Front matter
MAURYCY
O Z PLANETY WENUS
ROMANS FANTASTYCZNY Z KOŃCA XX WIEKU — WYDANIE DRUGIE
całość
MAURYCY
O Z PLANETY WENUS
ROMANS FANTASTYCZNY Z KOŃCA XX WIEKU — WYDANIE DRUGIE
WYDAWNICTWO „GLOBUS“ — WARSZAWA 1921
WSTĘP.
Pod koniec XX wieku na murze budynku, gdzie znajdowały się laboratorya znanego fizyka Noela, Dorgeroux — poczęły się ukazywać niezwykłe ożywione obrazy przedstawiające zarówno sceny z epoki współczesnej jak wypadki z lat minionych. Dziwne te wizye poprzedzało zawsze pojawienie się trojga dziwacznych, niesamowitych oczu, rozmieszczonych z niezmienną, geometryczną dokładnością w trzech kątach trójkąta. Siostrzeniec starego uczonego Wiktoryn Beaugrand, który dopiero w wiele lat później jął opisywać wypadki, jakich był świadkiem w młodości, na próżno usiłował wydobyć od wuja rozwiązanie zagadki. Stary uczony zazdrośnie bronił swego sekretu, a to z dwóch powodów: przedewszystkiem pragnął tajemnicę niezwykłych obrazów wyeksploatować dla celów dochodowych, budując olbrzymi amfiteatr, a po wtóre czuł, że nieznani wrogowie szpiegują go i zagrażają jego bezpieczeństwu. Istotnie — przeczucia złe sprawdziły się… Na miesiąc przed otwarciem amfiteatru znaleziono go zamordowanego u stóp cudownego muru… W tym samym czasie zniknęła w tajemniczy sposób chrześniaczka Noela Dorgeroux — Beranżera Massignac… Wzbudziło to podejrzenie, iż młoda dziewczyna może być wspólniczką morderców, zwłaszcza, że jednego z nich niejakiego Velmota widziano w towarzystwie panny Massignac. Wiktoryn Beaugrand, pomimo swej miłości dla pięknej Beranżery, podejrzywa ją o współudział w zbrodni, a bolesne te przypuszczenia nabierają silnych cech prawdopodobieństwa, kiedy okazują się poszlaki, że dru- gim mordercą jest Teodor Massignac, ojciec Beranżery — kierujący eksploatacyą tajemnicy Noela Dorgeroux. To on otwiera amfiteatr! Wiktoryn Beaugrand od tego właśnie momentu zaczyna swój pamiętnik.
Rozdział I.
TŁUM WIDZI...
Teodor Massignac siedział przy kasie. On to, jeśli zachodziła jakaś wątpliwość rozstrzygał ją. On sprawdzał bilety, on wskazywał drogę, rzucając kiedy niekiedy słówko uprzejme, aby po chwili wydać stanowczy rozkaz. A wszystko to czynił ze swoim wiecznym uśmiechem i impertynencką trochę nonszalancyą. Na twarzy jego nie było ni śladu zakłopotania. Nie psuły mu dobrego humoru ani wrogie nieraz uwagi wchodzących widzów, ani ich podejrzliwe spojrzenia, ani mniej lub więcej dyskretna kontrola policyantów, pilnujących każdego jego kroku… Był nawet na tyle bezczelnym, że u wejścia kazał rozlepić wielkie jaskrawe afisze, na których widniała poważna, piękna głowa Noela Dorgeroux… Oburzony do żywego widokiem tych afiszów, zbliżyłem się do niego na godzinę przed rozpoczęciem widowiska i wykrztusiłem drwiącym głosem: — Zdjąć te afisze… Ja zabraniam… Wszystko inne niech będzie… Ale na taką bezczelność nie pozwolę!… Udał niesłychane zdumienie: — Bezczelność?… Pan nazywa to bezczelnością, że ja chciałem uczcić pamięć wuja pańskiego, że zapragnąłem pokazać oczom ludzkim portret genialnego wynalazcy, którego odkrycie wywoła przewrót w świecie? Ależ ja w ten sposób zamierzałem złożyć należny mu hołd!… Wyprowadzany z równowagi, mruczałem: — Zabraniam… zabraniam… Nie zgodzę się na popełnienie tej jeszcze podłości!… — Ależ owszem, owszem — roześmiał się Massignac — zgodzi się pan tak jak na wszystko inne!… To tylko cząstka całości, mój drogi panie!… To mała pigułka, którą musisz przełknąć… Wiem, że jedno słowo z twoich ust może mnie zgubić, ale pan tego słowa nie wypowiesz, bo wówczas wynalazek Noela Dorgeroux byłby nazawsze dla ludzkości stracony!… Wszak ja jedynie jestem posiadaczem jego tajemnicy... Velmot jest tylko maryonetką, narzędziem!… I Beranżera także… Skoro Teodor Massignac znajdzie się pod kluczem, żegnajcie czarodziejskie wizye, które wsławić macie nazwisko Noela Dorgeroux!… Żegnaj sławo!… Żegnaj nieśmiertelności!… Czyżbyś pan sobie tego życzył? Nie czekając na odpowiedź dorzucił: — A zresztą jeszcze jedna rzecz… młodzieńcze, wiem ja coś o tobie… Kochasz Beranżerę!… O nie zapieraj się!... Kochasz!... Jeśli mnie zadenuncyujesz — zgubisz zarazem i ją... Cóż, czy mylę się?… Ojciec i córka — to jak dwie głowy w jednej czapce… Trudno uciąć jedną — nie tykając drugiej… Zaczynamy rozumieć się, prawda? Tem lepiej. Wszystko będzie dobrze! będziecie mieli dużo dzieci, a Beranżera dostanie ładny posag! Tak Wiktorynie! Spoglądał na mnie przez chwilę z szyderstwem. Zacisnąwszy pięści, wyrzekłem z wściekłością: — Nędzniku!… Łotrze!… Ludzie zbliżali się do nas. Obrócił się do mnie plecami, przyczem szepnął: — Cicho Wiktorynie! Nie obrażaj teścia!… Całą siłą woli zapanowałem nad sobą. To nikczemne indywiduum miało racyę. Potężne motywy zmuszały mnie do milczenia, tak że Teodor Massignac mógł doprowadzić swe dzieło do końca, nie obawiając się przeszkody z mej strony. Noel Dorgeroux i Beranżera bronili go!… Tymczasem amfiteatr napełniał się. Długim szeregiem nadjeżdżały automobile jeden za drugim, przywożąc uprzywilejowanych, którzy mieli dość pieniędzy, aby sobie kupić miejsce za dwadzieścia ludwików. Finansiści, milionerzy, sławne gwiazdy teatrów, naczelni dyrektorzy pism, najsłynniejsi literaci i artyści, potentaci handlu, sekretarze wielkich syndykatów robotniczych — wszyscy oni spieszyli gnani gorączkową ciekawością, na to niezwykłe widowisko. Żaden program nie ogłaszał szczegółów. Nikt też nie wiedział z pewnością, czy tajemniczy wynalazek Noela Dorgeroux został istotnie w należyty sposób zużytkowany. Zwłaszcza, że krążyły przypuszczenia, iż Teodor Massignac, chcąc wyłudzić pieniądze, dopuścił się mistyfikacyi. Wszakże na biletach i afiszach widniały te mało zachęcające słowa: „W razie niepomyślnej niepogody bilety ważne są na dzień następny. Jeżeli z jakiejkolwiek innej przyczyny przedstawienie nie odbędzie się dyrekcya pieniędzy nie zwraca.” Wszystko było już gotowe. Teodor Massignac urządził wszystko i wykończył przy pomocy architektów i tapicerów według planów wypracowanych przez Noela Dorgeroux. O godzinie pół do szóstej wszystkie miejsca były już zajęte. Policya nakazała zamknąć drzwi wejściowe. Tłum zaczynał się niecierpliwić. Dawało się odczuwać masowe zdenerwowanie. — Jeżeli to się nie uda — rzekł jeden z moich sąsiadów — to będzie awantura! — Tak — odparł jeden z dziennikarzy, dobry mój znajomy — będziemy się awanturować. Ale nietylko w tem leży niebezpieczeństwo dla czcigodnego Massignaca. On ryzykuje o wiele więcej. — Mianowicie? — zapytałem. — Może dostać się do więzienia! Ratowała go dotychczas ciekawość powszechna!… Jeśli ta nie będzie zaspokojona — to źle! Rozkaz aresztowania już podpisany! Zadrżałem. Massignac aresztowany! — cóż za niebezpieczeństwo dla Beranżery. — Bądź pan przekonany — ciągnął dalej dziennikarz — że Massignac wie doskonale, jaki miecz Damoklesa wisi nad … Robi on wprawdzie niesłychanie pewną minę, ja jednak przeświadczony jestem, że w głębi duszy dygoce cały… Silniejszy pomruk przebiegł przez zgromadzony tłum. Na dole Teodor Massignac pewnym krokiem wkroczył do orkiestronu, prowadząc za sobą dwunastu wysokich, dobrze zbudowanych drabów, zaangażowanych jako funkcyonaryuszy amfiteatru.. Wskazał im dwie ławki specyalnie dla nich przeznaczone i z najnaturalniejszą miną w świecie wydawał rozporządzenia. A mimika jego tak dobitnie wskazywała, co czynić mają w razie, gdyby ktoś zamierzał zbliżyć się do muru, że wśród publiczności ozwały się krzyki protestu. Massignac obrócił się w stronę widzów, bynajmniej nie zmieszany i z taką miną wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: — Czego chcecie? Muszę przedsięwziąć środki ostrożności… Czy mi nie wolno?… Tłum na chwilę uspokoił się, aby po upływie minuty znowu wybuchnąć z tym większym hałasem: — Podnieść kurtynę!… kurtynę!… wołano. Massignac spojrzał na zegarek, wstał zwolna, spokojnie, zbliżył się do muru i nacisnął guzik elektryczny. Żelazna kurtyna opadła — odsłaniając w pełnem świetle niezwykły ekran. Dreszcz przebiegł przez widownię… Każdy drżał ze wzruszenia na myśl, że będzie mu danem asystować przy niezwykłem, tajemniczem widowisku, o którem tyle dziwacznych, sensacyjnych krążyło wersyi. Ja sam w tej chwili uroczystej zapomniałem o wszystkich fazach dramatu, o mej nienawiści do Massignaca, nawet o miłości do Beranżery — cała myśl moja skupiła się wokół genialnego wynalazku mego wuja. Czyż cudowne wizye raz jeszcze pojawią się, aby uczynić nieśmiertelnem imię Noela Dorgeroux? Czy słusznie postąpiłem rezygnując z zemsty na zbrodniarzu za cenę sławy, za cenę nieśmiertelności dla wielkiego wynalazcy? Wszakże ukrywając przed sprawiedliwością ohydną zbrodnię — stawałem się niejako jej wspólnikiem… Zapanowała cisza niezamącona żadnym szelestem. Wszystkie twarze nacechowane były najwyższem natężeniem nerwów. Spojrzenia wbiły się w szary mur. Wola tysięcy widzów jednoczyła się z wolą Massignaca, którzy stojąc z pochyloną naprzód głową, badał wzrokiem nieprzenikniony mur. To on był tym, którzy pierwszy zobaczył światło. Krzyk wydarł mu się z piersi, a ręce frenetycznie uderzyły powietrze. Prawie w tejże samej chwili chór krzyków zabrzmiał wśród publiczności. Tłum zobaczył: Troje Oczu!… Troje Oczu zakreśliło na ekranie regularny trójkąt. I nagle te oczy bez powiek, złożone z linii suchych symetrycznych napełniły się wyrazem, które je uczynił tak wymownemi, jak oczy człowieka. Wyraz twardy, dumny z błyskami złośliwości. I zrozumieliśmy, że to jest spojrzenie jakiejś istoty — tym wzrokiem spoglądającej w życie istoty, która miała się nam dać poznać w życiu realnem… Tłum nie mógł się otrząsnąć ze zdumienia. Tłum czekał… I wizya ukazała się jego oczom… Nagle ta cała gromada ludzka — zobaczyła drugą gromadę gęsto zbitą, której poruszenia mieszały się z jej własnemi… Prawie że słyszała szelest kroków i gwar tego drugiego tłumu odzianego w suknie, świadczące, że ci ludzie — są dziećmi trzynastego lub czternastego wieku. Postacie w mniszych sutannach czuwały nad pracami robotników, wydając rozkazy i nie uchylając się niekiedy od popychania worków naładowanych lub ociosywania kamieni. Kobiety z ludu sunęły z dzbanami wina, nalewając je do kubków zmęczonym pracownikom. Dwaj śpiewacy śpiewali jakąś pieśń, wtórując sobie na gitarze. Trupa akrobatów w dziwacznych, jaskrawych kostyumach przygotowywała się właśnie do wykonania swych produkcyi, kiedy nagle obraz się zmienił… Był to ten sam gmach zresztą, ale w stadyum daleko późniejszem. Wyraźnie już można było rozróżnić kształty świątyni gotyckiej. Ludzie, którzy pracowali nad jej wykończeniem, murarze, kamieniarze, rzeźbiarze, mnisi mieli już stroje zgoła odmienne. Dwa wieki upłynęły… Obrazy zmieniały się jeden za drugim w taki sposób, że trudno było określić, kiedy się zaczyna a kiedy kończy wizya… I tak jak w kinematografie serya obrazów reprodukuje rozwój rośliny — tak samo w oczach naszych budowała się, wznosiła wspaniała katedra. Nadeszła wreszcie chwila, kiedy wystrzeliła ku niebu w całem swym nieskazitelnem pięknie i wspaniałości. Była to katedra w Reims, ze swymi trzema portalami, z lasem posągów, ze strzelistemi wieżycami, okolonemi szeregami małych wieżyczek z misterną koronką rzeźby — katedra w Reims, arcydzieło architektury, taka jak ją widywano przez całe wieki, nim ją zburzyła inwazya niemiecka. Tłum patrzył z zapartym oddechem w piersi, przejęty mistycznym dreszczem. Wszyscy rozumieli i odczuwali, że są świadkami czegoś niezwykłego, nadziemskiego, że to co widzą, nie pozostaje w żadnym związku z fotografowanymi obrazami budującego się gmachu… Niezrozumiały cud jakiś przenosił ich nagle w wieki minione, stawiając im przed oczy rzeczywisty obraz budującej się w średniowieczu świątyni. Tu nie miało się do czynienia ze sztucznie wywołanymi obrazami — to przeszłość sama wynurzała się z otchłani wieków, zwyciężając niepokonaną dotychczas zaporę Czasu! Katedra w Reims przed naszemi oczyma żyła, oddychała — przez setki lat, nie tracąc nic ze swej Zaklęta w kształt kamienny śpiewała hymn na cześć Boga, królując ponad morzem domostw, które z biegiem czasu zmieniały swój wygląd, konstrukcyę, architekturę… Niejednokrotnie postacie ludzkie opierały się o poręcz którejś z zawieszonych w powietrzu galeryi, a według szat tych ludzi — można się było oryentować w biegu wieków. Przesunęli się przed nami obywatele z czasów przedrewolucyjnych, potem żołnierze napoleońscy z epoki Cesarstwa, później dzieci 19-go wieku, turyści, pątnicy i robotnicy, zajęci przy robotach nad odnowieniem katedry. Ostatnie zjawisko ukazało nam grupę oficerów francuskich w mundurach polowych. Zgromadzili się oni w pośpiechu na szczycie wieży, przykładając do oczu lornety… Tu i ówdzie ponad miastem i okolicznymi wsiami snuły się małe okrągłe obłoczki, świadczące o wybuchu pocisków działowych. Milczenie tłumu stawało się wprost zatrważające. W spojrzeniach malowało się osłupienie i niepokój najwyższy. Wszyscy już wiedzieli, przeczuwali, co się stanie… Pierwszy pocisk ugodził w północną część katedry. Uszkodzenia nie mogliśmy skonstatować, bo świątynia zwrócona była ku nam od zachodu. Ale błysnęło światło, jak błyskawica poprzedzająca burzę i słup dymu czarnego wzbił się w powietrze, wystrzelił ku niebu o czystym, jasnym błękicie bez chmur. I zaraz potem padły jeszcze trzy pociski, powodując trzy eksplozye… Czarne gęste obłoki dymne zawirowały… Padł piąty pocisk — trafił w środek dachu. Buchnął płomień, katedra w Reims paliła się… Wśród tłumu ozwało się kilka krzyków urwanych… dał się słyszeć jakiś spazmatyczny szloch kobiecy… Szósty pocisk ugodził statuę świętej o przecudnem, pełnem słodyczy i nadziemskiej dobroci obliczu… Arcydzieło natchnienia, piękności i wdzięku spowiło się w krwawe kotary płomieni i czarne zasłony dymu… Potem… ujrzeliśmy zamiast posągu i cyzelowanej niszy ziejący grozą zniszczenia obraz… W tej chwili uczułem, jak dokoła budzi się poryw gniewu i nienawiści... Zniszczenie posągu świętej wzburzyło tłum, a wizye następne potęgowały jeszcze wzburzenie... Katedra oddaliła się od nas, zmalała, a na pierwszy plan wystąpił pagórek ogrodzony drutami kolczastymi, usiany zwłokami ludzi i trupami koni, pocięty rowami. Szczyt pagórka umocniony był bastyonami i cementowemi fortyfikacyami. Długi szereg armat, wielkich groźnych potworów — kierował swe mordercze paszcze w stronę miasta… żołnierze w niemieckich mundurach uwijali się wokół nich. To była baterya bombardująca katedrę Reims. W środku widniała grupa generałów z lornetami w ręku. Przy każdym wystrzale przykładali oni szkła do oczu, poczem kiwali głowami z wyrazem oczywistego zadowolenia na twarzy. Nagle wśród nich powstał jakiś wielki ruch. Wszyscy ustawili się w szeregu, sztywni, wyprostowani jak automaty — podczas gdy żołnierze nie przerywali obsługi armat. Ukazał się automobil, eskortowany przez oddział kawalerzystów. Automobil zatrzymał się na platformie. Wysiadł mężczyzna w pikelhaubie, owinięty szeroką peleryną, trzymający rękę na rękojeści szabli. Bardzo szybko szedł ku nam, aby wkrótce znaleźć się na pierwszym planie. Poznaliśmy go… Wszak prawie każdy z nas widział jego portrety w starych czasopismach lub podręcznikach historyi… To był „kaiser“ Wilhelm!… Podał rękę jednemu z generałów. Inni oddawali mu sztywny ukłon wojskowy, poczem rozsunąwszy się uformowali półkole wokół Wilhelma i tego generała, któremu on podał rękę… Potoczyła się rozmowa. Generał po kilku wyjaśnieniach i wymownych gestach w kierunku bombardowania miasta. Następnie kazał przynieść lunetę, do której „kaiser” przyłożył oko. Jedna z armat była gotowa do strzału. Rozkaz wydano. Dwa obrazy przesunęły się przed nami: zobaczyliśmy rzeźbioną kamienną balustradę, walącą się w gruzy i w chwilę później Wilhelma Hohenzollerna prostującego się z miną dumną i tryumfującą!… Widział! Widział!… i twarz jego zajaśniała wyrazem intenzywnej radości. Zaczął mówić z zadowoleniem. Jego grube wargi, podkręcone wąsy, policzki porysowane zmarszczkami — wszystko to poruszało się jednocześnie… Drugie działo czekało już gotowe… „Kaiser” przestał mówić i spojrzał w stronę miasta, obracając w ten sposób głowę, żeśmy mogli zaobserwować wyraz jego oczu. Było to spojrzenie twarde, złe, pełne pychy i złośliwości… spojrzenie to samo, co u trojga oczu, poprzedzających pojawienie się wizyi… Rozjaśniły się te oczy. Ożywił je błysk złej uciechy. Te oczy widziały to, co i my w tej chwili! morze płomieni i zdruzgotane mury świątyni!… I wtedy cesarz niemiecki wybuchnął śmiechem!… Zgiął się w pół ze śmiechu i brał się za boki otoczony świtą wtórujących jego chichotowi generałów. Śmiał się!… śmiał się!… Cieszyło go to, że słynna na cały świat katedra w Reims płonie! Że starodawna Bazylika, w której królowie Francyi przyjmowali błogosławieństwo z rąk kapłana stała się pastwą zniszczenia! Niemieckie działa druzgotały piękno i tradycyę wieków!… I on to zdziałał Wilhelm , cesarz niemiecki, król pruski, który pragnął zostać panem świata!… Tłum uniesiony gniewem zapomniał, że to co widzi — należy już do niepowrotnej przeszłości!… Zahuczał orkan krzyków, zacisnęły się groźnie pięści, zafalowało gwałtownie morze głów ludzkich… Woźni musieli z wytężeniem całej siły stawiać opór publiczności, która jak oszalała cisnęła się przez orkestrion w stronę muru… Teodor Massignac odgrodzony od widowni żelaznemi kratami, wstał, nachylił się i nacisnął guzik elektryczny. Żelazna kurtyna wzniosła się do góry…
———o———
Rozdział II.
MASSIGNAC PORWANY!…
Następnego dnia obudziłem się rano z silnym bólem głowy. Noc miałem bardzo przykrą, bo trapiły mnie sny gorączkowe. Kilkakrotnie zdawało mi się, że słyszę odgłosy detonacyi… Zmory senne — pomyślałem. To wizye wczorajsze wstrząsnęły moim umysłem, i dlatego śnią mi się wybuchy pocisków działowych… Kiedy jednak wszedłem do jadalni zobaczyłem Massignaca, który już czekał na mnie pomimo wczesnej godziny. Ten łotr miał głowę obandażowaną!… Czyżby był raniony!… Może te strzały, które niepokoiły mnie w nocy, nie były li tylko majaczeniem zgorączkowanego mózgu? — Co panu się stało! — zapytałem. — Ach! nic… głupstwo!… Proszę nie zwracać na to uwagi!… Zadrasnąłem się tylko! nic groźnego!… — zapewniał mnie z taką miną, jakby przypuszczał, że się istotnie o jego cenne zdrowie niepokoję!… Podając mi poranne dzienniki, rzekł. — Raczej przeczytaj pan to. Nasz mistrz tryumfuje… Nie protestowałem. Tryumf mistrza jak to określił Massignac — i wzgląd na dobro Beranżery zamykały mi usta. Wiedział o tem nikczemnik i w domu Noela Dorgeroux zachowywał się, jakby u siebie, akcentując potęgę swoich praw i moją wobec niego bezsilność. Jednakowoż poprzez jego aroganckie i bezczelne zachowanie się przebijało widoczne zakłopotanie i roztargnienie. — Tak — rzekł, prostując się — Zwycięstwo! zwycięstwo zupełne uznane przez wszystkich! Ani jednego zgrzytu niema w sprawozdaniach, ani jednej fałszywej nuty! Podziw jedynie i entuzyazm! Ci ludzie są oszołomieni, zahypnotyzowani!… Stanął przedemną i milcząc przez długą chwilę, spoglądał mi w oczy: — No i cóż? Teraz kpię sobie ze wszystkiego! Formuła, która zabiera rozwiązanie zagadki, jest moją wyłączną własnością!… Kryje się w głębi mego mózgu… Nikt nie zna jej oprócz mnie!… I Velmot jej nie zna!… Stalowa tabliczka Noela Dorgeroux? Stopiona!… Instrukcye spisane na odwrotnej stronie portretu d’Alemberta? Spalone!… konkurencyi żadnej!… A ponieważ ludzie dobijają się o bilety do amfiteatru, za dwa tygodnie będę miał milion w kieszeni!… za miesiąc dwa miliony!… a potem dowidzenia!… moi szanowni państwo!… Pochwycił mnie za poły surduta i przybliżywszy twarz swoją do mojej twarzy, mówił przyciszonym głosem: — Jedna rzecz trochę mnie „peszy“… Szkoda byłoby, aby te piękne obrazy zniknęły nazawsze, kiedy mnie nie będzie!… Odkrycie Noela Dorgeroux nie powinno zaginąć! Nieprawdaż?… I wtedy pomyślałem o tobie, Beaugrand. Jesteś przecie jego siostrzeńcem… I kochasz moją drogą Beranżerę… Prędzej lub później pobierzcie się!… A przecież ja pracuję i zbieram dla niej, czyż nie wszystko jedno więc — za czyjem pośrednictwem — mojem lub twojem — dostaną się jej te pieniądze!… Słuchaj więc uważnie tego co powiem!… Zapisz sobie w pamięci każde słowo!… Tam u dołu ekranu-muru po lewej stronie znajduje się skrytka a w niej kilka kociołków miedzianych z różnemi substancyami, do których dolewa się płynu z małej fiolki. Płyn ten według przepisów formuły, twego wuja sporządza się w dzień seansu… Na godzinę lub dwie przed zachodem słońca tak spreparowaną substancyą smaruje się przy pomocy pędzla całą powierzchnię ekranu… Inaczej obrazy nigdy nie będą wyraźne. Przytem trzeba uważać, aby chmury nie zakrywały słońca… Tylko w dnie bezwzględnie pogodne, może się udać widowisko… Co zaś do samej formuły — to nie jest ona bynajmniej długą. Wszystkiego piętnaście liter i dwanaście cyfr… Massignac powtórzył wolno, tonem niezdecydowanym: — Piętnaście liter i dwanaście cyfr… Skoro nauczysz się jej na pamięć, będziesz już mógł być spokojny!… I ja także… Zresztą nie ryzykuję przecież nic zdradzając ci to. Przysięgniesz, że dochowasz tajemnicy?… A przytem Beranżera… to cię powstrzyma — nieprawdaż?… A, zatem, te piętnaście liter… Wahał się widocznie. Słowa z coraz większym trudem dobywały mu się z ust. Nagle odepchnął mnie i w wybuchu wściekłego gniewu grzmotnął pięścią w stół: — Nie! po stokroć, po tysiąckroć nie!… To byłoby nadto głupie!… Zachowam sekret dla siebie!… Niech się dzieje co chce!… Mam wypuścić z rąk interes za dwa miliony? ani nawet za dziesięć!… ani za dwadzieścia!… Będę pilnował muru w Enclos ze strzelbą na ramieniu — tak jak to już robiłem tej nocy… A ktokolwiek ośmieli się wejść, zabiję go jak psa!… Mur należy do mnie, do Teodora Massignaca!… Wara komu zbliżać się do niego!… To moja tajemnica!… moja formuła!… moja własność!.. kupiłem ją za cenę krwi i będę jej bronił do ostatniego tchnienia!… A jeżeli… jeżeli dyabli mnie wezmą — to tem gorzej!… — sekret uniosę z sobą do grobu!… Zacisnął pięść, wygrażając jakimś niewidzialnym wrogom. Poczem zaczął znowu: — Tak, jeżeli mnie dyabli wezmą… A na to zanosi się… Aresztowanie… żandarmi… policya… kpię sobie z tego!… Nie ośmielą się mnie tknąć…. Ale ten wróg kryjący się w mroku… ten morderca, który strzelał do mnie dzisiaj w nocy… Słyszałeś strzały Wiktorynie Beaugrand?… Och! nic mi nie zrobił… Drasnął mnie tylko… ale i ja także chybiłem… No! może za drugim razem uda mi się lepiej… Aaa! nikczemnik!… łotr!… Chwycił mnie za ramiona i jął gwałtownie mną potrząsać: — I twój, Wiktorynie, i twój to także wróg… Ten człowiek w monoklu!… Pan Velmot! on chce mi ukraść sekret Noela Dorgeroux, a tobie kobietę, którą kochasz!… Pewnego pięknego poranku zechce on i z tobą porachować się!… A gdybym ci powiedział, że Beranżera go kocha? Aha! podskoczyłeś! Tak! kocha go!… Jest posłuszną niewolnicą Velmota… On ci ją zabrał! Rozbij mu czaszkę, jeżeliś mężczyzną a nie kurą zmokłą!... On itutaj jest… krąży po mieście… poznałem go tej nocy!… Och! Boże! wielki Boże!… gdybym mu mógł wpakować kulę w łeb!… Massignac rzucił jeszcze kilka przekleńst pod adresem zarówno moim, jak i Velmota. Córkę nazwał zdrajczynią i niebezpieczną waryatką, zagroził mi, że mnie uśmierci — w razie najmniejszej niedyskrecyi, a wreszcie z pianą na ustach i zaciśniętemi groźnie pięściami wyszedł z pokoju — w pozie człowieka, który za chwilę gotów borykać się ze silnym przeciwnikiem. Złorzeczenia Massignaca nie wzruszyły mnie. Jedynie zabolało mnie brutalne stwierdzenie faktu, iż Beranżera kocha Velmota… Ona ta słodka, cudna moja dziewczyna — miałaby oddać serce swoje nikczemnikowi?… Czy podobna?… Jakąż niezgłębioną zagadka jest kobieta!… Targała mną zazdrość, łagodzona wszakże przez ogromną litość, jaką czułem dla biednej dziewczyny, wplątanej w ponury dramat… Teodor Massignac stawał do walki ze swym wspólnikiem, ona stała pośród nich…
Oczywiście, że entuzyastyczne sprawozdania w dziennikach spowodowały silniejszy jeszcze niż poprzedniego dnia napływ publiczności… Przy kasie toczono formalną bitwę o bilety, tak, że policya musiała interweniować, bo w powietrzu zaczęły fruwać laski, damskie i męskie kapelusze i fałszywe włosy… Każdy chciał zobaczyć wizję Trojga Oczu. Tłum zapełnił szczelnie widownię… Ale spektakl nie rozpoczynał się… Niebo zaczęły przesłaniać chmury… Publiczność zawiedziona w swoich oczekiwaniach, zdenerwowana burzyła się i wyrażana swe niezadowolenie, rzucając pod adresem Massignaca we wrogim tonie: — Massignac! Massignac! — skandowano. Wyprostowany — stał w swojej klatce ze wzrokiem wlepionym w ekran… I on czekał na zjawisko, poprzedzające pojawienie się obrazów… Nagle Massignac podniósł rękę… Lekkie chmury jęły przybierać jakieś określone kształty… Obrazy pojawiły się, ale zamglone… Zobaczyliśmy ulice prawie zupełnie puste z pozamykanymi sklepami… Ani jego człowieka we drzwiach lub przy oknie. Niekiedy ukazywał się wózek, w którym jechało dwóch żandarmów w mundurach z czasów Rewolucyi. Z tyłu widać było księdza i mężczyznę w ciemnych pantalonach i białych pończochach. Odosobniony obraz ukazał nam twarz i tors tego człowieka. Poznałem go… wszyscy widzowie, zgromadzeni w amfiteatrze poznali nalaną ciężką fizyognomię króla Ludwika XVI. Spoglądał on wzrokiem twardym i jakby osłupiałym. Ujrzeliśmy go, za chwilę na wielkim placu, otoczonym wieńcem armat i murem postaci w mundurach żołnierskich… Wstępował na stopnie szafotu. Nie miał na sobie szat zwierzchnich ani żabotu. Ksiądz podtrzymywał go, a czterech katów wyciągało ku niemu ręce, by go pochwycić… Obrazy te nie wywołały takiego wrażenia, jakiego można by się spodziewać… Były zbyt krótkie, niewyraźne, mgliste, niepowiązane ze sobą… Publiczność straciła już nadzieję pięknego widowiska, co wywołało u wielu osób irytacyę. Nastrój mistyczny, naprężony — prysnął — bez śladu… Niektórzy śmiali się, śpiewali, hałasowali. Rzucano obelżywe słowa pod adresem Massignaca. Gniew publiczności wzmógł się jeszcze, kiedy jeden z katów pokazał odłączoną od tułowia głowę królewską, a potem wszystko rozpłynęło się we mgle… Jakieś jeszcze obrazy coraz bardziej niewyraźne, poplątane przesunęły się… Byli tacy, którzy twierdzili, że poznają królową Maryę Antonię i ci nakłaniali resztę widzów do cierpliwego wytrwania do końca tak drogo opłaconego spektaklu. Ale wzburzenie było tak silne, że nie podobna było zahamować jego wybuch… Kto pierwszy rozpętał burzę?... Kto rzucił się pierwszy, wywołując bezład i panikę? To już nazawsze pozostanie tajemnicą… Bezwątpienia jednak, że tłum cały był posłuszny wewnętrznemu głosowi, nakazującemu ujawnienie niezadowolenia. Napastnicy rzucili się jedni w kierunku Teodora Massignaca, inni zaś usiłowali dotrzeć do cudownego ekranu… Te próby ataku załamały się z powodu nieprzezwyciężonego oporu drabów w mundurach portyerów, którzy uzbrojeni wszyscy w amerykańskie boksery odpychali rozszalały tłum, na ślepo wymierzając ciosy… Ozwały się jęki, co nie wpłynęło to bynajmniej na uspokojenie tłumu. Massignac popełnił tę nieostrożność, że zasłoniwszy mur kurtyną, wyszedł ze swej żelaznej klatki. Pochwycono go i wciągnięto przemocą w środek gromady rozwścieklonych manifestantów. Niektórzy chcieli przywracać porządek, ale usiłowania ich tem większy powodowały zamęt. Puszczono w ruch pięści, laski i parasolki… Pociekła tu i ówdzie krew… Ja starałem się wydostać z tego skłębionego rojowiska ludzkiego i na szczęście udało mi się to bez poważniejszego szwanku… Odetchnąłem, znalazłszy się na ulicy: — Miejsce dla rannego! — ryczał jakiś wysoki drab z wygolony twarzą. Dwóch mężczyzn spieszyło za nim, niosąc na rękach człowieka, któremu twarz przysłonięto paltem. Ludzie ci wsiedli do automobilu, który zaraz odjechał. W tej chwili poznałem twarz wygolonego draba i zrozumiałem, co znaczy ta cała scena… Domyśliłem się, kto był tym rannym, uwiezionym w samochodzie… Ten wysoki mężczyzna — to był Velmot — tylko bez brody i bez monokla!… Wróciłem od razu do Enclos i uwiadomiłem o tem co się stało komisarza policyi, prowadzącego śledztwo w sprawie morderstwa Noela Dorgeroux. Natychmiast zagwizdał na swych ludzi, którzy wskoczyli do auta. Było jednak już za późno. Drogę zatarasowała tak wielka ilość wehikułów, że samochód komisarza policyi musiał się zatrzymać… W ten sposób wśród białego dnia, w obliczu zgromadzonych tłumów, w obecności całej kohorty policyantów i żandarmów — Velmot porwał wspólnika swej zbrodni a zarazem najzaciętszego wroga — Teodora Massignaca!…
——o——
Rozdział III.
Hallo! Hallo!
Tego samego dnia wieczorem, kiedy podniecony, zdenerwowany, rozmyślałem w moim mieszkaniu nad śmiałem porwaniom Massignaca, zadzwonił telefon. Zdjąłem z widełek słuchawkę. — Hallo!… kto mówi?… Posłyszałem głos dziwnie drżący… — Panie… panie… ja znalazłem… Nie zrozumiałem i powtórzyłem zapytanie: — Kto mówi? — Moje nazwisko nic panu nie powie… Jestem Benjamin Prevotelle inżynier… Przerwałem mu. — Chwilę, szanowny panie, chwilę… Hallo. Benjamin Prevotelle?… Nazwisko pańskie nie jest mi obcem… Tak… przypominam sobie… widywałem je w papierach mojego wuja… — Co pan mówi?! Moje nazwisko w papierach Noela Dorgeroux?! — Tak jest, wypisane bez żadnego komentarza… W głosie Prevotella czuć było coraz większe zmieszanie. — O! — zawołał — czyż to możliwe? Jeżeli Noel Dorgeroux zanotował moje nazwisko, to dowodziłoby, że czytał moją broszurę i że zainteresował się moją hypotezą… — Jaką hypotezą? — Zrozumie pan to, czytając mój pamiętnik… — Pański pamiętnik? — Pamiętnik, który napiszę tej nocy. Byłem obecny na obu seansach w Enclos i znalazłem… — Ależ co, do licha!… — Rozwiązanie zagadki!… — Co?! pan znalazł?!… — Tak, panie. Jest to rozwiązanie proste zresztą, tak proste, że boję się, aby mnie ktoś nie uprzedził… Niech pan pomyśli, gdyby, tak ktoś inny wpadł również na to!… Zatelefonowałem więc na chybił trafił do Meudon, chciałem bowiem rozmówić się z panem… Och! proszę pana, niech mnie pan wysłucha… musi mi pan wierzyć… — Ależ oczywiście… tylko nie rozumiem, czem mógłbym… — Może pan może!…, — drgał błagalną prośbą głos w telefonie. — Wystarczyłoby mi kilka krótkich informacyi… — Jeśli te informacye mogą się panu na coś przydać, to… — Jedna jest mi koniecznie potrzebna… Mur, służący obecnie za ekran, został zrekonstruowany przez pańskiego wuja w ten sposób, że u podstawy tworzy pewien kąt nachylenia. — Tak jest. — Z drugiej strony wedle pańskiego mniemania Noel Dorgeroux miał zamiar zbudować drugi amfiteatr w swoim ogrodzie, przyczem za ekran miała mu służyć odwrotna strona tego samego muru. Nie prawdaż? — Istotnie. — Oto właśnie mi chodziło. Czy zauważył pan, że i po drugiej stronie był ten sam kąt nachylenia? — Tak jest, zauważyłem… — A zatem — rzekł Benjamin Prevotelle — mamy dowód jasny. Noel Dorgeroux i ja rozumujemy jednakowo… Źródłem ukazywania się obrazów nie jest bynajmniej sam mur. Przyczyna leży gdzieindziej… I ja wykażę, jaka to przyczyna. Gdyby pan Massignac chciał mi iść trochę na rękę… — Pan Massignac został dzisiejszego wieczoru porwany — oświadczyłem. — Porwany?! Jakto? co pan mówi? — Tak porwany! I sądzę, że amfiteatr zostanie zamknięty aż do nowego rozporządzenia. — Ależ to straszne!… to okropne!… Jakto zatem nie mógłbym stwierdzić prawdziwości mej hypotezy?!.. Cudowne wizye nie ukazałyby się już więcej?! Nie! to niemożliwe! Przecież… przecież nikt prócz Massignaca nie zna zawierającej rozwiązanie formuły!… — Nie! nie! trzeba za wszelką cenę… Hallo! Hallo!.. proszę pani, niech pani nie przerywa!… jeszcze chwilę… Powiem panu całą prawdę… Cztery słowa, wystarczą... Hallo… hallo… Głos Benjamina Prevotelle ucichł nagle — właśnie w tej chwili, kiedy w najwyższem naprężeniu nerwów oczekiwałem magicznych słów. Przez kilka minut czekałem jeszcze na ponowne połączenie. Napróżno. Postanowiłem więc wyjść z domu. Znalazłem się już w bramie, kiedy mnie spiesznie odwołano na górę. Ktoś znowu wzywał mnie do telefonu. — Któżby to mógł być? — pomyślałem — z pewnością on znowu… I ująwszy słuchawkę spytałem: — Hallo. To pan Prevotelle? W odpowiedzi posłyszałem moje imię, wymówione głosem kobiecym, słabym, jakby mdlejącym: — Wiktorynie… Wiktorynie… — Hallo! — wyrwał mi się z piersi, drżący wzruszeniem okrzyk. Nie dowierzałem jeszcze własnemu słuchowi. — Tak, to ja Wiktoryn Beaugrand!… Kto mówi?… Zaczęły padać urywane słowa: — Na pomoc Wiktorynie… ratuj… mojemu ojcu śmierć grozi… Na pomoc… Błękitna oberża… Bougival… Nie było już wątpliwości! To głos Beranżery! — Beranżera… — wyszeptałem — wzywa mnie… prosi o ratunek… Nie namyślając się dłużej pobiegłem pędem na dworzec kolei i wsiadłem do pociągu, jadącego do Saint-Cloud. Kiedy przybyłem do Bougival — padał ulewny deszcz. Zmoczony do nitki, brnąc po kostki w błocie, błąkałem się w ciemnościach… Wreszcie znalazłem się u wrót Błękitnej Oberży, która była już zamknięta. Ale mały chłopak, drzemiący na schodkach ganku, obudził się i zapytał, czy to ja jestem Wiktoryn Beaugrand? — Tak jest — odparłem. Wówczas chłopiec oznajmił mi, że panna Beranżera kazała mu czekać tutaj na mnie. — Mam pana zaprowadzić natychmiast do niej… W milczeniu postępowałem w ślad za moim małym przewodnikiem poprzez puste małomiejskie ulice, w nocnej pogrążone ciszy, aż do bulwarów nad Sekwaną. Deszcz przestał padać, lecz ciemności nieprzeniknionych żadna nie rozjaśniała gwiazda. — Łódź jest tutaj — rzekł chłopiec. — A! przeprawiamy się na drugi brzeg! — Tak. Panienka ukryła się po tamtej stronie rzeki. Niech pan tylko zachowuje się cicho. Wkrótce przybiliśmy do brzegu. Potem kamienista ścieżka poprowadziła nas ku małemu piętrowemu domkowi. Malec zapukał do drzwi trzy razy. Natychmiast otwarto. Wstąpiłem na kilka stopni, poczem, przez sionkę oświetloną mdłym blaskiem świecy dostałem się do ciemnego pokoju, gdzie jakaś postać niewyraźnie rysowała się w mroku. Nagle zabłysnęło światło elektryczne i ujrzałem lufę rewolweru wymierzoną w moją pierś. Twardy męski głos rzekł: — Pan zachowasz się zupełnie cicho! Najmniejszy hałas, najlżejsza próba ucieczki — a los twój przesądzony!… Jeżeli pan będziesz spokojny, to nie obawiaj się niczego. A teraz możesz pan spać… Drzwi zatrzaśnięto. Rygle zazgrzytały. Wpadłem w pułapkę!.. Velmot — to był bezwątpienia on — wciągnął mnie w sieci, rozsunięte przy pomocy Beranżery… Ta przygoda równie niezrozumiała, jak wszystkie inne, łączące się z imieniem i osobą Beranżery Massignac, więcej mnie zdumiała niż przeraziła. Pytania, na które niepodobna było znaleźć odpowiedzi cisnęły mi się rojem do głowy: Dlaczego ona zdradziła mnie? Czego chce odemnie pan Velmot? Poco mnie zamyka tutaj, jeżeli nie żywi, jak mi oświadczył, wrogich wobec mnie zamiarów? Po omacku usiłowałem zoryentować się w ciemnym pokoju. Skonstatowawszy, że znajduje się tam łóżko, a raczej tapczan przykryty kołdrą, zdjąłem obuwie, zrzuciłem zwierzchnie ubranie i położyłem się spać. Byłem tak zmęczony i wyczerpany, że po kilku minutach spa- łem już w najlepsze. Obudziłem się nazajutrz dość późno — mniej więcej koło południa. Spojrzenie rzucone na stół przekonało mnie odrazu, że w czasie mego snu do pokoju ktoś wchodził, albowiem na stole leżał kawałek świeżego chleba i stała karafka z napełnioną wodą. Cela moja więzienna była bardzo szczupła. Światło dzienne wdzierało się poprzez spory otwór, wykrojony w drewnianej okiennicy. Otwór ten był na tyle duży, że mogłem stwierdzić, iż moje więzienie znajduje się na pagórku, u stóp którego szemrzą łagodne fale rzeki. Większa część dnia upłynęła w ciszy i milczeniu. Nudziłem się straszliwie, nie wiedząc, co począć z sobą i głowiąc się nad tem bezskutecznie w jakim celu zwabiono mnie do tej dziury… Dopiero koło godz. 5-ej posłyszałem jakieś głosy, dochodzące do mnie z pod podłogi, a zatem z piwnicy. Nastawiałem pilnie uszu i zdało mi się kilkakrotnie, że poznaję głos Massignaca. Rozmowa ta ciągnęła się przeszło godzinę. Następnie ktoś zatrzymał się przed mojem oknem, wołając: — Hej! wy tam! chodźcie tutaj i przygotujcie się!… To jest uparta bestya, która nie zechce nic powiedzieć, jeżeli się go nie zmusi!… Był to ten sam elegancko ubrany drab, który wczoraj rozpychał tłum w Enclos, żądając, aby zrobiono miejsce dla rannego… To był we własnej osobie Velmot, wychudły, wygolony, — bez monokla — Velmot nikczemnik i brutal, kochany przez Beranżerę. Dwaj mężczyźni, dwaj wspólnicy o posępnych, niesympatycznych fizyognomiach pospieszyli ku niemu. Velmot mówił dalej: — Zmuszę go! zmuszę to bydlę wstrętne!... Jakto? mam go w ręku, mogę z nim zrobić, co zechcę, a on zachowałby swój sekret?! Z gardła mu wyrwę!… Ale trzeba się spieszyć. Musimy z tem skończyć zanim noc zapadnie… Czyście przygotowani na wszystko? Dwa potakujące pomruki dały się słyszeć. Velmot zachichotał. Po chwili wsiadł do uwiązanej u pala łodzi. Jeden z jego wspólników odepchnął ją od brzegu. Velmot przywiązał do dwóch nadbrzeżnych trzcin gruby sznur, w środku którego przymocował żelazny haczyk! — Zrobione — rzekł, powróciwszy na brzeg — już mi was nie potrzeba. Wsiądźcie do drugiej łodzi i oczekujcie mnie w remizie. Zjawię się tam za trzy lub cztery godziny, kiedy załatwię sprawę z Massignacem i rozmówię się — bardzo stanowczo — z naszym drugim więźniem… A potem w nogi!… Odszedł ze swymi towarzyszami. Zobaczyłem go w dwadzieścia minut później. Usiadł przy małym stoliku trzcinowym ustawionym tuż przed oknem mego więzienia. Trzymał płachtę dziennika w ręku. Położy gametę na stoliku i zapaliwszy cygaro, usiadł obrócony do mnie plecami. W chwili, kiedy się nieco przechylił na bok, zobaczyłem „Journal de Soir”. Wielkiemi literami wydrukowano sensacyjny tytuł:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Posłannictwo z planety Wenus.
