Front matter
I. Turgeniew.
PIERWSZA MIŁOŚĆ.
POWIEŚĆ.
całość
I. Turgeniew.
PIERWSZA MIŁOŚĆ.
POWIEŚĆ.
WARSZAWA.
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA.
1891.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 20 Августа 1891 года.
Warszawa. — Druk S. Orgelbranda Synów, Krak. Przedm. Nr. 66.
Goście rozjechali się od dawna; wybiło wpół do pierwszéj, w pokoju został tylko gospodarz, Sergiusz Mikołajewicz i Włodzimierz Piotrowicz. Gospodarz zadzwonił i kazał sprzątnąć resztki kolacyi ze stołu. Potém zapalił cygaro i zasiadł znowu wygodnie w głębokim fotelu. — No, panowie, — rzekł z uśmiechem, — rzecz postanowiona: każdy z nas opowie historyą swojéj pierwszéj miłości. Pan zaczynasz, Sergiuszu Mikołajewiczu. Sergiusz Mikołajewicz, nizki, okrąglutki blondyn, z pełną i rumianą twarzą, spojrzał naprzód na sąsiada, potém z westchnieniem podniósł oczy do sufitu. — Ja nie miałem pierwszéj miłości, — odezwał się nakoniec, — od razu zacząłem od drugiéj. — A to jakim sposobem? — Bardzo prostym. Miałem lat 18, kiedy po raz pierwszy zająłem się bardzo milutką panienką, lecz okazywałem jéj swoje zajęcie, jak gdyby to dla mnie wcale nie było Tak samo późniéj kilka razy nadskakiwałem innym. Właściwie mówiąc, po raz pierwszy i ostatni zakochałem się w swojéj niańce, lecz było to przed szóstym rokiem mego życia, nic więc dziwnego, że wrażenia i szczegóły tego uczucia zatarły się w mojéj pamięci. Przypuszczam zresztą, że dzisiaj nie zajęłyby nikogo. — Jakże to być może? — rzekł gospodarz, wyraźnie niezadowolony, — i ja o sobie nie mam nic do powiedzenia. Nie kochałem się wcale przed poznaniem Anny Iwanówny, mojéj żony, a z nią wszystko nam poszło, jak z płatka: rodzice sami swatali, podobaliśmy się sobie nawzajem, i ożeniono nas, nie zwlekając. Historya moja skończona w trzech słowach, jak panowie widzicie. Prawdę powiedziawszy, podnosząc tę kwestyą, nie miałem siebie na myśli, ale was — bez obrazy — starzy kawalerowie. Może choć pan, Włodzimierzu Piotrowiczu, powiesz nam co ciekawego? — Moja pierwsza miłość rzeczywiście nie należy do zwyczajnych — odparł po pewnym namyśle czterdziestoletni, trochę łysy brunet — ale... — Tém lepiéj, tém lepiéj! — jednogłośnie zawołał Sergiusz Mikołajewicz i gospodarz. — Prosimy, słuchamy, zacznij pan opowiadanie... — I owszem; albo nie... Nie będę opowiadał, nie umiałbym. Wypowiedziałbym wszystko w kilku słowach: krótko i sucho, lub mimowolnie wpadł w przesadę. Jeśli się panowie zgodzicie, opiszę dla was to zdarzenie i przeczytam, gdy się zejdziemy. Nie chciano zgodzić się na to, ale Włodzimierz Piotrowicz postawił na swojém. We trzy tygodnie poźniéj zebrali się znowu i przeczytał im co następuje:
ROZDZIAŁ I.
Miałem lat szesnaście, a było to latem 1833 roku. Mieszkałem w Moskwie, przy rodzicach. Z wiosną najęliśmy letnie mieszkanie w pobliżu Kałuzkich rogatek, Nieskucznego. Miałem się przygotować do uniwersytetu, lecz pracowałem mało. Nikt nie krępował méj swobody i robiłem, co chciałem, zwłaszcza od czasu rozstania z ostatnim guwernerem francuzem, który nie mógł pogodzić się z myślą, że los go rzucił do Rosyi, „jak bombę“ (comme une bombe), i dnie całe z tego powodu spędzał, leżąc na łóżku z zagniewaną twarzą. Ojciec był dla mnie obojętnie dobry; matka nie zwracała na mnie prawie wcale uwagi, chociaż byłem jedynakiem: inne zajmowały ją kłopoty. Ojciec mój, młodszy od niéj o lat dziesięć i bardzo przystojny, ożenił się z nią dla majątku; ona wiedziała o tém, i całe życie dręczyła się skrycie zazdrością, gniewem, żalem i ukrywaniem tych uczuć, których nie ośmieliłaby się nigdy okazać w obecności męża, obawiając się go niezmiernie. Ojciec był dla niéj surowy i chłodny... Nie znałem człowieka równie spokojnego, despotycznego i pewnego siebie. Nie zapomnę nigdy pierwszych tygodni, spędzonych na letniém mieszkaniu. Pogoda była prześliczna, wyjechaliśmy z Moskwy 9 maja, w dzień Ś-go Mikołaja. Wydało mi się od razu, że znalazłem się na innym świecie. Zwykle brałem z sobą książkę. Kajdanowa np., i wychodziłem od rana; szedłem za rogatki, albo do Nieskucznego, niekiedy włóczyłem się poprostu po dosyć dużym, należącym do nas ogrodzie, lecz rzadko kiedy otwierałem książkę, a najczęściéj deklamowałem głośno wiersze, których bardzo wiele umiałem na pamięć. Krew żywiéj jakoś krążyła mi w żyłach, a serce ściskało się rozkosznie i słodko, zamierając i tęskniąc, nie wiém po czém. Lękałem się czegoś i wyczekiwałem, nie umiejąc określić swego stanu, nie zdając sobie z niego sprawy, lecz będąc ciągle w przygotowaniu na coś niezwykłego, nowego. Rozbudzona wyobraźnia unosiła mię daleko na skrzydłach marzeń i tęsknot, wzruszeń i nieokreślonych obrazów. I było mi smutno i błogo stałem się zamyślony i skłonny do płaczu; poezya grała na méj duszy, wstrząsając je z równą siłą pięknością wieczoru, jak harmonijnym dźwiękiem wiersza, lub piosenki. Ale przez łzy i tęsknoty, jak młoda trawka na wiosnę przez śnieg topniejący, przebijało radosne i silne poczucie młodego, budzącego się życia. Miałem swego wierzchowca, i osiodławszy go, nieraz odbywałem sam jeden dalekie wycieczki. Doznawałem dziwnéj przyjemności, straciwszy z oczu ostatnie domki przedmieścia; pędziłem galopem, i zdawało mi się, że jestem błędnym rycerzem, szukającym przygód. Wiatr wesoło świszczał koło mnie, a ja pędziłem naprzód. To znów wolno puszczałem cugle i podniósłszy oczy ku niebu, patrzałem w czysty, niezgłębiony błękit, jak w otwartą duszę człowieka. Pamiętam dobrze, że wówczas nigdy obraz kobiety nie unosił się przedemną w jasnych, określonych kształtach, nie widziałem jéj w moich tęsknotach, ani marzeniach, — ale we wszystkiém, co czułem, myślałem, we wszystkich wrażeniach i porywach kryło się jakieś nieśmiałe, niewypowiedziane przeczucie czegoś zupełnie nowego, nieznanego a słodkiego, czegoś kobiecego... To przeczucie i oczekiwanie przenikało mię na wskróś: czułem je w każdéj kropli krwi gorącéj, oddychałem niém, jak powietrzem... to przeczucie spełnić się musiało. Domek, w którym mieszkaliśmy, składał się z dużego frontu z ganeczkiem na drewnianych słupach i dwóch niewielkich oficyn. W oficynie na lewo mieściła się nędzna fabryka tanich obić. Chodziłem tam nieraz przyglądać się brudnym, zamorusanym chłopakom, jak wskakując na drewniane drągi, ciężarem swego wychudłego ciała uciskali czworokątną prasę i wytłaczali na papierze różnobarwne desenie. Oficyna prawa była nie wynajętą i stała jeszcze pustkami. Dnia pewnego, w końcu maja, w jakie trzy tygodnie po naszém tutaj przybyciu, okiennice prawéj oficyny zostały otwarte, ukazały się w oknach jakieś twarze; widocznie nowa rodzina zjechała na letnie mieszkanie. Zaraz przy obiedzie matka zapytała służącego o nowych lokatorów, i usłyszałem wówczas po raz pierwszy nazwisko księżny Zasiekinéj. — Aa! księżna... — rzekła matka nie bez pewnego odcienia szacunku, ale zaraz dodała obojętnie: „musi być uboga.“ — Na trzech wózkach się sprowadzili, — odpowiedział lokaj, — powozu swego nie mają, a meble lada jakie. — Tak, — rzekła matka, — zawsze lepiéj... Lecz ojciec spojrzał na nią — umilkła. Rzeczywiście księżna Zasiekina musiała być zupełnie ubogą, gdyż ludzie nawet bardzo średniéj zamożności nie byliby wynajęli oficynki, składającéj się z kilku nizkich i ciasnych izdebek. Zresztą całą tę rozmowę puściłem mimo uszu; książęcy tytuł nie imponował mi wcale: byłem jeszcze pod wrażeniem niedawno przeczytanych „Zbójców“ Szylera.
ROZDZIAŁ II.
Miałem zwyczaj codzień pod wieczór wychodzić z fuzyą do ogrodu i czatować na wrony. Zdawna nienawidziłem tych chytrych i drapieżnych ptaków, i tępiłem je z dziwną rozkoszą. Dnia tego przed zachodem słońca udałem się, jak zwykle, do ogrodu, ale napróżno chodziłem po ścieżkach i alejach: ostrożne wrony poznały mię widać i krakały tylko zdaleka. Przypadkiem, zniecierpliwiony już trochę, zbliżyłem się do nizkiego, plecionego płotu, który oddzielał właściwe nasze terytoryum od wąziutkiego kawałka zadrzewionéj łąki, ciągnącéj się za oficynką i stanowiącéj ogródek. Szedłem zamyślony ze spuszczoną głową; nagle usłyszałem jakieś głosy, spojrzałem przez płot i stanąłem, jak wryty, ujrzawszy o kilka kroków niespodziane widowisko. Na łączce, między krzakami malin i agrestu, stała wysoka i wysmukła panna w różowéj sukience w paski i przejrzystéj, białéj zarzutce na głowie. Otaczało ją czterech młodzieńców, a ona po kolei uderzała o ich czoła te niewielkie szare kwiatki, które nie wiém, jak się nazywają, choć wszystkie dzieci znają je wybornie. Kwiatki te po opadnięciu tworzą małe torebki, które pękają z lekkim trzaskiem, gdy uderzymy niemi o jaki twardy przedmiot. Młodzi ludzie, śmiejąc się, wesoło nadstawiali czoła, a dziewczę z nieopisanym, czarującym wdziękiem uderzało o nie kwiatami. Stałem nieruchomy, skamieniały, nie wiedząc nawet, co się ze mną dzieje; magnetyzował mię każdy ruch jéj ręki, w którym było coś tak słodko rozkazującego i pieszczotliwego zarazem, coś miłego i szyderczego, a pociągającego z taką siłą, że gotów byłbym zaraz oddać życie, byle i mnie raz jeden uderzyły tak rozkosznie te białe, cienkie paluszki. Fuzya wysunęła mi się z ręki i upadła na trawę, a ja zapomniałem o wszystkiém, i patrzyłem tylko bez końca na wysmukłą kibić, delikatne, prześliczne rączki, białą szyjkę, złote pasma włosów, wymykające się na nią z pod przejrzystéj zasłony, błyszczące, rozumne oczy, długie rzęsy, twarz delikatną i... — Kawalerze, hej, kawalerze, a czy to tak ładnie przypatrywać się obcym panienkom? — zabrzmiał tuż koło mnie głos jakiś. Drgnąłem i skamieniałem. Tuż przedemną za płotem stał człowiek jakiś z krótko ostrzyżoną czupryną i patrzył na mnie złośliwie czarnemi oczyma. W téj saméj chwili dziewczę odwróciło głowę, ujrzałem jéj wielkie szare oczy, twarz ożywioną, brwi jéj podniosły się w sposób szczególny, białe ząbki błyszczały w ustach i wybuchnęła dźwięcznym, głośnym śmiechem, który spadł na mnie, jak piorun. Czułem, że krew mi uderza do głowy, schwyciłem fuzyą i pędem pobiegłem do domu. Wpadłszy do swego pokoju, rzuciłem się na łóżko i twarz zakryłem rękoma. Serce mi biło gwałtownie, dziwna radość rozsadzała piersi, a zarazem wstydziłem się swéj ciekawości, jéj śmiechu, tamtych, — sam nie wiem czego nareszcie!... Uspokoiwszy się, powstałem, uczesałem się przed lustrem, poprawiłem ubranie i zaszedłem nadół na herbatę. Obraz prześlicznéj dziewczyny stał mi ciągle przed oczyma, serce już nie biło, lecz zamierało co chwila i ściskało się rozkosznie. — Co ci jest? — spytał nagle ojciec, raz tylko spojrzawszy na mnie, — wronę zabiłeś? Chciałem opowiedziéć wszystko, lecz powstrzymałem się, nie wiem dlaczego, i uśmiechnąłem się tylko. Powróciwszy do siebie, wykręciłem się na pięcie, oblałem kolońską wodą i spałem noc całą, jak zabity. Nad ranem zbudziłem się na chwilę, podniosłem głowę, z zachwytem spojrzałem wkoło — i zasnąłem na nowo.
ROZDZIAŁ III.
— Jakby się tu z nimi zapoznać? — było pierwszą moją myślą na drugi dzień rano. Przed śniadaniem wyszedłem trochę do ogrodu, lecz nie zbliżałem się do płota i nikogo nie widziałem. Po herbacie zacząłem przechadzać się po podwórzu, nieznacznie spoglądając w jéj okna. Nagle wydało mi się, że spostrzegam ją za firanką, i uciekłem czémprędzéj przestraszony. — Trzebaby się jednak poznać, — myślałem bezustannie, przechadzając się po piaszczystéj równinie przed Nieskuczném, — ale jak? jak?... To pytanie! Przypomniałem sobie szczegóły wczorajszego zajścia i dziwnie jasno widziałem tę chwilę, w któréj ona roześmiała się ze mnie. Nie było mi to nawet przykrém, a raczéj obok przykrości doznawałem niewymownie miłego uczucia... Lecz kiedy tak rozważam, marzę i projektuję pod wpływem nieznanych wzruszeń, los zdecydował i rozstrzygnął za mnie kwestyą nowéj znajomości. Matka z samego rana odebrała list od sąsiadki, list na szarym papierze, zapieczętowany szarym lakiem, jakiego używają niekiedy na poczcie, lub do korkowania tanich gatunków wina. Pismo księżny niedbałe i niewyrobione, zupełny brak stylu i pojęcia o pierwszych zasadach ortografii, nie uprzedzały na jéj korzyść. Zwracała się do mojéj matki z prośbą o pomoc i opiekę, o protekcyą do ludzi, od których, jak się wyrażała, zawisł los i przyszłość jéj rodziny. Księżna prowadziła bardzo zawikłany proces, a nie miała żadnych stosunków. „Zwracam się do pani, pisała, jak kobieta szlachetnego rodu do kobiety szlachetnego rodu, i przyjemnie mi przy téj sposobności poznać osobę, mającą tyle wpływu i stosunków.“ Kończyła, prosząc o pozwolenie przedstawienia się osobiście. Powróciwszy do domu, zastałem matkę w złym humorze i zakłopotaną, ojca nie było w domu, i nie miała się kogo poradzić, a nie wiedziała, jak postąpić. Nie odpowiedziéć „kobiecie szlachetnego rodu,“ a przytém księżnie — niepodobna, ale jak odpowiedziéć? — po francuzku?... czy to będzie właściwém w odpowiedzi na list po rusku pisany? A w ruskiéj ortografii i matka nie czuła się dosyć pewną i nie chciała się kompromitować. Rada téż była niezmiernie z mojego powrotu, i kazała mi natychmiast udać się do księżny, przedstawić się, oznajmić w jéj imieniu, że gotowa z przyjemnością zrobić, co będzie mogła, i uprzejmie prosi księżną panią około pierwszéj do siebie. Niespodziewane i tak szybkie spełnienie mych tajemnych życzeń przestraszyło mię i ucieszyło zarazem; nie okazałem jednakże wzruszenia, lecz pośpieszyłem naprzód do swego pokoju, żeby wziąć nowy krawat i tużurek. W domu chodziłem w kurtce i kolorowéj koszuli, co już od pewnego czasu wydawało mi się niestosowném, teraz zaś postanowiłem stanowczo zaprowadzić reformę w swojéj toalecie.
ROZDZIAŁ IV.
Z mimowolnym dreszczem wszedłem do ciasnego i nieporządnie zastawionego gratami przedpokoju w oficynie. Z drzwi przeciwległych jednocześnie wyszedł stary, siwowłosy lokaj o ponurém spojrzeniu małych, świńskich oczu i ciemnéj, miedzianéj twarzy, pokrytéj na czole i skroniach tak głębokiemi zmarszczkami, jakich nie widziałem nigdy w życiu. Niósł na talerzu resztki śledzia i drzwi przymknąwszy nogą, spojrzał na mnie niechętnym, przenikliwym wzrokiem. — Czego? — zapytał krótko. — Księżna Zasiekina w domu? — Bonifacy! — rozległ się z drugiego pokoju cienki, piskliwy głos kobiecy. Lokaj w milczeniu odwrócił się do mnie plecami, ukazując wytarte szwy staréj liberyi i jedyny herbowy guzik, — postawił talerz na podłodze i wyszedł, stąpając ciężko. — W cyrkule byłeś? — odezwał się ten sam głos piskliwy. Odpowiedzi słyszéć nie mogłem. — A?... Kto przyszedł?... panicz z przeciwka?... Dobrze. Możesz prosić. — Proszę do sali, — rzekł lokaj, zjawiając się znowu i podnosząc talerz ze śledziem. Wskazał mi drzwi gestem i wszedł do „sali.“ Byłto pokoik nizki i niewielki, niezbyt porządnie zastawiony ubogiemi sprzętami. Pod oknem, na fotelu z odłamaną poręczą siedziała brzydka, niemłoda, lat około 50-u mogąca miéć kobieta, w staréj zielonéj sukni i muślinowéj chusteczce na szyi. Jéj maleńkie czarne oczy wpiły się we mnie natrętnie i przenikliwie. Zbliżyłem się i ukłoniłem. — Czy mam honor mówić z księżną Zasiekiną? — Jestem księżna Zasiekina, a pan zapewne syn p. W. — Tak jest, przyszedłem z poleceniem od matki. — Proszę siadać... Bonifacy! Gdzie klucze?... poszukaj. Powtórzyłem odpowiedź matki na list księżny, która mię słuchała ze spuszczonemi oczyma, a jéj czerwone, grube palce, jakby w roztargnieniu bębniły tymczasem po wytartéj drewnianéj ramie okna. Gdy skończyłem, spojrzała znowu swym natrętnym, przenikliwym wzrokiem. — Dziękuję, będę napewno, — odezwała się nakoniec. — Pan jeszcze tak młody! Ile lat, jeśli wolno zapytać? — Szesnaście, — rzekłem, zająknąwszy się trochę. Księżna wyjęła z kieszeni jakieś brudne, zapisane papiery i zaczęła je przeglądać, dotykając prawie nosem. — Piękne lata, — pisnęła nagle, poruszywszy się na krześle. — Proszę; nie krępuj się pan w moim domu, u mnie bez ceremonii, po prostu. — Widzę to — pomyślałem, mimowolnie obrzucając złośliwém spojrzeniem jéj nieponętną postać. W téj saméj chwili szybko i cicho otworzyły się drzwi drugiego pokoju, i na progu stanęło dziewczę, które wczoraj widziałem w ogrodzie. Podniosła rękę i uśmiech przemknął po jéj twarzy. — Oto i córka moja, — odezwała się księżna, niedbale wskazując na nią łokciem. — Zeniu, syn sąsiada, p. W. Jak imię, jeżeli wolno zapytać? — Włodzimierz, — odpowiedziałem, szepleniąc ze wzruszenia. — A po ojcu? — Piotrowicz. — Tak. Znałam Włodzimierza Piotrowicza, w policyi służył. Bonifacy! Nie szukaj kluczów, mam w kieszeni. Piękna panna wciąż jeszcze patrzała na mnie z uśmiechem, lekko mrużąc oczy i z wdziękiem przechyliwszy na bok śliczną główkę. — Widziałem już ms. Waldemara, — odezwała się wreszcie, a srebrzysty dźwięk jéj głosu przebiegł po mnie chłodnym dreszczem. — Wszak pozwolisz pan się tak nazywać? — O pani! — szepnąłem zmieszany. — Gdzież to? — zapytała księżna. Lecz dziewczę nie odpowiedziało na pytanie matki. — Pan zajęty? — rzekła znowu, nie spuszczając ze mnie oczu. — Bynajmniéj. — Chcesz mi pan pomódz zwijać włóczkę? Proszę tu, do mnie. Skinęła mi głową z uśmiechem i wyszła. Naturalnie, że pośpieszyłem za nią. W pokoju, gdzie się teraz znalazłem, meble były trochę lepsze i ustawione gustownie. Zresztą wówczas tego nie zauważyłem, nie widziałem nic około siebie, poruszałem się, jak we śnie, doznając w całém ciele niewypowiedzianie głupio-błogiego uczucia. Księżniczka usiadła, wzięła grube pasmo czerwonéj włóczki i, wskazawszy mi naprzeciw siebie krzesełko, uważnie rozwiązała nitkę i umieściła wełnę na moich wyciągniętych rękach. Wszystko to robiła zwolna, w milczeniu, z niewypowiedzianym wdziękiem i jasnym, ironicznie figlarnym uśmiechem na wpółotwartych ustach. Zaczęła nawijać włóczkę na złożoną kartę i nagle objęła mię szybkiém a tak pełném blasku spojrzeniem, że olśniony spuściłem wzrok ku ziemi. Jéj oczy, zwykle przymrużone, rzadko się otwierały w całéj swéj wielkości, lecz wówczas twarz jéj zmieniała się zupełnie, rozjaśniała i promieniała, jak słońce. — Co pan sobie o mnie wczoraj pomyślałeś, ms. Waldemar? — rzekła wreszcie. — Musiałeś być zgorszonym, nieprawdaż? — Ja, pani?... Ja doprawdy, ja nic nie myślałem... jakże mógłbym... — Posłuchaj pan — przerwała mi dźwięcznym głosem, — nie znasz mię jeszcze, nie wiesz, jaką jestem dziwaczką: żądam od wszystkich, żeby mówili mi prawdę. Zawsze tylko prawdę! Słyszałam, że masz pan lat 16, a ja 21, jestem daleko starszą, więc trzeba mię słuchać i zawsze mówić mi prawdę. Prawda i posłuszeństwo! — dodała z naciskiem, — spojrzyj pan na mnie, proszę, dlaczego na mnie nie patrzysz?... Zmieszałem się jeszcze bardziéj, ale podniosłem oczy, — patrzyła na mnie z uśmiechem, lecz nie tamtym, figlarnym, tylko dobrym, ośmielającym. — Powinieneś pan patrzyć mi prosto w oczy, — rzekła ciszéj, — to mi sprawia przyjemność; podoba mi się twarz twoja, przeczuwam, że będziemy przyjaciółmi. A ja podobam się panu? — spytała podstępnie. — Księżniczko!... — Nie nazywaj mię pan księżniczką, tylko Zeneidą Aleksandrówną, a powtóre, co to za brzydkie, dziecinne przyzwyczajenie nie mówić prosto i otwarcie, co się czuje! Ludzie dojrzali nie zapierają się uczuć i wrażeń. No, cóż? podobam się panu, wszak prawda?... Jéj szczerość pochlebiała mi i była przyjemną, uznałem jednak za stosowne obrazić się trochę. Chciałem ją tym sposobem przekonać, że ma do czynienia nie z dzieckiem, nie z chłopczykiem, więc przybrawszy obojętny i poważny wyraz, odpowiedziałem tonem człowieka, który ocenia znaczenie słów swoich: — Jakżeby mi się pani mogła nie podobać, Zeneido Aleksandrówno? Nie kryję się z tém wcale, żeś mi się bardzo podobała. Przypatrywała mi się, kiwając główką w zamyśleniu. — Pan masz guwernera? — rzekła nagle. — Nie. Dawno go już pożegnałem. Było to kłamstwem: jeszcze nie upłynął miesiąc, odkąd rozstałem się z moim francuzem. — Ach, więc już zupełnie dorosły! Uderzyła mię lekko po ręce cieniutkiemi paluszkami. — Trzymaj pan ręce prosto! — zawołała i zaczęła zwijać włóczkę z wielką uwagą i pilnością. Skorzystałem z tego, że miała oczy spuszczone i zacząłem jéj się przyglądać z początku ukradkiem, potém coraz śmieléj. Wydała mi się dzisiaj jeszcze stokroć piękniejszą; co za rysy, jaka cera i spojrzenie!... Wszystko w niéj było tak dziwnie harmonijne i delikatne, tak miłe, wdzięczne i rozumne. Siedziała odwrócona plecami do okna, zasłonionego białą, płócienną roletą; jasny promień słońca, prześliznąwszy się z boku, oblewał łagodnym blaskiem jéj miękkie, złote, wijące się włosy, kontury szyi i ramion spadzistych, sięgając aż na piersi. Na tém tle świetlaném wyglądała cudnie! Nie spuszczałem z niéj oczu, i zdawało mi się, że jest mi już blizką i drogą, że znam ją od dawna i że przed nią nie znałem nic i nikogo, nie żyłem... Miała na sobie ciemną, nie nową sukienkę i fartuszek; jakżebym był chętnie głaskał, pieścił każdą fałdkę téj sukienki i tego fartuszka! Z pod sukni widać było końce jéj bucików; z jakiémże uwielbieniem i rozkoszą przycisnąłbym do nich usta!... I oto siedzę naprzeciw niéj, rozmawiam... poznałem się z nią tak szybko — co za szczęście! O Boże, Boże... I niewiele brakowało, abym podskoczył nagle pod wpływem uniesienia i zachwytu i nie krzyknął z radości, jak dzieciak. Tak mi tu było dobrze i tak błogo, że chyba do końca życia nie ruszyłbym się z tego miejsca, nie wyszedł z czarodziejskiego pokoju. Ona powoli podniosła powieki i znów zajaśniały przedemną jéj wielkie, siwe, pełne blasku oczy, i znów uśmiechnęła się z dobrocią. — Co pan mi się tak przyglądasz? — szepnęła, grożąc palcem. Zaczerwieniłem się gwałtownie. — Ona wszystko widzi, wszystko wie i rozumie, przeczuwa, przemknęło mi się przez głowę, — i jakżeby inaczéj być mogło! Wtém coś stuknęło w sąsiednim pokoju — zadzwoniła szabla. — Zeniu! — dał się słyszéć piskliwy głos księżny. — Białozorow przyniósł ci kotka. — Kotka! — zawołała Zeneida, zerwawszy się z krzesła, rzuciła mi kłębek na kolana i wybiegła szybko. Podniosłem się téż natychmiast, położyłem włóczkę i kłębek na oknie i wyszedłem za nią do sali. Tutaj stanąłem na progu zdumiony: na środku pokoju, niezgrabnie rozstawiwszy łapki, leżał mały, pręgowany kociak, a Zeneida klęczała przed nim i ostrożnie, pieszczotliwie podnosiła mu mordeczkę. Obok księżny, pod ścianą pomiędzy oknami, stał jasnowłosy, kędzierzawy huzar z wypukłemi oczyma i rumianą twarzą. — Jaki on zabawny, jaki śmieszny! — powtarzała Zeneida. Oczy ma zielone, a uszy takie duże!... Dziękuję panu, Wiktorze Jegorowiczu, bardzo to ładnie z pańskiéj strony. Huzar, w którym poznałem jednego z młodych ludzi, będących wczoraj w ogrodzie, uśmiechnął się i skłonił, przyczém brzęknął ostrogami i zadzwonił szablą. — Wczoraj raczyłaś pani wyjawić życzenie, powiedziałaś, że chcesz kotka z dużemi uszami, pręgowanego, jak tygrys — przyniosłem go pani dzisiaj. Słowa twoje są dla mnie rozkazem. I skłonił się znowu, brzęknąwszy ostrogami i szablą. Kociak zamiauczał cicho i zaczął wąchać podłogę. — On głodny! — zawołała Zeneida. — Bonifacy, Zosia, dajcie mleka! Służąca w staréj żółtéj sukni i wypłowiałéj chusteczce na szyi przyniosła na spodeczku mleko i postawiła przed kociakiem. Ten umoczył w niém pyszczek, otrząsnął się, oblizał, zmrużył oczy i zaczął pić łakomie. — Jaki ma śliczny, różowy języczek, — zauważyła Zeneida, dotykając prawie głową do podłogi i zaglądając z boku w pyszczek małemu stworzeniu. Kociak najadł się prędko i zaczął mruczéć, przebierając łapkami i oglądając się wkoło. Zeneida wstała. — Zabierz go, — rzekła obojętnie do służącéj. — Za kotka — rączkę, — odezwał się huzar, z przymileniem pochylając się naprzód i wyprężając swe potężne członki, obciśnięte nowym mundurem. — Obie! — zaśmiała się Zeneida, podając mu obie dłonie, które zaczął całować natychmiast. Ona tymczasem patrzała na mnie przez ramię. Stałem wciąż nieruchomy na tém samém miejscu i nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy milczéć, czy coś powiedziéć. Nagle przez drzwi otwarte spostrzegłem w przedpokoju naszego lokaja Teodora, który dawał mi jakieś znaki. Prawie machinalnie wyszedłem do niego. — Czego chcesz? — zapytałem. — Pani przysłała po panicza, — odpowiedział półgłosem. — Gniewa się, że panicz nie wraca. — Alboż dawno tu jestem? — Więcéj, niż godzinę. — Godzinę! — powtórzyłem zadziwiony, i powróciwszy do sali, zacząłem się żegnać i kłaniać. — Dokąd panu tak pilno? — zapytała księżniczka, patrząc mi w oczy, lecz stojąc obok huzara. — Muszę się śpieszyć do domu, — odparłem z powagą. — Więc mogę powiedziéć mamie, że pani będzie łaskawą do nas koło drugiéj? — zwróciłem się do staréj. — Bądź pan łaskaw. Wyjęła śpiesznie tabakierkę, zanurzyła w niéj palce i kichnęła tak hałaśliwie, że drgnąłem przestraszony. — Bądź pan łaskaw, — powtórzyła, pokaszlując i żałośnie mrugając oczyma. Ukłoniłem się raz jeszcze i wyszedłem z pokoju z tém nieprzyjemném uczuciem, jakiego doświadcza zwykle nieobyty młodzieniec, wiedząc, że ktoś patrzy za nim. — A proszę o nas pamiętać, ms. Waldemar, — zawołała Zeneida i zaśmiała się głośno. — Z czego ona się tak ciągle śmieje? — myślałem, powracając do domu w towarzystwie Teodora, który nic nie mówił, ale szedł za mną pochmurny i wyraźnie niezadowolony. Matka pogderała trochę i dziwiła się bardzo, co mogłem robić tak długo u księżny. Nie wytłumaczyłem jéj tego i udałem się do siebie. Nagle zrobiło mi się bardzo smutno... Usiłowałem nie płakać... Byłem zazdrosny... zazdrosny o huzara...
ROZDZIAŁ V.
Księżna według obietnicy odwiedziła matkę w południe i nie podobała jéj się wcale. Nie byłem obecny podczas téj wizyty, lecz słyszałem przy obiedzie, jak dowodziła ze zmęczoną twarzą, że jest to „une femme très vulgaire,“ natrętna i uprzykrzająca się swemi prośbami o protekcyą u księcia Sergiusza, oraz nieskończoném i nudném opowiadaniem o procesach i interesach — „de vilaines affaires d’argent.“ „Jakaś intrygantka,“ — kończyła z westchnieniem, ale dodała zaraz, że zaprosiła ją z córką na obiad. „Zawsze to sąsiadka i piękne ma imię,“ — mówiła, a ja pochyliłem się szybko nad talerzem, aby ukryć rumieniec i niewytłumaczone wzruszenie. Teraz ojciec przypomniał sobie, że znał w młodości księcia Zasiekina, że był to człowiek bardzo dobrze wychowany, lecz lekkomyślny i głupi; w towarzystwie przezwano go „le Parisien“ z powodu, że czas długi przebywał w Paryżu, miał bardzo piękny majątek, lecz przegrał go i przehulał, a w końcu niewiadomo dlaczego, prawdopodobnie dla pieniędzy, choć i w takim razie mógłby wybrać lepiéj, ożenił się z córką jakiegoś kupczyka, zaczął spekulować i zmarnował resztę. — Żeby tylko nie chciała pożyczyć od nas pieniędzy, — zauważyła matka. — To być bardzo może, — odparł ojciec ze zwykłym spokojem. — Czy mówi po francuzku? — Źle bardzo. — Hm! Zresztą to nam wszystko jedno. I córkę zaprosiłaś podobno? Mówiono mi o niéj, że miła i wykształcona osoba. — Nie podobna widać do matki. — Ani do ojca, który był głupi, pomimo dobrego wychowania. Matka westchnęła i zamyśliła się znowu, ojciec milczał; podczas całéj téj rozmowy nie wiedziałem, co z sobą zrobić, było mi nieprzyjemnie i dziwnie. Po obiedzie wyszedłem do ogrodu, ale bez fuzyi. Dałem sobie słowo nie zbliżać się do płotu „Zasiekinych,“ lecz ciągnęła mię tam jakaś niezwyciężona potęga. I nie napróżno. Zaledwie skierowałem się w tamtę stronę, ujrzałem zdaleka Zeneidę. Była sama. Miała książkę w ręku i czytając, szła wolno ścieżką. Nie patrzyła w moję stronę i nie widziała mię wcale. Byłbym ję minął, lecz nagle oprzytomniałem i kaszlnąłem. Podniosła głowę, lecz nie przystanęła; powolnym, wdzięcznym ruchem odrzuciła błękitną wstążkę słomkowego kapelusza, spojrzała na mnie z przelotnym uśmiechem i zwróciła oczy na książkę. Ukłoniłem jéj się i, przystanąwszy na chwilę, poszedłem daléj z ciężkiém sercem. „Que sui-je pour elle?“ — pomyślałem, nie wiem dlaczego po francuzku. Chód, znany mi dobrze, dał się słyszéć na ścieżce; obejrzałem się — ojciec szedł ku mnie lekkim, elastycznym krokiem. — To księżniczka? — zapytał. — Księżniczka. — Zkąd wiesz? — Widziałem ją dzisiaj zrana, kiedy byłem u nich. Ojciec przystanął, potém zawrócił nagle na pięcie i oddalił się szybko drogą, którą przyszedł. Mijając Zeneidę, ukłonił się jéj grzecznie. Ona oddała ukłon z wyrazem zdziwienia i opuściła rękę z książką. Widziałem, jak przystanąwszy, odprowadzała go wzrokiem. Ojciec ubierał się zawsze bardzo wytwornie, trochę oryginalnie i z wyszukaną, jemu tylko właściwą prostotą, nigdy jednak przedtém postać jego nie wydała mi się tak piękną, nie wiedziałem nawet, że popielaty kapelusz może wyglądać tak dobrze na czarnych, lekko przerzedzonych włosach. Chciałem się teraz zbliżyć do Zenejdy, ale nie spojrzała na mnie, podniosła znowu książkę i oddaliła się zwolna, czytając.
ROZDZIAŁ VI.
Cały wieczór i następny ranek przepędziłem w jakiémś niemém pognębieniu. Pamiętam, że chciałem nawet zabrać się do pracy, wziąłem Kajdanowa, lecz napróżno wpatrywałem się w wyrazy i przerzucałem stronnice. Sto razy przeczytałem zdanie: „Juliusz Cezar był mężny wojownik i wódz znakomity,“ ale nic nie rozumiałem i w końcu rzuciłem książkę. Przed obiadem uperfumowałem się znowu, włożyłem krawat i mundurek. — A to po co? — zapytała matka, zaledwie zeszedłem nadół. — Nie jesteś jeszcze studentem, i Bóg wie, czy zdasz egzamin. Kurtka nowiuteńka i już ci nie dobra? — Goście będą — szepnąłem z rozpaczą. — Goście!... Głupstwo. Co za goście? Trzeba się było poddać, wziąłem kurtkę, lecz pozostałem w krawacie i krochmalonym gorsie. Księżna z córką zjawiły się na pół godziny przed obiadem; stara miała szal żółty na znanéj mi zielonéj sukni i wysoki, staromodny czepiec z ognistemi wstążkami. Zaczęła natychmiast mówić o swoich wekslach i procesach, skarżyła się na biedę, wzdychała, ale była zupełnie swobodną, nie przybierała żadnych tonów, kręciła się na krześle i głośno zażywała tabakę. Widocznie nie myślała o tém, że jest księżną, i nie czuła się obowiązaną pamiętać o swym tytule. Za to Zeneida zachowywała się bardzo poważnie, prawie wyniośle, jak prawdziwa księżniczka. Twarz jéj była spokojną, chłodną, nieruchomą, inny uśmiech, inne spojrzenie. Zaledwie mogłem ją poznać, choć w tym charakterze wydała mi się znowu nieskończenie piękniejszą. Miała na sobie lekką, blado niebieską sukienkę, włosy zwinięte w loki i po angielsku spadające wzdłuż twarzy na ramiona. To uczesanie odpowiadało zupełnie spokojnemu i chłodnemu wyrazowi jéj twarzy. Ojciec siedział obok niéj i z właściwą mu wytworną i wyszukaną grzecznością zabawiał swoję sąsiadkę. Rzadko spoglądał na nią, i ona téż rzadko podnosiła nań spojrzenie dumne, dziwne, nieprzyjazne prawie. Rozmawiali po francuzku i zadziwiła mię czystość jéj akcentu i swoboda, z jaką władała tym językiem. Księżna jadła dużo, chwaliła potrawy i gadała bezustannie, matka zmęczona odpowiadała jéj od czasu do czasu niedbale, z cierpiącym wyrazem twarzy, ojciec nieznacznie brwi marszczył. Zeneida także nie podobała się matce. — Dumna lalka, — wyraziła się o niéj nazajutrz, — pyszni się, jakby miała czém naprawdę — „avec sa mine de grisette!“ — Zdaje się, żeś nigdy nie widziała gryzetki, — zauważył ojciec. — Dzięki Bogu. — Tak, dzięki Bogu... lecz zkądże możesz o nich sądzić? Na mnie Zeneida nie zwracała żadnéj uwagi. Po obiedzie księżna pożegnała nas wkrótce. — Polecam się łaskawym względom i protekcyi, Maryo Mikołajówno i Piotrze Andrzejowiczu, — mówiła, zwracając się kolejno do matki i ojca. — Cóż robić! Było kiedyś inaczéj, a dzisiaj — ot pani jaśnie oświecona! — zaśmiała się głośno i nieprzyjemnie. — Co po tytule, gdy pustki w szkatule, wielka mi cześć, gdy niéma co jeść! Ojciec ukłonił się z uszanowaniem i odprowadził ją do drzwi. Ja stałem w przedpokoju w swojéj krótkiéj kurtce, patrząc w ziemię, jak skazany na śmierć. Obejście ze mną Zeneidy dobiło mię ostatecznie, lecz jakież było moje zadziwienie, kiedy przechodząc, szepnęła prędko i cicho, spojrzawszy dawnym uśmiechniętym i łagodnym wzrokiem: — Przyjdź pan do nas o 8-éj, koniecznie, koniecznie... Poruszyłem rękoma, ale już zniknęła, zarzuciwszy białą koronkę na głowę.
ROZDZIAŁ VII.
Punkt o 8-éj w tużurku, z podczesanym czubem, wchodziłem do przedpokoju nizkiéj oficynki. Stary Bonifacy spojrzał na mnie ponuro i niechętnie podniósł się z ławki. Z sali dochodziły tu wesołe głosy. Otworzyłem drzwi i nagle zatrzymałem się zdumiony. Na środku pokoju, na krzesełku stała Zenejda z męzkim kapeluszem w ręku; — dokoła niéj cisnęło się, kręciło kilku mężczyzn, usiłując sięgnąć do kapelusza, który ona podnosiła coraz wyżéj, potrząsając nim mocno i złośliwie spoglądając nadół. — Zaczekajcie panowie, — zawołała, ujrzawszy mię natychmiast, — jeszcze jeden gość, i jemu musimy dać bilet. Lekko zeskoczyła z krzesła i ujęła mię za klapę tużurka. — Pójdźże pan, — rzekła, — czego tutaj stoisz? Messieurs, pozwólcie, pan Waldemar W., syn naszego sąsiada... Hrabia Malewski — dodała, zwracając się do mnie i kolejno przedstawiając swoich gości: doktór Łuszyc, poeta Majdanów, były kapitan Nirmacki i huzar Białouzorow, którego pan już widziałeś. Proszę o życzliwość i zgodę. Byłem tak zmieszany, że nawet się nie ukłoniłem. W doktorze poznałem zaraz tego samego bruneta, który mię tak bez litości zawstydził przy pierwszém spotkaniu; inni, oprócz huzara, byli mi obcy zupełnie. — Hrabio — się Zenejda, proszę napisać bilet dla ms. Waldemara. — To niesprawiedliwie — odparł , wykwintnie ubrany, piękny brunet, z czarnemi oczyma, kształtnym nosem i delikatnym wąsem nad drobnemi ustami. — Pan Waldemar do gry nie należał. — Niesprawiedliwie! — powtórzył chórem Białouzorow i były kapitan, mężczyzna czterdziestoletni, potwornie dziobaty z wielką kędzierzawą głową i krzywemi nogami, nizki, krępy w wojskowym mundurze, lecz bez pasa i epoletów. — A to co? — zawołała księżna. — Proszę natychmiast pisać bilet! Bunt?... Pan Waldemar dzisiaj tu pierwszy raz i prawo nie stosuje się do niego. Niéma co, proszę pisać, taka moja wola! Hrabia ruszył ramionami, lecz pokornie pochylił głowę, wziął pióro , delikatną rękę, ozdobioną pierścionkami, i zaczął coś pisać na kawałku papieru. — Pozwólże pani przynajmniéj wytłumaczyć panu Waldemarowi, o co chodzi — odezwał się doktór Łuszyn ze złośliwym uśmiechem. — Widzisz, młodzieńcze, gramy tutaj w fanty — dodał, zwracając się do mnie. — Księżniczka zasłużyła na karę, i kto wyciągnie dobry bilet, będzie miał prawo pocałować ją w rękę. Rozumiesz pan? Spojrzałem tylko na niego, lecz nie poruszyłem się z miejsca, byłem odurzony, a Zeneida tymczasem wskoczyła znów na krzesełko i zaczęła potrząsać kapeluszem. Otoczono ją kołem, ja pośpieszyłem za innymi. — Majdanow — odezwała się do wysokiego szczupłego młodzieńca, o maleńkich oczkach i długich, czarnych włosach, spadających na ramiona, — pan, jako poeta, powinieneś być wspaniałomyślnym i odstąpić swój bilet ms. Waldemarowi, aby mu dać szansę podwójną. Ale Majdanow potrząsnął głową przecząco, aż włosy uderzyły go po szyi. Sięgnąłem do kapelusza ostatni, biorę bilet, rozwijam... o Boże! co się ze mną dzieje? Na białéj kartce widzę słowo: Pocałunek! — Pocałunek! — zawołałem głośno. — Brawo! wygrana! — zaśmiała się księżniczka. — Ach, jak się cieszę, jak się cieszę! Zeszła z krzesełka i tak słodko spojrzała mi w oczy, że aż serce na chwilę uderzać przestało. — A pan rad jesteś? — — Ja? — wyjąkałem... — Sprzedaj mi pan swój bilet! — huknął mi nagle tuż nad uchem Białouzorow. — Dam ci sto rubli! Lecz odpowiedziałem mu takiém spojrzeniem, że Zeneida klasnęła w dłonie, a Łuszyn zawołał głośno: — Zuch chłopiec! — Jako mistrz ceremonii, — dodał, zwracając się do mnie, obowiązek przestrzegać, aby się wszystko odbyło według regulaminu. Ms. Waldemar, proszę klęknąć na jedno kolano, taki u nas zwyczaj. Zeneida stała przedemną z głową lekko pochyloną, jakby po to, aby lepiéj mię widziéć, i z powagą podała mi rękę. Pociemniało mi w oczach; chciałem przyklęknąć na jedno kolano, ale padłem na obadwa i tak niezgrabnie dotknąłem jéj ręki ustami, że udrapałem się w nos o paznogieć. — Dobrze! — zawołał Łuszyn i dopomógł mi powstać. Gra w fanty ciągnęła się daléj, Zeneida posadziła mię przy sobie i zwracała się do mnie co chwila spojrzeniem albo uśmiechem. Ile tam było wrzawy, współubiegania, zazdrości, tryumfów i upokorzeń! Co za kary obmyślała! Wpadło jéj np. na myśl, „być posągiem,“ i za piedestał wzięła sobie potwora Nirmackiego. Kazała mu plackiem położyć się na ziemi i twarz przycisnąć do piersi! Gwar i śmiech nie ustawały ani na minutę. Wychowany samotnie w cichym, spokojnym, poważnym pańskim domu, gdzie ściśle przestrzegano zasad etykiety i pozorów przyzwoitości, upiłem się poprostu tym hałasem, tą swobodą i weselem, tym brakiem wszelkiéj ceremonii w obejściu z obcymi ludźmi. Uderzyło mi to do głowy, jak wino. Zacząłem także mówić i śmiać się głośniéj od innych, i wpadłem wkrótce w taki zapał, że nawet stara księżna, naradzająca się w drugim pokoju z jakimś dozorcą od Iwerskiéj bramy, przyszła zobaczyć, co się dzieje. Ale byłem już wówczas tak szczęśliwy i rozbawiony, że kpiłem z całego świata, i żadne sądy i krzywe spojrzenia nie oddziaływały na mnie. Ba, nie widziałem ich nawet! Zeneida okazywała mi ciągle pierwszeństwo i trzymała blizko siebie. Raz posadzono nas obok i nakryto razem jedwabną chusteczką. Miałem jéj wyznać „swój sekret.“ Pamiętam, jak nasze głowy znalazły się we mgle półprzezroczystéj, dusznéj i pachnącéj, jak w tym mroku blizko świeciły jéj oczy, gorąco oddychały usta, bieliły się drobne ząbki, a koniuszczki złotych włosów dotykały méj twarzy, drażniąc i paląc, jak iskry. Milczałem; ona uśmiechała się tajemniczo i podstępnie. — No, i cóż? — szepnęła, pochylając się ku mnie, a ja czerwieniłem się tylko i śmiałem nerwowo, zaledwie mogąc oddychać. Nakoniec znudziły nas fanty i zaczęliśmy bawić się w pierścionek. O Boże, Boże, jakiż byłem zachwycony, gdy zagapiwszy się, poczułem na ręce uderzenie jéj drobnych paluszków! I jak późniéj umyślnie udawałem roztargnienie, a ona drażniła się ze mną i „na złość“ nie dotykała moich rąk podstawionych! Czegośmy nie wyrabiali w ciągu tego wieczora! Graliśmy na fortepianie, tańczyli, śpiewali, przedstawiali żywe obrazy, cyganów. Nirmackiego przebrali za niedźwiedzia i napoili słoną wodą, hrabia wziął karty i pokazywał nam różne zabawne sztuczki, stasował je i rozdał w ten sposób, że dostały mu się wszystkie „atu.“ Łuszyn „winszował“ mu zręczności; Majdanow deklamował wyjątki ze swego poematu „Zbójca,“ (było to w epoce romantyzmu), który miał zamiar wydać w czarnéj okładce, z krwawemi literami tytułu. Dozorcy od Iwerskiéj bramy ukradziono czapkę i za wykup kazano mu tańczyć kozaka. Bonifacego przybrano w czubaty czepiec, a księżniczka włożyła męzki kapelusz. Ktoby tam zresztą wyliczył wszystko!... Biełouzorow tylko trzymał się na uboczu, gniewny, nachmurzony, milczący... Chwilami oczy jego połyskiwały krwawo, czerwienił się, zaciskał zęby, i można było przypuścić, że rzuci się na nas i jak suche drzazgi poroztrąca na wszystkie strony, lecz Zeneida spoglądała na niego, groziła mu paluszkiem, i spuściwszy powieki, powracał znowu do kąta. Nakoniec zmęczyliśmy się wszyscy. Sama księżna, chociaż była „wytrzymała“ i znosiła nasze krzyki z drewnianym spokojem, — okazała się przecież także już znużoną i zapragnęła spoczynku. O dwunastéj podano , składającą się z kawałka suchego sera i pasztecików z wieprzowiną, które smakowały mi lepiéj od najwyborniejszych frykasów. Podano téż wino w butelce, szczególnego kształtu z szeroką szyjką. Wino wyglądało, jak różowa farba, ale nikt go nie tknął, więc nie zaszkodziło nikomu. Zmęczony, ale szczęśliwy niewypowiedzianie wyszedłem z nizkiéj oficynki. Na pożegnanie Zeneida mocno ścisnęła mi rękę i uśmiechnęła się znów tajemniczo. Ciężkie i wilgotne powietrze owiało mi twarz rozpaloną: zanosiło się na burzę. Czarne chmury gromadziły się i rosły, ciężko sunąc po niebie i zmieniając bezustannie kształty i kontury. Wiatr niespokojny zrywał się od czasu do czasu, a daleko za horyzontem grom pomrukiwał głucho, niewyraźnie, niby utajona groźba. Przez kuchnię wszedłem do domu i wsunąłem się cicho do swego pokoju. Służący spał na podłodze i musiałem przez niego przestąpić; obudził się i ujrzawszy mię, powiedział, że matka gniewała się bardzo i chciała znów posłać po mnie, ale ojciec nie pozwolił. Nigdy jeszcze dotąd nie udałem się na spoczynek, nie powiedziawszy jéj „dobranoc,“ ale nie było już rady. Chciałem sam zostać jaknajprędzéj i odprawiłem służącego, mówiąc, że sam się zaraz rozbiorę i położę. Zgasiłem świecę, ale nie myślałem się rozbierać. Usiadłem na najbliższém krześle i siedziałem tak długo nieruchomy, oczarowany. Nowe, nieznane a słodkie uczucie opanowało mię zupełnie... Doznałem dziwnych wrażeń, patrząc przed siebie bezmyślnie, oddychając powoli, śmiejąc się cicho chwilami pod wpływem radosnych wspomnień, to znów zamierając i czując dreszcz chłodny na myśl, że jestem zakochany, że to miłość, owa miłość wymarzona... Twarz Zeneidy unosiła się przedemną, płynęła w mgle srebrnéj, płynęła — lecz nie znikała. Jéj usta uśmiechały się wciąż tajemniczo, oczy spoglądały na mnie z boku pytająco, tęskno, pieszczotliwie... jak przy rozstaniu. Nakoniec wstałem, na palcach zbliżyłem się do łóżka, i się, nie rozbierając, ostrożnie, jakby z obawy, aby nie rozwiać uczuć i obrazów, przepełniających mi duszę... Leżałem z otwartemi oczyma... Niezadługo jednak spostrzegłem jakieś słabe, gasnące blaski, które od czasu do czasu rozjaśniały ciemności nocy... Podniosłem się i przytomnie spojrzałem na okno: czarna rama rysowała się wyraźnie na tajemniczém światłem połyskujących szybach. Burza, — przyszło mi na myśl, i była to istotnie burza, ale daleka, tak, że gromu nie było słychać zupełnie. Na niebie tylko bezustannie zapalały się blade, długie błyskawice, i gasły za horyzontem. Nie zapalały się nawet i nie gasły wcale, lecz drżały i podnosiły się tylko, opadając chwilami, jak skrzydła ranionego ptaka. Zbliżyłem się do okna i patrzałem na niebo, burzę, chmury, błyskawice; stałem i patrzałem tak do rana... Biały, drgający blask na horyzoncie nie znikał ani na sekundę, możnaby go nazwać jedną, nieskończoną, olbrzymią, trwałą błyskawicą. W tém oświetleniu widziałem znane mi piaszczyste pole, ciemną masę ogrodów w Nieskuczném, i żółtawe dachy odległych budynków jak gdyby drgające także przy każdym nowym wybuchu... Patrzałem na to wszystko i nie mogłem się oderwać; te milczące, nieme błyskawice, te odległe światła, wstrzymane jakąś nieznaną potęgą, zdawały się odpowiadać tajemniczym porywom, jakie czułem we własnéj duszy. Blady poranek zaświtał nareszcie, zorza ukazała się różowemi plamami. Błyskawice pobladły i stawały się coraz krótsze: ich drgnienia powtarzały się w dłuższych odstępach, nakoniec ustały całkiem, znikły wobec jasnego, trzeźwego blasku słońca... I w duszy mojéj zgasły niespokojne, tajemnicze błyskawice. Uczułem wielkie zmęczenie i spokój... tylko obraz Zeneidy jasno i tryumfująco unosił się wciąż przedemną. Lecz i on innym był teraz: spokojniejszym i jaśniejszym. Jak biały łabędź, wzlatający po nad błota sitowia, tak on wzniósł się i odłączył od innych postaci, i raz jeszcze zasypiając, westchnąłem ku niemu z uwielbieniem i ufnością bez granic... O słodkie, błogie uczucia, ciche dźwięki duszy wzruszonéj, radosne porywy serca i tęsknoto pierwszéj miłości, gdzieżeś, ach, gdzieżeście wszystkie!?...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Pierwsza miłość.
