Front matter
C.
POWIEŚĆ
PRZEZ
całość
C.
POWIEŚĆ
PRZEZ
J. I. o.
o.
o.
0.
C.
mieście w Warszawie, w kamienicy z pozoru staréj, dziś opuszczonéj i wedle dawnego zwyczaju noszącéj na czele znak Jana, po którym odróżniano ją od sąsiednich domostw; chmurnego dnia późnéj jesieni, gromadził się w podwórzu, ciemnéj bramie i dokoła w ulicy, lud zaciekawiony. Co chwila przybywali zwiększając kupę próżniaków, to chłopcy wysłani przez majstrów na miasto, to kucharki z koszami na ręku, to żydowstwo czyhające na zysk tam nawet, gdzie niéma do niego podobieństwa, to hałastra odarta, która nie wiedząc co z sobą zrobić i gdzie się podziać, rada była, że miała powód czas jakiś tu postać w błocie pod kapiącą rynwą, z rozziawioną gębą, pytając tych, którzy ją popychali i naciskali: — Co to się stało? co to takiego? Nikt dokładnie o powodzie natłoku nie wiedział, żaden krzyk nie zapowiadał walki, żaden widok nie tłumaczył tego wezbrania ciekawości. Scisk tylko we wrotach większy niż gdzieindziéj wskazywał, że przedmiot ciekawy znajdować się musiał wewnątrz kamienicy. Ale i tam cicho było, i gwar tylko tłumu chwytało wytężone ucho nowo przybyłych. Jedni powiadali sobie po cichu, że w domu tym mąż zabił żonę; drudzy, że żona zabiła męża; inni, że mąż i żona potruli swe dzieci; inni nareszcie, że schwytano złodzieja i t. p. Nic nie wiedząc i niewiele widząc, ciekawi przybysze uparcie naciskali się przed kamienicą, oczekując sami nie znali czego, a oczekując z cierpliwością miejskich próżniaków, dla których sprawą najpilniejszą, jest sprawa cudza, coby ich nic obchodzić nie powinna. — A co? pytał gruby rzeźnik sąsiada swego szewca w skórzanym fartuchu — a co? — A — poczekajmy no, to się cóś dowiémy. — Ale jak myślicie, co téż to być może? — Albo ja wiém! pewnikiem zabójstwo nowe. Biéda żeśmy przyszli tak późno, téraz się ani docisnąć, ani zobaczyć, ani dowiedziéć. — A poprobujmyż no panie bracie! idźcie no tylko za mną, dobre mam łokcie, będę kuksał, przedrzémy się taki do bramy. To mówiąc rzeźnik, począł na prawo i lewo tak robić rękami, tak dusić i popychać, że kilka kroków na przód się posunął; a szewc, korzystając z uczynionéj próżni, popłynął za nim. Piérwszy odzywał się do tłumu łokciami, drugi ustami, wołając: — Puszczajcie no mnie, bom tam potrzebny. Nie bez wielkiego mozołu dobrali się jakoś do samych wrót, które pominąwszy, w gęstszym niż na ulicy był ścisku, uwięźli. Rzeźnik już nawet rady dać sobie nie mógł. Szewc przyszedł mu w pomoc, odzywając się coraz , ośmielony powodzeniem. — Co u licha! rozstąpcież się! muszę przecię przejść! Argument ten lepiéj pomógł niż siła, i tłum uwierzywszy majstrowi na słowo, trochę się rozstąpił; znów więc w pocie czoła dwaj ciekawsi i niecierpliwsi posunęli się ku drzwióm niewielkim, roztwartym, wiodącym jak się zdawało do lichéj izdebki, któréj jedno małe kraciaste okienko wychodziło w ulicę. Drzwi te otoczone były szczęśliwemi co najpiérwsi przybiegłszy, to najlepsze widowiska miejsce zajęli. Wspomagając się na przemiany, szewc z rzeźnikiem zbliżyli się do progu, a tu bez wielkich ceregielów usunąwszy przytomnych, stanęli nareszcie u celu. Izdebka, którą ujrzeli przed sobą, była ciemna i pusta; w początku ciężko nawet do mroku w niéj panującego przywykające oczy, rozeznać nie mogły, co w niéj tak ciekawość pobudzać mogło. Aż nareszcie po chwili rzeźnik i szewc razem zobaczyli zbyt pospolitą nędzę, któréj widok nie wart był może tylu szturchańców i tylu wykrzyków. W wilgotnéj sklepionéj komórce, jedno tylko w bramę mającéj wyjście, jedno szczupłe więzieniowe kraciaste okienko w grubym murze głęboko wyciosane; na mokréj i czarnéj podłodze potrzęsionéj słomą, leżał trup młodéj jeszcze kobiéty, która w okropném cierpieniu życie skończyć musiała: Wyprężone ręce, skrzywiona twarz przedśmiertną boleścią, słupem stojące oczy, których nie było komu zamknąć, opowiadały o téj straszliwéj godzinie, w któréj duch ciało bezsilne opuścił. Znać było wielką walkę duszy, która musiała opiérać się chorobie i śmierci, nim uleciała z téj nędzy na świat lepszy. Łatwo było odgadnąć, co tę kobiétę trzymało przy życiu; bo tuż przy niéj na posłaniu dwoje małych dziatek licho odzianych, bladych i wynędzniałych, płacząc i tarzając się, wołały do umarłéj; — Matko, matko! wstań! wstań matuniu, chleba, daj nam chleba! To dwójko biédnych siérot zdawało się być jednego wieku, i twarze chłopiąt podobne jak dwie krople wody, powiadały, że razem na świat przyjść musiały. Szarpali oni matkę budząc ją i płacząc, niekiedy poglądali na tłum stojący we drzwiach ściśnięty, jakby ten ich przerażał; wzrok odwracali z trwogą od progu i wołali coraz bardziéj przenikającym głosem: — Matuniu! matuniu! Przeczucie powiadało sierotóm, że tłum ten był zwiastunem ostatniego i największego dla nich, a niepojętego im jeszcze, nieszczęścia. Izba, w któréj się to działo, okazywała najostateczniejszą nędzę: nic w niéj sprzętów, nic coby obiecywało chléb powszedni nawet na jutro. Słoma, na któréj leżała nieszczęśliwa matka, była nawpół przegniła; ubranie umarłéj w łachmanach; dzieci lepiéj trochę odziane, ale i ich sukienki ze szmat się składały pozszywanych tylko dla ogrzania. W kącie na ławie drewnianéj walały się: miska czarna i próżna, garnek rozbity, dwie łyżki drewniane i nóż w prostéj drewnianéj oprawie, jakiego po wsiach do krajania chleba używają. Na ścianach po ćwiekach wisiały podarte szmaty odzienia okryte kurzem, rzucone na ćwiek z rozpaczą, bo już się nawet na okrycie nie przydały. U pieca dawno zgasłego walał się wygrzebywany popiół, w którym ani jednego nie było już węgla; łupiny kartofli zgryzione do szczętu okrywały podłogę — w dzbanie wody nie stało, — leżał wywrócony i suchy. Blade twarze siérót niewiele się różniły od żółtego strasznego umarłéj oblicza; wychudłe ich rączęta, zbrukane włosy, zaczérwienione od łez oczy, rozpowiadały o okropnéj przeszłości. Sama jedna, bezsilna, z dwójgiem dzieci, biédna matka umarła ze śmiercią walcząc, bez kropli wody, bez kawałka chleba! Żadne z małych chłopiąt do klamki nawet dostać nie mogło, żeby drzwi otworzyć i o ratunek zawołać. Jakaż to straszna, jak straszna śmierć tu być musiała! Lecz wreszcie wśród jęku dzieci skonała uboga niewiasta, a jakiś promyk nadziei zaświtał może u łoża śmierci; bo wyprężona jéj ręka trzymała krzyżyk mosiężny, wskazując, że nie umarła bez nadziei w . Szewc i rzeźnik w progu stanąwszy, popatrzywszy, przeczytali sercem poczciwém tę kartę wydartą z wielkiéj, niezbadanéj, tajemnic pełnéj, xięgi życia ludzkiego. Obu im łzy się zakręciły na widok małych siérót, i różne myśli poczęły zwijać się po głowie; żaden jednak z nich nie miał jeszcze odwagi uchwycić w lot myśl dobrą. — Co to za los czeka to biédactwo? mówił sobie szewc oparłszy się o drzwi. — Wezmą gdzie może do jakiego szpitalu? dziad jaki wyuczy włóczęgi, a strzeż i wszystkiego złego! — Pójdzie to w świat, myślał rzeźnik, i będzie żyło, biédowało, męczyło się, póki może podobna téj śmierć oczów nie zapluszczy. — Tak to z nami! Wtém szmer dał się słyszéć w ulicy, i pociśnieni od tłumu szewc i rzeźnik, obejrzeli się ku wrotóm. Piękna karéta bombiasta usiłowała przebić tłum i minąć zbiegowisko, ale napróżno woźnica batem smagał, krzyczał; konie się spinały, lokaje rozpychali; nie było podobna przebrnąć to morze ludu ściśniętego. Głowa pięknéj kobiéty ukazała się przez spuszczoną taflę powozu. Blond włosy pudrem śniéżnym okryte, w koronki, kwiaty, pióra i świecidełka ubrane, otaczały śliczną różową, białą, twarzyczkę z dwójgiem oczów niebieskich. Kolce perłowe z brylantami, piękny naszyjnik podobny, suknia gołębiego koloru jedwabna, strojna w różowe wstęgi, zdobiły piękną panią. Spójrzała mdlejącemi oczkami na lud i szybko cofając się w głąb karéty, spytała lokaja: — Larose, dowiédź-że mi się co to jest? czemu nie jedziemy? — Okropny ścisk JW. Pani! odparł Larose zdejmując stosowany galonowany jak suknia jego, kapelusz. — Cóż to jest? — Nie wiém, JW. Pani! — Kiedy stać musiemy, pójdź-że mi się dowiédz! Larose posłuszny poskoczył, ale zanadto zaufał galonóm swéj liberji i potężnemu głosowi, którym starał się lud rozpychać. Musiał wreszcie użyć tego środka, co rzeźnik, i nie łatwo za jego pomocą nawet dostał się do drzwi izby, która otwarta jeszcze wzbudzała tłumów dziwowisko. Tu rozpytawszy się nieco, powrócił co najrychléj do Pani siedzącéj w karécie i z nieukontentowaniem widoczném zagryzającéj usta. — Cóż tam? spytała. — To JW. Pani głupstwo — rzekł Larose pogardliwie machając ręką; jakaś uboga kobiéta umarła w téj kamienicy i dwoje chłopiąt bliźniąt zostawiła. Zwyczajnie hałastra się gawroni. — Ruszaj panie Tomaszu! Ale łatwiéj to było powiedziéć niż zrobić: P. Tomasz z miejsca ruszyć nie mógł, jak wprzódy. Pani posłuchała lokaja, podumała, poruszyła głową i zawołała: — A cóż? — Nie można przejechać! — No! to zawrócić! — Ba! gdyby można zawrócić, dawnobym to zrobił, rzekł stangret z mrukiem. — Ale cóż z tego będzie? niecierpliwiąc się wołała Pani. Larose! rozpędźcie tych ludzi! Larose z towarzyszem rzucili się w tłum, ale napróżno; każdy się wprawdzie tulił i ustąpić pragnął, ale nie było sposobu tyle miejsca zrobić, ile go powóz potrzebował; bo gdy z jednéj strony lokaje trochę rozepchnęli ciekawych, z drugiéj tłum się naciskał. Kilka minut ubiegły wśród niecierpliwych zżymań Pani, która miała już podnieść taflę, żeby wilgotne powietrze nie rozpuściło jéj pracowicie ułożonych pukli, gdy nowa postać zjawiła się u karéty, wprost pięknéj niecierpliwéj. Był to siwy starzec Kapucyn, który tylko co wyszedł z izby, gdzie leżało ciało umarłéj i płakały sieroty. Zbliżył się on pod powóz i pozdrowił piękną Panią pobożném: — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — A to wy, Ojcze Serafinie! zawołała kobiéta — a! zmiłujcie się, czy nie potraficie mnie wyrwać z téj — A! tak mi pilno! tak pilno! Starzec popatrzał na nią zbladłemi oczyma, w których się łza kręciła, i odparł pocichu: — Powinnabyś Pani podziękować , który cię tu sprowadził. — Za co? mój Ojcze! — Masz sposobność zrobić dobry uczynek, który ci na wielkim i strasznym sądzie policzy. — A! dam chętnie jałmużnę! odparła piękna Pani, szukając woreczka, w którym jasne brzękało złoto; dam chętnie cokolwiek na te sieroty, ale mi pomóżcie wyrwać się z tego tłumu. Co za powietrze! — Cóż tu pomoże twoja jałmużna? rzekł smutnie . Tu dwoje biednych siérot leży na zgniłéj słomie, a nikt w Imie Chrystusa-dziecięcia nie poda im zbawczéj ręki. — Ale cóż ja poradzić mogę na to, Ojcze Serafinie kochany? — Możesz wziąść sieroty! rzekł Kapucyn. — Jak to? — Jak? wziąść i wychować sieroty! powtórzył Ojciec Serafin. Piękna pani słuchała, i zdawało się, że zrozumiéć nie mogła. — A jeśli nie oboje, to jedno przynajmniéj. Na twarzy kobiéty zarysowało się skłopotanie; odmówić nie chciała, posłuchać nie mogła. — Opatrzę sieroty! rzekła ciszéj. Kapucyn zamilkł i westchnął. — Chcecie, zawołał po chwili, żeby wam pomagał a gdy do was w postaci nędzarza, sieroty, zapuka, wy go zbywacie — złotem. Ej! pamiętajcie, pamiętajcie, że za wasze modlitwy może także złotem tylko zapłacić. Da wam bogactwo, ale odmówi szczęścia i spokoju duszy. To mówiąc chciał odejść, gdy piękna pani, jakby nagle myśl lepsza przeszła jéj przez utrefioną główkę, odwróciła się ku niemu wychylając. — Ojcze Serafinie, zawołała — Ojcze Serafinie! Kapucyn spójrzał na nią i wstrzymał się. — Przyślijcie do mnie jedno z tych dzieci — zajmę się jego wychowaniem i losem. — A ci dobry uczynek w trójnasób zapłaci! odpowiedział starzec z uczuciem, i szybko posunął się ku drzwióm kamienicy. W téj chwili jakimś trafem osobliwszym, jak gdyby tłum czekał tylko na to, by się rozstąpić i zrobić miejsce powozowi; lokaje ujrzeli przerzedzający się ścisk, i konie same zwolna postępować zaczęły ulicą. Piękna pani podniósłszy taflę, pojechała daléj; Ojciec Serafin wszedł do ciemnéj izby. Skupieni u drzwi zrobili mu miejsce z uszanowaniem. Tu już poczciwy starzec dwójga dzieci przed chwilą płaczących nie — Gdzie są dzieci? zapytał. — Ot tu! ot tu! zawołały kilka głosów. — Jedno wziął rzeźnik Bartłomiéj, drugie majster Maciéj. — Czekajcie! czekajcie! wstrzymał ich siwy Kapucyn. Co myślicie robić z temi dziećmi? — A co, rzekł naprzód szewc, całując w rękaw Xiędza i tuląc dziecię, które miał na ręku — ja nie mam dzieci, Ojcze Serafinie; godzi mi się wziąść sierotę, bo to obraz Syna Bożego; — będę chował jak swoje. — A ci zapłaci! rzekł Kapucyn. — To już dość, że dziecko będę miał — odparł szewc. Drugie pan Bartłomiéj bierze do siebie, choć to ma swoich kilkoro; ale jakże to biédactwo tak porzucić — toć to zginie marnie. — Panie Bartłomieju! odezwał się Ojciec Serafin, a gdyby to dziecię, któreście wzięli, znalazło bogatszego i wolniejszego niż wy opiekuna. — Gdzie? spytał oglądając się rzeźnik. — Ja mu go wyszukać mogę. — Alboż to u mnie z mojemi dziećmi będzie mu źle? — Uchowaj Boże! ale wam może być przyciężko, macie swoich kilkoro. — E! gdzie się pożywi troje, pożywi się i czworo. — Ale mu losu nie dacie? — A któż mu go da? — Widzieliście ten powóz, który tędy tylko co przejechał. — Pani go bierze na wychowanie. Rzeźnik głową pokiwał: — To to państwo jakieś! Wiécie Ojcze, na czém się to kończy pańska opieka nad sierotą? Ot — dadzą do kuchni i zwala się to w kącie; a u mnie z mojemi dziećmi, to się wychowa jak moje własne. Losu to mu nie dam, ale go pracować nauczę. — Nie chcę wam dobréj myśli odbiérać, rzekł Kapucyn. — chęci poczciwe policzy za skutek; ale któż wie? może tam dziecku lżejszy chléb, słodsze życie zgotowane? Chcieliżbyście stanąć losowi i Opatrzności Bożéj na przeszkodzie? — Panie uchowaj! Jak chcecie i rozkażecie Ojcze Serafinie, jak się wam podoba! — Jeśli mi powiécie oddać, oddam dziecko; ale widzi, że mi go żal. Pańska opieka oczy wypieka! Chleba mu i u mnie nie zabraknie; — ale jest cóś droższego od chleba, poczciwość. Téj tam zkąd mu będzie wziąść, kiedy go za oczy dadzą na płatne ręce? Zresztą, Ojcze, jak się wam widzi! — Mnie się widzi, poczciwy Bartoszu, że ja tam sam, póki da życia, na sierotę naglądać będę; a choć to u panów różnie bywa, nie powinnićby zmarnować daru Bożego. Pójdźcie no za mną z tém dzieckiem. Szewc, który jak widać, lękał się bardzo, żeby mu Kapucyn dziecka nie odebrał; nim się Ojciec Serafin rozmówił z rzeźnikiem, umknął zgrabnie, i przebiwszy się przez tłum posunął żywo ku domowi, tuląc sierotę do swego skórzanego fartucha. Maciéj był ubogi, ale poczciwy i pracowity; dostała mu się szczęściem równie dobra żona, któréj jedyném strapieniem było, że dzieci nie mieli. Przy pracy chléb choć nie najbielszy, był zawsze, w zimie nie marźli, odziać się przystojnie było za co, a jeszcze i w skrzyni zapaśnych kilka talarów w węzełku bywało; ale to wszystko nie cieszyło ich, bo życie płynęło bez celu, starość przychodziła straszna, samotna — dziecka nie mieli. Kilka razy ofiarowała się pani Maciejowa do Częstochowy, do Sokala, do S. Antoniego: zawsze napróżno. Maciéj więc, jak drogi dar Boży, przyjął sierotę, którą niósł żwawo spiesząc do domu. Wkrótce téż stanął na progu, i ani się postrzegł, że żona zwabiona w ulicę zgiełkiem, czekała go w bramie. Dopiéro natrąciwszy się prawie na nią, rozśmiał się na całe gardło, serdecznie, poczciwym śmiéchem ubogich. — A to co? zawołała Maciejowa, cofając się trochę przestraszona. — A ot co jest! Pan nam dał dziecko! — Co? zkąd? jakie dziecko? — Nieszczęśliwą sierotę — chłopczyka! Ale to potém o tém; naprzód trzeba tę biédotę nakarmić, napoić, ogrzać, odziać, bo to ledwie dycha. Pani Maciejowa skwapliwie rzuciła się otwiérać drzwi izby, nad któréj oknem wielka, żółta tablica z czarnym bótem i kutasem ogromnym wisiała. — Pokaż-że no, pokaż, zawołała. — A! jak kocham piękny chłopiec! Ale cóż to za nędzniątko! Chryste Panie! jaki żółty, by kość. A gdy dziécię się rozpłakało, porwała je namiętnie i przytuliła do piersi. — Hej! krzyknęła na chłopca, żwawo Jacku po mléko, po bułkę, po jaja — naści dwa złote. Maciéj śmiejąc się, wziąwszy w boki, stał przed swoją Jejmością i szeptał: — A co? prawda, że dobrze zrobiłem, żem ci to niebożątko przyniósł? hę? a nie podziękujeż-że mi Jejmość? — Niech ci płaci! daj ci zdrowie! ściskając męża żwawo poczęła mówić Majstrowa — ale powiédź-że no mi, wszakżeś go nie ukradł, chowaj ! gadajże jak to było? Dziécię płaczące ciągle utulać się poczynało pieszczotami szewcowej, a Maciéj siadłszy na łóżku rozpowiedział wszystko jak było, i w jakim był strachu, żeby mu Kapucyn nie odebrał sieroty. — Nie prawdaż? dodał w końcu, że dobrze mi się udało! — Dobrześ zrobił, i taki nie godziło się inaczéj — przerwała zarumieniona od radości Majstrowa. To cię tam posłał w dobrą godzinę. Nie mamy swojego dziecięcia, przybiérzemy sobie sierotę. A — patrz no — dodała, wszak to nawet nieszpetny będzie chłopiec — oczy niebieskie, nosek mały, i gdyby nie przynędznienie, toby to nawet na cóś pańskiego wyglądało. Szewc zupełnie podzielał zdanie żony, i oboje usiadłszy na łóżku, na którém złożyli sierotkę, poczęli marzyć o niebieskich migdałach swojéj przyszłości. Że téż nigdy człowieka srogie nawet doświadczenie nie oduczy tych zawodnych rachunków na jutro. Bo kiedyż się pochwalić możemy, żeśmy przyszłość odgadli? Z długiéj narady wypadło, że szewc miał nazajutrz rano pójść się dowiedzieć, co to była za jedna ta niewiasta nieszczęśliwa, któréj się tak mizernie opuszczonéj zmarło. Maciejowa całą noc nie zmrużyła oka i siedziała nad dziecięciem. Inaczéj stało się z drugim sierotą, którego Bartłomiéj z Xiędzem Serafinem odnieśli na Krakowskie przedmieście do pałacu Pani Starościnéj. Murgrabia żonaty i obarczony familją, poleconém miał sobie zająć się hodowlą dziecka, dla którego przybrana matka innego uczucia nad trochę litości nie miała. Płatne ręce zajęły się bez przywiązania, bez czułości, opatrzeniem piérwszych potrzeb jego; a Starościna, niby obiecując los lepszy sierocie, zapowiadała, że za piérwszą zręcznością na wieś ją odeśle. Xiądz Serafin krzątał się, jak mógł, koło nieszczęśliwych sierót i zmarłéj ich matki. Złożywszy w bezpieczne ręce dwóch malców, zebrawszy składkę na koszta pogrzebu nieznajoméj kobiéty, sam się zajął ostatnią dla niéj posługą. Wysłał babki szpitalne, żeby ciało obmyły, ubrały i przygotowały do trumny, którą już zamówił u sąsiedniego stolarza; a nic, lub tak jak nic, nie mogąc się dowiedziéć o zmarłéj, na wypadek późniejszego jakiego odkrycia, usiłował dziecióm przynajmniéj pamiątkę ich pochodzenia i pokrewieństwa zostawić. Na szyi kobiéty znaleziony krzyżyk bronzowy, rozpiłowany wzdłuż na dwoje, jedyną pamiątkę po matce, odniósł sam do szewca i murgrabiego, zawieszając je z błogosławieństwem na szyjach bliźniąt. Więcéj nie było ich czém dzielić. Uwinięte w czarną szmatkę papiéry okazały, że dzieci chrzczone były imionami Jana i Marka; nazwisko nosiły tylko matki — a matka zwała się Tekla Lutyńska. Lecz zkąd pochodziła, dla czego przybyła do Warszawy; z czego się w początku utrzymywała, kto był ojcem sierot, kto ona sama? nic nie powiadało. Papiéry w oryginale oddał Xiądz Serafin szewcowi, kopją ich poświadczoną wręczył Starościnie. Wychowańca szewca nazwano Markiem, dziecię przez panią wzięte Janem. Wychodząc z ubogiéj izdebki szewca zastanowił się w progu starzec i obróciwszy do poczciwych rzemieślników na pożegnanie, rzucił im te wyrazy ostatnie: — Moje dzieci, dobrze to bardzo, żeście przytulili sierotę; ale pamiętajcież, jak wielką na siebie odpowiedzialność, jak straszne w obliczu bierzecie obowiązki. Wiécie co Chrystus powiedział o tych, co niewinnemu dziecięciu stają się zgorszenia przyczyną! Poprowadźcie sierotę drogą poczciwą i nie dajcie jéj się zepsuć, aby was całą późniéj wieczność nie przeklinała. Ze smutnie spuszczoną głową poszedł jeszcze starzec potém do Starościnéj. Tu przystęp był trudny: przecież wyczekawszy w przedpokoju, gdzie zbłocone otarł sandały, puszczony został do wnętrza. Winien to był wielkiéj swéj pobożności, sławie, jaką świątobliwym żywotem pozyskał, a może i niemiłéj często prawdzie, któréj się ludzióm rzucić w oczy nie wahał. Starościna wybiérała się w odwiedziny i stała przed wielkiém zwierciadłem, które całą jéj zręczną postać odbijało; klęcząca sługa obciągała na niéj i opinała suknię korónami obszytą i sznurami złocistemi poprzewiązywaną. Ujrzawszy w zwierciadle siwą brodę Kapucyna, Pani Starościna szybko odprawiła służącą, i wyrobiwszy trudny uśmiéch na ustach, zbliżyła się ku niemu. — A cóż Ojcze, spytała, kontenciście ze mnie, wszak już spokojni być możecie o waszą sierotę? — Spokojni! o! nie Pani, nie jestem o nią jeszcze spokojny, nie będę póki mi nie dacie słowa, że sami czuwać nad nią będziecie. — Mój Ojcze — wszakże — — Wszakże — wzięliście ją, opiekujecie się — chcecie powiedziéć? Oj! to nie dosyć, Mościa Starościno. Potrzeba na płatne ręce nie spuszczając się, nie zostawując za oczyma, dowiadywać się, pilnować i czuwać. Wzięliście na siebie cały przyszły los dziecięcia. Starościna piękne usteczka zagryzła. — Powtarzam ci Ojcze Serafinie, bądźcież spokojni. — O sierotę to ja spokojny jestem; jéj zginąć nie da; ale nie chciałbym wam, zamiast do dobrego uczynku, być powodem do grzechu. O was to mi chodzi — czuwajcie! — Trudnoż żebym mu była niańką, mój Ojcze. — Bądźcie matką, to lepiéj — odezwał się Kapucyn. — A! dobrze żeście matkę wspomnieli, usiłując odwrócić rozmowę, zawołała Starościna, przecież dowiedziéć się musieliście, kto była ich matka, kto ojciec? — Mało lub nic, rzekł smutnie staruszek spuszczając głowę — matce było imie, Tekla. — Tekla? spytała Starościna wlepiając oczy w Kapucyna — Tekla, a nazwisko jéj? — Lutyńska, rzekł Kapucyn. Wezdrgnęła się piękna pani, lecz nie dając poznać, że ją co ubodło, poczęła ze spuszczoną głową rękawiczki naciągać. — Ojca nie znamy, dodał Kapucyn. Imie dziecięciu waszemu Jan; drugiemu synowi, którego wziął poczciwy szewc jeden, Marek — metryki obu złożyłem w kopji u murgrabiego. Starościna nic już nie odpowiedziała; nie można było wytłumaczyć sobie, jakie nią uczucie zawładło, bo spuściła oczy, udawała bardzo zajętą swym strojem, a róż i bielidło nie dozwalały przejrzeć, czy zbladła, czy się zarumieniła; widać przecie było jakąś w niéj nagłą zmianę i jakby niepokój. Kapucyn mówił dłużéj o obowiązkach opiekunów — milczała; nareszcie odszedł, a Starościna, na którą konie w dziedzińcu czekały, rzuciła się na kanapę i z osłupiałym wzrokiem poczęła dumać głęboko. Trzy razy dawano jéj znać, że konie na nią czekają, trzy razy weszła służąca i dwa razy zajrzał lokaj; ona jeszcze siedziała , zamyślona. W ostatku porwała się żywo, spójrzała przechodząc w zwierciadło i siadła do karéty. Tymczasem szewc Maciéj wszystkie wolne od pracy chwile poświęcał dotąd próżnemu badaniu bliższych sąsiadów o nieznajoméj kobiecie, po któréj w spadku otrzymał sierotę. Czuł on, że późniéj dziecięciu winien będzie dać wiadomość o matce i klucz do tajemniczéj przeszłości. Zrazu szły badania tępo i trudno; lecz silna wola czegoż nie dokaże? Powoli odrobiny wiadomostek poczęły się sklejać w jakąś porządniejszą całość. Dowiedział się szewc, że kobiéta nieznajoma przed rokiem przybyła ze wsi z dziećmi obojgiem; i choć od razu zdała się ubogą, przecież nie tak w początku nędzne, jak potém wiodła życie. Nająwszy mieszkanie na Starém mieście, w téj izdebce, w któréj życie skończyła; przyjęła staruszkę do pilnowania dzieci i mieszkania, a sama często się oddalała zdając szukać czegoś; napróżno zapewne, bo codzień powracając gorzko płakała. Szewc Maciéj znał dobrze wszystkich swojéj ulicy mieszkańców, począł domyślać się, ktoby mógł być piastunką sierót, i doszedł, że stara Dorota, którą nazywano Pielgrzymką, bo zwiedziła z kolei wszystkie prawie miejsca święte w Polsce, Litwie i na Rusi, a nawet w Węgrzech i Szlązku. Ona to w istocie czas jakiś między jedną a drugą pielgrzymką służyła u zmarłéj. Odszukać Doroty nie było łatwo: bo chociaż kiedy niekiedy powracała do Warszawy i ukazywała się na Starém mieście, to tylko chwilowo; wkrótce potém wziąwszy kij i torby na siebie, puszczała się znowu do którego ze wsławionych miejsc świętych. Za powrótem znużona i osłabła, zaprzysięgała się, że to była jéj ostatnia podróż, mówiła o spoczynku, wybiérała się do szpitala; ale zaledwie sił jéj trochę wróciło, ktoś jéj powiedział o cudownym obrazie, i Dorota znowu w drogę. Maciéj więcéj trafem niż przemysłem znalazł Dorotę pod kościołem i zaprowadził do siebie, usiłując wybadać o nieznajoméj kobiécie. On i żona, napoiwszy (czego nie odmówiła) i nakarmiwszy pielgrzymkę, zaczęli ją wypytywać na wszelkie sposoby. — Już to prawda, odezwała się wreszcie zażywając tabaki Dorota, że byłam u niéj, ale żebym ja ją znać miała, nie powiém tego. Takie to było skryte, smutne, a harde! Mówię harde, bo choć z człowiekiem mówiła zdaje się od serca i poczciwie, a taki zawsze nie to co myślała. Co ja jéj napytałam o nią, o dzieci, zkąd ona, kto? co? jak? Bywało jak się już rozpłacze, to pocznie niby cóś, i jak utnie, ani już słowa nie dopytasz więcéj. — Jakżeście uważali, co to mogła być za kobiéta? — Któż to wié? Zdaje się nie prosta, taki zapewne ślachcianka. I musiała być piękna, bo i była niczego i nie stara wcale, ale to potém przynędzniało. Mówiła czysto, a trzymała się z waszecia. Pracować to jéj nie bardzo smakowało, chyba już z konieczności największéj, a dnie i noce wypłakiwała na czém świat stoi. Pójdzie bywało na cały Boży dzień w miasto, powróci, siądzie, przytuli dzieci do siebie, i płacze ta i płacze, że słowa nie dopytasz; a powtarza nad głową niebożątek: — sieroty wy — sieroty! Raz się jakoś wygadała, że miała siostrę w Warszawie w dobrym bycie, ale dla czego do niéj udać się nie chciała, nie wiém; nie mogłam tego zrozumiéć. Mówiła często: poszłabym do niéj, gdyby była uboga jak ja! Miała w początku cóś trochę pieniędzy, ale to prędko wyszło; miała różne kosztowniejsze sprzęciki, to się posprzedawało. Już jak do téj nędzy przyszła, o któréj mówicie, tego ja nie widziałam; ale to się domyśléć łatwo. Chodziłam wówczas do Myślenic. Ot i po wszystkiém. — Ale z których-że stron była, jak miarkujecie? spytała szewcowa. — Któż ją wié? Zdaje się z mowy, że może od Krakowa. Ja z początku wzięłam ją za Podlasiankę, bo mi się wydało, jakbym ją kiedyś widziała wstępując po domach po drodze do Kodnia do N. Panny; ale widzi mi się, że taki od Krakowa, bo często co o tamtejszéj stronie bąknęła. — Nikt-że do niéj nie przychodził? — Żywéj duszy. Ale mnie w drogę czas, dodała Dorota zażywając tabaki, jaż taki dziś zaraz po mszy świętéj miałam ruszyć do Kalwarji, dokądem się ofiarowała za dusze zmarłe; a oteście mnie zatrzymali. Bądźcież państwo zdrowi i siérota także, a niech wam Chrystus Jezus błogosławi i najczystsza Matka Jego. To mówiąc Dorota wychodzić chciała, gdy szewcowa podała jéj jałmużnę, wpuściła do torby bułkę i kawał séra, zapraszając, aby z powrótem od Kalwarji, zaszła ich odwiedzić. — -że wam zapłać; a komu w drogę, temu czas. — I wysunęła się żywym posuwistym krokiem w ulicę. Trudno opisać, jak czułą i prawdziwie macierzyńską opiekę miała pani Maciejowa nad siérotą, która wkrótce po dziecinnemu, zapomniawszy matki, przyjęła ją za własną. Serce jéj otwarło się raz piérwszy nieznanemu uczuciu, gdy usłyszała słodkim dziecięcym głoskiem wyrzeczone te urocze wyrazy: Matko! Matuniu! Przytuliła siérotę ze łzami, z wdzięcznością do serca; bo gdyby nie ona, nie posłyszałaby w życiu tych słów tak wzruszających, nie poczułaby słodkiéj macierzyńskiéj miłości, która ze wszystkich na ziemi najczystszą jest i najświętszą. Majster Maciéj od czasu jak mu do domu przybył nowy mieszkaniec, nigdy już nawet z najserdeczniejszemi przyjacioły nie oddalał się na Marcowe piwo; wieczory całe spędzał z panią Maciejową przy łóżeczku w takim humorze wyśmienitym, jakiego nikt nie pamiętał. Oboje układali wesoło, jaką to przyszłość mieli obmyśléć sierocie, i nie godząc się na jedno, zgadzali się przecie w życzeniach i gotowości na ofiary z siebie. Poczęli nawet zbiérać skwapliwiéj grosz, rachując, że go na wychowanie Marka potrzebować będą. Pani Maciejowa, niegdyś służąca w uczciwym domu, z którego obyczajów wyniosła nadzwyczajną pobożność, tém się odznaczała od innych swojego stanu kobiét, że nie będąc wcale przesądną i przywiązaną zbytnie do drobnostkowych form religijnych; pochwyciła sercem wiarę, zrozumiawszy całe jéj znaczenie w życiu praktyczném. Dla niéj nabożeństwo było szczególnie w uczynkach; najlepszą modlitwą spełnienie obowiązków, których naucza wiara. Prosta, łagodna, dobra, stawała się surową, stawała mądrą, gdy chodziło o naprowadzenie bliźniego na drogę zbawienia; o nawrócenie obojętnego, o poprawę zepsutych. Jéj sprawą mąż, w początku lekkomyślny i obojętny, począł życie pojmować lepiéj i spełniać ochotnie surowsze jego powinności. Czeladź majstra obawiała się pani Maciejowéj, ale ją szanowała, i po krótkim czasie pobytu dziwnie się tu prawie zawsze na korzyść swą odmieniała, lub wynosiła skoro od majstra Macieja. Słowem wszystko, co ją otaczało, co jéj dotykało, ulegało wpływowi dobremu, jaki wywiérała, nie chlubiąc się nim, nie przywiązując do niego innéj wagi nad tę, jaką dla niéj miała sprawa wiary. O siebie i o panowanie swoje nie szło wcale pani Maciejowéj; ale chodziło jéj o to bardzo, żeby nikt z bliżéj jéj dotykających nie zwał się chrześcianiném napróżno. Czysty zdrowy rozsądek i dobre serce wcześnie jéj objawiły tę wielką prawdę, że religja przede wszystkiém winna się okazać w uczynkach, które są najlepszém jéj świadectwem. Umiała o tém, nie przekonywając słowy, bo tegoby nie potrafiła, przekonać przykładem swoim, i głębokiém, jakie miała, przejęciem się widném z każdego jéj kroku. W takie to ręce dostało się biédne chłopię, a w lepsze wpaść nie mogło. Nigdzie troskliwości więcéj, nigdzie zbawienniejszych nie potrafiłoby zyskać zasad nad te, jakie mimowolnie, codziennie żywiły je tutaj. Dziécię téż zdawało się zasługiwać na przywiązanie przybranéj matki, i odżywszy z nędzy, zapomniawszy boleści, rozwinęło się jak kwiatek od słońca. Na bladą jego twarzyczkę wystąpił rumieniec zdrowia, zaświéciły mu oczki, zaśmiały się usteczka, zabiło weseléj serce; złote włoski, obmyte z prochu, utrefione, same się zwijając w pukle, stroiły piękną jego główkę. Maciejowa, nie chcąc je uczyć próżności, nie stroiła, choćby to jéj sercu dogodziło; ale ubiérała czysto, schludnie i po prostu, a więc wdzięcznie. Kiedy siérotka stanęła trzymając się jéj sukni w progu kamienicy, nie jeden przechodzień zatrzymał się, by spójrzeć na piękne dziécię i uśmiéchał się do niego. Maciejowa naówczas czuła w sercu radość nieopisaną. Często godziny długie spędzała z wychowańcem w bocznéj izdebce swéj na rozmowie dziecinnéj; ucząc go tych nąjpiérwszych wielkich zasad naszéj wiary, które cudem niepojętym mieszczą się w głowie dziecka zarówno i zapełniają ogromem posiwiałą czaszkę starca. Piérwsze je jak pokarm pożądany i pożywa z roskoszą, nie czując wielkości tego, co mu dają; może bliższe drugiego świata czystszą jeszcze duszą, nie przeczuwa, że w starości, nad grobem, też same prawdy, też same myśli, które młodość karmiły, wystarczą przestraszając ogromem swym i potęgą, nadgrobnym dumanióm. Tu Marek posłyszał wielkie a tak proste zasady wiary: wszyscyśmy braćmi, wszystkich bez wyjątku ukochać potrzeba, wszystkim i wszystko przebaczać; świat przejść jak ciemne wschody, wiodące do jasnego przybytku, nie przywiązując się do ułudnych jego przyjemnostek, które piętnuje cecha wszystkiego ziemskiego: — znikomość. W górze zobaczył po raz piérwszy w światłościach światów, ludzi, do którego łona ojcowskiego dusza, po pielgrzymce bolesnéj, poleci spocząć na wieki. Maciejowa językiem dziecinnym, który odgadła, opowiedziała siérocie, że aby się tam dostać, gdzie wedle naszéj pieśni Królują Anieli, potrzeba być czystym jak Anioł. I dodała jeszcze co zbrukać może na ziemi — wszelkie uczucie nienawiści, wszelkie ukochanie siebie. A dziécię choć nie pojęło w początku; to powtarzało i usiłowało zrozumiéć, że życie winno być poświęceniem. — Dla czego mówicie poświęceniem? pytał chłopak. — Jakże to człowiek święcić się może, to jest zostać świętym? — Właśnie przez ten uczynek, który się zowie poświęceniem, moje dziécię, odpowiadała mu przybrana matka. Człowiek przezeń świętym się staje. — A poświęcać się znaczy, cierpiéć dla ludzi, życie dać dla nich, jak je dał Chrystus dla świata... Stary Maciéj często, porzuciwszy kopyto i dratwę, , choć majster, dla przykładu codzień brał w ręce; szedł przysłuchiwać się żonie i wielbić jéj wymowę natchnioną. Ruszał naówczas ramionami i powtarzał: — Mówi jak xiądz! a tak jéj to idzie jak chléb z masłem zjeść. Jać przecie toż samo myślę, a żeby mi przyszło powiedziéć, tobym się od piérwszego słowa poplątał. Już co kobiéta, to kobiéta! I przysłuchiwał się i dziwił. Gdy przyszedł czas oddawać do szkółki Marka, zgodzili się na to oboje, że mu nauki skąpić nie trzeba. Niech się uczy, mówiła pani Maciejowa, rzemiosło mu się przyda, ale i nauka przy niém nie zawadzi. Jakoż oddano go do najbliższéj szkółki, ale nie puszczając samopas, Maciéj sam odprowadzał i przyprowadzał do domu swego wychowańca; a do zabawy, pani Maciejowa obawiając się uliczników, sama dobiérała towarzyszów. Dziécię w ten sposób troskliwie pielęgnowane, dziwnie odpowiedziało oczekiwanióm rodziców. Jak twarzyczka jego piękna, tak dusza była anielska. Powtarzane nauki Maciejowéj tkwiły w dziecku silnie, rozwijały się nagradzając w dziesięcioro pracę podjętą; a majster i majstrowa tak się czuli szczęśliwi ze swego dobrego uczynku, że jednéj tylko rzeczy obawiali się, to żeby ich jaki traf, odkrycie, jaki wypadek niespodziewany, tego kradzionego, jak je nazywali, szczęścia, nie pozbawił. — Uważasz Jejmość, rzekł jednego wieczora pan majster do żony, siadając na skrzyni przeciw niéj — i poglądając we drzwi (bo w pierwszéj izbie bawił się w piłkę Marek z rówieśnikami sąsiadami) — uważasz Jejmość, że to od tego czasu, jak my tę siérotkę wzięliśma do siebie, nie mówię, że nam jakoś na sercu lekko i ochoczo żyć, ale nawet dalipan nie wiém jak, choć wydatek większy, grosz płynie lepiéj. Tać to u mnie, dodał ciszéj, sto talarów we skrzyni — czego nigdy przenigdy nie bywało. Jak to tak pójdzie daléj, no no! kto wié! to się i fundusina dla chłopca uzbiéra. Pani Maciejowa uśmiéchnęła się i zapytała: — A co myślicie robić z temi stu talarami? — Niechaj sobie leżą, rzekł szewc, nie zgniją, choćby zapleśniały; a jak człowiek widzi, że jest do czego przyrzucać, to raźniéj mu zbiérać. Juściż na procent nie oddam, bo to najczęściéj przepada. — Tylko no uważajcie, żebyście się zbytnie do swoich talarów nie przywiązywali — dodała jejmość — boć chłopiec, aby zdrowe ręce, zdrowe serce i trochę opieki Boskiéj, da sobie radę na świecie. Zostawmy na chwilę Marka pod opieką Majstrowéj, a spójrzmy na los jego brata. Starościna, jak wiémy, narzuciła siérotę murgrabiemu pałacu; zwał się on Paweł Kurek, i liczną był obarczony familją, bo siedmioro dziatek zwijały się w ciasnych dwóch izdebkach, które zajmował na tyle kamienicy. Był to człowiek już nie młody, od kilku dopiéro lat żonaty, którego żona piękna, zalotna i wyszczekana, trapiła niemiłosiernie, zarówno powiększaniem niespodzianém familji, kłótliwością i rozrzutnością. Paweł Kurek, który za grzechy swoje ożenił się ze służącą Starościnéj, skąpy był niesłychanie; nowe więc jego życie po ożenieniu stało się przy zwiększających wydatkach, nieopisaną męczarnią, a dom zawrzał nieustanną kłótnią i swarem nieznośnym. Panna Róża, dopóki starała się o Pana Pawła, udawała tak ciche, potulne i skromne a oszczędne stworzenie, że podżyły już murgrabia ani się domyślał, co go w przyszłém pożyciu z tym aniołkiem czekało. Złakomił się na kilkaset talarów posagu panienki, a może i podkochał trochę; dopiéro po ślubie postrzegł, że przedał swoją spokojność i kupił domowego prześladowcę. Pani Pawłowa bowiem dawszy mu siedmioro potomstwa, stała się stopniowo wprawdzie, ale niemniéj niespodzianie, z aniołka szatanem wcielonym. Całe dnie kłócili się o każdy grosz, bo Kurek był niesłychanie skąpy. Pani Kurkowa niewypowiedzianie przywykła do szastania groszem. A tu w dodatku, żeby odziać tylko jako tako i nakarmić siedmioro piskląt w mieście, już niemało kosztowało. Wyłysiał Pan Kurek, a z ciągłéj kłótni i niepokoju poburzona żółć zalała mu oczy i poczerwieniła koniec nosa. Pani Róża zaś jakby w swoim żywiole była, wypiękniała tylko, wybielała i zdawała się odmładzać. Koło niéj nieustannie kręcili się gachowie, co wieczora tańce, codzień czegoś potrzeba, to do stroju, to do gęby, to dla dziecka, to dla oka ludzkiego. Kurek się wściekał, ale wykłóciwszy przepotężnie, wytargowawszy jak żyd, gdy mu oka zmrużyć i odetchnąć nie dawała żona, wchodził w kompromis i padał najczęściéj zwyciężony. Naówczas pogłaskała go pod brodę pani żona i do jutra dawała pokój. Nazajutrz powtarzały się sceny podobne do nieskończoności. Pan Paweł zaczynał wyrzucać na oczy Róży jéj zalotność, ona mu jego zazdrość i ; on ją nazywał gadziną, ona jego szatanem i piekielnikiem; a tak nakląwszy się, na łajawszy, naszturchawszy czasem nawet, rozchodzili się na chwilę, by ku wieczorowi rozpocząć drugi akt dramatu, który się kończył późno w noc łataną zgodą do ranka. Dzieci mając tak piękny przykład przed oczyma, wyrastały na wisielców. Trzema synami i cztérma córkami cieszył się już pan Kurek; ale że matka i ojciec nie mieli czasu zajmować się niemi; niańka, kucharka i ulica ich wychowywała. Wypędzano tę trzódkę jak skoro kto z gości przyszedł, pozbywano się jéj dozwalając kręcić kark na wschodach i wałęsać po mieście, pani Róża bawiła się, pan Paweł grosz zamykał chowając klucz starannie, co nie zawsze pomagało. Dziatwa szalała gdzie chciała i jak się jéj podobało. W takie to ręce powierzyła Pani Starościna sierotę, którą tylko kiedy niekiedy pokazywać sobie polecając, całkiem zdała na dawną sługę Różę. Pani Kurkowa przyrzekła, że siéroty pilnować będzie jak własnego dziecka, co téż sumiennie spełniła, bo je puściła, jak własne dzieci, na opatrzność Bożą. Ubiérano tylko schludniéj Jasia, gdy go do Starościnéj prowadzić miano, co rzadko się trafiało; zresztą wolała murgrabina przeznaczone siérocie suknie i wygódki własnym dziecióm oddać. — Dobrze temu znajdzie i tak, mówiła; — niechaj Panu dziękuje, że ma chleba kawałek. Mały Janek służył dziecióm pani Pawłowéj za pieska lub kotka, które nieopatrzni czasem rodzice dają do zabawy swoim ulubieńcom. Męczono go co wlazło; na jego głowie uczyli się sérów, na jego nosie pstryczków, na jego bokach szturchańców. Gdy spał puszczano mu dym w nos, gdy jadł rzucano popiół do miski, a pani Róża cieszyła się dowcipem miłych swych dziatek. Pan Paweł nigdy i nie spójrzał na siérotę, choć najregularniéj dopominał się co miesiąc o kilka talarów wyznaczonych na jego utrzymanie. Przy najmniejszéj zręczności, jak naprzykład gdy Janek odważył się odepchnąć bijące go murgrabięta, ogromna rózga brzozowa wznosiła się nad nim z przerażającemi swemi kościstemi kształty. Czasem karano go głodem, czasem policzkowano dla prędszego wymiaru sprawiedliwości. Biedne dziecko oswoiło się z tém życiem męczarni, ale kosztem uczucia i głowy. Przybite, znędzniałe, smutne, dzikie, tuliło się w kąt podwórza samo jedno, aby uniknąć razów i bolesnych napomnień, i zasiadłszy gdzie pod rynwą liczyło godzinami krople deszczu z dachu spadające. — Ale i tu wyszpiegowany Janek, chwycony za rękę, ciągniony jak winowajca do pani, obity bywał za to, że się z dziećmi bawić nie chciał. Musiał więc wracać do miłego ich towarzystwa. Gdy przyszło Janka prowadzić do Starościnéj, co się trafiało mniéj więcéj raz lub dwa razy w roku, umyty, uczesany, i zagrożony siérota, przedstawiał się pani milczący, ogłupiony, ale przynajmniéj podobny do dziecka utrzymanego starannie. Pani Róża przysięgała się, że go sama czesze, myje, kocha niezmiernie, i swoim odejmuje dla niego, całowała go w przytomności Starościnéj, a chłopiec choć bał się jéj jak ognia, musiał przyjmować te kłamane uściski. Starościna zwykle dawała Róży podarek, a dziecku zabawkę lub co słodkiego, wnet na wschodach odebrane przez troskliwą piastunkę. Powróciwszy do mieszkania Róża rozbiérała siérotę, chowała suknie, i wypychała ją za Teraz powiedzmy słówko o Starościnéj, którąśmy zaledwie postrzegli z daleka, a z którą bliżéj zapoznać się musiemy. Starościna Mylżyńska należała do liczby dość znacznéj osób, które na świecie żywym doznały tak dziwnych losów, iż w powieści wydają się one prawie niepodobnemi do wiary. Każdy z nas czytając lub słuchając opowiadania, podziwia się w niém temu, co w życiu spotykał nieraz, o co się otarł świéżo. Prawda najwięcéj bywa nieprawdopodobną; — dla czego? bośmy do zbyt pospolitej prawdy przywykli; a ona jest tak rozmaitą, tak dziwnie wielotwarzą, jak życie. Starościna należała do których losy zdają się bajką dla zabawki zmyśloną. Lecz nim poznamy ją bliżéj, musiemy powiedziéć cóś o Staroście Mylżyńskim. Jan Krzysztof Pobóg Mylżyński był potomkiem dobréj szlacheckiéj rodziny, pochodzącéj z Krakowskiego. Jak wiele innych, i ta pod koniec panowania Augusta III. zubożała była i zabiérała się zniknąć z Herbarza, bo ostatni jéj potomek Jan Krzysztof siéróta, w niemowlęctwie został pod opieką dwóch wujów, największych łotrów, jakich świat widział kiedy. Najbliżsi krewni z prawa natury zostali opiekunami Jana Krzysztofa, któremu ojciec umiérając zostawił majętność rozrzuconą, w processach, długach, sporach i kwestjach nierozwikłanych. Wujowie, którzy się nienawidzili wzajemnie jak bracia, których całe życie było walką zajadłości pełną, nie chcieli dozwolić jeden drugiemu zostać opiekunem wyłącznym młodego chłopca, którego szczątki majątkowe łatwą były zdobyczą. Oba przeszkadzając sobie, tyle uczynili, że ich wyznaczono opiekunami; i chciał, by wzajemnie sobie na przekor robiąc, nic złego powierzonéj sierocie zrobić nie mogli; owszem, jak skoro jeden wyciągnął rękę po siéroce ostatki, drugi ją chwytał i wstrzymywał, tak, że co na zgubę służyć miało, ocaliło przynajmniéj resztę majętności Jana Krzysztofa. Dwaj wujowie wzajemnie się nienawidząc, w opiece znaleźli powód dojadać sobie, czekając oba, by jednego z nich śmierć zabrała. Ale śmierć ma to do siebie, że nigdy proszona nie przychodzi, najdłużéj żyć zwykli ci, których trują i zabijają. Tak się i tu stało, oba panowie wujowie upatrując na sobie znaki blizkiego zgonu, dożyli do pełnoletności siostrzeńca, i jeden drugiego pilnując, zdali rachunki ścisłe Mylżyńskiemu, któremu z dwojga złych ludzi, utworzył cudownie doskonałą opiekę. Opieki téj jednak cała doskonałość ograniczyła się zabezpieczeniem od rozgrabienia fortunki sierocéj i postawienia jéj w daleko lepszym stanie, niż była za życia rodziców. Opiekunowie na wyścigi robiąc sobie psikusy, pokończyli processa, poopłacali długi i uporządkowali spadek, w nadziei, że gdy który z nich przeżyje brata, naówczas zagarnie sobie pozostałość z pod nosa siérocie. Pan Jan Krzysztof Mylżyński wielce opuszczony i zaniedbany pod względem moralnym, wychował się naprzód w domu własnym, gdzie mu dano nauczyciela; potém był niestrzeżony na łasce Bożéj w szkołach publicznych w Krakowie; nareszcie doszedłszy pełnoletności, z dobréj woli zapisał się do wojska. Młodość jego była, jak zwykle ludzi zostawionych sobie i swym instynktom, burzliwa, pełna dramatycznych wydarzeń, hulacka i wesoła. Nie wiém jak się to stało, że na Sejm został wybrany Posłem, i mandat swój spełniając pojechał do Warszawy. Tu znalazł dalekich krewnych ojca na wyższych szczeblach towarzystwa, między tak nazwanemi Panami. Zmuszony zbliżyć się do nich, w zetknięciu z niemi rozwinął w sobie panującą namiętność, która od téj chwili wzięła w nim górę nad innemi — tą była żądza wzniesienia się. Kupiono jego głosy i współuczęstnictwo Starostwem; zawróciła mu się głowa, i odtąd marząc tylko o Kasztellanji, o krześle, o dalszych a dalszych honorach, Mylżyński począł twardy żywot , który się musi płaszczyć z jednéj strony, by nadąć mógł potém z drugiéj. Małżeństwo było u nas zawsze jednym ze środków podniesienia się; ono wiązało solidarnie rodziny z rodzinami, zapewniało jednym sług, drugim protektorów. Jan Krzysztof nadto znał świat i ludzi, żeby na nie wiele nie rachował; ale tu przeciwko jednéj panującéj namiętności, wystąpiła druga niemniéj silna i potężna. Jan Krzysztof słabym był dla kobiét i łatwo go było piękną twarzyczką poprowadzić daléj niż chciał i powinien był pójść. Pojechawszy w Krakowskie do rodziny matki i majątku, spotkał w ubogim domku ślachcica zagonowego, dziewczę śliczne, miłe, zalotne, żywe, które, wcale nie myśląc o ożenieniu, bałamucić począł. Było ich dwie córek u starego ojca bez matki; jedna piękna a figlarna Elżusia, druga smutna a piękna Tekla. Lutyński ślachcic wiódł życie czysto ślacheckie, od zagona i pługa przesiadając się na koń, z konia zsiadając do processu, process rzucając dla sejmików i spraw publicznych. Rębacz, zawadja, gaduła, niewiele patrzał na córki, raz im powiedziawszy, że broń Boże jakiéj swawoli, łby im poucina, resztę zostawiał własnemu ich kierunkowi. Zawsze zajęty, wiecznie potrzebny wszystkim, chwytany na wszystkie strony, stary Lutyński, którego konopiaty wąs ogromnych wymiarów, dwa razy koło ucha się zakręcał, w domu był rzadkim gościem. Dwie córki gospodarzyły jak mogły, bały się go niezmiernie, szanowały i wzdychając poglądały w świat, któryby smakował im, gdyby miały nadzieję kiedy wyleciéć nań swobodnie. Ale stary mawiał, że starszéj nie wyda rychło za mąż, bo mu dobrze gospodaruje, a młodszéj nie puści przed starszą wedle obyczaju; nie spodziewały się więc rychło skosztować świata. Starsza Elżusia była prawdziwie piękną: wdzięk dawała jéj trzpiotowata żywość, dowcip, śmiałość, jakaś instynktowa ludzi znajomość, odwaga we wszystkich wypadkach i ufność w siły własne. Młódsza przeciwnie, nieśmiała, trwożna, smutna, w innym rodzaju była równie piękną, a może od piérwszéj piękniejszą. Dla Jana Krzysztofa, którego folwark graniczył z ślachcica zagrodą, starsza musiała wziąść prym przed Teklą, zalotnością, śmiałością, wesołością i wyzywającą postawą, która się najlepiéj ludzióm namiętnym podobać umié. Jan Krzysztof korzystając z częstych wycieczek Lutyńskiego, same zastając obie siostry, począł dojeżdżać wieczorami do Elżusi. W głowie mu nie postało, żeby on, Pan Starosta, jutro może choć drążkowy Kasztellan, mógł się z zagonowego ślachcica córką ożenić; bawił się i mówił sobie: — Co to komu szkodzi? Ale zabawa z początku niewinna, stała się wkrótce niebezpieczną. Elżusia postanowiła schwytać Pana Starostę i umiała sobie radzić. Naprzód ośmieliła go, przyciągnęła, podnieciła, a uwinąwszy dobrze w sidła, gdy już miarkowała, że się cofnąć nie potrafi, dała umyślnie do uszu ojca dójść wieści o miłostkach z starostą. Spodziewała się że ją ojciec wybije, ale była pewną, że ją téż za Starostę wyda. Tak się właśnie stało: w piérwszym gniewu zapędzie potężnie ją bizunem wykropiwszy, co ona zniosła stoicko, siadł na koń pokręciwszy wąsa Pan Lutyński i pojechał do Żalic. Tu stanąwszy przed Starostą powiedział mu z otwartością brata ślachcica, że jeśli się z córką jego, któréj sławę uszczerbił, nie ożeni, jak psu mu w łeb strzeli. — I nie myślcie mi uciekać, dodał, znajdę waszmości, Panie Starosto, w Warszawie, w Wilnie, w Kijowie, i na drugim końcu świata, a jakem ślachcic, tak mi dopomóż, w łeb strzelę jak wściekłéj sobace. A co myślicie? że to córkę ślachecką podwieść nic? że to się zapłaci, zatrze, nagrodzi? Zjesz waść sto djabłów z ogonami — musisz się ożenić. Panu Staroście w głowie nie postało, żeby się mógł ożenić z Elżusią, kazał nazajutrz konie zaprządz i dmuchnął. Stary Lutyński wsiadł na siwosza i daléj za nim; dognał go na piérwszym noclegu, złajał okrutnie i tak nastraszył, że Jan Krzysztof dla kombinacji, jak mówił, zawrócił się. Ale kombinacja z upartym wąsaczem była trudna. — Jechał cię sęk! wołał, ja twojego majątku nie chcę, mam kawał chleba i nie potrzebuję datku. Kiedyś się miłował, to żeńże się bestjo, a nie to ci w łeb strzelę, tak mi dopomóż. zobaczył dopiéro, że nie przeliwki, i począł brać do namysłu; dano mu trzy dni. Probował uciec, ale bracia ślachta Lutyńscy, których miał na zawołanie jako głowa domu Pan Łowczyc wąsaty, pilnowali go gdyby we łbie oko. Zgryziony, zły, wściekły, Jan Krzysztof rad nierad, musiał się zgodzić na ślub. Sądził że obiecawszy ożenienie, potrafi zwlec, załagodzić tę sprawę i potém się z niéj wyplątać. Ale Lutyński stary ani chciał słuchać o odkładaniu. Jan Krzysztof widząc skompromitowaną całą przyszłość swoją, aż się rozchorował śmiertelnie. Wąsacz przywiózł mu doktorów, sam u łóżka pilnował, i tak dobrze, że Starosta musiał wyzdrowieć. — Zje sto djabłów z ogonami, mówił kręcąc wąsa — nie umrze bestja póki się nie ożeni, to darmo. Starosta z łóżka poszedł do ślubu, tak zgryziony, że się dał złapać, iż żal było patrzéć na niego. Elżusia przeniosła się do Żalic, a małżonek rzuciwszy ją w samotnym, opuszczonym dworze, uciekał do Warszawy. Tam już się wieść rozchodziła o jego dziwném małżeństwie, i rodzina co go protegowała, osądziła go zgubionym, jeśli się nie rozwiedzie. Na rozwód wszakże zezwolenia żony potrzeba było, a Elżusia nadto była piękna, zalotna, przebiegła, żeby dozwolić miała na to wypędzenie z raju, do którego gwałtem weszła. Żył przytém stary Lutyński, i na piérwszą o rozwodzie wzmiankę, pojechał zapowiedziéć zięciowi znowu, że mu w łeb strzeli, i że zje sto djabłów z ogonami, jeśli potrafi dokazać, żeby się rozwiódł, póki on żyje. Nie było sposobu; Starosta musiał się pogodzić ze swoim losem i cierpliwie czekać śmierci zawadjaki, na którą już jedynie rachował. Tymczasem w ślad za nim przyjechała żona do Warszawy. Wielkie było podziwienie Starosty, gniew, skłopotanie, ale naszamotawszy się napróżno, gdy widział, że jéj nie wypędzi, uciekł w Krakowskie. Starościna została w Warszawie. Mężczyzna z niższego stanu do lepszego bytu i towarzystwa się, rzadko potrafi zetrzéć z siebie cechy piérwszego życia; kobiéta, zwłaszcza kiedy ją obdarzy taką jak Elżusia zwrótnością, dowcipem, wdziękiem i chęcią zrównania się z nowém położeniem, zmienia się jak gąsienica w motyla. Nie wiém jak do tego przyszło, lecz gdy wynudziwszy się w Krakowskiém, Pan Jan Krzysztof przybył do Warszawy, nie poznał swojéj Elżusi. Była ona już JW. Starościną Elżbiétą z Lutyńskich herbu Bróg, Mylżyńską; wszyscy ją przyjmowali, męzkie towarzystwo unosiło się nad jéj nieporównaną pięknością; wyuczyła się po francuzku, nabrała tonu wielkiego świata; słowem stała się inną kobiétą. Zdziwiony, Pan Starosta powoli pogodził się z żoną, potém zazdrością podbudzony wrócił do piérwszych uczuć dla niéj, nareszcie w ostatku dał się jéj zawojować zupełnie. Dziwnym wypadkiem ta, która miała być przeszkodą do wzniesienia się dla Starosty, obiecywała stać się narzędziem wielce użyteczném. W owéj epoce w Warszawie, wszystko lub prawie wszystko robiło się przez kobiéty i pieniądze. Piękna twarzyczka jednała możnych przyjaciół, krzesła, ordery i honory; cóż gdy do bardzo pięknej twarzy przyłączył się dowcip cudnie rozwinięty, zalotność urocza i zawsze gotowa dla wszystkich, zimne serce, a gorąca główka? Starosta podziwiał się żonie i nie pojmował jakim sposobem, on teraz wychowaniem, tonem, obejściem, stał daleko niżéj od niéj; i gdzie ona grała piérwsze role, ten za gbura prawie uchodził? Tak było! Stary Lutyński, który dożył téj zmiany i Elżusi rączki całował, unosząc się nad nią, był jedynym kłopotem Starosty. Odwiedziny jego przypominały mu jedną z najprzykrzejszych chwil w życiu i sprowadzały go do nizkiego stanu, z jakiego wziął żonę. Ale i tym mącącym pokój domowy ukazywanióm się ojca, Elżusia potrafiła zapobiedz, i tak starym władała, że się nie ukazywał w salonie, a ukazując niekiedy, przybiérał przyzwoitą postawę. Nareszcie Lutyński umarł; a z siostrą Teklą co się stało, Elżusia albo nie wiedziała, lub udawała, że nie wié: to pewna, że o niéj nie wspominała nigdy. W chwili, gdy się nasza rozpoczyna powieść, Starościna władała już samowładnie mężem, który podstarzawszy stał się piérwszym poddanym pięknéj królowej, i resztę swéj niepodległości za rzadki umizg przedawał. Stérany, znużony Pan Jan Krzysztof, ostatnich życia roskoszy szukał na dnie opleśniałych butelek i w dymiących półmiskach, bawiąc się jak mamidełkiem; to nadzieją orderu, to krzesła, które mu żona wyjednać miała. Elżusia panowała w domu i sławną była pięknością na dworze Stanisława Augusta. Należało do dobrego tonu kochać się w Starościnie, w któréj i sam Król jakiś czas kochał się po swojemu, to jest, chwilkę z ciekawości, drugą z nudy, trzecią z nałogu. Zastąpiła tę jednodniową królowę inna; ale Elżusi pozostało dosyć jeszcze poddanych i wielbicieli, a łaska królewska nie zupełnie usunęła się od niéj. Piękność pastelowa Elżusi, unieśmiertelniona minjaturą Lesseur’a i portretem Marteau, była naówczas w największym może blasku. Nie straciła była jeszcze świéżości dziewiczéj prawie i dziwnie naiwnego wdzięku twarzy, która zepsucie głębokie pokrywała maską niewinności młodzieńczéj, a sztuka, a wprawa, a próżność, nowych jéj dostarczały broni. Nikt nie ubiérał się tak jak Starościna, nikt tak spójrzéć nie umiał, żeby w jedném spójrzeniu całą zda się wyszafować duszę, nie dając jéj w istocie; nikt nad nią nie był weselszy, śmielszy, zalotniejszy i powszechniéj uwielbiany. Kilka pojedynków nowym ją okryły blaskiem, a najświetniejsze towarzystwo Warszawy cisnęło się na jéj Niedzielne wieczory. Starosta grał na nich zwykłą rolę męża powolnego pięknéj kobiéty, kłaniali mu się wszyscy, sciskali go, całowali, kochali, zapraszali, obdarzali, pieścili; a ten słodki byt wkrótce tak mu przypadł do smaku, że się w nim rozparł, rozgościł i innego nie żądał. Zmuszony będąc zazdrościć nieustannie, i widząc, że na to sił mu nie wystarczy, przestał zupełnie uważać na zalotność żony. Wiek téż był po temu, i zazdrość zupełnie nie modna; śmiano się z mężów natrętnych, a śmieszność większa może przywiązywała się do zazdrośnych niż do zdradzonych. A Starościna? Starościna płynęła wielką rzeką życia na ustrojonym statku, wśród muzyki, wśród kadzideł strojna, , wielbiona, królowa, zawsze równie dowcipna, coraz bardziéj zepsuta, i przebiegła, i zimna, zimna jak kamień. Płakała łatwo, gdy intryga tego potrzebowała, ale nigdy szczérze. Serce jéj dla niéj saméj było nierozwiązaną zagadką. Była ona jak ślepy, który nie pojmuje czemu oczyma, któremi drudzy widzą, nic zobaczyć nie może; pytała się życie całe, czemu tém sercem, którém drudzy czują, ona uczuć nic nie potrafiła? Ztąd może te tysiączne próby w życiu, te miłostki coraz nowe, które poczynając się obiecywały cóś, a kończąc się zawodziły zawsze. Serce bić nie chciało. Biédna była Elżusia, to, co drudzy okazują, bo mają w sobie, wyuczona pokazywała tylko, choć nie miała. Tak właśnie kochała, jak mówią papugi, nauczywszy się formy kochania, nie znając co to było w istocie. Może wszystkich mniéj więcéj historja, ma źródło w temże, co Elżusi stanie duszy niezwyczajnym. By ją głębiéj poznać, trzeba ją było widziéć, gdy po trzpiotowatéj rozmowie, po wesołych umizgach, po całym wieczorze, przez który odegrywała swoją biédną rolę, i wróciła do sypialni sama z sobą. Naówczas znikała wesołość, rozpływał się uśmiech, gasły oczy, a na miejscu żywéj, pięknéj i ognistéj Starościnéj (nosiła bowiem to nazwanie jakby na szyderstwo), pozostawał piękny jeszcze, ale posąg bez życia, bez uczucia, bez serca. Wyszedłszy z tego kręgu szałów i wiru salonu, padała jak automat, w którym pękły sprężyny. Nic jéj nie bawiło, nic nie cieszyło, nic nie porywało, nie była ciekawa niczego, więc pożądać nie mogła; świat dla zmęczonéj a nienasyconéj, był jeszcze tak nowy, jak w piérwszéj chwili życia; wszystko tajemnicą, zagadką, złudzeniem. O jak nieraz zazdrościła nawet cierpienia, którego doznać nie mogła, zarówno jak roskoszy! Dodajmy do tego, że w miarę niemożności nasycenia nieokreślonego pragnienia, pragnienie to powiększało się, potęgowało, wzrastało, podnosiło i z wiekiem czyniło coraz gwałtowniejszém. — Jak to? wołała w rospaczy; miałażbym umrzéć nie doznawszy nic, nie skosztowawszy niczego, w oczach ludzi przesycona, w głębi siebie spragniona jak dziecię? Miałażbym umrzéć z tém pragnieniem palącém? Nazajutrz Starościna rzucała się w zamęt życia, szukała człowieka, coby jéj dał poznać uczucie, plątała się w nowe miłostki, rozsnuwała nowe nadzieje, i doszedłszy do końca znajdowała ten sam zawód, którego doznała sto razy. A świat miał ją za szczęśliwą! Nieraz pragnęła być matką, żeby serce zabiło choć tém uczuciem, nowém dla niéj, jak inne; ale odmówił jéj i tego. Piękna Elżusia męczarnie piekielne znosiła, ubrana w róże, uśmiechając się i śpiewając; rospacz siły jéj dwoiła.... Starosta jadł, pił, spał i cieszył się przyszłą Kasztellanią. Takie było życie opiekunów Jana siéroty, gdy los rzucił go pod te drzwi złoconéj nędzy. Długo Jan zostawał u Murgrabiego w poniewierce ciągłéj, gdy wypadek zwrócił na niego oczy Pani Starościnéj. Raz około południa wyjeżdżając z pałacu swego na Mszą, postrzegła dziecię odarte, wychudłe, blade, do żebraczka podobne, siedzące na kamieniu pod ścianą i płaczące gorzkiemi łzami. Była to dla Starościnéj jedna z tych chwil zmęczenia i nudy, które przychodziły często podwajając jéj męki. Machinalnie zatrzymać się kazała, poczęła rozpytywać dziecka, i dowiedziawszy się, że to jéj wychowaniec tak i sponiewiérany walał się w ulicy, odebrała go od Murgrabiego, kazała przebrać nanowo i poczęła myśléć coby z nim zrobić. Z wielkich nudów przyszło do tego, że sama zażądała doziérać dziecięcia, postawiła je w pustym dotąd pokoiku obok siebie i poleciła bliższy dozór jego, kamerdynerowi i pierwszéj swej służącéj. Dziecko sądziło, że się dostało do raju. — Jak te trawy zżółkłe, które jeden uśmiech słońca i kropla rosy wyprowadza z ziemi zielonością strojne, tak Janek rozkwitł rumieńcem, weselem, pięknością, nagle i niespodzianie. Z chorowitego dziecka stał się aniołkiem wdzięcznym, i Starościna ubrawszy go za pazia, poczęła go puszczać do salonu, bawiąc się siérótą, jak się bawiła bonończykiem, angorą, papugą i sroczką. Dziecię nagle rozpieszczone w najosobliwszy sposób, karmione cukierkami, pojone winem, rozweselone, raźne, szczebiotliwe, doskonale bawiło znudzoną Starościnę i jéj gości. Wczesna nędza, potém pieszczoty, uczyniły zeń dziwne w istocie stworzeńko: nie było to właściwie dziecko, ale twarz aniołka, a zepsucie szatanka; podszeptywano mu przekąsy, uczono go odegrywania małych scen, w których Janek przedstawiał wybornie postacie śmieszne dworu i stolicy, i sława Janka Starościnéj wzrosła do tego stopnia, że sam Król zażądał widzieć to małe cudo. Janek miał szczęście rozśmiészyć do łez Króla JMości, w chwilach, kiedy najtrudniéj było o uśmiéch na królewskiéj twarzy, dostał piękny podarek, i odtąd pozyskał stałą sławę dziecka cudownego w Warszawie. W istocie pociesznie było widziéć ośmioletniego chłopca, przybranego jak dorośli, a coraz w innym stroju, odegrywającego rolę codzień inną i codzień nabiérającego więcéj złośliwego dowcipu. Nie było wieczora u Starościnéj bez Janka; Janek leżał u nóg jéj razem z bonończykiem, lub opychał się ciasteczkami w kącie, potém na zawołanie, pochwycony przez kobiéty, wyściskany i wycałowany; występował na środek sali i udawał nieprzytomnych gości. Stosowną do roli dawano mu suknię, których niezliczoną rozmaitość sprawiła Starościna, a malec dumny, wypieszczony, podniecany i nieszanowany wcale przez ludzi zepsutych, nad wiek i spodziewanie zepsuty przez nich, potworną sprzecznością twarzy z mową i ruchem, ubawiał trudnych do zabawienia ludzi. Reszta życia spływała mu wśród służących, którzy dla podobania się Pani, wyuczali go i piosneczek, i przekleństw, i konceptów, jakich może nigdy jeszcze usta dziecięce nie wyrzekły. Janek uczył się wszystkiego w lot, z niesłychaną do złego skłonnością, rzekłbyś, że przeczuwał to wszystko, i dość mu było napomknąć nieco, by reszty się domyślał, by ją dorobił i przyswoił sobie. W istocie zdolności były nadzwyczajne, ależ w jaki je obrócono użytek! Nikt z tych ludzi, co się śmieli z Janka, sciskając go i całując, nie pomyślał, że wszyscy potroszę kamień mu do szyi wiążą. Sama opiekunka nie troszczyła się wcale co z niego będzie, była pewną, że na świecie da sobie radę, i prorokowano mu nadzwyczajne losy. Janek rósł szybko, kształcił się dziwnie, i doszedłszy dwónastego roku, przedwcześnie dojrzały, przekwitły, stérany, ale pojętny, przebiegły, sprytny niezwyczajnie, z dziecka cudownego, wyrósłszy na chłopaka, zapomniany przez tych, co zmarnowali jego dzieciństwo, wcisnął się, nie bez upokorzenia i przykrego uczucia, między sługi Starościnéj. Ładna twarz i wiele zdolności czyniły go już tylko potrzebnym i znośnym. Niekiedy Elżusia, zawsze piękna jeszcze, spoglądała na niego zamyślona, jakby dumała co z nim zrobi; ale to nigdy nie trwało długo, i chłopak walał się w przedpokoju po dawnemu. Szczęściem czy nieszczęściem, początki, jakie mu dano, zaszczepiły w nim dumę, wysokie o sobie pojęcie i pragnienie wybicia się z tłumu. Miał wiele wolnego czasu, począł uczyć się czytać i pisać, a raz dorwawszy xiążek, na których czele stał Idzi Blas i Rinaldo, przewrócił sobie głowę do ostatka. Przypominając sobie dziecinne swe tryumfy, uściski możnych, ich dary, oklaski, pochwały; dziś upadły i zapomniany, postanowił czémś się koniecznie odznaczyć, dójść do czegoś. Starościna zajęta sobą, już o sierocie niewiele myślała, a w jéj przekonaniu, dając mu odzież, jadło i dostatek, obchodząc się z nim łagodnie, już była od wszelkich innych obowiązków dla niego swobodną. O nauce, o zapewnieniu mu losu nie myślała; ale on myślał za nią i za wszystkich o sobie. W piętnastym roku życia był to już prawie człowiek, dla którego świat nie miał tajemnic, bo sąż tajemnice dla wychowanych w przedpokoju zepsucia? Gorące żądze młodości zużył przedwcześnie; starość chłodną ręką już mu ścisnęła serce, gdy jeszcze puszek ledwie zarastał na twarzy. Kosztem serca i uczucia paliła się głowa. Jako środki do dumnych swych celów, miał twarz piękną wcale, bystrość umysłu rzadką, śmiałość niepokonaną i gorącą żądzę zostania człowiekiem. Janek bowiem Panów tylko nazywał ludźmi. Los jego i pochodzenie zamiast go ochładzać, rozgrzewały go jeszcze; wiedział, że był siérotą, ale nie znając swéj matki, ani ojca, bo go inaczéj jak Jankiem nie nazywano, nadawał sobie pochodzenie wielkie (mając do wyboru jakie chciał), marzył o przyszłości bajecznéj, o przyznaniu się do niego Xiążąt i t. p. Od dawna postanowił wynijść z upadlającego przedpokoju i zrucić galonowane suknie, ale nawyknienie do dobrego bytu, nieumiejętność dania sobie rady, odwodziły go jeszcze od tego. Przypadek przyśpieszył (my to nazywamy zawsze przypadkiem co daleko rozumniejsze jest od nas), wyzwolenie Janka. Po śmierci skąpego murgrabiego Pana Pawła Kurka, dla którego miał najżywszą nienawiść Janek; pozostały papiery, które przenosząc ze stoła na stół, przerzucając z kąta w kąt, złożono w izdebce, którą zajmował Janek. Nie mając co robić przerzucał je. Tu natrafił na kopją swéj metryki i ślady swego pochodzenia, stwierdzone przez Ojca Serafina przy oddaniu w opiekę dziecięcia Pani Starościnéj. Głowa mu się zapaliła. Imie Tekli Lutyńskiéj, utkwiło w jego pamięci; a że Starościna była z domu Lutyńska, wpadł na myśl pokrewieństwa z nią, w któréj utwierdziło go przyjęcie do tego domu. Długo miotał się sam na sam z tą myślą, aż nareście jednego poranka, wszedł z papierami w ręku, do pokoju Starościnéj. Elżunia jeszcze piękna, jeszcze zalotna, mimo zbliżania się do téj pory, w któréj kobiéty wszelkie prawa do zalotności tracą, spoczywała na berżerce wystrojona tém staranniéj im więcéj teraz strój dla niéj był potrzebny. W trochę umyślnie przyćmionym pokoju, nie powiedziałbyś że ma więcéj nad lat dwadzieścia kilka; tak jeszcze była świeża, tak zgrabna, tak pozornie młoda. Kobiéty bez serca mają zawsze ten przywiléj długiéj młodości. — Co chcesz Janku? spytała niedbale rzucając xiążkę na krzesło blizko stojące. Janek trzymał papiery w ręku, milcząc podał je Starościnie, ona z podziwieniem mierząc go oczyma przejrzała je i nie pojąwszy o co chodziło zwróciła mu z nowém zapytaniem. — Czego chcesz Janku? — JW. Pani, to imie mojéj matki nosi Janek, wskazując metrykę. Starościna spłonęła i porwała się z berżerki. — Cóż z tego? spytała. — Moja matka nazywała się Tekla Lutyńska, dodał Janek z wielkiém i widoczném wzruszeniem. — Być może! odparła Starościna, ale cóż z tego? — Nic, odparł młody chłopak przyklękając i całując w rękę opiekunkę — chciałem tylko zapytać Pani, kto była moja matka? i czy gdzie w świecie mam jakich krewnych? Starościna która się nie spodziewała tego obrotu rozmowy, zmięszała się trochę, spójrzała w oczy Jankowi i zatrzymawszy się chwilę, odpowiedziała. — Niewiem — niewiem! alboż ci tu źle u mnie alboż tyś chciał szukać gdzie nowéj familji. — Nowéj! nie — ale Pani ja niemam żadnéj a niemieć żadnéj — o! ciężko! — Janku! odważniéj poczęła piękna pani, bądź szczerszym, inną myśl miałeś przychodząc tutaj: nieprawdaż? Janek z kolei się zmięszał. — Ty wiesz, że i ja zwałam się dawniéj Lutyńską, nieprawdaż? — Wiedziałem o tém, rzekł Janek z cicha. — I myślałeś. — Daruj JW. Pani, śmiałem pomyśleć, żeś mnie przytuliła sierotę, przez pamięć na jakie pokrewieństwo. Starościna poprawiała sukni i włosów głęboko się zamyślając; ciężko jéj było wyrzec kłamstwo i poczynała rachować czy się ono przyda na co prócz chwilowego zaspokojenia jéj dumy, czy go co późniéj nie wyjawi. — Słuchaj, odparła nareście — Lat temu dziesięć będzie jeśli nie więcéj, ścisk ludu zatrzymał mnie w jadącą do kościoła, w tym ścisku ojciec Serafin kapucyn, znalazł się szczęściem. On mi wytłómaczył dla czego tyle ludu zebrało się pod biedną kamienicą starego Miasta. Uboga jakaś kobiéta umarła w tym domu, zostawując dwoje opuszczonych sierot, niewiedząc kto były te sieroty, wzięłam z nich jedną na wychowanie, ty jesteś tym sierotą. Z papierów dowiedziałam się żeś syn jakiejś Tekli Lutyńskiéj, nie wiem nic więcéj. — Nie wiesz Pani kto była matka moja? spytał niedowierzając Janek. — Wiem i niewiem; odparła odważnie i zniecierpliwiona Starościna. Powiem ci wszystko: miałam siostrę Teklę, która znikła nie wiem jak i gdzie. — Więc moja matka mogła być siostrą Pani. — Mogła, lecz na świecie wiele jest Lutyńskich a zwłaszcza w Krakowskiém, a nie pojmuję jakby siostra moja mogła umrzéć w takiéj nędzy, nie zgłosiwszy się do mnie. Wiedziała, że byłam w Warszawie, gdyby była tą siostrą moją, dla czegożby nie przyszła do mnie? Janek uczuł się tą szczérością Starościnéj rozstrojony i zrozpaczony; mówiła z takim wyrazem prawdy, że musiał jéj wierzyć! Spuścił głowę i zamilkł. — Powiem ci więcéj Janku, dodała Starościna — jakkolwiek nie mogę przypuścić żebyś był moim siestrzeńcem; samo nazwisko twojéj matki było jednym z powodów dla których zajęłam się tobą. Dla innéj opiekunki byłoby to może powodem odepchnienia ciebie. Gdybyś był najniewdzięczniejszym; niemożesz mi nie przyznać, żem cię wydźwignęła z nędzy i błota. Nie dość na tém, dawno myślałam, aby cię ze stanu, w którym jesteś wyprowadzić; ale ja tyle mam na głowie. Dobrze żeś mi to ; Starosta potrzebuje pisarza w swoim majątku, pojedziesz jutro w Krakowskie. To mówiąc zawróciła się skinęła główką i wyszła. Co myślała? to wie jeden, a nawet czy myślała i to pytanie; odpowiedziała co jéj na myśl przyszło i sądziła, że się chłopca pozbędzie. O to jéj teraz chodziło. Wiedziała bardzo dobrze, że był synem jéj siostry, ale dla téj biednéj nie miała serca, dla sieroty nie czuła przywiązania, znudził ją wreście. Znalazła sposób pozbyć się go i jeszcze mogąc za to wymagać wdzięczności. Tegoż wieczora Starosta Janka mianował pisarzem, dano mu konia, i instrukcją, do Rządzcy dóbr list, kilka talarów na drogę i nazajutrz rano Janek pożegnać musiał Warszawę. Za całą spuściznę z niéj wywiózł głębokie zepsucie, silne postanowienie wzniesienia się jakiemikolwiek sposoby, bo sumienie nie rozwinione w nim spało, i pół krzyżyka na piersiach z papierami, świadczącemi o pochodzeniu sierocém. Choć mu towarzyszyła nadzieja, Janek jechał smutny; chęć wzniesienia się, na którą dobrego w języku wyrazu niemamy, którą ambicją u nas zwano z obcego języka, bo pierwiastkowy byt słowiański nie znał téj namiętności, a jego ustawy rozwinieniu jéj sprzeciwiały się. Ambicja gryzła Janka, każda namiętność jest męczarnią, ale żadna od téj sroższą! Nigdy téj żądzy zaspokoić, nigdy uśpić, nigdy kresu jéj położyć. U celu nadziei, jeśli wyższego nie dojrzy, przesycona, kona z przesytu i znużenia. Jak namiętna chciwość, jak miłość namiętna, ambicja trawi i niszczy człowieka. Na twarzy dotkniętego tą plagą, wyczytasz wewnętrzne duszy męczarnie, niepokój, zazdrość, i piekielne ciągłe pragnienie. Janek wyjeżdżał za miasto, kierując się ku Krakowu na chudym koniku, o niczém nie myśląc, nic świata nie czując i nie podziwiając, jedynie zajęty sobą i przyszłością swoją. — Mam nogę na szczeblu, mówił do siebie, pójdę, pójść muszę, dójdę! — Iluż to mnie podobnych z pisarzy jakim ja jestem dzisiaj, siadło potém na krzesłach dygnitarskich, wzięło buławy i laski! Nasłuchał się o tém Janek w Warszawie, i przykłady ślachty drobnéj wzniesionéj talentem, intrygą, poplecznictwem na wysokie stopnie i urzęda, nie były rzadkie. Z ślachty dopełniała się co chwila klassa panów, któréj wielkie rodziny gasły daleko częściéj niż ślacheckie; bezpotomne i zapomniane. Tysiączne o podobnych wypadkowych wielkościach, powiastki krążyły u ludu. Czuł w sobie siły, czemuż się nie miał spodziewać? Nieraz patrząc na ospałego Starostę pomyślał sobie młodzieniec: do czego się mi to stworzenie przydać może? Niepotrafiłżebym być równie tłustym i obżartym Starostą jak on? — Wyśmiewając od dzieciństwa, nawykły wszystkich widzieć ze strony ich szpetnéj, siebie miał za cóś wielkiego. Wyjechawszy za miasto, ani spójrzał na wiosenne niebo, na ziemię w wiosennym wianku, serce mu nie zabiło, oczy się nie zwilżyły, krew płynęła zastygła; a nowość widoku nie wzbudziła w nim uczucia żadnego, pączka myśli, żadnéj myśli kwiata uczucia, którego owocem jest czyn. Jechał zimny, obojętny, ziéwający, i wciąż tylko powtarzał: pójdę i dójdę — dwa słowa na których teraz obracało się ubogie życie jego. Modlić się nie umiał, śmiać się mu uprzykrzyło, płakać się wstydził, ciekawości nie miał. Patrzał po Bożym świecie ucząc się go tylko na użytek późniejszy i zimno rachując na co się mu nauka przyda. Napróżno szumiała blisko niebieska rzeka, mówiły gaje o wiośnie, śpiewali ptacy, błyskało jasne słoneczko, dla niego głosy i widoki były stracone, nudził się wszystkiém. Przeszły piękne dziewczęta wiejskie przypatrując mu się ciekawie, zaczepiając go naiwnie, odpowiedział im szyderstwem nie przystojném tylko. Zbliżył się stary żebrak o kiju z siwą brodą po pas prosząc o jałmużnę, Janek go minął dawszy koniowi ostrogę. — Miałbym rozum żebym, pierwszy grosz rozsypywał bez pożytku po drogach, rzekł w sobie. Dziewczęta pokiwały głowami, starzec popatrzał i ruszył ramiony z pogardą: nie chodziło mu o jałmużnę tyle ile o dobre słowo, a i tego mu nawet nie rzucił, zwyczajnego — Niech wspomoże. Dojechawszy do lasu Janek nie zwykły do jazdy, uczuł się znużony i zwolniwszy koniowi biegu, zsiadł więcéj przywykły do chodu niż do jazdy, myśląc że mu lżéj będzie iść pieszo. Słońce poczynało dopiekać, gdy stanął przed gospodą w lesie, która jak tysiąc innych niewygodnych karczem, zwała się Wygodą. Kilka wozów wieśniaczych stały przed karczmą a na kłodzie pod sośniną starą siedział młody chłopak pożywając chleb podróżny dobyty z sakiew skórzanych. Postawiwszy konia u żłoba, napiwszy się wódki, która zepsutemu łakociami podniebieniu równie jak jadło karczmarki nie smakowała, Janek wyszedł na podwórze, szukać miejsca gdzieby się mógł położyć spać pókiby gorąco południowe przeszło. Tu dopiero postrzegł siedzącego na kłodzie podróżnego zajadającego chleb z sérem, a postrzegłszy go cofnął się z podziwienia, podróżny także wlepił w niego oczy ciekawe i zdawał się równie zdziwiony jak on. Powodem tych podziwień było najosobliwsze podobieństwo twarzy dwóch tak niespodzianie spotykających się ludzi. Zdawali się jednego wieku, a byli tak podobni jak
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Pan i szewc.
