potym się wszyscy zebrali znajomi i w mieszkaniu jedli, pili, a mój tata rękę położył na głowie i nic nie mówił. I mama tak samo. A ja usiadłem na taburecie, i gramofon był i ja grałem. I mie prosili, żebym grał co wesołego, a ja nie grałem, tylko grałem żałobne. I dawali mi po złotówce, po kopiejce, że ja sobie uskładałem rubel. Na drugi dzień tata poszedł do roboty, przyniósł wypłatę i mie dołożył i na drugi dzień poszedł tata na plac i mie kupił nowe ubranie. Przyszłem do domu, pokazałem mamie, i spodnie byli dla mnie za długie. I mama wzięła mie skróciła. I miałem na niedzielę. Potym tata poszedł do roboty, i przychodzi kartka ze stróżem (tu ja opuściłem trochę, bo moja mama zachorowała, i tata zawiózł do szpitala. Wtenczas wcale niewolno było chorych wsadzać do karety Pogotowia i mój tata musiał z moją ciocią pod pachy zaprowadzić do szpitala Św. Ducha). I tam już pisze —, że kartka przyszła ze szpitala, że mama umarła. Zaraz tata się zwolnił z roboty, pożyczył od majstra pieniędzy na trumnę dla mamy, i majster pożyczył, tata poszedł do tego samego, co robił dla mojego brata i zrobił taniej, bo był znajomy. — I na drugi dzień ten pan przyniósł te trumnę i tata zaniósł do trupiarni do szpitala, żeby włożyli. I tata i tamten pan włożyli do trumny i zanieśli do kaplicy Św. Stanisława, bo tamój nie było kaplicy. I poszedł tata do takiego dużego domu i tamój był karawanista i zapłacił, żeby na niedzielę przyjechał do tej kaplicy. Niedziela nadeszła, i ja, i mój tatuś i insi ludzie znajomi poszli do kaplicy, czekajom i , a karawanu niema. Jeden karawan nadjeżdża, mówią: o — już jadzie! patrzą, — blisko kaplicy — a on zamiast wstrzymać, jadzie prędzej. Te wołają: niech pan się zatrzyma, to tutaj! Ten oczy wytrzeszczył i się patrzy. A mój tatuś mówi: to nie ten. Patrzą, a tu nadjeżdża ten sam, co tata go obstalował. Stanął, wynieśli trumnę, postawili na karawan, związali pasami i nazad pojechaliśmy. Mój tata chciał zrobić jeden grób, ale miał mało pieniędzy i już tamój na tym miejscu nie było, gdzie mój brat leży. — I tata obstalował na nowe pole, bo tamte już było zajęte. Pochowaliśmy i nazad każdy z płaczem powrócił do domu. — A mój tata nie płakał, tylko łzy lecieli. Bo mu było wstyd, że chłop płacze. Przyszliśmy do domu, a mój tata niema wcale pieniędzy i chciał sprzedać komodę. Mój wujo zaraz z wózkiem podjechał pod bramę, wchodzi do mieszkania i pyta się: Ile pan chce za te komodę? A mój tata mówi: „ja wcale nie chcę sprzedawać, tylko sobie tak pomyślałem, czyby czy nie“. I zaraz inni zrobili plotki, że tata chce sprzedać komodę. I mój wujek wyszedł i nazad musiał się wracać z pustym wózkiem. Na drugi dzień tata poszedł do roboty i mie chciał zamknąć w domu. A ja powiedziałem, żeby mi tata dał klucze, to ja się będę bawił na podwórku. I tata zamknął drzwi i mie dał klucze. Dzieci się bawili, a mnie nic nie zajmowało, tylko siedziałem pod murem i jak sobie tylko przypomniałem, że mama umarła to zaraz zacząłem płakać. I każdy się pytał czemu ja płaczę i ja wszystko opowiedziałem. I mówili: „jesteś a“. Potym tata przyszedł z roboty i myśli, coby zrobić, żeby ktoś gotował nam. A ja powiedziałem: niech babcia przyjdzie gotować. I powiedziałem, bo babcia jest u cioci i sprzedaje cukierki (to była mama cioci) i ciocia nakupowała cukierków i dała koszyk i sobie babcia sprzedawała cukierki pod murem i babcia moja wciąż pod murem siedziała, od samego rana do samego . To ja czasem tam poszłem i babcię zastąpiłem, żeby babcia pochodziła i żeby sobie rozgrzała nogi, bo jak sama, to musi tylko siedzieć, bo jak przejdzie, to może jaki chłopak podskoczyć i wziąść cukierków. Czasem to moje babcie oszukiwali, bo nie widzi — i weźmie jakie parę cukierków, schowa za rękaw i mówi: „widzi pani — cztery“. A moja babcia nie widzi, że ma za rękawem. I potym tata poszedł do cioci i powiedział, żeby babcia przyszła nam gotować obiad, albo kolację, albo śniadanie i będzie babci lepiej, niż siedzieć pod rogiem i cukierki sprzedawać. Moja ciocia się oburzyła i nic nie powiedziała. A mojej babci było żal mię i przyszła do nas gotować. Na drugi dzień tata poszedł do roboty i babcia przyszła, wprowadziła się i ugotowała kolację. Tata przyszedł, patrzy, co tak ciasno. I zobaczył tata babcię, że gotuje, ucieszył się strasznie, że już się nie będzie mordował. Potym babcia zachorowała. Poszedł tata do roboty, ja do szkoły, i babcia leżała sama. — I ja przyszłem ze szkoły, zjadłem co się zostało ze śniadania, obrałem kartofli, wziąłem, napaliłem ogień, w garnczek nalałem wody, wziąłem, wstawiłem. Tata przyszedł, dogotował do końca, przyniósł tata bułkę dla babci, bo nie mogła jeść zupów. Ja chodziłem na Żytnią, na obiady z garnuszkiem. I zawsze zjadłem trochę i jak było dobre, to resztę przyniosłem taty. I tam nie gotowali kartofli i tylko kapusta sama, brukiew takie kawały, jakby rąbali siekierą. To mój tata powiada, że się nie opłaci chodzić na obiady. I ja przestałem chodzić. Potym babcia wyzdrowiała, wstała i nazad gotowała. Tata się rano pokłócił z babcią, zjadł śniadanie i poszedł do roboty. Przyszedł wieczorem. Dostał wypłatę, oddał wszystkim panom, co pożyczył i w niedzielę rano tata że mną poszedł na plac, kupił mięsa, bułki, słoniny, kapusty i nazad przyszedł. W sobotę tata kupił — jak to się — tego schabu i babcia rano w niedzielę na śniadanie usmażyła. Zjedliśmy śniadanie ja i tata, poszliśmy do kościoła. Wróciliśmy, zjedliśmy obiad, przyszedł dziadek i zaczął mój tata i dziadek grać w karty. I potym przyszedł wujo i też grał. Mój wujo, jak wygrywał, to wołał — la-la-la. — A jak przegrywał, spuścił głowę na dół i nic nie mówił. A mój dziadek, to lubił zawsze pić wódkę. I powiedział do mojego tatusia: , Janek, idź po sznapsa“. — I mój tata poszedł, kupił wędliny, wódki i nazad wrócił. Mój dziadek lubił pić wódkę czystą, a mój tata mówił, lepiej zrobić grzankę. A mój dziadek nie chciał, a mój tata powiedział: — grzanka jest lepsza, bo ta wszystka trucizna się wypali. I mój tata zrobił grzankę z moją babcią i potym się rozeszli i mój dziadek od tego, że zawsze pił wódkę samą, oślepiał i tera chodzi z kijkiem i szturga — toruje sobie drogę. Mój tatuś i ciocia zapisali mojego dziadka do przytułku starców. I mój dziadek w przytułku zachorował na oczy. I z przytułku zaprowadzili mego dziadka do szpitala. I mój dziadek wyzdrowiał i nazad zapisali do przytułku. Potym mój tata pojechał do tego pana tam na wieś, co był Janek i Józik (ze Smolnej wysłali Janka i Józka na wieś). Mój tata wchodzi — Janka nie poznał. A Janek tatę poznał. I się rozpłakał; bo cały rok nie widział; i potym Janek zaprowadził tatę do Józka. Józiek też się popłakał; Janek to miał dobrze, bo spał w pokoju, a Józik musiał spać w stajni. Tylko Janek raz spał w stajni, bo jakaś pani przyjechała i spała na jego miejscu. Na drugi dzień tata patrzy, a Janek bierze kota pod pachę i idzie spać. Ten kot tak się przyzwyczaił, że zawsze z nim spał. I tata w ten sam dzień odjechał. Na Wielkanoc tata tam pojechał drugi raz z ubraniem i ich zabrał. Mój tata szedł, a ja się bawiłem na , tatę poznałem a ich nie. Ani oni mię. A tata mówi: wiesz, kto to jest? — Ja powiedziałem: — nie. A to jest Józiek i Janek. I zara poszliśmy do domu, Józka pan dał jemu pół bochenka chleba, masła i ser. I Jankowi dał pan jego też chleba, masła i jajek. I tata razem wziął, masło złożył i chleb, a jajka wziął do kieszeni. Zawinął w papier, sznurkiem obwiązał i poszli. Potym przychodzi list, nie, nie list, przychodzi p. Marysia do nas, bo się pytali w związku, kto ma dzieci i chce zapisać i mój tata nas zapisał. P. Marysia przyszła, oglądała kajet, spytała, jak się nazywamy, my powiedzieliśmy, p. Marysia zapisała nas i w inszej książce coś zapisała. — W piątek rano, nie rano, a wieczorem przyszedł list, żeby przyjechać tutaj. I my graliśmy w malowanki i przyszedł ten list i Józiek zobaczył i nie chciał dać Jankowi, a Janek wziął malowanki i powiedział: jak mi nie dasz przeczytać, to ci podrę. A Józiek powiedział: jakbyś tylko podarł tobyś dostał! I od tego do tego i zaczęli się bić. I nasampierw się bili paskami, a potym Józiek uderzył go paskiem mocno, i Janek złapał popielniczkę i chciał go uderzyć, ale babcia podskoczyła i zabrała popielniczkę i on zaczął na babcię przeklinać — „psiakrew cholera!“, na I poskoczył do kuchni, złapał pogrzebacz i Józka uderzył. A Józiek zapłakał się i nic nie mówił. Usiadł na krzesełku i płakał. Tata przyszedł, a Józiek już przestał płakać. I babcia opowiedziała wszystko, jak się bili, a tata powiedział: już się was pozbędę! Już nie będę miał kłopotu i kłótni. — A tamój to was krótko trzymać będą, takich łobuzów. — I w sobotę rano, jeszcze było ciemno — wstaliśmy, umyliśmy się, — włożyliśmy czyste ubranie i powiedział tata, żeby nie powiedzieli na nas, że „brudasy“. A teraz będę mówił jak nas tata zaprowadził do pana doktora. Zaprowadził tata nas do pana doktora, weszliśmy do pokoju, poczekaliśmy w takim biurku, co tam byli książki, pióra i był tamój taki pies, co trzymał w zębach papierosy. Posiedliśmy na otomanie potym wchodzi p. Marysia i pan doktór. Pan doktór się rozebrał, usiadł na krzesełku i kazał nam się rozebrać do połowy. My się rozebraliśmy, podeszliśmy do pana doktora, pan d. nas zbadał i kazał nam siąść na takie krzesełko, co się kręci naokoło i co można zrobić niskie i wysokie. Zrobił p. D. niskie, kazał mi usiąść, podniósł mię do góry z tym krzesełkiem, pokołował mię i powiedział: dobrze się kołować? A ja odpowiedziałem: dobrze. I mie się wypytywał, co ja robiłem, czy jestem grzeczny, czy urwis, czy się bije z którym, czy któremu głowę rozbiłem, czy któremu guza nabiłem. A ja odpowiadałem: biłem się, guza nabiłem, Jankowi głowę rozciąłem. I Janka też się wypytywał i Józka. I już...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wspomnienia z maleńkości.
