Read here

Pszczółka Maja i jej przygody

Waldemar Bonsels · 1922 · Free in the US

62,650 words · about 4 h 23 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1922 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pszczółka_Maja_i_jej_przygody&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Waldemar Bonsels
Language
Polish
Published
1922
Length
62,650 words · about 4 h 23 min
Sections
19 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (19)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 12 min
  3. Rozdział I about 7 min
  4. Rozdział II about 6 min
  5. Rozdział III about 11 min
  6. Rozdział IV about 11 min
  7. Rozdział V about 7 min
  8. Rozdział VI about 10 min
  9. Rozdział VII about 10 min
  10. Rozdział VIII about 5 min
  11. Rozdział IX about 13 min
  12. Rozdział X about 12 min
  13. Rozdział XI about 6 min
  14. Rozdział XII about 4 min
  15. Rozdział XIII about 6 min
  16. Rozdział XIV about 6 min
  17. Rozdział XV about 6 min
  18. Rozdział XVI about 8 min
  19. Rozdział XVII about 4 min

Continue:

Front matter

WALDEMAR BONSELS

PSZCZÓŁKA MAJA

I JEJ PRZYGODY

całość

WALDEMAR BONSELS

PSZCZÓŁKA MAJA

I JEJ PRZYGODY

SPOLSZCZYŁA

MARJA KRECZOWSKA

KRAKÓW 1922

NAKŁADEM KSIĘGARNI S. A. KRZYŻANOWSKIEGO

Z DRUKARNI LUDOWEJ W KRAKOWIE

ROZDZIAŁ I.

Ucieczka Maji z rodzinnego grodu.

Starsza pani pszczoła, która pszczółce Maji była pomocną, gdy ta zbudziwszy się do życia wydostała się ze swej komórki, nosiła imię Kassandry i zażywała w ulu wielkiego szacunku. Były wówczas dni bardzo burzliwe, gdyż wśród ludu pszczół wybuchł bunt, którego królowa nie mogła stłumić. Gdy doświadczona Kassandra ocierała duże błyszczące oczy maleńkiej Maji, której przeżycia opowiem, i starała się doprowadzić do porządku jej delikatne skrzydełka, cały matecznik brzęczał tak groźnie, że małej Maji zrobiło się bardzo gorąco, co też powiedziała swej opiekunce. Kassandra rozglądnęła się zaniepokojona, lecz nie odrazu odpowiedziała małej. Zdziwiło ją, że dziecko już tak wcześnie umie krytykować, ale w gruncie rzeczy miało słuszność, gdyż gorąco i tłok były wprost nie do zniesienia. Maja widziała ustawicznie przelatujące pszczoły, i to w takim pośpiechu i ścisku, że często jedne wspinały się po grzbietach drugich, to znów skłębione w jedną masę, toczyły się przed siebie. Raz w jej pobliżu była królowa. Kassandra i Maja zostały nieco odepchnięte na bok, ale truteń, uprzejmy młody paniczyk o starannie utrzymanej powierzchowności przyszedł im z pomocą. Skinął Maji głową i trochę wzburzony, przednią nóżką, służącą pszczołom za i rękę, przygładził swe lśniące włosy na piersi. — Rychło spadnie nieszczęście — rzekł do Kassandry. — Rój buntowników opuści miasto. Obwołali już nową królową. Kassandra nie zwracała nań prawie żadnej uwagi. Nie podziękowała mu nawet za pomoc, a Maja czuła wyraźnie, że stara pani była bardzo nieuprzejmą względem młodego kawalera. Nie śmiała zapytać; wrażenia następowały po sobie ogromnie szybko, grożąc jej utratą przytomności. Wzburzenie ogólne i jej się udzieliło; zaczęła także brzęczeć cieniutko, delikatnie. — Co ci przyszło do głowy! ozwała się Kassandra. — Alboż zamało jeszcze hałasu? Maja natychmiast umilkła, pytające spojrzenie skierowując na starszą przyjaciółkę. — Chodź tutaj — rzekła do Maji — spróbujemy się nieco uspokoić. Ujęła Maję za jej piękne błyszczące skrzydełko, całkiem jeszcze miękkie i nowe i cudnie przeźroczyste, i usunęła ją w mało odwiedzany kącik, przed parę plastrów, napełnionych miodem. Maja przystanęła, uczepiwszy się jednego z plastrów. — Tu ślicznie pachnie — rzekła do Kassandry. Stara znów się obruszyła. — Musisz się nauczyć cierpliwości — rzekła. — Dziecko, ja w ciągu obecnej wiosny wychowałam już paręset młodych pszczółek i przygotowałam je do pierwszej podróży, ale żadna nie była taką wścibską. Wydajesz mi się jakąś wyjątkową naturą. Maja poczerwieniała i obydwa delikatne paluszki swej ręki wsunęła sobie do ust. — Co to jest natura wyjątkowa? spytała nieśmiało. — O, to jest coś bardzo nieprzyzwoitego — zawołała Kassandra, mając na myśli ruch ręki Maji, gdyż na jej zapytanie, wcale nie zwróciła uwagi. — A teraz uważaj dokładnie na wszystko, co ci powiem, gdyż mogę ci poświęcić tylko niewiele czasu, jako że wylęgły się znów młode, a jedyna moja pomocnica na tem piętrze, Turka, jest strasznie przemęczona, a w ostatnich dniach skarżyła się na szum w uszach. Maja usłuchała i dużemi ciemnemi oczyma, wpatrzyła się w swą nauczycielkę. — Pierwszą regułą, jaką musi sobie zapamiętać każda młoda pszczoła — rzekła Kassandra wzdychając — jest ta, że we wszystkiem, co myśli i robi, winna być podobną do innych i myśleć o szczęściu wszystkich. W ustroju państwowym, który od niepamiętnych czasów uznaliśmy za słuszny i który też okazał się jak najlepszym, jest ona jedyną podstawą dobra państwa. Jutro wyfruniesz w świat. Towarzyszyć ci będzie starsza opiekunka. Z początku będziesz przebywać tylko małe przestrzenie i musisz się dokładnie przyglądać przedmiotom, koło których będziesz przelatywać, abyś następnie umiała znaleźć drogę powrotną. Twoja towarzyszka nauczy cię poznawać setki kwiatów i kwiecia, mających najlepszy miód; tych musisz się wyuczyć na pamięć, gdyż żadna pszczoła nie może sobie trudu tego zaoszczędzić. Pierwszy wiersz możesz odrazu zapamiętać: wrzosy i kwiat lipowy. No, powtórz. — Nie potrafię — rzekła maleńka Maja. — To strasznie trudne. Zresztą zobaczę to przecież, skoro wyfrunę. Stara Kassandra szeroko roztworzyła oczy, potrząsając głową. — Źle będzie z tobą — westchnęła — już ja to widzę. — A czy później będę musiała przez cały dzień zbierać miód? spytała mała Maja. Kassandra westchnęła głęboko i przez chwilę patrzyła na pszczółkę poważnie i smutno. Może sobie przypomniała własne swe życie, od początku do końca pełne trudu i znoju. Poczem pełnem miłości spojrzeniem obejmując Maję, zmienionym głosem rzekła: — Moja maleńka Majo, poznasz ty promienie słońca, wysokie zielone drzewa i kwietne łąki, srebrne jeziora i wartkie migotliwe strumyki, promienne błękitne niebo, a naostatku może nawet człowieka, który jest najwyższym i najdoskonalszym tworem natury. W obliczu wszystkich tych wspaniałości praca twa będzie ci radością. Patrz, to wszystko cię jeszcze czeka, serce drogie, masz powód być szczęśliwą. — Dobrze — rzekła maleńka Maja — chcę też nią być. Kassandra uśmiechnęła się dobrotliwie. Nie wiedziała dobrze, jak to się stało, ale nagle uczuła szczególną miłość do małej Maji, jakiej nie czuła nigdy do którejkolwiek z młodych pszczół. I tak się stało, że małej Maji opowiedziała więcej, niż pszczoły zwykły słyszeć w pierwszym dniu swego życia. Udzieliła jej rozmaitych rad, ostrzegała przed niebezpieczeństwami grożącemi w tym złym świecie i wymieniła najgorszych wrogów, jakich posiada naród pszczeli. Wreszcie mówiła też długo o człowieku, szczepiąc w sercu małej Maji pierwszą miłość do ludzi, a także wielką tęsknotę poznania człowieka. — Bądź uprzejmą i życzliwą dla wszystkich owadów, jakie napotkasz — rzekła na zakończenie — a więcej się od nich nauczysz, niż ci dziś mogę powiedzieć; wystrzegaj się natomiast ós i szerszeni. Szerszenie są naszymi najsilniejszymi i najgorszymi wrogami, a osy, to bezużyteczna, zbójecka hołota, bez wiary i ojczyzny. My od nich silniejsze i potężniejsze, ale one kradną i mordują, gdzie tylko mogą. Możesz używać swego żądła przeciw wszystkim owadom, by zdobyć szacunek, lub też dla obrony; jeśli jednak ukłujesz zwierzę ciepłokrwiste lub człowieka, to musisz umrzeć, gdyż żądło twe utkwi w ich skórze i się złamie. Takie istoty kłuj tylko w razie największego niebezpieczeństwa, ale wtedy czyń to odważnie i nie bój się śmierci, gdyż my, pszczoły, zawdzięczamy szacunek i wielkie uznanie, jakiego wszędzie zażywamy, naszej odwadze i mądrości. A teraz bywaj zdrowa, mała Majo, niech ci się szczęści na świecie i bądź wierną swemu ludowi i swej królowej. Pszczółka skinęła głową, odwzajemniając pocałunek i uścisk starej nauczycielki. Z tajemną radością i podnieceniem ułożyła się do snu, nie mogąc zasnąć z ciekawości, bo przecież nazajutrz poznać miała wielki, daleki świat, słońce, niebo i kwiaty.

W pszczelim grodzie się tymczasem uspokoiło. Wielka część młodych pszczół opuściła państwo, by założyć inne, nowe. Długo słychać było brzęczenie licznego roju w promieniach słońca. Nie stało się to przez zuchwalstwo lub brak przywiązania do królowej, lecz poprostu naród tak się rozmnożył, że miasto nie mogło pomieścić wszystkich mieszkańców i niemożliwem też było zgro- madzić tyle zapasów miodu, by wszyscy mogli przez zimę mieć utrzymanie. Bo wielką część miodu zebranego w lecie, musiano wszak odstąpić ludziom. Tego wymagały dawne przymierza państwowe, gdyż ludzie w zamian zabezpieczali dobrobyt państwa, starali się o jego spokój i bezpieczeństwo w zimie, chronili przed mrozem. Nazajutrz rano, Maja z łoża swojego usłyszała radosny wykrzyk: — Słońce wstało! Natychmiast się zerwała i przyłączyła do jednej ze zbieraczek miodu. — Dobrze — uprzejmie rzekła tamta — możesz wylecieć ze mną. W bramie zatrzymali ją strażnicy. Ciżba była ogromna. Jeden ze strażników powiedział Maji hasło jej ludu, bez którego żadna pszczoła nie dostanie się do miasta. — Zapamiętaj je — powiedział — i szczęścia w pierwszej podróży! Wyszedłszy poza bramę miasta, pszczółka musiała przymknąć oczy przed powodzią zalewającego je światła. W okół promieniowanie złota i zieleni, tak przebogate i ciepłe i wspaniałe, że z nadmiaru błogości nie wiedziała, co począć i powiedzieć. — Ależ to naprawdę cudowne — rzekła do swej towarzyszki. — Czy tam polecimy?! — Prosto przed siebie! — odrzekła tamta. Wtedy Maja podniosła główkę, poruszyła swemi ślicznemi, nowiutkiemi skrzydełkami i poczuła nagle, że deseczka, na której siedziała, jakoby zaczynała tonąć. A równocześnie zdawało się jej, że okolica przed nią umyka wstecz, a duże zielone kopuły ku niej podchodzą. Oczy jej zabłysły, serce przepełniła radość bezmierna. — Ja lecę — zawołała — to nic innego jak latanie! Ale to naprawdę coś doskonałego. — Tak, latasz istotnie — rzekła zbieraczka miodu, z trudem mogąca jej nadążyć. — To są lipy, ku którym lecimy, nasze lipy zamkowe; po nich możesz rozpoznać i zapamiętać położenie naszego grodu. Ale ty naprawdę latasz za szybko, Majo. — O, nie można latać dość szybko — odparła Maja. — Jakże cudnie pachnie słońce! — Nie — rzekła zbieraczka miodu, trochę zadyszana — to kwiecie lipy pachnie. Ale teraz leć powolniej, inaczej ja pozostanę w tyle, przytem nie będziesz mogła zapamiętać okolicy, którą masz wracać. Ale mała Maja nie słyszała jej słów. Była jakby upojona radością, słońcem, szczęściem istnienia. Zdawało się jej, że oto z szybkością strzały mknie przez zielono-lśniące morze światła ku coraz to większej wspaniałości. Różnokolorowe kwiaty zdawały się ją wołać, ciche, przesłonecznione dale wabiły ku sobie, a błękitne niebo błogosławiło jej radosny lot młodości. Tak pięknie jak dziś, nie będzie już nigdy; nie mogę zawrócić, nie mogę myśleć o niczem, tylko o słońcu — myślała. Pod nią zmieniały się barwne obrazy, powoli i szeroko rozkładał się w jasności spokojny krajobraz. Całe słońce musi być ze złota, myślała pszczółka. Przybywszy nad wielki ogród, zdający się spoczywać wśród kwietnych obłoków drzew wiśniowych, bzów i głogów, osunęła się ku ziemi, śmiertelnie wyczerpana. Spadła na grzędę czerwonych tulipanów i uchwyciwszy się jednego z dużych kwiatów, wsparta o kwietnią ścianę, odetchnęła głęboko i rozkosznie i ponad osłonecznione brzegi kwiatu patrzyła ku błękitnemu niebu. — O, toż tysiąc razy ładniej jest na wielkim przestronnym świecie niż w mrocznym grodzie pszczół — zawołała. — Nigdy już tam nie wrócę, by zbierać miód, lub robić wosk. O nie, nigdy tego nie zrobię. Chcę widzieć i poznać ten kwitnący świat; ja nie jestem taką jak inne pszczoły; moje serce pragnie radości i niespodzianek, stworzone jest dla przygód i przeżyć. Nie chcę się bać niebezpieczeństw, bo czyż nie mam siły i odwagi i żądła? Zaśmiała się zuchwale i radośnie i z kielicha tulipana połknęła duży łyk miodnego soku. Wspaniale, pomyślała, życie jest naprawdę przecudne. Ach, gdyby mała Maja przeczuwała, ile ją czeka biedy i niebezpieczeństw, byłaby się z pewnością rozmyśliła. Ale ona niczego nie przeczuwała i pozostała przy swym zamiarze. Rychło uległa ogromnemu zmęczeniu i zasnęła. Gdy się przebudziła, nie było słońca, a całą okolicę osłaniał mrok. Serce jej jednak zabiło mocniej i z pewnem wahaniem opuściła kwiat, zamierzający się właśnie zamknąć na noc. Pod wielkim liściem, wysoko u wierzchołka starego drzewa, ukryła się cała, a zasypiając, myślała pełna otuchy: — Nie chcę tracić odwagi zaraz na początku. Słońce znów przyjdzie, to pewne; Kassandra mi przecież powiedziała. Trzeba tylko spać mocno i spokojnie.

ROZDZIAŁ II.

Różany dom Pepika.

Gdy Maja się zbudziła, jasno już było na dworze. Zmarzła trochę pod dużym zielonym liściem, a pierwsze ruchy wykonywała tylko powoli i ociężale. Trzymając się żyłki liścia, pozwalała swym skrzydełkom drżeć i migotać, by nabrały elastyczności i otrząsnęły z siebie pył. Następnie przygładziła swe jasne włoski i wytarła sobie duże oczy. Ostrożnie wygramoliła się nieco dalej na brzeżek liścia i rozglądnęła się. Była całkiem oślepiona wspaniałością i jasnością rannego słońca. Liście ponad nią błyszczały jak zielone złoto; tu gdzie siedziała, panował jeszcze chłodny cień. O, cudny świecie, myślała pszczółka. Zwolna tylko przypomniała sobie wszystkie przeżycia dnia poprzedniego, wszystkie niebezpieczeństwa i piękności. I postanowiła nie wrócić już do ula. Wprawdzie na wspomnienie Kassandry serce jej biło mocno i niespokojnie, ale to przecież wykluczone, by Kassandra mogła ją kiedykolwiek odnaleźć. Nie, na to się ona zgodzić nie może, by dzień po dniu bezustannie wylatywać i wlatywać do ula, znosić miód, lub robić wosk. Ona chce być szczęśliwą i wolną i na swój sposób używać życia, bez względu na następstwa, które ona już jakoś zniesie. Tak lekkomyślnie myślała Maja, po części też i dlatego, że nie miała jasnego wyobrażenia o tem, co ją jeszcze czekało. Gdzieś daleko płonęła purpura słońca. Maja widziała tę jasność i blask i ogarnęło ją tajemne zniecierpliwienie. Uczuła też, że głód jej zaczyna dokuczać. Więc odważnie z pogodnym wesołym brzękiem zerwała się ze swej kryjówki i uleciała w jasne, migotliwe powietrze, w ciepłe promienie słońca. Spokojnie szybowała ku czerwonemu jaśnieniu kwiatów, które zdawały się ją przyzywać, a dostawszy się w ich pobliże, uczuła tchnienie zapachu tak słodkiego, że była jakby oszołomioną i z trudem tylko dosięgła korony dużego czerwonego kwiatu. Wspięła się na jego skrajny sfalowany płateczek i uczepiła się go jak podpory. Aż tu wskutek lekkiego ruchu, w jaki wprawiła płatek kwiatu, przytoczyła się ku niej lśniąca srebrna kuleczka, niemal tak duża jak ona sama, przeźroczysta i mieniąca się wszystkiemi kolorami tęczy. Maja przeraziła się okropnie, jakkolwiek piękność tej chłodnej srebrnej kulki wprawiła ją w zachwyt. Przeźrocza kulka potoczyła się dalej, przechyliła się nad brzeżkiem listka, skoczyła w jasność słoneczną i spadła na trawę. Maja wydała cichy okrzyk przerażenia widząc, że cudna kulka rozprysła się w mnóstwo drobniutkich perełek. Ale w trawie migotało teraz tak żywo i świeżo, w drżących kropelkach spływając po ździebełkach i błyszcząc niby djamenty w świetle lampy. Maja poznała, że była to duża kropla rosy, która w chłodną noc utworzyła się w kielichu kwiatu. Zwróciwszy się znów do kielicha, zobaczyła chrabąszczyka o bronzowych pokrywach i czarnym pancerzu, siedzącego u wnijścia do kielicha kwiatu. Był nieco mniejszy od niej, spokojnie siedział na swem miejscu i przyglądał się jej poważnie, ale nie niechętnie. Maja skłoniła mu się uprzejmie. — Czy kulka należała do pana? spytała. A gdy chrabąszczyk nie odpowiadał, dodała: — Bardzo mi przykro, że ją strąciłam. — Czy panienka ma na myśli kroplę rosy? spytał chrabąszczyk, uśmiechając się trochę wyniośle. — Z tego powodu nie potrzebuje się panienka niepokoić. Ja już piłem, a moja żona nigdy nie pije wody, gdyż cierpi na nerki. Czego sobie panienka tutaj życzy? — Cóż to za prześliczny kwiat! rzekła Maja, nie odpowiadając na jego pytanie. Czy nie byłby pan tak dobrym pouczyć mnie, jak on się nazywa? Przypomniała sobie rady Kassandry i starała się być jak najbardziej uprzejmą. Chrabąszczyk poruszył swą lśniącą, błyszczącą głową w tylnym pancerzu. Mógł to wykonać łatwo i swobodnie, gdyż była doskonale dopasowaną i bez najmniejszego szmeru przesuwała się tam i nazad. — Panienka widać dopiero wczorajsza? spytał i zaśmiał się niezbyt grzecznie z nieświadomości Maji. Wogóle było w nim coś, co Maję raziło, jako że pszczoły są wykształceńsze i lepsze mają manjery. Niemniej musiał być z usposobienia dobrodusznym, gdyż widząc, że Maja zawstydzona oblała się lekkim rumieńcem, zaczął do niej mówić z większą pobłażliwością. — To jest róża — rzekł — skoro się panienka chce dowiedzieć. Zamieszkaliśmy w niej przed czterema dniami i dzięki naszym staraniom wspaniale się od tego czasu rozwinęła. Czy mogę prosić, by panienka weszła na chwilę? Maja się zawahała; szybko jednakowoż pokonała swe obawy i postąpiła parę kroków naprzód. Chrabąszczyk odchylił barwny płatek kwiatu i razem kroczyli wąskiemi komnatami o jasno-czerwonych wonnych ścianach i przyćmionem świetle. — Ślicznie tu naprawdę — rzekła Maja, szczerze za- chwycona. — A ten zapach ma w sobie coś odurzającego. Chrabąszczowi sprawiało przyjemność, że Maji tak bardzo się podobało jego mieszkanie. — Trzeba wiedzieć, gdzie osiąść — rzekł, uśmiechając się życzliwie. — Z kim przestajesz, takim się stajesz — powiada przysłowie. — Pozwoli panienka trochę miodu? — Ach — wyrwało się Maji — z największą przyjemnością. Chrabąszczyk skinął głową potakująco i zniknął za jedną z ścian. Maja rozglądała się uszczęśliwiona. Tuliła policzki i rączki do delikatnych purpurowych portier, głęboko wdychała rozkoszną woń, pełna błogiej radości, że może przebywać w tak pięknem mieszkaniu. Jednak to wielka rozkosz żyć na swobodzie — myślała — a siedziby tej nie można nawet porównywać z zatęchłym przepełnionym ulem, w którym my żyjemy i pracujemy. Już sama ta cisza jest urocza. W tem usłyszała poprzez ściany głośne łajanie chrabąszcza. Burczał coś, widocznie wzburzony i rozgniewany, a Maji się zdawało, że kogoś pochwycił i brutalnie odepchnął. Równocześnie dobiegł ją głosik cienki pełen lęku i irytacji, który mówił: — Oczywista, gdy jestem sama, to możesz sobie pan pozwolić na ubliżanie mi w podobny sposób, ale niech tylko przywołam moje towarzyszki, to zaraz się policzymy. Jesteś pan grubjaninem. Dobrze, odchodzę. Ale nie zapomni pan nigdy, że pana nazwałam grubjaninem. Maja przeraziła się niezmiernie głosem nieznajomej, brzmiącym ostro i gniewnie. Niebawem usłyszała, że się ktoś spiesznie oddalił. Chrabąszcz wrócił nachmurzony z kuleczką miodu. — Skandal — burknął — nigdzie nie można mieć spokoju przed tą hołotą. Maja wygłodzona, zapomniawszy podziękować, nabrała szybko pełne usta miodu i zaczęła żuć, gdy chrabąszcz otarłszy sobie pot z czoła, rozluźnił nieco górny pancerz, by móc swobodniej oddychać. — Kto tam był? spytała pszczółka, mając usta pełne miodu. — Proszę wpierw połknąć, co panienka ma w ustach — rzekł chrabąszcz — inaczej niepodobna rozumieć, co mówi. Maja usłuchała, a wzburzony gospodarz domu nie czekając na dalsze pytanie, wybuchnął gniewnie: — To była mrówka. Te stworzenia sądzą widocznie, że człowiek zbiera i oszczędza godzina po godzinie, jedynie dla nich. Tak ni stąd ni zowąd, bez pozwolenia, bez zapytania, wtargnąć do cudzej spiżarni! To przecież oburzające. Gdybym nie wiedział, że u tych istot wypływa to istotnie z nieznajomości form towarzyskich, nie wahałbym się nazwać ich poprostu złodziejami. Nagle się opamiętał i zwracając się do Maji rzekł: — Proszę wybaczyć, że się zapomniałem przedstawić. Nazywam się Pepik, z rodu czerwczyków. — Ja się zwę Maja — nieśmiało rzekła pszczółka; — bardzo się cieszę, że pana poznałam. Dokładnie się teraz przyglądała Pepikowi. On skłonił się powtórnie, rozkładając przytem swe macki, niby dwa małe bronzowe wachlarzyki. Ogromnie się to Maji spodobało. — Ma pan prześliczne macki — rzekła — poprostu zachwycające... — O tak, — przyznał Pepik, mile pogłaskany po- chlebstwem — znam też swą wartość. Czy panienka chce je może zobaczyć z drugiej strony? — Jeśli można, to bardzo proszę — rzekła Maja. Chrabąszczyk odchylił swe wachlarzowate macki, wystawiając je na światło słońca. — Znakomite, nieprawdaż? spytał. — Nigdybym nie przypuszczała, że coś podobnego jest możliwem — odparła Maja. — Moje macki są całkiem niepozorne. — No, tak, — zauważył Pepik — każdy ma swoje zalety. Panienka ma zato bardzo piękne oczy, a złotawa barwa ciała też nie jest do pogardzenia. Mała Maja promieniała szczęściem. Nikt jej jeszcze nie powiedział, że jest w niej coś pięknego. Rozzuchwaliła się tem powodzeniem i upojona wielką radością życia, szybko sięgnęła po nową kuleczkę miodu. — Doskonały gatunek — rzekła. — Proszę się nie krępować — rzekł Pepik, nieco zdumiony niezwykłym apetytem swego gościa — to miód różany, w najlepszym gatunku. Trzeba tylko uważać, by sobie nie przeładować żołądka. Jest też jeszcze trochę rosy, jeśli panienka czuje może pragnienie. — Bardzo dziękuję — rzekła Maja. — Teraz chciałabym trochę latać, jeśli pan pozwoli. Chrabąszczyk się zaśmiał. — Latać i zawsze latać — rzekł — to już wam pszczołom leży we krwi. Nie pojmuję tego niespokojnego trybu życia. Przecież to wielka przyjemność przebywać w temsamem miejscu; czyż nie? — Ach, ja tak lubię latać — odrzekła Maja. Chrabąszczyk grzecznie rozchylił przed nią purpurową portjerę. — Jeszcze panienkę odprowadzę do skrajnego listka, z którego bardzo wygodnie będzie się wzbić w powietrze. — Och, dziękuję, — rzekła Maja — ja mogę odlecieć skąd chcę. — Pod tym względem ma panienka wyższość nademną — rzekł Pepik — mnie rozwinięcie dolnych skrzydełek sprawia pewną trudność. Uścisnął jej rękę, rozsunąwszy ostatnią potjerę. — O Boże, co za cudny błękit nieba — radośnie zawołała Maja. — Żegnam pana. — Do widzenia — rzekł Pepik siadając na najwyższym płatku róży, by przez chwilę przyglądać się małej Maji, która prostą, pionową linją wzbijała się ku niebu, w złote promienie słońca, w czyste ranne powietrze. Poczem westchnął tajemnie i w zamyśleniu wrócił do chłodnego, różanego kielicha. Zrobiło mu się trochę ciepło, pomimo wczesnego jeszcze ranka. Począł sobie nucić ranną piosenkę, która w purpurowych Odblaskach różanych listków i w ciepłych promieniach słońca brzmiała:

A na dworze powoli wstawał wiosenny dzionek nad ukwieconą ziemią.

ROZDZIAŁ III.

Leśne jezioro i jego mieszkańcy.

Ach, myślała Maja podczas lotu, oto zapomniałam spytać Pepika o człowieka. Mężczyzna tak doświadczony jak on, mógłby mi z pewnością udzielić najlepszego objaśnienia. Ale może sama w ciągu dzisiejszego dnia napotkam gdzieś człowieka. Pełna przedsiębiorczości i otuchy, swemi błyszczącemi oczyma powiodła po dalekich barwnych obszarach, rozścielających się pod nią w całym przepychu letniej krasy. Przelatywała obok dużego ogrodu, płonącego tysiącem barw. Napotykała rozmaite owady, które w przelocie rzucały jej słowa pozdrowienia i życzyły wesołej podróży i obfitego zbioru. Ilekroć spotykała jaką pszczołę, serce jej uderzało mocniej, bo jednak czuła się trochę winną w swej bezczynności i bała się spotkania ze znajomemi. Wkrótce się jednak przekonała, że pszczoły nie zwracały na nią żadnej uwagi. Nagle ujrzała błękitne niebo, jaśniejące pod nią w głębi nieskończonej. W pierwszej chwili pomyślała z przerażeniem, że może wzleciała zbyt wysoko i zabłąkała się w niebie; niebawem wszakże zobaczyła, że na brzegu tego podziemnego nieba odzwierciedlają się drzewa i z bezmiernym zachwytem poznała, że jest to ogromna cicha toń wodna, przejrzysto-błękitna w ciszy poranka. Uszczęśliwiona, opuściła się tuż nad powierzchnię wody i w zwierciedle wodnem ujrzała siebie samą, unoszącą się w powietrzu, ujrzała swe przejrzyste skrzydełka połyskujące jak czyste lśniące szkło, przekonała się, że nóżki jej leżą na ciele, jak ją uczyła Kassandra i zobaczyła piękną złotą barwę swego ciała, odbitą we wodzie. To rozkosz prawdziwa unosić się tak nad powierzchnią wody, radowała się Maja. Ujrzała wielkie i małe ryby płynące w przeźroczystej wodzie, lub całkiem nieruchome, jak gdyby się na niej unosiły. Miała się na baczności, aby się do nich zbytnio nie zbliżyć, gdyż wiedziała, że ród rybi oznacza dla niej groźne niebezpieczeństwo. Na drugim brzegu jeziora, na który się po chwili przedostała, zwabiło ją ciepłe sitowie i olbrzymie liście polnych róż, niby zielone talerze unoszących się na wodzie. Wybrała jeden z liści najbardziej osłoniętych, nad którym kołysały się w słońcu wysokie łodygi trzciny, przeto całkiem niemal pogrążony w cieniu. Tylko parę plam świetlnych jaśniało na nim, niby złote monety. — Przecudnie — rzekła Maja półgłosem — wprost przecudnie. Zaczęła się trochę ochędożać, obiema rękami chwyciwszy się z tyłu za głowę, którą ciągnęła naprzód, jak gdyby ją chciała urwać. Wystrzegała się jednak ciągnąć zbyt mocno, bo chodziło wszak tylko o strzepnięcie kurzu. Następnie tylnemi nóżkami pogładziła pokrywy skrzydełek, które przegięły się ku dołowi, i czyściutkie znów odskoczyły na dawne miejsce. Wtem podszedł ku niej mały, stalowo błękitny bąk, usiadł obok na liściu i przyjrzawszy się jej w zdumieniu, spytał: — Czego to panienka szuka na moim liściu? — Chyba wolno na chwilę odpocząć — rzekła. Przypomniała sobie, co jej powiedziała Kassandra, że naród pszczeli cieszy się w świecie owadów wielkiem poważaniem. Tedy postanowiła spróbować, czy się jej uda zdobyć ów szacunek. Serce jej biło jednak niespokojnie, gdyż odpowiedziała bardzo głośno i stanowczo. Widocznie się przestraszył, widząc, że Maja nie pozwoli sobie rozkazywać. Brzęcząc niechętnie, wspiął się na źdźbło trzciny pochylone nad liściem, na którym siedziała Maja i znacznie już uprzejmiej ze swej osłonecznionej wyżyny rzekł: — Wołałaby panienka pracować, jak to u was w zwyczaju, ale jeśli chce trochę wypocząć... Ostatecznie mogę chwilkę zaczekać. — Wszak dość tutaj liści — rzekła Maja. — Wszystko wynajęte — odparł. — Człowiek szczęśliw, gdy w dzisiejszych czasach zdobędzie dla siebie jaki taki kątek. Gdyby mego poprzednika nie była przed dwoma dniami pożarła żaba, nie miałbym dotąd żadnego pomieszczenia. A co noc szukać sobie innego schronienia nie należy wcale do przyjemności. Bo nie każdy ma niestety tak uregulowany ustrój państwowy jak wy, pszczoły. Zresztą pozwolę się przedstawić; jestem Jan Krzysztof. Maja milczała, z przerażeniem zastanawiając się, jak to musi być strasznie dostać się w moc żaby. — Czy dużo jest żab w tych wodach? spytała, sadowiąc się w samym środku liścia, by jej z wody nie widziano. Bąk się zaśmiał. — Proszę sobie nie zadawać daremnego trudu, — rzekł drwiąco — żaba może panienkę widzieć też z dołu, gdyż liść jest przeźroczysty w świetle słońca. Ona widzi doskonale, kto siedzi na moim liściu. Maja opętana strasznem przypuszczeniem, że tuż pod jej liściem siedzi może duża żaba i wpatruje się w nią swemi wybałuszonemi głodnemi ślepiami, chciała szybko ulecieć, gdy w tejże chwili stało się coś okropnego, na co żadną miarą nie była przygotowaną. W pierwszej chwili zamieszania nie mogła nawet dokładnie odróżnić, co się dzieje; usłyszała tylko nad sobą cienki, ostry szum, podobny do wiatru szeleszczącego zeschłem listkowiem, a także śpiewny gwizd, donośny, gniewny okrzyk, myśliwski; równocześnie zaś przemknął ponad jej liściem lekki, zwiewny cień. Następnie ujrzała — a serce jej zmartwiało w trwodze — że duża, migotliwa jętka pochwyciła biednego Jana Krzysztofa i rozpaczliwie krzyczącego biedaka trzymała w swych długich, jak nóż ostrych chwytach. Ze zdobyczą swą usiadła na pręcie trzciny, który zachwiał się lekko pod jej ciężarem, a Maja widziała przez chwilę chybocących się nad nią tych dwoje, a także ich wodne odbicie. Krzyk Jana Krzysztofa ranił jej serce. Nie zastanawiając się, krzyknęła: — Proszę natychmiast puścić tego biedaka, kimkolwiek pani jesteś. Nie ma pani prawa w tak despotyczny sposób zakłócać życia drugich. Jętka wypuściła bąka ze swych chwytów, silnie go jednak przytrzymując rękoma, poczem odwróciła głowę do Maji. Pszczółka przeraziła się dużych, poważnych oczu jętki i jej złych ostrych szczypców, ale połyskliwe jej skrzydełka i wielobarwne ciało wprawiły ją w zachwyt. Migotało ono jak woda, jak szkło, jak drogie kamienie. Lękiem przejmowały ją jednak ogromne rozmiary jętki; nie rozumiała wprost swej poprzedniej odwagi i zaczęła drżeć całem ciałem. Ale jętka ozwała się bardzo uprzejmie: — Dziecko, co ci jest? — Proszę go puścić, — zawołała Maja, a w oczach jej zabłysły łzy — on się nazywa Jan Krzysztof... Jętka się uśmiechnęła. — A czemu to tak, moja mała? spytała, a twarz jej przybrała wyraz zainteresowania, lecz także pewnej wyniosłej pobłażliwości, Maja wyjąkała bezradnie: — Ach, to przecież taki miły, sympatyczny pan, a o ile mi wiadomo, nie zrobił pani nic złego. Jętka w zadumie spojrzała na Jana Krzysztofa. — Tak, miły nieboraczek — przyznała czule, odgryzając mu głowę. Maja omal nie straciła zmysłów, tak strasznie wstrząsnął nią ten widok. Przez długą chwilę nie mogła wydobyć słowa i oto ze zgrozą słuchać musiała chrzęstu i chrupotania, towarzyszącego rozrywaniu ciała stalowo-błękitnego Jana Krzysztofa. — Proszę nie odgrywać komedji, — rzekła jętka, mając pełne usta i nie przestając żuć, — bo taka nadmierna uczuciowość nie robi na mnie wrażenia. Czyż wy postępujecie lepiej? Panienka widocznie bardzo młoda i nie rozglądnęła się nawet we własnym domu. Ale gdy w lecie nastąpi mordowanie trutni, to świat będzie się również oburzał i mojem zdaniem, z większą słusznością. Maja spytała: — Czy pani już z nim skończyła? Nie miała odwagi spojrzeć do góry. — Mam jeszcze jedną nogę — rzekła jętka. — To proszę ją połknąć, a wtedy pani odpowiem — zawołała. Maja, która wiedząc doskonale, dlaczego w ulu muszą zabijać trutnie, irytowała się głupotą jętki. — Ale niech się pani nie postąpić do mnie bodaj o jeden krok. W przeciwnym razie nie wahałabym się ani na chwilę zrobić użytku z mego żądła. Mała Maja była istotnie rozgniewana. Po raz pierwszy wspomniała o swem żądle i po raz pierwszy cieszyła się z posiadania tej broni. Oczy jętki rzucały złe błyski. Skończyła swą ucztę a siedząc trochę przyczajona, bacznie przyglądała się Maji i wyglądała na drapieżcę, gotowego się rzucić na swą zdobycz. Ale pszczółka stała się nagle całkiem spokojna. Nie mogła zrozumieć, skąd nabrała takiej odwagi, ale wcale już nie czuła lęku. Wydała nawet cienki, przenikliwy brzęk, jaki słyszała raz u strażnika w ulu, kiedy osa zbliżała się do otworu. Jętka rzekła powoli i groźnie: — Jętki żyją w najlepszej zgodzie z narodem pszczół. — I dobrze też robią — szybko odparła Maja. — Czy pani sądzi, że ja się może boję, ja — pani? spytała jętka. Szybkim ruchem zerwała się ze źdźbła sitowia, które w okamgnieniu wyprostowało się jak wpierw i brzęcząc migotliwemi skrzydełkami sfrunęła tuż nad powierzchnię wody. Cudny to był widok, gdy się tak przeglądała w jeziorze; zdawało się, że oto dwie jętki poruszają swemi szklanemi skrzydełkami tak szybko i wdzięcznie, że w okół nich tworzy się niejako srebrna otęcza. Było to tak piękne, że Maja zapomniała o swem zmartwieniu z powodu Jana Krzysztofa, a także o niebezpieczeństwie. Nie posiadając się z zachwytu, klasnęła w dłonie, wołając: — Cudna! Przecudna! — Mnie pani ma na myśli? spytała jętka zdumiona. I szybko dodała: — Tak, to prawda, na brak urody uskarżać się nie mogę. Gdyby pani dopiero słyszała była zachwyty ludzi, którzy mnie wczoraj widzieli nad strumieniem! — Ludzie? spytała Maja — och, pani widziała ludzi? — Tak — potwierdziła jętka — ale zapewne panią będzie bardzo interesować, jak się nazywam. Otóż jestem Migotka i pochodzę z rodziny Siatkoskrzydłych. — Ach, proszę mi coś opowiedzieć o ludziach — prosiła Maja, wymieniwszy swe nazwisko. Jętka wyglądała na pojednaną. Usiadła na liściu obok Maji, a pszczółka na to pozwoliła. Wiedziała dobrze, że Migotka będzie się wystrzegała zbyt bliskiego sąsiedztwa. — Czy ludzie mają żądło? spytała Maja. — Mój Boże, a na cóżby się im przydało? odparła Migotka. — Nie, oni mają przeciw nam broń znacznie gorszą i są też bardzo dla nas niebezpieczni. Niema pośród nas istoty, któraby się ich nie obawiała, a przedewszystkiem tych małych, u których można dokładnie rozróżnić obydwie nogi i którzy się zwą chłopcami. — Czy oni panią chcą złowić? spytała Maja całkiem bez tchu od silnego wzburzenia. — Oczywista; czyż to panią może dziwić? spytała Migotka, rzucając wymowne spojrzenie na swe skrzydełka. — Rzadko tylko zdarzało mi się spotkać człowieka, któryby mnie nie usiłował schwycić. — Ale poco? trwożnie spytała Maja. — Mamy w sobie widocznie coś bardzo pociągającego — odrzekła jętka ze skromnym uśmiechem, z ukosa patrząc na pszczółkę. — Innego powodu nie znam. Zdarzało się, że moi krewni, którzy się pozwolili złapać, wycierpieć musieli męki najokrutniejsze, a w końcu ponosili śmierć z rąk swych morderców. — Czy zostali pożarci? — Nie — uspakajająco rzekła Migotka — tak źle znów nie było. O ile wiadomo, to człowiek nie żywi się jętkami. Tylko że w ludziach żyją niekiedy popędy zbrodnicze, które na zawsze chyba pozostaną tajemnicą niewyjaśnioną. Może się to pani wyda nieprawdopodobnem, ale zapewniam, że zdarzały się wypadki, kiedy tak zwani chłopięcy ludzie schwyciwszy jętkę, poprostu dla rozrywki wyrywali jej skrzydełka i nóżki. Pani wątpi? — Rozumie się, że trudno mi uwierzyć w coś podobnego — zawołała Maja oburzona. Migotka wzruszyła ramionami, a twarz jej przybrała wyraz starczy, wyryty długiem doświadczeniem. — Ach, jeśli mam być szczerą — podjęła znów Migotka, całkiem pobladła od smutnego wspomnienia — to pani powiem, że ja sama miałam brata, rokującego najpiękniejsze nadzieje, pomimo że był trochę lekkomyślny i niestety bardzo ciekawy. Otóż wpadł on w ręce pewnego chłopca, który nań zdradnie zarzucił siatkę, przymocowaną do długiego drążka. Proszę powiedzieć, ktoby się mógł czegoś takiego domyślać? — Nie — odparła Maja — czegoś takiego niktby się nie mógł domyślać. Jętka spojrzała na nią. — A potem okręcono mu czarny sznur dokoła piersi, pomiędzy skrzydełka, wskutek czego mógł wprawdzie wzlecieć do góry, ale nie uciec. Ilekroć biedny mój brat myślał, że oto już odzyskał swobodę, okrutny chłopiec ściągał go napowrót zapomocą owego sznura, którym nieborak był przewiązany. Maja potrząsała głową. — Trudno sobie wprost wyobrazić podobną mękę — szepnęła smutnie. — Jeśli się czasem zdarzy jeden bodaj dzień, że nie myślę o tem nieszczęściu, to na pewno śnię o niem w nocy — mówiła znów Migotka. — Dużo się wtedy na to złożyło. Wkońcu brat mój umarł. Migotka westchnęła głęboko. — W jaki sposób? spytała Maja z szczerem współczuciem. Migotka nie mogła przez chwilę odpowiedzieć. Duże łzy wypłynęły jej z oczu i powoli staczały się po policzkach. — Wsadzono go do kieszeni — załkała — a tego nikt nie zdoła wytrzymać. — Co to jest? trwożnie spytała Maja, nie umiejąca sobie uświadomić i zrozumieć tylu rzeczy nowych i strasznych. — Kieszeń — tłómaczyła Migotka — to magazyn, znajdujący się w zewnętrznej skórze człowieka. — Ale co pani sądzi, że się w nim jeszcze znajdowało? Och, w jakiem strasznem towarzystwie musiał biedny mój brat spędzić swe ostatnie chwile! Nigdyby pani nie odgadła! — Nie — rzekła Maja z zapartym oddechem — ja tego nie... czyżby miód? — Skąd znowu! z wielką powagą i smutkiem tłómaczyła Migotka. — Miód znajduje się nader rzadko w kieszeni człowieka. Powiem pani, co w niej było: była żaba, miecz kieszonkowy i marchew. Co pani na to? — Okropność! szepnęła Maja. — Ale co to jest miecz kieszonkowy? — To jest pewnego rodzaju sztuczne żądło człowieka. Ponieważ natura odmówiła mu tej broni, więc postarał się o naśladownictwo. Żaba była już na szczęście bliska kresu swej ziemskiej wędrówki. Straciła je- dno oko, złamała nogę, a dolną szczękę miała całkiem zwichniętą. Zaledwie jednak brat mój zjawił się w kieszeni, syknęła swym krzywym pyskiem: — Skoro tylko wyzdrowieję, natychmiast cię połknę. Przytem swem jednem okiem wciąż zezowała w stronę nieszczęsnego przybysza. Wyobrażam sobie, jak to spojrzenie w mroku więziennym musiało działać. Brat mój stracił przytomność, gdy wskutek niespodzianego wstrząsu został tak przyciśnięty do żaby, że jego skrzydełka przylepiły się do zimnego, mokrego ciała konającej. O, niepodobna znaleść słów do opisania tej grozy. — Skąd pani wie o tem wszystkiem? wyjąkała Maja do głębi poruszona. — Po chwili chłopak wyrzucił mego brata i żabę, gdyż zgłodniał i chciał z kieszeni wydobyć marchew. Usłyszawszy jęki mego brata przybiegłam przerażona i znalazłam go leżącego na trawie, obok żaby. Ale przyszłam już tylko po to, by się wszystkiego dowiedzieć i przymknąć mu powieki na sen wieczysty. Objął mnie jeszcze ramieniem i ucałował na pożegnanie. A potem umarł bez skargi, mężnie i spokojnie, jak mały bohater. Gdy ustało ostatnie drżenie jego połamanych skrzydełek, nakryłam go dębowym liściem i przyniosłam błękitny kwiatek, by na jego cześć zwiądł na pagórku. — Żegnaj i śpij spokojnie braciszku! — zawołałam — poczem uleciałam w cichy wieczór ku dwom czerwonym słońcom, z których jedno gorzało na nieboskłonie, a drugie w jeziorze. Tak smutno i uroczyście jak mnie w owej chwili, nie było chyba nikomu na świecie. A pani przeżyła już coś smutnego? W takim razie musi mi też opowiedzieć. — Nie — rzekła Maja — ja dotąd byłam właściwie zawsze wesołą. — To możesz pani Bogu podziękować — rzekła Migotka trochę rozczarowana. Maja spytała, co się stało z żabą. — Ach, ona! pogardliwie rzekła Migotka. — Prawdopodobnie poniosła śmierć, co jej się też słusznie należało. Bo jak mogła mieć tak twarde serce, by straszyć umierającego? Próbowała wprawdzie umknąć, ale będąc na jedną nogę kulawą i na jedno oko ślepą, wciąż tylko skakała w kółko, przedstawiając widok okropnie śmieszny. — Wnet cię bocian wybawi od męki! krzyknęłam do niej w odlocie. — Biedna żaba — rzekła Maja. — No, wie pani — zawołała jętka oburzona — tego jednak zawiele. Żałować żaby, to znaczy kopać dołki pod sobą samym. Zdaje mi się, że pani jest osobą bez sumienia. — Być może — odparła Maja — nie mogę jednak patrzeć na czyjeś cierpienie. — Och! — pocieszała ją Migotka — to należy przypisać młodości pani. Z czasem nabierzesz męstwa, moja droga. Ale teraz muszę polecieć na słońce. Bardzo tu chłodno. Żegnam panią! Zachrzęściła cichutko i tysiąc barw zamigotało w powietrzu — barw delikatnych, łagodnych, jakie ma płynąca woda i kryształy. Migotka wspięła się przez zielone sitowie nad powierzchnię wody i Maja usłyszała jej śpiew poranny. Słuchała wzruszającego tego śpiewu, mającego w sobie melancholijną słodycz pieśni ludowej i nastrajającej serduszko Maji nawpół smutnie, nawpół wesoło.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…