Front matter
W. B. YEATS
OPOWIADANIA O HANRAHANIE RUDYM.
TAJEMNICZA RÓŻA.
całość
W. B. YEATS
OPOWIADANIA O HANRAHANIE RUDYM.
TAJEMNICZA RÓŻA.
ROSA ALCHEMICA.
autoryzowany przekład z angielskiego
JÓZEFA BIRKENMAJERA
LWÓW — POZNAŃ 1925
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
Jest książka, dwa tysiące lat sobie licząca, znana nam jeszcze z ławy szkolnej, boć wtedy nękała nas gramatycznemi prawidłami i wokabułami obcego, martwego języka. Jej autor, genjalny Juljusz Cezar, mistrzowsko prostym językiem, pełnym majestatycznego chłodu, opowiada jedną z najkrwawszych tragedyj, jakie rozegrały się w dziejach ludzkości: o wymordowaniu i podbiciu wielkiego narodu, kochającego wolność, kochającego piękno, kochającego poezję... Naród ów zwał się Celtami, jego kapłani Druidami... Jest też druga książka, znana nam również jeszcze z ławy szkolnej, ale pisana płomiennym wierszem i językiem najpiękniejszym w świecie — „Lilla Weneda“ Juljusza Słowackiego. Najwspanialsza tragedja polska i najbardziej polska, pomimo akcesorjów częstokroć obcych. Są w niej sceną głazy druidyczne, a król zwie się Druidem-Derwidem; sam poeta przyznaje się, że tragedję tę natchnęły mu dzieje starożytnej Helwecji, tej samej, którą niegdyś uciemiężyły legjony rzymskie. I jej treścią jest wymordowanie i podbicie wielkiego narodu, kochającego wolność, kochającego piękno, kochającego poezję... I jest trzeci autor, dotąd, przykro to wyznać, Polakom prawie nieznany — autor, którego jedno z najcelniejszych dzieł po raz pierwszy w polskim podajemy przekładzie — największy ze współczesnych poetów irlandzkich, wskrzesiciel dawnej poezji celtyckiej, William Butler Yeats. Dzieło, które jest koroną jego twórczości, nosi charakterystyczny tytuł: „The Celtic Twilight“ (1893), który możnaby nadać całej twórczości tego poety. Wyraz „twilight“ oznacza i zmierzch i zaranie, pomrokę i szarą godzinę — wszystko to jest treścią całej poezji Yeatsa. Jest w niej mowa o czasach zamierzchłych, minionych, gdy gasły nadzieje, i o zaraniu życia narodu, budzącego się do nowej wolności, i o pomroczy tajemnic mistycznych i o baśniach, jakie opowiada się w szarą godzinę... I taką była też cała poezja irlandzka — jeszcze od czasów zamierzchłych. Jest to bowiem poezja najstarsza w Europie po upadku świata klasycznego. Gdy całe imperjum rzymskie zalały hordy barbarzyńców, wyspa Hibernia, która nigdy nie uległa orężowi rzymskiemu, z własnej woli stała się i krzewicielką kultury łacińskiej; wszak mnichom celtyckim z zielonego Erinu zawdzięczamy przechowanie wielu arcydzieł literatury starożytnej, które inaczej zginęłyby bezpowrotnie. Pełne snów i księżycowego blasku dzieła zromanizowanego Celta Wirgiljusza do dziś dnia nie straciły tam wzięcia — jeszcze bakałarz wiejski, Hanrahan Rudy, odczytuje je prostym wieśniakom i swawolnym chłopiętom. Ale i lud ten prosty, celtycki, tworzył też rodzimą, oryginalną poezję. Kędyś tam dawno, w głuszy wieków średnich, zanim jeszcze w celtyckiej Bretonji powstały podania o królu Arturze, w Irlandji bardowie opiewali króla Aedha, czy walkę między legendarnemi plemionami Tuatha de Donaan i Fomori, później zaś wojnę między prowincjami Ulster i Connaught (Tain Bo Cualngi), czy podania o królu Finnie i Osjanie. Obok tych pieśni krążyły też podania „Echtry“ o podziemnem królestwie wróżek; wyobraźnia ludowa całą wyspę napełniała zjawami nadprzyrodzonemi, zwanemi Sidhe. Pieśni te i opowiadania zachowały się dzięki uczonym bajarzom — filidom; obok nich ogromną rolę odegrali i mnisi, którzy te legendy pogańskie przepisywali wraz z chrześcijańskiemi. Legendy otoczyły zwłaszcza postać apostoła Irlandji, ś. Patryka (372 do 464); jedna z tych legend, opowiadająca o zwiedzaniu świata zaziemskiego, miała podobno wpłynąć na powstanie „Boskiej Komedji“ Dantego. Wizje były najczęstszą legend tych treścią; słusznie Yeats uważa wizyjność za jedną z najważniejszych cech poezji celtyckiej. Legendy te, baśnie i pieśni żyją jeszcze częściowo w ustach ludu, który w kilkuwiekowej niewoli przeważnie nawet język własny zatracił i tylko gdzieniegdzie, w zapadłych kątach, zdołał przechować swe narzecze. Z owych ksiąg, spisanych przez mnichów i filidów, oraz z ust ludu zaczęli je spisywać (w latach 1886—1896) miłośnicy przeszłości narodowej i kultury irlandzkiej, sami już przeważnie mówiący i piszący po angielsku. Tę dążność samozachowawczą, wysuwającą nawet postulat przywrócenia dawnego języka celtyckiego czyli gaelickiego (Liga Gaelicka — Connradh Gaedhilge 1893), poczęto określać nazwą zmartwychwstania celtyckiego — The Celtic Revival. Z ruchem tym łączy się silnie i ruch literacki — Irish Literary Movement; oba zaś są współczesne walce o niepodległość — w dziejach Irlandji, a odrodzeniu romantyzmu — w dziejach literatury europejskiej. Zbieżność dat nie przypadkowa, a charakteryzująca i samą literaturę renesansu celtyckiego. Samopoczucie narodowe oraz romantyzm: oto, powiedziawszy ogólnikowo, dwa główne czynniki powstania wspaniałej literatury irlandzkiej. Jak niegdyś Herder swojemi: „Stimmen der Völker“ przygotował grunt pod romantyzm niemiecki, tak revival irlandzki przygotowały zbiorki pieśni ludowych, zwłaszcza „Love Songs of Connaught“, wydane przez Douglasa Hyde’a (1893); ten to człowiek był głównym inicjatorem odrodzenia celtyckiego, dopomagali mu zaś ludzie ideowi, juk Gavan Duffy, Dr. Joyce i Stopford Brooke, którzy postawili sobie program określony: wyzwolenie intellektualne Irlandji i stworzenie oryginalnej literatury. Miano tłumaczyć stare teksty, legendy, pieśni itp., rozwijać je, napełniać nową treścią, ożywiać imaginacją. W istniejącem od 1892 r. w Dublinie towarzystwie literackiem — Irish National Literary Society — najczynniejszym i najwpływowszym od samego początku był W. B. Yeats. Urodzony w 1865 r., z rodziny protestanckiej, już za młodu przejął się rodzimą twórczością swej ojczyzny, czego dowód złożył, ogłaszając „Klechdy ludu irlandzkiego“ (Folk Tales of the Irish Peasantry, 1888); zarazem dał w sobie poznać już późniejsze upodobania, wydając (1892 r.) pisma wielkiego mistyka, W. Blake’a. Z natchnienia Yeatsa młodszy od niego, lecz równie wielki poeta, John Millington Synge (1871—1909) zajął się badaniem pierwotnych obyczajów i nieskażonego języka gaelickiego na Arańskich, na zachód od Irlandji; sam zaś Yeats, jak wyznaje, wiele szczegółów folklorystycznych i właściwości stylowych zawdzięcza Lady Gregory (ur. 1852), świetnej znawczyni języka i baśni irlandzkich oraz autorce tęgich komedyj. Oprócz nich dokoła Yeatsa zgrupowali się wybitni poeci, złączeni umiłowaniem rodzimej tradycji, skłonnością do symbolizmu, baśni i dawnej mitologji celtyckiej. Są to: Padraig Colum, William Sharp (pseud. Fiona Macleod), a nadewszystko G. W. Russel (ur. 1867), piszący pod kryptonimem A. E., człowiek wszechstronnie uzdolniony jako krytyk, poeta, malarz i ekonomista. Jemu to poświęca Yeats swoją „Różę tajemniczą“, nazywając go jedynym poetą nowoczesnej Irlandji, „who has moulded a spiritual ecstasy in verse“; wpływ tego panteisty i zwolennika filozofji indyskiej nieraz zaznacza się w dziełach Yeatsa (The Ideas of Good and Evil 1903). Ale zajmijmyż się samym Yeatsem i jego oryginalną twórczością poetycką:
Know that I would accounted be True brother of the company Who sang to sweeten Ireland’s wrong Ballad and story, rann and song
— pisał dwudziestoletni poeta w wierszu „Do przyszłej Irlandji“ i tej zapowiedzi nigdy się nie sprzeniewierzył: był zawsze wiernym druhem braci śpiewaczej i pieśń jego miała na celu osłodzenie niedoli Irlandji. Zaczął od ballad i wierszy lirycznych; wśród nich znajdowały się istne perły poezji, takie wiersze jak: „The Song of the Old Mother“, „Down by the Salley Garden“, „The Fiddler of Dooney.“ Z większych poematów na uwagę zasługują przedewszystkiem „The Wanderings of Usheen“ (1889), których bohater, zwany też Oisin, poszukuje wytęsknionej Niamh; w akcję wpleciona jest postać ś. Patryka. Rok 1892, przełomowy w literaturze irlandzkiej, jest ważny dla twórczości Yeatsa; poeta występuje wtedy z pierwszym swym dramatem: „Hrabina Kasia“ (The Countess Cathleen). Odtąd twórczość jego głównie w tym zwraca się kierunku; zyskawszy sobie teren pracy w Abbey Theatre w Dublinie (założ. 1904), pisze szereg dramatów, wydając je jako „Plays for Irish Theatre“. Dzieła te po wielokroć przerabiał i przystosowywał do sceny, dążąc do stworzenia odrębnego zgoła dramatu irlandzkiego, opartego na duchu i tradycji narodowej. „Kasia“ np. ulegała przeróbkom po każdem wystawieniu aż do r. 1912. Świadczy to, że poeta utworów swych nie uważa za dzieła książkowe, ale za żywą mowę, jak nią były niegdyś recytacje bardów. Ten mistrz języka, jeden z największych wirtuozów formy, wymagał też od aktorów, grających jego utwory, żeby byli mistrzami deklamacji, czemu dał wyraz w rozprawce „Literature and the Living Voice“ (1906). — Dodać należy, że w dziele stworzenia dramatu irlandzkiego pomagał Yeatsowi genjalny reżyser i reformator teatru, E. Gordon Craig. „Hrabina Kasia“ — to dzieje niebywałego poświęcenia; bohaterka tytułowa, chcąc z rąk czartowskich wybawić nękaną głodem ludność, składa w ofierze najpierw swe skarby, a potem i własną duszę. Drugim z kolei dramatem był „The Land of Heart’s Desire“ (1894), którego bohaterka, młoda Maire, tęskni sercem całem do kraju wróżek. Najpiękniejszy to może dramat Yeatsa, w każdym razie najbardziej charakterystyczny dzięki nastrojowi symbolicznemu i charakterowi baśniowemu całej akcji. Wszystkie te same cechy mają i inne dramaty Yeatsa, jak „Hour Glass“ (Klepsydra), „The Green Helmet“ itd. Niektóre z nich sięgają do zamierzchłych, mitycznych dziejów Irlandji; do nich należy zwłaszcza piękny dramat „On Baile’s Strand“ (1904), osnuty na podaniach o królu Conocharze; z tego samego cyklu podań staroceltyckich wziął poeta wątek innego dramatu p. n. „Deirdre“ (1906). Wyrazem bólu jest dramat „Cathleen ni Hoolihan“ (1902). Nie wyliczyliśmy wszystkich dzieł Yealsa, za które w r. 1923 dostał nagrodę Nobla, bo i tak tytuły same mało powiedzą o ich wartości, a streszczenie nie zastąpi treści. Zanim dzieła te staną się bliżej znane ogółowi polskiemu, niechże zadatkiem tego zbliżenia będzie książka niniejsza, o której z kolei pomówić należy. Wyszła ona po raz pierwszy w r. 1897 pod ogólnym tytułem „The Secret Rose“. Róża, najpoetyczniejszy z kwiatów, była zawsze, że się tak wyrażę, symbolem wszelkiej symboliczności i mistycyzmu, zwłaszcza chrześcijańskiego; wszak w litanji znajduje się inwokacja; „Rosa mystica!“ — co po polsku przetłumaczono: Różo duchowna! („złotą różą“ nazywa ją Słowacki w „Anhellim“); zbiór tajemnic nazwano różańcem — gra on poważną rolę dwukrotnie w opowieściach Yeatsa, podobnie jak róża herbowa, będąca godłem Joannitów. Najpopularniejszym bodaj z poematów średniowiecza był „Roman de la Rose“, Williama de Lorrisa i Jana de Meunga, powieść symboliczna, pełna snów i wizyj; nie brak takich poematów było i później, że wspomnę „Die bezauberte Rose“, romantyka Schulze’go — przypomnijmy sobie wreszcie i ową symboliczną Różę w widzeniu Ewy z III-ciej części „Dziadów“... Yeats posługiwał się tym symbolem już w lirycznych wierszach młodzieńczych („The Rose of Peace“, „The Rose of the World“, „The Rose of Battle“), a nie zapomniał o nim i w wierszach późniejszych („The Lover tells of the Rose in His Heart“). Ale książka niniejsza jest wprost przepojona zapachem i barwami tego czarującego kwiatu. Istne kwiaty poezji sypie Yeats w tych opowieściach: odurza nas niemi w „Rosa Alchemica“, olśniewa w powieści o rycerzu z Palestyny, zasypuje w „Widzeniu Hanrahana“... aż nam się zdaje, ie spoczywamy w śnie błogim, przysypani kwieciem, jak ów starzec ze „Śródwiośnia“... Kwiaty dzikiej róży Hanrahan Rudy zanosił tylko Marji Lavelle, a potem już nikomu; poezje swoje jednak niósł wszystkim, nadewszystko męczeńskiej ojczyźnie. Jest w tym zbiorku pieśń, którą Yeats gdzieindziej zatytułował: „Red Hanrahan’s Song about Ireland“ — śpiewem o Irlandji — mimo, że mowa w niej tylko o Kasieńce, córce Hoolihana; nam, Polakom, przychodzi na myśl owa „kuzynka“, o której chorobie tragedję pisał Słowacki, i owa „mocarka, pani najmiłościwsza“, którą wspomina Żeromski w ostatniej swej powieści... Nad pieśnią tą płakała Małgorzata Rooney, płakali ślepi żebracy i prostacze pospólstwo — i tłumaczowi też łza w oku się kręciła, gdy pieśń tę czytał w oryginale; jeżeli zdoła ona wzruszyć choć jednego z polskich , będzie to probierzem choćby względnej wartości przekładu. „Rudego Hanrahana“ rok temu przełożył Miriam; komu wpadł w rękę jego przekład, będzie zdumiony różnicami, jakie zachodzą między jego tłumaczeniem i mojem — nazwiska, sposób opowiadania, ba treść, są zgoła odmienne, często wspólny pozostaje tylko... nagłówek. Wynikło to sląd, że Przesmycki posługiwał się pierwszem wydaniem z r. 1897, ja zaś ostatniem z r. 1923, opartem na przerobionem i jedynie przez autora uznanem wydaniu z r. 1908. Wspominałem już o tem jego zamiłowaniu do przeróbek, któremu nie oparło się bodaj żadne z jego dzieł; w tym wypadku, jeżeli chodzi o powód, podaje go Yeats w dedykacji „Hanrahana“, zwróconej do Lady Gregory. Zgodnie z zawartemi tam intencjami autora wprowadziłem tu i owdzie w tłumaczeniu wyrazy gwarowe, przeważnie brane z mowy mych okolic rodzinnych, niegdyś opactwa tynieckiego; miałem żywo w pamięci owe zwaliska, gdym pisał o „abbeys“ irlandzkich, i wspominałem sobie ludzi tamtejszych, wśród których znałem w dzieciństwie „some likeness“ Hanrahana Rudego i Winny Byrne. Również w myśl intencji autora nie spolszczałem wyrazów celtyckich, które wśród przecudnie rzeźbionej angielszczyzny oryginału błyszczą krwawym blaskiem — niby owe rubiny, któremi brat Piotr, w jednej z nowel Yeatsa, ozdabia misterne puzderko. Ponieważ mitologja irlandzka (na której zawiłość utyskuje Synge) jest mało dostępna polskim czytelnikom, więc zamieściłem kilka objaśnień, wziętych przeważnie z innych pism samego Yeatsa. Kilka uwag i wyjaśnień zawdzięczam uprzejmości świetnego znawcy literatury angielskiej, dr. Romana Dyboskiego, profesora Wszechnicy Jagiellońskiej — za co niniejszem składam Mu podziękowanie, dodając, że niemałym bodźcem do pracy nad przekładem niniejszym były Jego słowa („Przegl. Warsz.“, sierp. 1922): „Kto roztoczy przed nami gigantyczne wizje Blake’a, przepych rytmiczny Swinburne’a, upajające melodje i obrazy Rossettiego, “ Pragnąłbym, by ta książka była choć częściową odpowiedzią na to pytanie.
Hanrahan Rudy.
Hanrahan, nauczyciel zagrodowy, wysoki i krzepki młodzieniec z rudą czupryną, wszedł do lamusa, gdzie siedziało kilku wieśniaków w wieczór Samhain. Był to niegdyś dom mieszkalny, ale kiedy właściciel zbudował sobie przyzwoitszą siedzibę, złączył wówczas obie znajdujące się tu izby w jedno, zyskując miejsce na skład różnych rzeczy. Płonął tu ogień na starej nalepie, w butelkach paliły się pozatykane łojówki, a na kilku deskach, co wsparte na dwóch beczkach zastępowały stół, stał czarny gąsior ćwierciowy. Większość wieśniaków siedziała przy ognisku, a jeden z nich śpiewał przeciągłą pieśń włóczęgowską o człowieku z Munster i człowieku z Connaught, którzy wiedli spór o swe dzielnice. Hanrahan podszedł do gospodarza i odezwał się: — Otrzymałem wasze polecenie. Ledwo to jednak wypowiedział, zatrzymał się, gdyż stary człek, na górala wyglądający, który był odziany w koszulę i spodnie z nieblichowanego samodziału, a siedział na uboczy tuż przy drzwiach, spojrzał na niego, przerzucił w rękach zwitek wytartych kart i mruknął coś pod nosem. — Nie baczcie na niego — rzekł gospodarz — jest to jakiś człek nieznajomy, co przyszedł tu przed chwilą; przyjęliśmy go tu z duszy — serca, boć to dzisiaj noc Samhain, lecz mi się coś widzi, że nie jest on przy zdrowych zmysłach. Posłuchajcieno, a usłyszycie, co on wygaduje. Jęli nadsłuchiwać — i posłyszeli, że stary przychodzień, przewracając karty, mruczał sam do siebie: — Wino i dzwonka, odwaga i siła... żołądź i czerwień, wiedza i przyjemność. — W ten sposób on już sobie pogwarza z dobrą godzinę — rzekł gospodarz, ale Hanrahan odwrócił oczy od starego dziwaka, jakby mu było nieprzyjemnie nań spoglądać, i ozwał się: — Otrzymałem od was wezwanie; posłaniec mi powiadał; jest on w lamusie wraz z trzema krewniakami z Kilchriest, a jest tam i kilku sąsiadów — Owo siedzi mój siestrzan, co pragnie widzieć się z wami — odrzekł gospodarz, i przywoławszy młodzika, odzianego w świtkę bajową i zasłuchanego w śpiewie, odezwał się: — Otóż i Hanrahan Rudy, dla którego masz zlecenie. — O, doprawdy, miłe to zlecenie! — rzekł młodzik — przysyła je wasza kochanka, Marja Lavelle. — Skądeście to dostali od niej zlecenie i co wam rzec kazała? — Nie znam jej poprawdzie, alem wczoraj był w Loughrea, zaś jej sąsiad, który to i owo targuje ze mną, mówił mi, że ona go prosiła, żeby jak spotka na targu kogo z tych stron, powiedział mu, jako ją odumarła matka, a jeżeli wy, panie, macie zamiar się z nią ożenić, to ona chętnie dotrzyma wam słowa. — Dalibóg, idę do niej! — rzekł Hanrahan. — A prosiła też ona, żeby nie zwlekać, bo jeżeli nie będzie miała męża w domu, zanim przejdzie miesiąc, to, ani chybi, mały spłacheć gruntu dadzą komu innemu. Gdy Hanrahan usłyszał te słowa, powstał z ławy, na której był usiadł. — Dalibóg, nie będę się ociągał, — rzecze — księżyc jest w pełni, a jeżeli dziś w nocy dokołatam się do Kilchriest, to jutro przed zachodem słońca obaczę się z nią. Skoro to inni posłyszeli, dalejże śmiać się z niego, że był w tak gorącej wodzie kąpany i tak skwapliwy do swej wybranki, a jeden z obecnych zapytał go, czy zamierza opuścić swą szkołę w starej cegielni, gdzie tak dobrze nauczał dziatwę. Lecz ów odrzekł, że dzieci pewno się ucieszą, gdy rano nie zastaną go w tem miejscu i nikt ich nie będzie zapędzał do roboty; co się zaś tyczy szkoły, to może ją znów założyć gdzieśkolwiek, boć ma zawsze ze sobą mały kałamarzyk, zawieszony na łańcuszku u szyi, i ogromnego Wirgiljusza i abecadlnik, schowany za pazuchą. Kilku wieśniaków poprosiło go, żeby przed wyjściem wychylił z nimi kieliszek, a jeden z młodszych ucapił go za połę, mówiąc, że nie powinien ich opuszczać, nie odśpiewawszy piosenki, którą ułożył na cześć Wenery i Marji Lavelle. Dał się namówić na kieliszek wódki, ale dłużej nie chciał się zatrzymywać, by mógł coprędzej ruszyć w drogę. — Czasu macie aż nadto, Hanrahanie Rudy, — rzekł gospodarz. — Będziecie mieli jeszcze czas, by wyrzekać się zabawy, skoro się ożenicie, a może dużo wody upłynie, zanim się zobaczymy znowu. — Nie mogę pozostać, — rzekł Hanrahan; — odbiegałbym od was wciąż myślą, gdyżby mnie ona ponosiła do kobiety, która mnie wezwała, a teraz siedzi sama jedna i czeka mego przybycia. Jeszcze kilku innych obstąpiło go, namawiając, że ponieważ był zawsze dla nich tak miłym kmotrem, znającym tyle śpiewanek oraz wszelkiego rodzaju figlów i dowcipów, nie powinien ich opuszczać, aż przejdzie noc; lecz on nie dał się wzruszyć, odepchnął wszystkich i zmierzał ku drzwiom. Atoli, ledwo przestąpił nogą przez próg, naraz powstał stary przybysz i kładąc swą dłoń wyschłą i cienką, nito szpony ptasie, na ręce Hanrahana, przemówił: — To chyba nie Hanrahan, człek uczony i wielki pieśniarz — ów człowiek, co chce opuścić takie oto grono w noc Samhain. No, ależ zatrzymaj się i zagraj ze mną; mam-ci tu zwitek starych kart, które przydawały się już w niejedną noc przed nocą dzisiejszą, a chociaż są już wyszarzałe, to jednak przez nie zyskano lub utracono wiele skarbów tego świata. — Ho! niewiele skarbów tego świata przyniosły one wam samym, dziadku, — rzekł jeden z parobków, spozierając na jego bose nogi. Wszyscy się roześmiali; jeden tylko Hanrahan nie śmiał się, lecz usiadł z wielkim spokojem, nie ani słowa. Na to jeden z obecnych ozwał się: — Aha, więc koniec końców zostaniesz z nami, Hanrahanie! A starzec rzekł: — Juści że zostanie, nie słyszeliście, jakem go pytał? Wszyscy wpatrzyli się w dziada, jakby dziwując się, skąd się on tu wziął. — Przybywam zdaleka, — mówił ów; — przeszedłem Francję, przeszedłem Hiszpanję i przez Lough (jezioro) Greine o tajnej czeluści, a nikt nie odmówił mi niczego. Następnie umilkł, a nikt nie miał ochoty zadawać mu pytań; zaczęli grać. Sześciu ludzi zasiadło do gry, a sześciu przyglądało się ztyłu. Dwie lub trzy partje rozegrali bez stawki, poczem staruszek wydobył z kieszeni miedziak czteropensowy, wytarty na gładką blaszkę i wezwał innych, by też włożyli coś do puli. Jakoż wszyscy złożyli na deskach potrosze grosiwa, a choć tam było tego niewiele, wyglądało jednak na sumkę dość pokaźną; przechodziła ona z rąk do rąk, raz ją wygrywał jeden, a wnet sąsiad tegoż. Niekiedy i tak bywało, że komuś nie sprzyjało szczęście, tak iż zgrywał się do ostatniego szeląga, zaraz jednak ten lub ów pożyczał mu coś niecoś, a on zwracał pożyczkę z wygranej — słowem, ani szczęście ani powodzenie nie ostawało przy nikim zbyt długo. Już raz Hanrahan przemówił, jak mawia człek przez sen: — Już czas na mnie, by iść w drogę. W tejże jednak chwili wpadła mu dobra karta, tak iż wygrał stawkę i wszystkie pieniądze zaczęły przechodzić do niego. Raz pomyślał też o Marji Lavelle i westchnął — równocześnie jednak odbiegło go szczęście i zapomniał o niej znowu. Lecz wkońcu szczęście zaczęło dopisywać staruszkowi i już przy nim się ostało; wszyscy już przegrali do niego, on zaś zaczął się śmiać sam do siebie urywanym śmiechem i śpiewać raz po raz półgłosem: — Wino i dzwonka, odwaga i siła... — i tak bez ustanku, jakby to były słowa jakowejś piosenki. Gdyby ktoś po chwili przyjrzał się zebranym i zobaczył, jak ich ciała kołysały się to w tę to w ową stronę i jak ich oczy śledziły ręce starca, pomyślałby sobie, że są pijani, albo też, że postawili na kartę całe swoje ziemskie mienie; tak jednak źle nie było, gdyż ćwierciówka stała nietknięta, odkąd rozpoczęto grę, i była prawie pełna, zaś w grę wchodziło jeno niewiele sztuk sześciopensowych i szylingów oraz garść miedziaków. — Dobrzyśta ludzie i do wygrywania i do przegrywania, — rzekł staruszek, — gra się wam podoba. Począł zgartywać karty i mieszać je nader zręcznie i szybko, aż wkońcu nie było wcale widać kart, jeno zdawało się, że on zatacza w powietrzu ogniste koła, jak to czynią chłopaki, wymachując zapalonym drążkiem; potem zaś wydało się wszystkim, że w izbie zrobiło się ciemno i nie widzieli nic, jak tylko jego ręce i karty. Zasię w pewnej chwili z pomiędzy kart szurnął zając; nikt nie umiał powiedzieć, czy to jedna z kart przybrała tę postać, czy też powstało to — ot, tak z niczego w jego dłoniach; dość, że owa stwora biegała po podłodze lamusa — chyżo, jak żywy zając. Kilku spojrzało na zająca, lecz większość nie spuszczała oczu ze starca; gdy mu się tak przypatrywali, z rąk mu wyskoczył pies gończy, podobnie jak poprzednio zając, za nim zaś znowu ogar jeden, drugi, trzeci, aż cała ich sfora poczęła w kółko uganiać za zającem po całym lamusie. Gracze powstali co do jednego, obróciwszy się plecami do desek, i cofali się przed psiskami, prawie ogłuszeni ich ujadaniem; lecz ogary, choć rącze, nie mogły dogonić zająca, który im się wciąż wymykał, aż nakoniec stało się coś nieoczekiwanego. Jakiś, zda się, wichr szalony wywalił naoścież wrota lamusa — zając zdwoił bieg, dał susa nad tarcicami, przy których dopiero co siedzieli grający, i dunął poprzez wrota hen w pomrocz nocną, psy zaś nuże przeskakiwać deski i huzia! za nim w pole. Wówczas dziad zawołał: — Hej, wtrop za psami, wtrop za psami: nielada polowanie ujrzycie w nockę dzisiejszą! — i wyszedł śladem psów. Atoli, choć to ludziskom nie była pierwszyzna polowanie na zająca i choć mieli chętkę do zabawy, to jednak bali się wyściubić nosa w noc ciemną; jedynie Hanrahan zerwał się i : — Ja pójdę! ja pójdę! — Lepiejbyście tu ostali, panie Hanrahanie, — ozwał się parobek, co stał obok niego, — może się wam przydarzyć jakoweś wielkie nieszczęście. Lecz Hanrahan odrzekł: — Zobaczę piękną zabawę, zobaczę piękną zabawę! — i wyszedł za drzwi, zataczając się, niby człowiek snem ujęty; ledwo wyszedł, drzwi zatrzasnęły się za nim. Myślał, że zobaczył przed sobą starego cudzoziemca, lecz był to jedynie jego własny cień, co go księżyc w pełni rzucał na drogę przed nim; atoli posłyszał głosy psów naszczekujących w pościgu za zającem po zielonych rozłogach Granagh, więc podążył za nimi co sił, gdyż nic nie zdołało go zatrzymać. Po chwili doszedł do mniejszych poletków, ogrodzonych murkami z otoczaków; przełażąc przez nie, postrącał kamienie, ale się nie zatrzymał, by je popodnosić. Przeszedł owo miejsce koło Ballylee, gdzie rzeka ryje się pod ziemią, i słyszał wyraźnie skowyt ogarów, biegnących przed nim w górę rzeki. Niebawem trudniej mu już było biec, gdyż trzeba było się wdzierać pod górę, a chmury przesłoniły księżyc i ledwie można było rozeznać drogę; raz zeszedł ze ścieżki, chcąc iść na przełaj, ale noga zapadła mu się w bajorko, tak iż musiał wracać na dawny trop. Sam nie zdawał sobie sprawy, jak długo tak szedł, albo którędy — dość, że nakoniec znalazł się na łysej górze, gdzie powyżej nie było nic oprócz strzępiatych wrzosów; nie było tu słychać ani ogarów ani żadnego innego odgłosu. Lecz ich wrzawa niebawem znów zaczęła nawracać ku niemu, zrazu z daleka, potem zasię zbliska, a kiedy doszła tuż do niego, wówczas znienacka wzbiła się w powietrze i cały zgiełk łowów rozbrzmiał mu ponad głową; potem wszystko pomknęło na północ, aż znowu nie mógł nic dosłyszeć. — To mi się nie podoba, — rzekł do siebie, — to mi się nie podoba! Nie mógł iść dalej, lecz usiadł na wrzosowisku, na którem się znajdował, w samem osierdziu Slieve Echtge, gdyż zupełnie opuściły go siły wskutek odbycia tak długiej wyprawy. Po chwili spostrzegł, że tuż obok niego były jakieś wrota, a z poza nich wydobywało się światełko; zdziwiło go to, że nie widział ich przedtem, choć były tak blisko. Powstał i pomimo zmęczenia doszedł do wrót; chociaż na dworze była noc głęboka, to jednak wewnątrz zagrody jasno było jak w dzień. U wnijścia natknął się na jakiegoś staruszka, który zbierał tymianki i żółte kosaćce, a zdawało się, jakby w nich były wszystkie błogie zapachy lata. A starzec rzekł: — Już to wiele czasu upłynęło, jakeś do nas nie zachodził, Hanrahanie, mężu uczony i wielki pieśniarzu! Mówiąc to, wprowadził go do wielkiego, oświeconego domostwa, a były w niem wszystkie wspaniałości, o jakich kiedykolwiek słyszał Hanrahan, wszystkie barwy, jakiekolwiek widywał w życiu. W samej głębi domostwa było , tam zasię na tronie wyniosłym siedziała kobieta, najpiękniejsza jaką świat widział po wszystkie czasy; twarz miała pociągłą i bladą, a wokół niej równianki kwietne, lecz jej oczy wydawały zmęczenie, jak u kogoś, kto czuwał przez czas długi. Na stopniu poniżej tronu siedziały cztery sędziwe niewiasty, a jedna z nich trzymała na podołku wielki kocieł, druga miała na kolanach wielki głaz, pewno ciężki, choć jej wydawał się być lekkim; inna zasię dzierżyła długachną dzidę, wyrobioną z kończatego drzewa; ostatnia trzymała miecz, co nie miał pochwy. Hanrahan przystanął, pozierając na nie przez dobrą chwilę, ale żadna z nich nie wymówiła ani słowa, ani też nie zwracała nań najmniejszej uwagi. Jemu zaś przyszła ochota zapytać, kto zacz jest owa kobieta na tronie, wyglądająca niby królowa i na kogo też ona tak czeka; lecz choć miał język na zawołanie i nikogo się nie lękał, to jednak nie śmiał zagadnąć tak pięknej kobiety i to na miejscu tak szczytnem. Potem zaś chciał się wywiedzieć, co znaczą owe cztery przedmioty, które, nakształt skarbów niepospolitych, piastowały cztery siwe staruszki, lecz nie mógł dobrać słów odpowiednich, by to wypowiedzieć. Wtem pierwsza z czterech staruszek powstała, wznosząc obiema rękami kocieł i przemówiła: — Przyjemność. Hanrahan nie odrzekł ani słowa. Potem powstała druga staruszka, trzymając w rękach głaz i odezwała się: — Siła. I powstała trzecia staruszka z dzidą w dłoni i rzekła: — Odwaga. Naostatku i czwarta z nich powstała i wznosząc oburącz miecz, powiedziała: — Wiedza. Każda zasię z nich, wygłosiwszy swoje, oczekiwała jakby na odpowiedź z ust Hanrahana, lecz on zgoła nie odpowiadał. Następnie cztery staruchy wyszły za dźwierze, unosząc ze sobą swe skarby, a gdy wychodziły, jedna z nich rzekła: — On niczego od nas nie pragnie! A druga powiedziała: — On jest słaby, on słaby! A trzecia dopowiedziała: — Boi się! Czwarta też wtrąciła swoje: — Już postradał swój dowcip. Wówczas wszystkie rzekły społem: — Echtge, córka Srebrnej Ręki, musi pozostać w uśpieniu. O jakiż żal, jak żal! Wtedy kobieta, co podobna była królowej, wydała jęk — o jakże bolesny! Hanrahanowi się zdawało, że jęk ten brzmi niby szmer ukrytych poników. A gdyby nawet świetlica była dziesięćkroć większa i bardziej oświetlona, niż była, to jeszcze nie zdołałby się oprzeć senności, jaka go nachodziła; zatoczył się, jak człek opiły i przewrócił się po ziemi. Gdy Hanrahan się przecknął, słońce świeciło mu w twarz, lecz na trawie wokoło skrzył się siwy szron, a lód pokrywał obrzeża strumienia, nad którym leżał nauczyciel; strumień ten przepływa przez Daire-caol i Druim-da-rod. Z kształtu wzgórz tudzież z odbłysku Lough Greine w oddali Hanrahan poznał, że znajduje się na jednej z hal Slieve Echtge, lecz nie mógł sobie uświadomić, skąd się tu wziął; albowiem wywietrzało mu z głowy wszystko, co zdarzyło się w lamusie, a z całej przeprawy pozostał mu jedynie ból w piętach i zdrętwiałość w kościach.
W rok później przy ognisku w chałupie przydrożnej siedziało kilku wieśniaków. Naraz przez drzwi nawpół uchylone wetknął głowę Hanrahan Rudy, ogromnie wychudzony i wynędzniały, z włosami długiemi i rozczochranemi i poprosił, by pozwolono mu wnijść i wypocząć. Zaproszono go z duszy — serca, bo była to noc Samhain. Usiadł wespołek z nimi, a oni go poczęstowali szklanką gorzałki z ćwierciowego gąsiora; gdy obaczyli mały kałamarzyk, wiszący mu na szyi, poznali, że jest bakałarzem, i jęli go prosić, by im opowiedział jakowąś baśń grecką. Wyciągnął tedy Wirgiljusza z wielkiej kieszeni swego surduta, lecz okładka była bardzo zasmolona i napęczniała wilgocią, a stronica, którą otworzył, była zupełnie pożółkła; nic mu to jednak nie wadziło, bo i tak patrzył na nią jak człowiek, co nigdy w życiu nie uczył się czytać. Kilku parobków, widząc to, poczęło się śmiać z niego i pytać, czemu nosi tak ciężką księgę, z której nawet czytać nie umie. Te słowa ubodły Hanrahana, więc włożył z powrotem Wirgiljusza do kieszeni i zapytał, czy ma też z nich który talję kart przy sobie — bo karty to rzecz lepsza, niż księgi. Kiedy wydobyto karty, wziął je i zaczął tasować, a gdy je tasował, coś mu jakby zaświtało w głowie i puknąwszy się dłonią w czoło, jak ktoś co usiłuje sobie jakąś rzecz przypomnieć, odezwał się: — Czym ja tu był kiedykolwiek, albo też gdzie byłem w noc taką, jak dzisiejsza? Potem nagle powstał, upuszczając karty na podłogę i rzekł: — Który to z was przynosił mi zlecenie od Marji Lavelle? — Nigdyśmy was przedtem nie widzieli na oczy, aniśmy też w życiu nie słyszeli o Marji Lavelle — rzekł gospodarz. — A cóż to ona zacz i o czem to tak prawicie? — Było to przed rokiem... byłem w lamusie i ludzie grali w karty; na stole leżały pieniądze i przechodziły tam i sam od jednego do drugiego — a ja dostałem polecenie i zabierałem się do odejścia, by odwiedzić kochaneczkę, co mnie wzywała, Marję Lavelle. Naraz Hanrahan krzyknął: — Gdzieżem to bywał od tego czasu? Gdzieżem to był przez rok cały? — Niełacno to powiedzieć, gdzieżeście to bywali przez ten czas, — rzekł gazda, — albo po jakich krainach wałęsaliście się; tak mi się widzi, że na nogach macie proch z niejednej drogi. Boć też wielu jest takich, co tłukli się po świecie, a potem tak tracili pamięć, skoro im się coś przydarzyło. — Co prawda to prawda, — przytwierdził drugi. — Znałem babę, co włóczyła się po świecie, jak on, przez siedm lat; potem wróciła i opowiadała kumom, że często cieszyła się, gdy mogła się pożywić tem młótem, co to podają świniom w korycie. Ale wam to będzie najlepiej, żebyście odrazu poszli do księdza, niechby z was zdjął ten urok, który ktoś na was rzucił. Tedy on chciał wyjść z domu, lecz zaczęli mu przedkładać, że najlepiejby było, żeby ostał na nocleg i nabrał krzepy na dalszą podróż; po prawdzie było to nieodzowne, gdyż był wielce osłabiony, a gdy zastawiono przed nim warzę, to jął zawijać ją żarłocznie, jakby od urodzenia nic nie miał w ustach. Któryś tam z chłopów ozwał się: — Ciewy, a to-ci wcina, jakby przychodził z kraju, gdzie i lebioda nie rośnie!... Już dzień biały był na niebie, gdy wyruszył, a czas mu się dłużył setnie, zanim dotarł do domu Marji Lavelle. Lecz gdy wszedł w obejście, obaczył, że drzwi były wyłamane, strzecha spadała z okapów, a wokoło nie było żywej duszy. Zaś gdy zapytał sąsiadów, co stało się z Marją, umieli mu powiedzieć tylko tyle, że wyrzucono ją z domu, że wyszła za jakiegoś wyrobnika i oboje poszli szukać roboty w Londynie czy Liverpoolu, czy w jakowemś innem wielkiem mieście. Czy dostała lepsze, czy gorsze zajęcie, tego już się nie dowiedział, jako też nigdy nie spotkał się z nią ani też z wieścią o niej.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica.
