Read here

Przygody Alinki w Krainie Cudów

Lewis Carroll · 1910 · Free in the US

30,147 words · about 2 h 7 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1910 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Przygody_Alinki_w_Krainie_Cudów&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1910
Length
30,147 words · about 2 h 7 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 3 min
  3. I about 4 min
  4. II about 5 min
  5. III about 5 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 5 min
  8. VI about 7 min
  9. VII about 6 min
  10. VIII about 7 min
  11. IX about 5 min
  12. X about 3 min
  13. XI about 6 min
  14. XII about 6 min

Continue:

Front matter

LUDWIK KARROL.

PRZYGODY ALINKI

z 90-go angielskiego wydania spolszczyła

całość

LUDWIK KARROL.

PRZYGODY ALINKI

z 90-go angielskiego wydania spolszczyła

Adela S.

Z 38 obrazkami.

WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE

1910

I. W króliczej jamie.

Alinka była już zmęczona bezczynnym siedzeniem na ławce, raz czy dwa zerknęła nawet do książki siostry, obok siedzącej, lecz że w tej książce nie było ani obrazków, ani rozmów, więc osądziła, że nic nie warta. Zagłębiła się więc we własnych rojeniach, jakkolwiek dzień upalny usypiał ją i odurzał. — Możeby zwinąć wianek ze stokroci — pomyślała, rozważając, czy warto w tym celu podnieść się z miejsca i pochylać na słońcu. Nagle biały królik o oczkach czerwonych przebiegł tuż mimo niej. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, nie wydały się też Alince niezwykłemi słowa, wybiegające z jego pyszczka. — Ach, doprawdy, gotów jestem jeszcze się spóźnić! To powiedziawszy, królik szybko wyjął zegarek z kieszonki od kamizelki i spojrzawszy nań, przyśpieszył kroku. Alinka zerwała się, zorjentowawszy się nagle, że przecie dotąd nie widziała nigdy królika w kamizelce z zegarkiem, i zaciekawiona pomknęła w ślad za nim po przez pole, doganiając go właśnie w chwili, gdy wsunął się do przestronnej jamy króliczej pod płotem. Alinka wsunęła się za nim, nie zastanawiając się nawet, w jaki sposób wydobędzie się z powrotem. Droga, po której przebiegała, podobną była do zwykłego tunelu, w pewnym jednakże miejscu stała się tak pochyła, że zanim dziewczynka zdążyła się opamiętać, już staczała się ku jakiejś przepaści. Lecz widocznie przepaść nie była tak głęboką, jak się w pierwszej chwili wydawało, bo Alinka, rozglądając się, spostrzegła zaraz z brzegu półki do książek, gdzieniegdzie zaś wisiały mapy i obrazy. W przejściu udało się dziewczynce wyjąć z jednej śpiżarki słoik, opatrzony napisem: «Marmelada pomarańczowa», lecz ku jej rozczarowaniu słoik był pusty. Wtym zaczęła dalej spadać. — Zlatywanie ze schodów jest niczym w porównaniu z tym spadkiem — rzekła sama do siebie — jakże odważną okrzyczą mnie w domu! — Ale czy ten spadek nigdy się nie skończy? Na wieleż to już mil się śpuściłam? Najmniej na jaki tysiąc, dotrę chyba do samego środka ziemi.

Jak widzimy, Alinka uczyła wielu rzeczy i choć to nie była pora właściwa, aby popisywać się nabytemi wiadomościami, jednakże nie szkodziło coś nie coś przypomnieć sobie. — Ciekawam, na jakiej długości i szerokości gieograficznej się znajduję? Jeżeli tak dalej pójdzie, to napewno przebiję ziemię nawskroś. Jakże to śmieszne dostać się do ludzi, chodzących do góry nogami, do antypatów. Tym razem była nawet zadowoloną, że nikt jej nie słyszał, bo ostatni wyraz jakoś brzmiał niezupełnie poprawnie. — Przepraszam pana, czy to Nowa Zelandja, czy też Australja? — zagadnę kogokolwiek. Droga szła ciągle stromo na dół. Alinka więc dalej snuła swoje rozmyślanie: — Dina będzie za mną tęsknić wieczorem — Dina, było to imię kotki. — Sądzę, że nie zapomną dać jej mleka na kolację. O droga moja Dino, jakżebym pragnęła, żebyś była ze mną! Co prawda, myszy nie fruwają tu w powietrzu, ale zato latają nietoperze, a te są nader podobne do myszy. Nietoperz to jest też zwierzę — czy koty jedzą nietoperze? Ale nietoperz możeby zjadł kota? — ach jakież mam kłopoty! No, powiedz Dina — dziewczynce się zdawało, że kotka jest przy niej — powiedz szczerze, czy jadasz nietoperze? Wtem bęc, bęc, bęc, i Alinka znalazła się na stosie zeschłych liści i gałęzi u dna jaskini. Nie stłukła się jednakże; po chwili i rozejrzała się dokoła. Na górze ciemno było, jak w nocy, zdala zaś po przez długi korytarz widać było pędzącego w cwał królika. Nie było chwili do stracenia. Alinka jak wicher pobiegła za nim i na skręcie drogi zdołała jeszcze posłyszeć jego słowa: — Jakże to już późno! Poczym znikł jej z oczu, a Alinka znalazła się wśród długiego, nizkiego sklepienia, oświetlonego szeregiem lamp, zwieszających się z pułapu. Wokoło znajdowało się kilkoro drzwi, ale wszystkie były zamknięte. Ze smutkiem dziewczynka stanęła na środku, rozmyślając, czy kiedy wyjść stąd potrafi. Nagle wzrok jej spoczął na małym kryształowym trójnogu, na którym leżał malutki kluczyk złoty. Alinka sądziła, że klucz ten przyda się do jakich drzwi, lecz czy zamki były za duże, czy kluczyk za mały, drzwi nie mogła otworzyć. Wreszcie, obchodząc jaskinię po raz drugi, spostrzegła wązką firaneczkę, której dotąd nie zauważyła. Za nią znajdowały się drzwiczki na jakieś piętnaście cali wysokie. Sięgnęła po drobny kluczyk — tym razem pasował. Teraz Alinka znalazła się w maleńkim, nizkim korytarzyku, nie większym od jamy szczura i klęcząc spoglądała na widniejący obok prześliczny ogródek. — Jakże pragnęłabym — myślała — wydostać się z tej ciemnej nory i chodzić pomiędzy grządkami wspaniałych kwiatów i ożywczemi wodotryskami. Lecz cóż uczynić, aby przejść po przez lilipucie podwoje? Gdyby się to ludzie kurczyć mogli, jak np. guma, to co innego, ale tak...

Powróciła jeszcze raz do szklanego stolika i bacznie rozglądała się dokoła. Kluczy na nim nie było, ale zato na kryształowym blacie maleńka buteleczka, napełniona jakimś płynem. Do niej przytwierdzona była etykieta z napisem, wydrukowanym dużemi pięknemi literami:

Alinka była roztropną dzieweczką, przedewszystkim więc obejrzała flakonik, bacząc, czy niema na nim ostrzeżenia «trucizna», poczym dopiero liznęła nieco soku. Ach, jakże cudownie smakował! Szybko więc wypróżniła .

— Cóż za ciekawe uczucie! — zawołała Alinka. Istotnie nagle zaczęła zapadać się jak lunetka, w której rurki wsuwają się jedna w drugą. Malała i malała, wreszcie wysokość jej nie przenosiła 10-ciu cali. Z rozpromienioną twarzyczką śledziła swoją przemianę, w nadziei, że wreszcie dostanie się do przepięknego parku. Teraz poskoczyła do drzwi. Ach, co za nieuwaga! Położyła kluczyk na stoliku, widzi go przez szkło, a teraz dosięgnąć go nie może. Próby też wdrapania się na wierzch stolika spełzły na niczym, nogi trójnogu były zbyt ślizkie. Wkońcu Alinka, zmęczona bezużytecznemi próbami, siadła na ziemi płacząc. Po chwili jednak opamiętała się. Na cóż te żale? Nie należy głowy tracić, może się jakoś uda zaradzić złemu. Nagle rączka dziewczynki musnęła jakiś przedmiot lśniący na ziemi. Było to przepiękne pudełeczko szklane, a w nim maleńkie ciasteczko z wyrobionym z cukru napisem:

— Dobrze — pomyślała Alinka — będę jadła, mniejsza z tym, co się potym stanie. Jeżeli urosnę, to dosięgnę kluczyka, jeżeli zaś zmaleję, to przecisnę się poprzez szczelinę w drzwiach, w każdym razie dostanę się do ogrodu. Skosztowała smakołyku i z niepokojem śledziła, czy rośnie, czy też maleje; lecz zdziwioną była niepomiernie, że rozmiary jej pozostały te Wreszcie wzięła na odwagę i spożyła całe ciasteczko.

II. Kałuża łez.

— Co za ciekawa historja! — zawołała Alinka, wydłużając się odrazu niby wielka luneta, gdy wyciągną jedną rurkę z drugiej.

— Żegnajcie, moje nogi! — mówiła, spojrzawszy bowiem na nie, zauważyła, że są tak od niej oddalone, że prawie ich dojrzeć nie mogła. W tej samej chwili głowa jej uderzyła o dach sklepienia, wzrost jej bowiem obecnie wynosił więcej, niż dziesięć stóp. Szybko pochwyciła mały kluczyk i pobiegła do drzwi ogrodowych. Biedna Alinka! Jakże została rozczarowaną: o wyjściu nie mogło być nawet mowy, gdyż zaledwie jednym okiem i to w pozycji leżącej mogła spoglądać na ogródek. Położenie stawało się beznadziejne, usiadła więc na ziemi i płakać zaczęła. Lecz po chwili rzekła sama do siebie: — Wstydziłabyś się raczej, taka duża dziewczyna i płacze! Przestań, rozumiesz!

Lecz łzy w dalszym ciągu lały się z jej ócz, tak, że dokoła niej utworzyła się kałuża na cztery stopy głęboka, sięgająca do połowy jaskini. Po chwili usłyszała w blizkości drobne . Szybko otarła oczy, aby zobaczyć co się dzieje. To biały królik, ubrany wspaniale, biegł szybkim krokiem, trzymając w jednej łapce białe kozłowe rękawiczki, a w drugiej prześliczny wachlarz. Idąc, mówił do siebie:

— Ach, byleby tylko księżna nie gniewała się na mnie, że tak długo na mnie czeka. Alinka była tak zrozpaczoną, tak bardzo potrzebowała pomocy, że ujrzawszy królika, zastąpiła mu drogę, błagając głosem nieśmiałym: — Panie łaskawy!... Lecz królik tak się przestraszył, że upuścił białe rękawiczki, oraz wachlarz, i znikł w ciemności. Alinka podniosła wachlarz i rękawiczki, a ponieważ w korytarzu było bardzo gorąco, poczęła się wachlować, prowadząc ze sobą głośną rozmowę. — Dzień wczorajszy był zwykłym dniem, a dzisiaj jakże wszystko jest odmienne! Czyżby w nocy jaka zmiana zaszła ze mną? Muszę sobie przypomnieć, jak to było, gdy wstałam dzisiaj rano. Jeżeli jestem kimś innym, a nie sobą, kimże więc jestem? W tym właśnie sęk! I poczęła uprzytomniać sobie wszystkie swoje znajome dzieci, rozmyślając, czy mogłaby się przeobrazić w jedno z nich. Nie jestem Irką, bo ona ma włosy jak lśniące pierścienie, a moje są gładkie, ani też Madzią, gdyż umiem daleko więcej od niej. Zresztą ona jest ona, a ja jestem ja. Ach, jakież to wszystko zagmatwane! Muszę sprobować, czy pamiętam cośkolwiek z tego, co się uczyłam. A więc, cztery razy pięć jest — dwanaście, a cztery razy sześć — trzynaście. Cztery razy siedem — jest, ach Boże! — wszak w ten sposób nie dojdę nigdy do dwudziestu. Ech, co tam tabliczka mnożenia, to nic nie znaczy! Sprobujmy raczej geografję. Londyn jest stolicą Paryża — Paryż stolicą Rzymu. Rzym... nie, to wszystko jest źle, napewno. Widocznie zamieniłam się w Madzię. Ciekawa jestem jak tam pójdzie z wierszykiem.

— Nie, i to nie dobrze — szepnęła, a oczy jej zaszły łzami. — Widocznie jestem Madzią, muszę mieszkać w tym ciemnym kącie, nie posiadać zabawek, a mieć tyle lekcji do odrobienia. Teraz zrozumiałam! Jestem Madzią! Zresztą, czy ja wiem, może się mylę, ach, takam zmęczona i znudzona tą samotnością! To mówiąc, spostrzegła, że machinalnie naciągnęła na swoją rękę jednę z maleńkich rękawiczek, opuszczonych przez królika. — Jakże potrafiłam to zrobić, czyż bym zmalała na nowo? — pomyślała. Wstała i zbliżyła się do stolika, aby osądzić jakiego jest wzrostu. Wysokość jej obecnie nie przenosiła dwóch stóp; i w dalszym ciągu Alinka kurczyła się gwałtownie. Zorjentowała się, iż przyczyną tego malenia jest wachlarz, który w ręku trzymała, odrzuciła go więc w sam czas, aby nie zaniknąć zupełnie. — Dobrze, że się wykręciłam od zagłady — szepnęła przestraszona nagłą zmianą, lecz zadowolona, że żyje. — A teraz do ogrodu!

I popędziła galopem do małych drzwiczek. Lecz te niestety znów były zamknięte, a drobny kluczyk spoczywał jak wprzód na szklanym stoliku. — Ach doprawdy, w coraz straszniejszem znajduję się położeniu — pomyślała biedaczka — nigdy jeszcze nie byłam tak mała, jak teraz, nigdy! Co za straszna rzecz! Mówiąc to, poślizgnęła się niechcący, i bęc, znalazła się w odmętach słonej wody, pogrążona w niej aż po brodę. Zrazu przekonaną była, iż wpadła w jakieś wielkie morze, szybko jednakże zrozumiała, iż brodzi w kałuży własnych łez, które płynęły z jej oczu wówczas, gdy miała dziesięć stop wysokości.

— Jakże nieroztropnym był ten mój płacz poprzedni, jeszczem gotowa się utopić. Cóż to za cudaczna historja! Nagle posłyszała plusk w pobliżu i ujrzała jakieś stworzenie przebijające fale wodne. Początkowo sądziła, że to koń morski lub , lecz uprzytomniwszy sobie jak maleńką jest sama, przyszła do przekonania, że to tylko mysz, która tak jak i ona wpadła do wody. — Może by z nią porozmawiać? — pomyślała Alinka —wszystko tu jest tak niezwykłe, że kto wie czy mówić potrafię. W każdym razie sprobować nie zawadzi. Zaczęła więc: — O myszy, czy nie wiesz w jaki sposób wydostać się z tego stawu, jestem bowiem niesłychanie zmęczoną przebywaniem w tych nurtach, o myszy! Alinka sądziła, że takie zwrócenie się do zwierzątka w sposób ściśle gramatyczny będzie najwłaściwszy. Znała bowiem odmianę rzeczowników, słysząc braciszka swego uczącego się. Lecz zwierzątko zwróciło na nią pytające wejrzenie, mrugając zaledwie jednem oczkiem i nic nie odpowiadając. — Zapewne nie rozumie po angielsku — przywędrowała tutaj widocznie wraz z Napoleonem. (Przy całej swojej znajomości historji Alinka nie miała wyobrażenia o tem, w jakim czasie się coś działo). Zaczęła więc na nowo rozmowę od wyrazów: — Ou est ma chatte? które tworzyły pierwsze zdanie w jej francuskiej książce do nauki. Lecz mysz podskoczyła w górę i cała zatrzęsła się ze strachu. — O przepraszam, — zawoła szybko Alinka zmartwiona, że obraziła uczucia biednego stworzenia, zapomniałam, że nie lubisz kotów. — Nie lubisz kotów! — podchwyciła mysz głosem ostrym i gwałtownym, ciekawa jestem czybyś je lubiła, gdybyś była na mojem miejscu? — Być może, że nie, — łagodnie odpowiedziała Alinka, — nie gniewaj się na mnie. A jednakże pragnęłabym przedstawić ci moją Dinę. Jestem pewną, że nabrała byś przekonania do kotów, widząc ją raz tylko. Ach to taka miła, spokojna istotka — mówiła dalej Alinka, pływając zwolna po stawie — siedzi tak pięknie przy kominie, liżąc swoje łapki i myjąc swój pyszczek, a takie to miłe, tak zręcznie łapie myszy — ach przepraszam — przerwała nagle, tym razem bowiem mysz zadrżała całym ciałem — jakże jestem nieuważna, już jej więcej wspominać nie będę. — Istotnie! — odparła mysz dygocąc — dłużej nie zniosła bym tego tematu. Cała nasza rodzina zawsze nienawidziła kotów. Są to kreatury nizkie, wstrętne i gminne. Proszę, nie wymawiaj więcej ich imienia! — No nie będę, nie będę! — zapewniała Alinka — siląc się zmienić przedmiot rozmowy. — Czy ty lubisz — psy? W naszym domu znajduje się taki piękny piesek, że rada bym była ci go pokazać. Jest to maleńki jamnik o brązowej. Czego bo on nie potrafi! I służy, i kozły fika, aportuje i szczury tępi! Ach! cóżem znowu uczyniła, kto wie czy nie obraziłam jej znowu! Mysz bowiem oddalała się od niej, żeglując co sił starczyło, i burząc niemal całą kałużę. — Myszko droga, myszko kochana, wróć do mnie, proszę, już ani jednem słówkiem nie pisnę o psach lub o kotach, jeżeli sobie tego nie życzysz! Po tak solennem przyrzeczeniu szare zwierzątko zawróciło w stronę Alinki, mówiąc drżącym głosikiem: — Dopłyńmy do brzegu, a opowiem ci moją historję. Może wówczas zrozumiesz, dla czego tak bardzo nienawidzę tych drapieżników! Istotnie był już wielki czas, aby wydobyć się z kałuży, napełniała się ona bowiem coraz bardziej najróżnorodniejszemi istotami, które w nią wpadły. Znajdowała się tam już kaczka, dront, papuga i orlątko. Myszka wskazała drogę i całe towarzystwo dopłynęło do brzegu.

IIIi.

Rzeczywiście osobliwe to było towarzystwo istot zgromadzonych na brzegu. Ptaki z piórami, zwierzęta z obwisłem futrem, a wszyscy przemoczeni, markotni i smutni.

Pierwszą kwestją było, w jaki sposób osuszyć się należycie. W tym też celu odbyto wspólną naradę i po kilku minutach wydało się Alince dziwnem, że z owemi stworzeniami gawędzi tak, jak gdyby je znała od dzieciństwa. Nagle mysz, która w tej kompanji zdawała się być osobistością wpływową, zawołała: — Bądźcie spokojni i słuchajcie co mówię, a wkrótce obeschniecie! Wszyscy zasiedli kołem z myszą pośrodku. Alinka tembardziej wpatrywała się bacznie w zwierzątko, że była przekonana, iż niechybnie się zaziębi. — A więc zaczęła mysz — czyście gotowi? Niechaj będzie spokój! Po Bolesławie Śmiałym na tron wstąpił Władysław Herman, książę słaby i do rządów niezdolny, nie chcąc się zajmować sprawami kraju... — Ba! — krzyknęła otrząsając się papuga. — Przepraszam — odrzekła mysz grzecznie — czy pani życzy sobie mówić? — O nie — odciął się ptak — bynajmniej. — A więc — kończyła myszka — zdał je na wojewodę Sieciecha, który był dzielnym wojownikiem, ale złym i niesprawiedliwym człowiekiem i przez pochlebstwa jedynie znalazł... — Znalazł, co znalazł? — zapytała kaczka. — No znalazł — wszak wiesz, co to znaczy — odparła mysz już gniewnie. — O tak, wiem co to znaczy, gdy coś znajduję — czasami jest to robak, albo mała żabka. Tylko, co właściwie znalazł wojewoda? Mysz nie zwracała już uwagi na gadaninę kaczki i szybko ciągnęła dalej. — ...Znalazł łaskę w oczach Władysława Hermana. Z początku wszyscy ulegali niegodziwcowi, wkrótce jednakże jego gwałty i okrucieństwa do tego stopnia oburzyły naród... Jakże się teraz miewasz moja panienko? — kończyła, zwracając się do Alinki. — Jestem tak mokra, jak wprzód — rzekła dziewczynka melancholijnym głosem — nic a nic nie wysycham. — W takim razie — rzekł dront — powstając z powagą, radzę aby zebranie uchwaliło bardziej energiczne środki zaradcze! — Mów po polsku — rzekło orlątko — nie rozumiem znaczenia tych długich słów, co więcej, nie wierzę aby inni je rozumieli. I ptaszę pochyliło swój łebek, kryjąc chytry uśmieszek. Reszta z tego grona chichotała. — Cóż bo ja chciałem powiedzieć — ciągnął dalej dront obrażony — otóż najlepszym sposobem osuszenia się byłyby wyścigi! — Co to są wyścigi? — zapytała Alinka. — To będzie najlepszy sposób wytłumaczenia ci tego, rzekł dront i począł rysować plac wyścigowy. Co prawda rysunek nie był dokładny, ptak jednakże zapewniał, że o to bynajmniej nie chodzi. Wreszcie całe towarzystwo rozmieściło się na placu i nie czekając na żadne hasła, niezwłocznie zaczęło biegać. Po półgodzinie mniej więcej, gdy futra i pióra przeschły już dostatecznie, dront nagle zawołał: — Wyścigi skończone! Przyczem całe zasapane towarzystwo obstąpiło go nanowo pytając: — Kto wygrał? Dront na razie nie mógł znaleźć odpowiedzi i przez chwilę panowała cisza. Wreszcie rzekł. — Wszyscy wygrali i wszyscy otrzymają nagrody! — A kto je będzie rozdawał? — zapytał chór głosów. — Naturalnie, że ona — odparł dront, wskazując na Alinkę. I cała kompanja otoczyła dziewczynkę, wołając bezładnie: — Nagrody, nagrody! Alinka była w kłopocie, co czynić, sięgnęła więc do kieszeni, przypomniawszy sobie iż rano włożyła tam pudełeczko z cukierkami. Na szczęście słona woda nie dostała się do nich, więc podzieliła słodycze pomiędzy towarzystwo. Dziwnym zbiegiem okoliczności dla każdego starczyło po jednej sztuce. — Ale i Alinka powinna otrzymać jakąś nagrodę — odezwała się mysz. — Bezwątpienia — dodał dront poważnie. — Czy nie masz jeszcze czego w kieszeni? — zapytał ptak, zwracając się do dziewczynki. — Mam jedynie naparstek — rzekła Alinka zasmucona. — A więc wręcz mi go — rzekł dront. Poczem wszyscy raz jeszcze otoczyli ją kołem, a ptak miał uroczystą przemowę zakończoną temi słowy. — Prosimy cię o przyjęcie tego eleganckiego naparstka! Obecni chórem wydali okrzyk radości. Epizod ten wydał się Alince nader niedorzecznym, lecz ponieważ wszyscy mieli miny bardzo poważne, wstrzymała się od śmiechu, a nie mogąc znaleźć stosownej odpowiedzi, skinęła jedynie głową. Z kolei zabrano się do spożycia cukierków. Z tego powodu niemało było hałasu i zamieszania. Duże ptaki skarżyły się, iż nie mogły poczuć smaku łakotki, mniejsze poczęły się krztusić, tak, że trzeba je było bić po plecach, aby się nie zadławiły. Nareszcie jakoś wszyscy uporali się z jedzeniem i całe towarzystwo, rozsiadłszy się na nowo do koła, prosiło myszy, aby im opowiedziała coś ciekawego. — Może byś się z nami podzieliła jakiem wrażeniem z twego życia — rzekła Alinka — i zwierzyła się, czemu tak nienawidzisz kota i psa, dodała szeptem, lękając się, że to ją może dotknie. — Są to długie a smutne dzieje — odrzekła mysz z westchnieniem. — Czemuż to twój ogon tak kręci się i chwieje? — zapytała dziewczynka, skupiając swoją uwagę na ogonie myszy i przez cały ciąg opowieści zastanawiając się nad nim jedynie, tak, iż historja, którą mysz opowiadała, wydała jej się czemś podobnem do tego:

— Widzę, że nie uważasz na to, co ja mówię — rzekła mysz surowo do Alinki — o czemże myślisz? — Przepraszam — rzekła Alinka z pokorą — zdaję mi się, ze doszłaś do piątego zgięcia. — Daremnie się trudzę — rzekła mysz, gniewnie się zrywając i zabierając się do odejścia. — Obrażasz mnie poprostu, plotąc takie niedorzeczności! — Stój, myszko stój! Nie miałam bynajmniej zamiaru obrazić cię — wołała dziewczynka!

Jednocześnie całe towarzystwo, głośnym krzykiem namawiało mysz do powrotu, łącząc się z prośbą dziewczęcia. Lecz wszystko napróżno, mysz bowiem potrząsnęła tylko głową przecząco, przyśpieszając kroku. — Czemu nie chce pozostać? — westchnęła papuga, gdy mysz znikła. — Jaka to szkoda, że niema tutaj Diny! — wybuchnęła Alinka — ona by myszkę natychmiast sprowadziła z powrotem. — Któż to jest Dina, jeżeli wolno wiedzieć? — zapytała papuga. Gotowa zawsze do rozmowy, gdy chodziło o ulubienicę, Alinka odrzekła: — Dina, to moja kotka! Ach miłe to nad wyraz zwierzątko, a takie zręczne, takie sprawne! Pochwycić myszkę, to dla niej bagatelka, a ptaszki w lot chwyta i chrupie je, zanim się kto spostrzeże! Ta przemowa sprawiła istną sensację wśród zebranych. Część ptactwa odfrunęła natychmiast, a jakaś stara sroka nastroszyła piórka, mówiąc: — Muszę już pójść do domu, powietrze wieczorne zaszkodzi mi niechybnie. Kanarek zaś drżącym głosem nawoływał swoje pisklęta: — Chodźcie, chodźcie, maleństwa! już wielki czas, abyście się do snu pokładły! Wszyscy, pod rozlicznemi pozorami, zabrali się do odwrotu. Alinka pozostała sama. — Niepotrzebnie wspomniałam Dinę — pomyślała ze smutkiem, nikt bo jej tutaj nie lubi. Co do mnie, jestem pewną, że to najlepsze stworzenie pod słońcem. — O droga moja Dino, wątpię, czy się już kiedykolwiek zobaczymy! I biedne dziecko znowu zaczęło płakać.

Wtem odgłos drobnych kroczków dobiegł jej uszu: obejrzała się szybko, w nadziei, że to może myszka zmieniła swoje postanowienie i powraca, aby opowieść swoją dokończyć.

IV. Królik wysyła małego Bibusia.

Tym razem nie była to myszka, a biały królik, powracający zwolna. Rozglądał się bacznie dokoła, jak gdyby w poszukiwaniu jakiejś zguby. Alinka usłyszała jak mamrotał do siebie. — Księżna, ach księżna. O nieszczęśliwe łapy moje, biedne futerko i wąsy! Ona każe mnie uśmiercić. Gdzieżem to mógł je podziać? Alinka domyślała się, że królik szuka wachlarza i rękawiczek; rada by była oddać mu je, lecz nigdzie ich znaleźć nie mogła. Wszystko tu teraz było inaczej od chwili, gdy przepłynęła kałużę. Stoliczek szklany, maleńkie drzwiczki, wszystko znikło bez śladu. Nagle królik spostrzegł Alinkę i zawołał ze złością: — Marjo Anno, Marjo Anno, co tu robisz i czemu wyszłaś z domu? Leć czemprędzej do mieszkania i przynieś mi wachlarz, oraz parę białych rękawiczek. Tylko żywo! Alinka tak się zmieszała tem nawoływaniem, iż co tchu pobiegła w kierunku wskazanym przez królika, nie prostując nawet mylnych przypuszczeń zwierzęcia. — Najwidoczniej wziął mnie za swoją służącę — szeptała sama do siebie. — Jakże będzie zdziwiony, gdy się dowie, kim jestem. Lecz trzeba wyszukać ten wachlarz i rękawiczki — obym je tylko znalazła! Snując podobne myśli, doszła do małego, schludnego domku. U drzwi wisiała tablica mosiężna, z wyrytym na niej dużemi literami napisem: Weszła do wnętrza; z pośpiechem wbiegła na wschody z obawą, że może spotka ową Marję Annę i ta ją wypędzi, zanim zdoła odszukać wachlarz i rękawiczki. — Jakże bo to dziwne! — mówiła — ale spełniam polecenia królika. Niedługo i moja Dina poruczy mi swoje sprawy! Znalazła się w małym, schludnym pokoiku. U okna stał stół dębowy, a na nim, jak tego oczekiwała, leżał wachlarz, oraz dwie, czy trzy pary białych, maleńkich rękawiczek kozłowych. Alinka szybko schwyciła wachlarz i jedną parę rękawiczek i właśnie miała opuścić pokój, gdy widok jej padł na maleńką buteleczkę, stojącą w pobliżu na konsolce. Co prawda nie było na niej napisu: «Wypij mnie», lecz Alinka jakkolwiek z pewną obawą, lecz wiedziona ciekawością otworzyła flaszeczkę i przytknęła ją do ust.

— Z pewnością nastąpi coś zajmującego — rzekła do siebie — tak, jak to bywa dotychczas, ilekroć zjem, lub wypiję cośkolwiek. Sądzę, że znowu urosnę. Prawdę powiedziawszy znużyła mnie już ta moja drobna postać. Stało się, jak przewidywała, i to o wiele prędzej, niż się można było spodziewać. Nie zdołała bowiem jeszcze flakonika wypróżnić do połowy, gdy głowa jej uderzyła o sufit. Musiała się pochylić, aby uchronić szyję od złamania. Śpiesznie więc odstawiła flaszeczkę mówiąc: — O, dosyć już urosłam! Mam nadzieję, że dalej tak nie pójdzie. I tak już przez drzwi nie przejdę. Ach, bo czemu piłam tak wiele? Niestety, było już zapóźno. Alinka rosła i rosła! Usiadła na podłodze, jedną rękę wysuwając za okno, a drugą podpierając się. Lecz jeszcze ciągle rosła. — Co teraz będzie ze mną? — pomyślała. Na szczęście zawartość flakonika działać przestała — położenie jednakże dziewczynki przykre było nad wyraz, czuła się niezmiernie przygnębioną. — Marjo Anno, Marjo Anno! — rozległo się wołanie ze schodów. Towarzyszyło temu jakieś drobne stąpanie. Alinka wiedziała, że to królik szedł dowiedzieć się, co się stało. Drżała ze strachu, że aż domek się chwiał. Zapomniała, że jest obecnie około tysiąca razy większą od królika i niema powodu się go obawiać. Królik stanął u drzwi i starał się je otworzyć, ale daremnie, bo łokieć dziewczynki opierał się o nie. — Obejdę naokoło i dostanę się przez okno — rzekł królik głośno. — To ci się nie uda — pomyślała Alinka. Czekała, aż zmiarkowała, iż królik jest pod oknem, poczem zrobiła ręką ruch w powietrzu. Nie uchwyciła nic co prawda, usłyszała jedynie drobny pisk oraz brzęk tłuczonego szkła, a uszu jej dobiegła rozmowa. — Pat, pat — gdzie jesteś? Głosik zaś, którego dotąd nie słyszała, odpowiedział. — Jestem tutaj, układam jabłka na zimę. — Lepiej pomógłbyś mi wydostać się stąd. Poczem nastąpił ponowny brzęk tłuczonego szkła. — A teraz powiedz mi, kto tam jest w oknie? — To jest ręka, na honor! — Ręka, o dudku, któż widział rękę takich rozmiarów. Wszak zapełnia całe okno. — Nie przeczę, jednak jest to ręka — powtórzył głosik piskliwy. — Być może, w każdym razie jest ona tam zbyteczną, więc usuń ją, proszę. — Kiedy nie mogę, nie mogę! — Rób jak ci każę, tchórzu! — wołał królik! Teraz dziewczynka silnie poruszyła ręką. Tym razem rozległy się dwa «ach!» i nowy brzęk tłuczonego szkła. — Ciekawa rzecz, co teraz uczynią, aby się mnie pozbyć? Życzę im powodzenia, bo pozycja moja nie jest wcale wygodna. Nasłuchiwała jakiś czas, wreszcie doszedł ją szmer, jak gdyby kół u wozu, oraz dźwięk rozlicznych głosów — prowadzących ożywioną rozmowę. Wtem dobiegły ją słowa: — Gdzie jest druga drabina? Wszak Bibuś miał przynieść drugą? — Daj ją tu, kochanie! Tak, odstawcie ją do kąta, albo lepiej powiązać je razem; nie sięgają jeszcze dość wysoko. — Bibuś, nie bądź dziwny, chwyć tę linę! — Czy dach wytrzyma? Baczność! tam obluźniła się jedna dachówka. Ach, już spada! Baczność! Pochylić głowy! Głośny huk. — Kto to zrobił? Pewno Bibuś! — Nie, to nie ja. — Ty, ty napewno! Bibuś, słuchaj, pan mówi, żebyś wszedł przez komin. — Więc Bibuś wejdzie tu przez komin — pomyślała Alinka. Czemu oni wszystko na niego składają, nie chciałabym być w jego skórze! Wysunęła nogę i czekała do chwili, gdy odróżniła w kominie szurganie i wdrapywanie się jakiegoś małego zwierzątka. — To jest Bibuś — pomyślała — i silnie kopnęła nogą, nasłuchując co dalej będzie. Niebawem rozległy się trwożliwe nawoływania: — Bibuś, Bibuś spada!

— Przez chwilę zapanowało milczenie, poczem ozwały się nowe nawoływania. — Podtrzymajcie mu głowę! Dajcie mu nieco wódki! Nie trząść nim zabardzo! Co się stało z tobą, biedaku? Co ci jest? Wreszcie słaby głosik odpowiedział. — To głos Bibusia — pomyślała Alinka. — Nie wiem sam, co się stało! Dziękuję, już mi lepiej, lecz jestem zbyt rozstrojony, aby wam opowiedzieć — wszystko, z czego mogę sobie zdać sprawę, to to, że coś mnie pchnęło gwałtownie i niby wyrzucona rakieta spadłem z góry na ziemię. — Istotnie tak było — potwierdzili inni. — A zatem musimy podpalić dom — zawyrokował królik. — Poważcie się tylko to uczynić, a niezwłocznie przyślę wam Dinę — zawołała na cały głos Alinka. Znowu głuche zapanowało milczenie. — Ciekawam co zrobią — myślała Alinka. — Gdyby mieli rozum, rozebraliby przedewszystkiem dach! Po chwili ruch rozpoczął się na nowo, i dziewczynka usłyszała rozporządzenie królika. — Taczka wystarczy na początek! — Taczka czego? — pomyślała. Lecz me miała czasu długo się zastanowić. Deszcz drobnych kamiuszków wpadł przez okno, turkocząc i bijąc ją po twarzy. — Muszę temu koniec położyć — powiedziała Alinka do siebie i zawołała głośno: — Radzę wam zaprzestać! To sprowadziło nagłą ciszę.

Leżąc bezczynnie, w braku innej rozrywki, dziewczynka przypatrywała się kamykom rozsypanym na podłodze. Któż zdolny opisać jej zdziwienie, gdy spostrzegła, że te kamyki zamieniają się w ciasteczka. Wesoła myśl zaświtała w jej umyśle. — Muszę je skosztować, niezawodnie znowu jakaś zmiana zajdzie w moim wzroście, a ponieważ niepodobieństwem jest, abym jeszcze urosła, zmaleję więc niezawodnie. I połknęła jedną krajankę. Istotnie powoli zaczęła zanikać i szybko tak się skurczyła, że swobodnie przedostała się przez drzwi. U progu zajmujący przedstawił się jej widok, zastała tam bowiem całą gromadę zwierząt i ptactwa. Biedną, małą jaszczurkę podtrzymywały dwie świnki morskie, nalewając jej coś z butelki. Gdy się ukazała, wszystko chciało się na nią rzucić, lecz ona uciekając co siły ku blizkiemu lasowi, uniknęła niebezpieczeństwa i naraz znalazła się w gęstym borze. Przez chwilę napawała się widokiem licznych drzew i zieleni, gdy nagle duży grzyb, tej mniej więcej co i ona wysokości, zwrócił jej uwagę, stanęła na palcach i rozglądając się bacznie, zauważyła, że na wierzchu grzyba siedziała duża, niebieska gąsienica.

V. Rada gąsienicy.

Gąsienica i Alinka długi czas spoglądały na siebie w milczeniu. Wreszcie gąsienica odezwała się. — Kim jesteś? Nie był to zachęcający wstęp do rozmowy. Alinka odpowiedziała nieśmiało: — Ja sama teraz nie wiem, dzisiaj rano gdy wstałam, doskonale wiedziałam, lecz od tego czasu kilka razy się zmieniłam. — Co pod tym rozumiesz? — rzekła gąsienica surowo. — Wytłumacz się! — Nie mogę się wytłumaczyć, bo nie jestem sobą, jako pani widzi. — Ja nic nie widzę — odrzekła gąsienica. — Lękam się, iż tego jaśniej wyłożyć nie potrafię — odparła Alinka uprzejmie, ale i sama tego nie rozumiem, wiem tylko tyle, iż zmieniać wzrost tylekroć w ciągu jednego dnia co ja, to rzecz nader przykra. — To nie jest przykre — odparła gąsienica. — Pani może tego osądzić nie może, lecz gdy zamienisz się w poczwarkę, a później w motyla, to przypuszczam, że tobie samej wyda się to nieco dziwne. — Nie wyda mi się dziwne! — zasyczała gąsienica.

— Zresztą, może uczucia pani odmienne są od moich, wiem to jedynie, że mnie w takim razie byłoby bardzo nijako. — Tobie? — pisnęła gąsienica wzgardliwie. — Kim że ty jesteś? Alinkę rozgniewały te krótkie uwagi gąsienicy, wyprostowawszy się więc, rzekła: — Sądzę, że to ty przedewszystkiem powinnaś mnie objaśnić kim jesteś! — Dlaczego? — zapytała gąsienica. To była druga kłopotliwa kwestja, a gdy dziewczynka nie mogła znaleźć właściwego powodu, gąsienica zaś wydawała się coraz bardziej nadąsaną, Alinka zaczęła się oddalać. — Wróć się! — wołała za nią gąsienica, — mam ci coś ważnego do powiedzenia! To brzmiało zachęcająco, Alinka się wróciła. — Hamuj twój temperament — rzekła gąsienica. — Czy to wszystko? — połykając złość, zapytała dziewczynka. — Nie! — brzmiała odpowiedź. — Trzeba się uzbroić w cierpliwość — pomyślała Alinka — może się dowiem czegoś. Przez kilka minut trwało milczenie, wreszcie gąsienica nadąwszy się, wycedziła: — A więc sądzisz, że uległaś przeobrażeniu? — Tak mi się zdaję, pani. Zatraciłam nieco pamięć, wiem tylko, że nie mogę zachować jednakowych rozmiarów dłużej nad dziesięć minut. — Jakiego pragnęłabyś być wzrostu? — zagadnęła gąsienica. — Ach, nie jestem bynajmniej drobiazgową na tym punkcie — szybko odpowiedziała Alinka, tylko że to tak niemiło przybierać różnorodną wielkość. Wszak pani pojmuje? — Nie pojmuję — przerwała gąsienica. Alinka milczała. Nigdy jeszcze nie zaprzeczano jej tylokrotnie, czuła, że cierpliwość jej się wyczerpuje. — A teraz czy jesteś zadowoloną? — Bynajmniej! Pragnęłabym być nieco większą — trzy cale to nędzna długość. — Długość ta, aż nadto jest wystarczającą! — krzyknęła gąsienica, wyciągając się starannie. (Mierzyła w sam raz trzy cale). — Lecz ja do tej miary nie jestem przyzwyczajoną, skarżyła się Alinka, czyniąc w duszy uwagę, iż zwierzęta nader łatwo się obrażają. — Z czasem przyzwyczaisz się do tego — rzekła gąsienica kończąc rozmowę. Poczem ziewnęła kilka razy, otrząsnęła się i zwolna z grzyba ześlizgnęła się na trawę, czyniąc tę jeszcze uwagę na odejściu. — Jedna strona uczyni cię większą, a druga mniejszą. — Jedna strona czego, druga strona czego? — myślała Alinka. — Grzyba — odparła gąsienica, tak, jak gdyby dziewczynka pytanie swoje wypowiedziała głośno. I znikła po chwili. Alinka w zadumie spoglądała na grzyb, chcąc sobie zdać sprawę, które będą jego obie strony, ponieważ grzyb był okrągły. Wreszcie obiema dłońmi otoczyła grzyb, o ile go mogła objąć, ukruszyła po ździebełku i liznęła cośkolwiek z prawej ręki. W tej chwili uczuła gwałtowne uderzenie: to jej głowa otarła się o nogi. Przestraszona tą nagłą zmianą, zrozumiała, że nie ma czasu do stracenia, malała bowiem w sposób zatrważający — dla zaradzenia więc złemu, zaczęła spożywać odrobinę grzyba z drugiej ręki, ale główka jej tak szczelnie przylegała do nóg, że zaledwie mogła usta otworzyć, jednak w końcu doprowadziła do tego, iż połknęła cząsteczkę okruszyny trzymanej w lewej rączce. — No, nareszcie głowa moja jest wyswobodzona — rzekła Alinka z zachwytem, który niestety wkrótce w trwogę się zamienił, gdy spostrzegła, że w żaden sposób nie może się doszukać własnych ramion. Widziała jedynie nieskończenie długą szyję swoją, która niby stercząca łodyga wydobywała się z morza zielonych liści, ścielących się w znacznej od niej odległości. — Gdzież się podziały moje ramiona? A wy biedne rączki moje, gdzieżeście powędrowały, że was zobaczyć nie mogę! Ponieważ dłonie jej nie mogły przybliżyć się do głowy, postanowiła nachylić się do nóg i była rada, że jej szyja nagina się z w każdym kierunku, okręcając się niby wąż. Właśnie zaledwie zdołała ją zwinąć nakształt pięknego zygzaku wśród gałęzi i liści, pod któremi wędrowała, gdy gwałtowny syk spowodował, iż cofnęła się szybko. Duży gołąb, szybując tuż obok niej, bił ją gwałtownie swemi skrzydłami. — Wężu! — wrzasnął z całej siły. — Nie jestem wężem! — odpowiedziała Alinka z oburzeniem — proszę, zostaw mnie w spokoju. — Wężu! — powtórzył gołąb, dodając z westchnieniem: — daremne są wszelkie moje wysiłki. Wiłem gniazdo i u korzeni drzew i na wybrzeżach, i u płotów — wszystko napróżno. Przed wężem schronić się niepodobna. Nie dosyć trudu wysiedzieć z jaj dzieci, trzeba jeszcze stać na straży przed temi gadami całe dnie i noce. Przez ostatnie trzy tygodnie, prawie że oka nie zmrużyłem. I teraz, gdy wybrałem sobie najwyższe drzewo w lesie, sądząc, że się nareszcie od tych drapieżników uwolnię, one niewiadomo skąd, chyba z obłoków spuszczają się na moje gniazdo. Brr... wężu! niedobry wężu! — Zapewniam cię, że nie jestem wężem — zaręczała dziewczynka — jestem... jestem... — A więc mów, kim jesteś? — nacierał gołąb. — Silisz się, jak widzę, na jakieś kłamstwo! — Jestem... jestem... małą dziewczynką. — W ciągu mego żywota niejednokrotnie widywałem młode panienki, żadna atoli nie miała takiej długiej szyi jak ty. Nie wmówisz we mnie, że nie jesteś wężem, bynajmniej temu nie uwierzę. — Nie przeczę, że jestem zwolenniczką jajek — broniła się dziewczynka, będąc prawdomówną z natury — ale teraz nie poszukuję jaj i nie używam ich na surowo! — Niechaj i tak będzie — rzekł gołąb zadąsany, rozsiadając się w gnieździe na nowo. Alinka ostrożnie posuwała się wśród drzew, szyja jej bowiem ciągle owijała się dokoła gałęzi, co chwila też była zmuszoną przystawać, aby ją odwinąć. Nagle przypomniała sobie, że trzyma dotąd w ręku kawałeczek cudownego grzyba, uszczknęła więc po okruchu, raz z jednej, to znowu z drugiej strony, stając się naprzemian większą, albo mniejszą, aż nareszcie dosięgła dziesięciu cali wysokości. Po kilku minutach przywykła do tego wzrostu. No, nareszcie głowa moja jest wyswobodzoną — zawołała dziewczynka wydostając się na niewielką polankę. Toż to było okropne! Przed nią wznosił się jakiś ładny domek, mający około czterech stóp wysokości.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…