Portret, życiorys, bajki, powiastki, piosnki, melodye
A. STOPKA
SABAŁA
PORTRET ŻYCIORYS BAJKI POWIASTKI PIOSNKI MELODYE.
RAKÓW
1897.
DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE.
Wielmożnemu Panu
Profesorowi Janowi Czubkowi
w dowód wdzięczności i szacunku
poświęca
Uczeń.
Portret, życiorys, bajki, powiastki, piosnki, melodye
A. STOPKA
SABAŁA
PORTRET ŻYCIORYS BAJKI POWIASTKI PIOSNKI MELODYE.
RAKÓW
1897.
DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE.
Wielmożnemu Panu
Profesorowi Janowi Czubkowi
w dowód wdzięczności i szacunku
poświęca
Uczeń.
I
zczupłe wiadomości o życiu pasterskiem, gospodarskiem, myśliwskiem i zbójeckiem u ludu podtatrzańskiego, nikną coraz bardziej. Idą w zapomnienie różne piękne podania, baśnie i legendy, które jeszcze niedawno tak żywo zajmowały Podhalan. Wprawdzie i dziś jeszcze od czasu do czasu odezwie się ta dawna chęć słuchania i opowiadania sobie nawzajem baśni »jakto drzewień bywało«, schodzą się górale i gwarzą, ale zwyczaj ten zachował się tylko w niektórych wsiach Podhala. W Zakopanem, w Kościelisku i w Poroninie nie masz go prawie. We wsiach więcej odległych od Zakopanego zakonserwowały się jeszcze dawne zwyczaje, za które mieszkańcy tych wsi zyskali sobie u Zakopianów pogardliwą nazwę »wsiàków«. Było jednak pod Tatrami jak i na całem Podhalu inaczej. Wszak młodzi pamiętają jeszcze te zimowe wieczory, kiedy schodziliśmy się na tak zwane »prządki«. Kobiety snuły lniane nici, a my czytaliśmy różne piękne powiastki. Płakaliśmy nad nieszczęśliwem życiem Genowefy i oburzaliśmy się na okrutnego Gola, to znów Jasiek Hotarski, lub inni opowiadali dziwnie na młodą wyobraźnię działające powiastki o zaklętych w granity królewnach, o dziadulach śpiących w środku turni, czarownicach i czarownikach, o grotach i pieczarach, któremi można było na wylot przejść ziemię i w ten sposób wyemigrować tanim sposobem do Ameryki. Smoki strzegące tej drogi i kości ludzkie, rozrzucane po zjedzeniu ciała na cztery strony świata, ukazywały się nam młodszym we śnie i napawały strachem. Zwyczaj »schodzenia się na prządki« był rozpowszechniony na całem Podhalu, a więc w Zakopanem i w Kościelisku. Niestety, jakże dziś inaczej! Obecnie gorączka wzbogacenia niweczy tu wszelkie duchowe życie. Całą uwagę zajęła dziś budowa domów, przyswajanie sobie pańskich manier, co chyba u Zakopianów doszło do punktu kulminacyjnego. Nie wiedzą oni widocznie, czy wiedzieć nie chcą, że te cechy, tak ich od reszty ludu wyróżniające, sprawiły, iż w ostatnich czasach zainteresowano się tak góralami, jakoteż ich przeszłością. Trzeba przyznać, że możeby tego nie było, gdyby do tego nie pomagała w wysokim stopniu sympatya do cudownych okolic, które zamieszkują. Zachwycony cudnymi widokami turysta identyfikuje skały, lasy, hale z ludźmi pośród nich mieszkającymi, a nawet i zwierzętami, boć one do pewnego stopnia tworzą rzeczywiście jedno, jeden widok. Czyż można sobie wyobrazić ruń hali bez tych białych, śnieżnych owieczek, bez turlikania ich dzwonków, bez śpiewu, wyskania i gry na fujarce wesołego juhasa? Czego się nie używa, śniedzieje i niszczeje. Tak zniszczały podania tatrzańsko-zbójeckie, zanim skrystalizowały pod piórem skrzętnego i umiejętnego badacza. Krwawe one były, to prawda, ale podmiotowej istoty zbrodni w nich nie było. Zbójowano w dobrej myśli, a zbójectwo dawne nie uchodzi jeszcze dziś wśród ludu za coś zdrożnego; owszem było w niem i jest coś bohaterskiego, dobrego, »bo choć bogaty stracił, ale biednemu wse cosi kapło«. Żyły zatem w ustach ludu krwawe i śmiałe napady na dwory okrutnych panów, sołtysów, to wreszcie na bogatych żydków handlarzy, zamieszkujących liptowskie i węgierskie równie. Rosły i pomnażały się podania o budowie kościołów przez zbójników, o zdobieniu ich ołtarzami i obrazami świętych — które pokradziono w innych kościołach. — Bogu ta o to — mówiono — nie markotno o zbójectwo, ale co byś sie ś nim, jak ci sie udà, podzielił, a dawàł mu okwiare nie na ostatku, ino wse z końca. Bogate w przygody życie bohatera, zbójnika Janosika, o którym dawniej krążyło wiele wiadomości, znane jest dzisiaj w nader skąpych szczegółach. Gadaje i Bliźniaki, co zbójowali, nie chcąc dać umrzeć z głodu swym starym, ukochanym rodzicom, pomarli razem ze swem zbójeckiem rzemiosłem, tak, że dziś tylko opinia ma ich za »honornych hłopów«, zjednując dla ich potomków mimowolny szacunek. Stary Wojdyła i Fatla kuli, jak wieść niesie, ciupaki, piki, noże zbójeckie i inną broń, kuli złotemi podkowami, ale dla kogo, tego dokładnie dziś nikt nie pamięta. Obławy kłusownicze na niedźwiedzie, dziki, rysie i wilki przemieniły się w daleko mniej sportowne, ale zyskowniejsze polowania na bogatych gości. Bzdurstwem nazywają dziś Zakopianie przygody nieszczęśliwego w miłości, a tak pięknego Janika, o którym do dziś dnia tyle piosnek śpiewają góralki. Przestały zajmować opowiadania o okrutnych czynach mściwego Marduły, lub o miłości awanturnicy Kacki, kochanki śmiałego Matei, o bogato rzeźbionej, wystawionej dla niej pod reglami chałupie, o darach bogatych, którymi ją obsypywał i wreszcie o tragicznym końcu jej zalotników, ginących jeden po drugim z ręki strasznego Odyseusza-Matei. Konserwatorów góralskiej mody było dawniej wśród górali więcej. Nosili oni do niedawna spodnie »ze zàscypkom«, cuhy bez oblanki, kapelusz »wymascony«, a »ubuwali się po wierhu«. Cały ten strój był im tak własny, że nie było w nim nawet nitki cudzej roboty. Wszystko było albo własnego — domowego wyrobu, albo w każdym razie Podhala. Z tych ludzi ubierających się po staroświecku pamiętam: Michałka, Michnę i Skwarka. Z pamiętam tylko Skwarkowe, które przy sposobności na innem miejscu przytoczę i objaśnię. Z rozognioną twarzą i skrzącemi się oczyma, prawił on pasterzom krów na Groniku dziwy o czarownikach, co wodę w Pisanej, gdy chcieli, odwrócili ku Bystrej, o czarownicach, będących egipską plagą przy chodowli krów, lub wreszcie o mnogich skarbach w górach i lasach, co się świecą i suszą podczas cichej, letniej nocy. Objaśniał słuchaczom dokładnie, jak zapomocą święconej laski, zwanej »kulmagą« można zaznaczyć w nocy to miejsce, by później we dnie do pieniędzy trafić. »Kieby wto był godny«. Wygrzebywał z popiołów przeszłości i odtwarzał nam w bogatej swej wyobraźni baców i juhasów — »co mieli telo psów ino, co teràz nàwięksý baca owiec«. Dla ludoznawstwa strata to wielka i niepowetowana niczem, że nie znalazł się ktoś o kilkadziesiąt lat pierwej, któryby zajął się spisywaniem zwyczajów i obyczajów, pieśni i opowiadań ludowych. Tatrami się zajmowano, ludem w nich mieszkającym aż do Dembowskiego, Matlakowskiego i St. Witkiewicza nic prawie. Nie można się temu zresztą dziwić. Łatwiej bowiem było podziwiać, opisywać, opiewać lub malować niebotyczne szczyty, bijące w oczy blaskiem zwierciadła jezior, niż odszukać starych górali, co zagrzebali się w kurnych izbach i w wielkim zaduchu mieszkali między cielętami i jagniętami. Tam trzeba było szukać zgrzybiałych staruszków, co grzejąc się przy ogniu na nalepie, lub posuwając po izbie przy pomocy stołeczka, już dawno progu izby nie przestąpili. Byliby ożyli, gdyby ich kto był zapytał: »Jak to drzewień bywało«. Byliby opowiedzieli naiwnie wszystko, co widzieli, słyszeli, lub przeżyli. Niestety — nie uczyniono tego. Dziś pozostaje tylko nader oględne i sprytne cofanie się w owe dawne czasy, gubienie się w domysłach i wnioskach. Gdy zaś przyjdzie coś spisać, trudno odróżnić, pomimo największej ostrożności to, co jest ówczesne, rodzime, od naleciałości późniejszych i świeżego wymysłu. I te badania, choćby były poczynione z wielką zręcznością, odtworzyć owego dawnego, tak charakterystycznego życia góralskiego stanowczo nie potrafią.
Pozostanie ono zawsze fotografią gór na księżycu położonych, a będzie to tylko teraźniejszość, lub niedawna przeszłość z większym, lub mniejszym pozorem dawności.
II.
ajzdolniejszym i najgorliwszym wśród wyżej wspomnianych zachowawców góralskości, w których ona — jak rzekłem — niejako skrystalizowała, był Jan Krzeptowski, zwany powszechnie ą. — Ojciec jego, Jan, nazywał się Gąsienica. W jaki sposób Jan i brat jego Andrzej zmienili sobie nazwisko na Krzeptowski, trudno wiedzieć. Uczynili to nie za zezwoleniem namiestnictwa. Janowi było jeszcze mało tego nazwiska i dla lepszego określenia osoby, a może i dla możności występywania pod kilkoma, przybrał przydomek Sabały. Nie jednokrotnie nazywał się też Sablikiem. Lecz i on, choć tak ceniony, modny w swoim czasie, rozrywany na przewodnika w góry, nie został należycie oceniony, zwłaszcza przez swoich. Zabłysnął tylko na krótko gościom swoją oryginalnością, jak płomyk hawiarskiego kaganka, chwilowo jaśniej, by na zawsze zagasnąć. Urodził się w roku 1809 dnia 26 stycznia. Był to typ górala tatrzańskiego hartu tak silnego, upartego i odpornego, że nań nowsze czasy, inne prądy nie miały żadnego wpływu. Każdy przyzna, kto się z ludem góralskim bliżej stykał, że nawet mniej niż przeciętnego górala nie można porównać z ciężkim chłopem równin. Nie jego to wprawdzie zasługa, że jest takim zgrabnym, silnym, zwinnym i wytrzymałym, ale przyczyny tego wypada szukać w większej części w naturze dzikiej i okrutnej — która go otacza. Życie każdego górala obfituje w tyle przygód, niejednokrotnie tak tragicznych — a czasem bez punktu wyjścia. Przebiegłością tedy i wytrzymałością potrafi coś »konać« i czegoś dokonać. Uczy się jej więc od dzieciństwa. Życie to chłodne, głodne, ale nigdy nie nudne. Zabarwione nieraz dzikimi czynami, krwawemi zajściami, posiada swoją odrębną romantyczność, podobnie jak okolica, w której zrodzon jakimś cudem się chowa i z głodu nie ginie, jak dzika melodya śwista zimnych z ciepłymi mięszających się wiatrów, nucących mu od dzieciństwa do snu dziką piosenkę na szpilkach smereków, limb i sosen. Człowiek, który patrzał od dzieciństwa na cudny, a co dzień inny zachód słońca, co pierwsze dzieciny kroki stawiał po ścieżynie tak zwodniczej, stromo i swawolnie się wijącej, co widzi tyle postaci koło siebie zaklętych w granity, wierzy, że to są ludzie lub zwierzęta skamieniałe za karę, co słyszy tyle baśni o nich, wyszeptanych mu do ucha przez szemrzące po dolinach potoki — taki człowiek nie może sobie upodobać życia tak monotonnego, jakie daje chodzenie koło gospodarstwa, lub włóczenie się tam i na powrót za pługiem. On musi i ma w sobie coś poetycznego. Musi swoją siłę, która go pcha przemocą w życie, w inny sposób zużytkować i, jak potok górski, rozbić się w tysiące kropel w kaskadzie, by później zespoliwszy się, znowu swoją pierwotną siłę odzyskać i dźwigać olbrzymie granity, obracać młyńskie koła, podnosić ciężkie foluszów młoty. Nic więc dziwnego w tem, że górale tak rwali się do rzemiosła zbójeckiego, myśliwskiego lub pastersko-hulaszczego. Sabała zbójował, to fakt. Przyznawał się do tego sam, ale tylko przed tymi, o których był przekonany, że nie będą nań spoglądać jak na prostego zbrodniarza, ale zrozumią, usprawiedliwią, boć iść na zbój nie znaczyło iść na rozbój i zabijało się tylko wtedy, gdy nie było innego punktu wyjścia, więc nie rozmyślnie. — Świadczą o tem nadto powiastki i piosnki. — Za młoduk wydziwiàł i wyrządzàł ludziom, bo kie na mnie przýsły psie lata, tok doma wytrzýmać ni móg nijakim świate — opowiadał nieraz. Od tych, co z nim »towarzýsowali« nie można się nic dowiedzieć, bo Sabała wszystkich przeżył. Tyle tylko zdołam o nim przytoczyć, com albo sam od niego słyszał, lub za jego opowiadaniem spisałem, albo też zebrać zdołałem od krewnych jego i znajomych. Zaznaczył mi się w pamięci dość wcześnie. Wtedy już był dobrze posiwiałym, choć utrzymywał, że byłby nigdy nie siwiał, gdyby nie wypadek z ogniem, który mu włosy popalił. Starość przykrzywiła jego wyniosłą i imponującą kiedyś postawę, porobiła na policzkach doliny, a czoło poorała bruzdami. Z latami tępiał też umysł i bystrość jego, zwłaszcza po śmierci Dra Chałubińskiego. Sympatyzował zawsze i rad przestawał z młodzieżą, wśród której młodniał jego umysł i fantazya. Zajmował się myśliwstwem, brał udział we wszystkich wyprawach myśliwskich, jako znakomity strzelec, ale chętniej przedsiębrał takowe ukradkiem sam, albo tylko z bliskimi przyjaciołmi. Młodych i drobnych zwierząt nie strzelał, chyba żeby mu wpadło do głowy jakiegoś capa lub kozę żywcem chwycić. — Bo to — prosem piéknie — dźwiérz jak młody to straśnie piékny; toz to ukwaliliśmy, cýby go jako zýwego nie hycić. — Pastérzem — mówił — tobyk nie był za nic, bo to je zýcie wesołe — haj — ale biédne — haj. — Ino zýntyce hlipaj, co brzuk zdoli, a ino wyńdzies ze sałasu, to znowa jédz i pij — haj. Bo ci zaroz cosi kajsi po brzuku jeździ. Śp. ks. Stolarczyk, pierwszy proboszcz w Zakopanem, opowiadał, że gdy pierwszy raz zobaczył Sabałę, bardzo mu się spodobał. Mówił, że Sabała jest wielkiem dziełem Boga, ale szkoda, że nieskończonem. Ciekawe też było ich powitanie. — Sabała widząc olbrzymiej postaci męża, ze zdziwieniem wykrzyknął: — Ę — psia krew, jegomość! Wyros téz s wàs hłop. — Ej, ha! Je kaz tez ta teli wyros. No s wami to byk sie nie namyślàł, ale byk sie dziś we dwok do Luptowa ponios. Polowacką zajmował się Krzeptowski, jak już wspomniałem, w bardzo wczesnej młodości. Czynił to jednak ukradkiem przed ojcem, który mu na to nie pozwalał »bo mu wej było zozrość, ze sàm był stary i juz ni móg«. Później dorósłszy, opuszczał chałupę, a włóczył się po górach i lasach. Nieraz trzeba było długo łazić, zastrzegać się, by coś upolować. On się jednak nigdy nie zrażał niepowodzeniem. Wolał bowiem włóczyć się po reglach i halach, bić się z Liptakami o zwierzynę, niż siedzieć w domu. Mówił: — Wolàłek Luptàkowi trzý razy dać w gębe jak sobie ràz co włozýć. Ja łakomy nigda nie był. Polowacka to też jego ulubiony temat do opowiadania i zdaje się, żeby mu się nigdy nie wyczerpał. — Kie my przýśli na Orawe — toz tok poślakowàł niedźwiedzia i zabiéłek go. — No i dobrze nie barzo — obłupiéłek go — haj — i upiók co zwięksa. — Jaze przýlatuje ku mnie takà wartkà liska. Straśnie była pokornà, ogon trzýmała miedzý nogami — haj. — Ni mogek sie jej obegnać, a strzélać sie do niéj nie opłaciło, bo była młodà i byłbyk se dźwiérza postrahàł — haj. — Jazek sie długo nie namyślàł. Myśliwskie prawo krótkie. Łapiłek jedne pieconke, co okapowała na patyku i prasnonek jej to. Łap i poleciała. Innym razem nie służyło szczęście, a było ich kilku. Rozłożyli się pod grubym świerkiem »na nocnik« i rozpalili watrę. Gdy wiatr się w nocy zerwał, zabrał drobne węgle z ogniska i wsypał we włosy najbliżej spiącemu Sabale. — Tok sie zerwàł co thu i krzýcem: Hej, chłopcý! wstańcie, bo gore. — Otrzepowàłek sie straśnie ręcami — haj — tozto mi pomogło. Zgasiłek. Ono mi pomogło sprawnie. Alek se ucho otrzepnon, ino ze nie przý kości z krzęściom, toz to mi pote odrosło. — Ba, kudły, to mi sie tak popśniły, co mi hetki osiwiały pote, zaconek sie lénić — haj. Coby te niebościki — mówił kiedy indziej o niedźwiedziach — stanyny, cok ik wybił, toby hetki w Zàkopanem i w Kościelisku sićko pojadły i ludziby sie pote hyciły. I zaczął zaraz wyliczać całą ich litanię i miejsce, gdzie każdego z nich zobaczył, jako zacuwały, jak podszedł i jak strzelił. W Mięguszowieckich turniach był mądry niedźwiedź, na którego stary myśliwy miał »pewne oko«. — Był straśnie mądry — haj. To się trafi, prosem piéknie, taki dźwierz, co, prosem piéknie, i cłek rozumu telo ni mà. Straśnie je smyśny. Niedźwiedź mylił, ale Sabała długo chodził za nim, podchodził go i wreszcie zabił. Już się cieszył, że pasterze będą radzi, że ich od szkodnika uwolnił, kiedy za strzałem nadbiegli Liptacy i byli już tak blisko, że widzieli Sabałę prującego i pitwającego niedźwiedzia. On jednak nie stracił przytomności umysłu, choć nieprzyjaciół było trzech, a on był sam. Spuścił kamień i tak ich nim obydwóch poczęstował, że im się już drapać »nie wypadało i nie kciało — bo mieli swojego miésa dość«. Innym razem postrzelił capa i ten uciekł mu między woły Liptaka, bo to było na węgierskiej stronie. Sabała zdjął skromnie kapelusz i począł prosić pokornie, kłaniając się Liptakowi, żeby mu pozwolił capa zabrać, bo cap jego. Liptak zaś, rozśmielony pokorną postawą Krzeptowskiego, tem pewniej obstawał przy swojem i twierdził, że choć Sabała postrzelił kozła, ale on się później zmieszał z wołami jego, więc też do niego należy. Widząc, że z nim dobrocią nie poradzi, odszedł Krzeptowski na pięćdziesiąt kroków, nasypał niepostrzeżenie do strzelby piasku, bo była tylko lotkami nabita i strzelił do Liptaka tak nieszczęśliwie, choć utrzymywał, że w nogi mierzył, iż »oko i śtéry zęby dyascý wziéni«. Później spotkali się jeszcze. Liptak poznał jednem okiem Sabałę, ale on mu udowodnił, że nigdy jeszcze nie strzelał i nawet nie wie, jak się strzelbę trzyma przy zębach. Jak już wspomniałem, chodził na polowanie zazwyczaj sam. Niejednokrotnie atoli brał także i młodszych ze sobą, by się uczyli, jak się zwierza podchodzi. Uczył bardzo niechętnie, sądząc, że z przypatrywania każdy się może wszystkiego nauczyć. Raz, będąc jeszcze podrostkiem, strzelałem pół dnia do wiewiórki i nie mogłem jej zabić. Nadszedł Sabała. Prosiłem go, by mi wskazał, jak się celuje. On rzekł: — Nàprzód trza podróść, coby strzelbinkę utrzýmać w garzci i léko jom ku zębom przýłożyć, a pote to ona ta samo przyńdzie, ino coby miec oko dobre, i ręke pewnom i miernom. Jà sàm nie wiem, jakoto trza. Ino oko màm miérne, toz to wse trafiem. Gdyśmy go pytali, jakiego systemu strzelby używał, mówił: — Mnie ta, prosem piéknie ik miłośći, kazdà do zukwy sie zdałà. Ino dubeltówka wse lepsà. Wy ta macie — padà — takie, co telo razý strzélajom, hociaj ràz nabijes. — He! kieby jà jom miàł, to sýtkie bydlęta moje — haj. — Alek ràz poseł i strzeliéłek. Milońskich biéda zjadła — haj — aj zjadła — haj. Hybiłek. Miàłek pojedynke — wyniozek sie na smreka. On mi sie przýpatrzuje ze spodku, a jà siedzem ciho — inoze dyhom. Stanon na łapak, ale mie dostać ni móg — haj. — Jazek tak to, mościwko panku, wysiedziàł. Wytrzýmała mie wereda długo, nie krótko, a ręce mi cýsto pieknie zglegwiały, co strak — haj. On sie zaś poseł paść na borówki. Poseł nizej, a sýćko sie na mnie boke jednem oke przýpatrowàł. Jà sie zaś zacon wysýj śtyrbać, cýby jakosi sie cego lepsego nie hycić. Siàdek na gałęź, ale sie złamła. Była słabà. Toż to — dobrze nie barzo — zjehałek na ziem — haj. Jà w uciekaca. On za mnom. Jazek lewdy dopàd bucka dość hrubego i wylàzek, nie wielo myślęcý, na niego, na gałąź — haj. — Byłek ślebodny, bo buk był hruby. Ino ze mi cosi kajsi po brzuku straśnie jeździło, bok długo siedziàł, a jedzenia ni miàłek. Było ostawione przý smreku. Kieby mi miàł wto flinte podać ze spodka, to onoby ta było sýćko dobrze, bok prok i kapśliki w tórbce miàł. Ale nika nic — haj. — W Ornàku mi sie wse nie scęściéło — haj. — Nie scęściéło mi sie. O nié. Innym razem znowu opowiadał następującą myśliwską przygodę: — Ràz jà i Marduła nieboścýk poślimy lémze świt, jak ino śniég zeseł do Luptowa. Rzekomo na serdàki. No i dobrze nie barzo zmarźlimy tęgo, bo to było co ino po zimie, na wiesne było. — Zmarźlimy setnie — haj. Co jà nie robiem, osłozyłek wieldzaźnom watre, cýby sie nie przýgrzàć co przy niéj — haj. Marduła sie téz wyciongnon przý watrze — Przý watrze sie dobrze śpi. — Kosulsko mu sie popàliło, ale spàł tęgo — haj. Kie sie tak cýsto, piéknie zespàł, jà tym case hybàj. Marduła nie był taki zawzięty na dżwierzýne, jako jà. I co jà nie uradził — zostawiłek go tak, a jà tymcase poleciàłek z flinteckom — haj. I tak mi sie jakosi trafiéło, ze inozek sie obeźràł — widzem małom świnke. E, myślem se, bedzie tu kajsi i duzà, bo kazby sie mali brali, kieby duzýk nie było — haj. Ale jej jesce nie widzem. Miàłek sie juz na ostrozności, coby mie ze zadku nie przýwitała, ino z przodku — po honorowemu — haj. Patrzem, cý kapśliki màm. Sýćko było w porządku, ino jesce nie było do kogo strzelić. Z tom małom biedom, to mi sie nie opłaciéło babrać, — haj, bo to szkoda. I co sie nie stało — stojem tak, jak na trzý stajania, a tu widzem usýska i ryło. Sjonek kapelus z głowy i prasnon, coby mi — prosem piéknie — nie zawadzàł. Ona hudobina myślała, ze jà sie śniom witàm i lezie ku mnie, lezie pomału, bo juz była drugi ràz prośnà. Jaze jà hyc za bucka. Skryłek sie, i beu w nie — haj. — Strzeliłek. — Zacéna tońcýć, ale se pote spocyna. A jà wyjon nóz pilno. Urznonek jedne łydke. Przyniosek ku watrze i upiók. Dobrze nie barzo, jém i oblizujem sie i skwarkik juz skwarzył, toz tok pilno włozył do ognia skałe, coby sie ozpàliła. Wyjonek jom cérwonom i włozyłek do wody, cok jom do dolinki na skale nalàł. Nasułek mąki i była i klóska. Uwarzyłek jom. Kiek tak sýćko dobrze, sýćko piéknié porobiéł, zaconek juz jeść. Jaz Mardule zapàchło popod nos i obudziéł sie. Myślàł, zek kany świnie ukràd. Nie kciàł mi nijakim świate wierzýć, cobyk jàm tak pilno upolować miàł — haj. Jà mu sie sumiétujém — a on nic. No juści — jak cłek śpi, to mu wrona do garła nie wpadnie, chociaj by ta sérzéj otworzył hubku, jak wrota. — haj. Zabralimy to, pote do casu Bozego mielimy na kwilke co jeść. Było cým brzuch omaścić. — haj. Zratowalimy sie dość godnie. Przegrał jakąś staroświecką, orawską melodyę
i tak mówił dalej: — Kiék se set dalej po pod regle, tok se śpiéwàł, co jaze giełcało:
Oj, jesceć mie matusia, Oj, w korytku lulała; Wtedy juz nad mojom Skórom narzékała.
Oj, Sablicek zbójnicek, Oj, siékiérecka siostra. Nie jedna dusýcka Przez niom w niebo posła.
Oj, łapali Sabałe, Oj, po zielonyk bukak, Ale sa wybroniéł, Miàł siékiérke w rukak.
Oj, pedziała mi ziéna, Oj, ze to moja wina, Jeze mnie złapali, Na wysokiej hàli.
Oj, dyć se mnie dostali, Oj, hociaj z tak wysoka, Bo po mnie posłali Z pikom zabijàka.
Oj, na zboj hłopcý, na zbój, Oj, wto sie w noski cuje,
A wto sie nie cuje, Niehaj nie próguje.
Oj, krakały hawrany, Oj na wiérsku nad nami, My se ik nie bali, Baranki rezali.
Oj, na Orawskim zàmku, Oj świecom siubienicki, Wtoza budzie wisiàł? Janko z Brzezawicki.
Oj, kieby jà se wiedziàł, Oj, kany bedem wisiàł, Od wiérhu do dołu Piékniebyk wybić dàł.
Oj, z wiérhu dukàtami, Oj, z dołu talarkami, Na pośrodku śrébłem, Pok se hłopcem dobrym.
albo:
Na pośrodku złatu kawku. Tam połozem moju hlawku.
Oj, na Orawskim zàmku, Oj, zbyrcý troje zelàz, Uwazujze hłopce, Cobyś do nik nie wlàz.
Oj, przý téj polskiej stronie, Oj, Pan Bóg nam daj zdrowie, Przý węgierskiej ceście, Pan Bóg nam daj scęście.
Oj, Polàcý, Polàcý, Oj, sýćka my jednacý, Telozby na miała Jedna starà maci.
Oj, matyćko miła, Oj, cemuś mnie nie biéła, Jak ja budem wisiàł, Budzies sa hańbiéła,
Oj, tatusiu, tatusiu, Oj, gołąbecku siwy, Potelaz nàm dobrze, Pokielaś nàm zýwy.
Oj, góry nase, góry, Oj, to nase kumory. Oj, bukowe listecki Nase podusecki.
Oj, góry nase, góry, Oj, hàle, nase hàle, Wto wàs znà tak dobrze, Jako my górale.
Oj, góry nase, góry, Wy wysokie scýty, Wto wàs przewędrował, Oj, góral rodowity.
Oj, Krzýwaniu, Krzýwaniu! Oj, coześ tak osowiàł? Cý cie dyscýk polàł, Cý cie wiàtrek owiàł?
Oj, Krzýwaniu, Krzýwaniu, Oj, coś taki pękaty? Cý cie ozpucyły Zbójeckie dukàty.
Oj, Janosik, Janosik! Oj, kaś podział pałasik? Na wysokiej horze Zacięty w jaworze.
Chełpiąc się ze swych przewag nad Liptakami, śpiewał:
Oj, cemuz wy Liptacý, Oj, z Polskiej uciekàcie?
Sablik juz pozdrowiàł, To się go boicie.
Podobno go dobrze pokłóto nożami, bo długo nie mógł się z ran wylizać. O tem jednak nic nie wspominał, widocznie się wstydził. Gdy atoli wyzdrowiał, sam strach przed jego imieniem pędził Liptaków do swej Liptowskiej doliny. Nie jedną myśl i czyn chował przed ludźmi, spiewając:
Oj, Sabała zaśpiéwàł, Oj, Krzywań mu odpedziàł, Bo o jego sprawie Nik inny nie wiedziàł.
Gdy mu się już sprzykrzyło granie i śpiewanie, wodził oczyma po obecnych przy nim. Kreślił rękami i słowami tło do obrazu, który miał słuchaczom przedstawić. Później jednak podjął napowrót złożony na podstawce strun smyczek, popróbował strun i począł grać znowu w szybszem tępie. Smagał struny nielitościwie, przyśpiewując sobie:
Starej babie przy boku Lezàł djaboł w potoku, Nie wiém cý spał,
Cý téz drzýmał Ale lezàł przý boku.
Oj, Swinica, Swinica Na Swinicy śnieźnica. A tam śtyrbnom drozýnom Idzie Jukas z dziewcýnom.
Konie jadom, konie stojom, Nie bedzies ty Maryś mojom, Ani mojom, ani cýjom, Ani księzom gospodyniom.
Góry nase, hory som, Popod góry bucki som, A po buckuch listecki, A przý buckach dziewecki.
Lub znowu:
Albo poważną, przerobioną przez siebie:
Niek sa napijom; (każdy wiersz bis) Ty dodaj prahu; Budom w bani śkàle mamać, Śrebło, złato dobywać.
Sabała nienawidził Liptaków, ale stykając się z nimi bardzo często, przyswoił sobie wiele ich wyrazów, piosnek, a nawet góralskie przerabiał na liptowskie. Językiem słowackim rad się popisywał, co jest bardzo ciekawe. Widocznie imponowali mu siłą i odwagą. Kiedy zaś który z górali zaśpiewał jego nutę, zwaną »Sabałowską«, zrywał się stary do tańca. Oczy zwykle zamglone nabierały ognia, a podeszły wiek przestawał mu ciężyć i suwał kyrpcami lekko po murawie lub piasku, jak młodzian.
III.
łusownictwo zostało później surowo zakazane. Młodzi myśliwi z Sabałą na czele musieli się z niem ukrywać. Znalazł się jednak i na to sposób. Pokryli oni pod ubranie kawałki rozebranych strzelb i rozbiegali się po lasach i halach, by się na umówionem miejscu o umówionym czasie stawić. Tam poskładali strzelby i swobodnie strzelali do niedźwiedzi i sarn, lub też kopali świstaki. Ustało i to wkrótce, bo strażnikami byli ludzie energiczni, pilni, dochodzenie bardzo dokładne, a kara dość surowa. Teraz jednak zjawia się w Zakopanem człowiek, któremu po większej części Zakopane winno ugruntowanie powyższych zarządzeń i wielu innych. Nie tylko Zakopane obsypywał on hojnie, ale całe Podhale znało jego szlachetne serce. Był to śp. profesor Dr. Tytus Chałubiński. Wiedzieliśmy, co nam przynosił i jak go uczcić, gdyśmy się zbierali na góralskich konikach i w uroczystym pochodzie wprowadzali go do wsi. Wiedzieliśmy, czem był dla nas, gdyśmy go zwali »Królem tatrzańskim«, ale zapomnieliśmy o jego dobrodziejstwach tak, jak wszyscy ludzie. Widać nie byliśmy ich godni. Wstydzić się winniśmy, że prócz skromnego granitu na grobie, nasz »Król tatrzański« nic więcej nie posiada. Czyż nazwaniem jego imieniem ulicy, lub jakiejś skały, możemy się mu wywdzięczyć za tyle dobrodziejstw, któremi prawie zasypywał wieś naszą i okolicę? Któż nie wie, że to jego zasługa, iż Zakopane jest tem, czem jest. A któż z mieszkańców podhalańskich nie doświadczył osobiście jego niewyczerpanej dobroci, czy to podczas choroby, czy innego nieszczęścia! Niech sobie Zakopianie przypomną, lub każą przypomnieć czasy panowania straszliwej cholery. Wszędzie nastąpiło wyludnienie. U nas, dzięki jemu, obeszło się bez wielkich strat. Czyż jabym tylko miał pamiętać, jak wszyscy uciekali od zarażonych, tak, że ten mąż musiał sam, oprócz udzielania opieki lekarskiej, chodzić dla chorych do źródła z garnuszkiem po wodę? Nie moje zadanie, ni w mocy jestem określić zasługi i ogrom wiedzy tego wielkiego człowieka, filantropa. Powinien to był już uczynić ktoś więcej znający tajniki jego duszy, życie i prace poza Zakopanem i wiadomości te rozrzucić na Podhalu, aby wszyscy górale znali go lepiej i niezapominali, ale jego piękne czyny w podanie ująwszy, żywili pamięć o nim przez najdłuższe lata. Ja wspomnę o nim tylko przy sposobności i to tylko pewne rysy jego szlachetnej, artystycznej duszy, o ile one są w związku z życiem Sabały. Owóż kiedy Chałubiński przybył latem do Zakopanego, wnet swojem znawczem okiem wybrał Krzeptowskiego za swego przewodnika, choć miał wielu innych, równie jak on, obeznanych z pyrciami w górach. Wybrał jednak jego, uczynił go swoją niańką i na pieczołowitości starego, doświadczonego przewodnika nie zawiódł się nigdy. Nie uważał go jednak tak jak tylu turystów uważa przewodnika za tragarza, człowieka, któremu być posłusznym jest dla nich ubliżeniem. Nie. On wiedział dobrze, że w ręku przewodnika spoczywa jego zdrowie, całość czaszki. Dlatego też stosownie go ceniąc, uwzględniał jego wiek podeszły i wielkie przywiązanie. Teraz dopiero występuje Sablik na widownię poważnej i rzeczywiście pożytecznej, zaszczytnej, a mającej obszerniejsze znaczenie, pracy. Znał każdą kryjówkę, każdy szczyt, każdą przełęcz i grzbiet górski, każdą pyrć i mógł się po niej swobodnie poruszać, choćby gęsta mgła zasiadła całe przestrzenie. Tę tak dokładną znajomość gór, nabytą podczas długoletniego kłusownictwa, wyzyskał teraz, by pokazać znakomitemu znawcy wszystkie skarby przecudnych widoków. Śmiało można powiedzieć, że Chałubiński odkrył Zakopane dla Polaków, a nawet dla całego świata, ale tem śmielej twierdzić można, że Sabała odkrył piękność Tatr dla Chałubińskiego. Bez niego na takich wycieczkach, jakie przedsiębrał Chałubiński, trudnoby się było obejść. Sabała był na nich nieodstępnym towarzyszem i pozyskał sobie jego zaufanie i względy, a nie omyliłbym się, gdybym powiedział — przyjaźń. Całą zimę nie można było w środku Zakopanego zobaczyć Sablika. Zagrzebawszy się, jak niedźwiedź, w swej chałupinie w Kościelisku, robił zbójeckie noże, lub inne rzeczy, by w lecie mieć co podarować Chałubińskiemu, jego przyjaciołom i znajomym. Prawie nie opuszczał swej chałupy i zdawał się zapominać powoli, grzejąc się przy ogniu na nalepie, o swej dawnej awanturniczej przeszłości. Gdy jednak późną wiosną zakopiańską ruszył w czystej, jak śnieg koszuli i onyckach, z kapeluszem na bakier nasadzonym, a zdobnym w pióra bażancie, głuchonie i cietrzewie, a niekiedy w kwiaty, z siekierką, wyglądającą ostrzem z za kołnierza zarzuconej na ramiona cuhy, łatwo było zgadnąć, że dlatego tak się wystroił, oweselał, śpiewał i grał, bo rad był, że »pàn wielkomozny« przyjeżdża, dla którego miał tak nieograniczony szacunek i wielkie poważanie. W jego bujnej wyobraźni nosił »Król tatrzański« wszystkie tytuły hrabiowskie, a nawet książęce, a był przekonany, jak zresztą większa część hórali, że jest od nich daleko bogatszy, »bo niekze ci tu wtorego zeby był i barzo wielkomozny, tak radzi widzom, jako jego«. Sabała nie dziwił się nigdy, po co tyle gości lezie na »próźniàcke do Zakopanego«. Karcił górali, którzy twierdzili, że goście całe życie tak nic nie robią, jak w Zakopanem. Oni — mówił — siàdujom w takik rowniak, co nika nic nie widno. Jà wiem ka, bok ta był. Abo siedzom w mieście, to ino widzom do drugik murów. Kazdy mà swojom robote, jak dudomu . Straśnie som jest ci panowie ciekawi. Straśnie duzo radzi wiedzom. To takie małe bedzie, co mu jesce matka na portecki sukna załuje i do ziémie mu ik nie sýjom, a juz go ucom. Straśnie te dziecýska męcom. Ale oni sami majom wielgom do tego nature. Cýtają we dnie i w nocy. Krzeptowski przewodniczył nie dla zysku. Mówił: — Jà biédny nie jest. Dziecýskak wycęściowàł, to majom co jeść. Przewodniczył zawsze dlatego, te we włóczeniu się po górach znajdował wielką przyjemność. Przypominał sobie młode lata. Przodował też młodym nietylko wytrzymałością, ale zawsze dobrym humorem. Niekiedy nie chciano mu dać torby, by się staruszek nie zmęczył. Wtedy mówił gniewnie: — Cozto — prosem piéknie, jà dziecko, cý co? Wiatry dujom wielgie, toby cłeka zabrało, kieby był leki — haj. Napakowawszy sobie zatem torbę wiktuałami, zarzucił ją na barki, zaśpiewał i ruszył w góry, a cała drużyna za nim. Wiele przeżytych wypadków, bogate w przygody własne życie, lub wreszcie dowcipy i opowiadania które od innych górali słyszał i na swój sposób przetapiał i zmieniał, oraz łatwość , czyniły go zdolnym przez całą drogę w góry i z powrotem opowiadać tak dowcipnie, że słuchacze wybuchali co chwila homerycznym śmiechem. Liczna i wesoła drużyna wycieczkowiczów bawiła dłuższy czas w Tatrach. W braku schronisk trzeba było nieść ze sobą całe namioty i obfitą żywność, ku czemu trzeba było mnóstwo ludzi, a ci rekrutowali się z młodych górali. Tu terminowali w rzemiośle przewodnickiem ci wszyscy, co ich dzisiaj widzimy w Zakopanem stojących po drogach i wyczekujących na gości, zamierzających wybrać się na wycieczkę. Ozdobieni oni zostali później przez Towarzystwo Tatrzańskie blachami z szarotką, numerem i klasą, do której ich według zdolności powcielano. Ci wszyscy, z wyjątkiem starego Maćka Sieczki, nieboszczyka Wali i Szymka Tatara, byliby może nigdy nie wdarli się w serce Tatr, bo nie mieliby byli do tego sposobności, ani czasu. Każdy góral zresztą nie ceni należycie swych okolic. Dopiero przesadzony w obce strony, zaczyna tęsknić do nich i nieraz od tej tęsknoty ginie. Bystre oko Sabały dostrzegało najwyżej wzbijającego się w locie orła, mknącą z dziećmi po skalistych stokach turni kozicę, lub zaklęte w granit postacie ludzkie. Uczył swoich młodych towarzyszy nazw , zwracał uwagę na piękność, wskazując, do czego ta, lub owa turnia podobna. Swoje objaśnienia przeplatał różnymi swego wymysłu dodatkami, lub śpiewaniem i grą na gęślach. Towarzysze skakali chętnie do taktu czy to skrzypiących jego »złóbcaków«, czy też przy muzyce Bartka Obrochty. Ciekawy to musiał być widok, gdy Obrochta, zwany zwykle »Bartkiem« zagrał, a drużyna z Sabałą na czele zapomniała, że ma na sobie ciężką torbę, że przebyła tak długą i tak uciążliwą drogę i puściła się w ochoczy taniec zbójecki. Przez cały czas pobytu Chałubińskiego w Zakopanem był Sablik w ruchu. Zawsze codzień wczesnym rankiem suwał kyrpcami z Kościelisk, gdzie mieszkał, ku Zakopanemu. Od czasu do czasu spoglądał w górę jednem okiem, jak orzeł, przechylając głowę to na prawo, to na lewo, chcąc zbadać, czy »chmury sie nie robiom«, czy pogoda będzie trwała i czy będzie się można dalej wybrać. Po drodze wstąpił do kościółka drewnianego i tam krótko się modlił. Pacierz jego był ciekawy, bo pełno w nim było dodatków i przekręcań. Raz zmówił tych pacierzy tylko dwa i tak je ofiarował: — Okwiàrujem téz tén pàciorek Nàświęcéj Panience Marýjce, Pàniezusowi i św. Janowi, patruniowi. Ale ik téz barz piéknie przypytujem, bo téz pàciorecków ino dwoje, a ik do podziàłu troje — haj. Tu by trza zmówić św. Jana jedén, a ta pàn wielkomozny bedzie sie ciskàł, ze mie ni ma. Ale wiém, co robiem. Ja téz to okwiarujem Nàświęcéj Panience Maryjéj, a ona ta sićkik dobrze, dorówności podzieli i nikomu krzýwdy nijakiej nie zrobi — haj. I wyszedł. Ciekawe również było następujące ofiarowanie: — Okwiàrujem téz tén pàciorek Panu Jezusickowi — okwiàrujem i polécàm, jakby kciàł przyjońć; a jak nié, to jà sie téz ta ś nim nie sprzécom. W wykonywania dobrych uczynków był Sabała Chałubińskiemu niejednokrotnie pomocny. Miał u niego wielki wpływ i szacunek dla siebie, więc korzystał z niego często; gdy kto prosił o wizytę doktorską, wstawiał się Sablik, motywując swą proźbę słowy: — Jà ta ś nim znajomy, a moze i krewny. — Jakże bliskie pokrewieństwo? — uśmiechając się, pytał lekarz. Sabała zaczął zaraz opowiadać, jak z nim chodzili na kozy i ile ich ubili. — My sie z jego ojce straśnie radzi widzieli, choćmy spólnikowali. Razu pewnego zagadnięty w ten sposób przez Chałubińskiego, nie mógł się szybko połapać, a powtarzać się nie chciał, więc mówił: — E, my ta byli — prosem piékie ik wielkomożności — z jego ojce kumotrami, ale przez mojom babe. — Ja, tok jego krewny, bok od niego kobylksko kupił i udała mi sie straśnie. Albo też: — Jà ta ś nim kumoter. — A kogozeście trzýmali? — pyta jeden z górali. — Eć wej, worecek we młynie, kié mie baba po mąke posłała, kié jom młynàrz do worecka suł — haj. — Pewnej góralce zachorował syn, pobiegła więc prosić Chałubińskiego, żeby go odwiedził. Deszcz padał jak z cebra, a wysłany Sabała po »budkę« nie mógł jej znaleść. Lekarz wypytał się o objawy choroby, a gdy zmiarkował, że niebezpieczeństwo w zwłoce nie grozi żadne, mówił: — Poczekajmy — może się przecie skończy ta lejba. — O, ono się skońcý — rzekł Sabała — bo straśnie pilno leje. — Ono ino — prosem piéknie ik wielkomożności — niek-ze idom. Cuhe im dom, to sie odziejom. A kie horość przýsła, to ono ta trza jom wygnać, bo i śmierzć bedzie kajsi nie prec. Bedzie koło wędłów zajézdzać. Ony, to som jest siostry, a śmierzć, to straśnie wartkà baba — haj. Odział własną cuhą lekarza, a sam, przewróciwszy serdak do góry kudłami, suwał lekko po błocie przodem i mruczał pod nosem: — Ono, ja tak uwazujem, co sie musiało gazdostwo w niebie popsuć, abo jako? Tak leje i leje bez porządku. Stosunek jego do Chałubińskiego różni górale bardzo różnie sobie tłumaczyli. Jedni mówili, że Chałubiński ma jakiegoś robaka na sumieniu, co go gryzie. Każe więc Sabale błaznować i pleść sobie głupstwa i tem się cieszy. Drudzy — może przez zazdrość — źli byli na niego, że nadużywa dobroci lekarza i siedzi u niego, bo mu dobrze jeść Inni wreszcie byli tego zdania, że dziwactwo starca interesuje lekarza, który go obserwuje, jako jakiś ciekawy okaz. Są to twierdzenia — zupełnej nie mające podstawy. Przekonać się można było, że staremu zupełnie o jedzenie nie chodziło. Szedł z tym samym humorem opakowany butelkami szampana, węgrzyna i różnymi doborowymi wiktuałami, z bogatymi gośćmi, co i z nami, wziąwszy do tórbki kawałek suchego »moskàla z króźlickom koziego masła». Nieraz wyzywał nas sam w góry, mówiąc: — He, hłopcý, hybajcie se mnàm. Weźcie kawàłek chleba, jà masło màm. Nie staràjcie sie nic. Pudziémy pod Krzýwàń. Hań mnoho śrébła i złota gnije, bedziemy sukać. Przecie go hań jà dość nahował. Całek go dni sukàł. Sukàłek go kielka roków, alek go nie nalos, bok tego nie był godny — haj. Ale wy młodzi. Hybàjcie, jà wàm ukàzem, ka trza szukać. Inok se zabocył pod wtorom turniom zakopane kotliki. Hybàjcie wartko. Sukajcie. Moze wàm sie co zaświéci, boby wàm sie przýdało. Beńdziecie mieć sićkiego dość — haj. Ino hybàjcie. —
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Sabała.
