Read here

Nowy obywatel

Artur Gruszecki · 1900 · Free in the US

44,175 words · about 3 h 6 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1900 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Nowy_obywatel&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Artur Gruszecki
Language
Polish
Published
1900
Length
44,175 words · about 3 h 6 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 33 min
  3. I about 9 min
  4. II about 13 min
  5. III about 11 min
  6. IV about 8 min
  7. V about 17 min
  8. VI about 8 min
  9. VII about 8 min
  10. VIII about 6 min
  11. IX about 10 min
  12. X about 3 min

Continue:

Front matter

BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA

ARTUR GRUSZECKI

NOWY OBYWATEL

całość

BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA

ARTUR GRUSZECKI

NOWY OBYWATEL

Z ILLUSTRACYAMI

KONSTANTEGO GÓRSKIEGO

WARSZAWA

NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA

KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA

1900

Kraków. — Druk W. L. Anczyca i Spółki.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 24 Апрѣля 1900 года.

I.

Dzyń... dzyń... dzyń... To ciszej, to głośniej odzywał się dzwonek, przytwierdzony do dyszla bryczki pocztowej, toczącej się po nierównej drodze powiatu Błońskiego. Dwa konie wychudłe, w chomątach zużytych, potrzebowały nieustannej zachęty furmana, to biczem, to głosem, aby biedz dalej mimo piasku i wybojów. — Wio, Siwek!... Hej, Kasztan!... — wołał furman, naglony przez dwóch podróżnych, bicz świsnął w powietrzu, dzwonek zabrzmiał jękliwiej, i jechano dalej. Ludzie, zajęci okopywaniem buraków, pieleniem zboża, podgartywaniem ziemniaków, patrzali zaciekawieni na niezwykłą bryczkę, ustawali na chwilę w pracy, mrucząc: — Albo urzędnik, albo ktoś znaczny... bo pocztowe konie... Z przydrożnych wierzb porywały się wróble i trznadle, spłoszone odgłosem dzwonka, i frunęły na poblizkie zboża w zieleni, nawołując się głośnym świergotem. — Czart bierz taką drogę! — zawołał zniecierpliwiony podróżny i zwrócił swoją młodą twarz, okoloną krótką czarną brodą, do swego towarzysza: — toż trudno tu jechać... szlak wązki, wyboisty... a konie, pożal się Boże... — Najęliśmy ekstrapocztę, trudno o lepsze konie — usprawiedliwiał się szpakowaty blondyn uprzejmym tonem. — Wasze poczty! — zadrwił z uśmiechem brunet: — toż im z mazią a solą jeździć... u nas zwoszczyk tylko świśnie, a trójka z wiatrem, i pilnuj się, abyś nie upadł, a tu śmiech i tyle... Tam jazda, panie Ziębowski, a to woły, nie konie. — Hm... co kraj, to obyczaj — odpowiedział dyplomatycznie, a po chwili dodał: — Tam na prawo, gdzie drzewa i chaty, to już i Popielówka... — Gdzie? — Na prawo, za tym gajem... Spojrzeli obaj badawczo na okolicę. Z tej i z tamtej strony drogi rozciągała się gładka równina, przerznięta uprawnemi polami, gruszami na miedzach, gajami i dalekimi, siniejącymi lasami na widnokręgu. Południowe, majowe słońce złociło liście drzew, błyszczało w małej rzeczułce, promieniało w piaskach przydrożnych, rozświetlało cienie olch nadrzecznych, przeświecało przez lekkie opary, podnoszące się z ukwiecionych łąk. Z mokradeł wrzasnęła czajka, zawtórował jej bąk, rozważnie nasłuchiwał bocian, migała jak kula czarna, szybka jaskółka, wydzwaniał w górze skowronek swą pieśń wieczorną, biły w zbożach przepiórki, trzepotały się gwarliwe wróble; a wśród motyli, chrabąszczy, jętek, komarów, bąków, nieśmiało migał krótki lot białych ciem, zbudzonych głębszym mrokiem bogato ulistnionych drzew. Krzyżowały się różnobarwne zagony, obsiane zbożami ozimemi i jaremi, grusze z białym kwiatem stały poważnie na miedzach, a w promieniach słońca roiły się owady, okrążając kwitnące drzewa. Z chat pobliskiej wioski wznosiły się niebieskawe dymy, spływające się w górze z nadciągającemi mgłami nizkich, wilgotnych łąk. — Ot, przy winie patrzeć na taką panoramę byłoby i dobrze, ale nie na takim wózku... A mówiłem ci, panie Ziębowski: jedź sam, opatrz majątek, remanent, gospodarkę i zdaj mi relacyę... — Ależ Popielówka to złote jabłko, ja ją znam! — zawołał z żywością — ziemia pszenna, równa jak na stole, i można zaraz ubić interes... a pan wie, że czas traci, czas płaci... nie kupimy my, weźmie kto inny... — No, dla was to dziwota, że ziemia równa — uśmiechnął się z ironią — ale znam ja stepy i równiny: tam oko ma gdzie pohulać, a u was ot drzewo, lasek, błotko i koniec... A znasz ty, panie Ziębowski, właścicielkę Popielówki? Co? — Z dawnych lat znam cokolwiek panią Bielską; teraz pewno już i nie pamięta... — Pewno i dawniej nie pamiętała — uśmiechnął się z niedowierzaniem, spojrzawszy lekceważąco na towarzysza. — A choćby i tak było, do interesu znajomość niepotrzebna... Popielówka jest na sprzedaż, Towarzystwo ogłosiło drugą licytacyę, pan dobrodziej płaci gotówką, czegóż trzeba więcej? — Ja nie przegadam ciebie, panie Ziębowski, i na co mi ten trud? Nie wiesz, czy ona młoda wdowa? — Jakże ma być młoda, kiedy ma córkę dorosłą w domu, a drugą na pensyi. — Ładna? Co? — Nie wiem... zobaczy pan sam... bo ja proszę pana nie faktoruję małżeństw, jak inni, co gonią za łatwym zarobkiem; ja pracuję ciężko... — To widzę sam — zaśmiał się młody. — Alboż to nie praca? — bronił się drugi — czy mnie to mało kosztuje? Zbadaj hypotekę, dowiedz się o długach, o stanie majątku, inwentarza, urodzajach, o żądanej cenie, o wartości... praca jak mi Bóg miły, praca ciężka — bił się w piersi ręką. — Nie zachwalaj się, panie Ziębowski — uśmiechnął się brunet — toż ja ciebie nie kupię, a i darmo nie wezmę... ułatwiasz mi interes, zapłacę i po wszystkiemu... Kiedyż ta wieś będzie? — Za figurą skręcimy... widzi pan, jaki urodzaj? O, dobra uprawa, niedarmo Bielski uchodził za wzorowego gospodarza, dorobił się Popielówki ciężką pracą, a w pięć lat po śmierci, już i subhastą grożą... — To powiadasz, że wieś ma 350 morgów, co? Ileż to będzie dziesięcin? — Popielówka ma piętnaście włók, to mniej więcej sto ośmdziesiąt dziesięcin... — Phi... u nas chłopi mają czasem więcej... — Ale to blizko miasta, kolei, uprawa doskonała, zbyt dobry... samej ziemi ornej dziesięć włók, a lasu trzy, reszta to łąki... Można i żyć swobodnie i majątek zrobić. — Hm... jak dla kogo, panie Ziębowski... u mnie pieniądz jest... ot zachciało się wsi... to i kupię... — Wiem, wiem, że pan dobrodziej chce tylko rezydencyi — pochwycił pośpiesznie — a dla rozrywki gospodarstwo... — Co ty tam wiesz, panie Ziębowski! — rzekł dumnie. — Tobie wystarczy, że chcę i pieniędzmi płacę... Gdzież ten dwór? — Zaraz... zaraz... — szeptał, rozglądając się niespokojnie. Wjechali do wsi, płosząc dzwonkiem grzebiące kury i wywabiając z domów przydrożnych dzieciaki bose, w białych koszulinach; z okien i drzwi otwartych wychylały się głowy kobiece, a wszystkich zaciekawiała niezwykła bryczka pocztowa z dzwonkiem u dyszla. W środku wsi, na ubocznej wyniosłości, wśród gęstej zieleni drzew zabielały mury dworu. — Na prawo! Przed ganek! — rozkazał szpakowaty blondyn, wskazując ręką kierunek. Furman ostrzej zaciął konie, dzwonek zajęczał rozgłośniej, wjechali w krótką aleję wierzb nadwiślańskich, pnącą się łagodnie w górę. Brama sztachetowa przed gazonem wjazdowym była przymknięta. Po dobrej chwili wybiegła jedna z dziewcząt służebnych, otworzyła bramę, i na gazon przed ganek o czterech murowanych białych słupach, zajechała bryczka pocztowa. Pierwszy zeskoczył brunet, chusteczką ścierał kurz z twarzy i poprawiał obcisłe ciemne rękawiczki. Tuż za nim zlazł towarzysz podróży, rozwinął chusteczkę, zakrywającą na szyi kołnierzyk, poprawił krawat i rozglądał się ciekawie po oknach dworu. Wtem, ujadając, w podskokach nadbiegł wielki żółtawy pies i głośnem naszczekiwaniem dawał znać o obcych. Przez otwarte okno wyjrzała twarz kobieca i natychmiast znikła. Dwaj przyjezdni weszli do obszernego przedpokoju, i zaledwie zrzucili wierzchnie okrywki, otwarły się drzwi na lewo, i stanęła w nich niemłoda już kobieta, w ciemnej sukni, z wyrazem zakłopotania na pomarszczonej twarzy, mierząca badawczo przybyłych. — Zapewne z panią Bielską mamy zaszczyt mówić — zaczął szpakowaty blondyn z ukłonem głębokim, a na jej potwierdzające skinienie mówił: — Z nieboszczykiem mężem znaliśmy się , bardzo dobrze — poprawił się — a teraz w interesie przyjechaliśmy do pani dobrodziejki... To pan Tadeusz Szyszkowski, obywatel...

Skłoniła głowę, ale nie ruszyła się z progu, pytając chmurnie: — Z kimże mam przyjemność?... — W dawnych czasach — pośpieszył — miałem zaszczyt być przedstawionym pani dobrodziejce... ale... ale to dawne czasy... jestem Jan Ziębowski, były obywatel ziemski... my z interesem... — Proszę panów. Usiadła na staromodnej kanapie, pokrytej wypłowiałą niebieską materyą, i ręką wskazała krzesła, mówiąc: — Słucham panów... — Dowiedzieliśmy się, że pani dobrodziejka ma zamiar sprzedać majątek... Spojrzała zdziwiona i zaniepokojona. — Gadaj, panie Ziębowski, o sobie, ja tu świeży człowiek, nic nie wiem... — To jest... dowiedziałem się od sąsiadów pani dobrodziejki... że... że... ją zmęczyła już gospodarka. — Ciekawa rzecz, kto to mówił, bo nie zwierzałam się nikomu... zamiaru nie miałam, ale gdyby się trafił dobry kupiec, dał mi żądaną cenę, możebym się i zgodziła. — Cóż, panie Ziębowski, gadałeś, że pani chce sprzedać? — Opowiadali mi blizcy sąsiedzi, a że pan dobrodziej ma gotówkę, tak trudną w tych czasach, jest dobrym kupcem, to możemy pogadać o interesie. — To pan poszukuje majątku? — spytała tonem łaskawszym. — Toż słyszała pani, co gadał pan Ziębowski... chcę nabyć dobry majątek, płacę gotówką... Mówił mi on, że pani sprzedaje, tak ja przyjechał obejrzeć i pogadać. — Prawdę powiedziawszy, myślałam już nieraz o tem, aby sprzedać Popielówkę, bo samej kobiecie trudno gospodarować... — Święta racya — pochwycił pan Ziębowski — mężczyźnie trudno, a cóż dopiero pani, nie przyzwyczajonej do ciągłego ujadania!... Trafia się dobry kupiec, radzę sprzedać, póki czas. — Konieczności niema żadnej — nadrabiała miną swobodną i wymuszonym uśmiechem — urodzaj tego roku zapowiada się świetny... — Eh, co tu dużo gadać! — zawołał zniecierpliwiony brunet — chce pani sprzedać, to dobrze, a nie chce pani, szkoda słów. — Muszę się namyślić, poradzić... Pan Szyszkowski spojrzał na mówiącą z lekceważącem współczuciem, uśmiechnął się, potarł czarną brodę i przemówił: — Hm... ot, widzi pani, ja szczery człowiek, u mnie co w sercu, to i na języku, ja nie lubię kręcić, tak powiem całą prawdę, jak szlachcic do szlachcianki, bo ja szlachcic... z rodu... — Ależ bardzo proszę pana, otwartość jest tylko zaletą. — Rzecz jest taka... Ziemski bank rozpisał w gazetach licytacyę na majątek... pani to nie nowina, co?.. nu, a hypoteka zapaskudzona, spłacić długów niema jak... toż ja nie winuję pani — dodał, widząc jej rumieniec i zmieszanie — nie takie fortuny padają: ot żyło się, to się i rozeszło. Przed słuchającą przesunął się z błyskawiczną szybkością i bardzo wyraźnie cały obraz jej kłopotów, zmartwień i trosk, przemyślanych w długich, bezsennych nocach. Groźba Towarzystwa, nieuiszczone procenta, długi w miasteczku, niezapłacone zasługi służbie, brak pieniędzy na robociznę; pobladła, poczuła cisnące się łzy, ale zmogła się, i ogarnął ją gniew na obcego człowieka. — Informacye pana są błędne — rzekła dumnie — i ze spraw moich przed nikim nie potrzebuję się tłomaczyć. Spojrzał na nią trochę zdziwiony, a po chwili: — Panie Ziębowski, cóż ty na to? toż sam opowiadałeś... gdzież twoja prawda? — Tak mi mówiono, a ja powiedziałem panu pod sekretem — bąknął lekko zmieszany. — Sekretu niema w interesie, i mówiłeś, że już głoszą gazety — zaśmiał się nie bez goryczy. — Tak niema nam co tu robić, jedźmy — i wstał z fotelu. Na panią Bielską napłynęła znów fala troski i zwątpienia w swe siły; odezwała się z pewną nieśmiałością: — Możebym i sprzedała Popielówkę, gdyby warunki były odpowiednie... — Lepszego kupca pani nie znajdzie — pochwycił pośrednik. — Tak powiedz pani rzetelnie, po co te bałamuctwa?... — Zaczekajcie, panowie, chwilę... poradzę się z córką... obliczę... — Niech będzie i tak, abym się nadaremnie nie tłukł po tych drogach... Powiedz, panie Ziębowski, pocztylionowi: niech czeka... Za wychodzącą panią pośpieszył pośrednik i, zastąpiwszy jej drogę w przedpokoju, zaczął szeptem: — Pani dobrodziejko, tylko z przyjaźni dla nieboszczyka przywiozłem go tutaj... To bogaty człowiek, ma grube pieniądze, można dobrze sprzedać Popielówkę, już ja pomogę... — Bardzo panu dziękuję, ale nie wiem... — Już my się policzymy — przerwał jej szybko — ale to fantastyk, śpieszy mu się dzisiaj, jutro może być za późno. — Namyślę się... — Aby zaraz... ja życzę pani dobrodziejce najlepiej... — Dziękuję — i weszła do dalszych pokojów. — Tak cóż, panie Ziębowski? — mówił do wracającego, zapaliwszy papierosa: — wybraliśmy się w złą porę. Co? — Wcale nie, to zwykłe fanaberye szlacheckie. — Hm... ty sobie, panie Ziębowski, nie wycieraj gęby szlachectwem, bo i ja szlachcic, a ona takoż... uważaj, co mówisz... — A ja? Czyż nie szlachcic z dziada, pradziada?... Powiedziałem, bo niepotrzebnie się droży: tu bieda aż piszczy, a nosa zadziera... — Alboż to u was nowina? Toż u was każdy pan, chociaż w kieszeni plącze się piątaczek! — zaśmiał się ironicznie. — Po części to prawda, ale to bywa tylko w Warszawie... — Sam mówiłeś, że tu bieda, a ona jaka dumna, niby kniahinia jaka... — Bo też pan dobrodziej za ostro wyjaśnił jej położenie, i to ją rozdrażniło... — Także bajesz!... prawdę ja powiedział, a ja lubię prawdę ta szczerość... — Hm... należałoby może spolitykować... — Ot! wy zawsze z waszą polityką!... no i jaki koniec?... Nie sprzeda Popielówki mnie, to i Żyd kupi. — Święta prawda. — I jak wy mówicie, dziedziczka ona — mówił, przechadzając się po saloniku — a jakie meble? — potrącił krzesło z lekceważeniem: — ledwie się to kupy trzyma, a materya aż strzępi się ze starości... U nas arendarze lepsze umeblowanie mają. — No tak, zapewne, ale to z dawnych czasów stare... — Jak stare, to wyrzucić, i tyle. Patrzał przez okno na gazon przed dworem, rzucił niedopałek papierosa, i po chwili rzekł tonem niezadowolenia: — Czart mnie skusił jechać do tej Popielówki: ani co wypić, ani zjeść, droga podła... — Pewno nas czem przyjmą... — Znam ja wasze przyjęcia, mówiono mi o nich: ot herbatka, sucharek, bułeczka... To dobre dla szpitala, dla kobiet... a u nas jest i jedzenia i napitku do woli. — Trzeba przecierpieć, gdy interes tego wymaga — rzekł zagadnięty sentencyonalnie. — To sobie cierp, panie Ziębowski, bo ci płacą za to — odparł zgryźliwie — ale co mi za dobra wola głodować, trząść się na bryczce i w dodatku nie skończyć interesu? — Sądziłem, że najlepiej wpaść tutaj znienacka; długi ją cisną, rady dać sobie nie może, to i chwyci się na złotą wędkę. — To twój proceder, panie Ziębowski, ale mój inny; ja łapać nie chcę, ot po dobrej woli — inna sprawa. — Pan dobrodziej zbyt szlachetny, a interes jest interesem; już ja przypilnuję — uśmiechnął się rad z siebie. — Pilnowania twego nie potrzebuję; ty, panie Ziębowski, faktorujesz, ja płacę za to i koniec. — Ja to rozumiem — odrzekł pokornie. We drzwiach otwartych stanęła pani, mówiąc: — Proszę panów na przekąskę!

II.

W pokoju jadalnym, skromnie umeblowanym, oświetlonym dwoma oknami, z widokiem na ogród, pani Bielska, wszedłszy, rzekła tonem obojętnym: — Pan Szyszkowski... pan Ziębowski... moja córka. Skłonili się obaj zarumienionej, ładnej blondynce, na którą zaledwie spojrzał pan Szyszkowski, patrząc badawczo na stół nakryty białym obrusem, na którym obok bukietu kwiatów świeżych, czerwieniły się plastry szynki, obłożone kiełbasą, a opodal masło, ser, chleb i bułki; zaś dwa talerze nakrycia zapowiadały drugą potrawę. Pani Bielska usiadła na pierwszem miejscu, mając z prawej strony córkę, z lewej pana Szyszkowskiego, za którym usiadł pan Ziębowski. Przed jedzeniem sąsiad pani Bielskiej rozglądał się niespokojnie po stole; spostrzegła to gospodyni. — Zapomniałam... Zosiu, podaj flaszkę z kredensu... Tak rzadko przyjmujemy gości, że... — Ee, jak jest, to i dobrze — przerwał jej pan Szyszkowski — prawdę powiedziawszy, ja się nie spodziewał u pań zastać napitku. Panna Zofia postawiła flaszeczkę z wódką i kieliszek przed gościem. — Ot to lubię, to po

pić jednym kieliszkiem; — uśmiechnął się — u mego ojca jak wódka, to jeden kieliszek dla wszystkich; tak było u ojca, tak jest i u mnie.

— Nie wiedziałam o tym zwyczaju — powiedziała ugrzecznionym tonem. — Proszę, niechże panowie pozwolą... — Ale ja słyszał o tym zwyczaju — zaśmiał się — że gospodarz pierwszy przypija, albo gospodyni. — Nie pijam. — Nu, choć kroplę, na powodzenie interesu, co? — Wódka mi szkodzi, nie mogę. — Ano, gwałtu niema... a córeczki to i nie pytam, bo pannom przy obcych pić się nie ... Tak w twoje ręce, panie Ziębowski... Po zaspokojeniu pierwszego głodu i wypiciu dwóch kieliszków, rozejrzał się po pokoju. Zauważył ciemny, bez żadnych ozdób kredens, rozwieszone na pobielanych ścianach premia Towarzystwa, i wzrok jego padł na pannę Zofię, siedzącą naprzeciw niego. Promienie zachodzącego słońca padały wprost na jej blond włosy, mieniąc je złotawo. Z rosnącem upodobaniem przypatrywał się okrągławej, świeżej twarzyczce, ponsowym ustom, białym rączkom, okrągłej kibici; wydała mu się piękną, a gdy podniosła na niego niebieskie oczy i spuściła je szybko, zakrywając długiemi rzęsami, lekko zaniepokojona jego uporczywym wzrokiem, uśmiechnął się, rad z wywołanego wrażenia, i osądził, że ponętniejszej panny nie spotkał w życiu, podobnej do kwiatka polnego, roztaczającego swe barwy i wonie na ustroniu, jak gdyby tylko dla niego. Uradowany tem niespodziewanem odkryciem, zwrócił się rozweselony do pani Bielskiej: — U pani spotkała mnie prawdziwa niespodzianka... — Jaka? — Ot człowiek przyjechał z dalekich stron, a ojciec mi mówił zawsze: »Zobaczysz, jaka gościnność!... « Nu, i ja przyjechał, ale gościnności nie znalazł, aż tu, u pań; to i ja rad bardzo temu. — Pan nam pochlebia temi słowami, bo nasz stół bardzo skromny... — To nie idzie o bogactwo, o pokaz, ale ot gość przyjechał, to dajże mu co jeść i wypić, to czy owo, aby tylko ze szczerego serca. Służąca wniosła półmisek z potrawą. — Proszę pana. — Ot, to lubię — mówił, nabierając z półmiska jaja w śmietanie — prawdziwie po wiejsku, bo już dokuczyło to mięso ta mięso. — Pan dawno przyjechał w nasze strony? — Siedzę w Warszawie ze trzy miesiące, i już mi nudno. — Jakto? Nie podobała się Warszawa? — spytała panna Zofia dźwięcznym głosem. — Podobać się, podobała, ładne europejskie miasto, a jakże, no i warszawianki szyk, a wszystko ludzie grzeczni, o! bardzo grzeczni, tylko... — Cóż takiego? Namyślał się krótką chwilę: — Ot, prawdę powiedziawszy, u nich grunt to blaga i pozłótka, nic szczerego... jeden i drugi taki słodki, taki dobry, tak myślisz sobie: ot druh, ot przyjaciel... a przyjdzie co do czego — nic, tylko dym zostanie. — Za ostro pan sądzi — broniła gospodyni. — Ja też mówię, że naród grzeczny, uprzejmy, ale trudno go, nie wiesz co prawda, a co polityka. — Pan dobrodziej Szyszkowski ma zupełną racyę — odezwał się jego sąsiad — co warszawiak, to i blagier; wiem coś o tem, bo już dziesiąty rok mieszkam w Warszawie. W milczeniu skończono jedzenie, a pani Bielska, pragnąc dobrze usposobić gościa do zawarcia interesu, rzekła uprzejmie: — Pan zapewne przyzwyczajony do dobrych win, a u nas jest tylko stołowe, węgierskie... — To pani rozkosz! — zawołał z uśmiechem. — Ot widać sprawiedliwa szlachcianka i dwór: jak wino, to już węgierskie. — Zosiu! możebyś kazała przynieść... — Żal, że nie mogę wyręczyć, bo szkoda mi nóżek pani, ale nie znam piwnicy... Zarumieniona panna Zofia opuściła pokój, pani Bielska spojrzała zdziwiona na gościa i, udając, że nie słyszy tych słów, zaczęła: — Czy zna pan rozległość Popielówki? — A jakże, znam. Pan Ziębowski przyniósł mi wyciąg z opisu Banku Ziemskiego... — Z Towarzystwa Kredytowego — uzupełnił pan Ziębowski. — Jeden dyabeł — zaśmiał się — i tu dają i tam dają, i tu drą i tam drą. — Uprzedzam pana, że nie sprzedam inaczej, tylko z inwentarzem martwym i żywym. — I ja chcę tego, bo i co za gospodarka bez koni i pługa!... — Czy pani dobrodziejka sama będzie oceniała, czy upoważni kogo? — spytał słodko pośrednik. — Mam szczegółowo spisany i oceniony inwentarz po śmierci męża, a zresztą pomoże mi nasz dawny ekonom Marciński. — Wyłączymy jednak nieodpowiednie lub liche narzędzia, rozmaity bruch — zauważył pan Ziębowski. — A cóż ja z tem zrobię? Jeśli sprzedaję, to już wszystko. — Pogodzimy się, pogodzimy jakoś, do sądu nie pójdziemy — mówił uspokajająco pan Szyszkowski. — Czy wolno wiedzieć, jaką za włókę naznacza pani dobrodziejka? — Co ci, panie Ziębowski, tak śpieszno? Poczekajże, oglądniemy wszystko, zbadamy... będzie czas. Główna rzecz, czy pani zgodzi się na sprzedaż, czy nie? Po krótkiem milczeniu odpowiedziała: — W zasadzie jestem gotowa, zależy jednak od warunków. — To i dobrze; pogadamy i o cenie, pani coś opuści, ja coś dodam, i będzie zgoda. Toż my nie żydzi, aby się targować po całych dniach. Weszła panna Zofia ze służącą, niosącą na tacy butelkę wina, zbliżyła się do kredensu i wyjęła dwa kieliszki. — O! jak mi Bóg miły, na to nie pozwolę — zawołał pan Szyszkowski, śledzący pilnie ruchy panny — jeszcze wódka, niechaj tam, ale wino musicie wypić panie: toż byłby wstyd dla szlachcianek! — wstał z krzesła, ucałował rękę gospodyni. — Daj, Zosiu, jeszcze kieliszek. — Jakże to, proszę pani?... Ja rozumiem rygor dla dzieci, bo ja sam tak wychowany; ale dla takiej panny, co już sama może być panią domu, godzi się pożałować kieliszka... Tylko usta umoczyć — czyż to zaszkodzi piękności? co? Matka skinęła pozwalająco. Gość sam odkorkowywał butelkę. — Ot i wypijem kieliszek na zgodę i szczęście... Ja szczery człowiek, to i prawdę powiem... Znamy się krótko, a mnie się zdaje, cośmy zjedli beczkę soli razem, tak być już nam razem w doli i niedoli... paniom życzę dobrej doli, a już czuję w sercu, że mnie czeka niedola, bo człowiekowi do ognia zbliżać się nie wolno. Wypił duszkiem, a przy ostatnich swych słowach patrzał pokornie i prosząco w twarz panny Zofii. Uśmiechnęła się matka, gdyż bądź co bądź, i w tej formie miły jej był tryumf córki. — Wracając do naszej poprzedniej rozmowy — zaczęła pani Bielska — pan zgadza się kupić Popielówkę z inwentarzem i zasiewami. Sama nie bardzo chętnie godzę się na to, ale ulegam prośbom córki. — To pani zawdzięczam zgodę! — zawołał rozweselony — tak muszę wypić zdrowie pani, mojej protektorki — wziął w rękę butelkę, a widząc niedopite kieliszki pań, mówił: — o, panie brudno chodzą! Zaśmiał się, spostrzegłszy ich zmieszanie, i kończył tonem wesołym: — Ojciec mój mawiał zawsze: »Chodź czysto koło szkła!« — no u pań kieliszki nie czyste... Mimo próśb pozwoliły tylko dopełnić kieliszki. — Znam świata kawał — zaczął z kieliszkiem w ręku — byłem w Moskwie i Petersburgu, ale tak pięknej protektorki ja nie miał... niechże i nadal nie szczędzi mi swej protekcyi. Panie w milczeniu dotknęły ustami kieliszków. — Pan był dłuższy czas w Cesarstwie? — Ja się tam wychował, ja tu świeży człowiek. Moskwę znam jak moich pięć palców, pięć lat tam przeżył, ot bogate miasto, niema co i mówić. — Czy ładniejsza od Warszawy? — spytała panna Zofia. — Moskwa swoją drogę, a Warszawa swoją... Ot, jakby to powiedzieć... Warszawa to jak kobieta wystrojona na bal, ale w domu bieda; a Moskwa ma i w domu dostatek, wszystkiego w bród; tam używaj, aby było za co. — Pan lubi używać — odezwała się z przekąsem panna Zofia. — Ot i nieprawdę powiedziała pani. Ja skromny człowiek, niech powie pan Ziębowski, pijaństwa nie lubię, ucztować takoż, tylko jak w kompanii miłej, jak dzisiaj, to człowiek pozwala sobie, bo mu lżej na duszy. — Czyż pan, jako kawaler, wie co to kłopoty? — westchnęła pani Bielska. — Każdy ma swego robaka — odparł poważnie, a po chwili dodał weselej — ot i teraz szukam majątku, znalazł Popielówkę, może i dobra, a już panie to najlepsze, alboż wiem czy mi się uda? — Może przejdziemy na werendę ogrodową — rzekła gospodyni, wstając — tam przy herbacie pogadamy o interesie. — Dobra myśl, tylko jeśli mi wolno prosić, to dla mnie mocna bez cukru. — Bez cukru? — zdziwiła się panna Zofia. — Ja zwyczajny do tego; cukier psuje smak. Na werendzie, osłonionej dzikiem winem, obie panie usiadły obok przy dłuższym boku stołu, a panowie naprzeciw siebie. Pan Ziębowski wszczął z obok siedzącą gospodynią rozmowę o stanie lasu w Popielówce i cenie drzewa tak opałowego, jak i budulcowego; zaś pan Szyszkowski zabawiał pannę Zofię, i po kilku ogólnikach o pogodzie, spytał: — Pani sama jedna u mamy? — Nie, mam młodszą na pensyi w Warszawie. — Ileż jej lat? — Dwunasty... — No, a pani ma kawalera? — spytał nagle, nachylając się ku niej. — Co pan przez to rozumie? — odrzekła zarumieniona, usuwając się. — Ot, chciałbym wiedzieć, czy pani po słowie? czy już zaręczona? — Nie — odpowiedziała z miną obrażoną. — Dziwno... dziwno — mówił poważnie. — Toż chyba tu ludzie oczu nie mają, bo widzę, że pani piękna i edukowana, no i gospodarna... Ot dziwno!... Panna Zofia miała ochotę śmiać się, słysząc te wynurzenia, a wierząc zupełnie w ich szczerość i uznając słuszność, nie miała do niego pretensyi żadnej; to twarzyczka jej spoważniała i umilkła. — Las przeważnie młody — informowała pani Bielska w dalszym ciągu pośrednika — zastaliśmy już w połowie wyciętym... — Więc na lesie pani dobrodziejka coś z ceny opuści. — Hm... ileż pani żąda za dziesięcinę? — spytał pan Szyszkowski. — Niżej 4.000 rubli za włókę nie wezmę. — Włóka to trzydzieści morgów — objaśnił pośrednik. — A ileż bankowego długu? — Towarzystwo ma 18.000 rubli, z tych 2.000 już spłaciliśmy. — O! pani chce drogo, ja słyszał co tutaj płaci się po 3.000 rubli za włókę... — Ależ ja daję inwentarz, w dobrym stanie, zasiewy... — Zobaczymy to wszystko, zobaczymy, i powiemy naszą cenę — odezwał się pośrednik. — Ot, szkoda, że dziś już za późno — mówił pan Szyszkowski, patrząc na zachodzące za lasem słońce — moglibyśmy choć część pracy odrobić. — Inwentarz żywy może pan dzisiaj zobaczyć, zaraz poszukam opisu... — Ja nie sowa, abym po nocy widział — zaśmiał się pan Szyszkowski — dzisiaj przejrzę plan, przeczytam opis, a za dnia wezmę się do roboty. Pan Ziębowski wszczął ożywioną rozmowę z panią Bielską o zasiewach i cenie produktów. czas przysłuchiwała się panna Zofia, wreszcie spytała sąsiada zniżonym głosem: — Czy ten pan to wspólnik pana? Zaśmiał się głośno. — Jaki on wspólnik? To mój faktor, a jak tu mówią, pośrednik. — Tak?? — Ja jemu wdzięczny, że mnie tu przywiózł, bo poznałem panią, no i może interes ubiję. Słuchała go chmurna, spoglądając niechętnie w stronę rozprawiającego pośrednika. — Tak widzę, że pani go nie lubi. — Zgadłeś pan. — Trudnoby mi nie było... chce pani, ja jego zaraz wyprawię... — Nic mi na tem nie zależy. — Już ja widzę, że pani chce... A mnie pani przenocuje? — To zależy od mamy. — A gościnny pokój jest? — U nas jest w każdym dworze. Korzystając z przerwy w rozmowie, odezwał się pan Szyszkowski: — Proszę pani, cena za majątek zależy od zgody naszej, co?... Ale, kota w worku nikt nie kupuje, a cóż dopiero szlachecką wieś? Tak zrobi się to po dniu, bo tutejsze drogi i konie to skaranie Boże, człowiek ledwie dyszy... tak pozwól mi pani zanocować dzisiaj, kłopotu nie zrobię żadnego, ot, aby coś pod głowę i tyle... — Jeśli pan chce... mamy jeden pokój gościnny... w oficynie. — Wszystko jedno, aby się nie tłuc na bryczce... ja demokrata, chociaż szlachcic, prześpię i w oficynie... Panie Ziębowski, chodź ze mną na słówko... Obaj zeszli z werendy do ogrodu. — Co myślisz o interesie, panie Ziębowski, ha? — Za drogo żąda, ale da się zrobić. — Tak ty mnie posłuchaj... Ja już znam długi hypoteczne, no i ty znasz, ale są pewno długi w miasteczku, tak pojedź, nastrasz żydów, dowiesz się łatwo, a ona, widzisz, zmięknie, no i opuści z tej ceny. — Plan dobry, tylko... tylko ja zapomniałem... nie byłem przygotowany na takie wydatki. — Toż ja wiem, że ty drzesz gdzie się da... no, chcesz i mnie pociągnąć... cóż, rubla starczy, co? — Hotel, nocleg, rozpytywanie... trudno opędzić i dziesięciu. — Już ty nie gadaj... ja ciebie znam... ot masz zielony papierek — wyjął z pugilaresu — i pojesz, i popijesz, i dobrze będzie... — Za mało trzy ruble... — A nie bierzesz cały jeden procent? co?... tak dosyć będzie... Siadaj, jedź, spraw się dobrze, a jutro wróć, a wystaraj się o lepsze konie i powóz. — Tylko dla pana dobrodzieja to robię... — Bałbyś się Boga, nie wygaduj, tylko jedź! Gdy wrócili do pań, szepnął pan Szyszkowski: — Stało się zadość życzeniu pani: już on jedzie. Udała, że nie rozumie. Przy kolacyi spytała gospodyni: — Pan urodzony tam, w Cesarstwie? — Ja tutejszy, z gubernii Warszawskiej, i mój ojciec takoż. — To pan wrócił do swoich? — Iii, nie. Tu nikomu ja ni brat, ni swat... wyjechał ot malutkiem dzieckiem, miał ja dwa lata... — Szyszkowscy?... — przypominała sobie pani Bielska — a jakim herbem pan się pieczętuje? — Ja? Korab. — Znałam panią Szyszkowską, z domu... Ziółecką... miała majątek w Rawskiem, czy to krewna? — Tak mówią, pani, że my gubernii... no ojciec mi opowiadał, że brata miał Michała Szyszkowskiego, tegoż herbu... i miał on wioskę czy dzierżawę, no nie pamiętam gubernii, tak umarł, ale dawno, jakoś w kilka lat po wyjeździe ojca z kraju. — To pewno była kuzynka pana. — A może. — A jak matka pana z domu? — Matka? Anna Sitecka... — O, Siteckich znamy... niegdyś mieli tu w sąsiedztwie folwark. — Coś mi wspominała matka... ale to dawno... bo pomarła młodo... — I ojciec pana dobrowolnie pojechał tak daleko? — Powiem prawdę, jeśli panie chcecie wiedzieć... — a widząc zaciekawienie: — mój ojciec poznał się z jednym dobrym człowiekiem i pojechał na starszego w kopalni złota w Irkuckiej gubernii. Nażył się tam bogato, a przed śmiercią mówi do mnie, swego jedynaka: »Ciężko mi było żyć bez rodziny, no i umierać jest mi nie lekko, tak chcę, abyś wrócił do kraju, pieniądz jest, tak kup sobie dobra i tam przeżyjesz twój wiek, to i dobrze będzie tobie i twym dzieciom«. — To tak było? — szepnęła pani zamyślona. — Mówię szczerą prawdę, i ot dlaczego ja tu przyjechał, pieniądze swoje zabrał, i tylko 20.000 zostało moich pod zakładną, jakby u was to na hypotece, i szukam ziemi w gubernii Warszawskiej, bom tu rodzony. — Ma pan siostry? — Jest dwie, ale obie wydane, siedzą na swojem. Jedna w Samarze, a druga w Humaniu, obiedwie wyposażone. — A pan się osiedli tutaj? — Ja mówił już pani, że my z gubernii Warszawskiej, i dlatego w samem centrze kupuję majątek i tu się ożenię, bo taka wola ojca była... no, i jest też moja — kończył, spoglądając rozkochanym wzrokiem na pannę Zofię, która, czując na sobie jego oczy, zarumieniła się i nerwowo zaczęła porządkować na stole. — To bardzo pięknie ze strony pana, że pan tak szanuje wolę ojca — pochwaliła pani. — Jakżeż inaczej być może?... toż on mnie wychował i pieniądze dał, całych 80.000 rubli, takiemu ojcu muszę być posłuszny. — I pan ten kapitał umieści w gospodarstwie? — Co to, to nie. Trochę ja już stracił na szukaniu, trochę w Warszawie, no zawsze mam 45.000 rubli w banku, a 20.000 pod zakładną, to tak, jak w banku, i za trzy lata odbiorę. — A gdyby pan kupił Popielówkę, czy zatrzymałby pan Towarzystwo? — Dług bankowy to mała rzecz, aby się pilnować z terminami, a gotówka mi potrzebna, toż powozu, koni, mebli darmo nikt nie da, a jak już żyć na wsi, to wygodnie. Ot muzykę lubię, trzeba fortepianu, a może u pani jest pianino? — zwrócił się do panny Zofii — co? — Rozstrojone... — Tak pani muzykalna? Co?... Nu, trafiłem ja dobrze, ot i dom i ludzie w sam raz dla mnie... Zróbmyż muzykę, co? dobrze? — Tak dawno nie grałam... — To warto przypomnieć. — Nie wymawiaj się, Zosiu, jeszcze wczoraj grałaś; prawda, że pianino nieco rozstrojone, ale grać można. Pan Szyszkowski z wylaniem ucałował obie ręce matki: — Ot, pani prawdą żyje, to lubię, tak już nic nie pomoże, panno Zofio: trzeba grać. — Nie mam nut świeżych... — Alboż dawne niedobre? co? Dla mnie zawsze nowe są dzieła Chopina, Czajkowskiego i Rubinsteina, a pani co woli? Ha? — Może pan zechce nam co zagrać? — Dlaczegoż nie? Ja nie żaden majster, za pieniądze nie występuję, ale gram, ot bo lubię. Przeszli do pokoju obok bawialni, w którym stało pianino; uderzył kilka akordów i zwrócił się do siedzących w cieniu pań: — Rozstrojone jest, ale zawsze można wyśpiewać, co jest na duszy człowiekowi. Grał nieźle preludium Chopina, zwracając kiedy niekiedy głowę w stronę słuchającej panny Zofii. Chwaliły panie, zwłaszcza pani Bielska, z wielkiem uznaniem, i nakłoniła córkę, by zagrała walca Straussa. Rozstali się serdecznie, z wielką uprzejmością i zadowoleni z siebie. — Zosiu! Jakże on? — spytała matka, porządkując w kredensie. — Prawdopodobnie kupi Popielówkę. — Nie o to pytam — mówiła, przestając sprzątać — ale tobie, jak ci się wydał? — Tak sobie... — Widziałaś, jaki ma brylant? To bogaty człowiek... 65.000 rubli gotówką... pewno się ożeni... — A niech się ożeni! — zaśmiała się lekceważąco. — Nie zazdroszczę jego wybranej. — Dlaczego? — Bo on mi się nie podoba, taki jakiś inny... — Tylko z tego powodu?... To rzecz najmniejsza.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…