Read here

Spadek, którego nie było

Zofia Dromlewiczowa · 1927 · Free in the US

17,756 words · about 1 h 15 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1927 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Spadek,_którego_nie_było&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Zofia Dromlewiczowa
Language
Polish
Published
1927
Length
17,756 words · about 1 h 15 min
Sections
22 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (22)

Continue:

Front matter

OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM

Nr. 89 Nr. 89

BIBLJOTECZKA

całość

OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM

Nr. 89 Nr. 89

BIBLJOTECZKA

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

Z. DROMLEWICZOWA

Z cyklu: „WIELKIE PROCESY“

Spadek, którego nie było.

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-wa Wyd. „RÓJ“ s. z. o. o.

Warszawa, Kredytowa 1. P. K. O. 9880.

Sp. Akc. Wyd. Druk. „Praca“. Fr. Bogucki, Kredytowa 2-4.

MARZENIA.

Pieniądze, władza i potęga stanowiły przedmiot marzeń Teresy Dorignac. Być bogatą, być szczęśliwą, nosić najpiękniejsze suknie, mieszkać w wytwornych apartamentach, przyjmować u siebie ludzi z najlepszego towarzystwa, mieć wszystko czego tylko zapragnie — oto były skromne żądania młodej dziewczyny. Teresa marzyła i wierzyła w swoje marzenia. Wydawało jej się niepodobieństwem, aby całe życie miała spędzić w niedostatku, nie posiadając nigdy tego, co tak bardzo posiadać pragnęła. I zajmując się skromnem gospodarstwem swego ojca, opiekując się i zastępując matkę rodzeństwu, Teresa wierzyła, że prowadzone przez nią życie jest tylko prowizorycznem, że skończy się niebawem i że blizką już jest chwila, gdy będzie mogła rozpocząć nowe, ciekawe życie bogatej i nieodmawiającej sobie niczego kobiety. Ojciec Teresy, człowiek zajmujący się wieloma interesami w życiu, a ostatnio agent matrymonjalny, podsycał te marzenia. Opowiadał wiecznie o bogactwie, które go jeszcze czeka, wspominał o tajemniczych spadkach, które mu się należą, jednem słowem podtrzymywał tę atmosferę oczekiwania i pewności, że lada chwila sytuacja majątkowa całej rodziny zupełnie się zmieni. „Gdy będziemy bogaci“ — zwykła mawiać Teresa, a ojciec nie dziwił się nigdy tym słowom. Przeciwnie, z zapałem podtrzymywał tę nadzieję i wraz z dziećmi snuł plany niedalekich zamierzeń. „Gdy będziemy bogaci“ — mówiła Teresa z niezachwianą pewnością, ani przez chwilę nie przypuszczając, że mogłoby być inaczej i pewność ta udzielała się jej otoczeniu. A tymczasem rzeczywistość różniła się bardzo od tych marzeń. Interesy ojca Dorignac nigdy nie należały do świetnych, niepowodzenia zaś wzrastały jeszcze z czasem i gdy zamieszkał w Tuluzie nie było niemal dnia aby u drzwi jego domu nie rozległ się dzwonek wierzyciela. Lecz rodzina Dorignarów nie przejmowała się zbytnio temi wizytami. Wierzyciela uspakajano zawsze miłem słowem. obietnicą, solennem zapewnieniem i zyskiwano znów na czas jakiś zwłokę, Specjalnie Teresa odznaczała się umiejętnością uspokajania wierzycieli. Bardzo ładna, młoda dziewczyna, o pełnym uroku uśmiechu, umiała czarować każdego i nietylko zyskiwała zwłokę dla ojca, ale potrafiła zawsze znaleść pieniądze na swoje własne wydatki. Tym, że długi rosną, nie martwiła się wcale. Długie godziny spędzała na marzeniu o bogactwie i widziała się.ie pięknie ubraną, widziała zazdrosne spojrzenia kobiet, tłumy wielbicieli i postanowiła uczynić wszystko, byleby tylko marzenia jej zostały spełnione.

MAŁŻEŃSTWO.

Mając lat dwadzieścia Teresa wychodzi za mąż za Fryderyka Humberta 27 letniego adwokata, syna znanego profesora Gustawa Humberta. Fryderyk jest marzycielem, a takie robi wrażenie, zajmuje się z upodobaniem studiowaniem malarstwa i poezji i sam maluje bardzo dobrze. Pozatem wielu ludziom wydaje się dziwakiem, jest milczący, spokojny, przeważnie zamyślony, lubi samotność i spędza całe tygodnie sam, na jakiejś odległej wsi. Małżeństwo Teresy jest małżeństwem z miłości. Fryderyk kocha ją gorąco i ona również odpłaca mu głęboką miłością. Znają się od lat kilku i już mając lat trzynaście uważała się Teresa za narzeczoną Fryderyka. Pomimo, że Teresa pochodzi z niezbyt dobrej rodziny, pomimo, że nie posiada posagu, Fryderyk nie spotyka ze strony ojca żadnych przeszkód. Rodzice jego pragną bowiem dla niego małżeństwa z miłości i Fryderyk poślubia Teresę. Lecz chociaż stary Humbert nie zwracał, w tym wypadku.żadnej uwagi na stronę majątkową, jednakże Teresa, w rozmowach z przyszłym teściem, parokrotnie wspominała o czekającym ją wielkim majątku, o rozmaitych spadkach, prezentach i o zamku Marcotte, który jakoby do niej miał należeć po śmierci jego dożywotniej właścicielki. Tymczasem jednak obecna sytuacja niczem nie zapowiadała świetnej przyszłości. Nawet w dniu ślubu Teresy zjawia się jeden z wierzycieli, żądając zwrotu długu, wynoszącego dwa tysiące franków, Teresa jednak uspokaja go i wierzyciel odchodzi, nietylko nie otrzymawszy należnej mu sumy, ale zapłaciwszy jeszcze rachunek za ślubną karetę państwa młodych. Sytuacja ta nie zmienia się również po ślubie. Warunki materjalne młodych są mniej, niż skromne. Mijają dni podczas których brak im poprostu pieniędzy niezbędnych na utrzymanie. I oto Teresa buntuje się przeciwko losowi. Nie chce być pokonaną przez życie Pragnie być bogatą i będzie nią wbrew wszelkim możliwościom! Zbyt wiele marzyła, aby żadne z jej marzeń nie zostało spełnione. Postanowiła zapanować nad życiem. Postanowiła sobie sama stworzyć to, co jej było potrzebne do zdobycia upragnionego bogactwa. Czekała dosyć długo Życie nie przyniosło jej upragnionego , należało więc mu pomóc. Oczekiwała spadku. Nie było go jednak i Teresa uważała, że już dość długo trwa to czekanie biernie i spokojnie. Teresa Humbert postanowiła sama stworzyć spadek, który jej miał przynieść bogactwo i szczęście, spadek, którego w rzeczywistości wcale nie było.

WIELOMILJONOWY SPADEK

I oto po przyjeździe do Paryża, gdzie ojciec Fryderyka zajmował wysokie już stanowisko rządowe, słyszy się coraz częściej, naprzód mgliste i ogólnikowe, a potem coraz wyraźniejsze i szczegółowsze rozmowy na temat spadku, który jakoby otrzymała Teresa. A gdy w roku 1883-im ojciec Fryderyka, Gustaw Humbert

ministrem sprawiedliwości — wiadomo już wszystkim wokoło, że synowa jego odziedziczyła wielomiljonowy spadek, który jej pozostawił niejaki Henryk Crafford — Amerykanin, przyjaciel jej ojca. Nikt więc nie dziwi się, że młodzi Humbertowie przeprowadzają się ze swego dotychczasowego skromnego mieszkania w dzielnicy łacińskiej do wytwornego apartamentu na Polach Elizejskich i zaczynają prowadzić coraz bardziej wystawne życie. Kapitalistów, którzy pożyczają młodym Humbertom i to wysokie sumy — nie brak. Każdy pragnie przysłużyć się ludziom, których formalności tylko dzielą od chwili otrzymania wielomilionowego majątku, ludziom, którzy pozatem zgadzają się na płacenie najwyższych procentów. Nikt nie wątpi w autentyczność spadku, w prawdę słów mąż jest przecież synem ogólnie poważanego ministra sprawiedliwości). I oto marzenia Teresy zaczynają się spełniać. Może rozporządzać dużemi sumami pieniędzy, mieszka w pięknym apartamencie i bywa u niej najlepsze towarzystwo Paryża. Rozumiała jednak dobrze, że aby ten stan podtrzymać należy, czemś bardziej przekonywającem, niż słowa, upewnić wiarę wierzycieli, że spadek istnieje.

PRZESZKODY I PERTRAKTACJE

I oto okazuje się, że istnieje jeszcze testament sporządzony tego samego dnia co pierwszy, w którym Henryk Crafford zapisuje 1/3 swego majątku siostrze Teresy, Marji Dorignac, a 2/3 swoim bratankom Henrykowi i Robertowi Craffordom z warunkiem jednakże, że z procentów renty francuskiej, w której jest ulokowany cały majątek wypłacać będą 30.0C0 franków miesięcznie Teresie. Spór wynikły pomiędzy Humbertami, a Craffordami opóźnia naturalnie objęcie majątku, nie niepokoi jednak wierzycieli, gdyż nawet drugi testament, aczkolwiek nie daje Teresie prawa na cały majątek tak jak testament pierwszy, to jednak zabezpiecza jej 30.000 fr. miesięcznie. Spór ten zakończa się polubownie w ten sposób, że Craffordowie powierzają cały majątek, znajdujący się w papierach renty Humbertom pozostawiając go pod ich dozorem, z tym jednak, że Teresie wolno go ruszyć. Naruszając bowiem w najmniejszej choćby części powierzony majątek, zgadza się tym samym dobrowolnie na uznanie drugiego testamentu, to jest na otrzymanie tylko 30.000 fr. a nie całego majątku. Taki stan rzeczy ma trwać do dojścia do pełnoletności Marji Dorignac, t. j. do 3 grudnia 1884 roku. Poczem wszyscy spadkobiercy mają zejść się raz jeszcze i sprawę między sobą załatwić. Umowę tę pokazywała Teresa wszystkim, wszystkim też pokazywała kasę, w której znajdowały się chronione przez nią kapitały. Rzadko i niektórym tylko odważała się pokazywać wnętrze kasy. I ci twierdzą, że rzeczywiście wartościowe papiery widzieli. Jakie to były papiery, czy skupywane bezwartościowe akcje, czy też pożyczane na krótki termin — niewiadomo. Faktem jest, że nikt nie wątpił w to, że w kasie Teresy mieści się wielomilionowy majątek, który całkowicie, lub częściowo, przejdzie w jej ręce. Pod zastaw tego majątku Teresa pożyczała coraz większe sumy, obracała niemi, kupowała nieruchomości i naturalnie każdy był pewien jej wypłacalności. I rzeczywiście w kilka dni po oznaczonym terminie pełnoletności Marji, Humbertowie porozumieli się z Craffordami i wynik tego porozumienia wydawał się bardzo pomyślnym: Teresa otrzymała od nich list, który brzmiał jak następuje: Solidarnie zgadzamy się uznać za nieistniejący testament naszego stryja i niczego nie żądać ze spadku zapisanego nam przez niego — jeżeli ze swej strony państwo się zgodzą wypłacić nam po 3 miljony franków.

Na co państwo Humbert odpisali im natychmiast: W odpowiedzi na list Panów z 9-go b. m., w którym Panowie ujawniają gotowość zrzeczenia się wszystkich praw do spadku stryja Panów pod warunkiem wypłacenia przez nas Panom po 3 miljony franków, mamy zaszczyt zawiadomić, że przyjmujemy propozycję Panów.

Wydawało się, że sprawa została ostatecznie załatwiona, że Teresa po wypłaceniu żądanej sumy zostanie prawną właścicielka miljonów i przystąpi do regulowania długów. Tak jednak wyobrażali sobie tę sprawę tylko liczni wierzyciele. Teresa myślała o tem wszystkiem zupełnie inaczej. I oto pomimo dobrowolnej umowy Craf- lordowie odmawiają przyjęcia 6 miljonów franków przysłanych im przez Humbertów i nie chcą zwolnić Teresy z poprzedniej umowy i z dozoru majątku. Wytaczam im proces — oznajmia Teresa swoim nieco skonsternowanym wierzycielom — sprawa jest przecież jasna jak słońce. Nie będą się chyba chcieli procesować o dobrowolnie przez nich podpisaną umowę, gdyż przegrana ich jest zbyt widoczna. Naturalnie nikt na tem nic nie traci, a przeciwnie, procenty bowiem rosną z dniem każdym. Craffordowie jednak pomimo widocznej przegranej nie cofają się przed procesem. Do adwokata Parmentiér w Hawrze, przychodzi dwuch panów, którzy przedstawiają się jako Craffordowie (w rzeczywistości byli to ucharakteryzowani dwaj bracia Teresy, Roman i Emil Dorignac) i mianują p. Parmentier swoim plenipotentem, powierzając mu tę sprawę. Nie dotrzymujemy podpisanej przez nas umowy — twierdzą oni — dlatego, bo na skutek zrzeczenia się testamentu mieliśmy obiecane, że Maria Dorignac poślubi syna jednego z nas Henryka-Roberta Crafforda. Teraz zaś już po podpisaniu umowy, Marja nie chce wyjść za niego, korzystając z tego, że punktu o jej małżeństwie nie mogliśmy umieścić w handlowej umowie. A gdy p. Parmentier zauważył, że przecież zgóry wiadomo, że sprawa tego rodzaju musi zostać przegraną, Craffordowie odpowiedzieli, że wiedzą o tem, ale chcą przetrzymać Humbertów, podkopać ich kredyt materjalny i moralny, zmęczyć ich tem i zmusić do wypełnienia warunków, lub też do dobrowolnej zmiany umowy. Poczem pozostawiają p. Parmentier honorarjum i plenipotencje i odtąd pozostaje on w stałej korespondencji z rzekomymi Craffordami, angażując w ich imieniu najlepszych adwokatów Francji i wypłacając im przysyłane honorarja.

PROCES.

I rozpoczyna się proces pomiędzy Humbertami i Craffordami. Proces jedyny w swoim rodzaju, proces między stronami, z których jedna nie istniała wcale, o majątek, którego wogóle nie było. Proces dla Teresy Humbert konieczny, gdyż odwlekał on dzień rozwiązania, a potwierdzał istnienie spadku. Naturalnie wszystko to było inicjatywą Teresy w wykonaniu jednak tego planu brała udział cała jej rodzina. Mąż jej, marzycielski artysta, a jednocześnie świetny, choć niepraktykujący prawnik, pomaga jej sumiennie w tych wszystkich przedsięwzięciach. Teresa daje plan, a Fryderyk pracuje nad precyzyjnem wykonaniem wszystkich szczegółów i szczególików tego planu. Teresa załatwiała wszystkie sprawy zewnętrzne, ona rozmawia z wierzycielami, ona czaruje swym nieodpartym wdziękiem, zaciągają wciąż nowe i nowe pożyczki, ona przeprowadza z niezmierną łatwością najbardziej zawikłane tranzakcje. Fryderyk zaś w ciszy swego gabinetu w godzinach wolnych od malowania obrazów i czytania poezji, studjuje kodeks karny, analizuje każdy paragraf, każdy szczegół mogący się przydać do odwleczenia jeszcze sprawy. Ma robotę niezmiernie trudną i żmudną. Musi obmyślać każde poruszenie zarówno dla Humbertów, jak dla Craffordów. Musi nadać wszystkiemu wyraz prawny i prawdopodobny, zapobiec wszelkim podejrzeniom, a jednocześnie uniemożliwić zakończenie procesu. Rodzeństwo Teresy pomaga jej także Marja gra role ofiary, którą Craffordowie chcą zmusić do ślubu. Roman najbardziej przywiązany do Teresy wykonywa bardzo chętnie wszystkie jej polecenia. On załatwia sprawy z wierzycielami, on odgrywa rolę jednego z Craffordów, odbiera na poczcie listy przysyłane pod ich inicjałami i prowadzi korespondencję. Drugi brat Teresy — Emil trzyma się trochę dalej od tych wszystkich spraw, otrzymuje nawet dzięki temu przezwisko „Egoista“. Żona Emila bowiem (siostra Fryderyka) czuje silną antypatję do Teresy i stara się aby między Emilem, a Teresą panowało pewne ochłodzenie. Wpływ jednak Teresy i wrodzone zamiłowanie do posiadania pieniędzy zwyciężają i Emil również chcąc nie chcąc bierze udział w tej sprawie odgrywając rolę drugiego Crafforda. I usiłowania całej rodziny udają się znakomicie. Nikt nie wątpi w prawdziwość spadku, procesowanie się o który kosztuje tyle pieniędzy. W sprawach, dotyczących niedotrzymanej umowy między stronami, sąd nie sprawdza podawanych szczegółów, uznając za prawdziwe wszystkie dane, które podaje jedna strona, a którym nie zaprzecza druga. Tak samo było i teraz. Tembardziej, że uwagę sądu od samego testamentu odwrócili Humbertowie zarejestrowaniem i opłaceniem umowy, co kosztowało 75,000 franków. Proces ten trwa lat dwadzieścia! Biorą w nim udział z jednej i z drugiej strony najlepsi adwokaci. Craffordowie przegrywają, apelują, , znowu przegrywają i tak ciągnie się bez końca. Wreszcie w 1896 roku Sąd przyznaje Teresie prawo złożenia nieprzyjmowanych przez Craffordów 6 miljonów do kasy depozytów. Naturalnie Craflordowie znów apelują i rozpatrywanie ich apelacji trwa cztery lata. Proces ciągnie się bez końca — Craffordowie działają na zwłokę, podając miejsce swego pobytu w Ameryce, korzystają z przysługującego im prawa pięciomiesięcznego terminu od chwili otrzymania wezwania na sprawę sądową. Pozatem od czasu do czasu sprawy sądowe są w zawieszeniu wobec polubownych porozumień się stron. Tymczasem Humbertowie bogacą się coraz bardziej. Za pożyczone pod zastaw spadku pieniądze skupują domy, posiadłości — mają osiem domów w Paryżu w okolicy Paryża, nabywają zamek Celeillerant, który zostaje urządzony po królewsku i w którym Teresa urządza najwspanialsze bale i przyjęcia.

MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ.

Marzenia skromnej dziewczyny, która posiadała w swej garderobie jedną suknię na codzień i jedną od święta, się spełniły. Teresa wydaje szalone sumy na tualety. W roku 1900 rachunek jej w magazynie Doucat’a wynosi 97.000 franków, u Vortha 32.000. W tym samym roku za kupione futra zapłaciła Teresa 16.000 fr. a za buciki i pantofle 58.000 franków. Goście Teresy należą do najlepszego towarzystwa Paryża, bywają u niej najbardziej ciekawe i znane osobistości. Dość powiedzieć, że przez jakiś czas minister handlu i przemysłu figurował na liście Teresy tylko jako gość zapasowy t. j. taki, którego prosiło się, gdy nie było nikogo lepszego pod ręką. Teresa znana jest i podziwiana w całym Paryżu. Wszystkim się podoba, wszyscy się nią zachwycają. I takie życie wystawne, szerokie bez spoglądania w przyszłość trwa lata całe i trwałaby może do końca życia Teresy, gdyby wreszcie nie wmieszali się do sprawy przemocą zrozpaczeni wierzyciele.

TOWARZYSTWO „RENTA DOŻYWOTNIA“

W roku 1893-im Humbertowie doszli do wniosku, że obracanie fikcyjnym spadkiem nie wystarcza i że należy zorganizować coś dodatkowego, co bez wielkiej pracy zwiększyłoby ich dochody. I w roku 1893-im powstaje Towarzystwo p. n.: „Dożywotnia renta“, której zakładowy wynosił 10,000,000 (dziesięć miljonów) franków i był podzielony na 200 akcji po 5,000 franków każda. Kapitał ten wniesiony był jakoby przez braci Teresy Romana i Emila Dorignac. Kapitał zapasowy znajdował się w kasie Teresy. Humbertowie byli akcjonarjuszami i oni również stanowili zarząd towarzystwa. Towarzystwo to cieszyło się wielkiem powodzeniem, gdyż płaciło 12-15% od kapitału t. j. więcej niż jakiekolwiek tow. we Francji. Publiczność chętnie więc składa swe oszczędności, nie domyślając się wcale, że wszystkie kapitały przechodzą do prywatnej kasy Humbertów, którzy wydawali je według własnego uznania na własne potrzeby. Taki stan rzeczy trwał lata całe. Wymowna, czarująca Teresa uspokajała wciąż niezliczonych wierzycieli obietnicą szybkiego zapłacenia, nadzieją zakończenia procesu, płaceniem olbrzymich procentów. Lecz struna naciągana przez tyle czasu pękła. Pomiędzy wierzycielami Humbertów znajdowali się nietylko lichwiarze pożyczający zawodowo, co do których można było tym razem zastosować przysłowie: „Trafiła kosa na kamień”, ale byli także ludzie, którzy w zaufaniu powierzyli im cały swój majątek i czekać dłużej nie mogli, choćby nawet Craffordowie egzystowali naprawdę. I ludzie ci zrozpaczeni i bezradni rozpoczęli z Teresą walkę, która zresztą z początku nie dała dla nich żadnego pomyślnego wyniku i podczas której trzech zupełnie zrujnowanych przez Humbertów wierzycieli odebrało sobie życie.

„PROCES TEN JEST NAJWIĘKSZEM OSZUSTWEM NASZEGO STULECIA“

Inni jednak wierzyciele walki tej nie zaprzestali. W roku 1897-ym bankier Girard, jeden z wierzycieli, wziął udział w sprawie w charakterze trzeciej strony. Pełnomocnik Girarda sprawdził wówczas, że pod wskazanym przez Craffordów adresem Nev-York Broadway 102 znajduje się hotel, w którym jednakże nigdy ani Henryk, am Robert Crafford nie zamieszkiwali. Na tej zasadzie adwokat Girarda Waldeck-Rousseau żądał uznania apelacji Craffordów za nieistniejącą ze względu na nieprawidłowe podanie miejsca zamieszkania. „Proces ten jest według mnie największem oszustwem naszego stulecia!“ — oświadczył Waldeck-Rousseau w swej przemowie, wygłoszonej podczas rozprawy sądowej. Było to pierwsze publiczne oświadczenie tego rodzaju. Mimo to jednak sąd nie uwzględnił podania i motywów Waldeck-Rouseau i w ciągu czterech lat jeszcze ciągnęło się rozpatrywanie apelacji Craffordów. Wreszcie w roku 1900-ym postanowiono nie uwzględnić apelacji Craffordów i pozwolić Teresie Humbert wydzielić ze spadku sześć miljonów i wnieść je do kasy depozytów. Craffordowie podali natychmiast skargę kasacyjną, potem zrzekli się jej i rozpoczęli sprawę znów w inny sposób, a mianowicie podali prośbę do sądu o uznanie, że Teresa Humbert straciła wogóle prawo do spadku. Ponieważ jednak miejsce zamieszkania Craffordów znów zostało podane nie jasno, więc sąd odrzucił to podanie, a jednocześnie postanowiono nareszcie odkryć owo tajemnicze miejsce zamieszkania Craffordów, którym zainteresowały się szerokie koła, twierdzą, że w tem tkwi rozwiązanie całej sprawy. Jeżeli bowiem Craffordowie nie znajdują się nigdy pod wskazanym adresem, wiec może wogóle nie istnieją na świecie. A jeżeli ich niema to chyba cały spadek jest legenda tylko i Humbertowie nie posiadają wcale pod swoim dozorem owego kolosalnego majątku. Jednocześnie w pismach rozpoczyna się z powodu tego procesu ożywiona polemika. „Chciałbym aby to wszystko się już skończyło“ — pisał do swojej synowej Gustaw Humbert posyłając jej numer pisma z wzmianką o procesie, skierowaną po raz pierwszy przeciwko Humbertom. Lecz sprawa nietylko się tym nie kończy, lecz przybiera coraz większe rozmiary i coraz częściej dają się słyszeć wypowiedziane jeszcze przed kilku laty przez adwokata Waldeck-Rousseau, słowa: „Proces Humbertów jest największem oszustwem tego

CO ZNAJDOWAŁO SIĘ W KASIE TERESY?

W roku 1902-im jeden z poszkodowanych wierzycieli, p. Morel, wzniósł prośbę o naznaczenie sądowej ochrony nad majątkiem dozorowanym przez Humbertów. Panu Morelowi odmówiono coprawda, gdyż niema prawa zabraniającego dłużnikowi nie uznanemu za niewypłacalnego, rozporządzania się swoim majątkiem, jednocześnie jednak pełnomocnik Craffordów p. Parmentier został wezwany przez władze do Paryża i groziło mu , jeżeli sprawa istnienia spadku i miejsca pobytu Ciaffordów nie zostanie nareszcie wyjaśniona. Opinja publiczna poruszana była coraz bardziej przez artykuły w pismach, a także przez oświadczenie bankiera Cattoi, którego Humbertowie oskarżyli o uprawianie lichwy, że spadek nie istnieje, ponieważ adwokat jego Valle (późniejszy minister) sprawdził, że nigdzie nie były opłacone podatki spadkowe. Zrozpaczony Parmentier zwraca się do Teresy z prośbą, by nie narażała go na podobne przejścia i położyła raz kres wszystkim plotkom, pozwalając na urzędową rewizję majątku. Jest on tak zdenerwowany i przejęty, że płacze ze wzruszenia. Po długiej rozmowie Teresa zgadza się na proponowana jej rewizję i sąd zostaje o tem zawiadomiony. Rewizja zostaje naznaczona na piątek 9-go maja. Ani na chwilę Teresa Humbert nie straciła pewności siebie. Oznajmiła wszystkim wokoło radośnie, że piątek będzie dniem jej tryumfu i wydaje się, że jest bardzo zadowolona z tego, że nareszcie cała sprawa zbliża się ku końcowi i że nareszcie będzie miała możność udowodnienia światu, że jest prawowitą właścicielka wielomiljonowego majątku. We środę posłała Teresa swoją zaufaną gospodynię do lombardu, aby zastawiła jej biżuterję, za co otrzymała 43.000 franków. Tegoż dnia wyjęła z kasy Towarzystwa „Dożywotnia Renta“ 42.000 franków. Po południu, pomimo, że już jest maj i dzień jest bardzo ciepły Teresa kazała napalić w piecach. Poczem w ciągu kilku godzin zajmowała się wraz z Fryderykiem paleniem wszelkich dokumentów dotyczących procesu. Tą samą indentycznie pracą zajęty był Roman Dorignac w mieszkaniu jednej ze swych licznych kochanek. Wszyscy domownicy zostali poinformowani, że państwo z całą rodziną udają się na jednodniową wycieczkę do swej posiadłości i powrócą w czwartek wieczorem, a najpóźniej w piątek rano. Teresa wydawała ostatnie polecenia służbie, kazała przeprowadzić gremjalny porządek i przygotować mieszkanie na przyjęcie członków sądu którzy mają przybyć w piątek dla dokonania rewizji. Rodzina Humbertów zjadła obiad w domu, a po obiedzie Teresa oznajmiła, że powóz mający ich odwieźć na dworzec jest zbyteczny, ponieważ pojadą metrem na dworzec Lyoński. I rzeczywiście Teresa, Fryderyk, córka ich Ewa, siostra Teresy, Marja i Roman Dorignac udają się na dworzec, lecz nie na zapowiedziany dworzec Lyoński a Orleański i tam o godzinie dziesiątej wsiadają do pociągu jadącego do Bordeaux. Tegoż wieczoru Emil Dorignac ukazuje się z całą swoją rodziną w Operze w loży Teresy i zachowuje najzupełniejszy spokój, mający na celu zmylenie wszystkich widzących go tam znajomych. Nazajutrz jednak t. j. we czwartek rano Emil też znika z Paryża nie pozostawiwszy swego adresu nawet żonie. O oznaczonej porze, w piątek 9 maja 1902-go roku w mieszkaniu Humbertów zebrali się adwokaci, rejenci, plenipotenci, członkowie sądu. Obecni byli wszyscy prócz gospodarzy. Pomimo zapewnień służby, że państwo mieli powrócić w piątek rano, więc napewno lada chwila przyjadą — nikt się nie zjawił. Otworzono więc słynną kasę podczas ich nieobecności. Ale zamiast spodziewanych miljonów znaleziono w niej paczkę starych gazet i trochę monet. To było wszystko! Tajemniczy, mityczny spadek znikł, znikły miljony zabezpieczeniem licznych wierzycieli, znikli także Humbertowie i Dorignacowie. Nietylko zresztą tajemnicza kasa „Spadkowa“ okazała się pustą. W Kasie Towarzystwa „Dożywotnia Renta“ również nie znaleziono ani grosza.

ZMIERZCH WŁADZY HUMBERTÓW

Naturalnie wyznaczono natychmiast dozór policyjny nad majątkiem uciekinierów, za Humbertami wysłano listy gończe i ogłoszono upadłość „Dożywotniej Renty“. Zresztą klijenci „Dożywotniej renty“ byli jedynymi z ludzi ufających Humbertom, którzy nic nie stracili, gdyż rejent, u którego spisywano akt Towarzystwa zebrał 3 miljony franków i uiścił pretensje poszkodowanych. Jak się okazało Humbertowie pozostawili 64 miljony franków długu, z których 15 miljonów było użyte na kupno nieruchomości. Poszukiwanie Humbertów trwało dosyć długo i nie dawało żadnych rezultatów. Wreszcie po kilku miesiącach odnaleziono całą rodzinę w Madrycie. Emil Dorignac uchodził za kawalera i nosił nazwisko Leon Markes. Teresa udawała wdowę Martę Henri, Roman był mężem Marji, a Fryderyk swojej córki Ewy.

SENSACYJNA SPRAWA.

Śledztwo ciągnęło się przez długie i wreszcie w sierpniu 1903 roku na ławie oskarżonych przed sądem przysięgłych zasiada Teresa Humbert, Fryderyk Humbert, Emil Dorignac i Roman Dorignac oskarżeni o popełnienie fałszerstw oszustw na olbrzymią sumę 60 miljonów franków. I oto Teresa znajduje się na lawie oskarżonych. Los, nad którym usiłował? panować przez tak długi okres czasu mści się teraz. Bierze odwet za wszystkie lata, kiedy kierowała nim swą małą tak bardzo żądną władzy ręką. Wszystko co uczyniła w tych czasach reżyserowania życiem skierowuje się teraz przeciwko niej właśnie. Lecz pomimo kilkunastomiesięcznego więzienia, pomimo zdenerwowania i złego stanu zdrowia Teresa nie poddaje się. Gra dalej swoją rolę. Tak samo jak dawniej wymyśliła istnienie spadku, teraz opiera cała swą obronę na istnieniu jakiejś ponurej tajemnicy. Spadek? Jest naturalnie — Jakże można wątpić w to choć przez chwilę. Przecież ona Teresa Humbert — uczciwa kobieta jest spadkobierczynią. A gdy zadaje jej się konkretne pytania: Gdzież wiec jest ten spadek? Gdzie są miliony? Gdzie się podzieli Craffordowie? Teresa odpowiada tonem ofiary: Są. Wszystko jest w zupełnym , tylko Craffordowie to nie są Craffordowie i wszystko otoczone jest ponurą tajemnicą. Jaka to tajemnica powiem, powiem zaraz i wtedy przekonają się wszyscy, że jestem niewinna. Lecz powiedzenie to mające wyjaśnić wszystko odwleka z godziny na godzinę, z dnia na dzień, a wreszcie oznajmia, że powie dopiero w ostatnim słowie o ile do tego czasu miljony same się nie znajdą. Pomimo wrogiego nastroju publiczności i prasy osoba Teresy wywołuje w wielu chwilach uczucie sympatii i mimowoli czuje się urok tej niemłodej już kobiety urok, któremu przez tyle lat ulegali nawet ci, którym systematycznie i świadomie szkodziła. Sympatja ta nie obejmowała, ani przez chwilę męża Teresy, Fryderyka, który składał zeznanie niechętnie i wrogo, nie ukrywając tego wcale. Oto jak opisuje oskarżonych jedno z pism współczesnych: Pierwsza wchodzi Teresa. Jest ona blada, wydaje się zmęczoną i widać, że jest niezdrową. Jednakże trzyma się dzielnie. Jest to nieduża kobieta o energicznych rysach twarzy. Twarz ma dosyć wulgarną, lecz chwilami gdy się uśmiecha, ukazując swe oślepiające białe zęby — bardzo sympatyczną. Nosi ona czarną suknię, a na szyi ma zawiązaną dużą tiulową kokardę. Czarny, skromny kapelusz przybrany jest białą różą. Wogóle przysięgli widzą przed sobą skromną, czystą, prostą mieszczkę, która nie wygląda wcale na zdolną do tych wszystkich machinacji, które jej przypisują. Za nią wchodzi jej mąż Fryderyk. Wysoki o wystających kościach policzkowych i opadających wąsach wywołuje on nieprzyjemne wrażenie, tembardziej, że w oczach jego widnieje chłodna, skoncentrowana nienawiść, której oskarżony jakgdyby wcale nie chciał ukrywać. Roman Dorignac jest typowym południowcem. Ma wilgotne włosy przylegające do czaszki i banalną twarz komiwojażera. Zaś Emil Dorignac byłby ucieleśnieniem jowialnego grubasa, gdyby nie ściągnięte brwi i zakłopotany wyraz twarzy. Teresę i jej męża broni adwokat Labori, słynny obrońca Dreyfussa, Romana broni młody i zdolny Andrzej Hess a Emila niemłody już wypraktykowany i utalentowany Clune. Przeciwnikiem ich jest bardzo znany adwokat Blondet. Teresa Humbert rozpoczyna od protestu. Twierdzi ona, że niema lat 47, jak to mylnie podane w akcie oskarżenia, a niecałe 40. Poczem sekretarz odczytuje akt i listę świadków i następuje badanie oskarżonych. Sposób obrony Teresy jest tak dla niej charakterystyczny, że podaję jej zeznania niemal całkowicie:

ZEZNANIA TERESY HUMBERT.

Teresa Humbert podnosi się z miejsca. — Jeżeli pani chce, może pani siedzieć — oznajmia przewodniczący uprzejmie. — Usiądę, gdy się zmęczę — odpowiada Teresa i natychmiast zwracając się ku ławie przysięgłych woła: — Panowie sędziowie przysięgli — oto już 15 miesięcy jak nie sypiam... — Zaraz, zaraz — przerywa przewodniczący. — Najpierw trzeba wyjaśnić o co chodzi. I rozpoczyna wyjaśnienia od oznajmienia, że dawno zmarły ojciec Teresy nosił kiedyś skromne nazwisko Guillaume Auguste, zmienił je naprzód na Augustę Dorignac, potem na d‘Orignac, wreszcie na hrabia d‘Orignac. Po oznajmieniu tym Teresa zapytuje ironicznie, jak nazywała się jej matka, a Emil protestuje przeciwko słowom przewodniczącego. Przewodniczący: Ojciec pani był pośrednikiem, agentem matrymonialnym. Teresa: Nigdy. To kłamstwo, to kłamstwo tak jak wszystko, cośmy tu słyszeli. Craffordowie istnieją, majątek istnieje. Chcę powiedzieć wszystko odrazu, natychmiast. Chcę rozwiać te wszystkie legendy i dowieść, że jeżeli się nosi nazwisko Humbert, to należy się do najuczciwszych ludzi Francji, niema ani słowa prawdy w tem co mówią pan Valle i inni. Na szczęście zjawiłam się tutaj z czystem sumieniem. Chciałam sądu przysięgłych i teraz obowiązkiem przysięgłych jest powiedzenie kim ja jestem. Nigdy panie przewodniczący nie popełniłam żadnego z tych przestępstw które mi przypisują. Nigdy nie pożyczyłam ani jednego centyma nie będąc przekonaną, że go zwrócę. Tak, tak wszyscy otrzymają swoje pieniądze. A teraz mogę odpowiadać panu, panie przewodniczący. Lecz gdy przewodniczący mówił o materialnych warunkach jej dzieciństwa, Teresa zaczyna znów mówić nerwowo. — Nie, nie, nie znajdzie pan nic przeciwko memu ojcu. Jego życie było uczciwem. Tak, przytrafiło mi się straszne nieszczęście. Stało się to siódmego Wtedy wszyscy powiedzieli sobie: „Nic niema w kasie.“ A nikt, nikt nie zadał pytania: „Gdzież więc są miljony?“ Przewodniczący: Zaraz nam pani to powie. Teresa: Muszę zaraz, natychmiast powiedzieć, że istnieje minister o nazwisku Vallé który teraz tu się nie zjawił i który gra wielką rolę w tej sprawie. Jestem niewinna, cierpię już od piętnastu miesięcy, Jestem najnieszczęśliwsza ze wszystkich kobiet na , ale jestem uczciwa. Jestem tu i będę mówić. Powiem kto kazał mnie aresztować i pan prokurator zmieni swe przypuszczenia. Pani Humbert nigdy nie popełniła żadnego fałszerstwa. Jest godną, aby być synową byłego ministra sprawiedliwości Gustawa Humberta, najuczciwszego człowieka we Francji. Sumienie moje nakazuje mi to powiedzieć. Craffordowie istnieją, lecz nikt nie wie gdzie się znajdują miljony, powiem to w swoim czasie, potem jak usłyszymy zeznania wszystkich świadków. Panie przewodniczący! Oto mija 15 miesięcy jak nic nie jem. Lecz mimo to jestem silna i pewna, że przysięgli mnie uniewinnią. Poczem przewodniczący oświetla warunki Teresy w domu jej ojca, stwierdza że życie jej było ubogie, niemal w niedostatku i że mimo to zapewniała ojca Fryderyka o czekającem ją bogactwie i o tem, że otrzyma zamek Marcotte, w którym mieszkała dożywotnia jego właścicielka pani Tremolier, mająca już lat 80. Teresa: Gdy mówiłam panu Humbertowi, że jestem bogata, to tak było. Nie oszukiwałam nigdy nikogo. Zamek Marcotte istnieje. Najlepszy tego dowód, że w Paryżu u rejenta wydaliśmy pełnomocnictwo na dzierżawienie zamku. Zamek istnieje i pani Bellanc istniała i pani Lebet istnieje i dała mi 20.000 franków po ślubie i 10.000 fr. w kilka dni później. Przewodniczący: Pani mówi, że zamek Marcotte istnieje — gdzież więc on się znajduje. Teresa: Należało go odszukać. Czasu było dosyć — 15 miesięcy. Prokurator. Szukaliśmy go wszędzie. Może pani zechce nam więc powiedzieć. Teresa: Powiem gdy wszyscy świadkowie zostaną przesłuchani. Przy końcu sprawy. Prokurator: Niech pani nam teraz powie. Teresa: Powtarzam, że zamek Marcotte . Po wykazaniu przez przewodniczącego, na zasadzie listów Teresy i Fryderyka, że młodzi Humbertowie żyli bardzo skromnie i że przeprowadzka ze studenckiej dzielnicy do wytwornego apartamentu nie

była motywowana żadnym zwiększeniem dochodów, Teresa znów zeznaje: Teresa: przybyłam tutaj aby mówić z przysięgłymi, aby mnie poznali, aby dowiedzieli się kto jestem w rzeczywistości, co zrobiłam, i czego nie zrobiłam. Spełniłam mój obowiązek. Przez całe życie pracowałam ciężko, lecz istnieje lichwiarz Cattoi, który przyczynił mi wiele zła. Gdyby nie było tego lichwiarza, nie byłabym dzisiaj tak pozbawiona sił, nie byłabym chorą i być może siódmego maja zastanowiłabym się, miałabym więcej sił, więcej odwagi. Lecz przeciwko mnie prowadzono walkę w pismach pod przewodnictwem adwokata pana Cattoi. Lichwiarz ten i jeszcze dwie osoby stworzyły spisek przeciwko mnie. W ciągu sześciu miesięcy drukowano codziennie przeciwko mnie artykuły. Denerwowało mnie to, lecz nie odpowiadałam, czułam się pewną siebie, gdyż to były kalumnie. Czekałam i siódmego maja zdarzyło się nieszczęście, nie to, o którem mówią, lecz inne, jeszcze większe i o wiele smutniejsze. Chciałam uratować życie wielu osób, mego męża, moich braci. Wyjechałam, lecz nie aby uciec, a żeby położyć wartościowe papiery do kasy. Byłam bardzo chora! Jeszcze teraz jestem chora panie przewodniczący. Przewodniczący przypomina, że wieści o spadku rozeszły się w 1882 roku. Wówczas mówiono, że spadek znajduje się w Portugalji. Teresa: W Portugalji, we Francji czy w Hiszpanji to wszystko jedno. Ten spadek posiadałam już wtedy, gdy mieszkaliśmy w Quartier Latin. Potem Teresa oznajmia, że jest zmęczona i przewodniczący zarządza przerwę, po której charakteryzuje krótko całą sprawę i sposoby, których używali oskarżeni. Przewodniczący: Spadek w roku 1894-ym wynosił więc 95 miljonów, w 1903 dochodzi sumy 113 miljonów. Wiemy co powinno było znajdować się w kasie chociaż nic w niej nie znaleźliśmy. Dzięki temu procesowi o spadek otrzymywała pani pożyczki. Teresa: Otrzymywałam pożyczki głównie dzięki temu, że pokazywałam wartościowe papiery stanowiące spadek. Wezwałam świadków, którzy powiedzą, że widzieli papiery. Tak panowie przysięgli: miljony istniały, nie tylko procenty ale i kapitał. Potem Teresa znów przechodzi do tonu ofiary: Teresa: Całemi miesiącami nie śpię i tylko płaczę. Jem tylko jedno jajko, niekiedy kotlet. Ani wina ani chleba nic, nic. A jednak jestem silna i będę się bronić do ostatka. Tak panowie przysięgli, jest w moim życiu coś strasznego, lecz to tajemnica. Miljony istnieją. Oświadczenie to przyjmuje publiczność ironicznemi wykrzykami. Przewodniczący: Pomówimy o pani wydatkach. Teresa: Jestem kobietą oszczędną i pracowitą. Wstawałam wcześniej niż wszyscy i najpóźniej kładłam się spać. Przez całe życie wypełniałam moje obowiązki. Nie wydawałam niepotrzebnie jak to pisały o mnie gazety. Zresztą nie mam pretensji do gazet. Jestem za swobodą słowa. Zadziwiające to oświadczenie wywołuje znów wśród publiczności głośne objawy wesołości. Przewodniczący: Trzymała pani lokai, którym płacono po miesięcznie. Tapicera, który otrzymywał 300 franków. ' Tak, lecz za tę pensję mój tapicer pracował we wszystkich moich domach. Kupował materjału za 100 franków i za te pieniądze wykonywał roboty za które każdy inny żądałby tysiąca. Przewodniczący: Więc pani oszczędzała w ten sposób kilkaset franków? Teresa: Przy pomocy tego tapicera, któremu płaciłam kilkaset franków, robiłam oszczędności na 30.000 franków rocznie. I tak było zawsze. Panowie chcą wyszli stąd poniżeni i ośmieszeni. Nie, panowie przysięgli! Ja osobiście wyjdę stąd smutna i nieszczęśliwa, bardzo nieszczęśliwa, ale uczciwość moja będzie uznana przez wszystkich. Przewodniczący: Wydawała pani rocznie około 400,000 fr. Zaczniemy od tualet. Te rachunki są opłacone. Teresa: Za nic na świecie nie włożyłabym niezapłaconej sukni. Chociaż... muszę się przyznać, że jestem winna w magazynie Douceta. Lecz on jest spokojny. Wie, że otrzyma swoje pieniądze. Przewodniczący: Rachunki, krawców, krawcowych i innych dostawców — wszystko zapłacone. W roku 1900-ym zapłaciła pani w magazynie Vortha za suknie 32.000 fr. U Douceta 97,000 fr. 130,000 na tualety w ciągu jednego roku. Teresa: Tam było też dużo bielizny. Przewodniczący: Futra 16 000 fr. Szewcom 58,000 fr. W ciągu jednego roku? Teresa: Tak. A oto teraz mam tylko jedną suknię i jeden kapelusz. Kapelusz z siódmego maja. Przewodniczący: Jednem słowem wydawała pani rocznie na swoje osobiste wydatki około 400.000 fr. Teresa: Nie, wydawałam nie więcej jak . Potem rozpoczynają się pytania na Renty Dożywotniej, której Teresa uważa się za założycielkę i którą energicznie broni od napaści. Teresa: Jakto fikcyjne towarzystwo? Renta Dożywotnia kwitła, nikomu nie była nic winna. Nawet teraz w aktywach jej znajdują się duże nieruchomości. Przed czterema dniami umarła jedna pani, która pozostawiła Towarzystwu przeszło miljon. Ten kto zniszczył Dożywotnią Rentę, popełnił przestępstwo. To wyraźna kradzież. Przewodniczący: Wszystkie kapitały towarzystwa przenoszono zwykle do pani mieszkania. Gdy pani wyjechała, wzięła pani ze sobą wszystkie pieniądze należące do Dożywotniej Renty, około 42.000 fr. Teresa: Powiem panu prawdę. Gdy wyjeżdżałam siódmego maja, byłam przekonana, że powrócę w piątek o 10-ej rano. Powiem dlaczego nie powróciłam, ale powiem nie dzisiaj. Jestem bardzo zmęczona i zdenerwowana. Muszę jeszcze powiedzieć jaką rolę odegrał w naszem wyjeździe p. Waldeck Rousseau. Powinien mi pan pozwolić to powiedzieć. Zresztą jeżeli pan nie pozwoli, to też powiem. Jutro odpocznę i w poniedziałek będę silniejsza. Przewodniczący: W Madrycie mieszkakała pani pod obcem nazwiskiem, kryjąc się i unikając publicznych miejsc. Teresa: O panie przewodniczący! W poniedziałek powiem panu, żeśmy wyjechali w asyście dwuch policjantów, którzy nie opuszczali nas ani na chwilę. Rząd wiedział, gdzie się znajdujemy. W poniedziałek objaśnię szczegółowo rolę rządu. Przewodniczący: Zadam pani ostatnie dwa pytania: Gdzie są Craffordowie? Gdzie są miljony? Teresa: Gdy wszyscy świadkowie zostaną przesłuchani, gdy wszyscy powiedzą to co mają do powiedzenia, gdy wszyscy zobaczą i dowiedzą się, że 15 miesięcy zostało zużyte na to, aby stworzyć taki gmach oszczerstw wtedy dopiero pani Humbert powie, gdzie znajdują się miljony i dlaczego wyjechałam. Dowiedzie tego. Przewodniczący: Dobrze. Pani Humbert jest uczciwą kobietą i nigdy nie pożycza ani jednego centyma nie będąc przekonaną, że go odda stokrotnie. Teraz panie przewodniczący może mnie pan pytać. Przewodniczący: Nie, ja już skończyłem. Teraz kolej Fryderyka Humbert. Teresa: Ja chcę mówić o sprawie Valle, o sprawie Cattoi, o rządzie. Chcę powiedzieć dlaczego wyjechałam, kto mnie zmusił do wyjazdu. Dlaczego nie wróciłam. Jednem słowem nic jeszcze nie powiedziałam.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…