Front matter
O ZASADNICZYCH
RÓŻNICACH PSYCHICZNYCH
POMIĘDZY
całość
O ZASADNICZYCH
RÓŻNICACH PSYCHICZNYCH
POMIĘDZY
CZŁOWIEKIEM A ZWIERZĘCIEM.
SZKIC LINGWISTYCZNO-PSYCHOLOGICZNY
przez
M. Władysława Dębickiego.
WARSZAWA.
skład główny w księgarni E. Wende’go i Sp.
Krakowskie-Przedmieście Nr. 412 (9).
1876.
BRATU SWEMU
K. JANOWI
DĘBICKIEMU
PRZEDMOWA.
Rozprawka niniejsza nie rości sobie zgoła pretensyi do miana z psychologii porównawczéj: nie rozbiera ona bowiem właściwości ustroju psychicznego ludzi i zwierząt ze stanowiska bezwzględnego, lecz analizuje takowe o tyle jedynie, o ile tego wymaga kwestya początku tudzież istoty mowy ludzkiéj. Powodem zaś takiego specyalnego charakteru rozprawki jest ta okoliczność, iż stanowi ona fragment pozostającéj w rękopiśmie pracy obszerniejszéj, która wyświetla stosunek językoznawstwa, jako umiejętności psychologiczno-historycznéj, do hipotezy ewolucyonistów o pochodzeniu człowieka. Praca ta, z przyczyn od autora niezawisłych, nieprędko wyjść może w całości na widok publiczny. Aforystyczną tedy cechę twierdzeń, których zastosowaniu i rozwinięciu dokładniejszemu nie mogłem w tym szkicu wstępnym więcéj poświęcić miejsca, zechce łaskawy czytelnik usprawiedliwić przez wzgląd na okoliczność pomienioną. Czy zaś właściwie postąpiłem, ogłaszając drukiem tylko urywek niniejszy — sąd w téj mierze nie do mnie należy.
Warszawa, w Październiku 1875 roku.
I.
oglądy na istotę duszy zwierzęcéj i ludzkiéj posiadają własną swoję historyą, równie urozmaiconą i ciekawą, jak dzieje zapatrywań się człowieka na którekolwiek inne zjawisko w przyrodzie. Wschód, a przedewszystkiém Indye, stawiał zwierzęta wyżéj od człowieka, otaczał je czcią boską. Kto zabił krowę lub kota, ulegał karze śmierci; pomioty krowie dostarczały ludziom maści uświęcających, a bogom napojów. Małpy i słonie pomagały w wojnach pobożnym królom i bogom; ci ostatni z upodobaniem przyjmowali na siebie postacie zwierząt. Człowiek umierający, jeżeli zdołał uchwycić krowę za ogon, szedł prosto do nieba, nie potrzebując odbywać uprzednio metempsychozy po ciałach bydlęcych. W Persyi przypisywano koniom i psom zdolności prorocze; buhaj, wedle mitologicznych pojęć Persów i , był zwierzęciem pierwotném i praojcem rodu ludzkiego. Frygowie ubóstwiali ryby, Syryjczycy gołębie, mieszkańcy Samaryi psy, Egipcyanie woły, żuki, kozły, zające, ibisy i krokodyle. Grecy, lubo pierwotnie przedstawiali sobie bogów w obrazach zoomorficznych, w najświetniejszym atoli okresie swéj mitologii poczytywali zwierzęta jedynie za symbole, ludzi zaś za istotne kopje mieszkańców Olimpu. Filozofowie helleńscy długo wszakże nie mogli zdać sobie należytéj sprawy z różnicy pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Anaksymander z Miletu, jeden ze starszych „fizyologów“ jońskich, to ostatnie uważał za doskonalsze od pierwszego; mistrz krotoński, Pytagoras, nauczał o dusz wędrowce pośmiertnéj, co także przyznawał Empedokles, jako karę za zabójstwo zwierzęcia. Heraklit nazywał duszę człowieka ognistą, duszę zwierzęcia wilgotną. Sokrates stawiał zwierzę niżéj od człowieka, Ksenofont przypuszczał wyjątki w téj mierze, a „boski“ Platon mienił człowieka oswojoném zwierzęciem. Dopiero uniwersalny umysł Arystotelesa zdołał odnaleźć istotną różnicę w budowie głowy, przyznając oraz człowiekowi wolę, zwierzętom zaś jedynie pamięć, pojętność i czucie. Nieliczne pisma treści psychologicznéj mędrca ze Stagiry (trzy księgi o duszy i kilka rozpraw pomniejszych) zawierają takie bogactwo trafnych spostrzeżeń i uwag, iż najnowsze nawet poszukiwania znajdują dla wielu z nich jedynie naukowe stwierdzenie. Arystoteles też jest, jak wiadomo, właściwym założycielem psychologii. Nie leży to w zakresie pracy niniejszéj kreślić historyą rozwoju poglądów psychologicznych. Ciekawych odesłać możemy do dzieła profesora uniwersytetu jenajskiego, Karola Fortlage, p. n. „System der Psychologie“ (Lipsk, 1855), tudzież do wydanego niedawno w przekładzie polskim traktatu A. Bain’a: „Umysł i Ciało“, gdzie zgromadzono pracowicie mnóstwo szczegółów, tyczących się tego przedmiotu. Dla zupełności atoli nie można nie wspomniéć o zapatrywaniu się na zajmującą nas kwestyą takiego myśliciela, jakim był Kartezyusz, który w zwierzętach widział jedynie bezduszne maszyny, i poglądu tego filozoficznie dowieść usiłował. Należałaby się również wzmianka sporom o nieśmiertelność duszy zwierzęcéj, — sporom w swoim czasie wielce ożywionym, — lecz to wyprowadziłoby nas po za granice podjętego zadania. W latach ostatnich świat czytający był świadkiem żartkich jak nigdy, częstokroć nawet zbytecznie żartkich dyskusyj o duszy zwierzęcéj i ludzkiéj. Z jednéj strony obrońcy teoryi ewolucyjnéj rozszerzali do paradoksalności sferę władz psychicznych zwierzęcia, scieśniajac człowieczą; z drugiéj, ich przeciwnicy, ze źle zrozumianą gorliwością, postępowali naodwrót. Błądzono obustronnie. Dopatrywali wiec jedni w królestwie zwierząt śladów inteligiencyi, wyższéj częstokroć od ludzkiéj; widziano tamże wyjawy uczuć moralnych, słyszano mowę, znachodzono pojęcia estetyczne, ba! nawet zaczątki uczuć religijnych odkrył był Darwin w kudłatym brytanie swoim. W obozie przeciwnym natomiast odmawiano zwierzętom wszelkiéj świadomości, bez względu na to, iż przyznawano im myśl i uczucie; odmawiano własności, chociaż — jak trafnie powiada Max Müller — zaprzeczał temu pies każdy, ogryzający kość z mięsa i będący w stanie obronić ja przed tym, ktoby go jéj pozbawić usiłował. W obu wszakże pomienionych razach, przyczyną fałszywych wniosków nie była wyłącznie wadliwość stanowisk, z których rozbierano sporne pytania, lecz oraz niepokonana trudność, towarzysząca wszelkiemu badaniu zjawisk duszy zwierzęcéj. Ponieważ obserwujący zwierzęta widzi jedynie ich czynności, będące następstwami procesów wewnętrznych, przeto, nie mając dokładnego pojęcia o tych ostatnich, pojmuje je po ludzku. Przytém atoli traci z uwagi dwa względy: najprzód, że nie mamy najmniejszéj podstawy do twierdzenia, iż czynności zwierząt z tych samych koniecznie wypływać muszą podniet, co odpowiednie ludzkie, i powtóre, że lubo sposób, w jaki postępują zwierzęta i ludzie, wielorakie przedstawia analogje, co do istoty wszakże jednakim nie jest: bo podobieństwo, by téż najbliższe, to jeszcze nie tożsamość. Żywimy nadzieję, iż na tych dwóch zasadach oparci, trzymając się ustawicznie dziedziny faktów, zdołamy, o ile na to pozwala sama natura przedmiotu i o ile to nieodzowném jest dla głównego celu naszego, wyjaśnić istotną różnicę między duszą człowieka i zwierzęcia, oddać suum cuique, nie puszczając wodzy urojeniom fantazyi, ani zamykając oczu na to, co istnieje w rzeczywistości. Przedewszystkiém wypada nam uchylić bezzasadne mniemanie, wypowiedziane kategorycznie przez Darwina, a będące w rzeczy saméj nieodzownym postulatem a zarazem jedną z kardynalnych podstaw jego teoryi. W rozmaitych miejscach swego dzieła o pochodzeniu człowieka, znakomity uczony angielski twierdzi, — w czém zgadzają się znim wszyscy jego zwolennicy, — iż tych wszystkich wyższych zdolności duchowych, które posiada człowiek współczesny, a których brak zwierzęciu, nie należy przypisywać pierwotnéj, a wiec wrodzonéj, istotnéj wyższości ustroju człowieka pod względem psychicznym, lecz powolnemu rozwojowi dziejowemu i cywilizacyi. Mniemanie to nazwaliśmy bezzasadném, a sąd swój opieramy na nastepującém prostém rozumowaniu. Jednym z apodyktycznych pewników, którymi kieruje się umysł ludzki przy badaniu jakiegokolwiek zjawiska, jest zasada: że dwie jednorodne i równosilne przyczyny muszą wywoływać jednorodne i równosilne następstwa. Jeżeli tych ostatnich nie znachodzimy w rzeczywistości, nie możemy żadną miarą przypuszczać istnienia pierwszych; z różności zaś dwóch skutków zniewoleni jesteśmy wnosić o odpowiedniéj różności przyczyn. Faktem zaś jest, iż zwierzę nie stworzyło nigdy tego, co nosi miano świata ludzkiego, nie stworzyło cywilizacyi, nie zna moralnego i umysłowego postępu. Ztąd, na mocy przytoczonéj powyżéj zasady, wypływa, że natura duszy różną jest od istoty duchowéj człowieka. A jeżeli nawet, odtrąciwszy to wszystko, co człowiek nabył drogą historycznéj tradycyi, przeniesiemy się myślą w zamierzchłe czasy pierwocin dziejowych rodu ludzkiego, to i naówczas, pomnąc na tęż samą podstawę rozumowania, do tegoż samego dojść musimy wyniku. Wyobraźmy bowiem sobie dwie żywe istoty, spozierające w zadumie na otaczającą je przyrodę. Jedna z nich, ochłonąwszy z nieznanych wrażeń, nie stoi bezradna i osłupiała przed groźném obliczem natury, lecz, parta tajnym wnętrznéj istoty swojéj popędem, zaczyna się pasować z jéj żywiołami i walczyć będzie tak długo, aż ujarzmione potęgi na własny pożytek obróci. Niebawem taż sama istota skorzysta z własności głosu i stworzy mowę; zapali ognisko domowe, około którego wespół z powinnymi składać będzie ofiary siłom nadziemskim; wreszcie wynajdzie narzędzia i z ich pomocą stanie się władzcą natury. Pokolenia następne nie zatracą zdobyczy rodzica, ale je daléj roztaczać będą, i tak rozpocznie się uroczysty pochód dziejowy, któremu późna potomność da miano cywilizacyi. Druga tymczasem istota cóż czyni? Przykładu towarzysza swego pojąć niezdolna, zadowolona strawą, która ją darzy dłoń otoczenia, ciągnie swój żywot bezmyślnie, nie wychodząc, niby z zaczarowanego kręgu, po za granicę potrzeb cielesnych. Któryż, pytamy, uprzedzeniem opacznie nieusposobiony umysł dwom tym istotom ośmieli się przypisywać jednakie władze psychiczne? Ustaliwszy jakościową, nie zaś ilościową tylko różnicę duszy zwierzęcéj od ludzkiéj w ogólności, do rozpatrzenia szczegółów, gdzie się ta różnica nierównie jaśniéj uwydatnia. Zastanówmy się najprzód nad kwestyą tak zwanych pojęć ogólnych, która nas ze stanowiska lingwistycznego obchodzi najbliżéj. Zwierzę, twierdzimy to stanowczo, nie posiada pojęć ogólnych, t. j. nie ma władzy jednoczenia indywiduów w całości gatunkowe, czyli, że zna jedynie pojedyńcze przedmioty. Innemi mówiąc słowy, dusza zwierzęcia pozbawiona jest zdolności abstrakcyjnéj. Człowiek, wypowiadając wyrazy, „drzewo“ „minerał“ „ryba“ i t. p., świadczy, iż w umyśle jego znachodzi się pewna treść oderwana, w któréj zespolone są cząstkowe wyobrażenia wszystkich jestestw, noszących nazwiska gatunkowe drzewa, minerału i ryby. Człowiek nie widział nigdy drzewa, nie widział minerału i ryby, lecz spostrzegał tylko jodły, jabłonie, sosny, kamienie, żelazo, karpie, jesiotry, leszcze. Wyrazom tedy: drzewo, minerał i ryba nie odpowiada nic istniejącego zewnętrznie. Dla czegoż atoli rozumiemy je wszyscy? Bo wyrazom tym odpowiada ściśle określona treść umysłowa, bo tylko abstrakcyjnemi formami umysłu, nie zaś zmysłami, jak to ma miejsce u zwierząt, pojmujemy świat materyi i ducha. Pies rozróżnia psy inne, rozróżnia pojedyńczych ludzi, rozróżnia wreszcie psa od człowieka, a obydwóch od konia. Lecz dowodziż to, że on pojmuje człowieka i konia jako osobne rodzaje, które przeciwstawia rodzajowi, do którego należy sam? Bynajmniéj. Pies rozróżnia psa, konia i człowieka jako trzy indywidua odrębne, podobnie jak to czyni, gdy patrzy na kilku psów lub kilku ludzi. Pies umié rozróżnić psa od suki, wołu od krowy, mężczyznę od kobiety; lecz posiadaż on przez to pojecie o płci mezkiéj i żeńskiéj? Nie sądzimy. Czyż bowiem łączy on sukę, krowę i kobietę w jednéj kategoryi żeńskości, a psa, wołu i mężczyznę w kategoryi męzkości? Czy pies, dokonywając aktu reprodukcyi, wié co o płodzeniu, o zachowaniu swego gatunku? czyliż wié samica, że jest zapładnianą, że będzie ciężarną a w końcu matką? Czyliż pojmuje ona wszystkie te sprawy życiowe w ich przyczynowéj łączności, lub tylko w kolejném, czasowém ich następstwie? Twierdząco odrzec na te pytania nie odważy się najhazardowniejszy nawet obrońca inteligiencyi zwierzęcéj. A jeśli tak jest, to pies nic o płciach wiedzieć nie może, czyli żadnego o nich nie ma pojęcia. W chwili gdy bezwiedny popęd podrażni lubieżnie jego układ nerwowy, poszukuje on przedmiotu, który jest zdolnym popędowi temu uczynić zadosyć. Że zaś takie, nie inne indywiduum zdolném jest do tego, wié on tak samo, jak wié co mu jeść a co pominąć wypada. Uwagi powyższe, dotyczące psa wyłącznie, zastosować można do każdego innego zwierzęcia, a co się rzekło o kilku tylko pojęciach abstrakcyjnych, stosuje się oraz do całego ich bogactwa, które pod postacią odpowiednich wyrazów mieszczą w sobie dykcyonarze języków ludzkości. Zwierzęciu właściwą jest pamięć, lecz obca władza wspominania. Pies posiada pamięć, bo posiada duszę, zdolną do przejmowania trwałych wrażeń zmysłowych; powtarzające się wrażenia są więc mu znajome. Widział on np. dwa wydarzenia, następujące po sobie; wrażenia ztąd przejęte skojarzyły się. Jeżeli zatém po upływie pewnego czasu spostrzega jedno z nich, naówczas drugie, na zasadzie prawa bezwiednéj assocyacyi, na którém, jak uczy psychologia, polega również i pamięć człowieka, występuje niezwłocznie w świadomości zwierzęcia, t. j. pies oczekuje na nie. Z tego jednakże nie wynika, aby zwierzę posiadało pojęcia przeszłości i przyszłości. Pamięta ono zdarzenia minione w ogóle, nie zdając sobie sprawy z tego, które z nich przytrafiło się pierwéj, a które późniéj. Jest to zaś następstwem téj okoliczności, iż, jak powiedzieliśmy, zwierzę nie posiada władzy wspominania, czyli zdolności uprzytomniania sobie pewnego punktu w czasie minionym na rozkaz woli. Miedzy wspominaniem a pamięcią zachodzi istotna różnica. Ta ostatnia t. j. pamięć zgromadza jedynie w duszy szczegóły z przeszłości, wówczas gdy pierwsze porównywa je i układa w porządku chronologicznym. Pamięć — to tylko wznowiona znajomość obecnych wrażeń zmysłowych, to tylko zmodyfikowana teraźniejszość. Również oczekiwanie chwili następnéj nie jest jeszcze świadomém pojmowaniem przyszłości, lecz jest także teraźniejszością, o ile ta rzeczywiście istnieje. Gdyż, ściśle mówiąc, teraźniejszość to wiekuiście przemijający i wiekuiście nadchodzący, bez rozciągłości punkt czasu. To, co w mowie potocznéj mienimy chwilą obecną, jest tylko pewną ilością czasu ubiegłego tudzież kęsem przyszłości — i to téż właśnie posiada zwierzę. Ma ono wyobrażenia zjawisk obecnych, lecz nie wié co to obecność. Nie wié zaś tego, albowiem obcemi mu są pojęcia przeszłości i przyszłości, albowiem posiadając pamięć, pozbawioném jest władzy wspominania, czyli porównawczego uprzytomniania sobie pewnych chwil z czasu minionego na rozkaz woli. Istota psychiczna, nie władająca zdolnością tworzenia pojęć, nie jest téż w stanie wydawać sądu. Zakres umysłowéj działalności takiéj istoty ogranicza się jedynie na percepcyi pojedyńczych wrażeń zmysłowych. To też dusza zwierzęcia, przejmując sensacyą, przetwarza ją tylko na jednolity obraz przedmiotu, lecz jéj nie dzieli na części składowe. Przed okiem zwierzęcia i człowieka stoi np. drzewo zielone. Wzrok zwierzęcia zapatruje się na drzewo i zieloność jako na całość nierozerwaną; wzrok zaś człowieka, na zasadzie równoczesnego procesu umysłowego, oddziela istotę zjawiska drzewo od jéj cechy przygodnéj zieloności, odkrywa podmiot wraz z orzeczeniem i tworzy sąd: drzewo jest zielone.
II.
Sądy, odziane w szatę wyrazów, stanowią istotę mowy. Zwróćmy tedy bliższą uwagę na naturę mowy człowieka i porównajmy ją z tém, co w braku odpowiedniejszego terminu zniewoleni jesteśmy nazywać mową zwierzęcą. Jeżeli wzorem niektórych określimy mowę, jako „udzielanie myśli przez zewnętrzny objaw zmysłowy“, naówczas przyznać zniewoleni będziemy, iż nietylko zwierzęta, stojące najwyżéj w hierarchii zoologicznéj, lecz nawet bezkręgowe zdolność tę posiadają. Widzimy bowiem, iż owady, żyjące towarzysko, jak np. mrówki, niby za wspólną namową, przesiębiorą wyprawy wojenne i wykonywają napady, dowodzące zadziwiającéj zmyślności tych drobnych zwierzątek. Jeżeli kawałek nawozu, toczony po ziemi przez krówkę (scarabaeus stercorarius) a mieszczący w sobie jajko, wpadnie przypadkiem w zagłębienie, i gdy siły owadu nie wystarczają, aby go ztamtąd wydostać, wtedy odlatuje on z miejsca, gdzie spotkał zaporę, powraca po chwili z kilku towarzyszami i z ich pomocą wydobywa ciężar na równą powierzchnię. Wątpieniu ulegać nie może, iż stworzenia te posiadać muszą odpowiednie środki zmysłowe, za pomocą których porozumiewają się względem spełnienia podobnéj czynności. Niedługie nawet studya nad śpiewem ptaków przekonywają, iż w dźwiękach wydawanych przez nie, rozróżnić można głosy, ostrzegające o niebezpieczeństwie, przywołujące do jedzenia, i tony, których używają samce, gdy wabią samice do stosunków miłosnych. Podobnież zwierzęta ssące wszystkich niemal gatunków porozumiewają się za pośrednictwem pewnych znaków zmysłowych. Wszystko to są fakta, których zaprzeczać byłoby dzieciństwem. „Dla małéj liczby swych potrzeb życiowych, mówi Peschel, zwierzęta posiadają odpowiednia ilość znaków, które nie chybiają żądanego skutku i które instynktowo odziedziczane bywają“. Udzielanie tedy myśli za pomocą znaków zmysłowych, jak nie jest wyłączną ludzi własnością, tak téż nie stanowi jeszcze tego, co nosi miano mowy człowieczéj. Czém więc jest ta ostatnia? Mowa ludzka, odpowiadamy, jest to świadome uwydatnienie na zewnątrz pojęć za pomocą dźwięków, dzielących się na odrębne części czyli artykułowanych, w tym celu, aby treść tych pojęć stała się własnością drugiéj istoty, posiadającéj ten sam, co mówiący, ustrój umysłowy. W ten sposób określoną mowę poczytują za wyłączną cechę człowieczeństwa zarówno ci, dla których świat zwierzęcy i ludzki stanowią dziedziny zgoła od siebie różne, jak i (z nielicznymi wyjątki) ci, co odrębność między człowiekiem a zwierzęciem radziby sprowadzić jedynie do stopnia, nie zaś do istoty. „Mowa — są słowa znanego naturalisty Schaafhausena — jest cechą wszystkich ludzi bez wyjątku i przez to właśnie człowiek na najniższym szczeblu udoskonalenia jest przecież człowiekiem, jest bliższym szczepów najwyższych niż zwierząt, a w szczególności małp, które téj potężnéj dźwigni postępu nie posiadają.“ „Człowiek jeden — powiada dr. W. Szyszłło — posiada mowę artykułowaną, ten najwyższy utwór jego geniuszu“. „Mowa artykułowana jest wyłączną własnością“, uważa sam Darwin. Takie téż jedynie pojmowanie mowy ludzkiéj rozjaśnić może właściwą jéj istotę, gdy tymczasem wszelkie inne prowadzi do fałszów i nieporozumień. Przyczyną zaś nieporozumień jest ta przedewszystkiém okoliczność, iż obok mowy wyrazowéj istnieje jeszcze mowa migowa. Narzędziem jéj jest całe ciało, przeważnie atoli oczy, usta, kończyny i głowa. Jest ona, jak już nadmieniliśmy, właściwą zwierzętom, używają jéj również z pomyślnym skutkiem ludzie, — nieoświeceni więcéj od wykształconych, sangwinicy od flegmatyków. Artyści dramatyczni zaledwie po mozolnych usiłowaniach przed zwierciadłem są w stanie dojść do tego, co, że tak powiemy, od natury posiadają ludy nieucywilizowane. Plemię hottentockie, Buszmanowie, według świadectwa Lichtensteina, porozumiewają się więcéj giestami niżeli wyrazami. Ludy brazylijskie, powiada Martius, uzupełniają ruchami ciała treść swych wyrażeń, nadając np. słowom „las“ i „iść“ znaczenie „pójdę do lasu“ przez wskazanie ustami we właściwym kierunku. John Wilson, opisując język plemienia Grebo w Afryce Zachodniéj, czyni uwagę, iż lud ten posiada wprawdzie w swéj mowie zaimki osobiste, wszelako posiłkuje się nimi rzadko, natomiast giestów; tak np. czasownik „ni ne“ znaczy albo „ja robię“ albo „wy robicie“ stosownie do odpowiedniego znaku. Istnieje jednakże znaczna liczba poruszeń ciała, których znaczenie nie przez wszystkich ludzi jednako pojmowaném bywa; watpić nawet się godzi, czy zaciśnienie pięści wszędzie oznacza groźbę, a tupanie nogą — niezadowolenie. Bassutowie, plemię beczuańskie w Afryce Południowéj, nagradzają dobrego mówcę gwizdaniem, Turcy wyrażają negacyą kiwaniem głową, a potwierdzenie poruszaniem téjże części ciała w kierunku poziomym. Mieszkańcy Grenlandyi — świadczy Cranz — twierdząc cokolwiek z zadowoleniem, wciągają w siebie powietrze; zaprzeczając z pogardą lub przestrachem, podnoszą twarz do góry i wydają przytém słaby dźwięk nosowy. Coś podobnego było w użyciu i u starożytnych Greków, którzy proszącego pozbywali się podnoszeniem głowy do góry (ztąd czasownik grecki ἀνανεύειν — zaprzeczyć, odmówić). Mimo to jednak mowa migowa posiada tak wiele wyrazów, jeśli je tak nazywać można, ogólno-ludzkich, iż pozostanie na zawsze ważnym nader porozumiewania się środkiem. Żeglarze, przybywający do nieznanych sobie brzegów, potrafią zawsze za pomocą giestów wejść w układy z krajowcami i zaopatrzyć się w żywność i wodę. Głuchoniemi, u których dla przyczyn czysto fizycznych mowa migowa jest koniecznością, wytwarzają sobie znaki, przedstawiające wiele bardzo podobieństwa do migów Indyan amerykańskich. Anglik pewien, od urodzenia pozbawiony słuchu i mowy, zdołał za pomocą zwykłych swych giestów porozumiewać się z Lapończykami. Wiele innych tego rodzaju faktów podaje Kleinpaul w swéj pracy specyalnéj o języku giestów. Z tyle rozpowszechnionego używania mowy migowéj w stosunkach ludzkich, tudzież z téj okoliczności niezaprzeczonéj, że pewnymi giestami posiłkuje się również wiekszość rzeszy zwierzęcéj, wyprowadzają niektórzy konkluzyą, że mowa nie jest wyłączną własnością człowieczeństwa, że więc za humanum κατ’ ἐξοχήν — jak mowę nazywa August Schleicher — poczytywaną być nie może. „Język giestów — powiada np. głośny psycholog, dziś profesor filozofii przy uniwersytecie lipskim, Wilhelm Wundt, jest tak powszechnym i popularnym środkiem porozumiewania się, że nietylko znosi wszelki szrank, rozdzielający narody, ale i granicę między światem zwierzęcym a ludzkim“. „Różnica między mową zwierząt a ludzi, mniema tenże uczony, jest tylko hierarchiczną. Boć przecie twierdzenie dzisiejszych psychologów, którzy tylko człowiekowi przyznają posiadanie języka, twierdzenie to, powtarzam, nie o wiele wyżéj stoi od mniemania mędrców starożytności, którzy języki ludów barbarzyńskich uważali za krzyki zwierzęcia. Wszak pojęcie języka nie jest przywiązane do wypowiadania wyrazów. Językiem jest wszelkie wyrażenie uczuć, wyobrażeń oraz pojęć za pośrednictwem ruchu“. Na to odrzekamy: każdy, ktokolwiek zapatruje się na świat zwierzęcy bez uprzedzenia, każdy, co miał sposobność przypatrzenia się bliżéj życiu i obyczajom zwierząt, każdy taki przyznać jest zniewolony, że zwierzęta posiadają swe znaki porozumiewania się, słowem że mają sobie właściwy język. Ale jest język i język. Różnica pomiędzy jednym a drugim może być tylko „hierarchiczną“, tém niemniéj atoli różnicą jest zawsze. Inny jest bowiem zakres działalności, inne środki i inne obowiązki dowódzcy, a inne szeregowca. Oba są wprawdzie wojownikami, oba dążą do pokonania nieprzyjaciela, ale wódz jest cokolwiekbądź wodzem, a żołnierz żołnierzem. Tak samo człowiek i zwierzę. Jeden i drugie są stworzeniami organicznemi, obadwa porozumiewają się, ale zwierzę dokonywa tego jedynie za pomocą giestów i krzyków, człowiek natomiast okrom mimiki, o całą zresztą przepaść różnéj od zwierzęcéj, posiada nadto zdolność pojęciowego artykułowania głosu. Zwierzę mówi, ale nie mówi po ludzku, bo po ludzku nie myśli i nie czuje. Rozpatrzmy teraz w szczegółach te środki, którymi rozporządzają człowiek i zwierzę celem wyjawiania myśli, a przeświadczymy się, że różnica pomiędzy nimi nie jest tylko hierarchiczną, lecz jest różnicą istotną. Nie wchodząc w sporne pytanie, czy świat zdolnym jest w ogóle postępu, zaznaczyć przedewszystkiém winniśmy, iż, co się tycze sposobów porozumiewania się, to widzimy w nim zupełną stagnacyą, pozostającą w stosunku wprost odwrotnym do ciągłego pod tym względem doskonalenia się rodzaju ludzkiego. Widać to nawet na najniższym z organów porozumiewawczych, na mowie migowéj. Grymasy małpy, poruszenia ogonem psa, wyszczerzanie kłów, trzepotanie skrzydłami i tym podobne znaki mowy zwierzęcéj są wprawdzie tak wymowne, iż nie potrzebują żadnego zgoła komentarza wyrazowego, lecz są zarazem zawsze i wszędzie — jedne i te same. Inaczéj tymczasem dzieje się z mową migową, któréj używają ludzie. Właściwie nie jest ona mową, ale raczéj zmysłowém wskazywaniem na zjawiska; występują w niéj same prawie podmioty, orzeczeń mało; co więcéj, same czynności, których wyrażenie w mowie głosowéj tak ważną odgrywa rolę, nie mają jeszcze żadnych oddziałów ani kategoryj: niewiadomo, czy się odbywają, czy się odbyły, czy się dopiero odbywać mają. W mimicznéj mowie żadnéj nadto nie ma składni, żadnych zdań prawie, bo tu połączeń nie widać, a wszystko niemal odgadywać trzeba. „Słowem, powiada niepospolity a zapoznany lingwista nasz Adolf Kudasiewicz — są to tylko prawie znaki przypomnienia, jest to mowa więcéj naprowadzająca na myśl czyli podsuwająca ją duchowi, niż oddająca ją: to jest, że ona nie myśli same rzeczywiste przedstawia, ale do myślenia o tém, co chce wyrazić, pobudza, odkrywając znakami miejsca, gdzie ich szukać i znaleźć“. Mimo tę wszakże wadliwość i ubóstwo mowy migowéj, jest ona w stanie pod twórczém kierownictwem ducha ludzkiego dosięgnąć takiego stopnia rozwoju, iż zdolną jest oddawać nie tylko wrażenia zewnętrzne, popędy, pragnienia i uczucia zmysłowe, ale nawet przeróżne odcienia zjawisk świata duchowego i najoderwańsze pojęcia. Ażeby jednakże twierdzenie to nie wydało się komukolwiek jedynie frazesem, poczytujemy za odpowiednie poprzeć je choćby przydłuższém świadectwem, które ze wszech miar przedstawia rękojmię prawdy, albowiem wyszło z pod pióra specyalisty i to specyalisty, jakich nie wielu na świecie. Czcigodny dyrektor Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych w Warszawie, pan Jan Papłoński, w jednéj z prac swych literackich pisze, co następuje: „Głuchoniemy w stanie natury żyje tylko życiem zwierzęcém. Nie biorąc udziału w radościach i smutkach rodzinnych, on siebie jednego ma tylko na względzie; cieszy się ze wszystkiego, lubi wszystko, co mu przyjemność sprawia; nienawidzi wszystkiego, co mu przykrości przyczynia. Jest on samolubem w najrozleglejszém znaczeniu tego wyrazu. Patrząc na rozpromienione twarze swego rodzeństwa z wygranego procesu, z otrzymanych wieści pomyślnych o sprawach społecznych, nie pojmuje ich radości, domyśla się jednak czegoś, bo mu wtedy lepszą strawę lub łakocie podają. Widząc smutek w domu z moralnych, nie może sobie z niego zdać sprawy, a nikt mu go objaśnić nie potrafi. Boleje nad chorobą ojca i matki, ale boleści swéj nie czuje głęboko: bo nie słyszy ani jęków chorego, ani westchnień umierającego. Śmierć dla niego oznacza tylko przerwę w ruchach samowolnych, rozstanie się z pokarmami i napojami. Niedowierzający względem wszystkich, zamyka się w samym sobie, staje się skrytym i podejrzliwym. To cofnięcie się w siebie nie prowadzi go wcale do zastanawiania się nad sobą, nad duchem swoim, nad światem; gdyby było przeciwnie, musielibyśmy przyznać, że duch niewykształcony nauką wyższy jest od ducha rozbudzonego i powołanego do działania; ciemnota byłaby przywilejem i warunkiem istotnéj mądrości“. „Nie pojmując postępów rozumu ludzkiego, mniema on, że to co jest, było zawsze i nazawsze pozostać musi, a ztąd, nieprzyznając nikomu wyższości nad sobą, jest zarozumiałym i upartym. Głuchy od urodzenia lub dzieciństwa nie wzrósł wśród podań o przeszłości; piastunki nie przemawiały do jego wyobraźni opowiadaniami o zaklętych królewnach, zaczarowanych jeziorach; matka nie śpiewała mu nad kolebką, nie rozbudzała jego uczucia modlitwą lub powieścią; ojciec nie przemawiał do niego nigdy inaczéj tylko rozkazem. Nie mając rozbudzonego rozumu, posiada on tylko instynkt naśladowczy, przejmując wyraz twarzy wesoły lub smutny rodziców, ruchy osób otaczających“. „Kiedy bracia i siostry się modlą, on także razem uklęka i ustami porusza i oczy ku niebu wznosi, ale zupełnie bezwiednie, przez proste naśladownictwo. Wskazują mu niebo, jako stolicę Bożą; patrzy tam i nic prócz słońca, księżyca i gwiazd nie widzi; te więc ma za bogi, ale do pojęcia Istoty niewidzialnéj nigdy wznieść się nie potrafi. Nieobeznany z prawem Bożém, które społeczeństwem ludzkiém rządzi, oddaje cześć rodzicom: matce, jako karmicielce, ojcu, jako władzy rządzącéj. Nie kradnie, bo się boi kary, bo go od naruszania cudzych rzeczy oduczają, jak kotka lub pieska; nie zabija, nie podpala, bo myśl szkodzenia w ten sposób ludziom, czy dla zysku czy dla przyjemności, do głowy mu nie przychodzi; w uniesieniu wszakże, nożem w przeciwnika cisnąć potrafi. W stosunkach małżeńskich jest zupełném zwierzątkiem; nie pojmuje on innéj miłości prócz zwierzęcéj; dla dzieci swoich ma miłość nieograniczoną, ale małpią tylko, kocha je dla siebie samego jedynie. Słowem, głuchoniemy niewykształcony jest istotą pośrednią miedzy zwierzęciem a człowiekiem; otóż idzie o nadanie mu cechy czysto ludzkiéj, cechy istoty rozumnéj, i to jest zadaniem wychowania“. Jakie zaś są skutki tego wychowania, w jak cudowny, rzec można, sposób stworzenie stojące na rozstaju miedzy światami materyi i ducha nabywa prawdziwych znamion człowieczeństwa — któż nie wié? Komuż niewiadomo, iż głuchoniemi wychodzą z zakładów wychowawczych z takiém rozwinięciem władz umysłowych, że samodzielnie już mogą spełniać swe ludzkie posłannictwo, że posiadają potrzebne wiadomości z nauk i życia, że wreszcie w prostaczych pierwotnie umysłach ich i sercach zaszczepione są takie pojęcia nad pojęciami, jak idea Stworzyciela wszechbytu, nieśmiertelności duszy, wieczności, świata, obowiązku i cnoty? „Głuchoniemi — są słowa tegoż — zdolni więc są do przyjęcia takiegoż jak inni ludzie wykształcenia; że zaś powszechnie nie dochodzą do wyższego stopnia rozwoju umysłowego i że na najprostszych rzemiosłach poprzestają, leży to nie zawsze w ich usposobieniu, ale najczęsciéj w rożnych okolicznościach, a mianowicie, w krótkości czasu na naukę przeznaczonego, oraz w niemożności dalszego kształcenia się w skutek braku specyalnych wyższych, a dla niego dostępnych zakładów naukowych“. Co zaś, zapytajmy, powracając do przerwanego cytatami powyższemi przedmiotu naszego, co jest ową czarodziejską różczką, która tych wielkich przeobrażeń dokonywa? Jest nią, jak wiadomo powszechnie, zbiór pantomin i giestów, znany pod nazwą mowy migowéj. Niech w obec tego faktu ci, dla których mowa migowa człowieka odmienną jest od giestów zwierzęcych jedynie co do stopnia, nie zaś co do istoty, niech, powtarzamy, ci drogą mimiki nauczą zwierzęta tego, aby zdołały uznawać inne prawo nad pokarm i bat, a wszelka w téj mierze dyskusya zostanie zamkniętą. Dopóki wszakże to nie nastąpi, każdy człowiek nieuprzedzony a sumienny będzie bronił istnienia różnicy zasadniczéj, bo do tego zniewalają go fakta, będące, jak wiadomo, najwyższą instancyą dla sporów w dziedzinie wiedzy empirycznéj. Co się rzekło o stagnacyi mowy giestowéj zwierząt, stosuje się w równéj mierze i do ich znaków dźwiękowych. Przed tysiącami lat tak samo rżał koń, szczekał i wył pies, beczały owce, te same wywodził trele skowronek, wzbijając się pod niebiosa, tak samo skrzeczały żaby, piały , gęgały gęsi, jak to ma miejsce w chwili obecnéj.“ To, co jest wrodzoném — powiada nieśmiertelnéj pamięci Jakób Grimm, — dla tego właśnie, że jest wrodzoném, nosi na sobie cechę niezmienności“. Jakiż natomiast widok przedstawia mowa człowiecza? Ustawiczną zmianę, bez przerwy doskonalenie się, wiec postęp. Kilka dziesiątków lat przeminie zaledwie, a język każdy ulega przeobrażeniom, mniéj lub więcéj istotnym. Pomijając zmiany pierwiastków, zakończeń i przybranek, o czém mówi gramatyka historyczna wszelkiego języka, nie możemy powstrzymać się od przytoczenia kilku przynajmniéj przykładów, świadczących, do jakiego stopnia przekształcać się jest w stanie treść wewnętrzna wyrazów czyli ich znaczenie. Używany w okresie złotym literatury łacińskiéj wyraz candidus, w znaczeniu biały, był niegdyś równoznacznym z przymiotnikiem niger — czarny; w starożytnéj niemczyznie wyraz schlecht znaczył dobry, a kindisch prosty, łacny do zrozumienia. Teolog Luter pisał przed trzystu laty: Gott thut Nichts als Schlechtes und das Evangelium ist eine kindische Lehre — i nie raziło to nikogo; wówczas bowiem schlecht odpowiadało dzisiejszemu schlicht, a kindisch dzisiejszemu kindlich. Znajdują się wprawdzie lingwiści, którzy twierdzą, jakoby nowe wyrazy w obecnym stanie mowy ludzkiéj nie powstawały zupełnie (do takich między innymi należał zmarły niedawno Łazarz Geiger); twierdzeniu temu atoli zaprzeczają fakta, żadnéj nie ulegające wątpliwości. Toż ludy nieucywilizowane, wszedłszy w stosunki z europejczykami, muszą wynachodzić odpowiednie wyrazy dla przedmiotów i pojęć, które ci przynoszą im wraz z chrześcijaństwem i oświatą. W Afryce południowéj plemiona koczujące, opuszczając miejscowości puste, pozostawiają nieraz swe dzieci pod pieczą kilku zaledwie zgrzybiałych starców, niezdolnych do nużącéj wędrówki. Dziatwa poczyna wytwarzać sobie własną swą mowę, tak, iż w przeciągu życia jednego pokolenia istota języka ojców jego przybiera postać cale odmienną. Jest to wszelako kwestya drugorzędna w porównaniu z tym pewnikiem w językoznawstwie, iż mowa człowieka miała początek i że ulega bez przerwy doskonaleniu się, które trwa równolegle z rozwojem poznania i władz umysłowych. Nieruchomość mowy zwierzęcéj nie jest atoli cechą jedyną, która ją odróżnia od mowy człowieczéj. Różnic pomiędzy jedną a drugą jest jeszcze wiele i bardzo wiele, „możnaby nawet — przyznaje fanatyczny obrońca teoryi descedencyjnéj, zoolog dr. Gustaw Jäger — całe tomy o nich zapisać“, ale szczegółowy ich rozbiór przekroczyłby zakres pisemka niniejszego. Poprzestaniemy tedy na uwydatnieniu najgłówniejszych, lecz i to, mniemamy, dostateczném będzie. I tak: a) Mowa zwierzęca wyraża wyłącznie uczucia, mowa człowieka tylko pojęcia. Zwierzę wydaje krzyki, śpiewa, rży lub szczeka wtedy jedynie, kiedy na świadomość jego działa boleść, radość, popęd płciowy, głód, pragnienie albo przestrach. Człowiek, wyrazić tych uczuć za pomocą mowy nie może inaczéj, jak tylko pojęciowo, teoretycznie. Wypowiadając zdanie: boli mnie głowa, używa on trzech pojęć: boleść, ja i głowa. „Głowa“, lubo nie oznacza gatunku, lecz przedmiot pojedyńczy i konkretny, jest wszakże abstrakcyą najczystszą, ponieważ głowy w rzeczywistości nie ma, lecz istnieją tylko włosy, czaszka i mózg. Jeżeli zaś pod naciskiem uczucia człowiek wydaje takie glosy jak: ach! och! u! brr! i t. p., wówczas nie mówi on, jéno krzyczy i śpiéwa. Wykrzykniki bowiem właściwe t. j. nie będące skróconymi lub zupełnymi czasownikami i rzeczownikami nie stanowią części składowych mowy artykułowanéj. b) Mowa zwierzęca nie może wyrazić przeszłości ani przyszłości: wskazuje ona na to jedynie, co istnieje w chwili spółczesnéj. Zgadza się na to nawet docent heidelberski, pan Otto Caspari, który, jako żarliwy zwolennik metody Haeckla, widzi w życiu psychiczném zwierząt nader wiele takich zjawisk, jakich żadną miarą dopatrzéć się nie potrafią inni śmiertelnicy. c) W mowie zwierzęcéj, głosowéj czy migowéj, nie ma wyrazu dla pojedyńczości i mnogości. d) Zwierzę nie wypowiada nigdy przeczenia, lecz zawsze tylko twierdzenie. Te cztery różnice, które nazwalibyśmy gramatycznemi, poczytujemy za najważniejsze. Bez pojęć bowiem, bez oddzielenia chwil minionych i nastąpić mających od obecnych, bez pojmowania nakoniec jedności i wielości, niepodobna złożyć najlichszego nawet zdania, któreby dla kogolwiek pojemném stać się mogło. Dodajmy nadto, iż mowa zwierząt służy jedynie sprawom materyalnego istnienia, że zwierzęta nie są w stanie słowem przekazywać zdobyczy swéj przemyślności pokoleniom następnym, — co jest jedną z najcelniejszych dźwigni postępu i cywilizacyi, — że wreszcie dziecię każde zwolna uczyć się musi języka rodzicielskiego, wówczas gdy ssące, owady i ptaki dochodzą doń bez wszelkiéj nauki, a niewiele już zostanie pominiętych odrębności istotnych między mową człowieczą a zwierzęcą. Uznając zaś powyższe różnice, zniewoleni jesteśmy wyrazić jeszcze przekonanie, chociażby nawet ku wielkiemu niezadowoleniu któregokolwiek z czytelników, że zwierzęta nigdy nie rozumieją mowy człowieka. Jeżeli zaś spełniają nasz rozkaz, gdy do nich przemawiamy, nie dzieje się to dla tego, aby one rozumiały nasze wyrazy (a z czegóż, jeśli nie z wyrazów, składa się mowa?), lecz że są posłuszne tylko wykrzykowi naszemu t. j. sile głosu, z jaką wymawiamy wyrazy. Jeżelibym spokojnie, bez szczególnego uwydatnienia któregokolwiek słowa lub zgłoski, powiedział: Hektorze, goń psa! Hektor niechybnie z miejsca nawet ruszyćby się nie raczył. Lecz skoro pocznę głośno krzyczéć mu tuż niemal nad uchem: psa! psa! psa! wymawiając bardzo sycząco dwie pierwsze głoski tego wyrazu, Hektor, jeżelim go uprzednio przyuczył do tego, niezwłocznie i chyżo pobiegnie za swoim współbratem. Tego samego mógłbym dopiąć skutku, gdybym był przyzwyczaił psa do pojmowania mego świstu lub znaków. Słowem, te środki głosowe, których używamy, aby nas pojmowały zwierzęta, nie są zgoła mową w naukowém rozumieniu tego wyrazu. O wyrazach, wymawianych niekiedy przez papugi, sroki, kruki, dzięcioły, szpaki, a nawet psy (chociaż, jak zapewnia pomieniony już zoolog, G. Jäger znane są tylko dwa wypadki, kiedy pies był w stanie wyjąkać parę wyrazów), rozpisywać się nie uważamy za potrzebne z trzech względów: 1) że wyrazów tych nie może używać zwierzę dla porozumiewania się z drugim osobnikiem tegoż, co ono, gatunku; 2) że one dowodzą tego tylko, iż krtań zwierzęcia, przepuszczając powietrze z płuc, ukształtować się jest w stanie na podobieństwo organów mowy człowieka; i wreszcie 3) że wyrazy te, nie będąc wytworem samodzielności zwierzęcia, nie są tém samém wyrazami mowy zwierzęcéj, lecz ludzkiéj. Głęboka to znajomość istoty mowy ludzkiéj musiała być powodem, że mąż tyle rozgłośnego w świecie naukowym imienia, jakim jest Fryderyk Max Müller, zamykając pierwszą seryą swych odczytów o umiejętności języka, mógł wyrzec słowa następujące do audytoryum, złożonego z kilku tysięcy doborowych słuchaczów: „Najwyższą granicę między zwierzęciem a człowiekiem, — były słowa uczonego wydawcy tekstów sanskryckich, — stanowi mowa. Człowiek mówi a żadne zwierzę nie wyrzekło dotychczas samoistnie ani jednego wyrazu. Mowa jest naszym Rubikonem, którego żadne nie przekroczy zwierzę. Taka jest nasza odpowiedź dla tych, co prawią o rozwoju, co początków wszystkich zdolności człowieka w małpie poszukują, i którym wydaje się, że człowiek jest jedynie szczęśliwém zwierzęciem, jakie w pierwotnym boju o życie odniosło zwycięztwo. Mowa jest czemś wyraźniejszém niż jaki splot mózgowy, niż jakie zagięcie czaszki. Nie dopuszcza ona żadnych wykrętów sofistycznych, a żaden téż proces doboru naturalnego nie wydobędzie rozumnego wyrazu ze śpiewu ptasiego lub z krzyku zwierzęcia“.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of O zasadniczych różnicach psychicznych pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem.
