Read here

Wrażenia więzienne

Gustaw Daniłowski · 1908 · Free in the US

36,644 words · about 2 h 34 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1908 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Wrażenia_więzienne&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Gustaw Daniłowski
Language
Polish
Published
1908
Length
36,644 words · about 2 h 34 min
Sections
27 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (27)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 17 min
  3. Wstęp about 1 min
  4. Ratusz under 1 min
  5. I about 4 min
  6. II about 2 min
  7. III about 5 min
  8. IV about 2 min
  9. V about 3 min
  10. VI about 6 min
  11. VII about 1 min
  12. VIII about 2 min
  13. IX about 2 min
  14. Pawiak under 1 min
  15. I about 3 min
  16. II about 4 min
  17. III about 7 min
  18. IV about 8 min
  19. V about 4 min
  20. VI about 2 min
  21. VII about 1 min
  22. VIII about 6 min
  23. IX about 2 min
  24. X about 3 min
  25. XI about 3 min
  26. XII about 6 min
  27. XIII about 1 min

Continue:

Front matter

G. DANIŁOWSKI

WRAŻENIA

WIĘZIENNE

całość

G. DANIŁOWSKI

WRAŻENIA

WIĘZIENNE

LWÓW 1908

NAKŁADEM KSIĘGARNI POLSKIEJ

BERNARDA POŁONIECKIEGO

ODBITO W DRUKARNI NARODOWEJ W KRAKOWIE.

WSTĘP.

iszę te kartki w cudnej, otwartej na południe dolinie, w otoczeniu poszarpanych nagich szczytów, które się zdają zbiegać ku Gardeńskiemu jezioru, aby przejrzeć się w błękitnem zwierciadle. W liliowe godziny zmierzchu, gdy się klangor dzwonów rozpłynie łańcuchami skał jak po organach akord ostatni, sinawym cieniem obrosną góry, usną kwiaty i legnie wiatr, gdy cisza umarła zastyga w cyprysach i w ciężkich bluszczach nad ziemią winnic się zwiesza — myśli wstecz ulatują, jakoby obłoki żalu, smutku, westchnienia. Dano mi oglądać przezrocze głębiny nieba, jasne pochody słońca, złoty posiew gwiazd, wolny przestwór słodkiego powietrza, które goi piersi i — jednocześnie wiedzieć, że ci, co ze mną i znacznie wcześniej weszli w zgniłe kazamat jaskinie, trują się dalej w każdą sekundę oddechu, patrzą przez kraty w blaszany kosz, w ślepy, spleśniały kamień, co krok potrącani przez szorstkie ręce, bezmyślne kolby żołdactwa, jątrzeni ustawicznie przez opryskliwe „nielzia“, „kudy leziesz“ — brutalne przekleństwa więzienia. Gorzka myśl o tym mąci mi rzewne kwietniowe wieczory; czuję, jak gdyby chłód niepokoju w sercu i zmarszczkę troski, że tak jest, jak jest. Pragnę zagłuszyć dolegliwości duszy tą drobną pracą, którą jakoby okup grzechu uwolnienia poświęcam wam, towarzysze, znajomi i nieznani, w dowód żywej sympatyi i niewygasłej pamięci.

'

łaśnie byłem zajęty rozbieraniem się, gdy wśród nielicznie jeszcze zgromadzonej publiczności wszczął się niezwykły rozruch i trwożliwy popłoch, który uśmierzył jakiś głos: — Proszę się uspokoić, odczyt jest najzupełniej legalny!... Domyśliłem się z tych słów, że ma wkroczyć policya. Zwykły szmer, panujący w większych zbiorowiskach ludzi, zastygł. W napiętej ciszy słychać było na schodach głuche, ciężkie dudnienie zbliżających się szybko kroków. Pchnięte drzwi rozwarły się gwałtownie i nie wszedł, a raczej wkroczył oddział żołnierzy z nastawionymi bagnetami i rozsypał się w półkole. Z grzmiącym okrzykiem: „ręce do góry!“ wysunęło się na czoło kilku ajentów z brau- ningami, gotowymi do strzału, za nimi policya. To niespodziane wtargnięcie siły zbrojnej, wywołało uczucie nie strachu, ale zdumienia; leniwie, niejako od niechcenia, za przykładem innych podniosłem ręce. Przedstawiciele władzy byli najwidoczniej mocno zdenerwowani, znać było, że atakując salę, przeżyli krytyczny moment i są jeszcze przerażeni widmem niebezpieczeństwa. — Broń! Wydać broń, a to wszystko jedno znajdziemy! domagał się namiętnie wysoki brunet, grożąc rewolwerem to tu, to owdzie. Okazało się jednak, że nie stanowimy żadnej fortecy i poddajemy się odrazu, jakkolwiek nie bez szemrania. — O co chodzi? Tu ma być zaraz odczyt legalny, zameldowany — oto — posypały się liczne interpelacye, równie skuteczne jak w Dumie. — Znamy się na takich odczytach, — proszę się uspokoić, — zwrócił się brunet do jakiejś pani energicznie protestującej — a to oni was zaraz uspokoją — wskazał na szeregowców pułku litewskiego, którzy w czapkach na bakier, z wojowniczemi minami, trzymali karabiny w gotowości bojowej — poczym wódz odsapnął, schował brauning i szybko wojowniczy nastrój jął się przeobrażać w mniej naciągnięty, a wreszcie w poufały bezceremonialny stosunek. Cywilni naczelnicy armii zabrali się żwawo do pełnienia swych właściwych obowiązków. Obszukano skwapliwie salę fabryczną, poobdzierano ze ścian fotografie, napisy, skrzętnie pozbierano z podłogi, walające się strzępy papieru; podczas tego uwijania się macano zlekka po kieszeniach obecnych, przyczym szef wyprawy rzucał mimochodem podstępne pytania i witał żartobliwie ludzi w podobne sytuacye już raz zawikłanych, w sposób prawie życzliwy, niby starych znajomych, spotkanych po latach. W liczbie innych — zwrócił się do mnie: — Ach i pan tu? — wymienił nazwisko — znikł mi pan z oczu dość dawno, nie spodziewałem się Go tu zastać. — Skąd pan mnie zna? — zdziwiłem się. Uśmiechnął się filuternie: — Dużo pan ma dzieci? — spytał. — Dwoje — odparłem wchodząc mimowoli w zwyczajny towarzyski stosunek. — Tylko? Mignęło mi wspomnienie rewizyi z przed siedmiu laty, przypatrzyłem mu się uważnie, — gdzieś tę twarz widziałem, musiał to być jednak podówczas mizerny początkujący, zwyczajny szpicel, na którego się nie zwracało uwagi — obecnie zaś wyraźnie podszedł w górę i przedstawiał się jako okazały, w sile wieku szykownie ubrany mężczyzna, gładki w obejściu, o sympatycznych dużych oczach, patrzących bystro i nieco z ukosa. Gdy nas poczęto przepuszczać do następnej sali, rewidując w wązkiem przejściu, dyrygował tą czynnością zręcznie niby od niechcenia, a jednak dokładnie, słowem był to już wyrobiony artysta w swoim zawo- dzie, a nie ordynarny pachołek. Plon poszukiwań okazał się do kompromitacyi mizerny: na sześćdziesięciu ludzi zaledwie kilka egzemplarzy nielegalnych wydawnictw, — u kilku osób papiery niezupełnie w porządku — oto cały materyał do protokułu, pomimo to pisaniny starczyło na dobrą godzinę. Wreszcie wciągnięci w rubryki — obywatele, już, jakby bez duszy, bo pozbawieni paszportów, znaleźliśmy się na podwórzu fabrycznem w kordonie żołnierzy. Tu komisarz wygłosił krótką mówkę mniej więcej następującej treści: — „Tylko proszę nie próbować czasem rzucić się w rozsypkę, bo się to może smutno skończyć, w dodatku zobowiązałem się z tą niewielką siłą odstawić was na miejsce przeznaczenia, sądzę więc, że nie zechcecie zawieść położonego w was Spojrzeliśmy na rosłych „Litowców“ — miny ich były na tyle godne zaufania, że na komendę: „szagom marsz“, ruszyliśmy po- słusznie środkiem ulicy, grzęznąc po kostki w śniegu. „Szlify“ kroczyły trotuarem, cywilna ochrana oddaliła się sankami. Przez bezludną Przemysłową wydostaliśmy się na Piękną — i zawróciliśmy na Kruczą, gdzie wypadło mi zaledwie o kilka kroków mijać dom, w którym mieszkałem. Przyznam się, że korciło mię nadzwyczajnie zboczyć cokolwiek i znaleźć się przy biurku, na którem zostawiłem niedokończoną korektę powieści, zdjąć przemoczone kamasze i wleźć w cieple pantofle; byłem zziębnięty, znużony i głodny. Pociągnąłem wzrokiem po oknach, gdzie zwykle płaszczyły buziaki dwie dziecinne główki... Nie było ich tym razem. Muszą siedzieć przy stole — pomyślałem, zwalniając bezwiednie tempo marszu. Przed bramą stał stróż i śledził ciekawie nasz pochód, gdy mnie dostrzegł, żachnął się w tył, podniósł rękę do czapki i zastygł w niezdecydowanej pozycyi, osłupiały z otwartemi ustami. Miał minę tak komicznie zdumioną losem lokatora z pierwszego piętra, żem się uśmiechnął i kiwając mu porozumiewawczo głową, dawałem znaki giestami, by zawiadomił rodzinę. Było to jednak zbyteczne, posłyszałem bowiem nagle za sobą przeszywający głos: — Gutku! Bez kapelusza i okrycia, w domowej bluzce wybiegła z bramy żona moja i rzuciła się do kordonu. — Uchodi! — oburknął grubijańsko żołnierz. — To mój mąż! — Uchodi! — powtórzył nastawiając bagnet, a gdym się chciał zbliżyć, schwycił mnie za rękaw i wepchnął w szeregi. Zrozumiałem, że ruchy moje nie należą już do mnie, że się zaczyna „tykalność osobista“ w ścisłem znaczeniu tego wyrazu. Za chwilę jak stado zostaliśmy wpędzeni w brudną bramę cyrkułu, gdzie stło- czeni w ciasnej jakiejś norze czekaliśmy na ciąg dalszy. aiwne nadzieje nasze, że z cyrkułu rozejdziemy się do domu, nie sprawdziły się. Komisarz oświadczył, że powędrujemy do ratusza, skąd prawdopodobnie puszczą nas na wolność, radby więc nas wyprawić jak najprędzej, ale musi czekać na konwój. W swej łaskawości pozwolił nam przez stójkowego sprowadzić trochę wędliny i chleba. Posilając się, gawędziliśmy z żołnierzami, trzymającymi straż, którzy w rozmowie przedstawiali się dość sympatycznie, zwłaszcza jeden z lejbgwardyi „liberalniczał“ bardzo wyraźnie. Uskarżał się na uciążliwość i przykrość służby policyjnej, którą pełni z musu, cieszył się, że za parę miesięcy kończy mu się termin i stanie się takim samym cywilnym jak każdy z nas — umiał nieźle po polsku. — A zostalibyście tu? ktoś spytał. — Za nic — odparł — tu na każdego „sołdata“ patrzą jak na psa — są „sukinsyny“ ale przecież nie wszyscy!... — A ci?! — wskazaliśmy na rotę „czernigowców“, która wkroczyła na podwórze i wyciągnęła się w dwa szeregi. — Liniowe pułki — machnął lekceważąco ręką — wiadomo, chrząszcze, i zawołany oddalił się. Przyglądaliśmy się ciekawie tym szarym chrząszczom w czapkach z czerwonymi lampasami, którzy na znak „wolno“ częścią rozpełzli się po podwórku, włócząc za sobą karabiny, jak stróż miotłę, częścią zbiwszy się w gromadkę przed naszemi oknami dokazywali, częstując się obficie sujkami, klnąc co moment w mać i parskając głośnym śmiechem. — Niebardzo mi się podoba ta ich wesołość — zauważył ktoś doświadczony — ci „proletaryusze w mundurach“ gotowi i nas szturchać po drodze... oficera w dodatku niema. — Oficera? — Co oficer! — jął opowiadać jeden z robotników — jak nas gnali do fortów wołyńce, był oficer... przez miasto nic, ale od Zakroczymskiej dalej grzać, aż trzeszczało — wołamy „nas bjut“ a ten nawet się nie obejrzał, tylko krzyknął: „ej tam — polegcze ich“, no i zaczęło się... rany boskie, ja byłem w środku, tom tylko parę „przykładów “ oberwał, ale ci z brzegu orali nosem ziemię.... — „Pożałujtie“ — przerwał rewirowy. Wyszliśmy i ustawiliśmy się czwórkami, ze wszystkich stron otoczyło nas wojsko szczelnym szpalerem. — „Smirno“! — warknął feldfebel. — Smotritie, ubit’ możetie, no bit’ nielzia — rzekł głośno komisarz. — Na pleczo! Szagom — marsz! Szczęknęły karabiny i jak w sztachetach z bagnetów, ruszyliśmy znowu środkiem ulicy. Było już po siódmej. Błyszczały sznury latarni, gorzały witryny sklepowe, wesoło brzęczały sanki, prószył drobny śnieg i ubielona publiczność snuła się trotuarami. Obserwując ją, miałem sposobność przekonać się, jak dalece Warszawa przyzwyczaiła się do tego rodzaju widowisk, jakie stanowił nasz kondukt. Przyglądano nam się prawie obojętnie, ten i ów obejrzał się, rzadko kto przystanął, ani śladu tego tłumu gapiów, który dawniej eskortował pojedynczo aresztowaną osobę. W jednem miejscu tylko jakieś dwie kobiety w chustkach zaczęły głośno lamentować: — Jezu, Jezu, znowu tylu prowadzą — takie młode panienki, i szły chwilę za nami zawodząc i narzekając. Żołnierze wciąż pokrzykiwali: „nie raztiagiwajsia! płotniej, płotniej“! usiłując zbić nas w jak najściślejsze szeregi, które rozciągaliśmy z umysłu, chcąc wywołać pochodu silniejsze wrażenie, urządzić rodzaj manifestacyi. — Czyżby kto istotnie?... posłyszałem na Szpitalnej wyraźny łopot sztandaru: wysoko chwiała się biała płachta z napisem: „Wielki kiermasz“!... Zapatrzony popsułem szyk. — Nie raztiagiwiajsia! płotniej! — wrzasnęło mi nad uchem. Koło teatru zator dorożek zmięszał nasze szeregi, uporządkowaliśmy się dopiero na placu i okrążywszy ratusz, wstąpiliśmy w gościnnie rozwarte podwoje. odwórze, zuchwalsze pokrzykiwania żołnierzy, żelazne wrota, drzwi i znaleźliśmy się przed siatką drucianą, oddzielającą sień od kancelaryi. Połów dnia tego niewątpliwie udał się. Ludzi było jak nabił ze wszystkich warstw, począwszy od szykownych melonów, jesionek i kaszkietów, do oberwanych łachmanów. U kratek formalny ścisk, jak przy jakiej kasie, za nimi kilku mizernych urzędników przy lampach coś pisze. Stójkowy drzemie na stołku i budzi się na widok zbliżającej się ciężko góry sadła opiętej w mundur. Był to pełniący obowiązki naczelnika policyjnego aresztu „starszy nadziratiel“ przezywany „księdzem“, zbliżył się do kratki na ile mu pozwalał wystający daleko obwisły brzuch i mrużąc filuternie zapłynięte z jasnemi rzęsami wieprzowate oczy, począł przyglądać się stłoczonym szeregom. Na rozlanej, kompletnie pozbawionej zarostu twarzy, błysnął wyraz zadowolenia. — „O skolko znakomych“? — zasapał, oblizując wargi i wydobył ze siebie króciutki rechoczący śmiech, podobny do „brekekeks“ wodnika z „Dzwonu zatopionego“ Hauptmana. Podał stójkowemu papiery i ten począł jednostajnym głosem wywoływać nazwiska. Wywołani wchodzili za kratę, tu opisywano ich, poddawano ścisłej rewizyi i wy- pychano przez drzwi na lewo. Ksiądz lustrował aresztowanych i często oblizywał się i przymykał oczy. — A wasza naturalnaja familja? — zapytywał niektórych, gdy więzień wymieniał nazwisko. Więzień powtarzał poprzednie. Brzuch się zlekka wstrząsnął i jak z beczki rozlegało się głuche — he, he, he, wot stranno, a preżdie, pomniu, była drugaja... — Wsiech ich na wierch w obszczuju! — wydał rozporządzenie i człapiąc pantoflami przelał się w głąb kancelaryi. Wreszcie przyszła kolej na mnie. Imię, nazwisko, żonaty, stan, imię żony, dzieci spisywał urzędnik do tego stopnia mechanicznie, że po odpowiedzi „literat“ (pisatiel) spytał, jak wypadało z rubryki — gramotnyj? Musiałem być bardzo wyczerpany, bo ohydną rewizyę przeniosłem dość spokojnie, dotkliwe wrażenie łagodziła w dodatku absolutnie zobojętniała, rozpaczliwie znużona, prawie nieszczęśliwa mina oprawcy, który gdzieindziej patrząc, wprawnie przetrząsa! kieszenie, wyławiał, co mu wpadło w rękę i odkładał na bok. Pozbawiony portmonetki, zegarka, szpilki do krawata, zostałem przepuszczony przez drzwiczki do mrocznego korytarza, gdzie udało mi się zdobyć wolne miejsce na jedynej stojącej pod ścianą ławce. Odpoczywając słyszałem urywki rozmów. — Poznał mnie cholera... Monetę masz... papierosy wolno... Słuchaj Stefek, jakby złodzieje chcieli skikać, to wal odrazu w mordę. Nawaliło dzisiaj!... Niedziela!... Czerwony, drań, sypie!... — Na wierch, na wierch! — wołał z góry strażnik. Nie spieszyło się jednak nikomu. Przez drzwi przybywało publiczności. — Stupajtie na wierch — leciał krzyk, obficie przeplatany najpopularniejszym z rosyjskich przekleństw. — Chodźcie! — trącił mnie poznany w drodze inteligent — dam strażnikowi w łapę pół rubla, dostaniemy lepszą celę. Weszliśmy na korytarz pierwszego piętra, gdzie mieszczą się tak zwane kamery ogólne. — Panie starszy — zapytał towarzysz — a jest tam jakie miejsce? — A jakże... będziesz pan stał pod ścianą! — burczał strażnik, obejrzał pieniądze, wzruszył kłopotliwie ramionami i mruknął — cóż, chyba pod dziewiątkę... Minął obite blachą drzwi, za któremi wrzało jak w ulu i otworzył następne. Buchnął zaduch. Górą przeciągał ostry, zimny wiatr. Ujrzałem czarną czeluść pełną pary i dymu i zbitą masą ruszający się ku nam tłum. Przed oczyma wynurzała się jakaś spocona, blada, piegowata twarz z nastraszonym rudym włosem. — Krawcy? krawcy? — dopytywały się gorączkowo spalone usta. — Drzwi! — przekrzykiwał ktoś gwar, bo łeb urywa!... — Cóż to nie widzisz, że nie krawcy? — reflektowano rudego i zwalił się grad zapytań; gdzie? skąd? czy duża wsypa? Stojąc w tłoku, opowiedzieliśmy pokrótce całą sprawę i odrazu, z racyi aresztowania na Przemysłowej, uzyskaliśmy przydomek — „Przemysłowców“. „Dziewiątka“ przedstawiała średniej wielkości brudny sześcian o szarych spleśniałych murach. Całe umeblowanie stanowiła umieszczona w kącie czcigodna parasza, zwykła kadź bez przykrywy, i nary, kwadratowy nizki stół, nieco pochyły na obie strony. Nad nim niby szubienica na dwóch pionowych belkach, wznosiła się poprzeczna, na której wisiały przerzucone części garderoby i kopciła zwyczajna kuchenna lampka. Od brzegów nary do ściany pozostawało wolne przejście szerokości dwóch łokci, które opasywało naokoło ten sprzęt cudowny, zastępujący stosownie do okoliczności stół, ławkę i łóżko. Kamerę zamykały obite blachą drzwi z tak zwanym „judaszem“, czyli wązką szparą z zasówką od zewnątrz. Dwa wysoko umieszczone okna wielkości ciasnego oberluftu, miały tylko kraty: ramy z szybami zostały wyjęte. To też ciągnął od nich zimny prąd powietrza z iskierkami śniegu. Bez tej stałej wentylacyi można by się udusić, w celi bowiem przeznaczonej maximum na dwunastu ludzi sądząc z liczby sienników, które mogły się pomieścić po obu stronach nar, znajdowało się obecnie czterdzieści kilka osób. Strażnik miał słuszność, zapowiadając, że wypadnie „stać pod ścianą“. Nieliczni szczęśliwcy siedzieli, reszta podpierała ratuszowe mury. Wkrótce po naszem przybyciu zaczęto myśleć i o noclegu, który mi się wydał nieprawdopodobnem przedsięwzięciem. Przystąpiono jednak do tego projektu na seryo, układano sienniki, spierano się, ilu ma spać na jednym, kto na ziemi, kto na wysokościach? Mnie, jako gościowi, postanowiono jednogłośnie udzielić miejsca na narach. Z brzegu położyli się najsilniejsi i najtężsi z więźniów, by ruch, który udziela się wszystkim, gdy drgnie jeden, nie był w stanie ich zwalić; następnie podłożywszy zwierzchnie ubranie pod głowę i zdjąwszy buty, kładliśmy się kolejno, jak sardynki w pudełku, w literalnem tego słowa znaczeniu: na jeden bok, przylegając szczelnie piersiami do pleców sąsiada. Naokoło nas w tem sam mniej więcej sposób umieścili się pozostali. Kamera stawała się podobną do składu ludzkich ciał, jak gdyby katakumbą z rozciągniętemi trupami, które jeszcze sapały, chrapały ciężko, ale nie były już w stanie dźwignąć się na nogi. Czułem w piersiach leżącego przedemną ostre rzężenia, towarzysz za mną gorącym oddechem oblewał mi ucho i szyję. Pomimo znużenia, nie byłem w stanie zasnąć. Leżałem jak w malignie, ze zgagą i chrypką w gardle, z rozpalonem czołem i szybkiem kołataniem pulsów w skroniach. Dwie głowy z przeciwnej strony nar o czymś radziły stłumionym głosem. Słyszałem urywane zdania: — Znaleźli naboje... Zakopany był pod płotem... — No to skąd ma być twój... — Ten gada, ale ja... świadków niema... — Cicho, psia krew! Wszystko jedno, pójdziecie na taśmę... spać! — zaklął sąsiad. Głowy urwały na moment, ale po chwili zaczęły zmawiać się zdyszanym szeptem, który krążył koło mnie, jak ustawiczne szemranie wzbierającego szumu, jak dygocząca skrzydłami ćma. Ze strzępów głośniejszych wyrazów tworzyła się mętna opowieść o zagmatwanej sprawie, o sądzie polowym, o postronku, śmierci... A tymczasem na korytarzu rozlegał się łoskot licznych kroków, rdzawy trzask zamków, sygnały, że prowadzą z miasta nowe zastępy jeszcze i jeszcze... potem długa pauza ciszy... Gdzieś tylko daleko, jak z za dziesiątych murów zdławiony krzyk, głuchy, rozszlochany jęk, a może tylko przywidzenie rozognionej wyobraźni. Łopocze serce. A w okół coraz głębszy spokój. Cela, jak umarła. Za kratami stoi mroźna sina noc, niema zupełnie, śpi już, widać, miasto. Wloką się martwe minuty tak wolno, jakby potok czasu zgęstniał. Nie płyną, lecz czołgają się ciężkie, zaspane sekundy. Budzi je raptem i ożywia miarowy takt stąpań po bruku. Patrol się zbliża — zmięszany gwar gburowatych głosów. I nagle targa kratami okropny krzyk: O Jezus, Maryo! Miękkie uderzenia. Jeszcze raz: O Jezus! Jakiś łoskot i niechętne słowa: — Nu, ostaw — dowolno!... Priniesi wiedro!... — Nieboś, żiw — skotina! Leje się woda, chlupie. Brutalny rozkaz: — Nu, stupaj! — poparty cyniczną obelgą. Pokorne skamlanie... i gdzieś wszystko ginie... Jezus, Marya! — jak przeciągłe echo tłucze mi się pod czaszką ten straszny głos; jakieś dzikie uczucie szarpie wnętrzności. Nocy — tyś jedna widziała! Męczeński jęk rozdzierał twe ciemne łono! Ty go na wieki zapamiętaj, powiedz dniom dalszym i wstrząsaj niebiosa i ziemię!... Z brzegu nas zwiesiła się w dół głowa czyjaś i spytała: Słyszałeś? — Uhu! — zamruczał z podłogi senny głos i znów zaległa posępna cisza. rwała jednak niedługo, wkrótce bowiem rozpoczęła się nocna władz robota. Na korytarzu podniósł się gwałt i bieganina. Z powodu nawału więźniów dozorcy nie wiedzą dokładnie, w której celi kto siedzi i zanim natrafią na odpowiednią, alarmują wszystkie — to też latali jak opętani od drzwi do drzwi, wykrzykując przez otwór judasza celi litanie nazwisk. Posłyszawszy swoje, podniosłem się i, budząc leżących na ziemi towarzyszy, dotarłem do kąta, gdzie leżało obuwie; nie mogąc ani rusz znaleźć własnych — włożyłem pierwsze lepsze i według rozkazu udałem się na dół, gdzie stało już sporo ludzi. Kolejno wpuszczano nas do kancelaryi, gdy wszedłem, ujrzałem do nieprzyzwoitości gładkie oblicze księdza, obok którego stał z papierami w ręku mój „sympatyczny brunet“ z Brunet mi się przyglądał wesoło, ksiądz pytał poważnie o nazwisko, o miejsce zamieszkania, zawód i t. d. — Wszystko to zostało już zapisane i nieraz jeden — przerwałem zniecierpliwiony. Rozdęte, zdefigurowane od tłuszczu ciało poruszyło się na krześle, wydało dźwięk — hm — i zwróciło wylizany łeb w stronę asystenta, ten skinął głową. — Nu tak, możetie idti! Wychodząc, podniosłem wzrok i dopiero wtenczas zrozumiałem o co chodzi: ze wszystkich kątów, z za szaf, drzwi, z za stołów urzędników, błyszczały parami oczy, setki utkwionych we mnie spojrzeń. Prezentowano nas szpiclom. Zachowanie się więźniów, powracających z tych konfrontacyj, było bardzo rozmaite: niektórzy wychodzili rozbawieni, jak z wesołego widowiska, inni zgnębieni. — Jakiś wyrostek tłomaczył wszystkim, że go poznają i oskarżają ludzie, których na oczy nie widział, usprawiedliwiał się gorąco, jak byśmy mu mogli coś pomóc; inny znów, starszy robotnik, wyszedł silnie wzburzony, chwilę milczał, a potym krzyknął: — między szpiclami są nasi właśni towarzysze! — i szybko poszedł na górę. Nie spieszyło mi się wracać do kamery i dopiero na usilne naleganie strażnika wsunąłem się między dwa ciała. Musiał mróz ściskać, bo w kamerze robiło się coraz zimniej; tułów grzeli sąsiedzi, ale nogi marzły. Nakryłem się futrem i usiłowałem zasnąć. Zmęczenie zrobiło swoje, ogarnął mnie wprawdzie nie zwykły sen, ale jakby letarg — leżałem wyzuty zupełnie z myśli, z wyobrażeń, bez żadnych wzruszeń niby odurzony, na tyle jednak przytomny, że czułem ciągle, gdzie jestem. O szóstej otworzono cele i wysypaliśmy się na kurytarz do umywalni — pod jedyny zlew z kranem, który znalazł się odrazu jak w oblężeniu. Tu spotkałem się z resztą „przemysłowców“. Mocny Boże, co za opłakany widok! Najbardziej szarmancko odziani faceci wyglądali jak nieboskie stworzenia: włosy w nieładzie, modne kołnierzyki pogięte jak szmaty, gorsy jak ścierki, krawaty na bakier, tużurki obielone, brudne, wymięte jak z psiego gardła, kamaszki porosłe czcigodną pleśnią — jednem słowem ruina i niwelacya kompletna, zdemokratyzowanie ostateczne. Wczorajsza przechadzka po mieście, przeprawa przez rynsztok cyrkułu i noc w śmietniku ratusza zrównała wszystkie stany przynajmniej zewnętrznie. zień w ratuszu mija znacznie lżej, niż noc. Regulamin kamer ogólnych nie jest zbyt ostry. Wydobyć się z celi pod pozorem potrzeby (do wietru) nie przedstawia szczególnych trudności. Prócz tego dają spacer, który polega na kręceniu się po korytarzu do zawrotu głowy. W samych kamerach panuje gwar wesoły, podsycany głównie przez humor robotników, którzy są istotnie i pod tym względem niespożyci. Jędrne koncepty, rubaszne wybuchy zdrowego śmiechu, jakieś swawolne męstwo, żarty z najgorszej sytuacyi — rozpromieniają mrok więzienia i w celi robi się jasno. Do poszczególnych przyjemności dnia należy pewien kontakt z „wolnością“, utrzymywany przez widzenia niektórych z rodziną, oraz tak zwane „wałówki“ — koszyki z prowizyą. Każda taka wałówka witana jest okrzykiem radości, rozpakowywana z najwyższem zainteresowaniem; zapasy idą do kosza, a wiadomości z miasta odczytują się na głos. Wałówki podlegają ścisłej rewizyi, ale komu sprytu nie brak, ten zawsze potrafi przemycić list, a nawet gazetę, która kursuje po całem więzieniu formalnie rozchwytywana. Sporo czasu też pochłaniają zajęcia gospodarcze — szykowanie herbat i obiadów, co przy szczupłej ilości naczyń rozciąga się na całe okresy. Nasza cela była zawsze zaprowiantowana dostatecznie, siedziało w niej bowiem sporo inteligencyi zasobnej w grosz i w sukurs z domu, ale w innych numerach było gorzej, zdarzało się nieraz, że polityczni musieli spożywać strawę więzienną, która w ogóle, a zwłaszcza w ratuszu, słynie szeroko, a pachnie zdaleka. Menu jest następujące: Dwa funty chleba, słusznie ze względu na smak, kolor i zawartość zwanego Rano i wieczór miska z gorącą wodą — naczynie gorzkiej ironii dla człowieka, który nie posiada własnego cukru i herbaty. O dwunastej obiad składający się z zupy, w której pływa mięsa. Zdarzyło mi się być na korytarzu podczas wydawania obiadu: Dwaj kryminalni wnosili na drągu drewniane kadzie z płynem żółtego koloru i stawiali przed strażnikiem uzbrojonym w czerpak... Gęsiego z pod pachą i cynową miską w ręku podchodzili kolejno więźniowie. Strażnik zanurzał czerpak w pomyje i wlewał sprawiedliwe porcye. — Co to jest? — spytałem. — „Zupa pomidorowa“, „Barszczyk — palce lizać“ — żartował aresztant — trochę śmierdzi, ale nic nie kosztuje. W łańcuchu zauważyłem kilku malców, okazało się, że sprzedawali pisma w czasie, gdy uliczna sprzedaż została wzbronioną i że w fortach jest cała dziecinna kazamata takich przestępców. Malcy żalili się, że im złodzieje chleb zabierają i przy jedzeniu krzywdzą. Z tego widać, jak mało wybredni są ci ludzie, a jednak i oni narzekają na niemożliwą strawę. Nic dziwnego — na żywność asygnuje się oficyalnie po siedm do dziewięciu kopiejek na głowę, ile jednak wypada faktycznie wie tylko Bóg i intendentura, która, jak wiadomo, posiada szczególne ręce. Formalnie naczelnikiem więzienia w ratuszu jest oberpolicmajster, ale faktycznie sprawuje władzę starszy nadziratiel-ksiądz; należał podobno zawsze do otyłych, ale obrósł łojem ostatecznie w dobie rewolucyi, kiedy nastąpiły dlań prawdziwie złote czasy. Przedtym bowiem do ratusza dostawała się jedynie biedna hołota zdolna najwyżej wszy karmić, obecnie dzięki napływowi zamożniejszej klienteli dzieje się lepiej nie tylko wszom, ale i jemu. Ratuszowe baranki egipskie jak fama głosi, dorodnością przewyższają inne. Osobiście dostojnych okazów nie widziałem, kamera nasza bowiem, jako zamieszkała wyłącznie przez politycznych, należała do upośledzonych pod tym względem. Ta okoliczność, oraz dobrane towarzystwo czyniło dziewiątkę numerem pierwszorzędnym. W drugorzędnych stosunki przedstawiały się znacznie gorzej. Z powodu obecności rzezimieszków, należało ustawicznie mieć się na baczności, drobniejsze przedmioty ulatniały się momentalnie, ginęły często i grubsze sztuki, a nocami rozpruwano podszewki, odrywano podeszwy od butów, poszukując ukrytych pieniędzy. Mięszane towarzystwo jest szczególnie dotkliwe dla niewiast, które zmuszone są nieraz stale przebywać śród szumowin wielkomiejskich: złodziejek, prostytutek ostatniego kalibru. Zepchnięte na dno nędzy, do ostatniej nitki splugawione te istoty potwornem wyuzdaniem doprowadzają nieraz do histerycznych ataków młode panienki z towarzystwa. Poczciwsze z upadłych zachowują się bezwstydnie bez żadnej złej intencyi, po prostu z nałogu, natury wesołe dla popisu, a umęczone, wściekłe z bólu megiery znajdują rodzaj mściwej satysfakcyi w tem dręczeniu przedstawicielek szczęśliwszego świata, który je wydziedziczył i z okrucieństwem wydał na pastwę wieczystej niedoli. Te wstrętne, straszne kalectwa duszy, brudy moralne, w które się zanurzyć w Ratuszu wypada, są wprost torturą dla serc nawykłych do czystych myśli, wraźliwych i subtelnych. Tu powtarza się nieraz odwieczna historya krzyżowania czułej dobroci między łotrami, z tą różnicą, że winowajcy męki wiedzą, co czynią. ogólnych kamerach popasałem krótko. Zachorowałem i po zbadaniu przez doktora zostałem awansowany o piętro wyżej do cel sekretnych. Nie jest tam ani cieplej, ani suszej, ale posiada się własną pryczę z siennikiem, który po noclegach pokotem, wydaje się puchowem posłaniem. Prócz tapczanu innych mebli normalnie „nie połagajetsia“; w numerze jednak, który mi się dostał, znajdował się mały stolik i aż dwa gwoździe w ścianie, były to zdobycze bawiącego tu oddawna właściciela składu aptecznego, który, rzec można, przedmioty te wysiedział. — Wszędzie — żartował — z czasem czegoś dorobić się można i nawet kamień na miejscu porasta. Aptekarz istotnie tłukł się po więzieniach od roku. Zwiedził forty, cytadelę, Pawiak i drugim nawrotem znalazł się znów w ratuszu na czas dłuższy. Miał poważną sprawę polityczną, którą, umorzono na zasadzie amnestyi, ale na zasadzie rozporządzenia administracyi aresztowano go bardzo prędko i trzymano pod kluczem, włócząc dla rozmaitości z miejsca na miejsce. Drugim mym szlafkamratem został lekarz „przemysłowiec“. Cela była ciasna, wilgotna i piekielnie zimna, tak że trzeba było siedzieć w futrach, chodzić w kaloszach. Małe w górze okienko od Daniłowiczowskiej, prócz kraty zasłaniał kosz, ukośnie umieszczona blacha kosza o ile kradnie światło, o tyle znakomicie współdziała wilgoci, zatrzymuje bowiem śnieg, który, topniejąc, przez źle dopasowane ramy spływa do wewnątrz. Mrok potęgują ciemne ściany wymazane smołowcem, od których wdzięcznie się odcinał biały kaflowy piecyk, niestety tak wystudzony, że garstka wyprocesowanego miału nie wywierała nań żadnego wrażenia — okazało się, że jest to oziębło nieczuła, antypatyczna figura, która łudzi pozorami, a właściwie zabiera niepotrzebnie miejsce. Gdy mróz ściskał, wypadało rozgrzewać się dorożkarskim sposobem i szybkiem dreptaniem po celi. Regulamin sekretnych jest ostry; spacerów niema, „do wietru“ wychodzi się w asystencyi dozorców, którzy starają się wypuszczać jak najrzadziej tak, że nieraz godzinami trzeba walić w drzwi. Jedynie przy rannem myciu, które się kolejką odbywa na korytarzu, udawało się przez judasza zajrzeć tu i owdzie. My jednak mieliśmy połączenie z sąsiednią celą za pomocą „telefonu“: wybitej dziury koło pieca, zalepionej białym papierem. Przez otwór ten można było doskonale rozmawiać, a nawet podawać sobie drobniejsze przedmioty. Wynalazek ten był świeżem dziełem siedzących tam dwóch politycznych, którzy, gdym przybył, byli właśnie zajęci dłubaniem telefonu do celi następnej. Sąsiedztwo z drugiej strony było za to fatalne, siedzieli tam bowiem trzej prowokatorzy, znani pod pseudonimami: „Olek czerwony“, „Poeta“, „Grabowski“. Tej ściany musieliśmy się pilnie wystrzegać. Do największych „przyjemności“ w sekretnych zaliczało się wywołanie na dół (w niz) i istotnie stanowiło to ogromną rozrywkę bez względu na przyczynę i skutek takiej dalszej wyprawy. Dla mnie przyjemności, których używa- łem częściej niż moi szlafkamraci, zaczęły się odrazu pierwszej nocy. Dorwawszy się do osobnego łóżka z pościelą przysłaną z domu, spałem w najlepsze, gdy dobrze po północy zbudził mnie stale gniewny i gburowaty głos Siergiejewa: — Stupajtie w niz! Ubrałem się po ciemku i wyszedłem poprzedzony przez rosłą postać dozorcy, który często oglądał się szeroką, z nosem, jak fajka, znienawidzoną ogólnie twarzą. Idąc przez puste mroczne korytarze mijałem płyty drzwi niby szeregi żelaznych, rdzawych tablic wmurowanych w szary kamień na pamiątkę bezimiennie umarłym. Za nimi trwała ciężka cisza, czasem tylko przez otwór judasza wymykała się ostra strzałka mdłego światła, nikły ślad, że tam tli się życie. Jeden numer z oknami na korytarz wyglądał zupełnie jak klatka menażeryi, a walające się w nim na ziemi ciała sprawiały wrażenie dziwacznych potworów, śpiących w wilgoci i gnoju. Była to najstraszniejsza kamera kryminalnych, gdzie cały dzień rozlegały się ryki przekleństw, sporów zażartych i wściekłych bójek! Teraz tam panował niemy spokój i tylko przez kraty jak z gnijącej jaskini buchał fetor i para. Wstrzymując oddech, przeszedłem przez ten pas smrodliwy, w długiej perspektywie zamajaczyła postać drzemiącego na stołku strażnika. Gdzieś z boku zagadały tajemniczo żywe słowa, niby ludzki głos wydobyty z kamienia; minąłem jeszcze schody i stanąłem przed kancelaryą. Siergiejew wszedł do środka, zatrzaskując mi drzwi przed nosem. Usiadłem na ławce, spojrzałem i odsunąłem się gwałtownie. Na ławce stała krew. Duża skrzepła plama zwieszała lepki sopel z krawędzi, wysączony już do cna, bo nie kapał. Ostatnia zaschła kropla, paliła się na końcu, pod nią podłoga zbryzgana jakby w żałośne litery. Ale czerwone pismo już zczerniało; głoski rozmazane w błocie robiły nieczytelną historyę świętego męczeństwa. Można się było jedynie domyślać, że tu odpoczywał, z bólu się cucił mordowany człowiek, tu broczył resztką krwi, którą do jutra wessą deski, wytrą do sucha ubrania, zadepcą buty jego towarzyszy. — Pożałujtie! — przerwał mi Siergiejew. Przeszedłem oświetloną, ale próżną kancelaryę i znalazłem się na podwórzu ratusza. Martwo i samotnie wyglądała zasypana śniegiem biała przestrzeń. Pusto, i tylko liczne światła w oknach pawilonów świadczyły, że władze pracują, że wciąż szeleszczą „ischodjaszczyja“ i „wchodjaszczyja bumagi“. W nieruchomym powietrzu ważyły się sennie płatki śniegu i bąkał leniwie dzwonek ciągnących gdzieś sanek. Ogarnął mnie niby mgłą gorzki smutek; przeciągnął w widmie obraz 3-go maja i spłynął jak w czeluść mogiły. Ocknąłem się na wspomnienie o pierwszym — a w lo- kalu biura ochrany, gdzie mi kazano czekać na kanapce oprzytomniałem zupełnie. Po kilku minutach samotnej „obdumki“ wprowadzony zostałem do małego pokoiku zastawionego szafami, gdzie zostałem sam na sam z jakąś mizerną figurą w niebieskich okularach, która nie podnosząc od papieru oczu, wskazała mi krzesło. Siedzieliśmy dość długo przedzieleni stolikiem. Vis-à-vis moje wyglądało do tego stopnia niepocześnie i wyszarzanie, że je brałem za jakiegoś zwykłego skribę i oczekiwałem zjawienia się odpowiedniego dygnitarza. Okazało się jednak, że to jest pomimo lichych pozorów właśnie jeden z filarów wszechmocnej instytucyi. Zaczęło się jak zwykle; nazwisko, wiek, stan, zawód, aż do imion dzieci, włącznie z tą różnicą, że sam sobie wypisałem kwalifikacye. — Pan został aresztowany na Przemysłowej? — Tak! — Jak to było, proszę napisać. W kilku słowach skreśliłem przebieg sprawy. — Proszę przeczytać. Spełniłem życzenie. — Uhu, — chrząknął właściciel okularów i westchnął jakby z żalem. — Widzi pan, cała bieda polega na tym, że prelegent takiego nazwiska nie istnieje wcale. — Czy istnieje, tego nie wiem, ale odczyt jego był zapowiedziany — odparłem. — Pan — literat? I tu nastąpiła towarzyska rozmowa o literaturze, o tym gdzie pisuję, ile mniej więcej zarabiam, informacye co do tytułów moich prac i wyrazy uznania dla talentu. — No, a wracając do tej przykrej sprawy, to być może istotnie pan wypadkowo znalazł się na konferencyi P. P. S.? — zagadnął mnie znienacka, podnosząc osłonięte szkłami oczy. — Poszedłem na odczyt, o konferencyi pierwszy raz słyszę od pana... — A jednak to była konferencya, są rozmaite dowody... No to proszę napisać — dyktował: — O tym, że była tam konferencya nic nie wiedziałem. Teraz z kolei ja pilnie patrzałem na czarne okulary i postanowiłem zmienić redakcyę: — O tym, jakoby tam miała się odbyć konferencya, nic nie wiem. Proszę podpisać — a gdym to uskutecznił, filar odebrał mi papier, rzucił okiem i rzekł nadspodziewanie oschle, jakby urażony: — Stupajtie! Skruszony, żem mimowoli wyrządził przykrość tak uprzejmemu człowiekowi, wróciłem na kanapkę, gdzie zastałem sympatycznego bruneta tak dalece zajętego rozmową z rewirowym, że mnie nie zauważył. Przypominał rewirowemu szczegóły głośnej ucieczki jednego z politycznych, z przed kilku laty — inżyniera M., którego zagarnięto na Przemysłowej. — Ten pan go dobrze zna — zwrócił się nagle do mnie. — Ja? skąd? — No, no, — śmiał się — i po co go było puszczać na swoje zebranie — nieostrożność... Zresztą może być, że pan z nim bliżej nie jest, on bowiem działał podówczas w Łodzi, a pan w Warszawie. I że to się panu chce z takiem zdrowiem... — Racya — przerwałem — my wszyscy nie mamy zdrowia włóczyć się po tych waszych norach i żebyś pan miał rozum, to byś nas wypuścił, pozbylibyśmy się wzajemnego kłopotu. — To nie odemnie zależy — rozłożył ręce brunet. — Ale od pana zależało nasze aresztowanie. — Trudno było nie aresztować, zauważył wesoło i wyszedł, natomiast przystąpił Siergiejew i odprowadził mnie do celi. Towarzysze moi nie spali, musiałem im opowiedzieć całą przeprawę dokładnie; od aptekarza dowiedziałem się, że badania odbywają się zawsze w nocy, że wskutek tego nawet szef ratusza, oberpolicmajster, musiał zmienić tryb życia: przyjmuje do trzeciej, potym śpi i rozpoczyna swe funkcye o północy. Słysząc to zrobiłem uwagę, że jednak pomimo panowania starego stylu, zegar ratusza idzie według czasu amerykańskiego. — Nie — zagadało głucho koło pieca: tylko noc jest dyskretna, oskarżony senny, a po ciemku wygodniej nie tylko wyciągać, ale starym stylem wypruwać wyznania. Umilkliśmy z zabobonnem uczuciem, jak gdyby się odezwał głos ściany więziennej... Wzdrygnąłem się: stanęła mi w oczach krwawa skrzepła plama. zień więzienny trwa od szóstej rano do szóstej wieczór, potem oficyalnie następuje noc, więzień według regulaminu winien spać, a jako taki nie może wyjść z celi, czegokolwiek żądać, bo śpi przecie. Jedna władza jest w stanie naruszyć ten stan, obudzić i gdzie należy dostawić: do wydziału śledczego, do fortów, do cytadeli, na plac egzekucyi. Czasem jednak, gdy przyjdzie do kancelaryi tak zwana „grafini“, ukochana przez więźniów p. A. L. lub zajmujący się ratowaniem aresztowanych adwokat, nawet po szóstej wywołują na dół dla przyjęcia przesyłek z domu, prowizyi dla ogółu, to jest komuny. Jeżeli w życiu celkowem zetknięcie się z martwym przedmiotem dlatego jedynie, że z wolności przybył jest przyjemnością, to cóż mówić o krótkiem choćby skomunikowaniu się z żywą, sympatyczną istotą. Uścisk świeżej od mrozu ręki, drobne w normalnym trybie nic nie znaczące wieści z domu, ze świata, z miasta wystarczają, by zapomnieć na chwilę o kratach, o dozorcach, o widomej obecności stojących nad karkiem czujnych asystentów. Ma się wrażenie, że się jest u życzliwych osób na wizycie, człowiek żartuje, śmieje się i wraca wesoły do numeru, gdzie zazdroszczącym towarzyszom musi za karę opowiedzieć wszystko od a do z, nie opuszczając najdrobniejszego szczegółu. Mnie się te miłe spotkania zdarzały dość często, prócz tego, któregoś dnia znowu łyknąłem świeżego powietrza, udając się do fotografii, gdzie bezpłatnie zostałem zdjęty w dwóch pozach en face i z profilu. Zakład fotograficzny mieści się nad biurem policyjnym wydziału śledczego, który w żargonie więziennym nazywa się lub Nadstawiłem ciekawie uszu, ale w rezultacie było cicho: Szlachtuz nie maglował nikogo! dy się siedzi w sekretnej, mniej się ceni zmysł wzroku niż słuchu, który dostarcza celi najwięcej wrażeń z zewnątrz. Brzęczą raźniej sanki — znaczy śnieg się trzyma, ruch uliczny cichnie, zatrzaskują bramy — 11 godzina, wreszcie szczypie w uszy — mróz widocznie ściska. Rozlegają się liczne stąpania — zgrzyt zamków — przybyli nowi więźniowie. Uszy są wciąż i zajęte, a w dzień można powiedzieć, że puchną od wrzasku i wymyślań dozorców, którzy ciągle łają na korytarzach w najnieprzyzwoitszy sposób. Dozorcy ratuszowi są znakomicie dopasowani do całego tła tego najgorszego z warszawskich aresztów: niechlujni, obszarpani, ordynarni z ustawicznym na ustach „...twoja mat’“, które w najrozmaitszych odmianach wplatają tak często, że to zdaje się być treścią istotną ich mowy, a reszta słowem wtrąconem. Nawet w stosunkach z nami, gdy starali się wyrażać wytworniej, co moment wyrywały się im te trzy słodkie słówka, któremi niemal stale rozbrzmiewa korytarz. Na wieczór robi się ciszej, ale pod noc znów podnosi się rejwach — wywożenie, przywożenie, wywoływania, połajanki — krzyki, dzwonek telefonu warczy bez przerwy. Potym następuje względny spokój: telefon odzywa się rzadziej, strażnik ciszej stąpa, zaczynają się bardziej tajemnicze manipulacye. W jamę ratuszową spływają z cyrkułów nie tylko zbrodnie, wykroczenia, męty, ale i bezdomne nieszczęścia, które tu się traktuje na równi z występkiem, a nawet gorzej, są to bowiem istoty zupełnie bezradne, absolutnie bezbronne, za któremi nikt się nie ujmie, skarg nawet nie wysłucha. Sprząta je się z ulic jak śmiecie i wrzuca do ogólnego śmietnika, by zgniły. Na naszym korytarzu w przeciwległych celach gnojono kilka waryatek z gatunku tych, jakie się zdarza spotykać na ulicach Warszawy, gdzie się kręcą jakby czegoś szukały, zaczepiają przechodniów, póki je wreszcie stójkowy nie zaczepi. Musiało im coś dolegać: głód, a może ostre szturmy obłędu, dość że nieraz waliły z furyą w drzwi, targały blachy, krzyczały przeraźliwie. Wówczas śpieszył w ich stronę, miotając zdaleka obelżywe przezwiska rozdrażniony strażnik. Rozlegał się trzask zamka, a potem nieludzki ryk, dziki wrzask szaleństwa, który uśmierzał się szybko, przechodząc w żałosne skamłanie, zanoszący się płacz, a w rezultacie w ciszę... Słychać było, jak pogromca wychodzi z hałasem i zamyka drzwi sekretnej już niemej, uspokojonej kompletnie. A czasem wieczorem z dobrej woli, nie wołany, dążył ku tym celom któryś z dozorców, zbliżał się bez gniewu, prawie się skradał, otwierał drzwi ostrożnie i bawił dość długo. Co się tam działo nie było widać, ani też słychać, może skrzywdzone przepraszał. iasne, zakratowane okno nasze zasłania kosz, który kradnie resztkę światła. O drugiej w celi zmierzch, o trzeciej zmrok, a lampę dają o szóstej. Długo się sączy bezczynna, przedwieczorna godzina, w której gasną zazwyczaj rozmowy, ciała zalegają tapczany, a osamotnione dusze „idą na wolność“ w kraj marzeń, do I często ktoś, choć nie wolno, półgłosem nuci piosenkę. Autor nieznany, i wydaje się ona jak gdyby wiekową robotą szarego muru, melodyą spleśniałych kątów, tęskna w motywie, a butna w słowach:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…