Obrazek historyczny z czasów Mieczysława Pierwszego
TRYUMF WIARY
OBRAZEK HISTORYCZNY
I-GO
(Według J. I. Kraszewskiego)
WARSZAWA
W DRUKARNI SYNÓW ST. NIEMIRY
Plac Warecki 4.
1908
I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII IX • X • XI • XII • XIII • XIV • XV
Obrazek historyczny z czasów Mieczysława Pierwszego
TRYUMF WIARY
OBRAZEK HISTORYCZNY
I-GO
(Według J. I. Kraszewskiego)
WARSZAWA
W DRUKARNI SYNÓW ST. NIEMIRY
Plac Warecki 4.
1908
I
W dawne, bardzo dawne czasy przenosi nas powieść niniejsza, w czasy, kiedy nad Polską panowały jeszcze ciemności pogańskie i zdala tylko zaczęło przyświecać gdzieniegdzie światło wiary chrześcijańskiej. Ci co się byli ochrzcili, uchodzili wśród ludu pogańskiego za zdrajców i czyhano tylko na to, żeby ich się pozbyć jako wrogów. Niebezpiecznem więc było przyznawać się do chrześcijaństwa i głośno mówić o niem, bo w pojęciu pogańskiego tłumu wiara ta prowadziła wprost pod panowanie cesarza niemieckiego. Duchowieństwo przybywające z zachodu niosło także ze sobą pojęcia o posłuszeństwie i władzy wyższej. Nawykli do rządzenia sami sobą władycy i kmiecie ci, co razem w ręku mieli patryarchalną władzę kapłańską, z rąk jej wypuścić wzbraniali się stanowczo. Nie tyle starych bożków żałowano, co dawnego obyczaju. Było to na początku lata r. 962. We wsi Krasnogórze, położonej o kilka mil od Pozna- nia, wśród rozległych lasów, które wówczas całe pokrywały brzegi Warty i Odry, wielką obchodzono uroczystość. Jedyny syn dziedzica starego Lubonia powrócił niespodzianie w rodzinne progi po dwunastoletniej niewoli u Niemców. Ucieszony ojciec zaprosił wszystkich sąsiadów i znajomych, aby z nim dzielili radość. Ponieważ dworek w Krasnejgórze nie był zbyt obszernym więc postawiono stoły w lasku poza dworem i tam się odbywać miała wesoła biesiada. Do przyjęcia gości nie wiele było wówczas potrzeba, gdy wszyscy z jednej czerpali misy i mięso krajali nożami, które każdy miał u pasa. Proste kubki służyły do napoju, a z wytoczonej beczki nalewano do dzbanów, które po stole krążyły. Zamiast w kuchni, piekły się u ogniska na podwórku całe kozły, barany, jelenie i dziki. Już od rana dziedzic Luboń w najpiękniejszym swym stroju, z sukna cienkiego, sznurami i taśmami szytym, rozglądał się wokoło domu. Taki sam ubiór kazał dać synowi i mieczyk mu sam przypasał. Ale serce ojcowskie pomimo radości z powrotu jedynaka ściskało się boleśnie widząc, jaka w tej niewoli niemieckiej stała się z nim przemiana. Nie był to już ów dziarski szesnastoletni jego Włast ukochany, którego Niemcy podczas napadu na te okolice zabrali, ale młodzieniec blady i wątły, tak zniewieściały, że się wzdragał przypasać miecz do boku. Na zapytanie ojca i babki starej, Dobrogniewy, co się z nim działo w czasie długiej niewoli, odpowiadał jakoś nieśmiało, ciemno i niewyraźnie, i łatwo było poznać, że mu tam trochę serca zostało u ludzi, do których przywykł, bo na obyczaj i na ich wiarę, jakoteż i na życie z nimi nie narzekał wcale, a chwalił wiele rzeczy, które tu były w ohydzie, potęgę zaś cesarzów i książąt tamtejszych przedstawiał jako wielką i straszną. Pomimo tej zmiany syna stary Luboń cieszył się nadzieją, że jego Włast ukochany odzyska pomiędzy swymi dawną swobodę i dzielność, i to też głównie spowodowało do sproszenia na biesiadę sąsiadów. Już kilku z bliższych znajomych przybyło i rozmawiało w podwórku z gospodarzem, na syna spoglądając, a żaląc się nad nim, iż tak blady i mizerny powrócił do domu, gdy zatętniało i szybkim konia pędem wpadł na podwórze barczysty człowiek, wesołego oblicza i oznajmił Luboniowi szczęśliwą nowinę, że Mieszko, pan najmiłościwszy, zasłyszawszy, iż będzie biesiada, sposobi się także przybyć tu, choć nieproszony. Luboń pobladł trochę i pocierał czoło. — Wielka to cześć dla mego domu — rzekł — miłościwego pana gościć. — Miłuje bo on was nad innych — odparł zasapany poseł. Luboń głowę skłonił, ale na twarzy jego więcej było widać zakłopotania niż radości. Poseł zaś ręką pozdrowiwszy wszystkich, stojących do koła, wyjechał spiesznie z podwórza. Luboń znikł też zaraz. Poszedł do małej komnaty, w której stara Dobrogniewa siedziała przy kądzieli. — Matko — rzekł — licha nasza dola, choć cześć wielka. Kniaź Mieszek przybędzie dziś do nas... A nie co innego tu go przynęciło, nasza Różana, bo mu już pewno o jej piękności doniesione... Niechże się więc wnuczka twoja schowa... tak jakby jej nie było. Dobrogniewa wstała natychmiast, odłożyła kądziel i poszła szukać wnuczki. Było wówczas w obyczaju, że niewiasty gościom, zwłaszcza dostojniejszym, przynosiły jadło i napoje, lecz do stołu z mężczyznami nigdy nie siadały. Więc Różana, jako gospodyni domu, chcąc wystąpić świetnie, ubierała się właśnie w swej komnatce. Dwie skrzynie malowane stały otworem, a niewieście stroje leżały porozrzucane. Różana tylko co lśniące zwoje jasnych włosów splotła w warkocze i włożyła już wianek ruciany, gdy ukazała się starucha na progu. — Różano — rzekła — dość już tego stroju, bo ci dziś rumianego liczka na gorące słońce nie wystawiać. Zaświeci tu dziś nam zapewne, że spalić może od razu i twarzyczkę ładną i wianuszek zruszyć. Niech Różankę głowa zaboli. Bezpieczniej siedzieć w chłodzie, kiedy skwar dopieka. Dziewczę patrzało zdziwione, a babka przystąpiła szepcząc: — Mieszko kniaź przybędzie tu... już o nim ojciec wie, i nie chce, abyś się pokazywała. Stanęło dziewczę ze łzami w oczach. — Cóż to, żal ci? — zapytała starucha — ej czegoż znowu? Wleź na strych, a przez otwór w dachu będziesz wszystko widziała, bo ojciec nie chce, aby na ciebie patrzano. Różana siadła na tapczanie i zwiesiła główkę. — Wola pana i ojca... będę posłuszną — odezwała się — ani mi tak bardzo żal; ale by mnie też kniaź nie zjadł oczyma. Dobrogniewa głową kiwała. — Co ty wiesz, przepiórko młoda — mruknęła — oczy jedzą! oj, jedzą! a z kniaziami dziewczętom nie żartować... A ty jesteś przecież jedyną radością ojca, bo z tego odnalezionego syna, z tego Własta, nikomu nie będzie pociecha. Widząc dziewczę zasmucone, stara pogłaskała je po głowie, westchnęła i powoli wyszła z komnaty. W pośrodku pod drzewami coraz zaczynało być ludniej i gwarniej. Przybywali z okrzykami przyjaciele, powinowaci, sąsiedzi bliscy i dalecy. Każdy miał z sobą ludzi i koni niemało i ta gromada czeladzi była jeszcze większą niż gości. Za szopami, gdzie się to wszystko zbierało, gdzie już piwo stało w beczkach, chleb i różne mięsiwa, wesołość większa była niż między panami. Już słońce miało się ku południowi, gdy posadzony na strzesze sługa, aby zdala o kniaziu znać dawał, począł wołać, że od Poznania tuman kurzu się toczy. Luboń tedy z synem i powinowatymi wyszli za wrota z chlebem i powitaniem, aby pana przyjąć poczęstnie. Kniaziowie ówcześni mieli już wcale inną władzę niż dawniej. Sto lat wojen z Niemcami i z sąsiadami, choć jednego rodu, ale niezgodnymi, zwiększyły potęgę wodza i urósł mu zastęp zbrojny, co go otaczał, a o wiecach dawnych, radach i swobodzie ledwo śmiał się ktoś odezwać. Jak w czasie wojny kniaź był już panem życia i śmierci i majętności, a choć zważał na to, aby ludzi nie draźnić, nikogo nie pytał o to, co chciał poczynać, — a co poczynał zwykle dokonał. Mieszko, wjeżdżając z orszakiem do Krasnogóry, zwolnił bieg siwego rumaka i z pańska głowę do góry podniósłszy, jechał uśmiechając się wesoło. Odziany był płaszczem letnim a na sobie miał odzież wyszywaną bogato, pas cały pokryty ozdobami i pióra białe u czapki. Miecz też u pasa wisiał w pochwie złotej, sadzonej kamykami drogimi. Na koniu siedzenie było purpurowe, lejce takież trzymał w ręku. Mieszko był w samej sile wieku, przystojny i urodziwy, brodę miał ciemną, podstrzyżoną, włos piękny, długi, spadający na ramiona; oko, choć ciemne, szafirowym blaskiem jaśniało, zarazem siłę i dobroć wyrażając. Usta rumiane i wydatne zdawały się stworzone na to, aby smakowały we wszystkiem, co im świat jako panu podawał. Choćby na sobie nie był miał Mieszko oznak dostojeństwa, poznałby już w nim każdy pana i władcę, nawykłego do rozkazywania i wymagania posłuszeństwa. W pięknej jego twarzy znać jednak było, że gdy go oblał płomień gniewu, strasznym musiał być i groźnym. To też ludzie kochali go ale i drżeli przed nim. W ten dzień biesiady, gdy Mieszko jechał zabawić się u ziemianina, wyglądał raczej na sąsiada dobrego niż na pana, ale gdy na wojnę konia dosiadł i miecz wziął do ręki, drżało przed nim wszystko co żyło. A przytem miał być przebiegłym i chytrym. Co w myśli miał, tego nikt nigdy odgadnąć nie mógł. Starszyzna, co często z nim obcowała i mówiącego słuchała, nie wiedziała nigdy, kiedy na koń zawoła i na granicę walczyć podąży... Więc choć na pozór wesoły i dobroduszny, miał u wszystkich wielkie poważanie, bo nad nimi rozumem górował. Za kniaziem jechało dwóch jego powinowatych, przybocznych, i Stojgniew, co był nad dworem jego przełożonym, jako i dwóch starych wojewodów i garstka raźnej młodzieży. Wszyscy pięknie przyodziani i zbrojni. Na widok Lubonia i jego orszaku, który stał z odkrytemi głowy, Mieszko konia wstrzymał, a podczas gdy Luboń do nóg mu się skłonił, po ramieniu go uderzył pozdrawiając. Drugim też głową kiwnął, a ci do ziemi zgięci pokłon mu oddawali. Pachołek już konia brał i Mieszko zręcznie z niego zeskoczył. — Ojcze Luboniu — rzekł — nie prosiliście mnie na wasz obchód, a jam się sam zaprosił... Nie przyprowadziliście mi syna, więc sam go widzieć przybyłem. Na te słowa Luboń Własta przyprowadziwszy, upaść mu kazał do nóg pańskich, co gdy się stało, a Mieszko się ciekawie przypatrywał młodzieńcowi, rzekł gospodarz stary: — Syn mi w niemieckiej niewoli przywiądł i zbiedniał, odżywić go chciałem nieco niżbym z nim przyszedł z powinną czołobitnością do stóp pańskich. Mieszko, poklepawszy po ramieniu Własta, poszedł za gospodarzem ku stołom w cieniu ustawionym, gdzie dla niego miejsce na wywyższeniu przysposobione już było. Gdy szli, kniaź rozglądał się jakby kogoś szukał, i gdy pod drzewami z daleka ukazały się stojące w bieli niewiasty, które posługiwać miały, najprzód w tam te strony rzucił okiem, i jakby zawiedziony, zmarszczył czoło. Potem siadł na wywyższonem miejscu i ochoczo zabrał się do jadła i picia, przyczem służyli gospodarz z synem. W czasie jedzenia zwrócił się nagle do Lubonia i zapytał: — A krasnej córki waszej nam to nie pokażecie? — Chora mi jest od wczoraj — rzekł Luboń — na głowę leży... Upał znać jej zaszkodził. Na to nic kniaź nie odpowiedział, lecz zaczął się wypytywać Własta, gdzie przez ten czas długi bywał i co robił. Włast zaczął mu dość obszernie opowiadać, że rycerz, który go wziął w niewolę, pojechał z nim na dwór cesarski i potem z nim do dalszych krajów na południe jeździł, — a Mieszko słuchał ciekawie, wpatrując się uważnie w blade oblicze młodzieńca. Stójgniew, który się także ciekawie przysłuchiwał, szepnął Luboniowi, że kniaź ciekawy niemieckich obrotów, pewnie syna na swój dwór zawezwie, aby mu o nich opowiadał. Ojciec nic nie odrzekł na to, bo mu się serce ścisnęło. Tymczasem przy stołach ochota, choć obecnością kniazia nieco hamowana, powoli coraz stawała się żwawszą. Mieszko przypatrywał się z upodobaniem wesołej drużynie, gdy w tem spostrzegł mężczyznę średniego wieku, który wstawszy już od stołu, stał nieco na uboczu pod drzewem. Zrazu, jakby go nie poznał, wlepił weń oczy i dumał, chcąc go sobie przypomnieć. Potem zwrócił się do Stojgniewa i palcem na mężczyznę wskazując, rzekł: — Dobrosław Wiotki, albo się mylę? — Tak, to on. Miłościwy panie — odparł Stojgniew. — Czemu tak długo nie ukazywał się na naszym dworze, chory był, albo zdziczał w lesie? Stojgniew schylił się i szepnął na ucho kniaziowi. — Na Czechy jeździł, gdzie sobie na dworze królowej Drahomiry pokrewną jej pannę zeswatał... Ano, ludzie prawią, jakoby ona innej była wiary, i on może dla niej na takąż przystał. Kniaź nie odpowiedziawszy Stojgniewowi, skinął na Dobrosława. Był to mężczyzna w tym, co Mieszko wieku, wyrosły jak dąb, śmiałego, otwartego oblicza. Znano go jako wojaka dzielnego i człowieka zawsze mówiącego prawdę. Dobrosław na skinienie kniazia szedł śmiało, skłonił się do nóg jak należało, lecz prędko głowę podniósł i spojrzał w oczy kniaziowi. — Gdzieżeście to samopas tak długo gościli, Dobrosławie? — zapytał Mieszko — wzywałem was na wyprawę nad Łabę i niestawiliście się. — Darujcie, Miłościwy panie, w domu nie byłem... żony sobie szukałem... — począł otwarcie Dobrosław. — Alboż to w domu znaleźć ją było trudno? — zapytał Mieszko. — Miałem dwie żony od sąsiadów, obie mi pomarły, chciałem gdzieindziej szukać szczęścia... — I kędyżeście bywali? — zapytał kniaź spokojnie. — Zawlekłem się aż na Czechy, dwór króla Bolesława, tam żonę znalazłem. — Cóżeście tam widzieli na tym dworze, pewnie co lepszego niż u nas? — zapytał kniaź, potrząsając głową. Dobrosław potarł brodę z namysłem i rzekł: — Choć Niemców tam nie widziałem żadnych, ani też niemieckiego obyczaju, a przecież wielem się od nich nauczył, Miłościwy panie, bo oni na to się do nich zbliżają, aby lepiej wiedzieli, jak się bronić przed nimi. — A króla widzieliście — zapytał Mieszek chmurno. — O tak, na łowy z nim jeździłem i u dworu bywałem nieraz. — I co o nim myślicie? — spytał kniaź, mierząc oczyma Dobrosława. Dobrosław zamyślił się na chwilę, a potem odparł, spuszczając oczy: — Miłościwy panie, jest to mąż silny, przebiegły i władzy chciwy... lepiej go mieć druhem niż wrogiem... Tyle tylko wiem o nim. Teraz Mieszko nie odpowiedział nic, z kubka tylko popił, patrząc na mówiącego. — Jutro na łowy pojadę — ozwał się po namyśle, — pojedziecie i wy ze mną Dobrosławie. Ten głowę schylił i ustąpił, a kniaź skinął na Lubonia. — Syna mi przyślijcie na zamek do Poznania. Przy dworze chcę go mieć. Usłyszawszy to stary pobladł, zawahał się i mimowolnie załamał ręce. — Ah! Miłościwy Panie! Jedynak on u mnie i tyle go lat nie było. Luboń do nóg mu się rzucić chciał, gdy Mieszko ręką go za ramię powstrzymawszy, rzekł śmiejąc się: — Odbierać go wam nie myślę, ale opowiedzieć winien, co widział u Niemców. Na to mi jest potrzebny. Oddam go wam, nie bójcie się... Bo na co by mi się zdał zresztą, blady i słaby... nie do miecza znać urósł, albo go tam tak wycieńczyli niewolą. Luboń westchnął. — To też chciałem go w domu odkarmić, aby mu sił przybyło. Mieszko nic już na to nie odpowiedział. Skinął na Stojgniewa, aby kazał osiodłać konie i z powrotem wybierać się do domu. A jak tu przybył wesołym i dobrej myśli, dostrzegli wszyscy, iż po rozmowie z Dobro- sławem i Luboniem czoło mu się zachmurzyło i usta krzywić poczęły. Może też gniewno mu było, że pięknej Różany zobaczyć nie mógł. Gdy Mieszko powstał z siedzenia, wszyscy biesiadnicy ruszyli od stołów i z okrzykami na cześć kniazia odprowadzili go do wrót, gdzie już osiodłane konie czekały na cały orszak kniaziowski. Mieszko dosiadłszy rączego siwka, skinieniem głowy pożegnał otaczających, a do Lubonia przemówił jeszcze: — Nie skąpcie mi syna, przyślijcie go jutro lub pojutrze. Nie obawiajcie się o niego, na moim dworze nic mu się złego nie stanie. Gdy cały świetny orszak znikł w tumanach kurzu, stary Luboń odetchnął swobodniej. Teraz dopiero mógł z przyjaciółmi porozmawiać śmiało. — Dobry pan — odezwał się Dobrosław — a no, patrząc nań czujesz, że to pan, choć to kmieca krew w jego żyłach płynie... — Nie powinno też być inaczej — rzekł Luboń — bo pocóż byśmy go nad siebie wynosili, gdyby panem i wodzem być nie umiał... Niech się go ludzie boją, byle go się też lękali sąsiedzi. — Daleko nam do tego — rzekł Dobrosław z uśmiechem — by się oni nas obawiać mieli. Dość byłoby, abyśmy się mogli przestać ich lękać... Patrzałem na nich zblizka. Gdy przed Mieszkiem powiadał po cichu Stojgniew, że Dobrosława za wyznawcę nowej wiary miano, Włast dosłyszał słów tych i teraz, gdy Luboń do miodu i piwa gości swoich zapraszał, a Dobrosław nieco na bok ustąpił, zbliżył się ku niemu Włast i rzekł nieśmiało i cicho: — Chciałbym pomówić z wami... chodźmy sami.
II
Nie bardzo zważano na to, co się działo z pozostałymi gośćmi, więc Włast mógł niepostrzeżenie wyprowadzić Dobrosława w gęstwinę lasu, gdzie byli sami bez świadków. Dobrosław dał się prowadzić i pierwszy pytań nie rozpoczął — czekał, wpatrując się w młodzieńca idącego niespokojnie i widocznie niepewnego, jak ma rozpocząć rozmowę. Wreszcie, gdy odeszli w las tak daleko, że już ani głosy biesiadników ich nie dochodziły, Włast, wzruszony, ze łzami niemal w oczach, żywo odpiął suknię na piersiach szczelnie zapiętą i dobywszy z pod niej zawieszony na sznurku mały krzyżyk złoty, ukazał go Dobrosławowi. Na widok tego znaku dzielny wojak obejrzał się niespokojnie, widocznie zdziwiony schwycił to znamię przyłożył do ust i pocałował. Tak się dwaj bracia w Chrystusie poznali pośród pogan. Włast schował godło, uścisnął Dobrosława, lecz ze wzruszenia nie mógł słowa wymówić. Stali obaj długą chwilę, przejęci, strwożeni, ale szczęśliwi, że się spotkali i poznali. — Skąd wiedziałeś, żem ochrzczony? — zapytał wreszcie Dobrosław. — Snadź wiadomem to powszechnie, bo Stojgniew powiadał o tem półgłosem kniaziowi — odparł Włast. Wiotki zamyślił się smutnie. — Nie darmo mnie też na jutro wezwał na łowy — westchnął — co tam mnie czeka, Bóg wie! Włast uścisnął go drżący. — Kniaź by was miał prześladować? — zapytał. — On? nie! — odparł Dobrosław — ale on sam boi się narodu, który w swoje bogi wierzy i przy nich obstaje. Ciekawy jest pewno nowej wiary; wie, że ją przyjęli czescy panowie, że ona u nas i wszędzie z czasem zawładnie, ale nim to się stanie, wiele krwi się wyleje!... wiele!... Powiedz mi o sobie — dodał potem idąc w las dalej — gdzie ciebie ochrzczono? — Na dworze cesarskim chrzcił mnie pan i biskup Rawenny. Po chrzcie przygotowali mnie na kapłana, i kapłanem jestem... Gdy tych słów domawiał młodzieniec, skromnie spuszczając oczy, Dobrosławowi zajaśniały źrenice, podniósł ręce do góry i o mało wielkim głosem nie krzyknął. Potem pochylił się po rękę Własta i pocałował ją z pokorą, a ten zakreślił krzyż nad schyloną głową. — Tak, kapłanem jestem — mówił po cichu — wróciłem, żeby wiarę w Chrystusa szerzyć pomiędzy swymi... a trwoga mnie ogarnia jak tego, co pada a nie ma gałęzi, za którąby się uchwycił... Wy mi bądźcie tą gałęzią miły bracie w Chrystusie... Radźcie mi! Dni już wiele świętej nie mogłem odprawić ofiary. Wszystko co mnie otacza, odgaduje mnie i grozić mi się zdaje. Ojciec groźny, babka gniewna, zmuszają mnie do życia, którego wieść nie mogę. Co począć? zamyślił się. — Ojcze mój — rzekł — bo cię Ojcem chociaż młodszego nazywać winienem, jedno tylko wiem, iż ci, co ciemny nasz naród nawracać przychodzą, wielką mają u Boga zasługę. Nas chrześcijan tu utajonych jest wielu, ale dla ochrony życia milczeć nam trzeba i cierpieć. — Jest wielu? — pochwycił składając ręce jak do modlitwy Włast. — Jest wielu, mówicie? — Tak, ale więcej jeszcze tych, co na nasze czyhają życie — odparł Dobrosław. — Bądźmy cierpliwi, ostrożni, a ufajmy Bogu naszemu, który cuda czyni... Tak mnie w Pradze na Hradczynie uczono... Mówili jeszcze długo, gdy nadbiegł Jarmirz, ulubiony wychowaniec starego Lubonia, który go kochał jak syna i wyręczał się nim w gospodarstwie. Rzekł, iż ojciec się o Własta i zapytuje się o niego. Rozstali się więc, by nie budzić podejrzeń. Dobrosław inną drogą udał się ku biesiadującym. Jarmirz popatrzał jakoś dziwnie za odchodzącym. Między nim a Włastem stosunek był trudny do określenia. Dla ulubionego wychowańca, który się mienił przybranem dzieckiem Lubonia, Włast miłym być nie mógł. Jarmirz nic mu złego nie życzył, lecz nie mógł wstrzymać i pohamować zazdrości... Włast był mu przyjaznym, serdecznym, jednak czuł Jarmirz, iż mu się całkiem nie zwierzał — i że między nimi stała jakaś dzieląca zapora. Obawiali się jeden drugiego... Teraz wrócili w milczeniu do ojca. Goście już się rozjeżdżać poczynali; najprzód sąsiedzi dalej mieszkający, potem bliżsi, a ostatni już o księżycu późnym wieczorem ruszyli. Różana wyszła teraz z ukrycia odetchnąć świeżem powietrzem. Włast znużony siadł na uboczu by odpocząć, służba zabierała stoły, kubki po ziemi leżące i kubły wypróżnione odnosiła do dworku. W dali słychać było śpiew odjeżdżających. Wieczór cichy, spokojny nastąpił po dniu pełnym wrzawy. Luboń ze starą matką szeptali coś po krótkiej rozmowie z siostrą wysunął się do swojej szopki na modlitwę. Ale tu na niego czekał Jarmirz. Ciężyło mu na sercu, że z Włastem jeszcze się nigdy szczerze rozmówić nie mógł; zwyciężywszy więc zazdrość, jaką czuł do dawnego towarzysza lat dziecięcych, ujął go przyjaźnie za rękę. — Właście — rzekł cicho — siądźmy tu trochę. Chcę z wami jak z bratem pomówić otwarcie. — Owszem, bracie, mów... mów — ja ci życzę dobrze. — I ja wam, piorun niech we mnie trzaśnie, jeśli mówię nieprawdę — zawołał Jarmirz z zapałem. — Będę szczerym... Dwanaście lat was nie było... Stary tęsknił ciągle za wami... Nie było kogo kochać, polubił mnie, a jam Różanę pokochał... Synem mu być miałem, powiedzcie, co teraz będzie?... Włast go uścisnął. — Jarmirzu mój — rzekł — jeśli Różana cię kocha, a ojciec pragnie, czyż jabym ci stawał na przeszkodzie? Ja, wierz mi bracie, nic i nikomu nie odbiorę. Widzisz słaby jestem i nie wojak... — Dopomóżcie mi więc do pozyskania Różany i bądźcie moim bratem — rzekł Jarmirz wzruszony — a dam wam pierwszy dowód że dobrze wam życzę. Was stara babka i ojciec posądzają, żeście wy nową przyjęli wiarę. — A gdyby tak było? — zapytał Włast cicho westchnąwszy. — Niech to złe odejdzie od was! — zawołał Jarmirz z przerażeniem — a nie mówcie tak, ani się przyznawajcie do tego. Nie znacie starej Dobrogniewy, strułaby was, choć wnuka. Nie znacie ojca, wyrzekłby się was jak wroga! A gdyby was tam i zepsuli — mówił dalej Jarmirz — trzeba, wróciwszy do domu, do swoich powrócić bogów. Zmuszą w as do tego... Słyszałem dziś, jak Luboń umawiał się z sąsiadem i powinowatym Słomką, aby wam dał za żonę swą córkę Mładę. Włast oczy sobie zakrył i — Nie mów mi tego! — Cóż to pomoże? — kończył Jarmirz — Mładę widziałem nieraz, jest piękna jak bogini Dziewanna... Ona was, wy ją pokochacie... — Bracie mój — odezwał się po chwili milczenia Włast posępnie — coście wy mi mówili, poszło z poczciwego serca. Więc wam wyznam wszystko. Tak, jestem chrześcijaninem i być nim nie przestanę choćbym za to miał umierać. Nastąpiło długie milczenie. Jarmirz patrzał na Własta, potrząsając głową, wreszcie rzekł: — Ojcu winniście posłuszeństwo. — Tak, lecz mam Ojca w niebiesiech, Boga mojego, któremu winienem większe jeszcze posłuszeństwo. Mowa ta była dla Jarmirza całkiem niezrozumiałą, a pytać się nie śmiał... Uścisnął Własta, a ten rzekł wolno: — Spokojnym bądź. Nasz Bóg opiekunem jest i cuda czyni, ale mu wiernym pozostać trzeba... Jeśli ojciec mój ziemski Ojca mego w niebie zdradzić mi każe, pójdę stąd... Zostaniesz tu sam i będziesz staremu synem i pociechą... — Jakto? porzuciłbyś wszystko? ojca, siostrę, dom, bogactwa wasze dla... — Tak — odparł Włast — nie pytaj mnie dla kogo i czego, dziś więcej powiedzieć ci nie mogę, ale ci przysięgam, porzucę wszystko, abym ocalił to, co mam najdroższego. Zadumany, przelękły prawie Jarmirz patrzał na Własta z podziwieniem, bo twarz jego zamiast być smutną i ostrożną, promieniała weselem i jakby dumą jakąś zwycięską. Dokończywszy tych słów, Włast uściskał Jarmirza i nie kryjąc się już przed nim, ukląkł na modlitwę... Ta była także dla poganina jakimś zdumiewającem zjawiskiem. Przy obrzędach pogańskich widywał szał, obłąkanie prawie, ale nie widział nigdy człowieka tak spokojnie rozmawiającego z duchem niewidzialnym. Czuł on, że w ciemnościach tej nocy, niedostrzeżona dla oka jakaś potęga dźwigała tego na pozór słabego człowieka, dając mu siłę i męstwo zadziwiające. Wszystko, co mu Włast powiedział, napełniało go trwogą, jak objaw jakiegoś świata nieznanego... Modlącemu się Włastowi mieniła się twarz blada, oczy jakimś dziwnym blaskiem jaśniały, stawał się innym, piękniejszym... Jarmirz patrzał długo na modlącego się młodzieńca, potem wyszedł na palcach z szopki i stanął u słupa, dopókąd Włast nie powstał z kolan i nie zabierał się do spoczynku. Natenczas i on powlókł się na swe posłanie, lecz nie mógł zmrużyć oka do rana. Nazajutrz Luboń, chcąc syna zwolna przyzwyczajać do zajęć męskich, kazał mu z Jarmirzem jechać na łowy, sam czując się po dniu wczorajszym zbyt znużonym. Rano zbudzono Własta, więc posłuszny pojechał na łowy, z kilku ludźmi i znaczną psów sforą. Granice puszcz nie były wówczas tak ściśle oznaczone jak później, a ziemianom służyło prawo polować wszędzie, gdzie chcieli. Byli właśnie w ostępie wskazanym im przez ludzi, w którym stado jeleni znaleźć mieli, gdy Jarmirz przodem ciągle jadący, zawrócił nagle ku Włastowi i dał mu znak, aby się zatrzymał i zbliżywszy się powiedział mu, ze Mieszko właśnie poluje w tej puszczy. Trzeba im więc było w inną zwrócić się stronę. Jeszcze rozmawiali z sobą, gdy z za gęstwiny ujrzeli wychodzącego kniazia za którym postępował Obaj zdawali się więcej zajęci rozmową niż myśliwstwem. Orszak kniaziowski pozostał był z tyłu, a Mieszko uważnie przysłuchiwał się temu, co mu opowiadał towarzysz. Mieli już w inną iść stronę, gdy kniaź, podniósłszy głowę, spostrzegł Własta i skinął na niego. Młodzieniec zsiadłszy z konia i obnażywszy głowę zbliżył się do kniazia, który stał, lekki oszczep trzymając w ręku. Na zapytanie, coby w tym lesie czynił, Włast rzekł, iż z ojcowskiego rozkazu wyjechał na łowy. — Wyślijcie łowców — rzekł Mieszko — a wy, gdy tu jesteście zostańcie przy mnie. Choć nie bardzo rad rozkazowi pańskiemu, Włast szepnął słów kilka Jarmirzowi, który natychmiast ustąpił ze swymi. Mieszko zaś uchwycił mały róg myśliwski, wiszący mu na ramieniu, do ust go wziął i kilka razy zatrąbił. Zaszumiały wnet z obu stron gąszcze i nadbiegła liczna gromada łowców kniaziowskich. Kniaź zawołał do siebie Stojgniewa, kazał z koni zdjąć sukno, rozpostrzeć je w cieniu drzew na trawie i położył się na niem. Przyniesiono kobiałkę z pieczonem mięsiwem i baryłkę miodu, które postawiono przed kniaziem. Dobrosław i Włast stanęli nieco opodal. — Stojgniewie — rzekł Mieszko — poprowadźcie łowy a ja spocznę. Dobrosław i Włast Luboń zostaną przy mnie. Stojgniew, zrozumiawszy wolę kniazia, pospieszył do zgromadzonych łowców i nim krótka upłynęła chwila, Mieszko pozostał sam z dwoma towarzyszami. Zmierzywszy bystrem okiem Własta, jakby chciał zbadać go do gruntu duszy, zapytał: — Byłeś między chrześcijaninami? jak długo? — Dwanaście lat Miłościwy panie. — Znasz ich więc dobrze? — Lepiej niż teraz własny kraj — odparł Włast. Po tej odpowiedzi Mieszko zamilknął chwilę, a potem zwrócił się do Dobrosława i rzekł: — Mów, jak ci się zdało? Są oni więksi i silniejsi od nas, na Hradczynie Bolesławy te czeskie? są oni bogatsi? są oni nam straszni? A gdy Dobrosław ociągał się z odpowiedzią, dodał: — Tak jak Niemcy mają jedną głowę cesarza i jedną stolicę, tak i nam trzeba jednego pana i jednej ręki, inaczej nas oni zjedzą... Masz Bolesław tę siłę, aby nas wszystkich zagarnąć... i mnie... — mruknął Mieszko ostatni wyraz prawie niedosłyszanym głosem. — Mów, a nie kłam mi pochlebstwem. Tych, co mi nogi liżą, mam dosyć. Dobrosław miał oczy w ziemię wlepione. — Miłościwy panie — odezwał się wreszcie zwolna cedząc słowa — jeżeli siłę na setki i tysiące wojowników, liczyć mam, to nie wiem, bom ich nie liczył; jeśli na rozum, to Bolesław nie zdaje się mędrszym od innych; przecież on wie to jedno, iż chcąc cesarza pobić, trzeba się u niego uczyć samego. Dlatego od niego nie stroni, kłania mu się, ale tylko dla tego, aby go zwyciężyć lepiej. — I przez to przyjął nową wiarę? — spytał Mieszko, patrząc w oczy Dobrosławowi. — Nie wiem — odparł po krótkiem milczeniu zapytany. Mieszko zamilkł na chwilę. Jadł i pił uśmiechając się jakby sam do siebie. — A co tam o nas mówią? — zapytał nagle. Dobrosław zawsze zwolna zbierał się na odpowiedź. — Wiedzą, że Miłościwy pan silnym jesteś, lecz oni nie sądzą groźnym tego, kto się do chrześcijan nie liczy. — A dawnoż oni do nich przystali? — zawołał Mieszko szydersko. — Drahomira, matka Bolesława i on jeszcze się bogom swoim kłaniali. Alboż Bolko jest chrześcijaninem? Alboż brata, co nim był, nie zabił za to? — O tem na dworze Bolka mówić nie wolno, a szepcą różnie — — rzekł Dobrosław. — Wacława zamordowali dworzanie Bolka, sądząc, że na życie ich pana nastawał. Mieszko nic już na to nie odpowiedział, podniósł głowę i zwrócił ją ku Włastowi. — A ty? — zapytał — powiedz że mi, co chrześcijan znasz, jaka ta wiara ich jest? ciężka? straszna? Niespodziewanie zaskoczony pytaniem Włast nie wiedział zrazu co odpowiedzieć. Modlił się w duchu o natchnienie i mimowolnie prawie odezwał się z zapałem. — Miłościwy panie, wiara to jest, co zaprawdę człowieka czyni szczęśliwym, jest mu zbroją, pokarmem, i światłem, i siłą! Słysząc te słowa Dobrosław pobladł, ale z poszanowaniem spojrzał na natchnionego młodzieńca. Kniaź też nie spodziewając się odpowiedzi tak śmiałej, oniemiał na chwilę, oczyma przelękłemi zmierzył mówiącego i mruczał coś sam do siebie. Włast stał gotów choćby na męczeństwo. — Mówią, że człowieka ta wiara dręczy, morzy i wzbrania mu wszystkiego — odezwał się kniaź po chwili milczenia — jestże to prawdą? — Miłościwy panie — począł Włast z wrastającem natchnieniem — gdy dzikiego konia człowiek bierze z pola, albo sokoła z gniazda, aby go nauczył rozumu i dał mu siłę, morzy go głodem, bezsennością, znużeniem, tak wiara ta czyni z człowiekiem dzikim, aby z niego zrobić istotę nową na obraz Boży podobną! Mieszko zmarszczył brwi, powtarzając dziwnym głosem: — Na obraz Boży, na obraz Boży, coś ty rzekł? — Tak uczy ta wiara — powtórzył Włast. Kniaź spuścił oczy i zadumał się. — Na obraz Boży! — powtórzył raz jeszcze — więc ta wiara daje człowiekowi siłę nadludzką? — Tak jest, Miłościwy panie — rzekł Włast. — I zwycięstwo i potęgę i panowanie — mówił Włast — daje, gdy człowiek na nie zasłuży. — A czemże je kupić może? — zapytał Mieszko. — Miłościwy panie — rzekł po niejakiem milczeniu Włast — nie w kilku słowach da się zamknąć ta wiara, pełna tajemnic, cudów, ani ją usta ludzkie wypowiedzieć zdołają łatwo. Cuda sprawia, lecz na nie ciężko pracować trzeba. — Ale cuda za skarby też i bez pracy kupić można — rzekł kniaź. — Nie — odparł Włast — złoto i skarby są tam rzeczą pogardzoną, marną. Mieszko zaprzestał pytać i zwrócił się znowu do Dobrosława i rzekł z tajemniczym wyrazem twarzy. — Czy chcielibyście pojechać raz jeszcze do Pragi na Hradczyn? Chciałbym was mieć posłem, ale nikt o tem wiedzieć nie ma, co rzeknę. Zwrócił się do Własta, dając mu znak, aby i on milczał. — Ani mówcie, żem was słał na zwiady — rzekł kniaź — ale od siebie na dworze pytajcie, ażali nie radziby mi tam byli? Azali Bolko z Mieszkiem nie podaliby sobie rąk i nie połączyli się przeciw wspólnemu wrogowi? Wyrozumiejcie ich. Gdybym przybył do nich, jakżeby mnie przyjęli. — Uczynię według rozkazu — z radością prawie odpowiedział Dobrosław. — I nikt o tem wiedzieć nie ma — powtórzył Mieszko. Tych słów dokończywszy, podniósł się kniaź rzeźko z ziemi, stanął, schwycił oszczep i nadstawił uszu. Wtem w krzakach coś chrapnie i łomot dał się słyszeć. Stary dzik ze spienionym ryjem wypadł dysząc z gęstwiny, wprost na kniazia, lecz w tejże chwili oszczep utkwił już głęboko w boku zwierza, który rzuciwszy się wściekle biegł na Dobrosława. Równocześnie nadbiegli łowcy kniaziowscy, którzy schwycili i dobili rozjuszone zwierzę. Kniaź kazał teraz Stojgniewowi konie podawać i łowy na ten dzień były skończone. Już na konia siadłszy, rzekł kniaź Dobrosławowi, aby do domu wracał; Włastowi za sobą jechać polecił, i cały orszak posuwał się zwolna ku grodowi do Poznania.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Tryumf wiary.
