I
Szekspir — jedno z tych wielkich imion, które obok Homera i Dantego stoją w dziejach ducha ludzkiego, nieśmiertelnym odziane blaskiem. Promień geniuszu uwił im nad czołem aureolę. Poeta wesołej i krwawej Anglii, stał się, w całem znaczeniu tego wyrazu, wieszczem ludów, własnością wszystkich narodów. Wszystkie literatury przyswoiły sobie jego dzieła, przez trzy wieki powtarzają się one na wszystkich scenach, objaśniają, wyrozumiewają, tłómaczą, pojmują coraz głębiej — a przedmiot ten dotąd nie jest wyczerpany. Szekspir z Dantem dzieli tę miłość powszechną; wspólnym im jest dar pociągania umysłów, jednania sobie serc, zyskiwania współczucia, rozbudzania niezmiernego zajęcia. Uznania tego i uwielbienia dobił się szczególniej w ostatniem stuleciu — które, nietylko w Anglii, ale na świecie całym podniosło cenę jego poetycznych utworów. Na wszystkich znać wyciśniętą pieczęć geniuszu, dłonią, która posłuszną była — natchnieniu. Rodzinny to dar Boży, a nie sztucznie wyrobiona zdolność; bezwiedna niemal twórczość płynąca z tego tajemniczego źródła, którego głębiny są dla nas zakryte. Z całego życia i działalności poety widzimy dowodnie, iż nauce ani wykształceniu, ani obcowaniu, ani nawet pracy, tej wielkiej mistrzyni, nie był winien genialności swojej — dała mu ją natura. Wyższa jakaś siła, która go przeznaczała na poetę dziejów serca ludzkiego, obdarzyła go intuicyą wieszczą — człowieka, serca jego, namiętności i charakterów. Jakby w jasnowidzeniu, czuje prawa, które poruszają światem i stwarza istoty żyjące, umiejąc natchnąć w nich ducha nieśmiertelnego. Dla badacza najbardziej zajmującym jest ten samorodny geniusz, bo w nim nie tylko wiek jego odbija się wyrazistymi rysy, ale cała ludzkość i wszelki człowiek. Jak wszyscy wielcy poeci, Szekspir przychodzi z tą siłą twórczą, gdy materyał, który ma użyć, został dlań przygotowanym. Jak sama natura, przerabia on tylko procesem tajemniczym treść przysposobioną dlań w przeszłości. Homerowi dostarczają osnowy pieśni rapsodów i podania, Dantemu cały średniowieczny skarbiec stoi otworem, — Szekpir ma dzieje całego świata przed sobą i czerpie z nich szczodrą dłonią. Częstokroć nawet z niewolniczem poszanowaniem idzie za dostarczonym mu wątkiem, a dosyć, by na nim piętno swe położył, by weń tchem swoim wlał życie, — umarłych trupy z grobu powstają i suche słowo kroniki zmienia się w ciało i krew. Wszystko jest zadziwiającem w dziełach tego człowieka: jego własne życie obok nich położone, siła geniuszu dziko wzrosłego, który się wybija ponad głowy uczonych i wypatentowanych współzawodników, — martwe te karty, z których on swój świat pełen ruchu, dźwięku i barwy czarodziejskiem wywodzi słowem. Jak natura, co z powietrza, słońca i piasku wyprowadza kwiaty, tak on z nieforemnych oklepanych powiastek snuje czarodziejskie dramata; jak natura, ma nieskończoną rozmaitość form, barw i dźwięków; jak w naturze spajają się w nim sprzeczności najostateczniejsze, w dziwnie harmonijną całość. Dosyć dlań imienia, rysu, wskazówki, jednego słowa pozostałego na zapomnianym grobie, aby w nich pełną ognia i prawdy stworzył postać. Wszystkie struny uczuć ludzkich brzmią po kolei w tym chórze żywota. Co najdziwniejsza, — czujemy i widzimy, że ten natchniony nie sili się na układanie misterne, na obmyślanie kunsztowne swych poematów, — niemylny instynkt mu przewodniczy, mówi przezeń coś potężniejszego nad naukę i rachubę — boskie natchnienie. Nie opuszcza go ono ani w najgorętszych namiętności godzinach, ani w najostyglejszych szyderstwa chwilach. Jak kameleon przeobraża się w tysiące postaci, nie przestając być sobą — bo jest poetą. Najciekawszem w świecie byłoby studyum, rozpoznanie tego procesu tworzenia i rozwinięcia się w twórcy czynników, które mu posługiwały. Lecz zadanie to, nad którem najznakomitsze umysły pracowały, jest niezmiernie utrudnione brakiem wiarogodnych materyałów, któreby wśród tej pomroki za wskazówki służyć miały. Współcześni zajmowali się niem mało, chociaż podziwiali twórczość poety, geniusz jego gwałt im zadał; niemal przez wiek potem cały mało się troszczono o zbieranie tradycyi, śladów i pamiątek, a gdy imię Szekspira podniosło się do tej wysokości, na jakiej je dziś widzimy, ślady życia poety znikły już były z ziemi, podania z ust do ust chodząc, potworne przybrały postacie, pozostały tylko dzieła, którym zaniedbanie długie dało porosnąć mchem a rdzą omyłek i popraw niedorzecznych. Z tych dzieł nawet nie wszystkie noszą imię jego, a niektóre przybrały je bezprawnie. Jedne odepchnięto jako apokryfy, chociaż widocznie w niektórych częściach zdradzają lwią dłoń, co na nich spoczęła; inne przyswojono, choć słabo odbija się w nich geniusz poety. Krytycy i badacze mają w Szekspirze jedno z najzawikłańszych zadań, jakie się kiedykolwiek umysłowi ludzkiemu nastręczyły. Nadostatek wiadomości zastępują podania późne, niepewne, podejrzane, lub jawnie przyległe tylko do wielkiej postaci, z którą wyrosnąć nie mogły. Z prawdy odrobiny i wymysłów wielu stworzyła się pośmiertna maska Szekspira, jaką znamy, do żywego oblicza zaprawdę mało podobna, lecz zastępująca je, jak w legendach bohaterowie, których tworzy duch narodu, zajmują posągowe miejsca ludzi, co nie istnieli, których zbiorową pracą ulepiły wieki na wzór i podobieństwo swych ideałów. Tak ludzkość tworzy swe bogi. Szekspira, lepiej niż jego własne mało znane życie, tłómaczy wiek, w którym żył, piśmiennictwo, jakie zastał, ruch umysłowy, wśród którego się przebudził, naostatek poprzednicy na scenie, dramat angielski ówczesny, jego rozwinięcie i duch, jaki Anglię ożywiał. Geniusz jego, jakkolwiek przeszedł potężną swą epokę, jest prawowitem dziecięciem czasu i tylko na tle jego zrozumianym i słusznie ocenionym być może. Przedewszystkiem więc, chcąc dziś poznać poetę, musimy choć pobieżnymi rysami, nakreślić obraz epoki, wśród której występuje. Ostatnimi czasy w literaturze niemieckiej natrafiamy na częste, dziwnie namiętne porównania geniuszu dramatycznego Szekspira z Schillerem i Goethem. Nie rozumiemy zupełnie, jak można poetę, tworzącego w tych warunkach, co Szekspir, chcieć równoważyć i przymierzać do poetów nowszej epoki. Przy równej nawet wartości dzieła, ogromna wyższość musiałaby zawsze pozostać po stronie tego, który nie mając wzorów, tworzył pierwszy, nie posługiwał się teoryą żadną i nie patrzył w żadną modłę... przetorowane drogi łatwo jest prostować i równać; przebić i torować nowe, gdzie ich nie było, innej jest ceny. Schiller i Goethe z wiedzą warunków sztuki przystępowali do kunsztownych dzieł swoich, Szekspirowi geniusz jego sam służył za jedyną pochodnię. Porównanie jest niemożliwem, gdy przedmioty różnej są natury i rodzaju: kłaść obok siebie Homera z Wiktorem Hugo, Dantego z Lamartinem, jest po prostu niedorzecznością. Wieki, które ich dzielą, myśli i formie nadają wartość różną, jak różna jest cena kruszców w czasach od siebie odległych. Poeci rzeczywistego natchnienia rodzą, poeci wykształceni tworzą; nie odmawiamy wartości ostatnim, ale ich na równi z tymi wieszczami, przez których mówił duch Boży — położyć nie możemy. Szekspir stoi odosobnionym i jedynym; ażeby go ocenić, stawić przy nim potrzeba tych, co z nim i obok niego żyli, naprzykład Marlowe’a (Marlo’a) i Ben Jonsona (Ben Dżonsona), nad którymi tak góruje, iż maleją i nikną u stóp jego.
II
Chwila, w której wielki poeta miał przyjść na świat, była dla Anglii epoką wielkiego rozbudzenia; energicznemi prądy płynęło życie, szukano pożądliwie zarówno cielesnych jego przyjemności, jak i duchowych. Wiele węzłów, które w klubach trzymały obyczaje, prysnęło; purytańska reakcya jeszcze w siłę nie wzrosła, umysły wyzwalały się bez granic. Wesoło szli ludzie na śmierć, mężnem na nią spoglądając okiem, lecz równie chciwie pragnęli tego, co ziemia im dać mogła, dopóki po niej stąpali. Świetne dwory królewskie i pańskie, ochocza młodzież, wesołe kobiety, jakby po długiem spragnieniu i głodzie, piły z czary życia aż do upojenia i szału. Poeci przyśpiewywali tej biesiadzie, wśród której nieraz krew purpurowo prysnęła; dworskie wesołki trefnymi żarty dzwoniły zabawie, a najemni wielkich panów „aktorowie słudzy“ dopełniali rozkoszy, przedstawiając żywo obrazy fantazyjne, jakich jeszcze brakło rzeczywistości. Teatr bardzo wcześnie i bujno rozwinął się w Anglii; naprzód jako religijne misteryum, ubarwione intermezzami weselszemi, potem z pomocą i na wzór starożytnych klasycznych dramatów, grywanych po szkołach i klasztorach. Z rubasznych scen tej przegrywki, która pomiędzy tragicznymi aktami dawała wytchnąć i rozchmurzyć się słuchaczom, rozwijała się powoli komedya; ze świętych i pobożnych „tajemnic“ wyrastał historyczny dramat. Od pierwszych niemal prób literatury angielskiej, widzimy ją czerpiącą wzory w ogólnym skarbcu literatur starożytnych i, na ich grobach powstałych, włoskiej i hiszpańskiej. Ten zapładniający oddech południa porusza do życia angielskich poetów. Biorą oni formy obce, lecz za wczasu zastosowują je do rudy własnej i topią z niej kunsztowne dzieła. Nie zaślepieni naśladowcy, ale zdobywcy umiejętni, zapożyczają tylko narzędzia, któremi z łona własnej ziemi dobywają skarby. Prastare pieśni, legendy, ballady, tradycye zjawiają się w nowych szatach. Tak samo pierwsze teatru wzory biorą może z innego świata, ale wnet je do swych potrzeb i natury urobić usiłują. Teatr w szesnastym wieku staje się tu potrzebą, zabawą, nałogiem i namiętnością. Nie jest to wytworna scena, jakąbyśmy sobie dziś wyobrażać mogli na dworze Elżbiety, misternie urządzona i wykwintna; najprostsze w świecie z desek zbite ściany, najlichszy budynek, artyści lada jako przybrani, chłopcy grający kobiet role, na parterze kadź z piwem i gawiedź gwarna; ale w tem tyle jest ognia i siły, że słuchacze zapominają o tem, czego im do złudzenia braknie. Młodzieńcza ich wyobraźnia dopełnia reszty. Poeci też dramatyczny nie łamią sobie głowy zbytecznie, rymują kroniki, rozbijają na sceny powieści, ćwiertują legendy i zszytą jakkolwiek całość zaprawiając ostrym sosem... podają gorąco... Artyści gracko i ochoczo deklamują przed wesołą publicznością. Pisarze i aktorowie znają swych słuchaczy; im potrzeba ukropu, słów brzmiących, barw jaskrawych, wiele hałasu, czegoś, coby ich poruszyło do szpiku kości, a po życiu, jakie wiodą, między rusztowaniem a gospodą, niemała to rzecz czemś ich zająć i rozbudzić. Najtragiczniejsze historye z całego świata i najpoczwarniejsze postacie gromadzą się tu dla nakarmienia wrażeniami zgłodniałej rzeczy. Bujne życie starej Anglii odbija się w dramatach, choćby ich treść czerpaną była w historyi Persów i Scytów. Same naostatek dzieje własnego kraju, dostarczają obfitej treści do nich, spisanej żywo, ogniście we współczesnej Holinsheda (Holinszeda) lub Halla (Holla) kronice, a jeszcze żywiej dochowującej się w podaniach i powieściach, w znanych wszystkim narodom tradycyach. Posłuchajmy, jak narodziny tej sceny, której Szekspir miał być mistrzem, kreśli Taine (Ten), w znakomitej swej historyi literatury angielskiej: „Tak narodził się ten teatr — pisze on — jedyny w dziejach, jak jedyną jest ta cudna chwila przelotna, z której powstał: dzieło i wizerunek tego młodego świata, równie naturalny, równie rozpasany i tragiczny, jak on sam. „Gdy dramat oryginalny i narodowy ma powstać, poeci, co go tworzą, noszą w sobie uczucia, jakie on przedstawia. Oni są objawem ducha publicznego wyrazistszym nad innych ludzi, bo duch ten w nich gorętszym jest niż w innych. Namiętności otaczające, z ich serc wybuchają głosem ostrzejszym i właściwszym, dlatego ten głos brzmi wyżej nad wszystkie głosy. Hiszpania rycerska i katolicka znajduje tłómaczów w zapaleńcach i Don Kiszotach, w Kalderonie-żołnierzu, nim został księdzem; w Lopezie, ochotniku piętastoletnim, zapalonym kochanku, błędnym pojedynkowiczu, żołnierzu Armady, wkońcu księdzu i służce świętego oficyum tak gorliwym, że pości aż do opadnięcia z sił, że ze wzruszenia mdleje mszę odprawiając, a mury celi krwią swych biczowań obryzguje. „Pogodna i szlachetna Grecya, wodzem swych poetów tragicznych ma jednego z najwyszkałceńszych i najszęśliwszych swych synów — Sofoklesa, który przoduje w sprawach pieśni i palestry, który w piętnastu leciech śpiewa paean przed trofeami Salaminy, a później poseł, wódz, zawsze ulubieniec bogów, rozmiłowany w swym grodzie rodzinnym, życiem swem i dziełami występuje jako niezrównane harmonijne zjawisko w tej zgodzie i pokoju, które stanowią piękność starożytnego świata, jakiej nowsze nie dościgły wieki. „Francya wymowna a światowa, w tym wieku, który najwyżej podniósł sztukę form towarzyskich i wymowy, znajduje do pisania swych tragedyi oratorskich, do malowania swych salonowych namiętności, najzręczniejszego kunsztmistrza słowa: Racine’a dworaka, człowieka światowego, najzdolniejszego przez takt swój i stylowe omówienia, do przedstawiania ludzi światowych i dworaków. „Tak i tu (w Anglii) poeci z dziełem są w zgodzie. „Wszyscy niemal włóczęgi, dzieci ludu (wyjąwszy Beaumont’a i Fletcher’a), wykształceni przecież, najczęściej wychowańcy Oxfordu i Cambridge (Kembridż), ale ubodzy, tak że w nich wykształcenie jest ze stanem w sprzeczności. Ben Jonson jest mularza pasierbem i sam mularzem; Marlowe — synem szewca, Szekspir — kupczącego wełną, Massinger (Massindżer) — lokaja pańskiego dworu. Żyją jak mogą, brną w długi, piszą, ażeby zarobić trochę i występują po teatrach. Peele (Pil), Lodge (Lodż), Marlowe, Jonson, Heywood (Heyuud), sam Szekspir, są aktorami“. Słuszność ma Taine; w nich wszystkich ta włóczęga, ten niedostatek, samo położenie w sprzeczności z wykształceniem, rodzi te talenta namiętne, gorączkowe i przyczynia się do ożywienia sceny. Brzmią z niej dziwne głosy szału, rozdrażnienia, ironii. Jakże się ma oprzeć pokusie taki poeta sponiewierany i głodny, aby w usta swych bohaterów trochę bólu, ironii i wyrzutów gorzkich nie włożył? Przyjście, zjawienie się Szekspira, poprzedza cały zastęp takich biednych włóczęgów z płomykiem u czoła, pracujących słowem dla chleba. Nie pojęlibyśmy poety, nie powiedziawszy o nich słów kilka. W roku 1564 ma się narodzić mistrz; w roku 1561 na teatrze w Londynie grają pierwszą tragedyę wierszem, podzieloną na akty i sceny. W roku 1566 w Christ-College (Krajst-Koledż) w Cambridge ukazuje się pierwsza sztuka, mogąca się komedyą nazywać. Początki te już z wielu względów zasługują na uwagę, tkwią w nich zarody późniejszego angielskiego dramatu, mającego się odznaczyć połączeniem dwu pierwiastków, tragicznego i komicznego, tak jak ówczesne społeczeństwo łączyło w sobie razem charakter tragiczny i komiczny. Tragedye te dosyć napuszone i deklamatorskie, w których akty rozpoczynają pantomimy zawierające treść, a kończą niby klasyczne chóry — przyjmują się tak dalece na scenie, iż po nich wkrótce mnogie inne w tymże rodzaju następują: Cezar, Kambyzes i t. p. Wszystkie zresztą te trzy rodzaje, które Szekspir ma uprawiać, komedye, historye (dramata), tragedye, wyrastają razem jak z ziemi. Zliczyć trudno ich mnogość. Wszystko to dosyć nieforemne, lecz nowe, lecz porywające; dla uczeńszego świata po szkołach młodzież gra po łacinie. Wiele z tych przedmiotów, które za wątek posłużyć miały Szekspirowi, już są obrobione i znane na scenie. Romeo i Julia, Tytus Andronikus, Perykles, Cezar, Henryk VI, już udramatyzowani z prosta a bez kunsztu, popularnymi niemal się stali. Po Tomaszu Sackville (Sekwil), autorze tragedyi o Gorboduku (czyli Ferrex i Porrex), zjawiają się: Edwards (Eduards), dworzanin królowej Elżbiety, ze swym Damonem i Pityaszem, John-Still (Dżon Still) z rubaszną komedyą, Gascoigne Jerzy ze swemi naśladowaniami z włoskiego. Z tych wszystkich poprzedników, najznakomitszym, najdzielniejszym, najbardziej utalentowanym jest Krzysztof Marlowe, który o lat parę wystąpienie Szekspira wyprzedził. Marlowe klasycznie wykształcony, czerpał treść do swych dramatów z najrozmaitszych źródeł. On to pierwszy (może nawet przed udramatyzowaniem legendy o Fauście w Niemczech dla teatrzyków lalkowych maryonetek) wprędce po wydaniu historyi Dr. Fausta stworzył z niej swą: „Tajemniczą historyę żywota i śmierci Dr. Fausta“. Jest jego tragedya w dwu częściach o Tamerlanie, o Edwardzie drugim, królu Anglii, o rzezi paryskiej (śmierci Gwizyusza), o Dydonie. We wszystkich czuć poszukiwanie przedmiotów jak najdziwaczniejszych, sytuacyi najgwałtowniejszych: okropności, któreby zużytego rzeczywistością równie dramatyczną widza poruszyć mogły. Straszliwą w istocie jest treść jego „Bogatego maltańskiego żyda“ — (the rich Jew of Malta). Barrabasz Marlowe’a, przypomina Shylocka (Szajloka) Szekspira, prześladowany staje się nielitościwym prześladowcą, nie już chrześcijan samych, ale ludzi. Serce swe, jak powiada, „oczyścił z miłości i litości“. Śmieje się, gdy płaczących widzi, chodzi po nocach i studnie zatruwa, dobija bez miłosierdzia chorych, napełnia więzienia bankrutami, sierotami szpitale. Tą nienawiścią chrześcijan bezmierną, nienasyconą, chwali się, szczyci, jest nią dumny. Córka jego ma dwóch kochanków, chrześcijan obu; Barrabasz doprowadza ich do tego, że się w końcu zabijają oba. Córka z rozpaczy zostaje zakonnicą, ojciec truje ją i z nią klasztor cały. Wszystkie te niewysłowione okropności, którym urągowiska straszniejsze nad nie, kończą się wpadnięciem winowajcy w rozpalony kocioł i konaniem. Ostatnie słowo Barabasza, to żal tylko, że jeszcze nie dosyć dojadł ludziom. Z równie rozpasaną namiętnością pojęty jest Faust Marlowe’a, który nie pożąda mądrości dla niej samej, tylko jako narzędzia do życia, użycia i nadużycia, z zupełną obojętnością na następstwa i piekło. Faust pragnie, żądza nienasycona go pali, upaja się, szaleje. Nie jest to uosobienie, abstrakcya jak u Goethego, ale osoba — człowiek. Oto jest mały wyjątek, dający niejakie wyobrażenie o poecie.
Serce zbyt stwardło, skrucha niepodobna, Ledwie rzec mogę: wiara, zbawienie i niebo, Wnet straszne echo razi uszy moje: Faust potępiony — i miecze, trucizny, Strzelby, powrozy a zatrute stale Przeciw mnie stają — przeciąć życia wątek. O! dawnobym się zabił, lecz rozkosze Głęboką rozpacz zwyciężać umiały; Wszakżem ślepego wywołał Homera, Aby mi śpiewał Parysa miłostki I śmierć Oenony! — i piewcę, co głosem Swej melodyjnej arfy Teby sławił, On to wtórował Mefistofilowi. Lecz po co umrzeć, na co mam rozpaczać? Stało się! nigdy Faust nie dozna skruchy. Chodź, Mefistofil, rozprawmy się jeszcze, O astrologii pomówmy niebiańskiej: Powiedz mi, wiele niebios nad księżycem? Powiedz, czy wszystkie ciała są kulami Tak jak ta ziemia, co leży pod nami? Lub nie! Mów, czembyś serce napasł głodne. Chcę za kochankę wziąć Helenę ową Niebiańską, którąm widział dni ostatnich. Niech jej pieszczoty zetrą z mego czoła Aż do ostatniej troski, co wstecz woła. Boska Heleno! pocałunkiem twoim Daj nieśmiertelność! Usta jej ssą duszę Ze mnie. Uchodzi dusza! wróć Heleno, Duszę mi oddaj! Zamieszkam w tem niebie, Heleno, niebo na ustach u ciebie. Wszystko, co nie jest Heleną, jest błotem.
Mój Boże, płakać chcę, szatan łzy trzyma. Niech krew z mych oczu w miejsce łez popłynie A ze krwią życie i dusza. On chwyta Język mój! Ręce chcę umyć, nie dają, Mefistofel je i Lucyper wzięli. Życia mi jedna została godzina. Wybije zegar, szatan wnijdzie, Faust przeklęty! Chciałbym do mego poskoczyć aż Boga, Cóż mnie w tył ciągnie? Patrzajcie, tam w górze Krew Chrystusowa po niebiosach płynie, Jedna jej kropla zbawiłaby duszę, Jedno pół kropli — Chryste! Zbawicielu! Czego mi serce drzecie, żem to imię Wymówił? Próżno! ja go wołać będę... Już pół godziny, wkrótce cała minie... O Boże! niech Faust cierpi lat tysiące, Sto lat tysięcy w piekle! Zbaw go potem — Godzina, bije godzina! Ma dusza Czemuż nie może w tysiąc się rozprysnąć Wody kropelek i w ocean spłynąć I w oceanie na wiek wieków zginąć.
Obok Marlowe’a gwałtownego, namiętnego, rozpasanego, wspomnieć należy Jana Lilly, który nauki skończywszy w Oxfordzie i Cambridge, przybył na dwór Elżbiety i tu także pisał dla teatru, zastosowując się do mody i wymagań czasu — komedye i pasterki (pastoral). Był to uczony mąż na posługach dworu, niepospolitą obdarzony wyobraźnią i niezwykłą uzbrojony erudycyą. W Lillym, więcej niż w Szekspirze, kunsztowny żargon dworski i zbytnie nagromadzenie wyszukanych konceptów razi i nuży. Ale właśnie ten język szlifowany jak brylanty, błyszczący drobnymi ogniki, uchodził za kwintessencyę dobrego smaku. Sam Szekspir niekiedy przypomina szkołę Lilly, i między nimi, jak między poetą naszym a Marlowe’em, są podobieństwa stylu. Lilly jest świetnie dowcipny, strojny, upstrzony, ale mu czasem wymsknie się prawdziwie wdzięczna strofa, jak naprzykład w „the Maids Metamorphosis“ pieśń Elfów:
By the moon we sport and play, With the night begins our day: As we dance the dew doth fall, Trip it, little urchin’s all,
Lightly as the little bee, Two by two and three by three And about go we, and about go we.
(Tańczmy i nućmy przy świetle księżyca, Z nocą się nam dzień poczyna, Rosa kroplami salę nam oświeca. Chodźcie tu Elfów wesoła drużyna, Swobodnie, lekko jako pszczółki lećcie. Para z parą, z trojgiem troje, Żwawo w koło duchy moje!)
Do poprzedników Szekspira liczy się też Robert Greene, (Grin) cztery lata od niego starszy, a tak samo jak Lilly, oxfordski wychowaniec i człowiek uczony, ale niepomierny hulaka. Greene nie dla samej pisał sceny, dramata jego nie odznaczają się ani kunsztowną budową ani szczególnym talentem. Jest ich sześć, oprócz pisanych na współ z Tomaszem Lodge: Historya Orland’a, Alfons król arragoński, Piotr Bako i t. p. Być jednak może, iż więcej bezimiennie pisał, bo oskarżał Szekspira o plagiat, a ze znanych sztuk jego, żadna treścią nie usprawiedliwia tego narzekania. Współpracownikiem Marlowe’a był Tomasz Nash (Nasz), którego udziału w królowej Dydonie rozpoznać trudno, zdaniem krytyków. Obok niego idą jeszcze Kyd, autor „Hieronyma“ i tragedyi hiszpańskiej — ogniem i talentem Marlowe’owi pokrewny, w smaku nieodrodny syn swojego wieku; naostatek Jerzy Peele, znakomitej rodziny potomek, oxfordczyk także, którego wczesny talent niepomiernie wynoszono. Był on jednym z nadwornych poetów królowej Elżbiety — primus artifex verborum swego czasu. Dramata jego: Edward Pierwszy, Powieść starej baby, Król Dawid nie odznaczają się ani siłą szczególną ani oryginalnością. Gdy w roku 1583 Albert Łaski przybywszy do Anglii zwiedzał uniwersytet w Oxfordzie i przyjmowany był z wielką czcią, jako osobliwie zalecony przez królowę Elżbietę, grano dla niego jedną ze sztuk Jerzego Peele, w której on sam nawet miał występować jako aktor. Oprócz tych, z imion przynajmniej wspomnieć należy Wager’a (Uedżera) autora dramatu o Maryi Magdalenie, Wilmot’a (Uilmot) autora „Tankreda“, Garter’a, Wood’a (Uuda), Hughes (Jues), Legge (Leg), (Zniszczenie Jerozolimy) i t. p. Gdybyśmy mieli dosyć swobody do rozpisania się obszerniejszego w tym przedmiocie, samo wyliczenie tytułów sztuk grywanych przed wystąpieniem Szekspira, wykazałoby, jak już różnostronnie materyał dziejowy, legendowy, anegdotyczny był wyczerpanym. Zapożyczano zewsząd treści, a ostatecznie nawet z historyi Anglii; wszystko to jednak było suche, napuszone i bez życia. Oprócz Marlowe’a i Lilly, a później Ben Jonson’a, mało kto odznaczył się instynktem formy artystycznej, pojęciom warunków architektury scenicznej. Dwór, młodzież, panie wymagali rozrywki, wrażeń, dowcipnego słowa, nie pytając, w czyje było usta włożone, efektów i błyskotek: wątek sam był rzeczą może najobojętniejszą. Pospolicie sam tytuł obszerny wypowiadał treść całą sztuki, powtarzał ją prolog, przypominała pantomima poprzedzająca akt każdy. Sam przedmiot znany nie dopuszczał najmniejszej wątpliwości; poecie więc pozostawało tylko wyrobić szczegóły, dać barwę; do nich największą musiano przywiązywać wagę, na nie sadziły się dowcipy owych verborum artifices. Igra z wyrazem nietylko angielskim, ale łacińskim Lilly, podrzuca nim i bawi się Marlowe, obronić się wpływowi wieku było trudno; Szekspir w pierwszych swych dramatach bywa wyszukanym jak oni, mniej jednak i krócej schlebia złemu smakowi czasu. W Marlow’ie czuć już nadchodzącego Szekspira; niema wątpliwości, że on szczególniej na wykształcenie poety wywarł wpływ wielki i stanowczy. Marlowe, Lilly, Szekspir nie są wolni od dworskiego „eufuizmu“ od pewnych cech wspólnych stylu, formy, przesady — młody przybysz nastraja się w początku do tonu, jaki tu znajduje, lecz wprędce on sam nadaje ton i wiedzie za sobą. Siedem teatrów, a raczej teatrzyków znaleźć miał Szekspir w Londynie; królowa miała swoich artystów, trzymali ich panowie, lord kanclerz i inni wysocy dygnitarze. Nie sama arystokracya zabawiała się przedstawieniami; na parter dopuszczano i lud, który do widowisk nabierał smaku i żywo się niemi, a hałaśliwie zajmował. Scena była w zupełnym rozkwicie ale też w zupełnem rozpasaniu, któremu przypomnienie dzieł klasycznych zaradzić nie mogło. Pisano szybko, ladajako a jaskrawo, przykrawano, piśmienniczą wartość sztuk nie ceniąc wiele, z dnia na dzień i bez jutra; drukowano niedbale, tak tylko aby się inne teatra kopiami temi posłużyć mogły. Przyznać należy, iż dla twórczego geniuszu pole i chwila, lepiej, szczęśliwiej przygotowaną być nie mogła.
III
Rodzina, z której pochodził poeta, od XIV wieku osiadłą była w hrabstwie Warwick (Uorwik) i rozrodzoną. Należała ona do małych posiadaczy ziemskich (yeoman) i zajmowała się gospodarstwem koło roli, handlem, o ile on się z niem łączył. Dziad Williama (Uiliam) Ryszard trzymał dzierżawą majętności od Roberta Arden, o trzy mile angielskie od miasteczka Stratford (Stretford), we wsi Snitterfield. Ten pozostawił po sobie dwóch synów: Henryka, który w Snitterfield został na gospodarstwie i Jana (John), który około połowy XVI wieku przeniósł się do miasteczka Stratfordu nad Avonem. W roku 1552 mieszkał on przy Henley-Street (Henli-Strit) we własnym domu. We cztery lata później nabył tu inny dom z ogrodem i kawałkiem pola przy Greenhill-Street (Grinhil-Strit). Rodzina była, jak się zdaje, na stan swój, zamożną i czynnie chodziła około spraw swoich. Zajęcia były rozliczne, gospodarskie, przemysłowe, handlowe, co się pobytem w mieście tłómaczy. Jan występuje w aktach miejscowych, już jako rękawicznik(?), jako kupiec zboża, jako rzeźnik i handlarz wełną. Trudno przypuścić, ażeby tak często zmieniał powołanie, prawdopodobniej szło to wszystko razem, a rękawicznictwo ustąpiło wprędce szerszemu gospodarstwu rolnemu, przy którem sprzedaż mięsa, zboża i wełny była rzeczą bardzo naturalną. Jak w naszych małych miasteczkach, tak i w Anglii podówczas, wiele mieszczan miewało rolne gospodarstwa. Ojciec Szekspira ożenił się z córką zamożnej rodziny miejscowej i sam w mieście pełnił rozmaite urzędy. Powołanym był przez mieszczan do różnych posad ważniejszych. Żona jego Marya Arden, była córką tego Roberta Ardena ze Snitterfieldu, u którego ojciec Jana trzymał dzierżawę. Związek ten podniósł zapewne i na znaczeniu i majątkowo rodzinę. Stary Jan z kolei pełnił obowiązki nadzorcy sprzedaży chleba i piwa, później konstabla miasta, aż do najwyższych. Oprócz tego przez ożenienie się z panną Arden, nabył prawa przypomnienia nadanego dawniej szlachectwa i połączenia herbu swego z herbem Ardenów of Welsingeote (Uuelsindżot), o co się później postarano. W roku 1564, gdy mu się syn William narodził, w domu przy ulicy Henley-Street (który się po dziś dzień zachował i zwiedzany jest przez tysiące pielgrzymów), Jan należał do zamożniejszych i znaczniejszych osobistości Stratfordu. Żaden z rękopismów Szekspira nie doszedł do dni naszych; ale ten ubogi dom, w którym ujrzał światło dzienne, zachował się po dziś dzień. Wierną jego kopię widzieć można w Kryształowym pałacu w Londynie. Szczupłe to, niepoczesne o dwóch oknach od ulicy domostwo. Izdebki w niem nizkie, ściany z muru w belki zakładanego, wewnątrz prostota wieku, każąca się domyślać obyczajów dawnych, które małem się obchodziły i o świetne pozory nie starały. Rodzina liczna, choć zamożna, mieściła się trochę ściśnięta, ograniczając się pierwszemi życia potrzebami. Urodzony (jak utrzymują) w kwietniu, ochrzczony w maju, młody William ginie nam z oczów w pierwszych latach młodości, o których brak podań i wieści. Wychowania tylko się domyślać możemy. Istniała w miasteczku szkółka, w której uczono języków starożytnych „The Kings New “; do tej młody William uczęszczać musiał, nie dłużej pono jednak jak do dwunastego roku, zatem niewiele tu z niej mógł korzystać. Znajomość nabyta w niej języka łacińskiego była bardzo małą, greckiego nie uczył się wcale, francuskiego, jeżeli coś umiał, to niewiele. Z pism późniejszych widać, że po angielsku czytał, co tylko się nastręczyło, że wiadomości różnorodnych nabył, a żywy umysł i talent wrodzony zastąpiły dlań systematyczną naukę. Nie ulega wątpliwości, iż nad tę szkółkę początkową żadnej innej nie widział i był, w całem znaczeniu tego wyrazu, genialnym samoukiem. Odgaduje się poniekąd ta natura żywa, ten umysł przenikliwy, do ślęczenia mozolnego niezdolny, wiedzy chciwy, dla którego dosyć było wskazówek, aby, przeskakując pośrednie stopnie, sięgnął od razu tam, gdzie zwykli ludzie przychodzą leniwo i powoli. Do szkółki łacińskiej przyjmowano tylko osiadłych mieszczan, nie młodsze nad lat siedem, dzieci tak już przygotowane, ażeby czytać i pisać umiały. Chłopcy, z wyjątkiem pary godzin spoczynku, od szóstej rano do szóstej wieczór siedzieli w szkole. Głównie uczono ich języka łacińskiego, jako niezbędnego narzędzia do nabycia nauk innych. O tych latach młodości podania są bardzo różne i niepewne, późno zbierane, zaledwie się z sobą pogodzić dające. Ben Jonson przyznaje mu zaledwie bardzo skromną języka łacińskiego znajomość. Malone z wielu wyrażeń prawniczych wnosi, iż musiał być jakiś czas skrybentem przy adwokacie, inni go czynią nauczycielem prywatnym na wsi (Aubrey), inni (Drake) praktyki prawa i t. p. Tych wiadomostek, jakichby był w Oxfordzie mógł nabyć, nie miał poeta, ale naukę życia i człowieka, serca i charakterów niezrównaną. Prawda, że w Juliuszu Cezarze zegary biją na wieżach, że legionom rzymskim trąby grają, że w Ardeńskiej puszczy mieszkają u niego lwy i olbrzymie węże, że w Zimowej powieści Czechy leżą nad morzem... ale uczucie i namiętność mówią bez omyłki... Co się tyczy tego czeskiego morza, nawiasowo uczynimy uwagę, że Szekspir znalazł je w starym dramacie, który za wzór mu służył. Podanie utrzymuje, iż ojciec wcześnie Williama odebrał ze szkoły, biorąc go sobie do pomocy; drudzy mówią, oddając go na naukę do rzeźnika! Opowiadano nawet, iż zabierając się do zabijania cielęcia, przystępował do tego aktu z uroczystością wielką i deklamował doń patetyczną mowę. Z tego wszystkiego widać, iż życie niecierpliwe wrzało wcześnie, w młodzieńcu pragnącym się wyrwać na swobodę. Rozwijał się bardzo szybko, ciasno mu być musiało w tych szrankach, w których go trzymała wola ojca i stosunki domowe. Od dwunastego roku, w którym, po pięcioletniem zapewne uczęszczaniu, szkółkę opuścił, do dziewiętnastego, gdy był zmuszony się ożenić, lat siedem spędził William w Stratfordzie, bujno dorastając i kosztując zakazanych owoców życia. Niedługo chyba trwać musiała (czy za karę?) owa nauka u rzeźnika. Wnosząc z charakteru i podań, musiały się zmieniać zajęcia, młodzieńcze hulanki, myśliwskie wycieczki, wczesne miłostki, z niemałem dla serca rodzicielskiego utrapieniem. W sąsiedniej wiosce Shottery (Szotery) mieszkał zamożny właściciel kawałka ziemi Hathaway (Hasauej), który miał córkę już dojrzałą, bo dwudziestokilkoletnią. William zaledwie kończył rok dziewiętnasty. Siedem przeszło lat różnicy wieku nie przeszkodziły do zawiązania stosunków bardzo blizkich, tak blizkich, że małżeństwo stało się koniecznością. Ślub z panną Anną Hathaway odbył się przyspieszony za dyspensą biskupią, a w sześć miesięcy po nim, w maju 1583 roku, narodziła się córka Zuzanna. Poza tymi faktami można się domyślać dramatu miłości potajemnej, stosunków kryjomych chłopca, który miał niewiele, z panną, która też niewiele mieć mogła, oporu rodziców, gniewu ojca, całego szeregu scen, zakończonych małżeństwem szczęśliwie. Ojciec Williama z tego powiększenia rodziny nie mógł być zadowolonym, liczne jego przedsiębiorstwa wplątały go w długi i interesa. Wiodło się staremu Janowi zrazu wybornie, urzędował ciągle (chociaż ani pisać ani czytać nie umiał), gdy w lat trzy po nabyciu nowych posiadłości na Henley-Street, szczęście się zupełnie zmieniło. Brnął w długi, ścigany był przez wierzycieli, w kłopotach majątkowych, zapominając o obowiązkach urzędu, ściągnął nareszcie na siebie odjęcie godności głównego aldermana, w roku 1586. W kilka lat później jeszcze tak musiał się kryć przed wierzycielami, iż do kościoła chodzić się lękał. Chciano z tego wyciągnąć wniosek, że rodzina potajemnie wiarę katolicką wyznawała, chociaż na to niema dowodu, a z pism wnosząc (Król Jan), trudno go nie uznać protestantem. Nie znajdujemy w nim nigdzie złośliwych wystąpień przeciw katolicyzmowi, ale to raczej przypisać należy charakterowi człowieka, pewnego rodzaju obojętności i sceptycyzmowi. Ożenienie Williama niewiele przyczynić się mogło do poprawienia losu jego rodziny. Ojciec Anny sam miał liczne potomstwo, jak się z niedawno odkrytego testamentu jego okazuje. Nic prawie nie wiemy o pożyciu młodego małżeństwa, oprócz, że w następnym roku (1584) pobłogosławione zostało narodzeniem dwojga bliźniąt, Hamneta i Judyty. To pomnożenie rodziny, niedostatek domowy, ciężkie interesa ojca, przykre stosunki, chęć wyrobienia sobie samoistnie środków do życia — musiały skłonić Szekspira do opuszczenia rodzinnego miejsca, szukania zarobku i szczęścia w ognisku żywota Anglii, w Londynie. Zbieracze późniejsi powieści i podań o poecie zapisali tradycyę, która długo mieściła się we wszystkich biografiach poety, jako jedyny powód oddalenia się jego, a raczej ucieczki ze Stratfordu. Chodziła po okolicy powieść, iż młody Szekspir był myśliwcem namiętnym, iż lubił polować na cudzą zwierzynę, szczególniej dokazując w parku niejakiego pana Tomasza Lucy w Charlecote (Czarlkot), któremu wyławiał króliki. Zagrożony procesem o kradzież zwierzyny, czyli też sądzony o nią, miał umknąć do Londynu! Ściślejsza krytyka powieść tę zbić usiłowała, chociaż w Wesołych kobietkach z Windsoru i Henryku IV, to nazwisko Lucy jest wyśmiane złośliwie. Być bardzo może, iż jakieś zatargi istniały, że Szekspir lubił łowy w towarzystwie wesołych kolegów, że nie zawsze pytał o pochodzenie zwierzyny, gdy mu się ta nawinęła... Nie idzie zatem, żeby spór z p. Lucy zmusił go do ucieczki. W stosunkach familijnych aż nadto znajdujemy powodów do wyjazdu ze Stratfordu i gdziendziej ich szukać nie potrzebujemy. Ubóstwo w domu, ciężkie interesa ojca, utrzymanie żony i trojga dzieci, potrzeba sprobowania sił swych młodzieńczych na szerszem polu, niemożność przedsięwzięcia czegoś w małej mieścinie, podawały myśl udania się do Londynu. Szekspir, jak to słusznie zauważono, miał w Stratfordzie zręczność spotykania się z wędrownymi artystami, polubienia sceny, poczucia w sobie do niej powołania. Musiał już być czytaniem obfitem przygotowany do poezyi, z któremi rychło po przybyciu do Londynu wystąpił, długiego nie potrzebując nowicyatu. Wydawano naówczas mnóstwo tłómaczeń i przerobień, które się w tanich drukach rozchodziły po Anglii; dla teatrów odbijano dramata. W tej literaturze domowej czerpał Szekspir więcej, niż ona pospolitym umysłom dać mogła. Geniusz jego dozwalał mu z tych amplifikacyi, niekształtnych form, dobywać prawdę i piękno niedostępne dla pospolitego tłumu. Jest to szczególnym darem umysłów tak uposażonych, że odgadują więcej, niż się uczą, im starczy najmniejsza skazówka, najsłabszy promyk, aby ich w światy dla drugich zamknięte wtajemniczył i wprowadził. Tak musiało być z geniuszem Szekspira, dla którego najlichsze książki i przedstawienia sceniczne stały się rewelacyą powołania, one były tą iskrą, co zapala i rozbudza. Pomiędzy artystami grającymi naówczas w Londynie znajdowało się wielu z okolic i hrabstwa Warwick; Heminge (Hemindż), który później wydał wszystkie dzieła poety, miał ze Stratfordu pochodzić; z Warwickshire wyszli także Slye (Slaj), Torley (Torly), Thom, Pope (Poop) i najsłynniejszy przyjaciel a towarzysz Szekspira, aktor Ryszard Burbadge (Borbedż), który, wedle wszelkiego podobieństwa, musiał być mu od młodości znanym. Burbadge stał na czele teatru Black-friars, i wpływowi jego najprędzej przypisać można przeniesienie się poety do Londynu. Wiadomo skądinąd, że w Stratfordzie, w Guildhall (Gildhol) grywali często wędrujący artyści. Tu się z nimi Szekspir musiał spotykać i nabrać ochoty do tego zawodu, który jego usposobieniom odpowiadał. Domysły, iż nie zbyt szczęśliwe pożycie z żoną, o lat siedem starszą, przyczynić się mogło do ucieczki, nie są niczem usprawiedliwione. Jakiekolwiek były ich stosunki, to pewna, że poeta domu się nie wyrzekał, że do niego powracał co roku i o swych obowiązkach nie zapominał. Scena dlań tylko była dwojakim chlebem: dla ducha i ciała. Serce w Stratfordzie pozostawił. Szukano w Sonetach śladów jakichś uczuć i stosunków serdecznych, któreby wniknąć dozwalały w zagadkę pożycia domowego, ale źródło to, najwierzytelniejsze może, ciemnem jest, gdy się je do oznaczonego okresu jakiegoś zastosować pragnie, niema w niem punktów oparcia i wskazówki. Malują one uczucia gwałtowne, miłości zawiedzione i szczęśliwe, które do wcześniejszych i późniejszych lat zarówno należeć mogą. Wszystko zresztą w tem życiu, już dziś pokrytem mgłami, jest tajemnicą; śledząc pochodzenie większej części podań o Szekspirze, dochodzi się zwykle do zwątpienia o ich wiarogodności. Nieskończenie śmielej opierać się godzi na logice faktów, na rozwoju charakteru, jak z dzieł odgadnąć się daje, na pewnych prawach żywota, jakim wszyscy ulegają. Ze wszystkich tradycyi stratfordzkich o młodości poety, przedstawia się on nam podobnym do wielu innych bujnie wyrosłych i siłami niezwykłemi obdarzonych ludzi, którzy zrazu rozrzutnie i bez celu dzafują niemi. Myśliwstwo, zaloty, gospoda wesoła z dobrymi przyjaciółmi, wycieczki i figle trefne, żywe rozmowy, idą na przemiany. Na nich ten sił zbytek się zużywa, dopóki na drogę im przeznaczoną nie trafią.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of William Shakespeare.
