Front matter
Дозволено Цензурою. Варшава, 30 Сентября 1886 года.
Druk Braci Jeżyńskich (dawniej J. Ungra) Nowolipki Nr 9.
całość
Дозволено Цензурою. Варшава, 30 Сентября 1886 года.
Druk Braci Jeżyńskich (dawniej J. Ungra) Nowolipki Nr 9.
ochany Panie! Prosisz mnie o przekład jakiego dziełka z żargonu, z tego dziwacznego języka, którym rozmawiają żydzi nasi; pragniesz dać publiczności polskiej próbkę tej literatury, nieznanej dotychczas zupełnie, przeznaczonej wyłącznie dla odosobnionych mas żydowskich, w odrębności swojej zamkniętych. Życzeniu Twemu czynię zadość; ale uprzedzam zarazem, że sam przekład bez licznych objaśnień i komentarzy byłby dla czytelników do zrozumienia niełatwym. W życiu żydów naszych są zwyczaje, których nie znamy; przesądy, wierzenia, o których nie słyszeliśmy nigdy — pomimo że już od ośmiu wieków z górą na jednej ziemi mieszkamy. Dlaczego tak jest — nie tu miejsce rozbierać, dość że jest — i tłómacz książki napisanej w domowym języku żydów i opisującej sceny z ich życia, musi zatrzymywać się ciągle, omawiać, objaśniać to, czegoby chrześciański czytelnik nie mógł zrozumieć. Pragnąc wszakże, aby przekład o ile możności zachował cechy oryginału i aby niezbędne komentarze tłómacza nie przerywały ciągłości tekstu, postanowiłem wszelkie objaśnienia umieścić w przypiskach. Ten sposób wydaje mi się z wielu względów bardzo praktycznym. Teraz jeszcze kilka słów o tem, dlaczego wybrałem do przekładu „Die Klatsche,” nie zaś inne jakie dziełko z literatury żargonowej. W ogóle oryentowanie się w piśmiennictwie tem jest dość trudnem, katalogów porządnie i systematycznie prowadzonych brak, a w dziełach traktujących o literaturze hebrajskiej, utwory żargonowe nie są wspominane. Trzeba tu sobie radzić własnemi siłami, odwie- dzać księgarnie żydowskie i korzystać z prywatnych informacyj, o ile takowych zasięgnąć można. Do wyboru „Die Klatsche” skłoniło mnie przedewszystkiem nazwisko jej autora, a powtóre niezwykły rozgłos, jaki ta książka wśród żydów posiada. Nawet ucywilizowani izraelici, którzy już oddawna zarzucili żargon, wiedzą o istnieniu „Die Klatsche.” I rzeczywiście w szeregu żargonowych pisarzy Abramowicz pierwszorzędne zajmuje stanowisko. Obdarzony talentem, dowcipem, wysoko rozwiniętym zmysłem spostrzegawczym, a przytem wykształcony dość wysoko, tworzy on dziełka, które gdyby w innym języku były pisane, zjednałyby mu oddawna zasłużony rozgłos w szerokich kołach czytelników. Po nad innych pisarzy żargonowych wyrósł on bardzo wysoko, tak, że co prawda, nie ma go z kim nawet porównywać. Jego utwór „Die Klatsche,” który właśnie spolszczyć zamierzam, nie jest zwykłą powiastką lub obrazkiem; w nim bowiem, pod osłoną alegoryi, kryje się cała kwestya żydowska. Srulik opętany, jako opętany, rozumie język zwierząt ( takie mniemanie nie tylko u żydów) i rozmawia z biedną, wynędzniałą szkapą, bitą, prześladowaną, wypędzaną zewsząd. Ta właśnie szkapa — to naród żydowski, od tylu wieków rozproszony i tułający się po całej kuli ziemskiej. W tej alegoryi, zaprawnej humorem i sarkazmem, mieszczą się poglądy jasne i trzeźwe, a chociaż w przygodach znędzniałej szkapy i Srulika opętanego ozwie się czasem zgrzyt, mogący razić chrześciańskie ucho, to jednak trzeba przyznać, że i żydowskie wady są niemiłosiernie przez autora smagane. Forma utworu trąci nieco staroświecczyzną, co wynagradza jednak nieporównany humor i myśli głębsze, których pod osłoną alegoryi szukać należy. Posyłam ci, kochany Panie, przekład tego utworu; drukuj go, puść w świat w formie książki, a zdaje mi się, że stanie się ona przyczynkiem do obszernej już literatury tak zwanej „kwestyi żydowskiej,” kwestyi, o której napisano już tyle, lecz bądź to zbyt jednostronnie, bądź z małą znajomością przedmiotu.
Rzecze wam „Mendeli mejcher sforim” — powiada Mendeli, wędrowny handlarz książek: Błogosławionym jest Stwórca, który uczyniwszy z niczego cały wielki świat, naradził się z liczną świtą aniołów i stworzył maleńki światek, czyli mówiąc inaczej, człowieka. Ten nazywa się słusznie małym światkiem, gdyż zawiera w sobie wszystkie rodzaje stworzeń. W nim znaleść można najrozmaitsze dzikie zwierzęta i wszelakie rodzaje bydląt; w nim jest jaszczurka i pijawka, mucha hiszpańska i prusak i każdy robak szkodliwy; w nim jest na- wet i djabeł, ruah i „szwarc jor“, i szatan oskarzyciel, i djablik (lec) wróg Izraela — i wszystkie, wszystkie złe duchy, zesłane na karę ludzkości. Cudowne sceny widzieć można w tym światku: Oto naprzykład kot igra z myszą; łasica wciska się do kurnika i łby ptakom ukręca, małpa naśladuje wszystko co się koło niej robi; pies służy na dwóch łapach temu, co mu kromkę chleba pokaże; pająk zwabia ku sobie muchę i chwyta ją w swe sieci; komary grożąc żądłami, brzęczą… ale nie o tem chcę mówić. Pochwalone niech będzie drogie imię Tego, który w milczeniu patrzy, co się w małym światku dzieje i nie rozsypuje go w proch! On nie unosi się gniewem i z pobłażaniem jest dla grzesznych ludzi… Otóż opowiem poniżej, jaką wielką łaskę oka- zał mi Ten, który mnie był przedtem trochę ukarał… Szkapina moja zdechła!.. panowie; moja wierna, zasłużona szkapina! która przez wszystkie dni swego żywota, woziła moje książki i była znaną na wszystkich drogach, pamiętała dokładnie wszystkie karczmy, wszystkie miejsca rozproszenia się dzieci Izraela, przeszła do krainy śmierci w mieście Głupsku! Wstyd mi tu powiedzieć, że biedaczka zdechła, niestety, z głodu!… Pożywienie jej składało się zazwyczaj z odrobiny sieczki, czasem z kilku suchych kawałków chleba, które niekiedy kupowałem od biedaków chodzących z torbami. Biada, zaprawdę biada temu koniowi, którego los rzuci w służbę do żydowskiego handlarza książek. Włóczyć się on musi i włóczyć bardziej niż ten, który rozwozi drogie towary, — a jada niestety mało co. Sam księgarz żydowski zwykle niema co jeść i ze swoją żoną i dziećmi mrze głód przynajmniej dziesięć razy na dzień… Ale nie o tem chciałem mówić. Ten, którego imię niech będzie błogosławionem, ukarał mnie — pozostałem bez konia; kupić nowego nie miałem za co, a tu akurat trzeba było jechać na jarmark. Było mi źle, o bardzo źle! Gdy siedziałem zakłopotany i smutny, pokazał się pewien człowiek, mój znajomy, przybliżył się do mnie i zawołał: — Reb Mendeli, czy nie chcesz kupić szkapy? — Kupiłbym chętnie — odpowiedziałem z westchnieniem, ale skąd mam wziąć kota? — Et! — rzekł — głupstwo, nic nie szkodzi, nie frasujcie się o pieniądze; możliwa rzecz jest, żeby wam nawet coś pożyczono; wiadomo przecie żeście człowiek rzetelny… — Jeśli tak — odrzekłem — to kupię szkapę z radością, nawet zaraz, bez zwłoki; chodźcież ze mną, obejrzyjmy ten towar. — Możecie sobie oszczędzić chodzenia — rzekł, ja mam tę szkapę przy sobie. — Jakto? co to znaczy: przy sobie? — zapytałem zdziwiony. — Tak, tak — odrzekł z uśmiechem — mam ją tu, pod kapotą. — Wyśmiewacie się z brata swego — rzekłem z goryczą. Czybyście nie mogli znaleść innego przedmiotu do śmiechu. Dalibóg mnie teraz żarty nie w głowie! — Broń Boże, wcale nie mam zamiaru żartować — odpowiedział i wydobył z pod poły porzą- dną pakę papierów. Patrzcie no, reb Mendeli, to wszystko napisał jeden mój dobry przyjaciel. Imię jego znajdziecie tam w papierach, a całej swej pracy nadał on tytuł „Szkapy“ (Die Klatsche). Autor tej książki jest teraz troszkę (niech się to od was odwróci) jakby to powiedzieć… trochę umysłowo cierpiący. Wszyscy zaś jego dobrzy przyjaciele pragną, aby ta powieść została wydrukowana i rozprzedana co prędzej. A kto to zrobi lepiej niż wy, reb Mendeli? wy, którzy w naszym zakątku macie tak rozgłośne imię! Otóż prosimy was, abyście dobrze rozejrzeli się w tych papierach, uporządkowali je akuratnie, jak się należy, i kazali wydrukować. O warunkach pomówimy później, będziecie z nich zadowoleni z pewnością. Teraz, jeżeli potrzebujecie pieniędzy, możemy wam dać coś na rachunek. No jakże, czy zgoda, reb Mendeli? — Czy zgoda?! to mi dopiero pytanie! — zawołałem, oniemal tańcząc z radości. Załatwiwszy najpilniejsze interesa, wziąłem się do rękopismu, uporządkowałem go jak się podzieliłem na rozdziały, rozdziałom nadałem tytuły, te wypisałem na oddzielnych kartkach, ażeby każdemu rzucały się w oczy. Słowem zrobiłem wszystko, co do mnie należało. Teraz powiem kilka słów o tej „Szkapie.“ Zawiera ona w sobie wysokie myśli, pisana jest w ten sposób, jak starzy autorowie pisali, a każdy może ją pojmować wedle stopnia swego rozwinięcia umysłowego. Dla ludzi prostych, o małym widnokręgu myśli, będzie ona poprostu bardzo ładną bajką: dla umysłów zaś wyższych — przenośnią, alegoryą, pod którą dostrzedz można nas grzesznych ludzi. Ja naprzykład, według mego stopnia pojmowania, znalazłem w tej książce prawie wszystkie dusze żydowskie, prawie wszystkie tajemnice naszego życia na tym biednym świecie. Co do mnie, jestem pewny zupełnie, że każdy z was, według swego rozumienia rzeczy, będzie czytał tę książkę z zajęciem. Jeden zawoła: — Aha! to dotyczy reb Josia! Drugi powie: aj, aj, to wyraźnie jest nasz Natan ben Chajkies! Załmon Jejkeli reb Motele! Herszko reb Abele! Trzeci zaś krzyknie: — Aj, aj! ja tu znalazłem tajemnicę naszej „taksy,” naszych „dobroczyńców miasta;” tajemnicę naszych obyczajów itd. Zapytywałem głupskich „dajonów” i prosiłem ich o rozstrzygnięcie ważnej dla mnie kwestyi. Zapowiedziałem bowiem wydanie drugiej części „Die Takse,” nie powiedziawszy: „bli neder,” a więc zobowiązanie moje było tak jak „neder.” Zapytywałem więc sędziów (dajonów) miasta Głupska, czy wydanie „Die Klatsche” będzie spełnieniem mego zobowiązania, czy nie? Dajonowie myśleli, myśleli, drapali się długo, drapali — i po długiem zastanowieniu się, orzekli: — Tak jest, reb Mendeli, ponieważ poznaliśmy już dokładnie kwintesencyę smaku „Taksy,” przeto rozwiązujemy twój ślub. Twoja „Klatsche” może zastąpić drugą część „Taksy.” Ileż dziękczynień dłużny jestem Najwyższemu! Gdybym był dostał „Klatsche” tak sobie, poprostu, bez otrzymania zaliczki, to i tak byłoby dosyć! Gdybym ją był dostał wraz z zaliczeniem pieniężnem, lecz bez rozwiązania mego ślubu, to i tak byłoby dosyć! Gdybym dostał ją z zaliczeniem pieniędzy i z rozwiązaniem mego ślubu przez dajonów, to i tak byłoby dosyć! Gdyby dajonowie byli rozwiązali mój ślub i nie drapali się przytem tak szkaradnie, to i tak byłoby dosyć! Gdyby dajonowie nawet drapali się szkaradnie, a ja nie wiedziałbym dlaczego oni się drapią — to i tak byłoby dosyć!!! Gdybym wiedział dlaczego oni się drapią, a nie rozumiał tego, że w „Klatsche” jest taka moc, która może wywołać chęć drapania się, t. j. że
„Klatsche” swędzenie im sprawia — to i tak byłoby dosyć!!! Za każdą z tych rzeczy oddzielnie powinienbym Najwyższemu dziękować! Za to że dostałem „Die Klatsche;” że mi dano zaliczenie, za które mogłem kupić konia; że dajonowie rozwiązali mój ślub co do wydania drugiej części „Die Takse;” że ci dajonowie drapali się przytem szkaradnie; że ja wiedziałem dlaczego oni się tak drapali; i że nareszcie rozumiałem, że „Die Klatsche” może wzbudzić chęć drapania się, czyli że może komuś sprawić swędzenie — to niech będą Najwyższemu tysiączne dzięki i niech to się stanie odkupieniem za grzechy nasze!!! Otóż jest i krótka przedmowa do tego dziełka. Co w myśli, to i w mowie. Pisałem pierwszego dnia miesiąca Ełuł, w budzie pełnej książek, na drodze pomiędzy Głupskiem a Teteriwką.
Jako Noe cudownym sposobem ocalony został od wielkiego potopu wód, tak i ja, Srulik, w naszych już czasach, ocalony byłem od istnego potopu swatów, którzy oblegali moją matkę, stręcząc dla mnie najrozmaitsze partye. Matka moja prosta, ale rozumna kobieta, nie była bogatą, chociaż biedną się nazywać nie mogła, miała albowiem ładny sposób utrzymania ze sklepu z galanteryą. Nosiła perły na szyi i żyła bardzo przyzwoicie. Byłem jej jedynakiem, jej dumą; spełniała też chętnie wszystko, czegom tylko zapragnął. Jednak gdy na żaden sposób nie chciałem się żenić tak młodo, próbowała mnie przekonywać, mniej więcej w ten sposób: — Słuchaj-no Srulik, ileż to razy prosiłam Boga, ażeby pozwolił mi dożyć tej chwili, w której będziesz mógł się ożenić! Ty przecież jesteś mojem oczkiem w głowie, a ja pragnę tylko twego szczęścia i twego dobra na tej ziemi. Ustąp-że raz mój drogi i ożeń się nareszcie! Już czas, dalibóg czas, mój Sruliku; twoi towarzysze pożenili się, doszedłszy zaledwie do „bar-micwe.”
prośby twej matki, zrób jako Bóg rozkazał i uczyń tym sposobem radość duszy mojej. Gdy jednak widziała, że wszystkie jej przemówienia przebrzmiewają daremnie i że stałą moją odpowiedzią na jej prośby jest tylko uparte: „nie i nie“ — dała już pokój tej kwestyi i nie mówiła więcej o projektach małżeństwa. Powiedziałem jej całą prawdę: że postanowiłem wyuczyć się wszystkiego, co wykładają w szkołach, zdać następnie egzamin i wstąpić do uniwersytetu, aby tam poznać mądrość doktorską („chochmes hadoktorie”) i ażebym później stał się pożytecznym światu i ludziom. — Mamo — mówiłem do niej — teraz jest całkiem inaczej na świecie. Już czas, dalibóg, ażeby ocenić należycie to wielkie szczęście, jakie żydzi mają z zawierania zbyt wczesnych małżeństw, te wielkie rozkosze naszych młodych par! Rodzice wyprawiają swoim dziatkom wesele z wielką ufnością w Boga („bitoche”). „Bóg wszystkim daje z czego żyć, zapewne więc i ta młoda para z głodu nie umrze” powiadają. Dobre to było w dawnych lepszych czasach, ale dziś ciężko żyć z pięciu palców, robiąc tylko gałki ze śniegu. Trzeba coś umieć, czegoś się nauczyć i myśleć o przyszłości, o tem co będzie później. Ty jesteś, mamo, kobieta rozumna, sama więc pojmujesz, że dziś inne są czasy niż dawniej i że po- zostawanie przy starych pod tym względem zwyczajach nie prowadzi do celu. Takiemi słowami, bywało, przemawiałem do matki i wskazywałem jej wiele przykładów z życia młodych ludzi naszego miasteczka, z życia młodych ludzi, którzy pożenili się bardzo wcześnie i sądzili, że opływać będą jak pączki w maśle („a szmałc-grub“). Masło się jednak prędko wytopiło i nie zostało z niego nic. Część tych dzieci żonatych włóczy się żebrząc, od domu do domu, niektórzy zostali nauczycielami (mełamed), a niektórzy żyją z dnia na dzień z niczego. W obec takich argumentów, matka moja zgodziła się nareszcie na to, abym się uczył, lecz musiałem jej przyrzec solennie, że pozostanę zawsze uczciwym żydem. Miałem ja bardzo dobrą głowę, byłem zdolny, żadna rzecz z „Gemary” nie była dla mnie zbyt trudną; mówiono nawet w mieście, że wyrosnę kiedyś na wielkiego rabina. Zamknąłem się w swej stancyi na dwa lata i studyowałem wszystko co było do egzaminu potrzebne. Matematyka, fizyka, gramatyka i języki szły mi tak łatwo, jak po maśle; bardzo ciężką za to była dla mnie historya i to, co oni (chrześcianie) nazywają w swoim języku „literaturą.” Musiałem klepać i kuć na pamięć przeróżne bajeczki o rozmaitych wojnach; o tem, jak ludzie od początku świata aż do naszych czasów mordowali się, zabijali, czynili jedni drugim krzywdy i cierpienia — i nie dość na tem, musiałem pamiętać, w jakim roku każda z tych awantur się stała, w jakiej miejscowości! Tym podobne rzeczy nazywają się historyą! Oprócz tego, musiałem także kuć i uczyć się na pamięć najdziwaczniejszych baśni, powiastek o strasznych bohaterach, o potężnych pijakach
(„sztarke szikejrim”), o sławnych rozbójnikach; powiastek o przechodzeniu dusz („giłguł”), o czarownicach i czarownikach, o żywych i martwych wodach, o złotych jabłkach i złocistych koniach. Oprócz tego, musiałem recytować z pamięci, jak papuga, różne kawałki poezyi („mlice”) i wypowiadać o nich najrozmaitsze komentarze i domysły; domysły, których ani ja, ani autor owych poezyi, ani ten, który mi zadawał lekcye, nic a nic nie rozumiał. Kazano mi się tem wszystkiem zachwycać, mówić z zapałem, jakby w natchnieniu, gestykulować rękami i nogami, mówić ze czcią o tem, jak o tajemnicach zakonu, lub słowach kabalistycznych. Kazano mi oddalać się najbardziej od rozumu i pojmować te rzeczy nie tak jakby rozsądek wskazywał; — to się nazywało literaturą! Mówcie co chcecie, ale gdy ktoś już wyszedł z wieku dziecinnego, to trudno mu wykuwać, wy- klepywać na pamięć podobne rzeczy i zatrzymywać je utrwalone w umyśle; trudno, szczególniej zaś temu, kto ma zdolną głowę i pała gorącą chęcią nauczenia się dobrych i pożytecznych rzeczy. Powtarzam raz jeszcze, że owe bajeczki były dla mnie bardzo a bardzo ciężkie; ciągłe uczenie się ich na pamięć zagważdżało mi głowę, odbierało odwagę i energię i czyniło ze mnie coś w rodzaju glinianego bałwana („a gejłom”). Częstokroć chodziłem jak przybity, jakby wczorajszy (niewyspany)… W takich chwilach wątpiłem, czy mój plan da się uskutecznić — pytanie albowiem, co może się stać? Może na egzaminie nie przypomnę sobie jakiejś pustej bajeczki, albo się poślizgnę na poezyi?… Wtenczas marzeniom moim będzie koniec, nauka doktorstwa, którą tak ukochałem, przepadnie! Wtenczas przyjdzie już kres wszystkim moim nadziejom i mnie samemu także! gdyż co będę robił i jak będę wyglądał? Pozostanę przygnębionym żydem, narażonym na obraźliwe przycinki od swoich. Będę siłą, lecz bez materyi, to znaczy, że choć czuć będę moc, lecz nie zdołam wydobyć jej na zewnątrz, nie stanę się nikomu pożytecznym, tak samo jak tylu, tylu niestety, z pomiędzy naszych żydów. Pozostanę na zawsze żydem, ale nie człowiekiem! nie! Będę jak owa pani w prostej ludowej powiastce; jak owa pani, która wszędzie czyści, a sama stoi wśród śmieci w kąciku, czyli poprostu mówiąc, jak miotła! Jak owa pani, która kręci się i uwija wszędzie, a jednak nic nie znaczy i nic nie warta jest. Gdy oddaliłem się, odsunąłem od wszystkiego i rozpocząłem naukę, myślałem że cały świat jest mój, że stanę się człowiekiem w całem znaczeniu tego wyrazu! Bezustanne wszakże uczenie się i kucie, a przytem rozmyślania ciągłe, pochłaniały wszystkie moje siły umysłowe i fizyczne; byłem jak nie człowiek. Stałem się chudy niby szczapa, osłabiony, ciągle zakłopotany przytem, tak że ludzie poznawać mnie nie mogli. Doktorzy zapowiedzieli mi, ażebym, jak tylko Pan Bóg da lato, dużo bardzo chodził na świeżem powietrzu, gdzie za miastem, a prócz tego, żebym się mniej uczył, mniej rozmyślał. — Ach! gdyby doktorzy lepiej znali się na rzeczy i uwolnili mnie od owych bajek („jene szmochtelajen”), które zagważdżały mi tylko głowę i nabawiały choroby!
Pewnego pięknego dnia, w lecie, udałem się za miasto i poszedłem daleko w pole. Przez kilka godzin z rzędu chodziłem tu i tam, wreszcie położyłem się na trawie w cieniu drzew, tuż przy rowie i patrząc dokoła, marzyłem, rozmyślałem… Na polu pasły się pańskie kozły („panskie capes”), osły, całe tabuny koni, mających świadectwa o swem arystokratycznem pochodzeniu, o tem, że wywodzą ród od szlachetnych przodków. Jeden z ich dziadków był angielskim rumakiem, który przewędrował niegdyś przez ziemię Chanaan i tam ożenił się z klaczą arabską. Inna znów babka pochodziła ze sławnego rodu i wąchała w swem życiu wiele prochu, a jeszcze inna babka była bardzo wysoko wykształcona, otrzymała edukacyę w sławnym zakładzie i nawet swego czasu w towarzystwie innych, również wysoko wykształconych koni, dawała przedstawienia osobliwszych tańców i skoków. Przytem należy wiedzieć, że u koni (ferd) rasa gra nader ważną rolę. Krew szlachetna traktowana jest bardzo poważnie, a konie pochodzące z dobrego stada, noszą miano dobrze urodzonych. Otóż te szlachetne konie pasły się wszędzie z zupełną swobodą; wchodziły w szkodę i robiły spustoszenia w zbożu, które biedni ludzie zasiali w pocie czoła. Nikt jednak na to nie zważał, nikt im nie powiedział marnego słowa; konie też parskały, brykały, wierzgały nogami; a siła ich, moc i dzikość były prawie nienaturalne… Nagle z oddalenia dał się słyszeć wielki hałas; krzyki ludzi zmieszały się z ujadaniem psów. Z początku zdawało mi się, że chłopi biegną z takim wrzaskiem, aby wypędzić ze swego zboża pańskie capy i konie — ale nie! Głosy dolatywały zupełnie z innej strony. Zdjęty ciekawością, udałem się w stronę, z której głos dochodził, pragnąc zobaczyć co to jest? — i uszedłszy kawałek drogi, ujrzałem wielki plac porośnięty trawą i oczom moim przedstawiła się straszna scena: Ze wszech stron biegli łobuzy i ulicznicy, goniąc suchą, wychudłą szkapę, rzucając na nią kamieniami i szczując całem stadem psów najrozmaitszych gatunków („fun alerlaj porodes”). Prawda, że część tych psów szczekała tylko, warczała, pokazywała zęby, część jednak kąsała i gryzła ile tylko mogła. Nie mogłem stać zdaleka i obojętnie patrzyć na tak nieuczciwy postępek. Trzeba mieć przecież litość, a podobne znęcanie się oburza poczucie ludzkości; po drugie, nie mówiąc już o litości, szkapa ma wszelkie prawo do mojej opieki, ponieważ wkupiłem się na członka do „towarzystwa opieki nad zwierzętami,” które wcale sobie nie życzy, żeby prześladowano i męczono żywe stworzenia, gdyż te mają także krew i kości i prawo życia na równi z nami. Nie chcę ja się tutaj zapuszczać w stare i głębokie wywody o ludziach i bydlętach; niech będzie tak, jak powiadają, że ja, człowiek, jestem celem stworzenia, doskonałością pomiędzy wszelkiemi tworami — że tylko dla mnie, dla zaspokojenia moich potrzeb i przyjemności żyją inne stworzenia na świecie. Niechże już tak będzie, że jako człowiek jestem królem i panem wszelkich istot, że one muszą mi służyć, dźwigać ciężkie jarzma i składać dla mnie nawet swe życie w ofierze; niemniej jednak mam przecież dla tej klaczy, dla tej prostej poddanej, obowiązki z samego nawet prawa, jeżeli już nie z poczucia ludzkości. — Łobuzy! („kundejsim”) — krzyknąłem, zbliżając się do gromady uliczników, co wam zawiniła ta nieszczęsna szkapa? czego od niej chcecie? Część łobuzów nie zważała wcale na mój krzyk, inni słyszeli i śmiali się bezczelnie. Niektóre psy patrzyły na mnie ze zdziwieniem, inne szczekały zdaleka, a inne znów wytrzeszczyły oczy ze złością, jakby miały ochotę rzucić się z tyłu i rozedrzeć mnie na kawałki. — Łobuzy! — zawołałem raz jeszcze — dlaczego znęcacie się nad boskiem stworzeniem, nad nieszczęsną szkapą? — Piękna mi nieszczęsna!! — odpowiedzieli mi z ironią. Nieszczęsna! dlaczegóż się pasie tutaj? dlaczego tu łazi ta twoja piękna szkapa?! — Jakto? — odrzekłem — przecież to jest wspólne pastwisko, przecież tu od niepamiętnych czasów pasie się wszystkie bydło miejskie! („a sztodt behejme”). — A, bydło miejskie! to znowuż co innego. Bydłu wolno — a jej zasie! — Dlaczego? czyż ona nie jest taka, jak inne miejskie bydlęta? — Może i nie taka — odrzekli. — Ach! wy paskudniki! („szkocim”) — zawołałem — ależ ona ma zapewne gospodarza, który płaci od niej wszystkie składki i opłaty miejskie, więc ona jest już przez to samo bydlęciem miejskiem! — O tem my nic nie wiemy, a czy ona ma się liczyć do miejskiego bydła, to jeszcze wielkie pytanie? — Jak wam się podoba; ale przedewszystkiem szkapa jest głodna, chce jeść! — Niech sobie je robaki, choroby, rany! — zawołali. Co ona ma do nas?! Z jakiego powodu ma się obżerać i odjadać porządne bydło miejskie… — Rozbójniki! („gazlonim”) — zawołałem, nie mogąc powstrzymać gniewu — to tak! to was nic nie obchodzi, że pańskie capy, że całe stada koni pasą się w zbożu, że niszczą owoc krwawego potu ludzkiego — a biednej szkapie żałujecie garstki trawy! Nic was to nie obchodzi, że tam dzieją się szkody i krzywda wielu nieszczęśliwym ludziom; że to, co tamte konie stratują i zniszczą, mogłoby wystarczyć i dla szkapy i dla jej naj- dalszych pokoleń? Łobuzy! niema w was sprawiedliwości ani na jeden włos nawet! — He, he! — zawołali — patrzcie! on się gniewa, zadaje nam jakieś pytania?! Chodźmy bracia, co tu dysputować, niech on sobie krzyczy! Kto go będzie słuchał? Chodźmy bracia naprzód! Któryś łobuz świsnął głośno i wszyscy szczując psami, z krzykiem puścili się za szkapą. Przez długi czas gonili ją zapamiętale, aż szarpana i gryziona przez psów, wpadła nakoniec w dół głęboki i powaliła się w błoto. Wieczór był bardzo piękny, cichy, niebo usiane gwiazdami, a na samym skraju widnokręgu ukazywał się księżyc, czerwony jak krew. Stado miejskie powróciło już z pastwiska i zjadłszy swe pożywienie, spoczywało spokojnie w oborach i stajniach. Wydojone dobrze krowy już spały. Kupiłem wiązkę świeżego siana i zaniósłem je biednej szkapie, leżącej w dole. Zrobiłem to jako sumienny członek towarzystwa opieki nad zwierzętami. Nieszczęśliwa szkapa, straszliwie zmordowana, leżała w błocie i gdyby nie to, że sapała i robiła bokami, możnaby mniemać, że to padlina leży. — Szok! szok! szok! — rzekłem do niej po końsku — i klepiąc ją po szyi, położyłem koło niej wiązkę siana. Szkapa podniosła głowę i spojrzała na mnie dużemi oczami, zdziwiona, że taki człowiek jak ja, zrobił honor biednej szkapie i wizytował ją wieczorem w… błocie. — Szok! szok! — mówiłem do niej dalej po końsku, co znaczy: „dobry wieczór szkapo! przyniosłem ci wieczerzę; jedz, jeśli ci zostały jeszcze zęby w pysku…” Szok! szok! na litość Boską, musisz być bardzo zmęczona. Szok! szok! — rzekłem do niej kilkakrotnie, podsuwając jej wiązkę siana pod sam nos. — Witaj młodzieńcze — odezwał się ktoś dziwnym, przytłumionym głosem. Struchlałem, usłyszawszy to przywitanie. Zkąd się tu kto wziął? — pytałem sam siebie zdumiony. Kto się tu może odzywać, kiedy ani blizko mnie, ani nigdzie wokoło, niema nawet śladu człowieka? — Nie bój się młodzieńcze — dał się znów słyszeć ten sam głos; bądź człowiekiem i nie lękaj się… to ja, szkapa, odzywam się do ciebie. — Szkapa! — krzyknąłem i przerażony, zdumiony, stanąłem jak gliniany bałwan. Gdym trochę przyszedł do siebie, pomyślałem: Istotnie to stworzenie podobne jest do szkapy… Wkrótce jednak przypomniałem sobie, że to dziś środa i noc — najlepszy czas dla djablików (lec). — Nie myśl tak… — rzekła szkapa wyraźnie. To jest bardzo prosta rzecz, szkapa odzywa się do ciebie. — Co? jakto? — szkapa mówi? — Niema w tem nic nadzwyczajnego — odrzekła; wypadki podobne zdarzały się już. W historyi znajduje się wiele wzmianek o mowach, które miewały konie, od czasu oślicy Balaama aż do chwili obecnej. — Aj! aj! — zawołałem, przypominając sobie różne bajki, których uczyłem się na egzamin… Tak, to prawda jest… ale szkapa! — Czegóż to dowodzi? Oślica Balaama była także szkapą. Niemniej jednak bądź spokojny; ten kto przemawia do ciebie — nie jest szkapą. — Nie jest szkapą?! Jakże więc? Pierwej mówiłeś żeś szkapa, teraz powiadasz żeś nie szkapa! Nic innego, tylko musisz być… — Djabłem — chcesz powiedzieć — rzekła, przerywając mi. Nie, nie, mój przyjacielu, mylisz się; ja nie jestem djabłem, powiadam ci — i nie jestem także szkapą. Powierzchowność moja jest taka jak szkapy — ale naprawdę jestem zupełnie kto inny. Gdybyś znał moją historyę, gdybyś wiedział o tem, co działo się ze mną — zrozumiałbyś mnie wówczas i nie dziwił się wcale. Prosiłem szkapy, żeby opowiedziała mi swe dzieje, że posłucham bardzo chętnie. Zamyśliła się trochę, milczała przez chwilę, a później zaczęła smutnym głosem w te słowa: — Kto chociaż cokolwiek zaglądał do książek, albo też słyszał coś z opowiadania starszych, ten wie, że ludzie nawet za życia mogą przybierać kształty rozmaitych zwierząt i wszelakich bydląt, albo też przybierać inne kształty po śmierci, co jest rzeczą bardzo zwyczajną. Dawniej podobne wypadki przytrafiały się często. Znajdujemy w historyi, że Semiramida, królowa Babilonu, na starość przybrała kształt gołębia. Daniel w natchnieniu proroczem widział cztery królowe w postaciach lwów, lampartów, niedźwiedzi. Nabu- chodonozor zaś król babiloński, przy końcu dni swoich stał się niedźwiedziem. Opowiadają, że u greków takie rzeczy były bardzo częste. Ich bóg, Jupiter, który z przeproszeniem bardzo lubił rozmaite awanturki, raz zamienił się w byka, a królewnę Jo, córkę króla Inachusa, w krowę — i w takim stanie długo się włóczył za nią po świecie. W ich kraju (u greków) istniał także osobliwszy rodzaj stworzeń: półbydląt, półludzi. Te stworzenia zwano centaurami. Jeden z nich, Chiron, pół człowiek a pół-koń, który miał długą brodę i pejsy, a na głowie jarmułkę („a spodik“), stał się nauczycielem księcia Teseusza. Rozumie się, jaki naród, taki nauczyciel; ludzie byli dzicy, więc też i nauczyciel był dziki. Dla sztukmistrzów (taschenspiller), adeptów czarnej magii (szwarce kuncen macher) i takich, którzy potrafią zamydlać ludziom oczy, było to śliczne życie! Oszukiwali oni świat i robili takie rzeczy, że aż strach słuchać. Mnóstwo ludzi, mnóstwo książąt i księżniczek stało się przez nich dzikiemi bydlętami. Czytając w książkach opisy podań każdego narodu, można zobaczyć, że niejeden książę, niejeden król przez nich przemienił się w capa, w konia, w wołu lub tym podobne bydlę; niejedna królewna była przez nich krową, cielęciem, nawet… kozą; niejeden książę, niejeden hrabia zrobił się przez nich psem, wilkiem, niedźwiedziem, szarpał ludzi, wysysał z nich krew, wydzierał szpik z kości! Cała ludność wsi i miast była przez nich zamieniana w stada baranów i cierpiała wiele bólów, prześladowań i mąk. Oto co się działo na świecie, oto co siła zaślepienia, czarodziejstwo i bratanie się z djabłami narobiły!! Biedna, nieszczęśliwa ludzkość!! W owym to czasie — mówiła dalej szkapa — istniał książę, syn królewski, piękny, mądry, posiadający wszelkie przymioty, słowem rzadkich zalet (antik). Ten to syn królów w młodości odbywał liczne podróże, ażeby poznać świat. Król Egiptu, tego kraju cyganów i kuglarzy, rozgniewał się bardzo na księcia, który przyszedł do niego w gościnę. Z wielkiego strachu, aby się z nim później książę nie obrachował i nie wypędził go z jego krajów, zwołał do siebie wielkich czarowników i rzekł do nich: „Trzeba by tego księcia zajść mądrze i obrobić po turecku“ (oszukać). Czarodzieje natychmiast zamienili księcia w szkapę i zaprzęgli go do ciężkich robót. Nieszczęśliwa szkapa musiała wozić cegłę i glinę, nawiozła jej całe góry i z tego powstały miasta: Rameses i Pytom. Przez długi czas cygani męczyli go, napełniali mu życie goryczą, aż nareszcie zlitował się Bóg. Przyszedł mąż wielki i sławny, który drwił z cyganów i czarów ich i niweczył te czary imieniem Boga. Wymówił „Imię” — i oto ze szkapy stał się znowuż książę. Przez cały czas żywota tego wielkiego męża i jego cudownych uczniów, którzy nastąpili po nim, książę wyglądał znowuż jak człowiek i żył szczęśliwie w dostatkach, w czci, u siebie we własnym kraju. Później wszakże, gdy ci wielcy mężowie powymierali, wrogowie znowuż księcia zamienili w szkapę i w tym kształcie przepędzali go przez wielką liczbę lat, z jednej okolicy w drugą. Nieszczęśliwemu księciu bardzo właściwem jest imię „wiecznej szkapy.” Wiecznie albowiem ta szkapa włóczyła się z miejsca na miejsce, aż na koniec świata. Kto chciał, jeździł na niej; kto w Boga wierzył bił ją i prześladował; każdy kładł na jej grzbiet swe ciężary i tłomoki. I tak wiecznie, szła ona w jarzmie, wiecznie zmęczona, cała w krwi i pocie, ciągnęła cegłę i glinę, z której już całe miasta zbudowano“… W tym czasie (mówi tu już Srulik) głowa moja pełną była cudownych opowieści, w tym czasie, oprócz powiastek, jak np. „tysiąc i jedna noc,“ „centurye wenturye,“ „bowo-majsse,“ które czytałem z wielkim gustem w młodości, musiałem się uczyć na egzamin jeszcze innych bajek. Przytem serce me było gorące, krew jak ukrop, wyobraźnia płomienna i ognista, uczucia zapalne jak proch i czułe na najmniejsze dotknięcie. Oczy moje podobne były do krynic, do źródeł gorących. Każde cierpienie wywoływało w nich łzy; cóż więc dziwnego, że opowiadanie o nieszczęśliwym księciu wzruszyło mnie i wzburzyło do głębi. — Powiedz mi, proszę cię — rzekłem — gdzie się znajduje teraz ów nieszczęsny, prześladowany od losu (szlimmazełdiger) książę? — Książę — odpowiedziała szkapa — ten prześladowany od losu książę, leży tu przed tobą w postaci nędznej szkapy!.. Westchnąłem — zapłakałem i gorącemi łzami oblałem moją biedną szkapę.
Księżyc błyszczał w górze i srebrnemi promieniami patrzył na smutną scenę, odgrywającą się w głębokiej jamie błotnistej. Gdy przyszedłem już nieco do siebie i podniósłszy głowę, rzuciłem wzrok na szkapę — ujrzałem, że ta gryzie siano spokojnie, obojętnie, chłodno — zupełnie tak, jak rodowita, najprawdziwsza szkapa… W sercu mojem zaczęły się burzyć najdziwniejsze uczucia. Dopiero co zdawało mi się, że życie ze mnie uchodzi z litości nad tą nieszczęśliwą, to znowuż porywała mnie złość… Jakto? ona tak sobie leży w błocie spokojnie, obojętnie, jak gdyby nie czuła, nie rozumiała gorzkiego swego położenia!.. tak porusza szczękami i chrupie siano, jakby nie pamiętała już tej strasznej sceny, tych uderzeń, które otrzymała niedawno!? Zacząłem powątpiewać i przypuszczać, że to wzruszające opowiadanie o nieszczęśliwym księ- ciu jest tylko snem — i że istotnie mam do czynienia ze zwyczajną, ordynaryjną szkapą, która nie posiada w sobie ani jednej żyłki księcia, która nie ma odrobiny poczucia godności własnej, honoru — i nie jest wstanie uczuwać boleści, cierpień, obrazy i wstydu. Gdyby miała chociaż odrobinę poczucia godności własnej, chociaż cokolwiek rozumu, czyż mogłaby doleżyć na miejscu tak spokojnie?! O! krew powinna się w niej wzburzyć i zakipieć jak w kotle, powinien w niej zadrgać każdy nerw, każda kostka! Powinna przecież pomyśleć, że nie dobrze jest istnieć na świecie jako wieczna szkapa, nie dobrze cierpieć od lada łobuza, lada psa. Powinna rzucać się i szarpać na wszystkie strony i wszelkiemi środkami starać się zostać napowrót człowiekiem!.. O tak, wstydziłem się sam za siebie. Czyż nie jestem waryatem? Co zrobiłem? Dla kogom tak wzdychał, tak płakał, dla kogo wylewałem krwawe łzy? Dla kogo chciałem złożyć w ofierze moje dni, moje lata, moje życie całe? Dla kogo? dla szkapy! dla pażernej (jadeszliwer), poodparzanej szkapy! Obejrzałem się na wszystkie strony i ze złamanem sercem odsunąłem się nieco dalej. Szkapa westchnęła ciężko, a to jej westchnienie uderzyło znowuż w me serce jak piorun! Za- drżałem, gorące uczucie litości znowuż napełniło me serce… Jedno jej westchnienie przyciągnęło mnie do niej jak magnes. O, tak, tak! — pomyślałem — tak dobrze! Wzdychaj biedna szkapo, wzdychaj, dobry to znak… Z tego westchnienia wygląda nieszczęśliwy książę, jak rwie i szarpie się ze wszech sił, aby znowuż ludzką postać odzyskać. W tem westchnieniu jest głos wołający: Ja żyję i czuję tak jak wszyscy ludzie! W tem westchnieniu słychać krzyk błagający litości: Gwałtu! ludzie, wybawcie mnie! powróćcie mi moją dawną postać!! Wzdychaj, wzdychaj nieszczęśliwa szkapo, westchnienie twoje coś zdziała, może ono wzruszy kogo, serca przebudzi…, może zostanie kiedyś usłyszanem przez ludzi, aż zadrżą, uczują w sobie litość i pomogą ci… Skoro tylko wzdychasz, to już dobrze!.. Gdy tak rozmyślając, rzuciłem okiem koło siebie, spostrzegłem, że obok mej szkapy niema już ani kłaczka siana! Zjadła je do szczętu, nie zostawiła nawet ani jednej trawki, ani jednego zdźbła… — Aha — pomyślałem. Otóż co znaczą jej westchnienia! Wzdycha ona dlatego, że nie nażarła się do syta, nie napchała kiszki! że nie ma przed sobą jeszcze jednej wiązki siana, jeszcze garści trawy!.. Gdyby jej dać masę siana, masę trawy, a do tego kilka miarek owsa, byłaby szczęśliwą, najszczęśliwszą!! Byle tylko owies, byle napchana kiszka! Czysta szkapa, dalibóg!.. Ta myśl kręciła mi w głowie jak świder, zadrżałem i posmutniałem… — Ty wstrząsasz się — rzekła szkapa, spojrzawszy mi w oczy — zapewne nie musi ci tu być dobrze obok mnie. — Ja jestem człowiek — odpowiedziałem złośliwie — posiadam ludzkie uczucia, ludzki rozum. Mnie nie podoba się takie miejsce brzydkie, takie błoto! Być może, iż tobie ono przypada do gustu! — Zapewne, dobrze ci tak mówić! — odrzekła kiwając głową, lecz gdyby kto inny na mojem miejscu przez tak długie lata był szkapą, tyle wycierpiał, tyle przeniósł, tyle prześladowań od każdego doznał, to straciłby zupełnie i uczucia wszelkie i rozum, postradałby nawet mowę swoją i stał się najprawdziwszem bydlęciem. — No, no — rzekłem przerywając jej mowę — ty lubisz błoto? tobie dobrze w błocie? Ona do mnie: — Zdaje się że dobrze. Zawsze lepiej niż przedtem, niż dawniej. Bywały czasy, kiedy pędzano mnie ciągle i nie mogłam ani na minutę odpocząć. Moi wrogowie gonili mnie, gonili i wybijali ze mnie ostatnie siły. Teraz przynajmniej odpoczywam sobie cokolwiek. W błocie miękko mi leżyć i mogę chociaż trochę wyprostować schorzałe, stare kości… Ja do niej: — A te uderzenia, które niedawno otrzymałaś z rąk łobuzów? a psy, które przed chwilą napadały na ciebie? Czyś zapomniała już o nich? Czy z tem ci także dobrze? Ona do mnie: — Zawsze lepiej niż przedtem. Te psy! czy to są psy? Trzeba ci było widzieć psy, któremi ongi ci djabli niemcy mnie szczuli! Ah! to były wielkie, uczone psy! Umiały one służyć, kręcić ogonami i były zdatne do wszystkiego, co im tylko kazano! Te mogłyby być profesorami wśród psów! Miały one rozum prawie jak ludzie, ale serca całkiem psie! Ukąszenia ich były straszne; dotychczas jeszcze noszę ślady ich zębów na własnej mojej skórze. Te psy, które widziałeś dzisiaj — w porównaniu z tamtemi, to poprostu cielęta, zakute łby („a grobe kop”), bezrozumne, niewiedzące nawet jak napaść, jak ukąsić! Ujadają one bez sensu, byle ujadać, i szczekają nawet na księżyc. Kawałkiem chleba można im zatkać gębę, a wtedy można przy nich swobodnie kraść, rabować w ich oczach!.. Albo łobuzy! Sąż to łobuzy w porównaniu z ulicznikami dawnych czasów! którzy umieli robić głupstwa, zawrócić każdemu głowę i wyprawiać dziwne sztuki! którzy udawali niedźwiedzi, krzyczeli bu! bu! i straszyli świat! Prawda, że i dzisiejszym łobuzom nic nie brakuje, lecz nie idą oni nawet w porównanie z dawnymi. Gdy tamci, bywało, zabrali się do mnie i zaczęli wyprawiać swoje sztuki, to o mało życia nie wypędzili ze mnie!.. A czy mało namęczyły mnie te silne konie, które widziałeś dzisiaj wśród zboża… — Co mówisz? — zapytałem zdumiony — konie cię męczyły? Co to znaczy? jaki związek mają konie, dzisiejsze konie z tobą? — Gdyby ludzie umieli głębiej zajrzeć w każdą rzecz, wiele kwestyi byłoby wyjaśnionych — rzekła szkapa… Nie szkodzi, ja mówię do rzeczy. Otóż te konie są wcieleniem (giłgułym) tamtych strasznych, dzikich łobuzów, którzy swego czasu męczyli ludzi, robili awantury i wyrządzali wiele szkód. Każdy z nich był bezduszny, a pracować na niego musiały tysiące dusz! Te pracujące dusze jadły suchy chleb, oblany potem i znojem, prócz tego, nie miały nic ze swej ciężkiej pracy. Tamci ze swej strony zawojowywali świat, a pracą innych dorabiali się majątków, wsi, miast, pracą innych przychodzili do wielkich fortun — a ta odrobina pożywienia, którą dawali pracownikom, aby w nich życie podtrzymać, nazywała się jałmużną! Ci byli biednymi żebrakami, oni zaś miłościwymi panami, szczodrymi filantropami, dobroczyńcami! Jeżeli oni pracowali na nich w pocie czoła, to była rzecz bardzo zwyczajna; tak powinno być; gdy zaś który z możnych dał jakąś jałmużnę głodnym, chorym z ciężkiej pracy („fun zejer szwere charowanje”), to cały świat się tem zajmował; opiewano to, opisywano we wszystkich gazetach, rozkładano na tysiąc talerzy (men culejgt ojf tojzent telerlich), ażeby świat wiedział, co to za miłosierny, dobry, nabożny, dyamentowy człowiek!! Niegdyś konie te były szlachetnymi ludźmi — próżniakami. Bo niech mi kto powie, do czego są właściwie przydatne te szlachetne, uczone konie? Pracują tylko zwyczajne, proste konie; one orzą ziemię, wożą drzewo i wodę, ciągną ciężary i robią wszystko, co potrzeba w gospodarstwie. Szlachetne konie przeciwnie, prowadzą szczęśliwe życie w wygodnych stajniach, przy trawie i przy owsie. Czasem wyjeżdżają na spacer ze swym panem, przebierają nogami i pysznią się swemi tłustemi brzuchami i piękną uprzężą! Albo też tańczą, dają przedstawienia w cyrkach i wyłudzają za to od ludzi pieniądze. I jaki z tego pożytek, pytam, że koń tańczy i robi różne sztuki? (macht „hukes pukes”). Za co taki koń ma chodzić w złocie i za co mają go pieniędzmi obsypywać? Niech lepiej pracuje i nie chodzi w szkody… — Sza! przycichnij-no trochę — rzekłem do niej — czy ty zawsze tak wiele mówisz? — Ach! — odpowiedziała szkapa z westchnieniem — po większej części milczę i nie mogę przemówić ani jednego słowa nawet! Nie jest pożądanem żebym mówiła otwarcie, więc też ani pary z gęby nie puszczam. Umiem być ja też szkapą ze wszelkiemi szykanami („mit ałłe piszczewkies”). Mów do mnie od dziś przez cały rok — nie będę słyszała; krzycz: idź na prawo! — ja pójdę na lewo; chyba że mnie kto weźmie za czuprynę i pociągnie gwałtem. Wtenczas może na mnie jechać kto chce, nawet dzieciak, głupiec („aszejte”), ulicznik, drab, ladaco, niedołęga. Były pewne czasy, w których otwierano mi gębę i ciągniono za język, wtenczas wyrzucałam z siebie „dziewięć miar gadania,” mówiłam o wszystkiem, o ogniu i o wodzie. Wtenczas wybuchało ze mnie jak z wulkanu, wszystko co nagromadziło się w sercu; całe chmury trosk, zgryzot, męki i cierpień… Wzbierały moje żale jak bystre potoki na wiosnę, do głowy napływały straszne fale, rozrywały mózg i wydobywały się na wierzch przez oczy. Pękała we mnie żółć, przemawiało zgorzkniałe serce… — Powiedz mi duszo — zawołałem, powiedz mi duszo, skoro się już o tem zgadało, dlaczego wchodzisz w szkody. Wszak dziś za to głównie napadano na ciebie; wszak krzyczano głośno, że robisz szkody drugim. — Rozważ tę rzecz lepiej — odrzekła, a nie będziesz mnie obwiniał. Jeżeli mowa o szkodach jakie zrządzam, trzeba też powiedzieć coś i o pożytkach, które przynoszę, albowiem jak nauka wymaga, trzeba obliczać i jedno i drugie. Jeżeli tego nie zrobimy, to wypadnie, że prawie każdy przynosi szkody, że nikt nie jest wolny od wad, nawet ten, który krzyczy na innych: gwałt! Według dzisiejszego rzeczy porządku, w całym świecie, tu i tam, są szkody taką wadą, takim grzechem, który da się usprawiedliwić przez takiż sam grzech. Dlaczego, powiadają, tamten robi szkodę? To jest taki grzech, że choćbyś nie wiem jak krzyczał, on grzechem pozostanie i nie będzie ani na krok cofnięty. Krzyk nie pomoże; będą bowiem popełniali ten sam grzech pod maską, pod pozorem filantropii lub pożytku. Szymon ograbiony krzyczy: Rubin mi szkodzi! Tak — odpowiadają. Rubin robi trochę szkody, lecz nie ma wyboru, cóż ma czynić? Spojrzyj jednak, że jest pożyteczny z innego względu. A ja czy jestem pożyteczna? Czy przynosiłam i przynoszę światu korzyść? Tego zdaje się, nikt nie zaprzeczy. Od dawnych, odwiecznych czasów jeżdżą na mnie, każdy miał ze mnie korzyść i czyich grzechów jużem nie przenosiła na sobie w mem życiu!? Ja sądzę, że praca moja warta jest o wiele więcej niż wiązka siana. To jedno — po drugie nie zapominaj że przygnębiają mnie różne okoliczności, zmusza potrzeba. Gdybym sama nie poszukała sobie pożywienia, nikt by mi go nie dał. Musiałabym założyć zęby na półkę i umierać z głodu. Nie oczekuję, nie spodziewam się od ludzi zaszczytów, ale skoro się żyje, trzeba jeść. Czyż ja żądam czego więcej? A jakież to są, za pozwoleniem, wszystkie te szkody? Wiązka siana, trochę trawy!.. Tamte piękne konie mają wbród wszystkiego, wolno im paść się wszę-
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Szkapa.
