Read here

Spirytyzm

Karl du Prel · 1923 · Free in the US

50,270 words · about 3 h 31 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1923 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Spirytyzm_(du_Prel,_1923)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Karl du Prel
Language
Polish
Published
1923
Length
50,270 words · about 3 h 31 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 46 min
  3. Od Redakcyi „Biblioteki powszechnej“ about 1 min
  4. Wstęp about 11 min
  5. Przedmowa autora about 1 min
  6. I about 21 min
  7. II about 46 min
  8. III about 26 min

Continue:

Front matter

KAROL DU PREL.

SPIRYTYZM

PRZEŁOŻYŁ Z NIEMIECKIEGO

całość

KAROL DU PREL.

SPIRYTYZM

PRZEŁOŻYŁ Z NIEMIECKIEGO

I WSTĘPEM ZAOPATRZYŁ

M. C. M.

LWÓW — ZŁOCZÓW.

Nakładem i drukiem księgarni Wilhelma Zukerkandla.

Karol baron du Prel urodził się d. 3. kwietnia 1839 r. w Landshut w Bawaryi, wstąpił do wojska, gdzie dosłużył się stopnia kapitana, w r. 1872 wystąpił z armii bawarskiej i oddał się odtąd wyłącznie pracy literackiej; umarł d. 5. sierpnia 1899 r. w Heiligenkreuz koło Hall w Tyrolu. Napisał szereg dzieł filozoficzno - mistyczno - spirytystycznych, z których najważniejsze Entwicklungsgeschichte des Weltalls, Philosophie der Mystik, Mystik der alten Griechen, Studien auf dem Gebiet der Geheimwissenschaften, Entdeckung der Seele durch die Geheimwissenschaften, Das Kreuz am Ferner, Der Tod — das Jenseits itd. Najbardziej rozpowszechniło się dziełko jego: Der Spiritismus, którego przekład zawiera niniejsza książeczka. Czytając ją nie powinno się przepomnieć, że napisał ją spirytysta przekonany; jednak patrząc nawet z wręcz przeciwnego punktu widzenia, nie przeczymy, że rzecz zajmująca i warta przeczytania także dla »niewierzących.«

WSTĘP.

Z historyi spirytyzmu.

Bardzo rozpowszechnionem jest mniemanie, że spirytyzm, jako nauka o świecie duchów, datuje swe istnienie dopiero od r. 1848, kiedy to dziwne zjawiska w rodzinie Foxów, w Nowym Jorku, obudziły ogólne zainteresowanie w całym współczesnym świecie. W istocie jednak rzecz się ma inaczej. Spirytyzm, jako wiara w duchy, istnieje już od niepamiętnych czasów, a ślady tego kultu dla duchów można odnaleźć w czasach jeszcze przedhistorycznych. Zachodzą tu jedynie zmiany w nazwie; to bowiem, co dawniej nazywano magią, mistyką, czarnoksięstwem, kabałą, a w szczególności „nekromancyą“, — nie różniło się w gruncie rzeczy od dzisiejszego spirytyzmu. Przepowiednie, cudowne uleczenia, jasnowidzenia i t. p. zjawiska, znane były już u najdawniejszych ludów. Zakres dziełka nie pozwala nam na bliższe omówienie owych zjawisk, co zresztą należy właściwie do historyi magii. Ograniczymy się na tem miejscu jedynie do przedstawienia w ogólnych zarysach historyi spirytyzmu, ale w ściślejszem tego słowa znaczeniu. Otóż historya ta, jak już wspomnieliśmy, datuje się od r. 1848 z pojawieniem się dziwnych zjawisk w rodzinie zamieszkałej w Nowym Jorku. Członkom tej rodziny dawały się mianowicie słyszeć w ścianach domu szczególne odgłosy pukań, powtarzające się z pewną regularnością i jakby celowością. I rzecz dziwna, pomimo najdokładniejszych poszukiwań nie zdołano wykryć widocznej przyczyny fizycznej tych pukań. Początkowo nieregularne, stały się później owe pukania miarowemi i zdawało się, jakoby niewidzialny ich sprawca starał się zwrócić na coś uwagę mieszkańców domu. Foxowie wpadli na to, aby porozumieć się jakoś z nieznanym sprawcą pukania i osiągnęli to w istocie w ten sposób, że dla każdej litery alfabetu żądali odpowiedniej ilości pukań. (Wiemy, że w podobny sposób porozumiewają się często polityczni więźniowie, zamknięci w sąsiednich celach). Tą tedy drogą dowiedzieli się, że w tymże domu, w piwnicy, leżą zakopane w ziemi zwłoki osoby, zamordowanej tutaj przed pięciu laty; nadto podano nazwisko tej osoby, której duch miał być właśnie sprawcą owych pukań. Poczęto zatem kopać w piwnicy i znaleziono w niej rzeczywiście szkielet, a dalsze poszukiwania wykazały autentyczność faktów, podanych przez „pukającego ducha“. W dalszych zawiadomieniach podał ów duch wskazówki co do tego, w jaki sposób wogóle można nawiązać stosunki z duchami osób zmarłych. Nic zatem dziwnego, że w Ameryce, gdzie każda ciekawa nowość pada na wdzięczną glebę, wkrótce poczęto wszędzie robić próby nawiązania stosunków ze światem niewidzialnym. Po pewnym czasie przekonano się, że utrzymanie tych stosunków zależy od obecności pewnych osób, bez których doświadczenia się nie udawały. Osoby takie poczęto nazywać „medyami“, ponieważ uważano je za pewnego rodzaju pośredników pomiędzy ludźmi żyjącymi a duchami osób zmarłych. Z natury rzeczy stół, przy którym towarzystwo zwykło się zbierać, okazał się sprzętem bardzo dogodnym dla pukającego ducha, toteż wkrótce stoliki pukające i wirujące stały się nawet modnymi, i służyły w Ameryce przez długi czas, jako interesująca rozrywka dla „najlepszych“ kół towarzyskich. Do szybszego rozpowszechnienia się spirytyzmu przyczyniło się zapewne niemało ukazanie się pod ówczas dzieł zupełnie niewykształconego jasnowidza i samouka, nazwiskiem który w stanie somnambulicznym twierdził o istnieniu ósmej płanety (w naszym systemie słonecznym) już w marcu 1846 r., podczas gdy astronomowie wykryli też płanetę dopiero we wrześniu w tym samym roku. Davis, który był terminatorem u szewca i nie posiadał szkolnego wykształcenia, począł pisać w stanie somnambulicznym, w 18. roku życia, dzieła naukowe, posiadające taką doniosłość, że uczeni znachodzili w nich wiele poglądów oryginalnych, otwierających nowe dziedziny badań. I tak n. p. — teoryę Darwina o powstaniu gatunków przedstawił Davis w swem dziele p. t.: „Natures Divine Revelations“ już na 13 lat przed samym Darwinem, którego dzieło „O powstaniu gatunków“ wyszło dopiero w r. 1859. Zejście się obu pomienionych faktów przyczyniło się oczywiście niezwykle do rozszerzenia się spirytyzmu, albo raczej powiedzmy: „spirytualizmu“ w Ameryce, mimo że szereg wybitnych badaczy wystąpił przeciw niemu i wszystkie zjawiska uznał za złudzenie, powstałe pod wpływem autosugestyi. Ponieważ atoli głosy owych wołających na puszczy przebrzmiały dosyć niepostrzeżenie, przeto w r. 1851 wystąpił z obozu sceptyków szereg wybitniejszych osobistości, które zjednoczyły się w Nowym Jorku pod przewodnictwem znanego i poważanego sędziego w związek, mający na celu zadać śmiertelny cios spirytualizmowi, a to na gruncie ścisłych badań. Atoli poszło inaczej, niż ci panowie mogli przypuszczać. Z Szawłów stali się bowiem Pawłami i musieli uznać w imię uczciwości i miłości prawdy, że spirytualizm ma za sobą fakta wprawdzie nie dające się wyjaśnić, nie mniej jednak niewątpliwe co do swej autentyczności. Jakkolwiek religia i nauka, które zresztą bynajmniej nie chodzą ręka w rękę, wobec tego niebezpieczeństwa stanęły w jednym szeregu, a zwolenników spirytyzmu poczęto wypędzać z kościołów i uniwersytetów i prześladować w sposób niegodny, a znaczną ich liczbę zamknięto w domach waryatów, to jednak mimo to ruch spirytualistyczny zataczał coraz szersze kręgi, tembardziej, że znachodzili się ludzie znani i poważani, a przytem bezstronni, którzy mieli dosyć odwagi cywilnej do wyznania otwarcie swych przekonań wbrew wszelkim oszczerstwom i napaściom przeciwników spirytyzmu. Wieść o nowo powstałym ruchu i związanych z nim niewyjaśnionych zjawiskach przeniosła się oczywiście do Europy i tu wzbudziła również takie zainteresowanie, że wkrótce nie było już niemal domu, w którymby nie było pukających i wirujących stolików. Anglicy, a po nich Francuzi byli pierwszymi z rzędu tych, którzy zapalili się do i tej nowej nauki. Podobnie jak w Ameryce, tak też i w Anglii nauka i religia wrogo wystąpiły wobec spirytualizmu. Ale mimo, że wybitne powagi naukowe, jak np. i inni, gorliwie poczęły zwalczać nową doktrynę, nie przeszkodziło to jednak temu, że tacy badacze, jak etc., przekonawszy się o realności zjawisk spirytystycznych, wystąpili w jego obronie. Kiedy więc ruch wzmagał się coraz to więcej i „ofiar“ swych poszukiwał głównie w kołach ludzi wykształconych, zebrała się również i w Anglii komisya w celu zbadania spirytualizmu. Komisya ta składała się z lekarzy, prawników i teologów i ukonstytuowała się w styczniu 1869 r., jako „Towarzystwo dyalektyczne.“ Nader gruntowne badania tego towarzystwa, złożonego z 26 wybitnych członków, ciągnęły się przez całe dwa lata i skończyły się wreszcie na tem, że musiano uznać istotność zjawisk spirytystycznych, mimo, że nie umiano wytłumaczyć sobie sposobu ich powstania. Do rozpowszechnienia się spirytualizmu w Anglii przyczyniła się zapewne i ta okoliczność, że pani zaufana i przyjaciółka królowej Anglii, Wiktoryi, pozyskała ją, jak również i wielu innych członków rodziny królewskiej, dla nowego światopoglądu. Królowa Wiktorya, która w swym kamerdynerze, odkryła bardzo wydatne medyum, stała się wkrótce gorliwą zwolenniczką spirytualizmu, podobnież księżna Walii i współczesna cesarzowa rosyjska. Słynny Gladstone stał się wyznawcą spirytualizmu już w r. 1877 i już go odtąd nie porzucił. W Anglii macierzystej i w jej koloniach wiara w spirytualizm jest tak rozpowszechnioną, że liczy swych wyznawców na miliony. W samych Stanach Zjednoczonych Ameryki północnej obliczono liczbę spirytystów na 12 — 13 milionów, a liczbę medyów na 35.000. W Paryżu naliczono niedawno 150.000 spirytystów, a w Lyonie 40.000. Już mniej ich jest w Niemczech i w Austryi, gdzie silny wpływ protestantyzmu i katolicyzmu ogranicza i przytłumia rozwój spirytyzmu. Wymienione cyfry nie dają jeszcze oczywiście pojęcia o rzeczywistej liczbie spirytystów, znaczna część ich bowiem ukrywa swe przekonania bądź to ze względów familijnych, bądź też z powodu swego stanowiska urzędowego. Ze rozwinęło się z biegiem czasu w Londynie inne stowarzyszenie p. t.: Rozszerzyło ono atoli program swych badań i zajmuje się nietylko zjawiskami spirytualizmu, ale wogóle wszelkiemi zjawiskami, dotyczącemi zagadki bytu i duszy ludzkiej — oczywiście nie w znaczeniu materyalistycznem tego słowa.

Spirytyzm we Francyi.

Do Francyi, gdzie od czasów Mesmera istniało jeszcze wiele stowarzyszeń, zajmujących się zjawiskami magnetyzmu organicznego, wniosła spirytyzm niejaka pani która w r. 1849 powróciła tam z Ameryki. Pozyskała ona dla tego kierunku znanego barona literata i niejakiego pana nauczyciela, który później stał się znanym pod nazwiskiem c, pod którem pisał swe dzieła spirytystyczne. Dziełami temi zjednał spirytyzmowi wielu wyznawców głównie w kołach mieszczańskich i robotniczych. Jego „Księga duchów“ stała się prawdziwą ewangelią dla ludzi prostych, łatwowiernych. To też Allan Kardec winien w znacznej części temu, że spirytyzm doznaje takiego lekceważenia ze strony nauki, dał on bowiem podstawę owemu bezkrytycznemu, wierzącemu na ślepo spirytyzmowi, który niestety przyjął się nietylko w najniższych warstwach ludu i który tak zwane „odpowiedzi duchów“ bierze za czystą prawdę, nawet wówczas, kiedy ich niedorzeczność i nieprawdziwość leży jak na dłoni i tylko przez fanatycznych, zaślepionych wyznawców może być braną za dobrą monetę. Sprawę tę omówimy jeszcze poniżej dokładniej. Na razie zaznaczamy tylko, że nieraz już takie przyjęte na wiarę odpowiedzi stały się powodem nieporozumień, a nawet nieszczęść w wielu rodzinach. Allan Kardec jest również twórcą nauki o t. zw. „reinkarnacyi“, t. j. odrodzeniu, która poniekąd pokrewną jest staroindyjskiej wierze w „wędrówkę dusz“, metampsychozę. Ponieważ we Francyi każdy ruch wogóle łatwo staje się popularnym, przeto spirytyzm rozszerzył się szybko w kołach robotniczych. Wyzyskali to niektórzy francuscy politycy, zwłaszcza Napoleon III., w celach politycznych, jako środek agitacyjny. Ale również wybitniejsi przemysłowcy robili z tego użytek, tak np. między innymi fabrykant który spirytystów, zajętych w swych zakładach, nietylko dopuścił do udziału w zyskach, ale zapewnił im ponadto emerytury i stworzył całą gminę spirytystyczną z osobnemi szkołami, mieszkaniami, a nawet z rodzajem świątyni spirytystycznej. Godin mógł sobie pozwolić na ten kosztowny wydatek, jako posiadacz ogromnego, milionowego majątku. Jak dalece kardecyzm rozpowszechnił się we Francyi, przemawia za tem fakt, że w samym Paryżu żyje przeszło 60.000 zwolenników teoryi reinkarnacyi, że pisma Kardec’a tłumaczono na wszystkie niemal współczesne języki i że dziś jeszcze wychodzą nowe ich wydania i nakłady. Dochód z tych pism był tak znaczny, że można go było użyć na założenie dużego czasopisma p. t.: tudzież stowarzyszenia: Prócz tego rokrocznie obracano tysiące franków na cele propagandy spirytyzmu. Dziwimy się poniekąd, że takie osobistości, jak Flammarion, Dumas (ojciec), George Sand, Wiktor Hugo i t. d. dały się wciągnąć w ów prąd kardecyzmu. Zresztą w ostatnich czasach kierunek teozoficzny (o którym poniżej nieco obszerniej pomówimy), mający swój początek w Ameryce i w Indyach Wschodnich, począł znacznie przerzedzać kardecystów i tak np. Flammarion stał się z kardecysty teozofem. W Paryżu pracował szczególnie niejaki bardzo gorliwie nad pogłębieniem spirytyzmu w kierunku alchemistycznym, kabbalistycznym i teozoflcznym i osiągnął podobno w tym względzie pokaźne wyniki. Atoli Francya jest niestety krajem fanatyzmu „mistycznego“, który płodzi niekiedy nader smutne i wybujałe kwiaty. Dowodem na to przeróżne sekty t. zw. „mistyków,“ które tak dalece się zapominają, że nie wahają się na swych sztandarach wypisywać modlitw do szatana i pod płaszczykiem badań mistycznych urządzają orgie, urągające prawom natury i moralności. Na koniec możemy jeszcze nadmienić, że spirytyzm istniał we Francyi właściwie już przed rokiem 1848, zanim z Ameryki przyszła wiadomość o zajściu w rodzinie Foxów. Mianowicie magnetyzer robił już w r. 1843 doświadczenia z somnambuliczną, Celiną , która miała widzenia duchów i w somnambulicznej ekstazie udzielała porad lekarskich. Później brała udział jako medyum, w seansach, urządzanych przez wymienioną już panią Przejdziemy teraz do przedstawienia spirytyzmu niemieckiego.

Spirytyzm we Niemczech.

W kraju, w którym zrodziło się podanie o Fauście, który wydał Böhmego, Kernera, nie brakło oczywiście gleby podatnej dla rozkrzewienia spirytyzmu. Za właściwego twórcę nauki o duchach (t. zw. pneumatologii) w Niemczech należy uważać niejakiego ur. w r. 1740 w Nassau. Był to pierwszy niemiecki teoretyk t. zw. pneumatologii. Poglądy swoje oparł on na nauce i przedstawił w dziele p. t.: Stilling uważa człowieka za istotę „złożoną z trzech czynników: ciała, duszy (Seele, Nervengeist) i ducha Duch, według jego mniemania ma początek w Bogu i jest związany z ciałem za pośrednictwem duszy (Nervengeist). Przez magnetyzowanie osłabia się lub niweczy ten związek i przez to daje się duchowi możność działania bez ograniczenia w czasie i przestrzeni. Zobaczymy później, że teorya ta pokrewną jest najnowszemu kierunkowi okkultyzmu. Bardzo doniosłe znaczenie w historyi spirytyzmu w Niemczech uzyskał sobie również niejaki Andrzej Justyn lekarz z zawodu. Leczył on mianowicie najsłynniejszą somnambuliczkę w Niemczech, znaną w całym świecie jako i prowadził dokładny dziennik o zachodzących u niej zajściach psychicznych. Nazwisko jej właściwe brzmiało Fryderyka z domu Była to osoba już od urodzenia niezwykle nerwowa i wrażliwa. Nieszczęścia rodzinne wzmogły jeszcze tę nerwowość do tego stopnia, że Hauffe przedstawiała wkońcu obraz zupełnej ruiny fizycznej i psychicznej. Wtedy to poczęła miewać widzenia duchów. Twierdziła mianowicie, że widzi najczęściej ducha swej zmarłej babki, który ją magnetyzuje trzema palcami, wodząc nimi od głowy aż do dołku sercowego, przyczem z palców wytryskają barwne promienie świetlne. W tym właśnie czasie umieścił ją w swym domu celem leczenia chorej, jak niemniej celem obserwacyi dziwnych zjawisk, związanych z jej osobą. Były to rzeczywiście dziwne zjawiska. I tak przedmioty, które zdały się na nią oddziaływać szkodliwie, oddalały się od niej same, jak gdyby unoszone przez jakąś niewidzialną rękę. Hauffe była mianowicie wrażliwą między innemi na pewne metale, tak że w ich sąsiedztwie dostawała spazmów kurczowych. W zwierciadłach i wogóle w błyszczących powierzchniach widywała osoby i zdarzenia, bardzo nieraz odlegle w przestrzeni i czasie. Poszukiwania zaś wykazywały zawsze, że rzeczywistość odpowiada owym widzeniom. Kerner ograniczył się przytem wszystkiem do obserwacyi zjawisk nadzmysłowych, zachodzących u pani Hauffe, i do przedmiotowego notowania ich w dzienniku, który potem wydał drukiem p. t.: „Die Seherin von Prevorst“ („Jasnowidząca z Pr.“). Tej to przedmiotowości należy zapewne zawdzięczyć ogólne uznanie, z jakiem książka ta została przyjętą. Próbę naukowego wyjaśnienia zjawisk nadzmysłowych przez przyjęcie fluidu, t. zw. „odu“, przedsięwziął był w owym czasie bardzo utalentowany chemik i badacz, wynalazca kreozotu. Usiłował on za pomocą całego szeregu niezmiernie ciekawych doświadczeń wykazać, że każde ciało nabite jest pewnym fluidem, „odem“, podlegającym wpływowi światła, ciepła, elektryczności itd. Ten to fluid ma, podług niego, przy wszelkich zjawiskach spirytystycznych odgrywać wybitną rolę. W ogóle w pierwszych latach po ukazaniu się spirytyzmu w Europie powstało mnóstwo teoryi, usiłujących z mniejszą lub większą przenikliwością wyjaśnić zjawiska nadzmysłowe. Z ważniejszych owych teoretyków przyto-czymy tylko który wydał dzieło p. t. w r. 1857, tudzież berneńskiego profesora zoologii, Dra autora dzieła: (Współczesny spirytualizm a pokrewne doświadczenia w przeszłości“). Dzieło to wyszło w r. 1877. Schindler tłumaczy zjawiska duchowe na zasadzie biegunowego działania ludzkiego ducha. Perty zaś przypisuje je bądź to istniejącej w nas „sile magicznej,“ bądź też działalności nieznanych nam duchów, czy demonów. Ostatni pogląd zbliża się do teoryi która rzeczone zjawiska przypisuje wdaniu się niewidzialnych istot niższego rzędu, t. zw. duchów elementarnych. Pozatem wielu zwolenników pozyskała teorya która jakkolwiek nie wyklucza bezwzględnie istnienia odrębnego świata duchów, to jednak skłonniejszą jest do szukania źródeł zjawisk duchowych w ukrytych w człowieku siłach psychicznych. Najbardziej jednakowoż rozpowszechnionym jest kierunek kardecyzmu, którego twórcami byli wspomniani już wyżej: i Najwięcej zwolenników liczy atoli ten kierunek wśród klas niewykształconych, wszelkie bowiem zjawiska duchowe przypisuje on bezwzględnie, zatem bezkrytycznie działaniu „duchów“, innej zaś możliwości nie uznaje; a przez to apeluje skutecznie do łatwowierności tłumu. Pozostaje nam jeszcze wymienić wybitniejszych przedstawicieli spirytyzmu ostatnich czasów. Należy do nich w Austryi niedawno zmarły baron von autor znakomitego dzieła p. t. („Przesądy ludzkości“), i wielu innych. Między innemi w ostatniem p. t. („Urodzenie i śmierć“) dał trwałą podwalinę dla spirytyzmu w Austryi. Zaprzyjaźnionym z nim był osiadły w Monachium, autor wielu dzieł filozoficzno-przyrodniczych, tudzież spirytystycznych. Jedno z główniejszych nosi tytuł: Dał w niem autor dowód, że w pierwszym rzędzie powołanym jest na rzecznika spirytyzmu, jako jego teoretyk i popularyzator. Prócz wielu artykułów, rozrzuconych po najpoczytniejszych czasopismach niemieckich, pisywał du Prel stale do organów naukowego spirytyzmu, mianowicie do i do Głównym przedstawicielem kierunku w Niemczech jest Dr. med. osiadły w Halli, wydawca czasopisma Prócz wymienionych wychodzą czasopisma: jako organ okkultystów berlińskich, (w miejscu dawniejszej „Sphinx“), dalej w Kolonii, w Berlinie, itd. Pozostaje nam jeszcze usprawiedliwić się, dlaczego tak obszernie traktowaliśmy właśnie spirytyzm niemiecki w porównaniu z innemi narodowościami. O polskim spirytyzmie bardzo niewiele dałoby się powiedzieć. Mamy jedynie trochę książek, ale o ile nam wiadomo, ani jednego czasopisma w tym kierunku. Natomiast z zagranicznych języków najwięcej obecnie znamy na ogół język niemiecki, przytem bliżej zawsze do Niemiec, niż np. do Francyi, Włoch, lub Anglii. Toteż, nie mając własnej literatury, możemy najłatwiej czerpać z niemieckiej, zapominając o hakatyźmie, który zresztą nie ma nic wspólnego ze spirytyzmem. Na zakończenie jeszcze parę słów o niniejszej książeczce du Prela: Dziełko to jest pracą głównie polemiczną, i wskutek tego nie może oczywiście kwestyi traktować wyczerpująco. Temu właśnie brakowi starałem się w niniejszej przedmowie zaradzić. O ile mi się to udało, pozostawiam o tem sąd czytelnikom. Oczywiście zdałoby się przytoczyć więcej danych o spirytyźmie, atoli szczupły zakres dziełka na to nie pozwala. Broszurka du Prela trzymana jest w tonie naukowo-przyrodniczym, jak to sam autor zaznacza. Nie jest więc może zbyt popularną, wystarcza jednak, sądzę, do jej zrozumienia wykształcenie o średnim poziomie. Wnioski autora tu i owdzie wydać się mogą niejednemu czytelnikowi zbyt może daleko idące, nie ujmuje to jednak całości dziełka poważnej wartości. A w każdym razie uważne przeczytanie dziełka powinnoby poważnie myślących czytelników pobudzić do dalszego i głębszego badania dziedziny tyle ciekawej.

PRZEDMOWA AUTORA.

Nowoczesny spirytyzm, od lat 45 gromadząc całe masy faktów — liczy już swych wyznawców na miliony. A jednak dotąd jeszcze nie zdołał uzyskać sobie uznania ze strony umiejętności oficjalnych. Zarzucają mu one, że nie stoi w żadnym związku z tem, co dziś uchodzi za naukę; że wszystkie jego zjawiska dadzą się poprostu wytłumaczyć, jako — oszustwo, lub złudzenie; że wreszcie nie wytrzymuje on krytyki naukowej. Niniejsza broszurka ma za cel wykazać, że pierwszy zarzut ma swe źródło w nieznajomości nici, łączących spirytyzm z nauką oficjalną, drugi — w nieznajomości fenomenologii spirytyzmu, a wreszcie trzeci, który nieraz już zresztą odpierano, o ile wogóle przedsiębrano w tym kierunku poważne badania, że więc trzeci zarzut również wobec najnowszych badań okazał się bezpodstawnym. Pomimo to jednak nie jestem optymistą w tym stopniu, abym miał sądzić, jakoby to pisemko mogło cokolwiek zmienić opinię wiedzy . Zresztą to, że fakta, bijące w oczy od pół wieku, nie znajdują uznania, nie jest przecież nowością w historyi nauk, — ale raczej regułą. Już dawno powiedział to Goethe, że „przedstawiciele starych idei zawsze są najzacieklejszymi wrogami — nowych “; i jeżeli ci przedstawiciele przez całe stulecia z tak niezachwianą pewnością wydawali swój potępiający wyrok, że nawet nie uznawali potrzeby zbadania rzeczonej sprawy, to zapewne cięż — koby im to przyszło i żaden nie odważa się być pierwszym, któryby cofnął ten wyrok, gdyż równałoby się to przyznaniu się do ogromnego i bardzo długo wyznawanego błędu. Bądź co bądź, broszurka moja nie liczy bynajmniej na czytelników, którzyby byli już’ zwolennikami spirytyzmu. Jest ona napisaną raczej dla tych, którzy jeszcze wahają się, ale którym więcej zależy na wzbogaceniu swej wiedzy, niż na potwierdzeniu swych dotychczasowych poglądów. U takich czytelników z pewnością celu swego nie chybię.

I.

Jak zostałem spirytystą.

Spirytyzm jest dziś jeszcze bezwątpienia najwięcej parodoksalną ze wszystkich nauk i będzie nią jeszcze zapewne przez czas jakiś. Jest to zaś tylko skutkiem tego, że zdawałoby się napozór, iż brakuje mu nici łączących z tem, co dziś uznaje się za wiedzę, a nawet, iż pozostaje z tą wiedzą w sprzeczności. W istocie bynajmniej tak nie jest. Istnieją nici, które łączą spirytyzm z innemi gałęźmi wiedzy, a skoro je wykryjemy, spirytyzm okaże się czemś naturalnem, przestanie być parodoksem, a niedowiarek chętniej nadstawi ucha. Chcę zatem wypełnić lukę, dzielącą spirytyzm od innych nauk; nie brak w istocie łączących ogniw, są one tylko mało znane. Są to kamienie naukowe, po których można dotrzeć do brzegu spirytyzmu, nie będąc zmuszonym brodzić przez bagno przesądu. Kiedy przed dwudziestu laty zewnętrzne okoliczności zmusiły mię z większym niż przedtem nakładem gorliwości i pracy oddać się naukom zajmowałem się, jak i cały świat naówczas, darwinizmem. Wychodząc z filozoficznych studyów, znaleźć wielkie upodobanie w słowie Darwina „rozwój.“ Skoro je już wypowiedziano w filologii i bistoryi, nie mogło mię to zadziwiać, że i biologię poddano temu poglądowi. Że stało się to późno, tłumaczy się to utrudniającemi badanie ogromnemi przestrzeniami czasu, jakie zachodzą w rozwoju biologicznym w porównaniu z rozwojem historycznym, dalej zaś tem, że w dziedzinie biologii czynniki rozwoju są bardzo skomplikowanej natury. Filozoficzna treść darwinizmu leży w tem, że celowość biologiczna, przystosowanie organizmów do ich względnych warunków życiowych, osiągane bywa przez naturę nie wprost, ale na drodze pośredniego wyboru cech użytecznych, co, przyczyniając się do coraz dalszego różniczkowania się tych cech, sprowadza za sobą rozwój, t. j. wzmożenie się form życia. Twory nie przystosowane do celu nie są zdolnemi do życia, giną, a naturalnym wynikiem tego jest to, że tylko twory lepiej przystosowane do celu pozostają przy życiu i przekazują potomstwu swe zalety. Jeżeli więc rozwój we wszystkich dziedzinach sprowadza przez pośredni dobór przystosowanie do celu, to proces ten tam musi być najbardziej przejrzystym, gdzie czynniki rozwojowe są najmniej liczne i najmniej powikłane. Idealną dziedziną w tym względzie jest oczywiście astronomia. Mamy tu przed sobą ograniczone zadanie — wyjaśnić celowy mechanizm ruchów gwiazd, a mianowicie — i to jest najgłówniejsze — mamy tutaj tylko z jednym jedynym czynnikiem rozwojowym do czynienia: z grawitacyą. Zabrałem się zatem do studyów astronomicznych w oczekiwaniu, że w tej nieorganicznej dziedzinie dobór cech przystosowanych do celu przedstawi się mym oczom o wiele dobitniej, niż w biologii. Dzieło, w którem usiłowałem to przedstawić, nosi w trzeciem wydaniu tytuł: „Historya rozwoju wszechświata.“ („Entwickelungsgeschichte des Weltalls,“ Ernst Günther, Leipzig 1882). Może ostatnim, przynajmniej jednym z ostatnich listów Darwina jest ten, w którym dziękował mi za przysłanie tego dzieła. Kto zajmuje się astronomią w znaczeniu filozoficznem, ten stanie wreszcie przed zagadką, czy inne ciała niebieskie mogą być wogóle zamieszkane przez jakieś istoty żyjące i przez jakie. W tej materyi już niejedna rzecz napisano, ale wyobraźnia ma w tem zazwyczaj więcej udziału, niż rozum. Jak powinniśmy wogóle tę kwestyę postawić, aby móc ten problem rozstrząsnąć naukowo? Odpowiedzi na to pytanie zapewne nigdybym nie znalazł, gdyby mi właśnie podówczas profesor Ernest Kapp nie był przysłał swej „Filozofii techniki“ (Westermann, Brunszwik, 1877). W samej książce nie znalazłem wprawdzie odpowiedzi na owo pytanie, ale leżała ona niejako na linii przedłużenia książki, i kiedy Ernest Kapp, skoro mu o tem napisałem, z początku kiwał tylko głową na to rzucenie pomostu pomiędzy techniką a mieszkańcami planet, to jednak z biegiem czasu zupełnie zgodził się z rozwiązaniem problemu. Kapp wykazał mianowicie, że w organizmie ludzkim różne problemy techniczne znalazły już swoje rozwiązanie, że zatem badanie organizmu mogłoby nam tych rozwiązań dostarczyć. Żeby przytoczyć jeden tylko przykład, to mógł np. człowiek problem oka zrozumieć dopiero wtedy, kiedy już utwór organiczny wynalazł w ciemni optycznej. Dziedzina techniki uzupełnia zatem dziedzinę organiczną; duch jest dalszym ciągiem natury. Nie jest to niczem obcem dla światopoglądu monistycznego. Wypadło mi zatem postąpić tylko jeszcze o mały krok naprzód, ażeby rozpoznać owo uzupełnianie się obu dziedzin, jako wzajemne. Jeżeli istnieją problemy organiczne, które na naszej ziemi znalazły również techniczne rozwiązanie, to jest rzeczą prawdopodobną, że dla tych problemów, które na ziemi tylko technicznie są rozwiązane, istnieją organiczne rozwiązania wśród innych warunków bytu, t. j. na innych planetach. Dadzą się pomyśleć istoty, które posiadają teleskop, mikroskop lub spektroskop w formie organicznej. Możemy sobie zatem pozwolić przynajmniej na wnioski analogiczne z naszej techniki co do fizycznego ukształtowania mieszkańców innych gwiazd. W mej pracy „Mieszkańcy płanet “ (Günther, Lipsk 1880) chciałem również inne pytanie, mianowicie co do natury intelektualnej mieszkańców innych gwiazd, poddać badaniu naukowemu. Do rozwiązania tego pytania dał mi pobudkę rosyjski uczony, Ernest von Baer, zmarły prezydent Akademii petersburskiej. Dzieło jego: „Mowy, miane na zgromadzeniach naukowych“ (Schmitzdorff, Petersburg 1864) zawiera (I. 240 — 284) bardzo ciekawe studyum; „Który pogląd na naturę jest słuszny?“ Problem teoretyczno-poznawczy, zależność naszego wyobrażenia o świecie od budowy naszych zmysłów i mózgu, są tu podane czytelnikowi do świadomości w sposób niezmiernie pociągający. Drobna poprawka, dokonana na naszym mózgu, zmieniłaby zupełnie nasze wyobrażenie o świecie. Byłby to zawsze jeszcze ten sam świat, ale widziany zupełnie inaczej i niepodobny do dawnego. W obec wielkiego bogactwa form życia i świadomości w naturze można sobie wyobrazić niezliczone rodzaje istot, z których każda żyje w innym świecie, a jednak wszystkie te światy będą w gruncie rzeczy identyczne. Nasz organizm jest przystosowany tylko do kilku znanych nam rodzajów drgań eteru. Nie wiemy zaś, wiele jeszcze takich rodzajów drgań istnieje w rzeczywistości; ale istoty, które byłyby przystosowane do nieznanych nam drgań, miałyby zupełnie inny obraz świata, zupełnie inne wiadomości i inny sposób działania. Jak widzimy, leży okkultyzm właśnie na linii przedłużenia darwinizmu; jest on transcendentalnym darwinizmem, a dla wyobraźni stoi zatem szerokie pole otworem. Ale tylko wówczas moglibyśmy ten problem rozstrząsnąć naukowo, gdyby danemi nam były fakta, t. j. gdyby pomiędzy dwoma światami, których mieszkańcy mieliby odmienne rodzaje poznania i działania, zachodziły zetknięcia pograniczne, co dałoby powód do zjawisk niezmiernie szczególnych i ciekawych. O takich zaś już naówczas dosyć wiele mówiono. Spirytyści mówili właśnie o tem, czego szukałem. Tak więc stanąłem przed koniecznością zbadania, czy można temu spirytyzmowi przyznać racye prawdy. Wtedy zresztą zajmowałem się tą dziedziną tylko przez kilka miesięcy; wkrótce musiałem spostrzedz, że naukowe zbadanie spirytyzmu nie jest możliwem, że musi on dla nas być niezrozumiałym, dopóki będzie go dzielić tak ogromna przepaść od innych gałęzi nauk. Musiałem zatem szukać ogniwa pośredniego, a ponieważ potrzeba mi było jedynie faktów, nasunęło się pytanie, czy może nie dałoby się nawet u człowieka w stanie niezwykłym zauważyć niezwykłego jakiegoś rodzaju poznania i działania. O tem zaś bardzo wiele mówią w obszernej literaturze somnambulizmu, i tak wydał mi się tenże najlepszem wprowadzeniem do spirytyzmu. Do zdolności somnambulików należą między innemi takie, które bezsprzecznie urągają wszelkiemu wytłumaczeniu ze stanowiska fizyologii, np. jasnowidzenie i działanie na odległość (telepatya). W żaden sposób nie można przecież jasnowidzenia w czasie przypisać fizycznym komórkom mózgowym. Kto zatem choćby raz tylko spotkał się z wypadkiem jasnowidzenia, ten jest logicznie zniewolony przypuścić istnienie sprawcy tej zdolności i to sprawcy zupełnie odmiennego i niezależnego od fizycznej istoty człowieka. Ale takiego nie znamy; nie jesteśmy świadomi naszych somnambulicznych zdolności i nie możemy ich dowolnie używać. Z tego wynika, że nasza samowiedza nie rozciąga się na całą naszą istotę. Tkwi zatem w nas ukryte, oddzielone od naszej ziemskiej samowiedzy, jądro istoty, które wykazuje zupełnie odmienne przystosowanie do świata zewnętrznego, niż nasze ciało. Jest ono sprawcą naszych własności okkultystycznych. Jesteśmy zatem istotą podwójną, a fizyczne ciało wraz z fizycznie uwarunkowaną świadomością tworzą tylko jednę stronę naszego jestestwa. Ale z tem ożywa znowu problem nieśmiertelności, który tylko dlatego zniknął optycznie dla nauki, ponieważ ta brała pod uwagę jedynie cielesną stronę człowieka. Śmierć usuwa tylko fizyczną formę zjawiska; lecz jeżeli posiadamy własności, które nie tkwią w ustroju cielesnym, to sprawca tychże śmierci nie podlega. Żyje on zatem dalej z nieuwarunkowanemi cieleśnie własnościami. Czyżby to może miały być te istoty, którym należałoby przypisać zjawiska spirytyzmu? Tu więc staje się zrozumiałem, w jakim pozostaje somnambulizm do spirytyzmu. Somnambulizm pozwala nam w samych sobie odkrywać pierwiastek duchowy (spiryt), którego dalsze życie po śmierci wydaje nam się niewątpliwem. Pytanie tylko, czy ten pierwiastek, jeśli odłączony jest od ciała, może wejść w jakiś kontakt z naszymi zmysłami, t. j. podpaść doświadczeniu. Do rozstrzygnięcia tego pytania jest oczywiście ten tylko kompetentnym, który zna niezwykłe własności człowieka, t. j. pierwiastku duchowego w nas samych. Spirytyzm nie można badać odrębnie, lecz tylko w związku z somnambulizmem. Wtedy dopiero będziemy mogli rozstrzygnąć pytanie, czy zjawiska spirytyzmu przychodzą do skutku przy pomocy duchowych sił medyum, t. j. pierwiastku duchowego (spirytu) w stanie wcielenia, czy wskutek pośrednictwa istot obcych, niewidzialnych, czy też wreszcie zjawiska te należy przypisać obu tym czynnikom. Mianowicie ta okoliczność, że somnambulizm i spirytyzm dają nam bardzo wiele zjawisk analogicznych, dowodzi przedewszystkiem tylko tego, że w obu mamy do czynienia z działalnością jednorodnych istot, zatem ludzkich duchów (agent); ale, czy są to ludzie żyjący (mianowicie dane medyum), czy ludzie zmarli, tego nie można rozstrzygnąć z owych analogii, a możnaby dopiero z dalszych znamion. Duch (agent) mógłby się znajdować w stanie cielesnym, albo też w stanie odłączenia od ciała; obaj bowiem rozporządzają temi samemi siłami. Stoimy zatem na rozstajnej drodze między animistyczną, a spirytystyczną hypotezą. Lecz obu partyom musi się wydawać pewnem, że wcielony lub bezcielesny spiryt nie porusza się w swym żywiole, jeżeli ma się objawić w granicach świata zmysłowego; nie jest on przystosowany do tego świata ziemskiego, jak nim jest cielesny człowiek; nie może on zatem rozwinąć programu bogatej działalności, ale może objawiać się tylko pośrednio i tylko wzdłuż wązkiego pasa granicznego, przy którym stykają się świat fizyczny (Diesseits) z światem duchowym (Jenseits). Wprawdzie oba te światy nie są rozdzielone, w znaczeniu przestrzennem; ale rodzaje przystosowane są w nich tak dalece odmienne, że wskutek tego wytwarza się podmiotowy dualizm tych światów. Jeżeli zaś program działalności ducha okazuje się ograniczonym, to przyczyny tego nie należy szukać w ograniczoności pierwiastku duchowego, ale raczej w ograniczeniu świata fizycznego. I to właśnie ma miejsce w somnambuliźmie i w spirytyzmie. W obu dziedzinach możemy przekonać się, jak to trudno przenosić działalność z jednego świata w drugi, do którego nie jesteśmy przystosowani. Zarówno wdzieranie się człowieka w świat duchów, jak i wdzieranie się duchów w świat materyalny podlega z natury rzeczy poważnym przeszkodom. Mogę teraz zebrać swoje wywody: Astronomia pouczyła mię, że w całym świecie panuje prawo przystosowywania się. Darwinizm pouczył mię, że mamy na ziemi miliony rodzajów przystosowania się istot żyjących do natury. Jakkolwiek tutaj materyał, z którego wytwarzają się istoty, jest wszędzie jedną i tą samą komórką, to jednak znajdujemy już na ziemi istoty komórkowe, które wzajemnie są dla siebie ukryte. Żadną jednak miarą nie możemy przyjąć, że ta tak niewyczerpanie bogata natura rozporządza tylko tym jednym środkiem, komórką, ażeby móc wytworzyć życie. Nic nie przeszkadza nam, przyjąć chociażby istnienie istot eterycznych, które właśnie dlatego posiadają własności eteru. Teorya poznania pouczyła mię dalej, że stosownie do sposobu przystosowania się istoty żyjącej do otoczenia, również jej wyobrażenie o tem otoczeniu może być bardzo rozmaite. Zatem, biorąc objektywnie, istnieją nietylko różnego rodzaju ciała niebieskie, z których każde wymaga od swych istot żyjących odpowiedniego rodzaju przystosowania; ale wobec stwierdzonej zależności świata wyobrażeniowego od fizycznej i umysłowej jakości istot żyjących jest bez wątpienia bogactwo światów subjektywnych bez porównania większem od przedmiotowych widowni życia. Z rozmaitości widowni życia wynika zatem: Inne światy, inne istoty! — Z rozmaitości zaś istot żyjących wynika znowu: Inne istoty, inne światy! Tak, istoty, żyjące w tem samem środowisku, mogą być w najróżnorodniejszy sposób do niego przystosowane. Dadzą się zatem pomyśleć istoty, które żyją w tym samym świecie, co i my, ale zupełnie inaczej go przedstawiają i zupełnie inaczej w nim działają, i o których nie wiemy wcale nic więcej, niż o owej dziwnej istocie, którą i to tylko w wyjątkowych razach poznajemy w somnambuliźmie, i która, jakkolwiek sami nie jesteśmy jej świadomi, przecież jest, jak się zdaje, właściwem jądrem naszej istoty. Ta to istota jest źródłem naszych sił okkultywnych. Darwinizm uczy zatem, że dwie istoty mogą być przystosowane do jednego i tego samego świata w zupełnie różny sposób; ale somnambulizm uczy, że jedna i ta sama istota może do tego samego świata przystosowaną być w podwójny i to tak różny sposób, że przedstawia wskutek tej różnicy dwa światy i w obu żyje równocześnie, w każdym zaś z odmiennym rodzajem działalności. Spirytyzm uczy wreszcie, że śmierć, która ze stanowiska jednego z tych przystosowań jest uwolnieniem ciała z duszy (eine Entseelung des Leibes), podczas gdy ze stanowiska drugiego przystosowania przedstawia się, jako wyzwolenie duszy z ciała (eine Entleibung der Seele), że śmierć niweczy jedynie dwoistość tego stosunku do natury, ale bynajmniej nie całą istotę. Tak więc przedstawia się stosunek między somnambulizmem, a spirytyzmem: Sprawcy (die Agenten) są w obu razach jednego rodzaju; tam działają bez użycia cielesności, tu bez posiadania nawet tej cielesności, przy pomocy sił i własności, które z różnicą tylko stopnia są w istocie jednemi i temi samemi w obu razach. Somnambulizm jest zatem osłabionym spirytyzmem tego świata (Diesseits); spirytyzm jest spotęgowanym somnambulizmem tamtego świata (Jenseits). Jeżeli ten system okkultyzmu rozłożymy na jego poszczególne części składowe, okaże się, że odstęp jego od nauk przyrodniczych jest daleko mniejszym, niżby to wyglądało napozór. Jest to stanowisko tych nauk możliwem, że dwie istoty są w tak różnorodny sposób przystosowane do tego samego świata, że w skutku tego powstaje dualizm podmiotowych obrazów świata i sfer działania. Dalej, jest przyrodniczo możliwem, aby jedna i ta sama istota stała w podwójnym stosunku do jednego i tego samego świata, tak żeby dla wrażeń każdej sfery rzeczywistości posiadała oddzielny organ poznawczy. Gdyby pomiędzy temi dwiema gromadami poznania nie istniało żadne połączenie, lub istniało bardzo niedokładne, to wtedy jedna połowa istoty nie wiedziałaby o istnieniu drugiej. Istota taka należałaby, niby amfibium wyższego rzędu, równocześnie do dwóch subjektywnie oddzielnych światów. Tak dobrze, jak my posiadamy dla naszego świadomego nam życia organ centralny, mózg, a dla nieświadomego nam ciało ostrzelne (das Sonnengeflecht), tak też dobrze mogłoby być, iżby obie te połowy razem były ze swej strony tylko połową naszej całej istoty, tak, że nasza połowa nadzmysłowa, podmiot transcendentalny, posiadałaby swój własny świat wyobrażeń, a w nim swój własny sposób działania. Jest przyrodniczo możliwem, żeby z dwu rodzajów przystosowania i gromad poznawczych jednej istoty — jeden był użyczony na krótszy czas, a drugi na dłuższy, żeby jeden był prowizoryczny, a drugi definitywny, tak, żeby zatem jedna połowa istoty mogła przetrwać drugą. Jest przyrodniczo możliwem, aby pomiędzy tym a tamtym światem nastąpiło połączenie, jeżeli przez to określimy jedynie dwa podmiotowo oddzielne światy, jeżeli w ten sposób rzucimy tylko pomost ze stanowiska istoty żyjącej. Pomostem tym jest próg odczucia ziemskiego organu poznania, a ten może się stale przesuwać — dowodzi tego postęp biologiczny, albo chwilowo — dowodzi tego som — nambulizm. Jest przyrodniczo możliwem, że w naturze, w której wszystko, sprawdzone do jednego jedynego wyrażenia pojęciowego, wszystko przedstawia się, jako rozwój i to rozwój wyższy, że więc w naturze stopniowe połączenie objektywnie oddzielnych światów utoruje się równie dobrze, jak pomiędzy krajami tej samej ziemi. Jest przyrodniczo możliwem, że przez wyższy rozwój istot żyjących subjektywnie oddzielne światy wyobrażeniowe różnych bądź też i dwoistych istot wzajemnie się spłyną. Jest przyrodniczo możliwem, że wszystkie objektywnie lub subjektywnie oddzielne światy wzajem dla siebie dojrzewają, że zatem cały wielki kosmos, który ekstenzywnie i intenzywnie daleko wybiega poza nasz świat wyobrażeniowy, jest usposobiony do togo, aby z pomocą rozwoju stać się organiczną całością. Zato jest przyrodniczo niemożliwem, aby ten kosmos był tylko robotą mozaikową i aby pomimo rozwoju był skazanym, wiecznie nią pozostać. Gdzie tylko sięga nasz subjektywny obraz świata, wszędzie znajdujemy, jako fakt, — zmianę, przystosowanie, rozwój i wzmaganie się form życia i świadomości. Ale ten fakt daje nam rękojmią, że granice podmiotowego obrazu świata ustawicznie się rozszerzają, aż ten i tamten świat utworzą wreszcie jeden. Lecz koniecznym etapem na drodze tego rozwoju jest spirytyzm. Okkultyzm jest jedynie nieznaną nauką przy-rodniczą. I jako taki uzyska w przyszłości niewzruszone podstawy naukowe; ale już dzisiaj nie może mu przyrodnik czynić zasadniczych zarzutów. I tylko grubi materyaliści srożyć się jeszcze będą przeciw temu. Uważają oni świat, wyobrażony w ludzkiej świadomości, za jedynie możliwy, t. zn. nie mają wcale pojęcia o zagadnieniu teoryi poznania. Przypatrzmy się nieco temu zagadnieniu. W naturze działa wszystko na wszystko; niema atoli ani jednego takiego organizmu, któryby był przystosowanym do całości natury, jesteśmy w ograniczony jedynie sposób wpleceni w sieć przyczynowości, a nasze zmysły są wskutek swej niewielkiej liczby i zdolności funkcyonalnej raczej granicami, niż pośrednikami poznania. Przyjmijmy teraz, jako dane, przystosowania wybitnie odmienne od siebie, to wyniknie w następstwie: odmienne przystosowania wytwarzają odmienne organizacye, odmienne stosunki do natury, odmienne światy wyobrażeniowe, zatem także odmienne doświadczenia, co wychodzi na jedno z różnorodnością praw natury, dających się wyabstrahować z tych doświadczeń. Organizacya zaś i doświadczenie istoty określają znowu jej naturalny i sztuczny sposób działania. Jeżeli teraz ten sposób działania rozszerzy się na obcą sferę przyczynowości, weźmy np. człowieka, to koniecznie muszą z tego wyniknąć zjawiska, wykazujące właśnie to, co przy gania się spirytyzmowi: sprzeczność z naszemi prawami natury. Spirytyzm jako nauka jest zatem logiczną ubocznią darwinizmu tudzież problemu teoretyczno — poznawczego, i gdyby nawet wszystkie znane nam z tej dziedziny fakta były tylko oszustwem, to jednak musiałyby się choćby gdzieś indziej wydarzać fakta istotne. Jeżeli materyalizm nie wysnuwa tej konsekwencji, to zaiste możęa powiedzieć, że jest on darwinizmem z ułamanym końcem, darwinizmem, nierozumiejącym samego siebie. Istota, która ma uszy, wyprowadzi ze swego doświadczenia zasady akustyki; istota, która ma oczy, zasady optyki; istota zupełnie inaczej zorganizowana, zupełnie inne zasady. Jeżeli teraz istota ostatniego rodzaju w swej działalności, tj. w sztucznem zastosowaniu swych praw, sprowadzi zjawisko, które zarazem podpada pod zakres obserwacyi, — ale nie pod zakres działalności — istoty opatrzonej wzrokiem, to ta ostatnia, spostrzegając sprzeczność zjawiska ze znanemi sobie prawami, będzie skłonną przypisać je własnej halucynacyi, lub cudzemu oszustwu. Profesorzy uważają nas spirytystów właśnie dlatego za otumanionych w dosyć osobliwy sposób, ponieważ wierzymy w rzeczy, które „sprzeciwiają się prawom natury.“ Że ta sprzeczność jest właśnie istotą spirytyzmu, że jest ona konieczną przy zjawiskach, należących do dwu różnych światów, jeżeli nawet w poglądzie na całość natury nie jest wcale sprzecznością, lecz oznacza tylko sprzeczność praw dwu dziedzin doświadczenia — w to nasi profesorzy długo jeszcze nie będą chcieli wglądnąć. Nikt z oględnych nie zechce twierdzić, że miliony zamieszkałych gwiazd istnieje tylko poto, aby bez końca powtarzać organiczny problem siatkówki i trąbki Eustachego. Ale jeżeli istnieją istoty o całkiem odmiennej organizacyi, zatem doświadczeniu i działalności, to wtedy spirytyzm jest najjaśniejszą rzeczą pod słońcem i to nietylko na naszej planecie. Każdy myślący badacz zjawisk spirytyzmu przyszedł do przekonania, ze idzie tu o zjawiska, które się odbywają pomiędzy dwoma światami. „C’est un monde nouveau, ouvert á nous — powiada prof. Richet w swem sprawozdaniu o seansach w Medyolanie. Ale właśnie ta istotna część rzeczy najostrzej jest zwalczaną. Porównanie wyjaśni, że przeciwnikom zbywa jedynie na zrozumieniu rzeczy. Rozdzielmy oko i ucho na dwie istoty, to mogłyby one rozmawiać z sobą o swych względnych światach, ale wcale nawzajem nie byłyby z tego mądremi. Kaźmy im spostrzedz tony oczami, a barwy uszyma, to dany percypient osądziłby takie zjawisko zupełnie tak samo, jak materyalista zajście spirytystyczna. Rozchodzi się tu właśnie o świat inny, i że znajomość jego nie może być skonstruowaną wprost, ale właściwie tylko ze sprzeczności ze znanemi nam prawami, to właśnie jest istotną trudnością, jaka nam przedstawia spirytyzm, jako nauka przyrodnicza. Przynajmniej zaś przelotnie tylko ma to miejsce, jeżeli już nie można wątpić, że z granicznego zetknięcia się dwu światów musi powoli wyniknąć obustronne wzbogacenie się zakresów ich wiedzy. Pierwsze kroki każdej nauki są właśnie najtrudniejszymi. Ale przy spirytyźmie dołącza się jeszcze dalsza okoliczność, że ponieważ istotnie zdarzają się oszustwa i ponieważ opór przeciwników powinien być złamany, każdy eksperymentator spirytysta w pierwszej linii zestawia takie warunki, które oszustwo wykluczają. Te warunki, zestawione do celu, który samemu zjawisku jest zupełnie obcym, nie mogą żadną miarą być identycznymi z owymi warunkami, których zjawisko wymaga, i które są dlań korzystne. Z tego zaś wynika, jako fizykalna konieczność, że zjawiska muszą być o tyle słabsze, im się ostrożniej tj. z większem niedowierzaniem eksperymentuje. Przeciwnicy, o ile to widzą, czerpią z tego nowe powody do podejrzeń; ale każdy człowiek oględny powie, że jest to woda na młyn spirytyzmu, że to właśnie dowodzi prawomierności świata umysłowego (intelligibel), który jest koniecznem przypuszczeniem fizyki transcendentalnej. Wobec tych okoliczności jest rzeczą zaleconą dla każdego eksperymentatora, przynajmniej czasowo dać zupełnie wolny bieg zjawiskom, nie narzucając im obcych, często paraliżujących warunków. Nie potrzebuje on się obawiać, że wtedy zjawiska te w swej całości wystawione będą na łup teoryi oszustwa; raczej spotka on się z kilkoma takiemi, które wogóle nie mogłyby być osiągnięte przez oszustwo, i których siła dowodu jest tak wielką, że nie może być ona przez warunki, wśród jakich odbyło się zjawisko, ani zwiększoną, ani też uszczuploną. Ale cofnijmy się jeszcze. Okkultyzm musi kiedykolwiek objawić się dla każdego świata i każdego rzędu istot. Wymaga on jedynie trzech przypuszczeń i wszystkie trzy mamy nawet danemi na naszej małej ziemi: wielkie biologiczne przeciągi czasu, wielkie biologiczne bogactwo i ustawiczna ewolucya. Można zatem przynajmniej przyjąć tę możliwość, że nawet na tej małej ziemi zjawiska nie dającego się wymyśleć okkultyzmu mogą stać się zarówno zwyczajnemi, jak dziś są niezwykłemi. Można sobie wyobrazić, że na tej ziemi następować będą po sobie istoty żyjące, choćby w znacznych odstępach czasu, których formy wyglądu będą tak dalece odmienne, że będzie się to równało zmianie subjektywnych obrazów świata, zarówno jak i odpowiadających im sposobów działania. Można pomyśleć, aby jednej istocie danemi były równocześnie odmienne formy wyglądu i sposoby działania, o czem obie połowy jego istoty wiedzą, albo może też nie wiedzą. Równałoby się to jednoczesnej przynależności do tego (Diesseits) i do tamtego świata (Jenseits), i to można twierdzić — według mego mniemania — o nas, ludziach. Bez tego przypuszczenia byłoby nawet zgoła , że obok zwykłego sposobu bytu możemy jeszcze okazać somnambuliczny z zupełnie odmienną formą wyglądu i sposobem działania, co znowu nie może być jedynie skutkiem jakichś czarów, wywołanych przez magnetyzera, i co może być tylko wysnutem z dziedziny ukrytej (Latenz). Sam Kant wygłaszał zresztą ten pogląd i wypowiedział go w „Marzeniach jasnowidzącego“, że należymy jednocześnie do dwu odrębnych światów, pomimo, że nie wiemy o tem, jako ziemscy ludzie. Lecz wreszcie można i to pomyśleć, że na naszej ziemi istoty żyjące o odmiennej formie wyglądu i odmiennym sposobie działania nie wyłonią się dopiero w biologicznej przyszłości, ale że dziś już istnieją i ziemię zamieszkują. Gdybyśmy też o tem wcale nie wiedzieli, nie dowodziłoby to bynajmniej czegoś przeciwnego; bo też nie wiemy nic, lub prawie nic, o naszym własnym transcendentalnym podmiocie, który właśnie jest członkiem owego hypotetycznego szeregu istot i który żyje w tym samym zaświecie (Jenseits), co i one. Ale przyjmijmy teraz, że taki współcześnie z nami żyjący szereg istot wszedłby z nami za pomocą ewolucyi w zetknięcie się graniczne. Równałoby się to oddziaływaniu zaświata na ten świat, t. zn. nasze obustronne subjektywne obrazy świata i sposoby działania poczęłyby nawzajem się mieszać. Nastąpiłyby zatem zjawiska, które ze stanowiska naszego świata byłyby cudami, jakkolwiek ze stanowiska owego szeregu istot byłoby zupełnie naturalne. Ale jakżeby to przyjął ziemski człowiek? Przeczyłby on z początku możliwie najdłużej tym faktom, bo nie wie on nic o owym szeregu istot. A gdyby to już dłużej nie uchodziło z powodu zbyt częstych spostrzeżeń, tłumaczyłby je sobie z fałszywych przyczyn, czyto z chorobliwej wyobraźni widza, czy też z rozmyślnego wdania się jakiegoś dowcipnisia. Takie wytłumaczenie zjawisk byłoby ulubionem szczególnie u owych ludzi, którzy są dostatecznie wykształceni, aby wiedzieć, że w naturze nie mogą istnieć żadne cuda. Ale najgłośniej grzmieliby przeciw wszelkiemu innemu rozumieniu zjawisk owi uczeni, u których pojęcie przyczynowości wypłynęło ze zjawisk znanego nam świata (Diesseits), i którzy tak się już weń wżyli, że każde rozszerzenie widnokręgu odczuwają, jako bolesną operacyę. Nie mogą oni tego zrozumieć, że ze świata inaczej przedstawionego wypływają też inne przyczynowości rzeczy. Ale istoty, których to dotyczy, muszą, jeżeli oddziaływają na nasz świat, koniecznie wywoływać zjawiska, które stoją w sprzeczności wprawdzie nie z nauką, ale z naszą wiedzą. Ale owi uczeni, którzy już przy samem słowie: „zaświat“ mimowoli wznoszą oczy ku zenitowi, gdzie, zakląwszy się na Kopernika, nic dojrzeć nie mogą, z wielką trudnością doszliby do przekonania, nawet trudniej niż profani, że zaświat możemy odkryć jedynie, zagłębiając się we własnem wnętrzu. Słowem, prawda byłaby na ziemi przyjętą znowu przydepnięciem nogą i to aż do jednego szczegółu zupełnie tak samo — jak dziś przyjmują spirytyzm. Aby ochronić się od udziału w tem przyjęciu, musimy najpierw ciągle pamiętać o tem, że o tym i tamtym świecie może być mowa tylko w znaczeniu podmiotowem, teoretyczno-poznawczem, a nie w przestrzennem. Kant powiedział, że zaświat nie jest innem miejscem, lecz tylko innym stanem; Hellenbach mówi, że urodzenie i śmierć są tylko zmianą form wyglądu, a dwa te sądy można krótko i zwięźle zebrać w zdaniu: zaświat jest tym światem, uważanym z innego punktu widzenia. Świadome istocie stosunki do natury tworzą jej świat (Diesseits); nieświadome jej stosunki innych istot, zarówno jak i jej własne — tworzą zaświat (Jenseits). Mogą zatem istnieć niezliczone światy i zaświaty, albowiem w naturze dane są niezliczone stosunki, z pewnością i niezliczone szeregi istot, jak też i niezliczone położenia progu świadomości, który dla każdego szeregu istot odcina inny świat (Diesseits) z wielkiej całości natury. Jak widzimy, zawisło przyjęcie jakie znajduje spirytyzm u człowieka, od jego filozoficznej rozwagi, która właśnie może mieć wielką rozmaitość stopnia. Można wprawdzie stać się spirytystą wskutek tylko doświadczenia, t. zn. prostej brutalności faktów, z którymi się ktoś spotyka. Ale, żeby stać się spirytystą na drodze myślenia, do tego niezbędnym jest jasny pogląd na problem teoretyczno-poznawczy, co już niekażdemu jest danem. Trzeba móc zwątpić w istnienie tego świata, ażeby móc uwierzyć w zaświat. Dlatego jest zupełnie zrozumiałem, że filozofowie, którzy swój system oparli na zagadnieniu teoretyczno-poznawczem — Kant i Schopenhauer — którzy zatem o istnieniu tego świata wątpili, wkońcu dotarli do mistyki, że przeciwnie materyaliści, którzy o tym świecie (Diesseits) nie wątpią, i stół uważają za realny poprostu dlatego, ponieważ można sobie na nim nabić guza, dostają prawdziwych dreszczów, skoro tylko mowa o zaświecie i o duchach. Można zatem powiedzieć, że naukowo-przyroduicze możliwości daleko wybiegają poza to, co przedstawiają — nasze zwykłe życie, somnambulizm i spirytyzm. Ale, że wszystkie te możliwości są rzeczywiście danemi, jest to wobec bogactwa natury o wiele prawdopodobniejszem, niż to, żeby tylko wyobraźnia człowieka, tego robaka ziemskiego, była bogatą, a natura tak biedną, aby wszędzie wydawała tylko czworo lub dwunożne stworzenia podzielone na samców i samice. Sądzę przeciwnie, że żadna ludzka wyobraźnia nie może nawet w przybliżeniu wyczerpać wszystkich dziedzin rzeczywistości. Ale też dlatego jesteśmy w ciemni metafizyki równie ogromnie oddaleni od prawdy, — jak ćma, która wśród mroków nocy zwabiona światłem gwiazdy, stara się ku niej wzlecieć. A wtem zjawia się okkultyzm i przedstawia mi, jako fakty doświadczalne — kilka z wyobrażonych przezemnie możliwości przyrodniczych. Napominają mię, abym je pogardliwie usunął na stronę, li tylko dlatego, że wybiegają one poza ograniczone przyzwyczajenia myślowe istot, które w tem stuleciu żyją na znikająco małej planecie. Atoli będę się strzegł uczynić coś podobnego; widzę raczej w somnambuliźmie i spirytyzmie pożądaną wprawdzie, ale bardzo szczupłą wypłatę na rachunek, jaki może nam przypaść w udziale w państwie poznania. Pozostańmy jednak na ziemi. Znaleźliśmy na niej owe trzy warunki, wśród których istnieć może życie normalne i okultywne — czy to sukcesywnie, czyteż jako udział różnych szeregów istot, czy wreszcie jednocześnie, jako udział jednej i tej samej istoty. Atoli, jeżeli danem jest to następstwo, albo ta jednoczesność, to już w tym jednym fakcie, że natura podlega rozwojowi, leży rękojmia na to, że cała ta natura przeznaczoną jest do utworzenia organicznej całości, jakkolwiekby się to stało w bardzo odległej przyszłości. Co jest odrębnem, może być odrębnem jedynie pozornie i subjektywnie, dla istot, żyjących w ograniczonej widowni i w ograniczonym czasie. Wszechświat nie jest robotą mozaikową. Zarówno objektywne widownie życia wstąpią wówczas w liczniejsze i bliższe stosunki wzajemne, jak też i subjektywne wyobrażenia świata muszą się spłynąć w jednę całość. Możemy wyobrazić sobie ziemię, zamieszkaną przez rasę, która znalazła środki porozumienia się z mieszkańcami Marsa, albo też przez istoty, świadome swej przynależności do tego i tamtego świata. Kto myśli inaczej, podobnym jest do owego filistra, który mniema, że pomalowane w paski rogatki, to ni mniej, ni więcej, tylko sprawka eonów, którzy na całą wieczność mają obowiązek od czasu do czasu zamalowywać słupy na świeżo. Takie połączenie świata objektywnego i subjektywnego wydaje nam się dziś jeszcze trudnem do pomyślenia, ponieważ nie możemy wytworzyć sobie określonego wyobrażenia o rozwoju umysłowym przyszłych pokoleń; ponieważ jest to zadanie, które na miarę dzisiejszych zdolności człowieka wydaje się nierozwiązalnem. Trzeba atoli pomyśleć, że nie może tu być mowy o nas, być może nawet o przyszłych mieszkańcach ziemi. Ziemia nie jest może jeszcze powołaną do wydania Kolumba dla tego połączenia, jest ona może tylko wyspą, na której on wyląduje. Przynajmniej Kolumb spirytyzmu nie urodził się na naszym globie. Spirytyzm powstał wskutek faktów, które same nam się narzuciły; jest on tylko doświadczeniem, bynajmniej zaś nie odkryciem ludzkości. Wielu mamy dziś jeszcze ludzi, którzy sądzą, że spirytystą zostać można jedynie na drodze stopniowej autosugestyi. Atoli można nim stać się również na drodze myślenia, zupełnie niezależnie od doświadczenia; co więcej, musi się dojść do tego, jeżeli to myślenie jest dosyć konsekwentne. Nawet, gdyby nigdy jeszcze dotąd o spirytyzmie nie było mowy, to i tak musiałby on wystąpić w przyszłości. Mój specyalny wypadek był takim, że idee, uzyskane deduktywnie, postawiły mię ku własnemu zdziwieniu przed okultyzmem, a przy bliższem rozpatrzeniu się w tej dziedzinie znalazły również potwierdzenie induktywne, doświadczalne. W tych okolicznościach możnaby zatem mówić o otumanieniu, przynajmniej co się mnie tyczy, raczej wtedy, gdybym jeszcze dotąd nie był stał się spirytystą; najwyższa bowiem pewność, jaką człowiek wogóle może osiągnąć, daną mu jest wówczas, kiedy rozumowanie i doświadczenie pokrywają się wzajem. Czytelnik może przynajmniej z tego wszystkiego wywnioskować, że wyszedłem był z dziedziny niepodejrzanej — z astronomii i darwinizmu. Przez szeroką lukę, która oddziela te nauki od okultyzmu nie przeleciałem na skrzydłach, ale przemierzyłem ją krok za krokiem. Na drodze wniosków, którym — o ile mogę być sędzią we własnej sprawie — nie można zarzucić braku logiki, doszedłem w końcu do okultyzmu, a doświadczenie mi je potwierdziło. Jest rzeczą naturalną, że idąc za swym popę-dem, nie zawsze umiałem znaleźć sobie właściwą drogę. Atoli pewnym byłem co do tego, że mogę nie troszczyć się o cel, do którego się zbliżam, póki kierować się będę logiką i faktami.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…