Front matter
POWIEŚCI I BAJKI
ŚLĄZKIE.
ZEBRAŁ
Część pierwsza
CZĘŚĆ PIERWSZA.
SPIS RZECZY.
całość
POWIEŚCI I BAJKI
ŚLĄZKIE.
ZEBRAŁ
JAN KUPIEC.
CZĘŚĆ PIERWSZA.
W POZNANIU.
CZCIONKAMI I W KOMISIE W. SIMONA.
1893.
JUSSUF,
powieść arabska.
Daleko od nas na Wschodzie jest wielkie miasto Bagdad. Tam przed dawnemi laty żył bardzo bogaty kupiec, nazwiskiem Almanzor. Nikt w całém mieście, ani nawet w okolicznych miastach, nie wyrównał mu bogactwem. Jego dom był raczéj podobny do pałacu jakiego możnego księcia, niż do tych, jakie inni miészkańcy Bagdadu mieli. W domu zaś, a raczéj w pałacu, wszystko tylko się świéciło od złota i srébra, od adamaszków i jedwabiu. Do tak ogromnego majątku przyszedł on przez to, że sam tylko miał przywiléj sprowadzania towarów z dalekich stron i obcych krajin, a inni kupcy Bagdadu mogli je tylko od niego kupować, na czém on znaczny miał zarobek; prócz tego posiadał w Bagdadzie kilka sklepów i różnych składów, a to wszystko dawało mu ogromny dochód. Po różne towary, któremi handlował, jeździł nie tylko do sąsiedniéj Persyji, ale zapuszczał się do Chin i do Indyji. Podróż tę odbywał wielką karawaną, składającą się z licznych wozów, zaprzężonych w dzielne rumaki arabskie, kilkadziesiąt wielbłądów, dźwi- gających na swych grzbietach towary, oraz znacznego orszaku sług do popędzania bydła i do obrony karawany, gdyby ta od rabusiów napadniętą została. Wyprawa taka trwała zwykle rok cały. Almanzor zaś zawsze był sam przy niéj, bo wiedział, że nikt go w tém należycie nie zastąpi. Miał ci on biernego sługę Sadymira, który się już u jego ojca zestarzał, a i synowi przyrzekł był służyć wiernie aż do śmierci, atoli w tak mnogich i ważnych zakupach wołał sam być obecnym, bo choć na wierności Sadymira polegał, to jednak jego pamięci i nie ufał. We wielu atoli rzeczach słuchał chętnie rad i przestróg starego sługi. Gdy przybył z towarami do Bagdadu, odstępował znaczną ich część innym kupcom z wielkim zyskiem, resztę złożył we własnych składach, a pobywszy czas jakiś w domu, puszczał się znów po nowe towary. Może w połowie drogi, którą zwykle jeździł, stał dom gościnny, bardzo potrzebny dla podróżnych, zwłaszcza w tych stronach, gdzie rzadko tylko można natrafić na miasto lub wioskę, a pustych miejsc co nie miara. Tam podróżny zdąża z upragnieniem, by się posilić, odpocząć i nabrać zasobów na dalszą drogę. Tam i Almanzor z całą karawaną się zatrzymywał i dla wypoczynku sług i bydła parę dni zabawiał. Wtedy pachołki paśli i pojili bydło, on zaś z gospodarzem w izbie gawędził przy wykwintném jadle i winie wyborném. Gdy razu jednego tak sobie społem jedli i pili wszedł do izby starzec ubogi. Gospodarz powitawszy go, posadził go na ławie, a gospodyni przyniosła mu, prędko dobrego jadła, postawiła przedeń i poprosiła, żeby jadł. Inną razą byliby go razem ze sobą przy jednym stole umieścili, ale dziś ze względu na to, żeby honoru tak znakomitego gościa nie urazić, dali mu jeść osobno. Bywało dawniéj, że ubogiemu byli radzi i czém kto mógł tém go obdarzał; ale bo téż dawniéj tylko ten wyciągał rękę po jałmużnę, kto już nie był zdolnym zapracować na własne utrzymanie. A jakże dziś? Dziś rzadko chodzi za jałmużną ten kto jéj potrzebuje, gdyż każda gmina z obowiązku musi dawać wsparcie swym ubogim; ci zaś co żebrzą, to nieraz rosłe jako buki i zdrowe chłopy, koszturem straszą nie tylko psy ale i kobiéty, gdy te same są w domu. ich zaś wstyd powiedziéć, iż żebrzą, to to nazywają fechtowaniem. Siebie zaś nazywają arme rajzender, lecz lud na Górnym Ślązku, zwie ich kocendrami. Taki, gdy ci wejdzie do domu, to musisz miéć go na oku, by mu się co do palcy, tak niby nie chcący, nie przylepiło. A chociaż każdy z nich zna nieraz jak powiada i po kilka rzemiósł, to jednak robić mu się nie chce. Tak tedy u naszego gościnnego, który się nazywał Abdur, przyjęto starca chętnie i obdarzono wsparciem, bo ten był tego istotnie godzien, a tak był poczciwy, że choćby go samego zostawiono w domu, nic by nie ruszył. Gdy tak Almanzor z Abdurem jedzą i piją, odzywa się piérwszy do starca: — Starcze! Przeszedłeś wiele świata, żyjesz już długo, z niejednego téż pieca chleb jadłeś i różnie ci się musiało powodzić; powiédzże nam przecież co ciekawego, jakie osobliwsze zdarzenie. To mówiąc, zérknął po starcu dwuznacznie, bo on tylko bogaczy lubił, a ubogiego uważał nieomal za nic, więc i tego chciał wprawić w ambaras, by się z niego wyśmiać. Starzec odkrząknął i rzekł: — Przeszłych rzeczy nie warto wspominać, bo to nie wiele ciekawi, gdyż po części są każdemu znajome, lecz ja wam powiém rzecz przyszłą, co was obu zainteresuje. — No, proszę, mów prędko, bom ciekawy, co téż ty umiész wywróżyć. Starzec odkaszlnął i zaczął mówić: — Dzisiejszéj nocy o dwunastéj godzinie tutejsza gospodyni powije syna; twoja zaś żona, zwracając mowę do Almanzora — o tym samym czasie powije córkę, i gdy zaś dzieci te swych lat dorosną, to się pobiorą. Oba spojrzeli po sobie na te słowa ze zdumieniem lecz i z niedowierzaniem, czy starzec prawdę mówi. Po gościnnéj możnać było poznać, że jak dziś, tak jutro spodziewa się rozwiązania, ale jakże ze żoną Almanzora? Już dziewięć miesięcy jak wyjechał z domu, a iż to wtedy jeszcze nie było poczt ni telegrafów, to ani żona jemu, ani on żonie nie mógł przesłać o sobie żadnéj wiadomości. Postanowił jeszcze odczekać u Abdura do jutra, aby się o prawdzie przekonać: bo jeśli się czas co na godzinę zjiści, tedy i u niego będzie tak samo; jeźli zaś chybi, to starzec skłamał. Starzec, gdy się nasycił, podziękował za jałmużnę i poszedł daléj. Almanzor postanowił nawet nie spać w nocy, żeby się gruntownie przekonać, czy istotnie o północy syn Abdurowi się urodzi. Jak starzec przepowiedział, tak się téż stało. Właśnie koguty piały na północ, gdy w nocy gość przyszedł na świat, a był to chłopak rześki, a śliczny. Ojciec i matka ucieszyli się bardzo, bo którzy rodzice nie mieli by się cieszyć, gdy przy szczęśliwym rozwiązaniu matki, zdrowe dziecko się urodzi? Sam Almanzor udawał, iż go to cieszy, atoli duszę jego ogarnął wewnętrzy smutek, a w jego serce wstąpił szatan złości i odtąd zaczął przemyśliwać nad tém, jakby temu przeszkodzić, żeby jego córka, jeżeli istotnie się urodziła, nie była kiedyś żoną syna gościnnego. Twierdził bowiem, że żadną miarą być nie może, aby dwa tak różne co do majątku stany mogły się społem połączyć; on posiada miliony, gościnny zaś jest sobie chudakiem, i musi czekać, aż ktoś do niego zajrzy i mu kilka groszy za posiłek i napitek zostawi. Nazajutrz sprawił Abdur ucztę, na jaką mógł się tylko zdomódz, a i Almanzor nie żałował dodać na to ze swego składu różnych rzeczy, żeby tylko nie dać poznać po sobie, iż w sercu nosi zamiar szatański. Ucieszono się tedy do syta, a przytém nowonarodzonemu nadano imię Jussuf. Po uczcie Almanzor, party ciekawością, zabrał się ze swą karawaną do domu, a w trzy miesiące podróży, już go żona jego wyszła powitać z drogi, trzymając na ręku córkę, śliczną jak aniołek. Ach, cóż to za radość była, zwłaszcza że już dawno na dziécię czekali! Bo jeżeli i biédak się cieszy, gdy go niebo potomkiem obdarzy, to cóż mówić o bogaczu, któremu tylko tego do zupełnego szczęścia brakuje? Gdy mu zaś żona powiedziała czas, w którym się córka urodziła, jakaś okropna niespokojność zaczęła nim miotać i odtąd zawsze był jakby czémś zmartwiony, a gdy go żona pytała, co mu dolega, to on jéj zawsze wymijające dawał odpowiedzi i nie chciał się ani ze swém zmartwieniem, ani ze swemi zamiarami przed żoną wyspowiadać, by go od wykonania ich przypadkiem nie odwiodła. Nadszedł znowu czas jechać po nowe towary i Almanzor pożegnał się z żoną, ucałował córkę, zabrał karawanę i pojechał. Nie omiészkał i tą razą odwiedzić Abdura i powiedziéć mu, że słowa starca się spełniły, gdyż i onemu urodziła się córka, i to w tym samym czasie, kiedy jego syn przyszedł na świat. Okazał przy tém pozorną chęć połączenia tych dzieci kiedyś w jedno stadło małżeńskie. Po krótkim wypoczynku pojechał daléj, a za pół roku już był z powrotem, wioząc niezmierną moc towarów. Teraz zabawił u Abdura dłużéj, rozmawiał z nim dużo, przyczém wyborne wina i łakocie sam ze swych wozów i różnych koszów kazał czeladzi znosić na stół, chcąc tém sobie serce Abdura zjednać. Razu jednego, gdy sobie dobrze podpili, rzekł do gościnnego: — Kochany Abdurze! Kiedy już nieba tak przeznaczyły, iżby dzieci nasze żyły dozgonnie w związku małżeńskim, toć my się temu sprzeciwiać nie śmiémy, owszem należy się o to starać, iżby to co już ma być, miało jak najpomyślniejszy Prawda, że majątek nasz różni się bardzo od siebie, lecz gdy ja dam tyle bogactwa córce, bo nawet kiedyś wszystko po mnie odziedziczy, to obejdzie się bez tego, żebyś ty cośkolwiek dawał synowi. O to więc nie masz kłopotu. Ale jest inna zawada, którą by koniecznie trzeba usunąć, a da się to tylko zrobić za twojém zezwoleniem. Wiész, że żyję we wielkim mieście, i że tam téż i dzieci nasze, gdy się pobiorą, żyć będą; znasz mnie i mój dostatek, że jest ogromny, zatém pojmiesz łatwo, iż do utrzymania i prowadzenia tak wielkiego majątku, trzeba niepospolitéj głowy, trzeba niemało nauki, trzeba umiéć czytać i pisać biegle w różnych językach, gdyż z różnemi narodami mam stosunki Syn twój, który to wszystko kiedyś po mnie ma objąć, musi koniecznie znać to wszystko, żeby módz, tak jak i ja nadal handel prowadzić i nie podupaść. Ty zaś, kochany Abdurze, nie masz na to sposobu, żeby syna twego do tego stopnia wykształcić, bo tu w twéj okolicy nawet szkół nie ma. Umyśliłem tedy, jeżeli pozwolisz, syna twego zabrać ze sobą. U mnie będzie on jak własny syn, a gdy nieco podrośnie, będę go posyłał do szkoły, gdzie wszystkiego, co mu potrzeba, nauczyć się może. W domu zaś będzie się uczył w sklepie sprzedawać, i jak się ma z publicznością grzecznie obchodzić. To być koniecznie musi, jeźli chcesz, żeby syn twój był mojim zięciem. Abdurowi się na tę propozycyją serce zasmuciło, gdy pomyślał, że tak daleko od siebie ma dać swe dziecko, ale jak każdy ojciec rad, gdy się jego dziecku szczęśliwa przyszłość uśmiécha, tak i on choć ze smutnym sercem przecież na to zezwolił. Almanzor już był naprzód wszystko przygotował, co małemu będzie potrzebném, jako to: piękne szaty, ozdobną skrzynkę, w któréj go umieścić miano itd., a nawet o niańkę już się zawczasu postarał. Nadto dał Abdurowi 500 dukatów, żeby i on biédy nie miał, pożegnał się z nim i z żoną jego, zabrał dziecko i odjechał. Biédny ojciec nie pomyślał nawet o tém, iż to już ostatni raz syna swego widział; nie wiedział jaki cios go czeka, bo téż nie przypuszczał, żeby w sercu tak możnego pana tyle złości i jadu znajdować się miało. Gdy Almanzor już był spory kawał drogi ujechał, wziął na bok swego sługę Sadymira i opowiedział mu rzecz całą od początku do końca, a oraz wyjawił swój piekielny zamiar odebrania chłopcu życia. — Ach! kochany panie, — rzekł sługa — toć temu dziecko nie winno, że tak Bóg przeznaczył; nie odbierajże mu życia, bo to zbrodnia okropna i Bóg za to prędzéj, czy późniéj pewnie by cię ukarał. Daruj mu życie. — Darować mu życia nie mogę, — odpowiedział Almanzor — bo gdy się jedna przepowiednia spełniła, to spełnić się może i druga; żeby zaś taki chudak miał się moją pracą zbogacać, a potém, co jeszcze gorsze, żeby z tak nizkiego stanu moja córka miała miéć męża, kiedy jéj się najmniéj książę należy, to być nie może i chłopak musi umierać. — Kiedy już koniecznie ma nie żyć, to przynajmniéj krwi jego nie przelewaj, bo wiész, że krew’ niewinnie przelana woła o pomstę do nieba. Wiész więc co? Oto właśnie wjeżdżamy do lasu, zostawże dziécię w tym lesie, a ono pozbawione opieki, zginie niechybnie, ty zaś będziesz miał ręce czyste od krwi niewinnéj, zwłaszcza, że na twój stan nie przystoji plamić się krwią ludzką. Taką radę dał Sadymir swemu panu, a w sercu westchnął do Boga, by ten jakim cudem zesłał dziecku zbawcę, któryby mu życie uratował. Srogi pan usłuchał swego sługi, i gdy w las wjechali, zeszli spory kawał z drożyny. Tu znaleźli jedno drzewo grube a suche; u spodu było tyle wypróchniałe, że i dorosły człowiek mógł się tam zmieścić. W tę dziurę tedy włożyli skrzynkę z chłopcem. Almanzor jeszcze nakreślił kilka słów na papiérze, że temu dziecku imię jest Jussuf, i że sto dukatów tam wkłada na jego pogrzeb i na nagrodę dla tego, kto go znajdzie i pochowa. Po takim haniebnym czynie. Almanzor jakoś zadowolniony pojechał za karawaną; zdążał za nim miłosierny sługa, pełen nadzieji, że Bóg przecież dziecku nie da w téj puszczy umrzéć, ale ześle mu wybawcę. Na brzegu lasu miészkał leśniczy. Był to sobie poczciwy człowiek, ale chudak, bo liczną otoczony był familiją, a wiadoma rzecz, że w takich warunkach człowiek, który się z pracy rąk utrzymuje, bogatym być nie może. Nie pobierał on stałéj pensyji od jakiego księcia lub hrabiego, ale utrzymywał się w ten sposób, że gdy upolował zwierzynę, tedy z nią jeździł do miasta i sprzedawał, także i skóry różne; a miasta nie były tak blizko jak u nas, więc téż często nie mógł jeździć. Prócz żony miał sześcioro dzieci do wyżywienia, a siódmego spodziewano się lada dzień. Raz żona jego rzekła do niego: — Mój kochany mężu! Czas mego rozwiązania zbliża się, a ty ni w domu, ni koło domu nie masz kawałka suchego drzewa, a wiész przecież, że w takim razie trzeba i gościom coś upiéc i nagotować. Weźmij parobka, a zaprzążcie konia do wozu i jedz po drzewo. Nie baw’ się téż tam długo, bo czuję się jakoś niespokojną. Leśniczy nie czekał, aż mu to drugi raz powié, ale usłuchał żony, wziął parobka, wóz i konia, siekiérę i piłę i wjechał w las. W lesie, jak zwykle, było zawsze pełno suchego drzewa. Ale dziwnym jakimś cudem, dzisiaj, gdy wjechał, to jakby je zmiótł laską czarodziejską, ani gałązki suchéj nie było w lesie; wszystko świéże i zielenią pokryte. Takiego drzewa on nie mógł potrzebować, więc szukał koniecznie suchego. Jeździł tak już chwilę, aż gdy daléj w las zajechał, ujrzał przecie jedno drzewo suche. Nie zdało mu się ono, bo było za grube; ale cóż było robić, gdy innego nie było? Przyłożył więc piłę do pnia i obaj z parobkiem zaczęli rznąć. Ale jakże się przelękli, gdy ze środka drzewa jakiś głos dziecka dał się słyszéć. Patrzą i przysłuchują się pilniéj, aż tu widzą skrzynkę, którą gdy leśniczy otworzył, ujrzał w niéj pięknego chłopca. Zaprzestał zaraz roboty, bo gdy się obejrzał, to znów ujrzał pełno suchego, cienkiego drzewa, więc kazał parobkowi samemu ścinać, on zaś wziął skrzynkę z dzieckiem i pobiegł do domu. I w domu zastał coś nowego. Żona w jego niebytności obdarzyła go także synem, a gdy go ujrzała i chciała mu się z tém pochwalić, on jéj téż owego chłopca w skrzynce pokazał i opowiedział, w jaki go sposób znalazł. Na co odpowiedziała mu żona: — Prawda, że mamy co żywić i przyodziewać, boć teraz aż siedmioro dzieci, ale przyjmijmy i to, bo gdzie się siedmioro najé, tam się i ósmy nasyci. Mąż pochwalił zdanie żony i zaczął dziecko dobywać ze skrzynki, by je gdzieindziéj umieścić. Ale jakże się zadziwił, gdy pod głową jego znalazł żółciutkich sto dukatów i karteczkę napisaną. Nie mogli tego pojąć, zkądby się to dziecko wzięło, gdyż podług tego złota sądzili, że ono musi być rodziców bogatych, ale że tacy je w lesie podrzucili i już dla niego myśleli o pogrzebie, gdy ono jeszcze żyło, to im się w głowie nie mogło pomieścić. — Niech będzie czyje chce, to my je zostawimy u nas i odtąd będzie ono nasze, powiedział leśniczy do żony. Na tém stanęło i dziecko zostało w domu leśniczego na zawsze i przyłączone do familiji. W dziesięć lat późniéj, jechał Almanzor ze swą karawaną do domu. Jego stary sługa, aczkolwiek już niezdatny do jakiéjkolwiek pracy, był mu potrzebny do rady; brał go téż zawsze ze sobą. Gdy wjechali w znajomy nam las, Almanzor spostrzegł dwóch chłopców, trzymających ślicznego ptaka, którego na sidła złowili. Pobiegł ku nim i chciał ptaka kupić, bo mu się bardzo spodobał. Jeden z nich chciał go sprzedać, ale drugi żadną miarą na to zezwolić nie chciał. Gdy tak się oba sprzeczali, uderzył ów co był trochę mniejszy, tego większego w twarz. Ów większy chłopak od bólu i wstydu aż się rozpłakał i powiada: — Cóżem ci zrobił złego, żeś mnie uderzył? czy ty masz prawo bić mnie? Poczekaj, powiém ojcu, żeś mnie skrzywdził. — Ty powiész ojcu? A czy ty masz ojca? Ho, ho! gdzie tam twój ojciec! Ty ani wiész, gdzieś jest. Tyś jest podrzutek, a gdyby cię mój ojciec nie był znalazł tam gdzieś w drzewie, tobyś już dawno był zginął. Tak powiedział ów mniejszy chłopak, a Almanzor stał jak wryty, bo mu się przypomniał Jussuf, i pomyślał, czy to nie ten sam. W téj myśli pobiegł do leśniczego, a karawanie tymczasem kazał wypocząć. U leśniczego zastał dzieci ośmioro i po téj i owéj rozmowie zapytał, czy to wszystko jego są dzieci. — Siedmioro jest mojich własnych, a tego, pokazując na Jussufa, znalazłem w lesie w spróchniałém drzewie, przyjąłem go za własnego syna i dotąd chowam, a dziecko posłuszne odpłaca mi się tylko dobrém. — Masz tego dużo do wyżywienia, mój przyjacielu, mógłbyś mi tego znalezionego odstąpić. Ja jestem bogaty, a nie mam wcale dzieci, byłbym mu bardzo rad, a miałby się u mnie nie źle; kiedyś zaś po méj śmierci odziedziczyłby po mnie cały majątek. Ty zaś, gdy jeszcze ci zostanie siedmioro, będziesz miał z nimi dosyć kłopotu. Gdy atoli leśniczy jeszcze się wahał co zrobić, kazał Almanzor przynieść z woza baryłkę wina i zaczął wszystkich pojić. Czego by po trzeźwiemu nie był leśniczy uczynił, to uczynił, gdy mu wino dobrze w głowie szumiéć zaczęło. Odstąpił chłopca Almanzorowi, a ten mu to niby na uciechę wyliczył 500 dukatów, kontent, że mu się znów chłopiec w ręce dostał, którego on już dawno za umarłego uważał. Almanzor spojiwszy należycie leśniczostwo i jego dzieci winem, odjechał, zabrawszy Jussufa, który także tak był pijany, że o sobie nie wiedział. Gdy odjechał kawał drogi, rzekł do Sadymira: — Patrz jéno, mój wierny sługo, jak ja to dobrze chciałem, gdym dziecko chciał zaraz zabić. Toś mnie wstrzymał od tego, a teraz go oto masz. Co ty za zmartwienie dla mnie mogłoby kiedyś ztąd wyniknąć, gdyby nie przypadek, żem go znowu spotkał i dostał w me ręce. Teraz już innéj rady nie ma, tylko zaraz go zabić. Na to rzekł Sadymir: — Mój najłaskawszy panie, nie bierz mi tego za złe, że cię od krwi przelewu wstrzymałem, bo kto wié, gdybyś go był zabił, czyby cię już nie był Pan Bóg ciężko ukarał. Widzisz, że to prawie cud, iż to dziecko zostało znalezione tak głęboko w lesie. Więc Bóg widocznie chce, aby ono żyło, a ty się woli Bożéj sprzeciwiasz? — Ale ja nie chcę, aby żyło i ono umierać musi natychmiast! To rzekł Almanzor, a Sadymir mu na to: — Słuchaj mnie raz jeszcze, panie mój miłościwy, bo wiész, żem ci zawsze dobrze radził i teraz ci radzę, nie przelewać krwi niewinnéj; bo gdy to uczynisz, to ci zawsze ów trup będzie stał przed oczyma i nabawiał cię strachu, a krew’ jego palić cię będzie gdyby ogień. Dam ci inną radę: Oto jesteśmy właśnie nad rzéką: tu do tego kawała drzewa, które na brzegu rzéki leży, a które zapewne woda wyrzuciła, przywiążmy chłopca i wrzućmy we wodę. Tu jak daleko okiem sięgniesz pustynia; nikt tu téż chłopca z wody nie wyratuje i tak niechybnie zginąć musi. Będziesz miał przynajmniéj tę korzyść, że na jego śmierć nie będziesz musiał patrzéć. Usłuchał i tą razą pan swego sługi i wspólnie chłopca pijanego przywiązali do drzewa i wrzucili do rzéki. Almanzor ucieszony, że już teraz go się pozbędzie, odjechał, a wierny sługa życzył w sercu sobie, aby i tą razą cudownym sposobem chłopięciu zesłał zbawcę. O dosyć spory kawał drogi ztąd klekotał sobie młyn, którego koło obracała woda z téj saméj rzéki, po któréj Jussuf płynął. Droga karawanie wypadała mimo młyna, atoli droga szła wiele prościéj od rzéki, zatém karawana przeciągnęła koło młyna daleko prędzéj, niż Jussuf dopłynął na swéj tratwie. Rzéka tu czyniła różne mnogie zakręty, a i jazda raźniéj przebywa swoję drogę, niż woda w rzece, zwłaszcza, gdy się ma ku młynowi, gdyż jéj odpływ bywa nieco podwyższony i tamowany. Młynarz właśnie chciał coś naprawiać w młynicy i szedł wpuścić stawidła, by koło w biegu zatrzymać, aż tu w tém spostrzega na wodzie kawał drzewa, a na nim chłopca przywiązanego powrozem. Skoczył czémprędzéj na ratunek, wyciągnął drzewo z wody, chłopca odwiązał, ale ten, lubo dawał znaki życia, jednak był bez przytomności. Młynarz zawołał śpiesznie swéj żony i oboje wnieśli do izby chłopca, który się po niejakim czasie obudził i przyszedł do siebie. Na zapytanie, co się z nim stało i jak się dostał na wodę, nie umiał nic odpowiedzieć, powiadał tylko, że był u leśniczego, ale gdzieby to było, nie wiedział. Młynarzowie nie mieli dzieci żadnych, to téż uradowali się nie mało, gdy im Opatrzność zesłała już tak odchowanego chłopca, o którego z pewnością nikt się zgłaszać nie będzie. Postanowili przyjąć go za swego i zastąpić mu rodziców. Chłopiec pomagał im chętnie w pracy, tak że sobie nie mogli nic lepszego życzyć i dziękowali Bogu, że gdy im nie dał własnego dziecięcia, to im dziwnym sposobem zesłał pomoc i pociechę. I znowu minęło lat dziesięć. Jussuf wyrósł na dzielnego młodzieńca. Gdy mu czas pozwalał, lubił przejeżdżać się na koniu, którego młynarz utrzymywał do swéj potrzeby, a choć to był dzielny i ognisty rumak, mimo to Jussuf umiał na nim jeździć doskonale. Razu jednego, gdy się tak przejeżdżał po błoniach koło młyna, jedzie znów Almanzor ze swą karawaną po towary. Trzeba było, że chłopiec z ciekawości nadjechał, aby się z blizka przypatrzéć karawanie. Nieborak ani się spodziewał, ani domyślał, jak okrutnego ma nieprzyjaciela w samym właścicielu karawany. To téż Almanzor, skoro go ujrzał, zaraz go poznał i zapałał gniéwem piekielnym, że już dwa razy skazał go na śmierć, a on mimo to jeszcze żyje. Lecz tą razą, pomyślał sobie, musi zginąć; teraz już mnie od tego nikt nie powstrzyma, gdyż ten głupi, choć wierny Sadymir już nie żyje. Zatrzymał więc karawanę, kazał jéj wypocząć, a potém wszedł do młyna. Po różném gadaniu o tém i owém, zapytał młynarza, czy to jest jego własny syn, który tak dzielnie na rumaku jeździ? — Nie, łaskawy panie, to nie jest mój rodzony syn, alem go za własnego przyjął i dziękuję Bogu za niego, bo bym się może ani z mego syna nie mógł tyle pociechy spodziewać, ile ten mi jéj daje. Jest to może najlepsze dziecko na świecie, mówił daléj młynarz i począł opowiadać całą historyją znalezienia chłopca. — Mój młynarzu rzekł Almanzor, wysłuchawszy opowiadania, przychodzę tu z potrzebą do ciebie. Zapomniałem w domu méj książki rachunkowéj, jest mi ona zaś koniecznie potrzebną, gdyż mam do załatwienia jeszcze różne interesa handlowe z tymi, od których kupuję towary. Czy byś mi nie posiał twego chłopca konno po tę książkę? — A toć masz panie, więcéj koni i czeladzi niż ja; czemuż którego ze swych nie poślesz? odpowiedział młynarz. — Prawda, że mam konie i czeladź, ale moje konie zmęczone podróżą, nie wytrzymałyby zatém z drugiemi, ten któryby tę drogę miał teraz prędko przebyć, a potém zdążać za nami. Tu masz 50 dukatów, jestem bogaty i o pieniądze mi nie chodzi, weźmij je i posyłaj chłopca. Za pięć godzin będzie tu z powrotem, bom widział, że jest z niego dobry jeździec, rzekł Almanzor i wyliczył złoto. Młynarz uradowany, że mu się tak łatwy, a korzystny natrafił zarobek, zawołał Jussufą i kazał mu jechać. Almanzor nakreślił kilka słów na kartce, dał chłopcu i kazał jechać śpieszno, a nikomu nie pokazywać, ani powiadać z czém jedzie. Jussuf rad, że może się swemu opiekunowi odwdzięczyć za dawane względy, zarabiając mu 50 dukatów, wsiadł na konia i pędem pojechał. Co tam na kartce było napisane, tego nie był wcale ciekawy, a nawet by się téż i nie dowiedział, gdyż języka takiego nie znał, w jakim to było pisane. Jak człowiek musi miéć granicę w pracy, gdyż jeżeli ją przekroczy, to albo ją chorobą odpokutuje, albo téż śmiercią przypłaci, tak i koń musi zachować miarę w biegu i wytężeniu sił swojich, bo i on nie jest z żelaza. Jussuf nie pomyślał nad tém i pędził wciąż galopem, chcąc na życzenie Almanzora jak najprędzéj być z powrotem. Gdy już nie zbyt daleko był od Bagdadu, droga szła mimo łąki, przez którą płynął strumień czystéj wody. Koń jego zgrzany i zmęczony tak szybkim biegiem, zwrócił się do strugi, by ugasić pragnienie. Jussuf nie wiedząc, że to może koniowi zaszkodzić, dozwolił mu się napić do syta. Atoli koń skoro wyszedł z wody na łąkę, padł natychmiast nieżywy. Okropny strach zdjął Jussufa i boleść w sercu uczuł straszną, gdy się przekonał, że koń nie żyje. Ach! jakże się będę mógł teraz pokazać na oczy mojim dobrodziejom, kiedy tak wielką szkodę ponieśli z méj winy! Lamentował tak i narzekał długą chwilę, bo ani mu się wierzyć nie chciało, żeby już koń nie miał powstać. Pełen wielkiego żalu, usiadł przy cielsku konia i nie chciał odejść, aż w końcu zmorzył go sen, ów pocieszyciel smutnych, i... zasnął. W Bagdadzie była wielka szkoła, na wzór naszych gimnazyjów. Tam w niéj młodzież chciwa nauki słuchała wykładów uczonych mędrców Wschodu. Zbierała się przeto tam dotąd z blizka i z daleka. Każdy z niéj wychodził człowiekiem światłym, który sobie w każdéj rzeczy umié poradzić. Jeden z tych studentów był raz ujrzał córkę Almanzora, a że ta była bardzo piękna, tak mu wpadła do serca, że bądź co bądź, postanowił dostać ją za żonę. Na odwrót student wpadł jéj także w serce i pokochali się oboje na dobre. Almanzor, który zawsze tylko o jakim księciu dla córki swojéj marzył, gdy się o tém dowiedział, zakazał studentowi ani nogą jego progu nie przestępować. Gdy zaś ten na to wcale nie zważał, Almanzor rozgniéwany kazał go wsadzić na dni kilka do więzienia, miał bowiem moc do tego, czy wpływ wielki w urzędzie. Student naturalnie nie przestąpił teraz już jego progu, a że chciał koniecznie z Almanzora córką coś mówić, a nie mógł, więc pisał do niéj listy i te do jéj rąk niepostrzeżenie przesyłał. Ona nawzajem toż samo czyniła. Brała zaś na listy papiér z ojcowego biórka. Ten, jak to bywa u panów, był stęplowany, czyli nosił znak i imię Almanzora. Że zaś często dla braku czasu jednę tylko kartę pisała, dla tego druga karta została czysta, aczkolwiek stępel i na niéj był odciśnięty, Ona listy od studenta musiała niszczyć po przeczytaniu, ale on tego nie potrzebował czynić, gdyż do niego władza możnego kupca dosięgała, a że to były listy od kochanki, więc mu były miłe i chował i nosił je przy sobie, chociaż pozbył się nadzieji posiadania jéj kiedy za żonę. Przeszły tych kilka dni jego uwięzienia, nastały wakacyje. Młodzież ze szkoły śpieszyła do domu, by nieco wytchnąć po uciążliwéj nauce, a potém za to z większym zapałem wziąść się do nauki. Ktokolwiek ze studentów miał daleko do domu, ten najmował sobie podwodę, a ci co bliżéj mieli, szli pieszo. Otóż idzie sobie kilku studentów, a między nimi i ów kochanek córki Almanzora. Wtém spostrzegają leżącego na łące konia, a na koniu chłopaka. Zaciekawieni tak dziwném zjawiskiem, w to miejsce, i widzą że koń nie żywy, ale chłopak żyje, tylko śpi. Z kieszeni jeźdźca wyzierał jakiś papiér. Ów student wyjmuje go, otwiera i czyta strwożony:
Wszystkim aż włosy stanęły na głowach na taki wyrok, że zaś wyraźnie było adresowane: Do pani kupcowéj Almanzor, więc wiedzieli na pewno, z kim sprawa. — Teraz czas, powiada ów student, pomścić się na możnym a hardym kupcu, któremu tylko bogactwo leży w sercu i myśli. Wyjmuje jeden list, jaki mu jego kochanka pisała, odrzyna próżną, kartę, bierze ołówek i kreśli następujące wyrazy:
Teraz list złożył, zaadresował i chłopcu, a raczéj młodzieńcowi do kieszeni włożył. Studenci radzi, że im się taki udał koncept, bo ten co list pisał umiał dokładnie charakter Almanzorowéj ręki naśladować, byli pewni, że kupcowa fałszu nie rozpozna i poszli sobie daléj, śpiéwając. Jussuf gdy się ocknął i uprzytomnił sobie smutny a nieszczęśliwy wypadek, popatrzał na nieżywego konia, popłakał, a wspomniawszy, gdzie się pójść zobowiązał, pobiegł spiesznie do Bagdadu. Na szczęście już téż niedaleko było do miasta. Gdy stanął w Bagdadzie, wywiedział się gdzie miészka żona Almanzora, udał się tam zaraz i pokazał list. Ta gdy przeczytała, poprosiła Jussufa do osobnego pokoju i spiesznie posłała po szejka czyli księdza. Gdy szejk przybył, oświadczyła Jussufowi wolą swego męża, przedstawiając mu oraz swą piękną córkę. Szczęśliwy Jussuf ani pojąć nie mógł tak ogromnego szczęścia, odpowiedział a raczéj wyjąkał tylko wzruszony, że nie tylko przyjmuje rękę jéj córki, ale poczytuje to sobie za największe szczęście, że będzie mężem tak dorodnéj panienki. Niebawem nastąpił ślub, a po nim uczta wspaniała. Młodzi małżonkowie w szczęściu i dobrobycie wiedli sobie życie spokojne. Rok do końca dobiegał od czasu połączenia się Jussufa z Aliną, gdy dnia jednego Almanzor ze swą karawaną wiozącą pełno rozlicznych towarów, stanął w Bagdadzie. Na powitanie wyszły mu i żona i córka, ale ta ostatnia wyniosła na ręku małego wnuczka jego, a swego syna. Almanzor gdy to ujrzał, zapytał się, co to znaczy i do kogo należy. — A juźci do twéj córki, odpowiada żona jego. — A to w jaki sposob? pyta Almanzor. — A jużci w zwyczajny sposób, tak jak i my się rodzili i jak się nasza córka rodziła, odpowiada kupcowa. — Co! krzyknie Almanzor, to nasza córka tak sromotnego czynu się dopuściła i shańbiła dom nasz? to nie jest żadną hańbą ani sromotą, gdy ma męża prawego, odpowiada kupcowa, i wytłumaczyła mu wszystko, jak jéj do tego posłał rozkaz na piśmie, a na dowód pokazała mu list jego. Almanzor patrząc na list, odchodził prawie od zmysłów i papiér z jego stęplem, pismo zupełnie jego, pojąć nie mógł, jak mógł tak okropny błąd popełnić i coś podobnego napisać. — No, to musiałem w téj wielkiéj nagłości przypomniéć sobie proroctwo starca, i tym sposobem musiał się ów błąd zakraść do mego listu, rzekł nieco udobruchany kupiec, ale będę się starał tę pomyłkę naprawić, o ile się to teraz da uczynić. Kazał zaraz zawołać Jussufa, który będąc w sklepie pilnie zatrudniony jakąś robotą, nie wybiegł zaraz na powitanie teścia. Gdy stanął przed Almanzorem, rzekł tenże do niego: — Słuchaj no, hultaju! Przez pomyłkę stałeś się mężem méj córki, a mojim zięciem. Aleś ty tego nie godzien, boś na to niczém nie zasłużył. Żebyś więc mógł stać się godnym tak wielkiego szczęścia, musisz sobie wprzód na to zasłużyć, bo tak wielkiego szczęścia nie za darmo się udziela. Pójdziesz zatém w świat, a dowiész się, która godzina szczęśliwa, a która nie- szczęśliwa. Gdy się tego dowiész, to przychódź napowrót do nas, jeźli się zaś nie dowiész o tém, tedy drzwi domu mego na zawsze przed tobą zamknięte i wara ci odemnie i mój córki. Takie zadanie dał Almanzor Jussufowi; wiedział dobrze, że ono wykonaném być nie może, gdyż ta sama godzina, która się jednemu szczęściem uśmiéchnie, innemu zwali na kark tyle nieszczęścia, że aż jęczy pod niém. Chciał on atoli przez to zadanie pozbyć się go na zawsze. Ale co u ludzi się zdaje niepodobnym, to u Boga jest możliwém. Nie pomogły prośby ani łzy żony i córki, srogi teść zaopatrzywszy biédnego Jussufa w pieniądze, wyprawił go z domu. Trzy rzeczy są tylko bez granic i końca, tj. Bóg, wieczność i wszechświat; wszystko inne zaś mają swą granicę. To téż wypędzony na cztéry wiatry biédny Jussuf, szedł, gdzie go oczy wiodły, aż w końcu skończył się kraj, w którym Bagdad leży, a on wstąpiwszy w inne królestwo, pytał się wciąż, która godzina szczęśliwa, a która nieszczęśliwa. Prawdy jednak dowiedziéć się nie mógł, bo jeźli mu kto jaką godzinę szczęśliwą być mienił, to znów inny tę samę godzinę przeklinał, zwiąc ją nieszczęśliwą. Nareszcie już wszedł pomiędzy inny naród, gdzie napotkał inne zwyczaje i inną mowę, któréj nie rozumiał. Jak on ludzi, tak i ludzie jego nie rozumieli, a sądząc, że to szpiég jaki, ujęli go i odesłali do króla. Tam byli tłumacze z różnych krajin; znalazł się i taki co znał jego mowę. Gdy temu opowiedział cel swéj podróży, rzekł do niego król: — Dobrze, żeś mi się tak nadarzył; mam i ja życzenie, a dotąd nikt mi go spełnić nie potrafił, może tobie się to uda: Oto miałem jedyną córkę. Ta gdy miała cztéry lata, znikła gdzieś bez Wszystkie poszukiwania zostały bez skutku, córki jak nie masz, tak nie masz. Może tobie się uda wywiedziéć się o niéj. Jeźli to wykonasz, dostaniesz sowitą nagrodę, jeźli zaś nie, to się nie poważaj powracać przez mój kraj, bo życiem śmiałość twą przypłacisz. Zaopatrzył go w pieniądze i paszporta i kazał iść daléj. Biédny Jussuf miał już teraz dwa zadania, a oba trudne do wykonania. Nie myślał on téż wcale, żeby one mogły być wykonane, ale cóż miał robić? Nazad iść nie mógł, gdyż nie było po co, bo by go śmierć spotkała niechybnie. Szedł tedy coraz daléj, a iż się już nieco poduczył tamtejszéj mowy, to téż się wypytywał, czy mu kto jego zadania rozwiązać nie potrafi; ale nikt tego nie Wreszcie i ten kraj się skończył, a on ani się spostrzegł, gdy znów w innym znalazł się kraju. Tu znalazł znów inny naród, inne obyczaje, inną mowę, któréj nie znał. Niezrozumiany, został tak samo zaprowadzony do króla, gdzie przez tłómacza cel swéj podróży królowi opowiedział. — Przychodzisz jak zawołany — rzekł do niego król. — I ja mam coś do życzenia: Mam ja w mym ogrodzie jabłoń. Ta co wiosnę kwitnęła złotém kwieciem, a co lato rodziła złote jabłka. Od kilku lat wprawdzie kwitnie, ale owocu nie rodzi. Wywiédz się przeto, czemu tak jest i co czynić wypada, aby znowu rodziła. Jeźli to wykonasz, wynagrodzę cię dobrze, a jeźli nie, to nie wracaj się przez mój kraj, inaczéj pożegnasz się z twoją głową. To mówiąc, dał mu pieniędzy na drogę i papiéry i kazał iść w świat. Szedł więc daléj, a wszędzie się wypytywał, ale nikt mu na to odpowiedziéć nie umiał. Tak idąc, przeszedł i ten kraj cały, a jednak niczego się nie dowiedział. Lecz i ten kraj się skończył, a Jussuf znalazł się znów w inném królestwie. Tu znowu naród inny, mowa inna. Znowu tak samo zaprowadzony przed kró- la, któremu przez tłómacza cel swojéj podróży opowiedział. — Właśnie mi takiego potrzeba, — rzekł król, — co by poszedł w świat wywiadywać się tak różnych, a ciekawych rzeczy. Mam ci i ja jednę rzecz, któréj bardzo radbym się dowiedział: Miałem ja ojca dobrego i miłą matkę. Ci gdzieś przed kilku laty się podzieli i odtąd ani śladu ich nie ma; już dużo na to wydałem, by się o nich dowiedziéć, jednak wszystko na próżno. Otóż gdy idziesz w świat, wywiédz się, gdzie oni się znajdują. Dokażesz tego, nagrodzę cię po królewsku, a jak byś tego nie dokazał, każę ci głowę zdjąć z karku. A tu masz na drogę potrzebne pieniądze i moje zaświadczenie, a teraz ruszaj w świat! Biédny Jussuf! coraz więcéj zadań się mnoży, a on ani o jedném wywiedziéć się nie może. Ale idzie wciąż daléj a daléj, aż w już i ziemi zabrakło i naraz znalazł się nad brzegiem morza. Duma, co teraz począć: nazad wracać nie można, a tu daléj iść niepodobna. Naraz spostrzega nad brzegiem łódkę, a w niéj przewodniczkę. Idzie ku niéj, opowiada swoję niedolą, i prosi, by go na drugi brzeg lub jaką wyspę przewiozła. — Przewiozę cię tam i napowrót, rzekła przewodniczka — jeźli wykonasz to co ci zadam. Oto już kilka lat jak tu przewozić muszę, a nikt się nie znajdzie co by mi powiedział, w jaki sposób od téj pracy mogłabym się uwolnić i na me dawniejsze stanowisko powrócić. Jeźli mi więc w tém pomożesz, bądź pewien méj usługi, gdy będziesz chciał wracać; jeźli zaś nie, to na wieki na téj wyspie, gdzie cię odwiozę, zostaniesz. Jussuf przyrzekł jéj, ile możności dowiadywać się tego, a ona zabrawszy go w łódkę, popłynęła aż do jednéj wyspy, gdzie wysiadł na brzeg, a ona wróciła się, obiecawszy mu być na tém miejscu, gdyby się wracał. Idzie tak coraz daléj po onéj wyspie, ale tu wszędzie pustki, ludzkiéj stopy ani śladu dopatrzéć się nie może. Już zwątpił o bytności jakiego ludzkiego stworzenia w tych pustkowiach, gdy naraz trafia na zamek. Wchodzi do niego śmiało, myśląc, że i tu napotka jakiego króla, ale i tu pusto; bardzo go więc dziwiło to, że nikogo z dworzan nie mógł zobaczyć. Gdy tak przechodzi różne pokoje, trafia w jednym cudnie urodziwą pannę. Ta gdy go ujrzała, krzyknęła zdziwiona, gdyż tak długo jak tam była, nie widziała tam jeszcze żadnego człowieka. Ochłonąwszy z przerażenia, rzekła do niego: — Wychodźże ztąd coprędzéj, bo mój pan jest ogromnym smokiem, a gdyby cię tu spostrzegł, to zginiesz niechybnie. — Nie mam się czego obawiać, — odpowiedział Jussuf, — śmierć nieuchronna, a może straszliwsza czeka mnie, gdybym się wrócił, nie dokonawszy mego zadania. I tu jéj wszystko opowiedział, jak i po co aż tu zaszedł. — Kiedy tak — rzekła — to będziemy jakoś radzić. Ty tymczasem posil się strawą, bo wiém, żeś głodny, a potem się ukryjesz pod łóżkiem jego i będziesz słuchał pilnie, co on powié, bo ja go się tych wszystkich rzeczy pytać będę. Dała mu smacznego jadła i napoju, a gdy się nasycił, wszedł pod łóżko, ona zaś spuściła zasłonę z łóżka aż do saméj podłogi, że go nic a nic widać nie było. Gdy nadszedł wieczór, usłyszał wpiérw szum gwałtowny, a potém słyszał, jak smok wpadł drzwiami do izby. Panna zastawiła mu wieczerzą na stole, a on gdy ją pożarł położył się w łóżko. Zadaniem panny było czuwać całą noc przy nim, a gdyby żéru lub napoju zażądał, dać mu ile zechce. Gdy już smok usnął, panna targnęła go za łeb, a on z gniéwem się odezwał: — Czemuż mi przeszkadzasz w spaniu? — Ach! daruj, mój panie, że ci przeszkadzam. Zdrzémłam się i śniło mi się bardzo dziwno. — I cóż to takiego śniło ci się? — zapytał się smok dziewicy. — Oto śniło mi się, że są na świecie szczęśliwe i nieszczęśliwe godziny: Radabym wiedziéć, które to człowieka czynią szczęśliwym, a które nieszczęśliwym, odpowiedziała panna. — Ho, ho! Toć gdy nic więcéj nie chcesz wiedziéć, to ci i powiém, bo to rzecz małéj wagi: Wiédzże, iż gdy jest kto w niedoli wielkiéj, a znikąd pomocy ani ratunku nie ma, tedy ta godzina jest nieszczęśliwą; gdy zaś kto długo od drogich sobie osób oddalony jest, a potém zaś się z niemi połączy, to ta godzina jest bardzo szczęśliwą. Po téj rozmowie smok zasnął, a po chwili panna znów go targnęła za łeb. — Czemu mnie znowu targasz? — zaryknął. — Ach, panie mój! zdrzémłam się znowu i miałam sen, który mnie bardzo zaniepokojił. — I cóż to był za sen? — pyta się smok. — Śniło mi się, że król jeden miał tylko jednę jedyną córkę, a ta mu się gdzieś podziała. Gdzieby téż ona była? — O, ty głupia! Toć tą córką ty jesteś. Smok to powiedziawszy, zaczął mocno chrapać. Po chwili spania znowu go panna szarpnęła, a ten zawrzasnął gniéwnie: — Poprzestań twych żartów, bo będzie źle z tobą. — Daruj raz jeszcze, mój panie, bo nie wiém czemu mnie tak dziwne sny dziś trapią. — I cóż tak dziwnego znów ci się śniło? — pyta się smok. — Śniło mi się — powiada panna, że pewien król ma w swym ogrodzie jabłoń. Ta co rok kwitnęła złotem i jabłka rodziła; od kilku lat atoli nie rodzi już owoców. I cóż tego może być przyczyną? — Mała rzecz — odpowiada smok — sok z jabłoni zcieka pod pień do ziemi, i tam twardniejąc staje się złotem, a iż go już tam jest bardzo dużo, dla tego suszy jabłoń i ta rodzić nie może owocu. Gdyby złoto ztąd wykopano, a w to miejsce nakładziono owczego gnoju, to jabłoń znów jak dawniéj złote będzie jabłka rodziła. Teraz panna pozwoliła mu nieco zasnąć. Gdy zaś zaczął chrapać, szarpnęła go za łeb, a on ryknął: — Mówiłem ci, że dość tych żartów, albo cię roztargam. — Ach! panie mój! Czuwaj raczéj razem ze mną i nie daj mi zdrzémnąć się, bo okropny sen miałam. — I cóż znowu był to za okropny sen? — Śniło mi się, że pewnemu królowi ojciec i matka gdzieś się podziali; syn wciąż smutny płacze, ale dowiedziéć się gdzie są nie może. — Ha, to moja sprawa. Ja to jego ojca zamieniłem w posąg kamienny, który tam stoji w jego ogrodzie, a matkę zmusiłem przewozić ludzi na łódce tu na tém morzu. Jednak można by ich łatwo uwolnić od tego: Tu nad tém oknem wisi trąbka; gdyby w nię kto zatrąbił, wtedy ja musiałbym leciéć i jego postawę kamienną i stanowisko zająć, on wróciłby do dawnego stanu i byłby człowiekiem żywym. Królowa znów zaś, gdy przewozić będzie kogo w łódce, gdyby wprzód wyskoczyła z łodzi na brzeg, niż on podróżny, tedy byłaby wolną. Ale ona tego nie zrobi, bo o tém nie wié; a onemu ktoby mógł tam pomódz, gdyśmy tu sami tylko? Teraz Jussuf i panna wiedzieli wszystkie tajemnice i pozwolili smokowi usnąć spokojnie i twardo. Gdy Jussuf zmiarkował, że smok śpi twardo, wstał po cichu, zdjął trąbkę z gwoździa, którą już za dnia był na gwoździu widział, i zatrąbił w nią silnie. Na ten głos zerwał się smok z okropnym rykiem: — O, przeklęci! Wasze szczęście a moje nieszczęście! I wyleciał oknem, wyrwawszy wielki kawał ściany. Jussuf, gdy dzień się zrobił, zabrał ze sobą pannę i poszli nad morze, a tam ich już czekała przewoźniczka. Jussuf nauczył ją, jak uczynić ma, a będzie wolną, a ona z radością zabrała ich w łódkę i przewiozła ich przez Na drugim brzegu, gdy mieli wysiadać, przewoźniczka wyskoczyła piérwsza z łódki i zaraz odzyskała swą dawniejszą postać. Stanęła w drogich szatach jedwabnych, ze złotemi pierścieniami na palcach, jak na królową przystało. Wysłała natychmiast gońca z wiadomością do syna, który był królem, by wysłał po nię i jéj towarzystwo karetę, co téż wkrótce się stało, gdyż syn, dowiedziawszy się o tém, nietylko posłał wozy, ale i sam jechał, aby matkę powitać i służyć jéj w drodze, gdyby czego potrzebowała. Jussuf został także od króla mile przywitany i prawie po królewsku wynagrodzony, gdyż mu nie tylko kazał liczne wozy naładować różnemi cennemi rzeczami, przyczém nie brakło złota i srébra, ale darował mu i tysiąc wojaków, żeby go w drodze bronili, gdyby go nieprzyjaciele jacy chcieli napaść i zrabować. Teraz Jussuf jechał do tego króla, u którego była owa złotorodna jabłoń. Temu powiedział to samo co od smoka słyszał, a król niebawem kazał kopać pod jabłonią, gdzie téż rzeczywiście znaleziono wielką moc złota. Król dał na to wiarę, że gdy złoto zostanie wydobytém, a w to miejsce przyjdzie gnój owczy, jabłoń znów złote jabłka rodzić będzie, widząc zaś, jak piérwszy król udarował Jussufa, nie chcąc być skąpszym w datku od tamtego, dał mu tyleż bogactwa co i tamten i tysiąc wojaków. Gdy do trzeciego króla przyjechał i córkę mu oddał, ten z niezmiernéj radości dał mu, nie tylko taki sam datek, ale tę samę córkę, tak długo nie widział, chciał mu dać za żonę. Jussuf jednak powiedział mu, że jest już żonatym, a ponieważ nie wié, czy żona jego żyje, czy nie, więc drugiéj brać nie może; gdyby atoli jego żona miała być już z listy żyjących wymazaną, tedy on niebawem po jego córkę przybędzie. Teraz sobie Jussuf jechał, gdyby jaki udzielny książę. Gdy wjechał do Bagdadu, kazał zaraz wojsko rozkwaterować po domach, a do domu Almanzora kazał ich wkwaterować bardzo dużo. Sam zaś nie dał się poznać, kim jest. Wojakom, którzy u jego teścia kwatery dostali, dał osobną instrukcyją, żeby Almanzora w niczém nie oszczędzać, a co nie będą mogli spożyć, mają niszczyć. Wszystkim zaś mieszkańcom Bagdadu surowo zakazał, żeby pod srogą karą nic a nic Almanzorowi nie sprzedawali. Nie długo téż trwało, a zasoby teścia jego wypróżniły się zupełnie. Wojacy jedni chcą jeść, drudzy pić, a tu nie masz nic. Almanzor bieży do innego domu lub sklepu chcąc kupić, gdyż złota i srébra ma dosyć, ale każdy go odprawił z tą gadką, że nie wolno dla niego nic sprzedać. Wojaki nie zważają na jego prośby i przedstawienia, że nie ma im co dać jeść, jeno żądają co im się należy, a gdy już i głód poczuli, a on im nie dostarczał żywności, chwytają Almanzora, kładą na ławę i biją. Gdy go puścili, biegał z bólem wielkim do naczelnego wodza tego wojska, nie wiedząc, że to jego zięć, i prosi na klęczkach, żeby się przecież nad nim zmiłował, a ratował go w biédzie. Jussuf kazał mu przyjść z całą jego rodziną. Gdy przyszedł i prośby swe pokornie powtarzał, rzekł do niego: — Słusznie ci się ta kara należy, boś niższym i uboższym od siebie gardził, a nadto chciałeś wiedziéć, która godzina nieszczęśliwa — otóż ją masz! żebyś zaś o szczęśliwéj godzinie się dowiedział, dla tego ci wyznaję, że jestem twojim zięciem. Trzy razy godziłeś na me życie, czwarty raz wypędziłeś mnie z domu twego od żony i dziecka, nie mając wcale nademną litości. Ja wszelakoż dla córki twéj, a mojéj żony, przebaczam ci wszystko, gdyż gdyby nie to, to byśmy mieli ze sobą srogi rachunek, który by pewnie skrócił dni życia twojego. Almanzor podczas téj mowy leżał jak placek na ziemi, gdyż go był niezmierny strach ogarnął. Jussuf schylił się ku ziemi i podniósł go, mówiąc: — Nie bój się, owszem ciesz się, że ta szczęśliwa godzina nadeszła, że się wszyscy zdrowi widziéć możemy. Bodaj ta godzina trwała nam na długie lata. Potém uściskał swą żonę i chłopaka, który już dosyć podrósł przez te kilka lat jego wędrówki. Zabrali się tedy wszyscy do domu Almazora, gdzie żyli w zgodzie i miłości. Almanzor i żona jego pomarli, zostawując majątek zięciowi i córce, którzy w szczęściu błogiém słodkie dni żywota pędzili na ziemi.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Powieści i bajki ślązkie.
