Read here

Pan z panów

Józef Ignacy Kraszewski · 1886 · Free in the US

69,269 words · about 4 h 51 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1886 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pan_z_panów&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1886
Length
69,269 words · about 4 h 51 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 26 min
  3. I about 11 min
  4. II about 25 min
  5. III about 7 min
  6. IV about 10 min
  7. V about 12 min
  8. VI about 1 h 19 min

Continue:

Front matter

PAN Z PANÓW.

O.

PRZEZ

całość

PAN Z PANÓW.

O.

PRZEZ

J. I. KRASZEWSKIEGO.

A.

NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.

6.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 27 Марта 1886 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Krakowskie-Przedmieście Nr. 66.

W ganku dworu starego, otoczonego wyniosłemi lipami, przed którym trawnik zielony szeroko się rozlegał — na ławce, z robótką w ręku, którą złożyła na kolanach, zamyśliwszy się — siedziała nie młoda pani. Odblask słońca zachodzącego oświecał łagodnie twarz jej pięknych niegdyś rysów, dziś zwiędłą, zbladłą, ale wyrazu łagodnego, który, choć smutnym był, mówił o tem, że w duszy chrześciańska rezygnacya błogi pokój przyniosła. Z rękami założonemi patrzała ku drodze, która wiodła ku dworowi, wysadzana brzozami, wierzbami i topolami na przemiany. Dwór i co go otaczało miało ten wyraz dostatku, który ład i praca daje. Nic tu pańskiego nie było, nic wielką znamionującego zamożność — ale wszędzie widniał porządek i ten dobry smak, który nie potrzebuje środków zbytkowych, aby się objawić. Nieznajomy, przybywając, musiał czuć że w kątku tym błogo było mieszkańcom i że oni czuli to i cenili. Z zamiłowaniem pielęgnowane było wszystko, od najpospolitszego drzewka do kwiatków, co dom otaczały! Żyły one raźno i bujnie. Dwór nie piękny, ale wzniesiony niegdyś ze staraniem o trwałość, krzepko się trzymał, choć wysoki dach jego i charakter całej budowy dość go już starym czyniły. Zieloność, kwiaty, niezmierna czystość zdobiły go i czyniły miłym. Stał między dziedzińcem a ogrodem, połączonemi z sobą; oboje śliczne drzewa rozrosłe o szeroko rozpostartych konarach zdobiły. Po za niemi kryły się nowsze, równie trwałe a z prosta wzniesione budynki folwarczne i gospodarskie. Nie widać było między niemi żadnych wymuszonych przyczółków gotyckich i pseudo-klasycznych, które niesmaczna pretensya czepia często do obór i stajen, aby się świątyniami wydawały. Wszystko tu wyglądało trochę ze staroświecka, lecz wyidealizowane starannością wykonania i utrzymania. Wieczór późnego lata był prześliczny. W powietrzu czuć było jesień nadchodzącą, woń pól zżętych, ostatnich łąk pokoszonych i jakby dojrzewających owoców. Każda bo roku pora ma swój właściwy zapach i powietrze, począwszy od pierwocin wiosennych do zamrozków, oznajmujących zimę. A jesienne wyziewy mogą niemal walczyć z wiosennemi, choć zupełnie innego są rodzaju. Siedząca w ganku, wpatrzona w dal kobieta zdawała się używać w pełni ciszy i blasków tego wieczora letniego, uspokojonego jak wiek, którego dożyła. Usta jej były jakby do uśmiechu złożone; na siwych przedwcześnie, gładko przyczesanych włosach odbijał się złoty promyk zachodu i dawał im blask jakiejś aureoli. Skromna suknia czarna osłaniała postać, której wiek nie przygiął, lata nie przekształciły. Zachowała ona dawną siłę swą i pewien wdzięk linij szlachetnych. Jak twarz tak wszystko w tej pani wybraną istotę znamionowało. Była to owa matrona a matka rodu, jakich tyle widzimy w dziejach familij naszych; miała powagę niemal starej matki Rzymianki i jej surowość niewzruszoną. Coś patrycyuszowskiego uderzało w niej pomimo skromnego ubrania, otoczenia nie pańskiego, w jakiem się znajdowała, i tej wiejskiej, szlacheckiej zagrody, na której ławie odpoczywała. Panią w niej widać było — panią duchem wielkim, siłą woli i cnotą — tylko nieposzlakowany żywot i czyste sumienie mają taką powagę, takie czoła jasne, takie oczy śmiało patrzące w świat. Wśród zadumy, wśród ciszy, ledwie dosłyszany tentent kłusującego konia obudził ją, spojrzała drodze i uśmiechnęła się, pomiędzy drzewy widząc przemykającego jeźdźca, który ku dworowi pośpieszał. Na dosyć pięknym miernego wzrostu szpaku, który jak wszystkie polskie konie, miał w sobie coś charakteru wschodniego, — ubrany w szarą z zielonem sukmankę, jechał dorodny młodzieniec, łatwo i zręcznie wiodący konia... Nie był to wcale idealnej piękności bohater powieściowy, ale zdrów, ogorzały, silnie zbudowany, męzkiego oblicza człowiek, lat około trzydziestu. Twarz miał bardziej charakterystyczną niż zbyt klasycznych i regularnych rysów — oczy piwne, rozumne, bystre, usta nadające fizyognomii wyraz energiczny, czoło dosyć wyniosłe, myślące. Nic w nim wytwornisia i salonowego młodzieńca nie dozwalało się domyślać, chociaż i ta twarz niemal pospolita, postawa i ruchy pełne były wrodzonej jakiejś szlachetności i wdzięku. Zdala wjeżdżając w dziedziniec, pozdrowił siedzącą w ganku, zawrócił w bok do stajni, zeskoczył z konia i spiesznym krokiem, bijąc się szpicrutą po długich butach, zbliżył do ganku. Pocałowanie w głowę, na które odpowiedziano pocałunkiem w rękę, kazało się matki i syna domyślać. Siadł zaraz na ławce przy niej i zdjąwszy czapeczkę, otarł czoło uznojone. — Gdzieżeś ty był? — spytała go miłym głosem zwracając się doń kobieta. — A, niech się mama spyta, gdzie nie byłem — odpowiedział wesoło przybyły. — Obleciałem prawie całą Rudę i kawałek Rudki... Wiele robót chciałem obejrzeć, w wielu miejscach choćby pokazać się dla tego, aby widziano, że ich nie zaniedbuję. Wszędzie się coś znajdzie do poprawienia i dozorowania. Ludzie są ludźmi, nie wielu z nich sumienie starczy za pańskie oko... — Ale bo ty z tą gorliwością — rzekła matka — trochę przesadzoną, zamęczasz się, mój Guciu. Gospodarstwo idzie dobrze... — Właśnie dla tego, że ja go z oka nie spuszczam — mówił Gucio. — Mnie to nie męczy, owszem zajmuje... — Mógłbyś więcej książką się zająć, ogrodem a i mnie tak samej nie rzucać — czule odezwała się matka. Za całą odpowiedź Gucio w rękę ją pocałował. Matka ciągnęła dalej: — Mój Boże! mój Boże! aż mi się serce ściska, gdy pomyślę, że ty, ty — senatorskie dziecko, potomek hetmanów i pan z panów, na tych mizernych trzech folwarczkach prowadzić musisz życie tak skromne. — Kochana mamo! — wesoło rzekł Gucio — mnie to bynajmniej nie trapi! Majątku nie straciliśmy marnotrawstwem, poszedł on w ciężkich czasach na ofiarę — wstydzić się nie mamy czego. Niedostatku nie mamy a powróciliśmy do tego stanu, z którego przed wieki praca i zasługi dziadów nas wyprowadziły. — Zwykła to kolej rzeczy ludzkich, iż jedne rodziny wznoszą się, drugie upadają. — A ja — dodał ochoczo — ręczę mamie, że, gdy pogospodaruję a Pan Bóg dopomoże, z tych folwarczków trzech, zrobię pięć i sześć. Matka zadumana patrzała na ławkę. — Szkoda ciebie na taką robotę! — rzekła. — A! szkoda! Masz i umysł i serce godne szerszego pola do pracy! Bóg mi dozwolił wychować cię tak, jakbyś daleko, daleko wyższe miał zająć stanowisko! Westchnęła. Syn jakby czuł, że potrzebowała pociechy, począł tonem wesołym: — A! mateczko kochana! Ja na te wielkości ludzkie innem patrzę okiem, nie mam do nich smaku. Znajduję stanowisko moje zupełnie odpowiedniem moim zdolnościom i wychowaniu. Doskonale mi jest! Nie pragnę więcej. Stanowisko w świecie wymaga ofiar, tu ja jestem swobodny zupełnie... no — i — szczęśliwy!! Matka oczy na niego podniosła, uśmiech łagodny przebiegł po jej ustach. — Ale — czyż szczęśliwy?? Drżący jej głos wyrażał pewną wątpliwość. — A! mogę powiedzieć, że zupełnie szczęśliwy! Podniesioną z lekka ręką matka zakreśliła krzyżyk w powietrzu i odetchnęła wolniej. Na ganek wchodziła właśnie w tej chwili jejmość, tegoż wieku co pani domu lub mało co starsza, ale twarzy i wyrazu całkiem różnego. Była to kobieta otyła dosyć, ospowata nieco, rysów pospolitych, dobrodusznością jakąś odznaczających się. Uśmiech na ustach zdawał się do nich przyrosły, oczki też zmrużone ciągle były niby uśmiechnięte. Pęk kluczów w ręku był godłem obowiązków, jakie tu sprawiać musiała, lecz swoboda, z jaką weszła i przybliżyła się do pani domu — mówiła razem o serdeczniejszym, poufalszym stosunku... Wpatrując się w tę twarz wesołą, nie nawykłą do dźwigania troski na sobie, dostrzedz było można, iż coś nadzwyczajnego zwykły jej pokój nadwerężyło. Nie był to żaden smutek i strapienie — lecz niby trwoga i poruszenie, które pani Bogucka usiłowała, jak umiała, ukrywać. — Uśmiechała się jeszcze wyraziściej niż zwykle; lecz zakłopotanie znać było w . Poprawiała gorączkowo czepek, suknią i pasek, klucze obracała niecierpliwie w ręku. Jedno spojrzenie na nią zdradziło pani domu ten stan nienormalny. — Ale cóż to ci, Bogusiu moja? — z uśmieszkiem spytała pani — jesteś poruszona? Czy ulubione kanarki! czy gołębie! czy ten twój kogut złotopióry doznał jakiego szwanku?... — A! nie! nie! — szybko odpowiedziała, przysiadając się na ławce Bogucka. — Niech pani wierzy, nic mi nie jest! nic a nic!... Zmęczyłam się trochę! Pani zmierzyła ją wzrokiem i pokręciła głową. — Już ty mi nie mów, ja cię znam! — odpowiedziała po cichu. Bogucka i ramionami wzruszyła i głową potrząsła, nie mogąc jednak otrząsnąć z siebie tego wyrazu, jaki z sobą przyniosła. Chcąc zagadać i uwagę odwrócić od siebie, wtrąciła: — Ale jakiż dziś wieczór śliczny! Pan August potwierdził to i dodał, że w lesie i na łąkach woń była prawie wiosenna. Nie znaleziono już mówić o czem, ale pani domu z ukosa przypatrywała się ciągle swej pomocnicy. Ta zdawała się namyślać nad czemś, przygotowywać do czegoś, czekać jakby na coś. Wzrok jej na bocznej drożynie, która prowadziła do wsi, gdzie z między drzew widać było wieżyczkę kościołka wiejskiego, błądził ciągle niespokojny. — Kazałaś dawać herbatę? — zapytała gospodyni. — Jak tylko hrabia August powrócił, zaczęto nakrywać — szybko odezwała się Bogucka. Gdy to mówiła, lica jej się rozjaśniły, na drożynie od wioski ukazała się ciemna postać człowieka, przybliżającego się ku dworowi. Na tle jaśniejszego nieba rysowała się sylwetka, dająca rozpoznać nieco pochylonego mężczyznę w kapeluszu z szerokiemi skrzydłami i laską w ręku. — Zdaje mi się, że ksiądz proboszcz idzie! — odezwała się Bogucka. Pan August spojrzał. — Ale cóż poczciwego naszego kanonika mogło o tej porze sprowadzić? — zapytała pani. — To nie jego godzina. Zwykle przychodzi wcześniej, a to właśnie pora jego pacierzy. — Wieczór tak piękny! — odezwała się Bogucka. Kanonik zbliżał się, widać go już było, gdy z po za drzew ocieniających go wystąpił, — był to staruszek żwawy, przygarbiony nieco, twarzy rumianej, z włosami siwemi... Zdala zdjąwszy kapelusz, witał nim i rękami kolatorów. August wyszedł naprzeciw niego. — Księdza kanonika dobrodzieja — zawołał — czekamy z herbatą! — Ja już po wieczerzy! ze staroświecka mój krupniczek zjadłem o zachodzie słońca — odezwał się miłym głosem kanonik. Tem bardziej zagadkowemi stały się te odwiedziny dla hrabinej matki, która wstała też, podchodząc do wschodów, na które staruszek wstępował... Był poruszony, może nieco szybkim chodem , a że wieczór dość był ciepły, siadłszy, musiał trochę odetchnąć. Oczyma potoczył — i odezwał się głosem, w którym drgało wewnętrzne wzruszenie. — Mieli państwo co z poczty? są jakie nowe wiadomości... — Dziś ani poczty, ani wieści żadnych nowych nie mieliśmy — poczęła pani domu, trochę zaciekawiona. — A ksiądz kanonik? Zapytanie to zmięszało staruszka. — Ja też nie wiem nowego tak dalece nic — rzekł z cicha — nie... był tylko u mnie Pańkowski, ten obieżyświat, co ma zawsze torbę plotek pełną. Ten mi tam różnych andronów nagadał. Patrzano na księdza z ciekawością, ale ten urwał nagle. Przenikliwa pani domu zaczęła podejrzywać kanonika, iż coś wiedział, co się bliżej ich tyczyć mogło, nie umiejąc domyśleć, coby to było. Hrabina i jej syn, choć krwią i mieniem do całego arystokratycznego świata należeli i mogliby byli mieć stosunki rozległe, ani ich szukali, ni się starali utrzymać. Rzadko bardzo odwiedzał ich ktoś z powinowatych i krewnych. — Ciekawego co przywiózł kanonikowi Pańkowski? — zapytała hrabina. — Androny! androny! — zamruczał staruszek. Chwilkę się zawahał. Bogucka zdala zdawała mu się dawać jakieś znaki, które wprzód dostrzegł hr. August, niż staruszek. Zdumiało go to mocno. Kanonik nie polityk, widocznie coś przyniósł, z czemś przyszedł, czego zręcznie powiedzieć nie umiał. Czoło staruszka oblewało się potem rzęsistym, który chustką ogromną, kraciastą ocierał i wzdychał. Przygotowanie niezręczne żywą obudziło ciekawość i niepokój w hrabinie i jej synu. — Gdyby to, co mi plótł ten Pańkowski, prawdą być miało — odezwał się stary — juściżbyście państwo o tem wiedzieli pierwsi. Matka i syn spojrzeli po sobie. — Już to w ogóle — odparła hrabina spokojnie — my księże kanoniku i nie bardzo nowin jesteśmy ciekawi — i nie zbyt obficie nas one dochodzą! — Ja to wiem... wiem, rzekł staruszek, ale... Tu zawahał się trochę i, jakby pozbywając ciężaru, dokończył: — Bo to się państwa tyczy! Uśmiech wyrazom towarzyszący dowodził, że bądź co bądź w tej wiadomości nic złego tkwić nie mogło. Hr. August wstał wzruszony nieco. — Cóż to może być? — zapytał wzruszony — nas? się tyczącego?... — A, tak! — rzekł prawie wesoło proboszcz. — Tylko to oczywiście bajka, bo jużbyście państwo byli zawiadomieni. — Ale o czemże? o czem? — zawołała hrabina. Pot lał się z czoła kanonikowi obficiej jeszcze, usta się skrzywiły i uśmiechały a wiadomości, z którą przybył, wykrztusić nie mógł. Bogucka palce sobie wyłamywała, bo jawnie i oczywiście była w spisku z kanonikiem, rachowała na jego takt i doświadczenie a zgorszoną była niezręcznością, z jaką posłannictwo swoje spełniał. — Plotka! oczywiście plotka! — zamruczał staruszek. — Mówią, że hrabia Franciszek Ksawery umarł!! Hrabina krzyknęła bijąc w dłonie; August rzucił się niemal oburzony tonem wesołym, z jakim kanonik to powiedział. Hrabia Franciszek Ksawery, rodzony stryj Augusta, był panem majoratu a raczej ordynacyi i osobistej fortuny ogromnej, która w razie bezdzietności jego miała spaść na tę linią, której August był głową. Człowiek był w sile wieku, wdowiec bezdzietny i właśnie zaręczył się niedawno z bogatą dziedziczką jakiegoś szląskiego magnata. Wiadomość ta przychodziła jak piorun, niespodziewana, do prawdy niepodobna. — To nie może być! — zawołała hrabina, której twarz okrył rumieniec a potem bladość nagła, a hrabia August dodał: — Niech Bóg nas od tego uchowa! Słowa te były wyrzeczone z tak głębokiem przekonaniem, z taką prawdą i uczuciem, iż kanonik osłupiał. — Tak! — powtórzył August — niech Bóg nas uchowa od tego nieszczęścia! Stryj Franciszek był rodzinie potrzebny, reprezentował ją godnie, byłaby to strata niepowetowana. — Ale ordynacya spadłaby na pana hrabiego! nieśmiało szepnął kanonik. — Właśnie od tego niech mnie Bóg uchowa! — gorąco odezwał się August. — Możecie mi wierzyć, księże kanoniku, iż mówię wam, co czuję (tu spojrzał na matkę). Nicby mi większej przykrości i boleści sprawić nie mogło nad tę wiadomość, gdyby być miała! Boże uchowaj! Boże ustrzeż! — powtarzał August. Matka patrzała nań zdumiona i drżąca, z wyrazem, w którym i ból się i radość mięszała. Wtem Bogucka, coraz bardziej drżąca i dająca oznaki niepokoju rosnące z każdą chwilą, wystąpiła gwałtownie naprzód. — Otóż... otóż — po co to już próżno w bawełnę obwijać... otóż... ja już muszę powiedzieć całą prawdę. Bo to darmo! bo te tajemnice na nic się zdały... Posłaniec z listami i z tą wiadomością z Zalesia już od trzech godzin tu jest... a ja go zamknęłam... bo — bo myślałam — że jużci państwo do tego przygotować trzeba! Bo to — prawda! Święta prawda! Umarł! umarł! I tam już na ordynacyi na naszego hrabiego czekają... Słowo daję! Słysząc to hrabina matka, zbladła bardziej jeszcze a Bogucka przygotowaną wcześnie poddała jej wódkę kolońską. Hrabia August stał jak wryty, osłupiony, zdrętwiały, i, gdyby go największe spotkało nieszczęście, nie okazałby się mocniej i smutniej wzruszonym. Ręce mu się załamały, głowę spuścił, milczał. Kanonik szeptał niepewnym głosem.. — Wola opatrzności! Wyroki Boże... Zrządzenie Najwyższego! Niech się państwo uspokoją... Zostawiwszy flakonik z wódką kolońską w ręku hrabinej, Bogucka wybiegła... Wkrótce po tem ukazała się z powrotem we drzwiach, cała drżąca, list trzymając w ręku, i ciągnąc za sobą człowieka, który szedł z twarzą dziwnie ułożoną, bo nie wiedział sam, czy smutnym się miał czy wesołym okazać. Ale listu nie było komu odebrać, ani człowieka badać, bo hrabina matka i syn pogrążeni byli jeszcze w tem niemem osłupieniu, w jakie ich ta piorunowa wiadomość wprawiła. Nie rychło podniosłszy oczy August zobaczył stojącego posłańca dworskiego, który przyszedł go w rękę pocałować a hrabinie do kolan się skłonił. — Kiedyż się to stało? słabym głosem odezwał się hrabia August. — Pozawczoraj wieczór, proszę jaśnie pana — wybąknął posłaniec. Nieboszczyk jaśnie pan powrócił z miasta i coś mu się zrobiło niedobrze. Doktór Winter chciał zaraz krew puścić, ale jaśnie pan nie dał. Aż tu po wieczerzy ruszyło go... i gdy Wintera ściągnęli a chciał krwi dobyć, już ani raz nie ciekła... Co robili... co wymyślali, nie było sposobu... Szlag taki, że Jezus, Marya nawet nie miał czasu powiedzieć! Rozpłakał się trochę opowiadający, wszyscy milczeli. — Pana rządcy Pawlickiego tylko co nie widać, bo miał jechać zaraz za mną... Hr. August dał znak ręką, aby odszedł. Milczenie głuche panowało długo w ganku, przerywane tylko proboszczowskiem. — Wola Boża! W małej salce jadalnej najpierwszej restauracyi miasta, urządzonej z wielkim przepychem osobliwego smaku, zdawna już nie zebrało się towarzystwo dystyngowańsze nad to, które tu jednego dnia jesieni roku 187... po obiedzie wypoczywało. Chociaż znajdujący się tu panowie pomiędzy sobą nie używali przysługujących im tytułów, wiedziała służba cała, że nie było pomiędzy nimi ani jednego, który by nie miał co najmniej prawa do tytułu choćby barona, jak każdy szlachcic polski. Większość należała o jeden stopień wyżej do dziewięcioperłowych a na okrasę znajdowała się jedna mitra świętego państwa rzymskiego. Być może, iż stan hipoteczny tych znakomitości prowincyi nie zupełnie odpowiadał świetności imion, lecz zaręczyć możemy, iż wszystkich ekwipaże, konie i służba nie robiła im wstydu. Salon też, w którym po obiedzie paląc cygara spoczywali porozkładani na sofie i krzesłach w postawach jak najdogodniejszych trawieniu, świadczył, że się nie skompromitowali lada parafiańskiem jadłem. Na stoliku kredensowym, począwszy od skorup wczesnych ostryg do wypróżnionych flaszek najlepszych firm i najsłynniejszych lat, wszystkie resztki dowodziły, iż obiad zadysponować umiano prawidłowie i spożyć go sumiennie. A jednak nie było to żadne uroczyste przyjęcie ani głośnego imienia ani wielkiej zasługi, ani żadne imieniny, ni obchód wygranego zakładu, ani oblewanie niedoszłego pojedynku, ale wprost sobie przyjacielski obiadek z pogadanką. Wszyscy ci panowie, których tu szczęśliwy traf sprowadził, liczyli się do mieszkańców wsi, mieli swoje rezydencye, pełnili honorowe funkcye wiejskich gospodarzy. Mówię honorowe, gdyż wszyscy o gospodarstwach swych mówić umieli doskonale, chwalili się niemi chętnie, lecz żeby który z nich istotnie gospodarzem był, o to nikt ich nie posądzał. Wszyscy byli nawykli do tego łatwego życia naszego, pozostałego z dawnych czasów, składającego się z przerozmaitego zabijania czasu i tracenia pieniędzy. Kiedy niekiedy patryotyczna ofiara dziesiątej cząstki tego, co się w kilka miesięcy w karty przegrywa, przyjęcie jakiej prezydencyi lub członkostwa w komitecie, starczyło na utrzymanie reputacyi obywatelstwa i ofiarności. W ciągu roku i tak było dosyć do czynienia, począwszy od mozolnego i kosztownego karnawału do wycieczki na jakieś morskie wybrzeże, wyścigi itp. W tych żywotach pańskich a próżniaczych kilka błyskotek zasłaniała czczość i próżnia. Podpierano czasem kościół, walczono przeciw szerzącemu się radykalizmowi, możnaż było więcej wymagać? Każdy, któremu zdawało się, że wziął na barki te dwa wielkie zadania społeczne — mógł i miał prawo od innych obowiązków się uwalniać. Bezkarnie sobie też pozwalał więcej niż inni, wiedząc, że mu to przebaczonem być musi. Było nawet wcale dobrą rachubą zapisać się w szeregi konserwatyzmu, aby mieć ustaloną sławę, której nic nadwerężyć nie mogło. Bez powszednich cnót o które inni starać się musieli, ażeby być znoszonymi w towarzystwie porządnych ludzi — oni wyśmienicie się obyć mogli. Należeli do obozu, który bronić ich musiał, choćby wybryk jaki popełnili. Z twarzy i postaci gości znajdujących się w salonie znać było, iż na obranem stanowisku żyło się nie źle. Wszystkie te oblicza, gdyby nie widoczne na nich znużenie, gdyby nie ślady wczesnego przeżycia się — ślicznie były pozaokrąglane, rumiane, zdrowe, promieniejące błogim spokojem. Żadna myśl głębsza, żadna troska zjadliwa, żadne uczucie gorętsze nie poorało im wyłysiałych, pięknych czół, nie ćmiło wejrzeń, nie odjęło ustom uśmiechu pełnego uprzejmości. Twarze to były piękne rysów szlachetnych a tak poczciwie bezmyślne jak niektóre greckie posągi. Towarzyszyły im też jak w tych posągach postawy nader kształtne, atletyczne budowy ciała, rycerskie ramiona i prawdziwie arystokratycznie zarysowane ręce białe, nóżki, jakichby im niemieckie panie mogły pozazdrościć. Starą krew widać było w tych bladych odbiciach postaci dziadów i pradziadów, którzy, z szablami przebiegając Europę, sławili się jako ostatni paladynowie z męztwa i czci rycerskiej. Na każde z nich jeszcze było można włożyć starą zbroję z pod Wiednia — i przystałaby do szerokiej piersi, — lecz ta pierś osłabła i znużona, nosićby jej nie potrafiła. Pierwszy z nich — hrabia Zenio (dajemy im poufałe imiona, jakich między sobą używali) leżący na kanapie z nogami wyciągnionemi na krześle, palący z takim wdziękiem doskonałe cygaro hawańskie, pomimo lat czterdziestu i kilku miał powierzchowność młodą jeszcze, spojrzenie zalotnicy, w ruchach coś miękkiego, kociego, jakby się chciał wśliznąć, nie potrącając nikogo. Twarz jego z oczyma niebieskiemi, oprawnemi cudownie była prześliczna a — nic a nic nie mówiąca, oprócz że na świecie dobrze mu było i że pragnął się na tem błogiem stanowisku utrzymać. Niegdyś pan ogromnego majątku, pomnożonego niemniej znacznym żony posągiem, hrabia Zenio trzymał się jeszcze, choć mocno zadłużony na dawnej stopie, ale już do koła niego cuchnęło nadchodzącą ruiną. Był to jeden z tych koryfeuszów prowincyonalnych, bez których się nic nie robi, którzy do wszystkiego służą, którymi się radzi wszyscy posługują — a oni — nie troszczą się o nic. Takiego wielkiego męża o mały dług zaczepić, któżby się ważył? Przytem hr. Zenio był dobry, bardzo dobry, pobłażający — a miał zasady zachowawcze głęboko wpojone, którym się nie sprzeniewierzał nigdy. Szedł za wskazówkami danemi z góry, za co w górze był ceniony, a i to coś też warte było, że sobą zajmował miejsca, któreby ktoś inny, niewygodny, mógł sobie przywłaszczyć. Kochali go więc prawie wszyscy, ale pomimo to samoistnej powagi nie miał — wiedziano, że jest dogodnem narzędziem. Przy nim cały na kanapie, z nogami na poręczu po amerykańsku, spoczywał typ wcale różny. Brunet szpakowaty, słusznego wzrostu, atletycznej postawy, w którym poznać było łatwo sportsmana. Ten był bardzo dobrego szlacheckiego, starego rodu a tytułu hrabiego używał tylko za granicą — na biletach zaś wizytowych perły rysować kazał — lecz hrabstwo przemilczał. Konie i psy były jego namiętnością, karty wytchnieniem po pracy na łowach i biegach. Zwano go Toni. Sekundantem w pojedynkach bywał chętnie. Mówił kilku językami doskonale a czytywał najczęściej francuzkie romanse i gazety. Na wyżywienie ducha całkowicie mu to starczyło. Majątek miał zadłużony, lecz cudem jakimś opędzał się wierzycielom. Co do zasad, otwarcie Toni należał do obozu zachowawczego, liczył się doń, stawał z nim, nie sprzeniewierzył mu się jawnie, jednakże miał pewne słabostki. Z ludźmi zasad zupełnie przeciwnych, gdy szło o karty, o konie i psy, gotów był nie tylko przestawać — ale prawie się kumać. Rzucało to cień na niego. Mówił i kłaniał się takim, od których inni uciekali. Mitra, książę, nie tutejszy był, przez zaślubienie bogatej dziedziczki do arystokracyi tutejszej się wcielił. Ten co do powierzchowności stanowił wyjątek. Chuderlawy, nie piękny, mały, rysów nie miłych, w których pańską była tylko pogarda jakaś, kwas, duma i sztywność: obracał się, chodził, podnosił ręce, jak lalka drewniana, za którą ktoś sznurki pociąga. — Patrząc nań, mimowolnie nasłuchiwało się, czy drewniane sustawy nie trzeszczą. Z siebie ubogi — pięknego imienia, które w ostatnich czasach Rzeczypospolitej świetnie jeszcze było reprezentowane — książę wyznawał zasady tak krańcowe, o opinią tak nie dbał, ludzi nie miłych sobie tak błotem obrzucał — iż musiano go uważać za silny filar gmachu, pod którego dach się zabłąkał. Znali go dawniej ludzie innym, lecz — zaślubiwszy ów posąg, z nim razem poślubił zasady, w imię których dopomożono mu do uzyskania go. Książę Edzio z nich wszystkich miał najwięcej pozornego wykształcenia, uchodził nawet za uczonego — gdyż często znajdowano u niego rozłożoną książkę poważnej treści. „Univers“ Veuillota był jego chlebem powszednim. Jeszcze jeden hrabia piękny, urodziwy, silny, budowy atletycznej, której tylko zbytnią już bujność zarzucić było można, nazywał się Sławek. Wesoły, odważny, elegant po trosze, chętny do stawania z bronią w ręku po stronie, której zasad nie rozumiał — dorabiał się popularności, którą niby udawał, że pogardza. Sam on chluby z tego szukał, że nigdy nic nie czytał — a że nie wiele myślał, o tem wiedzieli wszyscy. Napadał zawsze hałaśliwie na to, co się albo bronić nie mogło albo nie chciało. Gotów był czasem coś dobrego zrobić, ale z własnej fantazyi — i gdy czuł, że się to rozniesie. Hr. Sławka nikt nie brał na seryo, lecz że majętny był i dobrze mógł figurować, gdzie trzeba było ramion nie głowy, posługiwano się nim. Na ostatek bez tytułu, ale bardzo starego i pięknego imienia, przezywany czasem hrabią i nie protestujący przeciwko temu — stał w postawie rodyjskiego kolosu, wojskowej powierzchowności, z wąsami dużemi — Bercik. Obywatel niegdyś możny, dziś zrujnowany, obarczony rodziną, chodzący dzierżawami. — Bercik ciężki los swój lekko nosił. Ażeby się utrzymać w kółku, do którego niegdyś należał — gotów był na posługi wszelkie, i na stopie równości stał z matadorami. Lat przeszło czterdziestu, tancerzem był jeszcze zawołanym — grać lubił jak inni, umiał zaś lepiej niż wielu. Spojrzawszy po tem kółku, można było z postawy za wodza jego wziąć hr. Zenia. Miał prezydyalną powierzchowność, nikłe jednak książątko, nie dając znać po sobie, w istocie przewagę miało nad nim... Był to mały Machiavel drewniany — na skalę tego nie wielkiego świata. Reszta stanowiła chór, unisono odpowiadający koryfeuszom... — Widział go z was który? — mówił Zenio — poznał się? zna? Jak się on obiecuje? co to za ryba być może? Mówiąc to powoli, tonem, do jakiego był przywykł przy zagajaniach i prezydowaniu komitetów, spojrzał z góry po towarzyszach i puszczając dym czekał odpowiedzi. Hr. Sławek się wyrwał. — Ma foi! Ale ja go znam! Widziałem go teraz, mówiłem z nim. — Więc? cóż? spytał lakonicznie Zenio. Sławek, gdy szło o nieco dosadniejsze określenie pojęć swych, był zawsze w dość przykrem położeniu. Po polsku mówił trochę z ekonomska, po francuzku tak, jak go bona nauczyła — myśl z mózgu dobywała mu się z ciężkością. Za to mówiąc ruchami rąk i twarzy, dopełniał, czego słowy nie umiał wyrazić. Zaśmiał się. — Hę? — rzekł — widzicie, człowiek tego imienia, takiej rodziny, no — i dobrze wychowany, przecież musi być przyzwoitym. — Ale to jeszcze nie mówi nic — odparł Zenio. — Rozumie się, że jest przyzwoitym. Wiem, że matka łożyła na wychowanie grosz ostatni — ale... tu sęk! na kogo i jak go wychowała? Co za ryba? Nastąpiła chwilka milczenia... Toni, widząc hr. Sławka zakłopotanym, dorzucił rubasznie: — Ja rozumiem, o co Zeniowi idzie. — Hrabia August krwią należy niezaprzeczenie do jednej z najznakomitszych rodzin kraju — ale... Zenio pochwycił z przyciskiem: — Ale!! — A — kończył Toni — wiadomo, że ten pan z panów matkę ma ubogą niegdyś szlachciankę — że ona go wychowywała i że niedawno jeszcze był bardzo biednym dziedzicem trzech nieosobliwszych folwarczków... Być dziedzicem majoratu ani mu się śniło, bo hr. Franciszek Ksawery w sile wieku właśnie się miał żenić. Tymczasem — paf!! z tego biedaka milioner... Żył lat ze trzydzieści chudopachołkiem a to zawsze usposabia... — Ale tak! tak! zrozumiałeś mnie! — zawołał Zenio, i leżącego obok siebie po ramieniu łaskawie raczył poklepać, Hr. Sławek, który się głupkowato zwykł był uśmiechać, gdy się nie mógł dobrze wysłowić — a było mu w uśmiechu tym do twarzy — rozśmiał się, począł bawić cygarem, dopił Curaçao i rzekł: — Ja tam nie mogę powiedzieć, co z niego będzie, ależ... takie imię!! Milczeli wszyscy i filiżanki od kawy słychać było rozmawiające tylko z kieliszeczkami od likworu. Sztywny, drewniany stanął, dyplomatyczne przybrał oblicze i zabierał się wyrok ferować. — Głos miał fałszywy i nieco zachrypły. — Spotykałem go dawniej za granicą... — O! o! — odezwał się Zenio — voilà! ten nam coś powie! Książę, który nie zwykł był nic powiedzieć łatwo i naturalnie i zdawał się zawsze wysilać na to, co rzec raczył, namarszczył się naprzód i wykrzywił. Oznajmywał w ten sposób, iż miał coś powiedzieć niesłychanie ważnego. (Tu musimy przeprosić czytelnika, iż głos książęcy podamy mu w przekładzie polskim; w oryginale brzmiał na pół po francuzku). — To, co Zenio napomknął o matce, wszak — Zenio! — Nie, to ja o niej wspomniałem — ujął się Toni. — Ale wszystko jedno — przerwał prezes — wyraziłeś myśl moją. — Matka — mówił książę z wolna — jako jedynaka i jako potomka takiej rodziny, choć ubodzy byli, wychowywała go z całą starannością, na jaką zdobyć się mogła. — Lecz — powiedzieliście — jest to sobie szlachcianeczka, która swe zaściankowe pojęcia wniosła z sobą do pańskiego domu... Nauki ma może aż nadto — ale do świata mało się zdaje stworzony... Jakie więc w naszem społeczeństwie zajmie stanowisko, to się dopiero pokazać może, gdy go między nami ujrzeć szczęście będziemy mieli. Na ostatnich wyrazach położył nacisk nieco szyderski. — A ja wam powiadam — przerwał Toni — że czem on tam był, to był, ubogim, a teraz — ho! ho! dobra krew nie zawodzi — potrafi być, czem Słowo daję! — I ja tak sądzę — potwierdził Zenio. — Główna jest rzecz, ażeby go zawczasu nie otoczyli tacy, co go obałamucić mogą i zwichnąć, bo że nań polować będą!! Zaśmiali się inni. — Zbliżyć się do nas przecie musi — wtrącił Sławek — choćby nawet nie miał tu zamieszkać. Gdyż, wątpliwa rzecz, jak mi mówiono, w których dobrach stale zechce przebywać, tu w Królestwie czy w Galicyi. Ma w czem wybierać. — Matka przecie tu ma rodzinę! — dodał Zenio. Książę stał jak kołek, zbierając się do ferowania nowej jakiejś wyroczni. — Za pozwoleniem! — rzekł — nie zaprzeczycie temu, że krew, temperament... charaktery nawet są dziedziczne? Nikt się aksyomatowi temu nie myślał sprzeciwiać. — Otóż — ciągnął Edzio — w rodzinie ich energia i upór niepospolity są dziedziczne. Pokierować nim, przewiduję, będzie nadzwyczaj trudno — komukolwiekbądź. Z towarzystwa nikt się już jakoś odzywać nie miał ochoty. Na wszystkich twarzach widać było znużenie a prawie nadąsanie na księcia, iż po obiedzie wprowadził rozmowę na tak transcendentalne tory. Dla tych ludzi, których myśl nawykła była kręcić się w kółku banalnem powszednich plotek i niesmacznych żarcików — zadanie już było wielce skomplikowane. W sposób sobie właściwy rozwiązał je hr. Zenio. — Trzeba będzie pokierować nim — rzekł. — Najłatwiejsza rzecz w świecie, tylko się trzymaj mądrości ludów, która powiada: gdzie djabeł nie może, babę posłać musi. Szerokim śmiechem powitano ten niby dowcip, w nadziei może, iż zwrot ten ku niewiastom, po polsku rozmowę da dokończyć paplaniną... tłustą. Książę, który z pewnych powodów chciał być dobrze z Zeniem, pochwalił go, szepnąwszy. — — Prosta rzecz — wtrącił uradowany powodzeniem i pochwałą z takich ust Zenio — niech się tylko panie nasze wezmą do niego... I dobrze, wcale dobrzeby było go tu zatrzymać, ożenić, a mieć naszym... Powaga imienia a jeszcze takiego imienia! Ba! ba! ba! Wszyscy potakiwali. Sławek, który chciał mieć udział w rozmowie, wstał z krzesła i podszedł ku księciu — wdzięcznie się śmiejąc i przybierając antinousowskie pozy. — Nie wiem, czy kto z was widział go! Nie jest piękny — ale dzielny! Oko bystre, twarz — charakterystyczna. Gdy zechce, podobać się potrafi. — Gdyby nawet brzydkim był — westchnął Zenio — którażby go kobieta nie życzyła sobie? Musiał pomyśleć o starszej swej córce. Inni, choć mieli córki i kuzynki, tak zuchwałej myśli pewno nie odważyli się powziąć. — Słuchaj, Sławek — począł Zenio — ty go znasz, na ciebie więc spada obowiązek wciągnąć go! Rozumiesz! Polowanie! obiadek! coś takiego! Niech się długo nie dziczy. Jakkolwiek imię nosi, ale wchodzi tu... powinien sam pierwszy szukać stosunków a ty mu je ułatwić. — A! — zaśmiał się Sławek — czy i swatem mi być każecie? Pokryto śmiechem przypuszczenie to — wszyscy się czuli znużeni. Bercik ziewnął. Zenio, który ciągle leżał jeszcze z wyrazem błogiego uspokojenia po dobrze strawionym obiedzie, zadzwonił o wodę sodową. Przyniesiono ją zaraz. Korzystając ze zręczności Sławek, który bezkarnie jadł i pił, co spotykał — nalał też jej sobie. Książę zażądał pół szklanki, był wielce pieczołowity o dość kruche zdrowie. Przerwało to dalsze znęcanie się nad hrabią

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…