Front matter
ŚWIAT MARYJONETEK.
(Bolesław Prus. Lalka, powieść w 3‑ch tomach. Warszawa, 1890 r.).
całość
ŚWIAT MARYJONETEK.
(Bolesław Prus. Lalka, powieść w 3‑ch tomach. Warszawa, 1890 r.).
I.
Powieść Prusa bodaj że przez dwa lata się w odcinku Kuryjera Codziennego i dopiero przed kilkoma miesiącami zjawiła się w odbitce książkowej. Fakt ten nie dla tego jednak zaznaczam, żebym chciał mniej lub więcej niezręcznie usprawiedliwić się przed czytelnikami z opóźnienia oceny. Feljetonowy sposób pisania powieści odbił się, powiadają, na jej wartości artystycznej. Jest w tem pewna doza słuszności, ale doza bardzo niewielka. Krytyka artystyczna, która ocenia przedewszystkiem robotę, ma, nie ulegające zaprzeczeniu, prawo dopytywać się i badać, chociażby z pominięciem względów grzeczności, w jaki sposób robota ta była wykonywaną. Tutaj wszakże można zupełnie wyrzec się szczegółowego dociekania, bo czy Prus pisał powieść drobnymi urywkami, czy większymi epizodami — w każdym razie wątpliwości nie ulega, że jest to utwór długo i głęboko obmyślany, oparty na rozległych a często drobiazgowych studyjach z natury, na ogromnym zasobie bystrych i subtelnych spostrzeżeń. Rozumie się, pod względem technicznym, Prus powieści swej na pewno systematycznie nie opracowywał i dobrze zrobił, bo nie skrępował swobodnego biegu swojej twórczości, której wybitną cechą jest genialna, ale nieraz niespodziewana intuicyja. A jeżeli krytycy dostrzegli w Lalce pewien brak spójności artystycznej i koordynacyi wewnętrznej, to przyczyny tego bynajmniej nie w urywkowej robocie szukać należy, ale przedewszystkiem w naturze samego talentu i umysłu autora, poniekąd zaś w tem, że między początkiem i końcem powieści upłynął spory kawał czasu. W ciągu pisania Lalki musiał Prus spostrzeżenia swoje uzupełniać i niewątpliwie wiele faktów nowych zauważył, wiele w innem oświetleniu zobaczył, chociażby dla tego, że nastrój psychiczny tak wrażliwego umysłu ulegać musi daleko odchylającym się wahaniom i zmianom. Więc też w powieści dostrzedz można wyraźną zmianę poglądów na niektóre objawy życia, zmianę, będącą zapewne tylko rozwinięciem i lepszem sformułowaniem tych myśli, które już w głowie autora tkwiły, a wywołaną dokładniejszem zbadaniem pewnej sfery stosunków. Łatwo np. zauważyć, że podczas pisania Lalki zmieniły się w znacznej mierze zapatrywania Prusa na stanowisko żydów w społeczeństwie i wogóle na kwestyję żydowską. Na Prusie publicyście, który tak ściśle dopełnia Prusa powieściopisarza, przeobrażenie to dokładnie sprawdzić możemy. Odbiło się to nawet na artystycznem odtworzeniu dwóch żydów, grających pewną rolę w powieści, doktora Szumana i Szlangbauma. Autor chciał uratować prawdę artystyczną, zaznaczył bowiem, jak charaktery tych ludzi stopniowo ulegają metamorfozie i przemianę tę starał się uzasadnić psychologicznie. Ale ponieważ są to postacie epizodyczne, których np. przez cały drugi tom prawie, że nie widzimy, trudno więc było odcieniować dokładnie zmianę ich charakterów, równolegle ze zmianą poglądów autora. Szuman i Szlangbaum w trzecim tomie i ci sami w pierwszym — to zupełnie inni ludzie. Autor, przedstawiając obu czytelnikowi, nie tylko nie podkreśla, ale nawet nie zaznacza tych właściwości ich umysłu i temperamentu, które przynajmniej istnieć musiały w stanie utajonym, jeżeli później rozwinęły się tak bujnie. Rozumiemy bardzo dobrze możliwość tej zmiany, bo każdy z nas potrafiłby wyliczyć i wskazać w kole swoich znajomych czy ex-znajomych cały poczet podobnych przeobrażeń, mniej lub więcej wyraźnych, lecz tu nie tyle może o rezultat, ile o sam proces przeobrażania się chodzi. A dokładna, drobiazgowa analiza tego procesu nietylko z artystycznego, ale i ze społecznego punktu widzenia byłaby niezmiernie ważną. Chociaż to oklepany komunał, będący zwykle wykrętem dla lenistwa lub niesumienności krytyków, wyrokujących o książce z pobieżnego jej przejrzenia, zaznaczę jednak, że treści Lalki w skróceniu, odpowiedniem do rozmiarów pisma, opowiedzieć niepodobna. Albo raczej opowiedzieć bardzo łatwo, jeżeli ograniczyć się, jak to niektórzy krytycy zrobili, do dziejów romansu „bohatera” Wokulskiego i panny Izabelli. Ale romans ten nie stanowi bynajmniej treści utworu, nie wypełnia nawet treści dziejów życia samego Wokulskiego. A przecież po za Wokulskim, po za jego osobistością i sprawami osobistemi, jest w powieści nie tylko szerokie tło społeczne, lecz i wspaniały obraz życia zbiorowego, cały szereg postaci wybitnie charakterystycznych, chociaż nieraz tylko kilkoma rysami naszkicowanych. Postaci takich w Lalce naliczyć można ze trzydzieści, jeżeli nie więcej. Nie będę jednak rozpisywać się o tem szerzej, bo wkroczyć bym musiał w zakres krytyki artystycznej, do której ani chęci, ani kompetencyi nie mam. Zaznaczę tu tylko jeden ciekawy, że bodaj wszyscy dotychczasowi krytycy i recenzenci Lalki, którzy na przebieg romansu i prywatne dzieje „bohatera” głównie zwracali uwagę, jednozgodnie uśmiercili Wokulskiego, chociaż autor bynajmniej nie zaznacza tego wyraźnie, owszem, kilkakrotnie daje do zrozumienia, że Wokulski życia sobie nie odebrał. Zabrało by mi zbyt wiele miejsca dowodzenie, że Wokulski nie mógł skończyć samobójstwem, pp. recenzentom zaś przypomnę tu tylko, że, znikając, rozporządził zaledwie częścią swego majątku, a nie miałby chyba żadnego interesu brać z sobą na tamten świat kilkuset tysięcy rubli. Widocznie krytycy uwierzyli tu blagierskim zapewnieniom doktora Szumana, który uważa sam siebie za wielkiego psychologa, a jest, jak się kilkakrotnie okazuje, dość lichym znawcą charakterów ludzkich. Gdybym do drobiazgu tego przywiązywał wagę, śmiało odwołałbym się do autora i pewny jestem, że nie skompromitowałby mej domyślności i nie zakrwawił serc zain- teresowanych losem Wokulskiego czytelniczek, które teraz pocieszają się nadzieją: a nuż żyje i snują na ten, zupełnie wystarczający dla wyobraźni, temat przepowiednie dalszych losów bohatera. Ale drobiazg ów jest charakterystyczny z tego względu, że wskazuje, jak pobieżnie czytali krytycy powieść i jak trywialnie ją sądzili, uważając, że fakt samobójstwa, w każdym razie co najmniej wątpliwy, jest koniecznym epilogiem utworu. Dowodzi to pośrednio, że panowie ci oceniają Lalkę, jak zwyczajny romans, który musi mieć przecie jakiś koniec, kiedy właściwie utwór Prusa może kończyć się tak lub owak, jeżeli chodzi o osobę „bohatera”, a w rzeczywistości kończy się bardzo wyraźnie wspaniałą, chociaż może pod względem artystycznym zbyt silnie podkreśloną sceną nad trupem starego Rzeckiego. Ale do tej sceny wrócimy jeszcze. Właściwie Lalka nie jest powieścią w zwykłem rozumieniu tego wyrazu, a tymbardziej nie jest romansem. To, co się nazywa romansem, stanowi istotnie dosyć ważną część utworu, nie tylko dla tego, że jest ściegiem, łączącym w jedną całość zupełnie na pozór oderwane epizody. Takich zresztą ściegów jest kilka, a przynajmniej jeden jeszcze oprócz romansu, tylko już zewnętrzny — pamiętnik starego subjekta. Prawda, że przy czytaniu Lalki odbieramy wrażenie, jak gdyby autor w romansie Wokulskiego chciał ześrodkować całą siłę swej twórczości, całą moc swego uczucia. Ale gdyby nawet tak było, krytykę nie wiele to powinno obchodzić. Mniejsza bowiem o to, co autor chciał wyrazić w swym utworze, przedewszystkiem to nas obchodzi, co w tym utworze jest, co ja w nim widzę i co inni widzieć mogą. Tymbardziej zaś stosuje się to do dzieł Prusa, którego twórczość jest tak wyraźnie intuicyjną, w znacznej mierze bezwiedną, jak wogóle twórczość wszelka umysłów genialnych. Śmiesznem jest charakteryzowanie a raczej klasyfikowanie pisarzy według stopnia ich talentu i ogólnych cech jego, chociaż krytyka wydaje nieraz takie świadectwa. „Bolesław Prus, talent pierwszorzędny, bystry obserwator, głęboki humorysta z zacięciem satyrycznem, wzrost literacki dobry, nos mierny, znaki szczególne — zbyt wielka skłonność do tłustych dowcipów Nie o taką lub podobną klasyfikacyję mi chodzi, ani o wymiar postaci Prusa, kiedy zaznaczam z naciekiem genialny charakter jego twór- czości. Nie chodzi mi też o wyróżnienie i podniesienie autora, tymbardziej, że nie uważam geniuszu za wyższy, czy najwyższy stopień talentu. Różnica jest tu zbyt subtelna i oznaczyć się nie da wcale, jeżeli przykładać będziemy miarę, podzieloną na stopnie. Ale różnica ta wyraźnie wystąpi, jeżeli zaznaczymy, że nie jest ona ilościową tylko jakościową. Twórczość genialna może nie trzymać przepisanej miary dla wielkiego talentu, może nie odpowiadać innym wymaganiom, stawianym przy superrewizyi krytycznej, zawsze jednak posiadać będzie właściwe sobie cechy, jedną z których a bodaj najcharakterystyczniejszą jest intuicyjność, a nawet w pewnej mierze bezwiedność tworzenia. Umysł genialny jest rezultatem szczęśliwej kombinacyi warunków dziedzicznych, spotęgowanej, znowu nieraz wypadkowym, a dla danej indywidualności psychicznej pomyślnym zbiegiem wpływów zewnętrznych: społecznych, moralnych i fizycznych, a jak utrzymują niektórzy nawet topograficznych, i t. p. Ponieważ kombinacyja warunków odziedziczonych, rezultatem której jest geniusz, musi być nader złożoną i indywidualizuje więc on w sobie wszystkie wybitne właściwości nie tylko swego rodu, w najszerszem znaczeniu tego wyrazu, ale i pnia społecznego, z którego wyrósł, wszystkie znamienne, właściwości swego plemieniu, swojej rasy. Talent może być rośliną cieplarnianą, wyhodowaną troskliwie na obcym jej gruncie, może być nie tylko kwiatem egzotycznym, ale nawet kwiatkiem na kożuchu, geniusz jest i zawsze musi być narodowym, co nie znaczy bynajmniej, żeby nie mógł stać się wszechludzkim, jeżeli odziedziczone właściwości i tradycyje, jeżeli wpływy, jakie w siebie wchłania, mają charakter ogólniejszy, idealny. Otóż, nie wdając się w to, czy Prus jest największym, czy tylko wielkim u nas talentem, przyznać trzeba, że jest najbardziej narodowym, najbardziej polskim pisarzem — ze składu swego umysłu, z zalet i wad swej twórczości, z upodobań i skłonności, nawet ze sposobu pisania, języka i stylu. W genialnym jego umyśle odbijają się wszystkie, słabe i silne strony naszej twórczości duchowej, właściwości temperamentu narodowego. Jeżeli przyjmuje nawet promienie idej ogólnych, to w tej formie, w jakiej przełamały się one w pryzmacie naszej indywidualności. Prus jest nie tylko genialnym powieściopisarzem, ale również genialnym publicystą, a nawet genialnym krytykiem. W każ- dym utworze jego, nie wyłączając nie naukowych majaczeń lub fantazyj socyjologicznych, w każdej niemal kronice tygodniowej tryska ta genialna intuicyja, ta samorodna siła twórcza, której ani pojąć, ani ocenić nie mogą mistrze wyuczonych formuł i wystudyjowanych frazesów. W fizyjognomii umysłowej Prusa każdego spostrzegacza uderza niewytłomaczona z pozoru mieszanina szerokich pomysłów, śmiałych wzlotów nie tylko po nad najbliższe otoczenie ale po nad ludzkość całą, oryginalnych spostrzeżeń i zuchwałych uogólnień — z powszedniemi a często nawet trywialnemi twierdzeniami o sprawach praktycznych, z obiegowemi zdaniami mądrości życiowej z komunałami w treści i rutyną w formie utworów. Jest to rys wspólny z pokrewnemi mu organizacyjami twórczemi, np. z Dygasińskim. Sprzeczność ta łatwo daje się objaśnić. Geniusz dla tego właśnie, że uosabia w sobie różnorodne właściwości tradycyi i rasy, że jak owa deska z drzewa słoistego daje oddźwięk na każdy ton zbiorowego chóru, musi ulegać również ujemnym wpływem czasu, miejsca i ludzi. Ulega i ulegać musi, tymbardziej, że znamienną cechą geniuszu, ściśle związaną z nieświadomym charakterem jego twórczości duchowej, jest pewna naiwność, często nawet dobroduszność. Naiwność ta zwykle nawet myli filistrów, którzy, schylając kornie głowy przed miernym talentem, jeżeli wystudyjował swoją rolę i wyszrubował się nad poziom — poniewierają nieraz geniuszem, bo za pan-brat go traktują. Ale wreszcie musi chwila, kiedy umysłowi genialnemu obrzydnie to obcowanie przyjacielskie z umysłami gawiedzi, kiedy wszystkie fibry jego subtelnej organizacyi zadrgną ze wstrętu i zbuntują się, kiedy duch jego szamotać się zacznie z obezwładniającą go powszedniością otoczenia. Na każdego z ludzi współczesnych, obdarzonego bardziej wraźliwą nerwową, przychodzą chwile szału, zwątpienia, rozpaczy. Ale kiedy w ludziach zwyczajnych są to zawsze przelotne, które pozostawiają mniej lub więcej trwałe następstwa lub nie pozostawiają żadnych zgoła, w naturach wrażliwych żłobią głębsze i podniecają twórczość duchową. Takim właśnie protestem genialnego umysłu i subtelnego uczucia jest, jak mi się zdaje, Lalka. Bunt wyobrażamy sobie zwykle w formie gwałtownego protestu, nie pohamowanego wylewu u- czucia, zuchwałego wyzwania, lub wreszcie, jak u Heinego, zgryźliwego cynizmu. Otóż w Lalce tych zewnętrznych znamion buntowniczości nie ma wcale, co najwięcej dostrzedz można jakiś tępy, przygnębiający pesymizm, czasem szarpnięcie ironii, ale zaraz obok żart wesoły, uśmiech dobroduszny. Ale trzeba przyjąć na uwagę indywidualność autora i talentu, właściwości rutyny pisarskiej i, nie poprzestając na zbadaniu cech zewnętrznych, sięgnąć głębiej. W starciu się genialnej indywidualności autora z warunkami otoczenia bliższego leży niewątpliwie psychologiczny motyw utworu, który wiąże się ściśle z motywem społecznym — protestem silnej, oryginalnej indywidualności przeciw warunkom życia, a raczej szamotaniem się jej w grzęzkiem błocie rutyny, powszedniości, miernoty, zalewającem całą powierzchnię tego życia.
II.
Prus należy do tego pokolenia pisarzy, których dotychczas niekiedy z przyzwyczajenia nazywają jeszcze „młodymi”, chociaż najmłodsi z nich przekroczyli już fatalną czterdziestkę. Ale chociaż należał do tej grupy i poniekąd nawet solidaryzował się z ówczesnym ruchem umysłowo społecznym, zawsze jednak chadzał luzem, trzymał się własnej polityki i manowcami torował drogę dla swego talentu. Zadaniem przyszłego biografa będzie zbadać i wyjaśnić powody, które sprawiły, że Prus nie dopasował się, nie przylgnął do swych towarzyszy, że pomimo wielkiego talentu, który widnieje nawet w pierwszych jego ramotach humorystycznych mniej był znanym i uznanym aniżeli pierwszy lepszy publicysta lub krytyk „pozytywny”, wymłacający dotychczas resztki chudego ziarna z marnego pokłosia swej młodzieńczej sławy. Zresztą, co prawda, w epoce tego przełomu umysłowego, który zwiastował narodziny burżuazyi polskiej, kiedy młodzi zapaleńcy tłukli szyby w oknach starego domu, ażeby odświeżyć stęchłe powietrze na przybycie eleganckiej i po europejskiej wychowanej pani, nie znoszącej szlacheckiego zaduchu — ani talentu, ani samodzielności poglądów należycie nie ceniono. W tej ważnej chwili, kiedy wykonywano istotnie robotę historyczną, ścierały się z sobą dwie kategoryje, dwie formuły poglądów. Zwłaszcza strona napastująca, która szła ławą na cofającego się w rozsypce nieprzyjaciela, musiała trzymać się ściśle, zapewniającej jej zwartą organizacyję, formuły. W takiej chwili umysł oryginalny, talent samodzielny wydawał się tylko psotnym luzakiem, psującym porządek na ławie. Otóż Prus nie był nigdy stałym wyznawcą warszawskiej formuły postępu, chociaż przyjął praktyczny program pracy organicznej i najkonsekwentniej, go bronił dla tego może, iż najszerzej go pojmował. Wielce oryginalny, z pewnymi nawet wyskokami dziwactwa umysł uchronił go od „pozytywistycznej” jednostronności. Zresztą oddziaływały tu może rów- nież wpływy osobiste, może ta nawet okoliczność, że był, jak się zdaje, o lat kilka starszy czy wcześniej rozwinięty i kiedy inni z ław gimnazyjalnych ciekawie przyglądali się wypadkom, on, młodziutki chłopiec, brał już w nich udział. Może, jak przed Wokulskim, w pewnych chwilach „niewiadomo zkąd, zapalała się w nim jego młodość, pełna tytanicznych wysiłków i słyszał świst pocisków, które kiedyś przelatywały mu po nad głową”. Dosyć, że do owego ruchu umysłowego, który wrzał w dobie jego młodości, nie mógł całkowicie przylgnąć, zespolić się z nim, przejąć wszystkie jego hasła. Ani dla rozwoju umysłowości Prusa, ani dla rozwoju jego talentu nie ma w tem wielkiej szkody. Nasz spóźniony liberalizm pozytywny, w historyi rozwoju społecznego bardzo ważny, a nawet konieczny, był pod względem umysłowym kierunkiem dosyć ograniczonym, pomimo pozorów świeżości — trochę przywiędłym, i, jako taki, niezbyt płodnym. Prus wziął zeń to, co wziąść należało, zapoznał się zapewne i , i z Darwinem i ze Spencerem, resztę zaś odrzucił i dobrze zrobił. Natomiast jest to wielką szkodą, że żadnej idei wielkiej, płodnej, obejmującej całego człowieka w posiadanie, jak kochanek kochankę, Prus nie stał się wyznawcą i zachował wszczepioną w epoce propagandy pracy organicznej życzliwą skłonność dla idej małych, pomysłów drobnych, praktycznych. Rozumie się, skłonność tę wyraża tylko w teoryi, ale sam przeciw niej buntuje się nieraz. Pozwolę tu sobie użyć jego własnego, trywialnego nieco, ale dosadnego porównania: „przecie wiadomo, że jak wyżlica ma raz szczenięta z kundlem, to później, żebyś jej dawał wyżły najlepsze, zawsze się odezwie kundel w pomiocie”. Pierwsze zapłodnienie umysłowe odzywa się zawsze w późniejszej twórczości pisarza. Lotny umysł Prusa musi być skłonny do przejęcia się każdą wielką ideją, do wzniesienia się na wyżyny, z których można wzrokiem ducha bezgraniczne widnokręgi przestrzeni i czasu. Nieraz staje on u podnóża „tych schodów, na których szczycie ukazywał mu się posąg tajemniczej bogini. Ujrzał ją i teraz, i ze wzru- szeniem spostrzegł, że chmury, otaczające jej głowę, rozsunęły się na chwilę. Zobaczył surową twarz, rozwiane włosy, a pod śpiżowem czołem żywe, lwie oczy, które wpatrywały się w niego z wyrazem przygniatającej potęgi. Wytrzymał to spojrzenie i nagle uczuł, że rośnie.... rośnie, że już przenosi głową najwyższe drzewa i sięga prawie do obnażonych stóp bogini”. „Teraz zrozumiał, że tą czystą i wieczną pięknością jest Sława i że na jej szczytach nie ma innej uciechy nad pracę i niebezpieczeństwa”. Rozumie też niewątpliwie, że na te wyżyny, w objęcia czarodziejki-sławy podnieść może człowieka tylko wielka ideja, która pędzi go w górę, uskrzydla. Ale ta ideja lotna, nieuchwytna, promieniująca w umysłowości zbiorowej, zmienia się nagle u Prusa w konkretny pomysł machiny latającej lub w wynalazek metalu lżejszego od powietrza. Zapewne, że byłby-to wynalazek wielkiej doniosłości, zmieniający postać świata, wywracający dotychczasowe stosunki ludzkie, że w owej, tak od niechcenia rzuconej teoryi zmniejszania ciężaru gatunkowego ciał, widać zuchwałą oryginalność myśli, ale ja w tej metamorfozie idei na pomysł praktyczny dostrzegam przedewszystkiem pierwsze zapłodnienie pracą organiczną. W szlachetnym pomiocie odzywa się — kundel. Odbiegłem od przedmiotu zbyt daleko i to, co powyżej napisałem, wydać się może czytelnikowi poniekąd sprzecznem z tem, co poprzednio mówiłem. Pozorną tę sprzeczność w dalszym ciągu wyjaśnię, teraz wracam do przerwanego toku charakterystyki Prusa. Nie znając wcale jego można odgadnąć, że kiedyś w młodości żywić musiał nadzieję zostania znakomitym uczonym, matematykiem czy przyrodnikiem. Przyszły biograf jego wytłomaczy zapewne, dla czego zawrócił lub co go zawróciło z tej drogi, współczesny krytyk zaznaczyć tylko może, że, po próbach popularyzowania rzeczy naukowych, Prus występuje i zyskuje jaki taki rozgłos, jako brukowy humorysta, bodaj czy nie jako redaktor Muchy, potem czy przedtem nawet, jako fejletonista Kolców, wreszcie jako kronikarz Kuryjera warszawskiego. Tu zdobywa sławę, marną, war- szawską sławę — w porównaniu z jego genijuszem, tu nabywa rutyny, która, jeżeli z niej w pewnych razach otrząść się nie może, hamuje tylko polot jego twórczości, tu zrasta się z tem otoczeniem filistersko-literackiem, z tą sferą kuryjerkową, z której drwi, kiedy jest w dobrym humorze, którą musi pogardzać, ilekroć nastrojony bywa pesymistycznie. Nie chodzi tu o ludzi, wśród których przebywa, a raczej nie tylko o nich, ale, i to przeważnie, o tę atmosferę, której cuchnące wyziewy w siebie wchłania. To nie atmosfera trupiego rozkładu, którą oddychają poeci o znieprawionych gustach, poeci gnijącego mieszczaństwa Europy, ale raczej atmosfera zwyczajna filisterskiego, warszawskiego mieszkania, pełna zapachów przydymionej pieczeni, brudnej bielizny, niewyrzuconych śmieci, stęchłej woni nietrzepanych mebli i niemytych sprzętów, wyziewów, jakie przez drzwi idą z kuchni, przez okno — z rynsztoka. W tym zaduchu ciasnego świata mieszczańskiego i literacko-kuryjerkowego, wśród ciągłego rozgardyjaszu spraw i interesów poziomych, drobnych, w otoczeniu ludzi moralnie lichych, umysłowo-marnych, upływa życie Prusa od lat kilkunastu. Nieoceniany należycie z początku i dotychczas niedoceniony — dla swego literackiego otoczenia, jak i dla większości zapewne czytelników jest tylko wesołym, popularnym kronikarzem, zdolnym ale nieco dziwacznym autorem, którego można i należy lekko traktować. Sam niedawno słyszałem w towarzystwie, jak pewien bardzo poważny jegomość, zajmujący bardzo poważne stanowisko, mówił „ale ten Prus, to wesoły kpiarz, wcale, panie tego, wcale trafnie pisze”. Kuryjerkowe powagi, wyżej ceniąc talent Prusa, zwłaszcza ze względu na jego popularność, kto wie czy nie są nieraz w głębi duszy tego samego zdania, w każdym zaś razie zbyt są mali i z tej małości swej zadowoleni, żeby pojąć mogli jego wielkość. Toć przecie z górnych łamów tych samych pism, których Prus jest chlubą i ozdobą, szamerowali go z lekceważeniem Sabowscy, Olendzcy, Wścieklice i inni tego samego gatunku „straszewicze” (biorę to nazwisko w znaczeniu imienia pospolitego). Czyż może być los tragiczniejszy, jak tego czarodzieja, który umie na nerwach ludzkich wygrywać całą skalę wrażeń, jednem słowem śmiech lub płacz wywoływać, jednem słowem zapalać i gasić płomienie — w otoczeniu tych opasłych eunuchów, strzegących każdej śmielszej myśli, marnych filistrów, cynicznych fabrykantów frazesów, łgarzów-polityków i łgarzów-reporterów, lękliwych, ograniczonych, płaskich — w otoczeniu równie marnych czytelników, przedstawiających nasze inteligentne społeczeństwo anemiczne, zdrobniałe, spodlone? Do takich warunków życia, do takiego otoczenia można przywyknąć, bo człowiek ze wszystkich zwierząt, z wyjątkiem chyba szczura, najłatwiej się przystosowuje. Ale niepodobieństwem jest, żeby takiemu Prusowi nie wracało do głowy, jak Wokulskiemu, zapytanie: „Co ja tu robię, zkąd ja modlę się do jednego z nimi ołtarza”? On, jeden z tych, co to „jak żelazo bez namysłu rusza się za magnesem, albo pszczoła lepi swoje komórki, tak ten gatunek ludzi rzuca się do wielkich idej i niezwykłych prac”, on musiał dusić się ciągle, od młodości, bo „miał aspiracyje naukowe, ale nie było ich czem zaspokoić, miał szerokie instynkty społeczne, ale, czego dotknął się w tym kierunku — wszystko padało”. To o Wokulskim mowa — nietylko, bo i o Prusie. Człowiek, który sam nie przechodził takiego stanu duszy, który nie szamotał się w daremnych usiłowaniach, nie rwał się ku górze, kiedy nogi jego grzęzły w trzęsawicy, nie może mówić tych rzeczy z takiem bolesnem uczuciem, nie może tak szarpać i gryźć słowem. Zresztą wszyscy lepsi, wszyscy szerszego umysłu ludzie w powieści mówią to samo: i Wokulski i młody uczony, zapaleniec Ochocki i sceptyk, doktór Szuman, a nawet cichy, skromny Klein. Tylko ten ostatni ma wiarę w swoje broszurki i zawarte w nich teoryje a Szuman ma wiarę w swoją rasę, do której miłość budzi się w nim po dwudziestu latach rozłączenia. Wie on, że są to „parchy i szubrawcy”, ale obok tego wierzy szczerze w ich genialność i przyszłe tryumfy, zdobyte „nawet nie rozumem, tylko szachrajstwem i bezczelnością”... Może zbyt jednostronnie a raczej zbyt ogólnikowo zaznaczyłem to otoczenie społeczne, w którem upływa życie autora, na tle którego roztacza on opowieść. Nie jest to bowiem „tryumfujące świństwo”, przeciw któremu z taką szorstką ironiją, z takiem gwałtownem, niedobierającem wyrazów oburzeniem, powstawał Szczedryn. Świństwo ma przynajmniej swoją indywidualność — indywidualność chlewu i koryta, ma konkretne kształty, w które godzić mogą pociski. Ale tutaj mamy do czynienia tylko z poziomą powszedniością, ograniczoną, zdrobniałą, aż do utraty indywidualności, zrutynizowaną zbiorowo, bezkrwistą, marną, niezdolną nawet do wielkich nikczemności. To cały świat maleńkich maryjonetek, grających odpowiednie role, skaczących tak, jak je poruszają ukryte w głębi mechanizmu społecznego sprężyny — formułki tradycyjne lub wyrozumowane. Człowiek silny może drobiazg ten kopnąć nogą, odrzucić, ale sprężyna nie przestaje działać; maryjonetki wracają na poprzednie miejsce i skaczą, jak poprzednio. Walka z tem marnem maleństwem może wreszcie człowieka znużyć, wyczerpać, doprowadzić do rozpaczy, do szału. I dopiero po bolesnych doświadczeniach dochodzi, jak Wokulski, do przekonania, że walczyć z temi lalkami nie warto, że „lepiej zastanawiać się nad tępieniem myszy polnych, albo karaluchów”. Bo przecie ludzie ci „nie spadli z księżyca, tylko wyhodowali się w pewnej sferze, epoce i wśród pewnych pojęć. Oni są, jak wysypka, która sama przez się nie stanowi choroby, ale jest objawem zakażenia soków społecznych. Co się tu mścić nad nimi, po co ich tępić”. Dodałbym tylko, że mamy tu raczej nie zakażenie, ale wyjałowienie i wyczerpanie tych soków. Oto na pierwszym planie stoi arystokracyja, której przedstawicieli z nieubłaganą prawdą, ale jednak z pewną sympatyją Prus maluje. Mają oni przynajmniej pewien wdzięk wytworny w pożyciu towarzyskiem, swoje specyficzne pojęcia o uczciwości i honorze, wreszcie umysły apatyczne, bezkrwiste ale chociaż nie tak tępe, jak umysły mieszczaństwa. Najlepszy z nich „książę” myśli nawet, żeby „coś zrobić dla tego nieszczęśliwego kraju”, ale nie wie, i inni wraz z nim nie wiedzą: co i jak robić. Ci najlepsi nieraz jakby czują swoje wyczerpanie, swoje zwyrodnienie, probują „zasilić się żywotnymi sokami”, ale soków tych znaleźć nie mogą, widzą więc wtedy nieuchronny zgon swój jako kasty, pocieszają się jednak myślą: „wracamy do okopów Świętej Trójcy”! — , to jeszcze nie okopy, to dopiero spółka z żydami”, odpowiada im otwarcie Wokulski. Na to szyderczo dorzuca Szuman, że spółka między arystokracyją i żydami, to „jakby nieślubne małżeństwo. Ale ponieważ z tego rodzaju związków rodzą się niekiedy genialne dzieci, miejmy więc nadzieję, że i nasza spółka wyda jakieś niezwykłe owoce”. Spółka ta zresztą zacznie się od ogona, od owych Malborgów, Szastalskich, Niwińskich, zbankrutowanych paniczów, arystokratycznych centaurów — pół-idyjotów, pół-sportsmenów, chciwych na posagi lub posady żydowskie, od owych pań Rzeżuchowskich, Wywrotnickich i t. p. wynaturzonych, zdenerwowanych, znieprawionych, z jedną z których chcą żenić Szumana, a on chce znowu przez ciekawość jaki sposób, z moją żydowską mordą i łysiną, przekona mnie o swej miłości chrześcianka młoda, piękna, dobrze wychowana”. Obok stoi mieszczaństwo głupie, ograniczone, zdemoralizowane i nie wiele lepsza od niego inteligencyja fachowa: wielcy przedsiębiorcy, mający takie wyobrażenie o nauce, „jak gęsi o logarytmach” i interesujący się dwoma tylko wynalazkami, „jednym, któryby wpłynął na zwiększenie dywidend i drugim, któryby nauczył ich pisać takie kontrakty obstalunkowe, żeby na nich można było okpić kundmana bądź na cenie, bądź na towarze”; kupcy, zagrzęźli w rutynie i lękliwi nawet do spekulacyj, a zdobywający się, co najwyżej, na drobne szwindle; radcy i inni, ubolewający przy szóstej butelce „radzika” nad zmianą stosunków i upadkiem patryjotyzmu wskutek sprowadzania tanich perkalików moskiewskich, wreszcie szachrujący adwokaci i wszelakiego rodzaju „fachowi szubrawcy”, a obok nich lizus Zięba, oszust Maruszewicz, no i... żydzi. „Genialna rasa, ale cóż to za łajdaki te żydki” — mówi o nich wielki, świadomy patryjota żydowski Szuman i cieszy się nawet z tego, kiedy rośnie przeciw nim nienawiść: „Dobrze tak parchom” — woła. — „Niech im zrobią awanturę, niech ich nauczą rozumu. To genialna rasa, ale takie szelmy, że nie ujeździsz ich bez bata i ostrogi”. Zapalony Szuman, któremu, kiedy zdarzyło mu się zajrzeć poraz pierwszy po dwudziestu latach do synagogi i usłyszał śpiew, łzy w oczach stanęły, może snuć rojenia fantastyczne, że jak żydzi zagryzą wielkich panów, no i w dodatku drobne mieszczaństwo: „Z konieczności połączymy się z waszym ludem, będziemy jego inteligencyją, której dziś nie posiada. Nauczymy go naszej filozofii, naszej polityki, naszej ekonomii, i z pewnością lepiej wyjdzie na nas, aniżeli na dotychczasowych swych przewodnikach”. Nie czekając tej szczęśliwej przyszłości, Lisiecki ucieka na posadę do Astrachania, krzycząc, że tu już wszystko zżydziało lub zżydzieje. Nawet stary Rzecki, któremu „kule inne hasła wyświstywały nad głową” w 1848 r. zniechęca się do nich. Pomiędzy żydami toczy się walka cynicznych postępowców z plugawymi chałatowcami o to, kto ma prowadzić Izraela do tryumfu a naszą rolą jest „chyba występować w tej walce o naszą skórę, jako sprzymierzeńcy jednych, lub drugich”. Zresztą, jak słusznie powiada Ochocki: „Głupi Szuman ze swoim żydowskim klasycyzmem. On nawet nie domyśla się, że cywilizacyi nie stworzyli ani filistrowie, ani geszefciarze, ale tacy właśnie waryjaci” (tacy, „którzy troszczą się interesami tysięcy, patrzą nieraz o kilkadziesiąt lat naprzód a każda rzecz nieznana i nierozstrzygnięta, pociąga ich w sposób nieprzeparty”). „Gdyby rozum polegał na myśleniu o dochodach, ludzie do dziś dnia byliby małpami”. Ale najbardziej stanowczo przeciw planom Szumana, mówi Klein, przesądzając z góry, że nic z tego nie będzie: „Bo my dobrze ich znamy, choć się i do nas To migdały — ale przerachowali się. My wiemy do czego są oni zdolni, gdyby mieli siłę”. Co znaczy owe my, pyta się stary Rzecki. Powieść nie daje na to odpowiedzi bezpośredniej. Ale za mizernym, cichym, nędznym Kleinem het, w oddaleniu roztacza się nagle przed czytelnikiem jedno ze wspomnień panny Izabelli. „Pewnego dnia, we Francyi, zjeżdżając z góry, w okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowem niebem zobaczyła otchłań, napełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych zamków, dyszące płomieniami, potężne koła, które obracały się z szybkością błyskawic, wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach, strumienie rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak śpiżowe posągi o ponurych wejrzeniach. Po nad tem wszystkiem krwawa łuna, warczenie kół, jęki miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz wylęknionej ziemi”. „Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu, zstąpiła do beznadziejnej otchłani Wulkana, gdzie cyklopowie kują pioruny, mogące zdruzgotać sam Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego pięknego świata, w którym przebywała i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga”. Ale tego, co widzi nawet panna Izabella, nie dostrzega, pomimo swej rasowej genialności, doktór Szuman, bawiący się tymczasem szwindlów Szlangbauma, który „z jednego zdziwienia wpada w drugie”, przekonywając się, że z pozoru naiwny jego przeciwnik, przewidział wszystkie cugi... W tem otoczeniu spółczesnem kołaczą się jeszcze niedobitki starych czasów, luźne marudery, którzy w największej nawet liczbie nie mogą stanowić żadnej siły zbiorowej, stary subjekt Rzecki, żołnierz węgierski, wierzący święcie w posłannictwo Napoleonidów, stary szlachcic Wirski, mający, pomimo pięćdziesiątki, słabość do kobiet i kilka innych postaci śmiesznych lub poważnych, wykolejonych z nowych torów, pracujących aby żyć, mrówek drobnych, małych... A tuż obok nich Wysoccy, furman i dróżnik, samouk Węgiełek, snycerz, ślusarz, koszykarz i Bóg wie co jeszcze, w jednej osobie, żona jego, nawrócona prostytutka — ludzie prości, szczerzy, ale ciemni, znieprawieni już nieco dotknięciem mieszczańskiej kultury, zachowujący jednak w głębi duszy swoją chłopską, pierwotną moralność, przedewszystkiem zaś ludzie żywi, nie maryjonetki chodzące. I kiedy w chwili strasznego zwątpienia, beznadziejnej rozpaczy, trafem ocalony od śmierci Wokulski, wijąc się konwulsyjnie i zanosząc od płaczu, przytulił twarz do ziemi: „Zdawało mu się, że z każdą łzą, spada mu z serca jakiś ból, jakiś zawód i rozpacz. Wykolejona myśl poczęła się układać do równowagi. Już zdawał sobie sprawę, z tego, co zrobił, i już zrozumiał że w chwili nieszczęścia, kiedy go wszystko zdradziło, jeszcze pozostała mu wierną — ziemia, prosty człowiek i Bóg”. Ziemia, prosty człowiek i Bóg — oto te trzy światełka, które zaczynają błyszczeć w mrocznej otchłani pesymizmu, rosną, jaśnieją, sypią promienie i ożywiają twórczość ducha. Beznadziejny pesymizm twórczym być nie może, satyra musi mieć jakiś ideał, inaczej będzie tylko cyniczną drwiną ze wszystkiego dla własnej przyjemności. Te trzy wyrazy tak zwyczajne, a tak wielkie, bo oznaczają ukochanie przyrody, ukochanie ludzkości i ukochanie idei, mówią nam, że wszystko może minąć, może zawieść, może zdradzić, ale zawsze zostanie: Ziemia, prosty człowiek i Bóg.
III.
„Lalka”, jeżeli już koniecznie trzeba przykleić do niej stempel klasyfikacyjny, jest szeroką, wspaniałą, u nas satyrą społeczną, która pod względem głębokości pomysłu, bogactwa spostrzeżeń, siły uczucia tak wysoko przerasta wszystkie tego rodzaju utwory w naszem piśmiennictwie, że wydają się wobec niej marnemi, płaskiemi bufonadami. Ale po za tym obrazem życia społecznego jest jeszcze powieść, jest cała historyja człowieka, który dusił się w rodzimym zaduchu, zużywał siły „na walkę z otoczeniem, do którego niepasował” — i cała historyja jego miłości, tego „motyla, którego jednem skrzydłem — niepewność a drugiem oszukaństwo”. Ta miłość Wokulskiego stanowi treść właściwej powieści i treść jego życia, jego walki z otoczeniem, z tego więc chociażby względu należy poznać i zanalizować ją dokładniej. Poznajemy Wokulskiego za pośrednictwem Rzeckiego w sklepie Hopfera, gdzie około 1860 r. był subjektem, zawijał w bibułę pieprz i rodzynki, podawał gościom piwo i kotlety. Młody subjekt nie doszedł jeszcze wówczas do przekonania, że w naszej „strefie nie dojrzewają ani pewnego gatunku rośliny, ani pewnego gatunku ludzie”, rwał się więc do nauki, budował własnego pomysłu machiny i pracował, ażeby kiedyś dostać się do uniwersytetu. Ale kiedy marzenia jego zaczynały się urzeczywistniać, kiedy porzucił sklep i wstąpił na kursa przygotowawcze do Szkoły Głównej, położył im nagle kres „jeden z najdziwaczniejszych wypadków”. W gronie młodzieży, w którem przebywał Wokulski, wyróżniał się niejaki pan Leon „chłopak piękny, a mądry, a zapalczywy”. Budził on wiarę, budził ducha, wzywał do poświęcenia, biadał „co za lód w tych sercach, co za chłód, co za upodlenie”
wołał młody entuzyjasta, który, zdaniem Rzeckiego, „umiał wszystkich przekonywać, jak Demostenes”. Wokulski był jednym z tych, którzy zapragnęli dowieść, że serca im nie brakło... Pewnego dnia zniknął z oczu Rzeckiemu, a po upływie dwóch lat napisał list z Irkucka z prośbą o przysłanie mu książek. Wrócił do Warszawy po sześciu czy siedmiu latach, z podziękowaniami od towarzystw naukowych petersburskich i z kilkuset rublami w kieszeni. Po wydaniu tego szczupłego funduszu począł szukać pracy i: „Wtedy trafiła się rzecz dziwna. Kupcy nie dali mu roboty, ponieważ był uczonym, a uczeni nie dali mu także, ponieważ był eks-subjektem”. O głodzie i chłodzie marniał z dniem każdym, ponuro szepcząc: „oszukano mnie”, kiedy mu mówiono, że dla takich, jak on, niema tu miejsca. Po roku borykania się z taką nędzą ożenił się z romansową i podstarzałą wdową po kupcu Minclu, która jeszcze przed wyjazdem jego z Warszawy miała doń „Wiem, mówił, że jestem świnia. Ale... jeszcze najmniejsza z tych, jakie tu u was cieszą się powszechnym szacunkiem”. W sklepie żony był pracowitym subjektem, w domu — sumiennie spełniającym swe obowiązki małżonkiem. Lew stopniowo przerabiał się na wołu. W trzecim roku pożycia zaczął nosić turecki szlafrok, wyszywane paciorkami pantofle i czapeczkę z kutasem, gdy umarła nagle żona, zapisując mu cały swój majątek. Pewnego dnia z namowy przyjaciela poszedł do teatru i na drugi dzień nie można go było poznać — w starcu ocknął się dawny Stach Wokulski: śmiały, bystry, energiczny. Co było przyczyną tej cudownej przemiany? Zobaczył w teatrze pannę Izabellę Łęcką i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zbliżyć się do niej nie mógł, bo panna pochodziła ze sfery arystokratycznej. Wtedy — było to w czasie wojny tureckiej — zabrał, co miał, pieniędzy, pojechał do Bułgaryi, rzucił się na dostawy dla wojska i, obracając swoim i swego przyjaciela z Moskwy, Suzina kapitałem, zarobił w ciągu roku kilkaset tysięcy rubli. Po powrocie do Warszawy urządził wspaniały sklep, rzucał pieniądze, zakładał przedsiębiorstwa, zawiązał stosunki z arystokracyją — a wszystko to robił w celu zbliżenia się do panny Izabelli. Pod wpływem miłości w budzi się energija, która łamie niezwalczone przeszkody, przynajmniej takie, jakich poprzednio zwalczyć nie mógł. Zdobywa on wybitne stanowisko, olbrzymi majątek, staje się niemal potęgą w mieście i kraju. Miłość pochłania go zupełnie, całymi tygodniami znajduje się to w stanie , to w stanie bolesnego oszołomienia lub nerwowego odrętwienia. Takie wyłączne, takie skoncentrowane uczucie w człowieku, który do lat czterdziestu kilku pracował i gryzł biedę, a od młodu nabijał sobie głowę, jak mówi Szuman, Aldonami, Grażynami i innemi bohaterkami poematów — jest możliwem. Wprawdzie rówieśnik Wokulskiego, furman Wysocki powiada, że „już niema ciekawości do kobiet”, ale Wysocki przez całe życie pracował lub odpoczywał o głodzie, a Wokulski, inaczej wychowany, poezyją wykarmiony, kiedy nie miał pracy, rozpalał sobie wyobraźnię, zresztą inaczej jadł i pił, żył inaczej. Taka potężna, taka, powiem, anormalna miłość, która doprowadza do szału, rozstraja, zabija człowieka, może zachwycać romansowe kobiety, ale w gruncie rzeczy jest objawem niezdrowym, oznaką lubieżnego rozpasania, chociażby maskowała się zachwytami idealnymi. „Już to wogóle ze szlachtą jest tak, powiada Rzecki, że do butelki, do wojaczki do sprosności zawsze gotów, chociażby nawet trumną zalatywał. Paskudniki”! Ma racyję stary. Paskudniki — i kiedy mówią, że miłość „jest świętą tajemnicą” i kiedy szydzą, że, według statystyki, „każdy biały anioł jest w dziesiątej części prostytutką”. Taka miłość, jaką czuje Wokulski, urodziła się „nie między szewcami i kowalami, a nawet między doktorami i adwokatami. Wypielęgnowały ją klasy majętne, które utworzyły kobietę z delikatną cerą i białą ręką, które wydały mężczyznę, mającego dość czasu na ubóstwianie kobiety”. Taka miłość jest istotnie paskudztwem, bo, jak mówi Szuman, „albo mężczyzna, jak kogut uwija się między kilkunastoma kurami, albo kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą całą ogłupiałych wilków czy psów. I nie ma nic bardziej upadlającego, jak ściganie się w takiej gromadzie, jak zależność od wilczycy”. Tego rodzaju zgryźliwych, sceptycznych paradoksów o miłości i kobiecie pełno w całej powieści. Wygłasza ją najczęściej Szuman, czasem Ochocki, czasem Rzecki, a nawet Wokul- ski i to nie tylko po doznanym zawodzie, ale i wtedy, kiedy w stanie ekstazy miłosnej nachodzą nań „lucida intervalla”. W tych, jak również w rozmowach Wokulskiego z panią Wąsowską, w wybornie podpatrzonych, subtelnych szczegółach charakterystyki postaci kobiecych — wiele prawdy, ale w każdym razie nie cała to prawda. Miłość zbydlęca, miłość ogłupia i w rezultacie doprowadza do tego, że człowiek inteligentny, co „plunął na własną boleść i cudzą nikczemność” przyjmuje sceptycyzm Szumana, który twierdzi, że do „rozsądnego szczęścia potrzeba co dzień jadać inne potrawy i brać czystą bielizną, a co kwartał zmieniać miejsce pobytu i kochanki” i radzi Wokulskiemu, żeby „umizgał się do wielkich dam, bo one mają ciekawość do demokracyi” i są „daleko smaczniejsze od pokojówek, gdyż kobiecość ogromnie zyskuje na szyku i inteligencyi”. Zresztą, dla Szumana cały rodzaj ludzki był skazany na wiekuiste bydlęctwo, „wśród którego odznaczają się tylko żydzi, jak szczupaki między karasiami”. W kim zaś cynizm wstręt budzi, a kto jest za młody, żeby przyjął filozofiję Rzeckiego i za zbyt wiele wymagający, żeby zadowolnić się szczęściem mieszczańskiem z jakąś tam uczciwą gąską Stawską, temu pozostaje tylko do wyboru burszowski pogląd Ochockiego na miłość i kobiety. Temu znowu lepiej się podobają pokojówki, niż wielkie damy, bo mniej robią Wie on, że „człowiek musi w jakiś sposób zużywać siły, jeżeli nie pracuje, musi więc wpaść w rozpustę, a przynajmniej drażnić nerwy. I do rozpusty zaś i do drażnienia nerwów potrzebne są kobiety piękne, eleganckie, dowcipne, świetnie wychowane, a raczej wytresowane w tym kierunku”. Ale on, chociaż od czasu do czasu odzywa się w nim „paskudnik” szlachecki, zajęty pracą naukową, nie czuje pociągu do wyrafinowanej rozpusty. Oprócz tego rozumie jeszcze to, nad czem pomimo swej szerokiej inteligencyi nigdy jakoś nie zastanawia się Wokulski: „Wyobrażam sobie, mówi, jakbyś pan wyglądał, zmieniając co kwartał kochanki, gdyby kiedy stanęli przed panem ci wszyscy ludzie, którzy dziś pracują na pańskie dochody i zapytali: Czem się wywdzięczasz nam za nasze trudy, nędzę i krótsze życie, którego część tobie oddajemy? Czy pracą, czy radą, czy przykładem”? „Jacyż dziś ludzie pracują na moje dochody”? naiwnie pyta się z interesów i zamieniam majątek na papiery”... — „Jeżeli na listy zastawne ziemskie, to przecież kupony od nich płacą parobcy, a jeżeli na jakieś akcyje, to znowu ich dywidendy pokrywają robotnicy kolejowi, cukrowniani, tkaccy, czy ja wiem zresztą jacy”? Z pogardą uczonego uważa on „damy za bardzo pożyteczne, ale tylko do rodzenia dzieci”, z pogardą młodzieńca uważa cierpienia egotyczne za „niemęzką dolegliwość”, śmiejąc się, że może „kobiety doświadczają czegoś podobnego przy porodach”. Miłość zaś traktuje wesoło i pobłażliwie. „Więc cóż z tego, że się młoda panna zakocha”, woła. „Czy lepiej, ażeby i nie kochała się i była głupia?... Pani jest dzika kobieta, panno Felicyjo”. Sceptycyzm i pogarda zupełnie uzasadnione, ale czy usprawiedliwione? „Miłe są te kobiety, przy których człowiek, kiedy im w najlepszej wierze oddaje własną duszę, jeszcze musi spoglądać na zegarek, ażeby nie spotkał swoich poprzedników i nie przeszkadzał następcom“, woła Wokulski, a na to odpowiada mu pani : „Wszyscy jesteście podli, wszyscy jesteście nędznicy. Kiedy kobieta w pewnej porze życia marzy o idealnej miłości, wyśmiewacie jej złudzenia i domagacie się kokieteryi, bez której panna jest dla was nudna a mężatka głupia”... „Któż ją obdarł ze złudzeń, jeżeli nie pańscy rodzeni bracia. I cóż to za świat, który najprzód obdziera z ideałów, a potem skazuje obdartego”? Kto ją wyhodował, tę kobietę z delikatną cerą i białą ręką, te odaliskę do drażnienia sobie nerwów i rozpusty, kto ją poniżył, znieprawił, splugawił. Kto z niej zrobił istotę „gorszą niż muchę, bo pozbawioną łap i skrzydeł”, próżnującego dziwoląga, ze „skrzywionemi stopami, ściśniętym tułowiem, czczym mózgiem”. I wątpię, czy pomoże tu hygiena, jaką zaleca dr. Szuman, hygiena miłości, którą „gwałcą klasy inteligentne, co stanowi jedną z przyczyn ich upadku”. „Hygiena woła, jedz, kiedy masz apetyt! a wbrew niej tysięc przepisów chwyta cię za poły i wrzeszczy: niewolno, będziesz jadł, kiedy my cię upoważnimy, kiedy spełnisz tyle a tyle warunków, postawionych przez moralność, tradycyję, modę”. Hygiena zaleca wolny wybór, bo „w całej naturze samiec należy do tej samicy, która mu podoba i której on się podoba”. Zapewne, ale hygiena miłości zaleca również , o której Szuman nie wspomina, przeciwnie, radzi co kwartał zmieniać kochanki. Należy on do tych pobłażliwych hygienistów, którzy i alkohol i tytoń tolerują, byle trucizn tych nie nadużywać. No, i rozpustę — byle w miarę. Ba, taki „bestyja cynik” parsknął by śmiechem, gdyby kto zalecał młodym ludziom nie tylko wstrzemięźliwość, ale czystość płciową, jak to np. propaguje Lew Tołstoj. Mężczyzna niewinny! czy może być coś bardziej śmiesznego dla warszawskiego kpiarza. A ten właśnie mężczyzna, zbydlęcony od młodości, prawie od dzieciństwa, wyniszczony haniebnymi nałogami lub skalany rozpustą, w pewnej chwili swego życia staje, jako prokurator, przed kobietą i oskarża ją i uroczyście wyklina, za to, że „stworzona jest na obraz i podobieństwo synów”. Hygiena miłości nie dla tego istnieje wśród ludu, że tam jest większa łatwość wolnego wyboru, ale dla tego raczej, że ludzie ci, o ile ich nie znieprawiła nasza rozpustna kultura, są i muszą być wstrzemięźliwi w miłości. Taki Wysocki, który naharuje się od rana do nocy i zaspokoi głód lichą strawą, nie ma już w czterdziestym roku „ciekawości do kobiet”. Ale taki Wokulski, który przez znaczną część życia odżywiał się dobrze, który zjadał może po dwa funty mięsa dziennie z ostremi przyprawami, zapijając to winem i, w chwilach, wolnych od pracy, bawił się poetycznemi marzeniami o kobietach, taki musiał czuć głód miłości. Gdyby kochał się przez całe życie, co tydzień w innej, jak mu to radzi Szuman, miałby swobodną myśl i byłby szczęśliwy. Tak przecie robią inni — no i tresują kobiety, które albo „sprzedają się starcom, albo traktują ludzkie serca, jak polędwice”. Hygijeną miłości dla ludzi, którzy fizycznie nie pracują, którzy dobrze jedzą i mają wielki zasób sił niezużytych — może być tylko unormowanie rozpusty. Jeżeli francuz, dla tego że Paryż ma o 2,000 więcej rocznie stopni ciepła, aniżeli Warszawa, posiada, w porównaniu z mieszkańcem północy, więcej wolnych sił i czasu, to człowiek, który zjada z 500 funtów ryb i mięsa rocznie, rozpala się ostremi przyprawami, podnieca kawą i winem, w porównaniu z jakimś tam Wysockim, odżywiającym się licho, , kartoflami a od mięsem, zgromadzi „kapitały uczuć”, które musi strwonić albo w rozpuście cynicznej, jaką doradza Szuman albo w rozpuście idealnej, w jakiej marnieje Wokulski. Innego wyjścia tu nie ma. Ale człowiek taki ani w lirycznem uniesieniu, ani w cynicznym sarkazmie nie ma prawa urągać kobiecie, którą sam dla siebie wytresował i upodlił i powinien zrozumieć, co nawet prosty Węgiełek rozumie, że to, na co się tak oburza, że wynaturzenie kobiet to „nie żadne łajdactwo — tylko nieszczęście”.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Świat maryjonetek.
