Read here

Tajemnicze dziecko

Ernst Theodor Wilhelm Hoffmann · 1926 · Free in the US

24,172 words · about 1 h 42 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1926 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Tajemnicze_dziecko&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Ernst Theodor Wilhelm Hoffmann
Language
Polish
Published
1926
Length
24,172 words · about 1 h 42 min
Sections
16 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (16)

Continue:

całość

Tajemnicze dziecko

Pan Brakel.

Był raz szlachcic, który nazywał się Tadeusz Brakel i mieszkał w malej wiosce Brakelheimie. Odziedziczył ją po swoim ojcu, starym panu Brakelu, i w ten sposób stała się jego własnością. Czterej chłopi, którzy oprócz niego we wsi mieszkali, nazywali go Jaśnie Wielmożnym Panem, chociaż nosił, jak i oni, gładko zaczesane włosy; tylko w niedziele, kiedy jechał do sąsiedniej wsi na nabożeństwo z swoją żoną i dwojgiem dzieci, Felkiem i Krystynką, kładł zamiast grubego sukiennego kaftana, który zwykle nosił, piękny zielony surdut i czerwoną kamizelkę ze złotem wyszyciem, w czem mu było bardzo do twarzy. Ciż sami chłopi, gdy ich pytano: którędy iść trzeba do pana Brakela, zawsze odpowiadali: „Trzeba iść prosto przez wieś, potem na wzgórze, gdzie stoją brzozy; tam jest zamek Jaśnie Wielmożnego Pana“. Każdy wie jednak, że zamek jest to szeroka i wysoka budowla z licznemi oknami i drzwiami, a nawet z wieżami i błyszczącemi kurkami na dachu; tego wszystkiego na wzgórzu między brzozami nie było ani śladu. Był tam tylko niski domek z kilkoma małemi oknami, który się dopiero wtedy spostrzegło, gdy się tuż przed nim stanęło. Zdarza się czasem, że zatrzyma się ktoś nagle przed wysoką bramą takiego wielkiego zamku. Owionie go wtedy zimne, lodowate powietrze, wypływające z wielkich mrocznych sal, spojrzą na niego martwe oczy dziwacznych posągów, które jak groźne straże stoją oparte o mury, — traci więc nagle ochotę, aby wejść do środka i odchodzi, lękiem przejęty. To się zdarzyć nie mogło przed małym domkiem pana Tadeusza Brakela. Już w lesie piękne, wysmukłe brzozy kiwają na nas uprzejmie swemi gałęziami, jak ramionami, wyciągniętemi do pozdrowienia, i szemrzą i szeleszczą radośnie: Witajcie, witajcie pośród nas! Kiedy zbliżamy się do domku, wydaje się nam, że dźwięczne i czyste głosy wołają łaskawie z błyszczących jak lustro okien, z ciemnej zieleni winnej latorośli, pnącej się po ścianach do samego dachu: „Wejdźże, wejdź, drogi, zmęczony wędrowcze, spójrz jak tu zacisznie i pięknie“. To samo szczebiocą wesołe jaskółki, to wylatujące z gniazd, to wpadające do gniazda, a stary poważny bocian patrzy mądrze z wysokiego dymnika i mówi: „Mieszkam tu już niejedno lato, a lepszego locum nigdzie na ziemi nie znajdę; i gdybym mógł przezwyciężyć swój wrodzony nałóg podróżowania, i gdyby w zimie nie było tu tak zimno a opał tak drogi, nie ruszyłbym się nigdy z tego miejsca“. Tak miły, chociaż zupełnie niepodobny do zamku, był domek pana Brakela.

Dostojna wizyta.

Pani Brakelowa wstała pewnego dnia bardzo wcześnie i upiekła ciasto, do którego użyła daleko więcej migdałów i rodzynków, niż do ciasta wielkanocnego, to też udało się jeszcze wspanialej. Pan Brakel trzepał i czyścił tymczasem swój zielony surdut i czerwoną kamizelkę, a Felek i Krystynka włożyli swoje najlepsze ubrania. „Nie wolno wam“, powiedział pan Brakel do dzieci: „nie wolno wam dzisiaj wybiegać do lasu; musicie grzecznie siedzieć w pokoju, abyście wyglądały pięknie i czysto, gdy przyjedzie jaśnie wielmożny wujaszek“. Ciepłe i miłe słoneczko wypłynęło z mgły i złotem zaświeciło w okna, wietrzyk poranny zaszumiał w lasku, a zięba, czyżyk i słowik szczebiotały jedno przez drugie i wyśpiewywały najweselsze piosenki. Krystynka siedziała przy stole cicha i zamyślona: to poprawiała czerwone kokardki przy sukience, to próbowała pilnie robić na drutach, ale nic się. dziś jakoś nie udawało. Felek, któremu ojciec dał do rąk piękną książkę z obrazkami, patrzył nie na obrazki, ale na śliczny lasek brzozowy, gdzie wolno mu było biegać co rano do woli. „Ach, jak tam pięknie!“ wzdychał cichutko. Nadomiar złego, wielki podwórzowy pies Sułtan zaczął skakać pod oknem, szczekając i ujadając, a potem wybiegł ku laskowi, znowu powrócił i znowu jął skowyczeć i szczekać, jak gdyby wołał do Felka: „Cóż to? Nie idziesz dzisiaj do lasku? Co tam robisz w dusznym pokoju?“ Felek już nie mógł wytrzymać i zawołał niecierpliwie: „Ach, droga mamo, pozwól mi wybiec choć na krótką chwilę!“ Ale pani Brakelowa odpowiedziała: „Nie, nie! siedź grzecznie w pokoju. Już wiem, jak to będzie, gdy wybiegniesz: Krystynka za tobą, a potem, het! het! przez krzaki i osty, i dalejże na drzewa. I napewno wrócicie z guzami i zabrudzeni, a wuj powie: „Cóż to za brzydkie, chłopskie dzieci! Tak Brakelowie, ani możni ani mali, wyglądać nie powinni“. Felek zamknął niecierpliwie książkę z obrazkami i rzekł cicho, a łzy mu w oczach stanęły: „Jeżeli wielmożny pan wuj o chłopskich dzieciach mówi, że są brzydkie, to nie widział chyba ani Piotrka Folrada, ani Anusi Henszlówny, ani innych dzieci na wsi, bo nie wiem, czy są gdzie na ziemi piękniejsze dzieci, niż te“. „Tak, tak“, zawołała Krystynka, budząc się z zamyślenia: „a czyż Małgorzatka wójtówna nie jest prześlicznem dzieckiem, chociaż nie ma tak pięknych kokardek przy sukni, jak moje“. „Głupstwa pleciecie“, zawołała matka, nawpół z gniewem: „nie rozumiecie, co ma na myśli wielmożny wujaszek“. Nic nie pomogły dowodzenia dzieci, że dzisiaj w lasku jest ładniej, niż zwykle. Felek i Krystynka musieli siedzieć w pokoju, co było tem nieznośniejsze, że ciasto dla gości roztaczało dokoła najcudowniejsze wonie, a nie wolno go było napocząć przed przybyciem wuja. „Ach! gdyby już wreszcie przyjechał, gdyby już przyjechał!“ wołały dzieci i prawie płakały z niecierpliwości. Nareszcie usłyszano głośny tentent koni, i ukaała się kareta tak błyszcząca, tak bogato złotem zdobiona, że dzieci zdumiały się niepomiernie, bo nic podobnego dotychczas nie widziały. Wysoki, chudy pan ześlizgnął się z ramion Strzelca, który otworzył drzwiczki karety, i wpadł w ramiona pana Brakela. Dwa razy przyłożył twarz do policzków pana Brakela i cichutko wycedził: „Bon jour, drogi kuzynie, tylko bez ceremonji, bardzo cię proszę”. Podczas tego, strzelec zręcznie wyniósł z karety niską, grubą damę o mocno czerwonych policzkach, i dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Kiedy już wszyscy stanęli na nogach, Felek i Krystynka podeszli do gości, jak to im przez rodziców było zapowiedziane; każde z nich chwyciło jedną rękę wysokiego, chudego pana, i całując ją, powiedzieli zgodnie: „Witamy cię, kochany, wielmożny wujaszku“. Zupełnie tak samo postąpili z dłońmi niskiej, grubej damy, mówiąc: „Witamy cię, kochana, wielmożna ciotuniu!“ Potem zbliżyli się do dzieci, ale stanęli nagle jak wryci, takich bowiem dzieci nigdy jeszcze w życiu nie widzieli. Chłopiec miał na sobie długie szarawary, kurtkę ze szkarłatnego sukna, suto szamerowaną złotem, i małą błyszczącą szabelkę u boku; na głowie zaś dziwaczną, czerwoną czapeczkę z białym piórem, z pod której lękliwie i tępo wyglądała blada i żółta twarzyczka z mętnemi, zaspanemi oczami. Dziewczynka miała wprawdzie białą sukienkę, jak Krystynka, ale z przerażającą ilością wstążek i koronek, a jej włosy były splecione w warkocze i spiczasto ułożone na głowie. Na tej fryzury błyszczała mała korona. Krystynka zdobyła się na odwagę i chciała ująć dziewczynkę za rękę, ale ta szybko rękę cofnęła i zrobiła tak niezadowoloną i płaczliwą minę, że Krystynka cofnęła się. Felek chciał także zbliska obejrzeć szabelkę chłopczyka i dotknąć jej ręką, ale chłopiec zaczął krzyczeć: „Moja szabelka, moja szabelka! on mi chce wziąć szabelkę!“ Poczem podbiegł do chudego pana i ukrył się za jego plecami. Felek zaczerwienił się i zawołał rozgniewany: „Nie chcę wcale zabrać ci szabelki, głupi chłopaku!“ Ostatnie wyrazy wymruczał tylko przez zęby, ale pan Brakel widocznie usłyszał, bo zmieszał się i zaczął odpinać i zapinać guziki kamizelki. „Ej! Felku, Felku“, rzekł. Adelgundko, Hermanku, odezwała się korpulentna pani: „dzieci wam nic złego nie zrobią, nie bądźcie takie niemądre!“ A chudy pan wycedził: „One się już zaprzyjaźnią!“ Wziął panią Brakelową pod rękę i wszedł z nią do domu, za nim szedł Brakel z korpulentną damą, a Adelgunda i Herman czepiali się ogona jej sukni. Krystynka i Felek postępowali za niemi. „Teraz napocznie się ciasto“, szepnął Felek siostrze do ucha. „Ach tak! ach tak!“ zawołała radośnie dziewczynka. „A potem uciekniemy do lasu“, mówił dalej Felek“. „I nie będziemy więcej zajmowali się temi głuptasami“, dodała Krystynka. Felek podskoczył wysoko, i weszli wreszcie do pokoju. Adelgundzie i Hermanowi nie wolno było jeść ciasta, bo rodzice utrzymywali, że mogłoby im zaszkodzić; dostali tylko po sucharku, które strzelec wyjął z przywiezionego pudełka. Ale Felek i Krystynka z rozkoszą zatopili zęby w ogromny kawał ciasta, który im dała dobra mama, i byli w siódmem niebie.

Co się dalej działo podczas dostojnej wizyty.

Chociaż chudy pan Cyprjan Brakel był rodzonym kuzynem Tadeusza Brakela, był jednak znacznie od niego wytworniejszy. Pomijając już tytuł hrabiowski, nosił na każdym surducie, bal nawet na szlafroku, wielką srebrną gwiazdę. Dlatego też, kiedy przed rokiem wpadł raz na godzinkę do swego kuzyna Tadeusza Brakela — sam, bez korpulentnej damy, która była jego żoną, i bez dzieci — Felek zapytał go: „Słuchaj, jaśnie wielmożny wujaszku, czy zostałeś królem?“ Felek widział bowiem w swojej książce z obrazkami wymalowanego króla, który miał taką samą gwiazdą na piersiach, sądził więc, ze jego wujaszek był królem, ponieważ nosił podobną ozdobę. Wuj śmiał się wtedy bardzo z tego pytania i odpowiedział: „Nie, mój synalku, królem nie jestem, ale jestem ministrem i wiernym sługą królewskim i rządzę w jego imieniu. Gdybyś należał do hrabiowskiej linji Brakelów, może również nosiłbyś w przyszłości taką gwiazdę, ale jesteś tylko zwykłym szlachcicem i nigdy nic porządnego z ciebie nie wyrośnie”. Felek nie zrozumiał wtedy tego wszystkiego, ale pan Tadeusz Brakel był zdania, że to nic nie szkodzi. Teraz wuj opowiedział swojej korpulentnej małżonce, jak to Felek wziął go za króla, a ona zawołała: „O! słodka, wzruszająca niewinności!“ Krystynce i Felkowi kazano wyleść z kąta, gdzie ze śmiechem i chichotem zajadali placek. Matka otarła dzieciom usta z okruszyn ciasta i resztek rodzynków i podsunęła je ku wujowi i ciotce, którzy wykrzykując: „O, słodka prostoto! O, sielska niewinności!“ całowali dzieci i wciskali im do rąk ogromne torebki. Pan Tadeusz Brakel i jego żona byli do łez wzruszeni dobrocią dostojnych krewnych. Felek otworzył tymczasem swoją torebkę i znalazł w niej cukierki, które zaczął natychmiast zajadać, a zaraz po nim to samo zrobiła Krystynka. „Synalku, synalku“, zawołał dostojny wujaszek: „tak nie można, zęby sobie połamiesz; należy delikatnie wysysać cukierki, aż się same w ustach rozpłyną“. Felek roześmiał się na to i odpowiedział: „Ależ kochany, wielmożny wujaszku, czy myślisz, że jestem dzieckiem w powijakach, które ssać musi, bo nie ma zdrowych zębów do gryzienia?“ I znowu włożył cukierek do ust i gryzł tak gwałtownie, że aż zgrzytało i trzeszczało. „O! słodka niewinności!“ zawołała znowu korpulentna dama; wujaszek pokiwał głową, a panu Tadeuszowi Brakelowi krople potu zaświeciły na czole; wstyd mu było za Felka, a matka szepnęła synowi do ucha: „Nie zgrzytaj tak zębami, nieznośny chłopaku!“ Felek zmieszał się bardzo, bo nie przypuszczał, że robi coś złego; wyjął powoli z ust napoczęty cukierek, włożył go z powrotem do torebki i podał ją wujowi, mówiąc: „Weź lepiej swoje cukierki, jeżeli nie mam ich jeść“. Krystynka, która zawsze we wszystkiem naśladowała Felka, uczyniła to samo ze swoją torebką. Tego było już zawiele dla pana Tadeusza; nie mógł już dłużej trzymać języka za zębami i rzekł: „Ach, mój wielce szanowny panie kuzynie, nie bierz chłopcu za złe jego prostactwa; tutaj na wsi, w tak skromnych warunkach... O, gdybym mógł mieć tak pięknie wychowane dzieci, jak twoje!“ Hrabia Cyprjan uśmiechał się wytwornie, z zadowoleniem spoglądając na Hermana i Adelgundę. Oboje już dawno zjedli swoje sucharki i siedzieli teraz w milczeniu na krzesełkach, z kamiennemi twarzami i bez jednego ruchu. Korpulentna dama uśmiechnęła się i wycedziła powoli: „Tak, tak, kochany kuzynie, wychowanie naszych dzieci, to rzecz dla nas pierwszorzędnej wagi“. Dała znak panu Cyprjanowi, który zwrócił się do Hermana i Adelgundy i zaczął zadawać im najróżniejsze pytania, a dzieci odpowiadały z nadzwyczajną szybkością. Była tam mowa o wielu miastach, rzekach i górach, oddalonych o tysiące mil i noszących najdziwaczniejsze nazwy. Gmiały też opisywać, jak wyglądają zwierzęta, żyjące w dzikich krajach pod najdalszemi szerokościami geograficznemi. Potem mówiły o nieznanych krzewach, drzewach i owocach, jak gdyby te drzewa na własne oczy widziały, a owoców same kosztowały. Herman opowiedział z całą ścisłością o bitwie, która się odbyła trzysta lat temu, i umiał nazwać po imieniu wszystkich generałów, którzy brali w niej udział. Nakoniec Adelgunda opowiadała nawet o gwiazdach i utrzymywała, że na niebie są różne zwierzęta i jakieś dziwne figury. Felek przeraził się poprostu, słuchając tego wszystkiego, podszedł do pani Brakelowej i spytał cichutko: „Ach, mamo, mamo! co oni plotą właściwie“? „Cicho bądź, głupi chłopaku“, szepnęła mu matka: „to wszystko jest nauka“. Felek zamilkł. „To jest niesłychane! To jest zdumiewające! W tak młodym wieku!” wołał pan Brakel raz po raz, a pani Brakelowa wzdychała: „O Jezu, cóż to za aniołki! Ale co z naszych dzieci wyrośnie... tu, w tej głuszy!“ A gdy pan Brakel przyłączył się do skarg matki, hrabia Cyprjan pocieszył oboje obietnicą, że wkrótce przyśle im pewnego uczonego męża, który zupełnie darmo podejmie się nauczania dzieci. Tymczasem zajechała znowu piękna kareta. Strzelec wyjął z niej dwa wielkie pudła, które Adelgunda i Herman podali Krystynce i Felkowi. lubisz zabawki, mon cher? Oto przywiozłem kawalerowi coś nie coś w najlepszym gatunku“, rzekł Herman, kłaniając się z gracją. Felek spuścił nos na kwintę i smucił się, sam nie wiedząc dlaczego; bezmyślnie trzymał w ręku pudełko i mruczał: — „Nie nazywam się monszer, tylko Felek, i nie jestem żaden kawaler, tylko ty“. Krystynka była także bliska płaczu, chociaż z pudełka, które od Adelgundy dostała, płynęły zapachy najlepszych łakoci. Wtem wpadł przez drzwi Sułtan, wierny przyjaciel Felka, i zaczął, jak to miał we zwyczaju, głośno ujadać i skakać. Herman przeląkł się go tak bardzo, że uciekł, drąc się przytem na całe gardło. „On ci nic złego nie zrobi“, powiedział Felek: „czego płaczesz i krzyczysz? To tylko pies przecie, a ty widziałeś już najstraszniejsze zwierzęta, gdyby nawet rzucił się na ciebie, to masz wszakże szablę!“ Perswazje Felka na nic się nie zdały, Herman wrzeszczał jak opętany, aż strzelec musiał go wziąć na ręce i zanieść do karety, Adelgunda, przejęta nagle do głębi rozpaczą brata, a może z jakiejś innej przyczyny, zaczęła także gwałtownie beczeć, co tak znowu podziałało na biedną Krystynkę, że i ona w głośny płacz uderzyła. Podczas całego tego wrzasku i szlochów trojga dzieci, hrabia Cyprjan Brakel odjechał z Brakelheimu, i tak zakończyła się dostojna wizyta.

Nowe zabawki.

Gdy kareta hrabiego Cypriana Brakela i jego rodziny zjechała już ze wzgórza, pan Tadeusz szybko zrzucił z siebie zielony surdut i czerwoną kamizelkę, również szybko włożył obszerny, sukienny kaftan, przejechał szerokim grzebieniem dwa czy trzy razy po czuprynie, westchnął głęboko, przeciągnął się i rzekł: „Bogu dzięki!“ Dzieci także zdjęły prędko swoje świąteczne ubrania i poczuły się znowu lekko i wesoło. — „Do lasu, do lasu!“ wołał Felek, wyprawiając najpocieszniejsze skoki. „Czy nie chcecie obejrzeć najpierw, co wam przywieźli Herman i Adelgunda?“ spytała matka. Krystynka, która już podczas przebierania się, ciekawie zerkała na pudła, była zdania, że matka ma rację, że później dość będzie czasu, aby pobiec do lasu. Jednak Felka trudno było przekonać. „Co wielkiego!“, rzekł: „mógł nam dać ten głupi chłopak w bufiastych spodniach i ta jego wystrojona siostra? Co do jego nauki, to gada rzeczywiście wspaniale, ale opowiada o lwie i niedźwiedziu, wie jak się łowi słonie, a boi się mojego Sułtana. Ma szablę u boku, a wrzeszczy, krzyczy i pod stół się chowa. Piękny z niego strzelec!“ „Ach, drogi, dobry Felku, pozwól nam chociaż na chwileczkę otworzyć pudełka!“ prosiła Krystynka, a Felek, który jej niczego nie umiał odmówić, zrzekł się natychmiast spaceru do lasu i usiadł spokojnie przy stole, na którym stały paczki. Matka je otworzyła, i wówczas... O! moi drodzy czytelnicy, napewno wam się zdarzało, że pod- czas wesołego jarmarku albo świąt Narodzenia otrzymywaliście podarunki od rodziców lub serdecznych przyjaciół. Przypomnicie sobie, jaka was napełniała radość, kiedy ukazywały się waszym oczom prześliczne zabawki: ołowiani żołnierze, kataryniarze. pięknie wystrojone lalki, wspaniale książki kolorowe i wiele, wiele innych. Tę wielką radość odczuwali teraz Krystynka i Felek, wydobywając z pudeł wspaniałe, błyszczące przedmioty, a przytem mnóstwo łakoci. Dzieci klaskały w ręce i wołały: „Ach, jakie to wszystko cudowne!“ Tylko torebkę z cukierkami odłożył Felek z pogardą. Krystynka prosiła, ażeby przynajmniej cukru lodowatego nie wyrzucał za okno, jak właśnie miał zamiar uczynić. Felek usłuchał, ale rzucił trochę cukierków Sułtanowi, który właśnie zakradł się do pokoju. Sułtan powąchał i niechętnie odwrócił pysk. „Widzisz, Krystynko!“ zawołał z triumfem Felek: „nawet Sułtan nie chce jeść tego paskudztwa“. Ze wszystkich zabawek najbardziej podobał się Felkowi wspaniały strzelec, który za pociągnięciem sznurka, wiszącego z tyłu pod jego bluzą, podnosił strzelbę i strzelał do celu, umieszczonego w pewnej odległości. Chłopiec zachwycał się także małym człowieczkiem, który umiał się kłaniać i grać na harfie, gdy się kręciło korbę. A jakże podobały mu się strzelba i kordelas, wyrobione z drzewa i pięknie posrebrzane! Cieszył się również bardzo wspaniałą czapką huzarską i torbą z nabojami. Krystynkę niezmiernie uradowała wystrojona lalka i śliczne, kompletne gospodarstwo. Dzieci zapomniały o lesie i bawiły się doskonale aż do późnego wieczoru. A potem poszły spać.

Co się zdarzyło w lesie z nowemi zabawkami.

Następny dzień dzieci zaczęły od tego samego, na czem zakończyły poprzedni, to znaczy, zabrały się do pudełek, wyjęły z nich zabawki i bawiły się niemi na tysiąc różnych sposobów. Jak wczoraj, jasne i miłe słoneczko zaglądało przez okno, szumiały i szemrały brzozy, witane przyjaźnie przez wietrzyk poranny, a czyżyk, zięba i słowik wyśpiewywały na całe gardło swe najpiękniejsze piosenki. Smutno i ciasno zrobiło się Felkowi pośród zabawek, w otoczeniu strzelca, malutkiego harfiarza, fuzji i torby z nabojami. „Ach!“ zawołał nagle: „tam na dworze jest jednak piękniej niż tutaj; chodź, Krystynko, pobiegniemy do lasu“. Krystynka rozebrała właśnie swoją dużą lalkę i miała ją zpowrotem ubierać. Sprawiało jej to wielką przyjemność, więc nie miała ochoty wyjść z domu i prosiła: „Felku kochany, czy nie lepiej jeszcze trochę się pobawić?“ „Wiesz co, Krystynko? Zabierzemy ze sobą do lasu najładniejsze zababawki. Przypaszę do boku kordelas i wezmę strzelbę na ramię; będę wyglądał jak prawdziwy myśliwy. Mały strzelec i człowieczek z harfą mogą także iść ze mną, a ty, Krystynko, możesz zabrać lalkę i najładniejsze rzeczy ze swego gospodarstwa. Chodź, chodź już.“ Krystynka prędko ubrała lalkę, i dzieci pobiegły z zabawkami do lasu, gdzie rozłożyły się obozem na małej zielonej łączce. Bawiły się przez chwilę, a Felek kazał muzykantowi przygrywać na harfie, ale Krystynka powiedziała nagle: „Wiesz co, Felku? Twój człowieczek gra wcale niepięknie. Posłuchaj tylko, jak brzydko brzmi tutaj w lesie to ciągłe: ting — ting, ping — ping! Ptaszki wyglądają ciekawie z za krzaków, i zdaje mi się, że wyśmiewają się z tego muzykanta, który im przygrywa do śpiewu“. Felek kręcił korbą coraz mocniej i mocniej, aż wreszcie rzekł do siostry: „Masz rację, Krystynko, to brzmi szkaradnie, co ten człowieczek wygrywa, i nic tu nie pomogą jego piękne podrygi. Wstydzę się za niego przed ziębą, która tak sprytnie mruga na nas oczkami. Ale on musi grać lepiej, musi!“ I Felek tak mocno zakręcił korbą, że trach! — pudełko, na którem stał muzykant, rozleciało się w tysiąc kawałków, a jego strzaskane ręce martwo opadły wdół. „O, o!“ zawołał Felek. — „Ach, ach! biedny muzykant!“ krzyknęła Krystynka. Felek obejrzał połamaną zabawkę i rzekł: „To był zwyczajny głuptas, który wcale grać nie umiał, a kłaniał się i stroił miny, jak kuzynek w bufiastych spodniach“. Potem rzucił harfiarza w krzaki. „Wolę już strzelca, ten przynajmniej za każdym razem trafia do celu!“ I Felek ćwiczył pilnie małego myśliwego. Ale po chwili powiedział: „Jednakże to niema sensu, że on strzela tylko do celu; tatuś mówił, że to nie wypada dla prawdziwego strzelca. Powinien strzelać w lesie do jeleni, saren, zajęcy, i trafiać je w pełnym biegu. Ja nie pozwolę mu więcej strzelać do celu!“ Mówiąc to, odłamał tarczą, która była umocowana przed strzelcem. „No, teraz strzelaj w powietrze!“ zawołał. Ale napróżno ciągnął za sznurek; nieruchomo zwisały ramiona małego myśliwego, już nie podnosił strzelby do oka, już nie dawał wystrzału. „Ha, ha!“ wołał Felek: „umiałeś strzelać w pokoju do celu, ale w lesie, prawdziwej ojczyźnie myśliwych, już niczego nie potrafisz! A może się także boisz psów, i gdyby się jakiś ukazał, czmychnąłbyś przed nim wraz ze swoją fuzją, jak nasz bufiasty kuzynek ze swoją szabelką! Ech, ty głupi, niezdarny chłopie!“ I Felek cisnął go w krzaki wślad za harfiarzem. „Chodź“, odezwał się potem do Krystynki: „będziemy się teraz gonili.“ „Moja śliczna lalka pobiegnie z nami, to będzie cudownie!“ Felek i Krystynka ujęli lalkę za obie ręce i popędzili przez krzaki ze wzgórza, i dalej, coraz dalej, aż do stawu, porosłego Wysokiem sitowiem, który należał do posiadłości pana Brakela, i gdzie pan Brakel od czasu do czasu strzelał kaczki. Tu się dzieci zatrzymały, a Felek powiedział: „Uważajmy teraz, mam przecie strzelbę; kto wie, czy mi się nie uda zastrzelić kaczki, jak to robi ojciec.“ Wtej chwili Krystynka zawołała głośno: „Ach, moja lalka! Patrz, co się stało z moją śliczną lalką!“ Rzeczywiście biedna lalka wyglądała bardzo nieszczęśliwie. Ani Krystynka ani Felek nie uważali na nią podczas biegu, więc biedaczka podarła sobie zupełnie ubranie i połamała obie nóżki. Z ładnej woskowej twarzyczki nic prawie nie zostało, tak była podrapana i brzydka. „Ach, moja lalka, moja piękna lalka!“ skarżyła się Krystynka. „Widzisz“, powiedział Felek: „jakie marne rzeczy przywiozły nam te obce dzieci. Twoja lalka, to niezdarna, głupia dziewczyna, która nawet biegać nie umie, zaraz drze i szarpie wszystko na sobie. Daj mi ją zaraz!“ Zmartwiona Krystynka podała bratu zeszpeconą lalkę i nie mogła powstrzymać się od głośnego okrzyku: ach! ach! gdy Felek zamachnął się i wrzucił lalkę do stawu. „Nie martw się“, pocieszał Felek siostrę: „nie martw się o to, głupie stworzenie; jeżeli zastrzelę kaczkę, dostaniesz najładniejsze pióra z jej kolorowych skrzydeł.“ Zaszeleściało coś w trzcinie, Felek przyłożył natychmiast strzelbę do oka, ale w tej samej chwili opuścił ją i rzekł zamyślony: „Czyż sam nie jestem głupim chłopcem, czyż do strzelania nie trzeba kul i prochu, a czy posiadam to wszystko? Czy mogę nabić prochem drewnianą fuzję? Po co mi ten kawał drewna! A mój kordelas? Jest także drewniany, ani nie tnie, ani nie kłuje. Szabla kuzynka była pewnie również z drzewa, i dlatego nie wyciągnął jej, kiedy się przeląkł Sułtana. Teraz już wiem: nasz bufiasty kuzynek chciał zadrwić ze mnie, dając mi te zabawki, które na coś wyglądają tylko, a w rzeczywistości są zupełnie bezużyteczne.“ Z temi słowy Felek cisnął do stawu strzelbę, kordelas, a na ostatku torbę z nabojami. Krystynka jednak była zmartwiona z powodu straty lalki, a i Felek nie mógł obronić się przed uczuciem smutku i zniechęcenia. Tak powlekli się do domu, a gdy matka zapytała: „Dzieci, gdzie są wasze zabawki?“ Felek opowiedział szczerze i otwarcie, co zrobił ze strzelcem, harfiarzem, ze strzelbą, kordelasem i ładownicą, i co Krystynce przytrafiło się z lalką. „Ach!“ zawołała pani Brakelowa napół z gniewem: „jakie niemądre z was dzieci, nie umiecie obchodzić się z pięknemi, delikatnemi rzeczami“. Ale pan Tadeusz Brakel, który z wyraźnem zadowoleniem przysłuchiwał się opowiadaniu Felka, powiedział: „Daj im spokój; prawdę powiedziawszy, jestem zadowolony, że dzieci pozbyły się cudacznych zabawek, które im tylko przewracają w głowie, i z któremi nie wiedziały, co począć.“ Ani pani Brakelowa, ani dzieci nie rozumiały, o co właściwie chodziło panu Brakelowi.

Tajemnicze dziecko.

Z samego rana Felek i Krystynka wybiegli do lasu. Matka zapowiedziała im, żeby niezadługo wrócili, gdyż powinni teraz daleko więcej siedzieć w pokoju, więcej czytać i pisać, aby wstydu nie było, kiedy pan nauczyciel przyjedzie. „Pozwól nam tylko dowoli biegać i skakać przez tę jedną godzinkę, którą w lesie spędzić możemy“, prosił Felek. Zaczęli też zaraz bawić się w psa i zająca, ale zabawa ta, jak i następne zabawy, nudziła je tylko. Sami nie wiedzieli, dlaczego dziś właśnie nic im się nie udawało. To wiatr zerwał Felkowi czapkę z głowy i rzucił ją w krzaki, to Felek upadł podczas najszybszego biegu i stłukł sobie nos, to znów

zaczepiła sukienką o ciernisty krzak, albo uderzyła się w nogę o ostry kamień, że aż głośno krzyknęła. Porzucili więc wszystkie zabawy i zniechęceni włóczyli się po lesie. „Chodźmy do domu“, powiedział Felek, ale zamiast iść dalej, rzucił się na trawę w cieniu pięknego drzewa. Krystynka poszła za jego przykładem, i dzieci siedziały smutne i nieruchome, patrząc melancholijnie w ziemię. „Ach!“ westchnęła cichutko Krystynka: „gdybyśmy mieli jeszcze nasze piękne zabawki.“ „Nie zdałyby się nam na nic“, mruknął Felek: „znowu zepsulibyśmy je i połamali. Wiesz, co ci powiem? Matka miała słuszność, zabawki były dobre, ale nie umieliśmy się z niemi obchodzić. A to było dlatego, że brak nam nauki.“ „Ach, kochany Felku!“ zawołała Krystynka: „masz zupełną rację; gdybyśmy umieli całą naukę na pamięć, jak nasz elegancki kuzynek i wystrojona kuzynka, miałbyś pewnie dotychczas swojego strzelca i harfiarza, a moja piękna lalka nie leżałaby w kaczym stawie. Ach! my niezdarne dzieciaki, nie posiadamy wcale nauki“. I Krystynka zaczęła płakać i szlochać żałośnie, a Felek poszedł za jej przykładem. Oboje płakali i krzyczeli, aż się rozlegało po całym lesie: „Ach! my biedne dzieci, nie umiemy żadnej nauki!“ Nagle zamilkli i zapytali ze zdumieniem: „Czy widzisz, Krystynko?“ „Czy słyszysz, Felku?“ Z głębokiego cienia gęstych krzaków, rosnących w pobliżu miejsca, gdzie siedziały dzieci, zajaśniał nagle niezwykły blask, który jak łagodny promień księżyca, prześlizgnął się po drżących z rozkoszy liściach, a z szumem lasu zmieszała się słodka melodja, jak gdyby lekki wietrzyk trącał struny harfy i pieszczotliwie budził uśpione akordy. Dziwnie zrobiło się dzieciom na duszy, cały ich smutek uleciał nagle, a łzy stanęły im w oczach, jak od słodkiego, nieznanego bólu. Im jaśniej i jaśniej świeciło poprzez krzaki, im głośniej i głośniej brzmiały cudowne tony, tem mocniej serce uderzało dzieciom, które szeroko otwartemi oczami patrzyły w rosnącą jasność, i spostrzegły wreszcie, że była to oświetlona słońcem słodka twarzyczka przecudnego dziecka, które się do nich uśmiechało i kiwało z zarośli. „O, podejdź, podejdź do nas, piękne dziecko!“ wołali oboje, Felek i Krystynka i, pełni niewypowiedzianej tęsknoty, zerwali się z miejsca i wyciągnęli ręce do uroczego zjawiska. „Już idę, już idę!“ zawołało dziecię słodkim głosem. I lekko, jakby uniesione szumiącym porannym wietrzykiem, tajemnicze dziecko frunęło do Felka i Krystynki.

Jak się tajemnicze dziecko bawiło z Felkiem i Krystynką.

„Słyszałem zdaleka wasze płacze i skargi“, mówiło nieznajome dziecko: „i żal mi się was zrobiło. Co wam jest, moje drogie dzieci?“ „Ach, my same tego niewiemy!“ odpowiedział Felek: „ale wydaje mi się, że to właśnie ciebie nam brakowało.“ ”To prawda“, wtrąciła Krystynka: „bo teraz, kiedy jesteś przy nas, znowu jesteśmy weseli. Ale dlaczego ukrywałeś się tak długo?“ Obojgu dzieciom wydawało się naprawdę, że już oddawna znają tajemnicze dziecko, że się już z niem kiedyś bawiły, i że cały ich smutek pochodził stąd, że dziecko od nich odeszło. „Zabawek już nie mamy“, mówił dalej Felek: „bo ja, głupi chłopak, paskudnie je popsułem i wyrzuciłem najpiękniejsze z tych, które dostałem w podarunku od bufiastego kuzynka. Ale, pomimo to, będziemy się bawili“. „Ej, Felku“, powiedziało tajemnicze dziecko, śmiejąc się wesoło: „jak możesz tak mówić? Rzeczy, które wyrzuciłeś, napewno niewiele były warte, a ty i Krystynka macie wokoło najcudowniejsze zabawki, jakie tylko znaleźć można.“ „Gdzie, gdzie?“ pytały dzieci. „Spójrzcie wokoło“, odpowiedziało nieznajome dziecko. Krystynka i Felek spostrzegli nagle, jak z gęstej trawy, z miękkiego mchu, wyzierało błyszczącemi oczami mnóstwo cudownych kwiatów. Pośród nich błyszczały drogocenne kamienie i kryształowe muszelki, a złociste chrząszcze tańczyły wokoło i nuciły cichutkie piosenki. „A teraz zbudujemy pałac, pomóżcie mi znosić kamienie!“ zawołało tajemnicze dziecko i, pochylone ku ziemi, zaczęło zbierać różnokolorowe kamienie. Krystynka i Felek pomagali mu, a dziecko tak zręcznie umiało układać kamyki, że wkrótce wyrosły z nich wysokie kolumny, a nad niemi wzniosło się wysoko złote sklepienie. Potem tajemnicze dziecko pocałowało kwiaty, które wyglądały z ziemi; szemrząc słodko, wystrzeliły w górę, objęły się miłośnie i utworzyły pachnące, sklepione szpalery, pośród których skakały dzieci, pełne radości i zachwytu. Tajemnicze dziecko klasnęło w dłonie: dach, utworzony ze złotych skrzydeł chrząszczyków, rozfrunął się na wszystkie strony, a kolumny przemieniły siew srebrzysty strumień. Na obu brzegach zakwitły różnobarwne kwiaty i zaglądały ciekawie w przezroczyste fale, albo kołysząc swe główki, słuchały dziecinnego szczebiotu wód. Teraz tajemnicze dziecko zaczęło rwać źdźbła trawy i łamać małe gałązki drzew, i rozsypało je przed Krystynką i Felkiem. Trawy przemieniły się w piękne lalki, a gałęzie w małych, zgrabnych strzelców. Lalki tańczyły wokoło Krystynki, pozwalały się brać na kolana i szeptały cichemi głosami: „Kochaj nas, Krystynko, kochaj nas“. Strzelcy cisnęli się tłumnie, pobrzękiwali fuzyjkami, dęli wrogi i wołali:„Hurra, hurra! Na łowy, na łowy!“ Nagle z krzaków wybiegły zajączki, psy rzuciły się za niemi, a strzelcy strzelali raz po raz. Toż to była uciecha! Wreszcie wszystko zniknęło, a Krystynka i Felek wołali: „Gdzie jesteście, lalki? gdzie jesteście strzelcy?“ Tajemnicze dziecko powiedziało: „O, one wszystkie stawią się na wasz rozkaz, ile razy będziecie tego chcieli. Ale czy nie wolicie teraz pobiegać po lesie?“ „O, tak! O, tak!“ zawołali oboje. Tajemnicze dziecko ujęło za ręce Felka i Krystynkę, i razem popędzili przed siebie. Ale nie można było nazwać tego bieganiem. Dzieci unosiły się w powietrzu i lekkim lotem płynęły przez las, a kolorowe ptaki krążyły nad niemi, świegocąc i głośno śpiewając. Nagle unieśli się wysoko, wysoko w powietrze. „Dzień debry dzieci, dzień dobry Felku, mój przyjacielu!“ wołał bocian do przelatujących dzieci. „Nie róbcie mi nic złego, nie róbcie mi nic złego! Nie zjem waszego gołąbka!“ wrzeszczał sęp, uciekając w przestrachu przed niemi. Felek pokrzykiwał z uciechy, ale Krystynka zaczęła się lękać. „Dech mi zapiera! Spadnę!“ zawołała, ale w tej samej chwili tajemnicze dziecko opuściło się na ziemię wraz z towarzyszami zabawy i powiedziało: „Teraz zaśpiewam wam na pożegnanie piosenkę leśną, a jutro powrócę.“ Dziecię podniosło do ust mały róg myśliwski, którego złote skręty wyglądały jak wieńce, uwite z kwiatów, i zaczęło grać tak pięknie, że cały las echem odpowiadał na przecudne tony. Słowiki, które przyfrunęły na wezwanie czarodziejskiego rogu, śpiewały najweselsze piosenki i obsiadły tłumnie gałęzie drzew wokoło. Nagle tony zaczęły cichnąć coraz bardziej i bardziej, i z gąszczu, w którym zniknęło tajemnicze dziecko, dolatywał już tylko cichy szept. „Jutro, jutro powrócę“, wołało coś zdaleka do dzieci, a one nie wiedziały, co się z niemi dzieje, bo tak głębokiej radości nigdy w życiu jeszcze nie zaznawały. „Ach, gdyby to już było jutro“, mówiły do siebie, biegnąc co tchu do domu, ażeby opowiedzieć rodzicom, co się im w lesie przytrafiło.

Co powiedzieli pan Brakel i pani Brakelowa o tajemniczem dziecku, i co się z niem dalej działo.

„Wydaje mi się, że się dzieciom to wszystko przyśniło“, powiedział pan Brakel do swojej żony, kiedy Felek i Krystynka, przejęci i wzruszeni zjawieniem się nieznajomego dziecka, nie mogli się dosyć naopowiadać o jego cudnej postaci, prześlicznym śpiewie i rozkosznych zabawach. „Ale jeżeli pomyślę“, mówił pan Brakel dalej: „że oboje mieli jednocześnie zupełnie taki sam sen, nie wiem naprawdę, co o tem sądzić.“ „Nie zawracaj tem sobie głowy, mój mężu“, rzekła pani Brakelowa: „założę się, że to tajemnicze dziecko, to nikt inny, jak tylko Bogumił, syn nauczyciela z sąsiedniej wsi. To on przybiegł i opowiedział dzieciom jakieś głupie brednie. Ale sprawię mu za to porządną burę.“ Pan Brakel nie podzielał bynajmniej zdania swojej żony, i żeby lepiej wyjaśnić te zawiłą sprawę, jeszcze raz zawołał Krystynkę i Felka i kazał im dokładnie opowiedzieć, jak owo dziecię wyglądało i jak było ubrane. Co do wyglądu, oboje zgodzili się na to, że dziecko miało twarzyczkę białą jak lilja, policzki koloru róży, usta jak wisienki, niebieskie błyszczące oczy i złociste loki, i że było tak piękne, że trudno sobie coś piękniejszego wyobrazić. Zaś co do ubrania, to wiedzieli tylko, że dziecko napewno nie miało na sobie niebieskiej pasiatej kurtki Bogumiła, syna nauczyciela, ani podobnych spodni, ani czarnej skórzanej czapki. Wszystko, co mówili o ubraniu nieznajomego dziecka, brzmiało jakoś dziwnie i niemądrze. Krystynka utrzymywała, że dziecko miało na sobie przecudowną błyszczącą sukienkę, zrobioną z płatków róży, a Felek twierdził, że sukienka dziecka świeciła jasnozłotą zielenią, jak młode liście wiosenne w promieniach słońca. „Napewno“, ciągnął Felek: „nie jest to syn żadnego nauczyciela, bo za dobrze zna się na polowaniu. To dziecko musi pochodzić z jakiejś krainy lasów i łowów, i będzie z niego zczasem najtęższy myśliwy“. „Ej, Felku“, przerwała Krystynka: „jakże możesz twierdzić, że ta mała słodka dziewczynka zostanie myśliwym? Być może, że zna się na polowaniu, ale o wiele lepiej zna się na gospodarstwie, bo inaczej nie umiałaby sporządzać tak doskonałych potraw i tak pięknie ubierać lalek“ Tak więc Felek uważał tajemnicze dziecko za chłopca, Krystynka za dziewczynkę, i nie mogli się w żaden sposób pogodzić. Pani Brakelowa powiedziała, że nie warto wcale wdawać się z dziećmi w takie głupie sprawy, ale pan Brakel rzekł: „Mógłbym poprostu pójść za dziećmi do lasu i podpatrzeć, co to za tajemnicze dziecko do nich przychodzi i z niemi się bawi, ale wydaje mi się, że zepsułbym im w ten sposób przyjemność, więc nie uczynię tego“. Nazajutrz, kiedy Krystynka i Felek o zwykłej porze pobiegli do lasu, tajemnicze dziecko czekało już na nich. Jeżeli wczoraj umiało urządzać najpiękniejsze zabawy, to dziś czyniło takie cuda, że Felek i Krystynka raz po raz wykrzykiwali z uciechy i zachwytu. I to było nadzwyczajne, że nieznajome dziecko umiało ładnie i rozumnie rozmawiać z drzewami, krzakami, kwiatami, strumieniem. A one odpowiadały tak jasno i wyraźnie, że Krystynka i Felek wszystko rozumieli. Tajemnicze dziecko zawołało do krzaków olszyny: „Ach, wy gaduły, o czem tak ciągle szepczecie i szemrzecie?“ Gałązki poruszyły się mocniej, zaśmiały się i szepnęły: „Ha, ha, ha! śmiejemy się z miłych nowinek, które nam przyniósł dzisiaj wietrzyk poranny, gdy przywędrował do nas zza sinych gór i skrył się pomiędzy nami przed promieniami słońca. Przyniósł nam tysiąc ukłonów i pocałunków od złocistej królowej i kilka mocnych tchnień, pełnych najsłodszych woni“. „Zamilczcie“, przerwały kwiaty: „nie mówcie o tym wietrzniku, który pyszni się swoją wonią, a nam ją podstępnie zabiera przy pomocy swych fałszywych, pieszczot. Niech tam krzaki sobie szemrzą i szepcą, drogie dzieci, ale wy patrzcie na nas i nas słuchajcie, bo to my was najbardziej kochamy i stroimy się codzień w najpiękniejsze barwy jedynie poto, żeby się wam podobać“. „A czy myślicie, że my was nie kochamy, prześliczne kwiatki?“ spytało tajemnicze dziecko, a Krystynka uklękła na ziemi i wyciągnęła przed siebie obie ręce, jak gdyby chciała uścisnąć wszystkie przecudne kwiaty, które przed nią rosły. „Ach, ja was wszystkie tak bardzo kocham*, zawołała. A Felek powiedział: „I mnie się bardzo podobacie w waszych błyszczących sukienkach, jednakże wolę zieleń, krzaki i drzewa, bo to one was ochraniają, wy małe barwne dzieciątka“. Zaszumiało w czarnych wysokich świerkach: „Prawdę powiedziałeś, dzielny chłopcze, i nie powinieneś się lękać, gdy jędza — burza nadleci, a my weźmiemy się z nią ostro za bary“. „Ej!“ zawołał Felek: „trzeszczcie, jęczcie, mocujcie się dzielnie, zielone olbrzymy; prawdziwemu myśliwemu serce wtedy rośnie“. — „Masz słuszność“, zaszumiał strumyk: „ale naco przyda się ciągle polować i ciągle ścigać się przy huku piorunów. Chodźcie, usiądźcie tu grzecznie na miękkim mchu. Z dalekich, dalekich przybywam stron, z głębokich pieczar, i będę wam opo- wiadał cudowne bajki, a każda fala przyniesie coś nowego. 1 pokażę wam najpiękniejsze obrazki, patrzcie tylko dobrze w moje jasne lustrzane oblicze. Głęboko i miłośnie chowam w swojem łonie błękit nieba, złote chmury, krzewy, kwiaty i las, a i was, śliczne drogie dzieci“. „Felku, Krystynko!“ mówiło tajemnicze dziecko, spoglądając radośnie dokoła: „słuchajcie tylko, jak wszystko was kocha! Ale już zorza wieczorna wznosi się z za gór, i słowik mnie wzywa do domu“. „O, daj nam jeszcze trochę polatać w powietrzu!“ prosił Felek. „Tylko niezbyt wysoko, bo w głowie mi się zakręci“, rzekła Krystynka. Więc znowu tajemnicze dziecko chwyciło za ręce Felka i Krystynkę, i znowu płynęli wysoko w złotej zorzy wieczornej, a różnobarwne ptaszki wesoło biły skrzydełkami wokoło ich głów i zanosiły się od cudnych śpiewów. Toż to była radość i uciecha! W świecących obłokach, jak w falujących płomieniach, zobaczył Felek strzeliste zamki z rubinów i innych drogich kamieni. „Patrz, patrz Krystynko“, wołał pełen zachwytu: „jakie cudowne pałace. Dosięgniemy ich, tylko lećmy odważnie naprzód“. Krystynka spostrzegła także zamki powietrzne i zapomniała o lęku; nie patrzyła już wdół, ale wdal — prosto przed siebie. „To są moje ukochane zamki powietrzne“, nieznajome dziecko: „ale dzisiaj tam nie dolecimy“. Felek i Krystynka byli jak we śnie i sami nie wiedzieli, jak się to stało, że znaleźli się znowu w domu przy ojcu i matce.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…