Front matter
WOJAK JANOSZ.
POEMAT
SZANDORA PETŐFIEGO
całość
WOJAK JANOSZ.
POEMAT
SZANDORA PETŐFIEGO
przełożył
Władysław Sabowski.
'
NAKŁADEM TŁUMACZA. — CZCIONKAMI KAROLA BUDWEISERA.
1869.
I.
etnie słońce zionie niesłychanym żarem, Niebo zda się palić nad juhasbojtarem, Próżno tylko trawę wypala na łące, Bo serce juhasa i tak już gorące.
W sercu jego młodem wielka miłość gore: Płonąc nią on pasie stado owiec spore. Stado owiec w dali źdźbła zielone skubie, Pasterz się położył wśród trawy na szubie.
Miał dokoła kwiatów różnowzorych morze, Lecz nie myślał szukać wdzięku w ich doborze, Bo o staję daléj płynął strumień mały, I tam jego oczy ciągle się zwracały.
Patrzył nie za falą, w blasku słońca drżącą, Lecz za jasnowłosą w strumieniu stojącą, Na téj jasnowłoséj dziewczyny warkocze, I na jéj kibici zarysy urocze.
Wchodząc w nurt ugięła swojego ubrania, I tak pochylona wzięła się do prania, Po nad wodą widać dwa gładkie kolanka, Zachwyt, urok, podziw Kukorycy Janka.
Bo tym, co był w trawie, to nie tajemnica, Był nikt inny tylko Janczi Kukoryca, A tą, co bieliznę prała wśród potoku, Była Ilusz, perła, droga Janczi oku.
„Perło moja droga, moja Ilusz duszo, Rzekł Janosz miłosną dręczony katuszą, Spójrz na mnie, bo w twardém życiu jakie wiodę, Z ciebie mam jedyną rozkosz i osłodę.
„Czarnych twoich oczu rzuć na mnie promieniem, Wyjdź, niechaj cię drżącém obejmę ramieniem, Wyjdź z wody na chwilę, luba moja, słodka, Niech ma dusza z twoją w uścisku się spotka.“
„Ty wiész Janczi, serce, że jabym wyjść rada, Nie przestając pracy, dziewczę odpowiada, Lecz okropnie muszę śpieszyć się z robotą, Bo mam złą macochę, bo jestem sierotą.“
Piękna jasnowłosa tak odpowiedziała, I znów bez wytchnienia, bez spoczynku prała, Więc się podniósł Janczi z rozpostartéj szuby, Zbliżył się i słodko przemawiał do lubéj.
„Tyś moja gołąbka, ma synogarlica, Przyjdź niech pocałunek złożę na twe lica, Tu macochy twojéj nie widać, nie słychać, Nie daj mnie biednemu z tęsknoty usychać.“
Zwabił dziewczę Janczi słodkiemi słowami, Objął ją za szyję obiema rękami.... Ten chyba, co piasek stworzył i zrachował, Wiedział, ile razy twarz jéj ucałował.
II.
zas w ten sposób płynął i szybko i miło, Słońce już różowo strumień ubarwiło, Gdy macocha zrzędna kręci się i mruczy: „Gdzież to, gdzież Iluszka tak się dzisiaj włóczy?“
I zła sekutnica dąsa się i zżyma, Że sieroty biednej jeszcze w domu niéma, I we wściekłym gniewie na pole wypada: „Znajdę cię, próżniaku, ej, biada ci, biada!“
Biedna-żeś ty Ilusz, sieroto nieboga! Już za tobą stoi czarownica sroga, I drze gardło, wrzeszczy, wydyma swe płuca, I miłosnych czarów błogie sny zakłóca.
„A ty niegodziwa! wyrzutku zuchwały, Żyjesz na tym świecie dla hańby, zakały, Kradniesz dzień, czas pędzisz w próżniactwie, bez sromu, Patrzcie!.... i z mężczyzną!.... Precz mi z mego domu!“
„No, no, dosyć będzie waszej gadaniny, Zamknij stara gębę, nie łaj mi dziewczyny, Bo jak Ilusz jeszcze łzę wyleje jedną, To ostatnie zęby bardzo wam przerzedną.“
I zasłaniał Janczi swą kochankę drżącą, Swą nad wszystko drogą, przed jędzą wrzeszczącą, I z spojrzeniem, w którém wściekły gniew się pali, Po tém, co już wyrzekł, tak przemówił daléj:
„Jeśli nie pragniecie ze mną mieć rachunku, Nie ważcie się robić dziewczynie frasunku, Bo ona się na śmierć z ciężkiej pracy zrywa I chléb suchy za to jada nieszczęśliwa.
„Idź Iluszko teraz. Nie jesteś niemową, Powiesz mi, gdy zacznie dręczyć cię na nowo, Wnet me pięści na nią gradem się posypią.... Stara nie kładź palca we drzwi, bo przyskrzypią.“
Tak powiedział Janczi i wziął szubę z ziemi, Szybkim krokiem poszedł za owcami swemi, I dopiero spostrzegł z obawą niemałą, Że niebardzo wiele owiec pozostało.
III.
uż ostatni promień słońca gasnął blady, Gdy połowę owiec spędził do gromady. Nie mógł wiedzieć, gdzie się inne mu podziały, Czy złodzieje skradli, czy wilki porwały.
Tak, czy tak się stało, brak połowy, biéda! Próżny żal, szukanie na nic się nie przyda, Co tu począć? — trudnoż o mur rozbić głowę, Więc pognał do domu zostałą połowę.
Czekaj Janczi, czekaj! doznasz ty dziś licha! Z zasmuconem sercem mówił sobie z cicha, Mój gospodarz do mnie i tak się nie śmieje, A cóż teraz!.... Niech się wola Boża dzieje!“
Z temi słowy, blednąc przed ciosu ogromem, Z resztką owiec Janczi znalazł się przed domem. Już prędki gospodarz czekał nań przed dworem, By policzyć owce jak każdym wieczorem.
„Dziś wam gospodarzu się nie wyrachuję, Na co zda się kłamać?.... wiele sztuk brakuje, Żal mi ich serdecznie, lecz nie ma ratunku,“ Mówił Janczi, gniotąc kapelusz z frasunku.
Słysząc takie słowa gospodarz się dąsa, Choć nie wierzy jeszcze, lecz już szarpie wąsa: „Głupstw nie gadaj, Janczi, do tysiąca czartów, Strzeż się mnie rozgniewać, bo nie lubię żartów!“
Nie był to żart wcale, lecz prawda najświętsza; Spostrzegł się gospodarz i z swych piersi wnętrza Wrzasnął, tracąc wszelką nad swym gniewem władzę „Wideł, wideł dajcie! niech go na nie wsadzę!
„A to szubienicznik, to łotr, to ród smoczy, Pójdź, niechaj ci pięścią powybijam oczy! Na to, żem cię wypasł? jadła nie żałował? Och! od ręki kata czemuś się uchował!....
„Precz z przed moich oczu! precz mi pókiś cały!“ Te z ust gospodarza słowa się sypały; Nagle porwał drąga swą żylastą dłonią I za biednym Janczi puścił się pogonią.
Janczi Kukoryca szybko nogi stawiał, Nie żeby się bardzo kropidła obawiał, Bo choć jeszcze wiosen dwudziestu nie przeżył, Silnym był i byłby z dwudziestu się zmierzył.
Jednak choć się nie bał, przecież szybko zmykał, Bo gniew gospodarza słusznie go dotykał; Nie bojąc się bójki, nie chciał dojść aż do niéj, Pan był dlań jak ojcem, nie wzniósłby nań dłoni.
Zmykał, aż gospodarz ustał zmordowany.... Janczi poszedł daléj przez zielone łany, Daléj, w prawo, w lewo.... W której spocząć stronie Nic nie wiedział. Strasznie paliły go skronie.
IV.
łyszczą gładkie wody w strumyku szemrzące, W głębi ich się kąpią drżących gwiazd tysiące.... Janczi, sam nie wiedząc jak, w błędnym pochodzie Znalazł się przy drogiéj Iluszki ogrodzie.
Stanął i wydobył flet swój ulubiony, I takiemi zagrał żałosnemi tony, Że źdźbła traw, co pola jak kobiercem kryły, Łzami rozczulonych gwiazdek się zrosiły.
Na rogoży w sieni już spała Iluszka, Bo innego w lecie nie miéwała łóżka, Lecz na odgłos dobrze znanéj piosnki Janka, Wyszła wnet na łąkę zobaczyć kochanka.
Zobaczywszy Janczi Ilusz aż zadrżała I w przestrachu ledwie wyszeptać zdołała: „Janczi, serce, co ci? ty mój drogocenny, Bladyś jako miesiąc wśród nocy jesiennéj.“
„Hej! jak nie być blady, dni moich ozdobo, Gdy po raz ostatni dziś widzę się z tobą.“ „Janczi, już spojrzenie przelękło mnie twoje, Przestań takiéj mowy, bo drżę, bo się boję.“
„Widzęć raz ostatni, wiosno duszy mojéj, Flet mój raz ostatni twą tęsknotę koi, Uścisk mój ostatni na twych ust koralu.... Idę ztąd.... zostaniesz w boleści i żalu.“
Opowiedział wszystko z przytłumionem łkaniem, I na piersi lubéj rzucił się z szlochaniem, Objął ją, a oczy zwrócił w inną stronę, Pragnąc przed nią ukryć, że były złzawione.
„Moja Ilusz droga, moja różo słodka, Bóg ci pomóż, szczęsna niech cię dola spotka; Ujrzysz krzew złamany, jak nim wiatr popycha, Za kochankiem błędnym westchnij sobie zcicha.“
„O mój Janczi, duszo, idź, gdy tak potrzeba, Niech twe kroki wiedzie Bóg wszechmocny z nieba, Gdy złamany kwiatek ujrzysz gdzie wśród drogi, Wspomnij o więdnącéj kochance niebogiéj.“
Tak się rozstawali jako liść z konarem, Serce jéj płakało boleści bezmiarem, On do łez kochanki mięszając łzy swoje, Rękawem koszuli ocierał ich zdroje.
I puścił się w drogę, nie wiedząc gdzie idzie, Wszystko mu to jedno było w jego biédzie.... Tu pasterskie dzieci świstały hałaśnie, Tam ryczały woły.... zważał na to właśnie!
Droga sercu wioska już po za nim leży, Już pozagasały ogniska pasterzy, Stanął, raz ostatni pragnąc rzucić okiem, Wieża nań spojrzała czarnej mary wzrokiem.
Gdyby kto szedł obok, słyszałby z pewnością Jak mu serce w piersi biło z gwałtownością; Czaple tylko górą w powietrzu leciały, Ale zbyt wysoko i nic nie słyszały.
Bez spoczynku, nocą, wciąż tak daléj kroczył, I czuł jakiś ciężar, co go strasznie tłoczył, Myślał, że to szuba gniotła mu ramiona, A to mu tak serce ciężyło wśród łona.
V.
łońce weszło, miesiąc powrócił do domu, Janczi się zobaczył wśród Pusty ogromu, Od strony wschodowej do zachodniej strony, Ciągnął się bez końca step nieprzemierzony.
Nigdzie drzew, ni krzaków, ni barwistych kwieci, Tylko nizka trawa od rosy się świeci, Daléj w blasku słońca jezioro się pieni, W pośród szmaragdowej soczewic zieleni.
Nad jeziora brzegiem czapla łupu chciwa Poluje na ryby, łowi je, spożywa, Ptastwo wodne stadem buja nad wodami, Żwawo szerokiemi trzepocząc skrzydłami.
Janczi szedł wciąż szybko Pustą niezmierzoną, Za nim szły: cień czarny, czarnych myśli grono; W słońcu się dokoła kąpała natura, Tylko w jego sercu była noc ponura.
Słońce już zrobiło z pół swego pochodu, Gdy dopiero Janczi uczuł nieco głodu, I nic w tém dziwnego, nie jadł od wieczora, Ustawała noga, aż dotąd tak skora.
Usiadł tedy, widząc, że spocząć potrzeba, I wydobył z torby słoniny i chleba, Patrzyło nań słońce, niebo, a pod niebem Delibab cudowna.... jadł słoninę z chlebem.
Dziwnie smakowała uczta niezbyt spora, Chciał się po niéj napić, poszedł do jeziora, Brzegiem kapelusza czerpnął nieco wody, I krew jego spiekła doznała ochłody.
Niezaraz się znowu puścił w świat daleki, Wprzód mu sen znużone zamrużył powieki, Kretowiny sobie wyszukał pod głowę, Pragnąc w śnie do drogi znaleźć siły nowe.
Sen go poniósł do tej, z któréj wyszedł wioski, W objęcia Iluszki padł wolny od troski, Już z jéj ust w uścisku miał spić miód i mleko, Gdy go zbudził piorun padły niedaleko.
Spojrzał w Pustę z żalem za tem, co śnił błogo, I w pobliżu burzę zobaczył złowrogą, Co szła coraz bliżéj, gromami ciężarna, Tak jak dola jego straszna, smutna, czarna.
Wszystko się dokoła w czarny kir przybrało, Błyskawicą krwawą niebo się krajało, Pasma chmur ulewą miotały jak w szale, Na jeziorze grube tworzyły się fale.
Janczi się na kiju sparł, wsunął na czoło Kapelusz z wielkiemi brzegami w około, Szubę wziął na wywrót i swój wzrok ponury Wlepił w czarną burzę, w wielki step i w chmury.
Jak szybko ulewa na step zawitała, Tak też piorunowo dalej poleciała, Wszystkie chmury zmiotła siła wiatru skora, I na wschodzie błysła tęcza różnowzora.
Janczi ze swéj szuby strząsnął wód potoki I puścił się daléj, daléj w świat szeroki. Słońce już spać poszło i spało już pewno, On ciągle szedł dalej przez Pustę bezdrzewną.
Wreszcie go zawiodła droga w leśne strony, I wszedł w las ogromy, gęsty i zielony. Kruk, co świeżą właśnie padliną się raczył, Witał go krakaniem, kiedy go zobaczył.
Lasy ani kruki zrazić go nie mogą, Szedł więc Janczi daléj wązką przez las drogą. Przez drzew liście czasem na ścieżynę małą, Blade księżycowe światło się wdzierało.
VI.
uż się pewno dobrze ku północy miało, Gdy w gęstwinie lasu coś zamigotało. Spostrzegłszy blask Janczi szedł w tę stronę daléj, Poznał, że to światło w okienku się pali.
Myślał sobie, dążąc za niém w ciemnym borze: „To światełko czardę wskazywać mi może. Tak, to czarda pewno. Przy bożéj pomocy, Dojdę tam i znajdę przytułek wśród nocy.”
Janczi się omylił, nie czarda to żadna, Lecz dwunastu zbójców jaskinia szkaradna. Zgromadzeni właśnie dookoła stołu, W niej siedzieli wszyscy z swym wodzem pospołu.
Północ, rozbójnicy, pałki, strzelby, noże, Rzecz to djabła warta, każdy przyznać może; Janczi się na sercu dziwnie jakoś stało, Lecz nie stracił ducha, wszedł do chaty śmiało.
„Daj-Bóg dobry wieczór!” Takie pozdrowienie Wyrzekł Janczi wchodząc w zbójeckie schronienie, Za broń zaraz wszyscy pochwycili zbóje, W tem wódz się odzywa, ciszę nakazuje:
„Człeku nieszczęśliwy, mów kto jesteś prędko? I z jaką tu wszedłeś w nasze progi chętką?... Masz rodziców, żonę, niech po tobie płaczą, Bo już ciebie chłopcze nigdy nie zobaczą.“
Serce Janczi śmiałe nie przyśpiesza bicia, Jego twarz nie zbladła, wzrok nie stracił życia. Wysłuchawszy wodza grożącej przemowy, Odrzekł pewnym głosem, a takiemi słowy:
„Kto ma coś w swem życiu co doń przywiązuje, Ten się z niebezpieczeństw ucieczką ratuje, Ja nie dbam o życie ciężkie i złamane, Więc ktobądź jesteście, bez strachu zostanę.
„Jeśli wasza wola, to mi w swojej chacie Nie zrobicie złego, miejsce na noc dacie: Jeśli chcecie, nóż mi utopicie w łonie, Nie zostawię wiele żalu po mym zgonie.”
Tak rzekł swego losu czekając bez drżenia, Zbójcy wytrzeszczyli oczy z zadziwienia, A sam wódz łagodnie przemówił do niego: „Krótko-ć powiem, bracie, ale co dobrego.
„Jesteś tęgi chłopak przyznać ci to muszę, Musisz mieć prawdziwie rozbójniczą duszę, Nie dbasz o swe życie, nie bledniesz przed nożem, Słuchaj, zostań zbójcą, my ci dopomożem.
„Grabież, mord są żartem dla naszej gromadki, A dobrego żartu nagrodą dostatki. Patrz, w téj beczce srebro, w tej po wręby złota, Zostań nam kolegą, znajdzie się robota.”
Janczi tym projektem nie był zachwycony, Lecz wlazł między wrony, więc krakał jak ony: „Dobrze, oto ręka, jestem wam kolegą, Dziś jest najpiękniejszy dzień życia mojego.”
„Upięknim go jeszcze, wódz na to zawoła, Pijmy, niech się wszystkie rozpogodzą czoła, Z księżych piwnic nieraz winaśmy czerpnęli, Dna szukajmy w dzbanie, myśl się rozweseli.“
Każdy zbójca patrzył w swój dzban tak głęboko, Że odbiegał rozum, a bielało oko, Tylko Janczi jeden miary się pilnował, Choć go wódz i każdy ze zbójców częstował.
Wkrótce całą bandę sen pijany zmorzył, Janczi liczył na to, więc jakoby ożył, I gdy legli zbójcy dokoła pod ławy, Takie ze swą myślą rozpoczął rozprawy:
„Dobrej nocy, chłopcy!... sen wasz będzie wieczny, Powstaniecie chyba na sąd ostateczny. Wasza dłoń przecięła życie wielu ludzi, Ja wam to odpłacę.... nikt się z was nie zbudzi.
„A teraz do skarbów! Wypcham torbę niemi, Wrócę do cię, Ilusz najdroższa na ziemi, Skończy się nareszcie twoja smutna dola, Będziesz moją żoną... jeśli Boża wola.
„Wybuduję w samym środku wioski chatę, I wesele sprawię wspaniałe, bogate, I będziemy żyli jak ptaszęta w gaju, Albo jako pierwsza para ludzi w raju.
„Jednak Stwórco-Boże miałżebym sumienie, Łupem rozbójników obciążać kieszenie? Krwią się każda sztuka tego złota plami, Byłżebym szczęśliwy z takiemi skarbami?
„Nie! tych bogactw nie chcę, dłoń ma ich nie ruszy, Nie opłacą one sumienia katuszy, Piękna, słodka Ilusz, cierp swą twardą dolę, I swe biedne życie zdaj na Bożą wolę.”
Tak rozmawiał Janczi z swoją myślą własną, Wyszedł wziąwszy świecę palącą się jasno, I zapalił od niéj cztery dachu końce, Wkrótce wybuchł płomień jasny jako słońce.
Wnet domostwo objął pożar w swe ramiona, Szła w obłoki ognia kolumna czerwona, Kirem okrył niebo dym zionący z dachu, I patrzący z góry księżyc zbladł z przestrachu.
Od promieni światła odlatały z krzykiem Poczwarny nietoperz z ponurym puszczykiem, Oślepione blaskiem zorzy nocne ptaki, Tłuką się o siebie, o drzewa, o krzaki,
A gdy na las z rana wzrok zwróciło słońce, To patrzyło tylko w zwaliska dymiące; Patrzyło ze zgrozą w okna wpół-zwalone Na dwunastu zbójców szkielety zwęglone.
VII.
d téj nocy Janczi uszedł świata kawał, Już mu obraz zbójców w pamięci nie stawał, Gdy raz w świetle słońca ujrzał, że coś błyska, Poznał, że to wojsko, kiedy podszedł zblizka.
Byli to żołnierze, wspaniałe huzary, Słońce tak igrało z bronią staréj wiary. Konie ich spienione rżały i tentniły, Potrząsały grzywą, dumnie łba wznosiły.
Gdy ich Janczi ujrzał jadących przez błonie, Serce mu zadrgało w piersi, w lewéj stronie, Myślał: „Gdyby chcieli przyjąć mnie w żołnierze! Pędzić takie życie wielka chęć mnie bierze.“
Kiedy przyszła bliżej kohorta bojowa, Z ust dowódcy Janczi te usłyszał słowa: „Baczność, chłopcze! na bok! usuń nam się z drogi, Djabli cię uczyli koniom leźć pod nogi.“
Na to rzecze Janczi z westchnieniem głębokiém: „Wodzu! błędnym pątnik na świecie szerokiém, Gdybyście do wojska przyjąć mnie zechcieli, Tobym jakoś słońcu w oczy patrzył śmieléj.“
Wódz odrzekł mu na to: „Do naszéj ruchawki Wchodzi się dla walki, a nie dla zabawki; Na francuza napadł turczyn, syn pogański, Spieszym zbrojno naród wspomagać chrześćjański.“
„Byłoby to dla mnie i dumą i chwałą Na rumaku dzielnym w bój się puszczać śmiało. Lepiej raz się wybrać z pogany na wojnę, Niż wciąż w duszy zwalczać troski niespokojne.
„Prawda to, że dotąd nic nie umiem prawie, Tylko pasać owce na zielonéj trawie, Lecz jestem madjarem, — madjar z bożéj dłoni Wyszedł w świat do konia, do walk i do broni.“
Długo prawił Janczi, gdy się tak rozgadał, Jego wzrok ognisty reszty dopowiadał, Źle się nie popisał, owszem zyskał względy, Przyjął go dowódca do swojéj komendy.
Trudno skreślić jako cieszył się bez miary Janczi, gdy czerwone wkładał szarawary, Gdy rzuciwszy szubę mentą się odziéwał, Gdy błyszczącą szablę słońcu pokazywał.
Z pod bułanka kopyt tysiąc iskr wzleciało, Gdy na jego siodło Janczi wskoczył śmiało, A gdy siedział na nim w rzędzie z walecznemi, Toby nie zachwiało nim trzęsienie ziemi!
Bardzo się dziwili bracia szeregowi, Że tak strój huzarski przypadał Jankowi, A gdziekolwiek wojska dzień kwaterą stały, Z Janczim się dziewczęta ze łzami żegnały.
Trzeba jednak wyznać, co się dziewcząt tycze, Że Janczi był zimny na wdzięki dziewicze, I słusznie, bo chociaż zwiedził świat jak długi, Nad Iluszkę swoją nie zobaczył drugiéj.
VIII.
szli tak pochodem, wciąż daléj i daléj, Aż się do tatarskiéj krainy dostali, Kraina to groźna niebezpieczeństwami, Którą zamieszkuje lud z psiemi głowami.
Wyszedł do nich książę ludu psio-głowego, I rzekł, jakby mówił coś najgrzeczniejszego: „Jak mieliście śmiałość wejść do naszej ziemi? Wiecież, że my żyjem ciałami ludzkiemi?“
Wielki strach ogarnął nielicznych madjarów, W obec tysiąc razy liczniejszych tatarów, Szczęściem szedł tamtędy, jakby skutkiem cudu, Z swéj dobroci słynny król murzynów ludu.
Wziął on pod opiekę hufiec węgrów dziarski, Bo za swej młodości był w ziemi madjarskiéj, I zacny monarcha miał w pamięci świeżéj, Że go przyjmowali węgrzy jak należy.
Więc jako druh Węgier od dawnego czasu, Postanowił wywieźć węgrów z ambarasu, I po przyjacielsku, jako do równego, Tak mówił do króla kraju tatarskiego:
„Dobry przyjacielu, pozwól im iść daléj, Oni zrządzać szkody tu nie zamierzali, Lud ten mi jest znany, pełen szlachetności, Pozwól mu przez kraj twój iść dla mej miłości.“
„Chcesz królu, niech idą z sakwami i wozy.“ Taką dał odpowiedź książę pełen grozy, Kazał im dać paszport i zalecił srodze, Żeby im nikt przeszkód nie śmiał stawiać w drodze.
Już bez przeszkód tedy madjary ciągnęli, Aż wreszcie do granic Tatarji dobrnęli, Z radością... i słuszną... bo kraj nieciekawy: Prócz mięsa z niedźwiedzi i fig, żadnéj strawy.
IX.
óry i doliny tatarskiéj ziemicy, Już zostały w tyle madjarów konnicy, Weszli bowiem właśnie do włoskiego kraju, I szli daléj cieniem rozmarynów gaju.
Niewesoło było wśród węgrów obozu, Członki im kostniały od wielkiego mrozu, Wieczna bowiem zima trwa w włoskich krainach, Twardy lód na górach, biały śnieg w dolinach.
Lecz nasz lud na wszystko radzić sobie zdolny, Gdy ich mróz wskróś przejął, krew stężył wiatr polny, To złazili z siodeł, zginali się w dwoje, I brali dla ciepła na grzbiet konie swoje.
X.
ak przyszli do Polski, przy pomocy Boga, A z Polski do Indji, zkąd już blizka droga. Francja jak wiadomo z Indjami graniczy, Lecz się droga do niéj do najgorszych liczy.
W środku Indji pasmo gór się rozpoczyna, Które co krok daléj to się wyżéj wspina, A tam już gdzie Indje Francji dotykają, Te olbrzymie góry do nieba sięgają.
Tam się to pocili poczciwi ludziska! Każdy zrzucał halsztuk i wszystko co ściska, I jak zrzucić nie miał, kiedy wprost nad głową, Dzień i noc im słońce sterczało pionowo.
Powietrze im tylko za pokarm służyło, Łyżką je jadali, takie gęste było, A kiedy odwilżyć gardło pragnął który, Musiał jak kot zręcznie chlépnąć wody z chmury.
Wreszcie na szczyt wleźli jak cudem prawdziwie, Tu skwar piekł, więc nocą się wlekli leniwie, Bo niedobra wcale tam droga do jazdy, Gdyż się potykały koniska o gwiazdy.
Kiedy tak jechali wśród gwiazd krok za krokiem, Myślał Jąnczi wodząc w okół siebie okiem: „Powiadają ludzie, że gdy gwiazda zlata, To na ziemi człowiek schodzi z tego świata.
„Szczęście masz macocho! szczęście twe djablico, Że ja nie wiem, które komu gwiazdy świecą, Przestałabyś Ilusz przeciążać robotą, Bobym twoją gwiazdę zaraz zepchnął w błoto.”
W końcu znowu droga na dół iść zaczęła, Równina się przed ich oczy rozwinęła, Znikł skwar, pole trawą się zazieleniło, I w powietrzu jakoś Francję już czuć było.
XI.
rancja jest krainą tak sobie milutką Jak Chanaan mały, by powiedzieć krótko. To téż turcy ślinkę oddawna łykali, Żeby ją spustoszyć, aż ją najechali.
Gdy madjary doszli do francuzów państwa, To było jak mrowia tam tego pogaństwa, Łupili kościoły nędzni bezbożnicy, Wypijali wina po każdéj piwnicy.
Wiele miast w perzynę już poobracali, Co się nawinęło to w pień wycinali, Sam król nawet z swego grodu był wygnany, Rozłączony od swéj córki ukochanéj.
Turek wszędzie grabił, turek wszędzie rządził, A król z miejsca w miejsce po królestwie błądził; Kiedy go ujrzeli węgrzy w doli takiéj, To się popłakali poczciwe chłopaki.
Nieszczęśliwy władca to im dał pytanie: „Prawdaż, że to smutno w takim zostać stanie? Mogłem skarby moje z szachem perskim mierzyć, A teraz mam ledwie co zjeść aby przeżyć.“
Na to wódz chciał słowo rzec pocieszające: „Porzuć, wielki królu, te myśli dręczące, Nauczymy tańczyć ten lud znany z złości, Za wszystko, co zrządził złe waszéj miłości.
„Tę noc tylko pozwól, że spoczniem po drodze, Bośmy tym pochodem zmordowani srodze, Jutro do roboty zaraz się weźmiemy, I stracone państwo tobie odbijemy.“
A król lamentuje i strasznie się smuci: „Moja biedna córka któż mi ją powróci? Wezyr porwał dziecię moje ulubione, Kto ją turkom wydrze, weźmie ją za żonę.“
Do nagrody takiéj aż się dusza śmieje, Każdy madjar uczuł w swém sercu nadzieję, I przysięgał sobie w bojowym zapale: „Zginę dla królewny, albo ją ocalę!“
Nie uważał tylko Janczi Kukoryca, Jak ponętną była króla obietnica, Jego myśl dążyła w odległe krainy Do Iluszki-duszy, do perły jedynéj.
XII.
ako wschodzi codzień, słońce weszło rano, I musiało uczuć radość niesłychaną, Bo mu się nie codzień takie widzieć zdarzy Rzeczy, jakie w dzień ten zdziałali Madjarzy.
Trąbka zadźwięczała. Słysząc dźwięk bojowy, Każdy Madjar stanął do walki gotowy; Każdy miał szablicę tak ostrą jak brzytwę, Konie się wspinały, przeczuwając bitwę.
Gdy się huf bojowy uszykował ładnie, Chciał król iść z nim razem, walczyć gdzie wypadnie; Rozsądny dowódca huzarów dopiero Ten krok mu odradził swą przemową szczerą:
„Stłum swoją odwagę, najjaśniejszy panie, Ramię twoje walczyć już dziś nie jest w stanie, Prawda, że ci męztwo twe czas pozostawił, Lecz siły potrzebnej do miecza pozbawił.
„Miłościwy królu, w nas ufaj po Bogu, Przed wieczorną rosą pomścim się na wrogu, Zniszczym go do szczętu i w złotej koronie, Zasiądziesz napowrót na królewskim tronie.“
Potem węgrzy konie ostrogami spięli I przed hordą dzikich pohańców stanęli. Chcieli Turcy zmykać, ale się wstydzili, Bo im heroldowie walkę ogłosili.
Gdy się to odbyło, zahuczały rogi I zarżały konie, w bój ruszając srogi; Szabel szczęk, wesołe okrzyki, wystrzały, Takie były węgrów bojowe sygnały.
Każdy ostrogami konia spinał w boki, Od tententu kopyt świat się trząsł szeroki, Widząc, co się dzieje, serce ziemi drżało, Jakby to, co dalej ma być, miarkowało.
Siedem miał buńczuków basza tłusty nader, Gdyż brzuch jego mógłby zmieścić siedem wiader Jego nos niekształtny jak spory ogórek, Czerwonością zdradzał, że pił tęgo Turek.
Ten brzuchaty wezyr pogan swych szeregi Wysztyftował podług prawideł strategji, — Turcy by się wielu natarciom oparli, Lecz musieli uledz, gdy węgrzy natarli.
Zaczął się bój straszny i okropny zamęt, Kurz z pod kopyt koni zakrywał firmament, Lała się krew turków tak, że w owej porze Zdał się łan zielony jak czerwone morze.
Rzeź, mord ciągły. Każdy Madjar pogan chlastał, Stos tureckich trupów jako góra wzrastał, Basza z grubym brzuchem tylko się uchował, I na Janczi właśnie szablę swą skierował.
Janka Kukorycy jednak to nie straszy, Miecz trzymając w ręku, rzekł on tak do baszy: „Nazbyt na jednego tłustyś panie bracie, Więc ja z ciebie zrobię dwóch, ty chrześćjan kacie.“
Ledwie tę myśl powziął, a już zrobił swoje, Tureckiego baszę rozpłatał na dwoje: Pół kadłuba padło w lewo, a pół w prawo, I tak wezyr raptem śmierć napotkał krwawą.
Gdy ten czyn ujrzała kupa turków trwożna, Wnet się w tył zwróciła i w nogi, gdzie można, Dotądby zmykali nędzne niedowiarki, Gdyby im huzary nie wpadli na karki.
Gdy ich dopędzili, rozpoczęli żniwo, Głowy, ręce, nogi sypały się żywo; Jeden tylko jeszcze umykał nietknięty, Temu właśnie Janczi nachodził na pięty.
Był on synem baszy, chciał się wymknąć cały, Miał z sobą na siodle jakiś ciężar biały, Była to królewna Francji nieszczęśliwa, Omdlała z przestrachu i prawie nieżywa.
Janczi za nim pędzi w nieścigłym galopie, Wołając: „Stój! niechaj miecz w tobie utopię, Stój! czekaj! niech w brzuchu dziurę ci wyżłobię, By przez nią do piekła duch twój poszedł sobie.“
Pewnoby poganin nie przerwał swej drogi, Gdyby mu koń jego nie padł wiatronogi, Lecz gdy upadł rumak i powstać nie zdołał, Tak do Janczi turczyn ze łzami zawołał:
„Łaski! o rycerzu, chociaż ciosy twoje Nic nie oszczędzają, oszczędź młodość moję. Jestem młody, umrzećby mi się nie chciało, Wszystko co mam zabierz, tylko puść mnie cało.“
„Nic ci brać nie myślę, co mi po twem złocie? Prosisz się o życie, a więc żyj w sromocie. Wynoś się ztąd prędko i nieś do swych braci Wieść, jak się to u nas za rozboje płaci.“
Skoczył Janczi z konia, pobiegł ku królewnie, I w jej cudne oczy, patrzące niepewnie, Spojrzał, a królewna zbudzona z omdlenia, Rzekła tak do sprawcy swego ocalenia:
„Drogi mój wybawco, kto jesteś nie badam, Lecz serdeczną wdzięczność mą ci wypowiadam, Chcę ci wynagrodzić za wolność wróconą, I jeżeli zechcesz, zostanę twą żoną.“
W żyłach Janczi wrzała także krew nie woda, Więc nie dziw że drżała jego dusza młoda, Lecz aby poskromić wewnętrzne wzruszenie, Janczi przywiódł na myśl Iluszki wspomnienie.
Potem do królewny tak przemówił słodko: „Jedźmy wprzód do ojca, królewno-pieszczotko, Pomówim z nim o tem, a teraz czas w drogę,“ Wsadził ją przed siebie na koń... dał ostrogę...
XIII.
ukoryca Janczi z królewskiem dziecięciem, Przybył na plac boju przed mroku spadnięciem, Słońce zachodziło i czerwonym okiem, Rzucało z żałością po polu szérokiem.
I widziało tylko trupy z twarzą bladą, A na każdym trupie czarnych kruków stado; Niebardzo mu patrzeć w krwi kałuże miło, Więc oblicze swoje w morzu zanurzyło.
W blizko pola bitwy leżącém jeziorze, Można się przeglądać było w zwykłej porze, Dzisiaj to jezioro było wskroś czerwone: Myli w niém huzary ręce krwią zbroczone.
Gdy się oddział cały obmył ze krwi świeżéj, Odprowadził króla do zamku, co leży Niebardzo daleko od pobojowiska, Do monarchów Francji starego zamczyska.
Ledwie na podwórzu hufcem się zebrali, Janczi się z królewną, ukazał w oddali; Byli razem, Janczi i królewska córa, Ona jako tęcza, a on jako chmura.
Gdy swą córkę znowu król zobaczył stary, Uścisnął ją, niemy z radości bez miary, I dopiero usta jego słowo rzekły, Gdy ją już jagody od uścisków piekły:
„Drugi raz się w życiu taki dzień nie zdarza! Hej! niech kto bądź biegnie zawołać kucharza, Żeby nam kolację dobrą przygotował, Czas już, bym zwycięzców suto uczęstował.“
„Nie ma po co wołać, najjaśniejszy panie, Ozwał się głos z tyłu i rądli szczękanie; Wszystkom przygotował do kolacji walnéj, I już zastawiony stół w sali jadalnéj.“
Miłym był nadzwyczaj dźwięk tych słów kucharskich, Szczególniéj dla uszu huzarów madjarskich, Prosić się nie dali i z królem pospołu Poszli do jadalni, do pełnego stołu.
I jak z pola bitwy pogan w walce świeżéj, Tak potrawy szybko zmiatali z talerzy, I doprawdy nie dziw, że tak głodni byli, Boć się tłukąc turków porządnie zmęczyli.
Dzban już obszedł koléj kilka dobrych razy, Kiedy z ust królewskich wyszły te wyrazy: „Dzielni wojownicy, uważajcie, bowiem Ważném jest szczególnie, to co teraz powiem.“
Madjarowie gwarną gawędkę przecięli, I królewskiéj mowy słuchać przedsięwzięli, Ten chrząknął, ów jeszcze raz łyknął niewiele, Aż się wreszcie cisza stała jak w kościele.
„Wojownicza młodzi, chciej mi nazwać tego, Kto był dziś wybawcą dziecięcia mojego.“ „Kukoryca Janczi nazwa ma, nieładna, Z chłopska brzmi, lecz, królu, nie hańba to żadna.“
Ledwie że to Janczi powiedział o sobie, Kiedy król mu przerwał w następnym sposobie: „Dobrze, od dziś jednak ja inaczej chrzczę cię, Wojakiem Janoszem zwany będziesz w świecie.
„Dzielny więc wojaku, słuchaj mojéj woli, Tyś ocalił córkę mą z strasznéj niedoli, Za to ona będzie twoją żoną prawą, Ty z nią na tron Francji siądź i panuj z sławą.
„Jużem dosyć długo siedział na tym tronie, Wiek mnie przygniótł, włos mi posiwiał w koronie, Starość to nie radość, krew się w żyłach krzepi, Zdam więc tobie rządy, im prędzéj tém lepiéj.
Za tron i purpurę, za berło w dłoń dane, Od ciebie wojaku nic nie chcę w zamianę, Dasz mi tylko w zamku pokoików parę, Bym w nich pędził cicho moje lata stare.“
Tak do zbawcy córki król wzruszony prawił, Czém huzarów zdumiał, oraz zaciekawił, Rycerz Janosz jednak, nieolśniony tronem, Tak królowi odrzekł uniżonym tonem:
„Dzięk miłości waszéj za chęć dobrą składam, Żem tych łask niegodny, jawnie wypowiadam, I wyraźnie muszę zrobić to wyznanie, Żem twych darów królu przyjąć nie jest w stanie.
„Musiałbym historję opowiedzieć całą, Ażeby się z tego jasno okazało, Że mi niepodobna postąpić inaczéj, Lecz boję się znudzić króla i słuchaczy.“
„Mów tylko, mój synu, bom ciekawy srodze, Jaki jest twój powód, aż w głowę zachodzę.“ Na wezwanie króla w taki sposób dane, Wojak Janosz mówił, jak tu napisane.
XIV.
„d czego tu zacząć?.... Ot, od objaśnienia, Jak to ja doszedłem do mego imienia: W polu kukurydzy dzieckiem znaleziony, Janczim Kukorycą zostałem ochrzczony.
Jednego z wieśniaków poczciwe żonisko, Poszła raz wieczorem, domu swego blizko, Słomę zbierać z pola kukurydzowego, I mnie zobaczyła w bruździe leżącego.
Słysząc przeraźliwe krzyki me dziecięce, Litość w sercu czuła, wzięła mnie na ręce, Zaniosła do chaty z tą myślą szlachetną: „Dam mu wychowanie, wszak jestem bezdzietną.“
Miała ona strasznie gniewliwego męża, Ten gdy mnie zobaczył, spojrzał jak na węża, Darł się, wykrzykiwał z całej gardła mocy, Klął na czem świat stoi aż do ciemnéj nocy.
Dobra gospodyni jęła go łagodzić: „Przestańcież, ojczulku, żale swe rozwodzić, W bruździe go nie mogłam pozostawić przecie, Boby mnie ukarał Bóg na tamtym świecie.
„Będziecie w starości z niego mieć podporę, Macie bydło, owce, gospodarstwo spore, Chłopak wzrośnie, darmo nie będzie jadł chleba, Najmować beresza nie będzie potrzeba.“
Przyjął mnie nareszcie po rozprawie takiéj, Ale nieraz później dał mi się we znaki. Kiedykolwiek praca nie szła należycie, To mnie spotykało najstraszliwsze bicie.
Tak wzrastałem w trudzie, wciąż pod kijem prawie, Rzadko biorąc udział w dziecięcej zabawie, Lecz mnie w mojej twardej doli pocieszało Jasnowłose dziewczę, co we wsi mieszkało.
Matka odumarła ją młodo. Niedługo Wdowcem był jej ojciec, — ożenił się z drugą, A wreszcie i umarł, a dziewczyna biedna Ze swoją macochą pozostała jedna.
Dla niej biły wszystkie serca mego bicia, Ona była różą ciernistego życia, Takeśmy się z czasem wzajem przywiązali, Że nas ludzie „parą sierot wioski“ zwali.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wojak Janosz.
