Front matter
J. I. Kraszewski.
NOCE BEZSENNE.
Fantazye na tle czarném • Wspomnienia i fantazye
całość
J. I. Kraszewski.
NOCE BEZSENNE.
Noc. Nadchodzi godzina spoczynku przymusowego. Wszystko co posłuszném jest rozkazom matki-natury, układa się do snu, zawiéra powieki, obumiéra na czas jakiś, aby potém odżyć znowu do pracy. Ciężaru życia bez przerwy nie zniosłaby żadna istota... Przeciwko temu prawu ogólnemu jeden człowiek może się buntuje, czasem dobrowolnie, częściéj pomimo woli, mimo pragnienia wypoczynku. Pożąda snu, ale sen nie przychodzi na zawołanie. Rozbudzony duch ciału nie daje pokoju. Naówczas rozpoczynają się męczeńskie oczekiwania godziny, długie jak wieki, czarne jak przepaście, pełne widm straszliwych i trwogi nieokreślonéj — nieukołysanéj... Sen dany jest może na to, aby czarna noc dręczyć nas nie mogła, ma bowiem siłę i nielitości- wość kata. Matka-natura znieczula nas przez miłosierdzie, aby wyzwolić od męczarni. Nieszczęśliwi skazańcy spać tylko nie mogą, a katownie znosić muszą. Noc. Zwolna cisza rozpościéra się dokoła. Na niebiosach gasną światła; księżyc i gwiazdy świécą tylko jak widma, mdłém odbiciem dalekich blasków. Stoją na straży nad uśpionymi. Co czuwa, wszystko się niepokoi i boleje. Głosy nocy są jękami cierpienia, — wołaniem ratunku, — krzykiem konania, — wrzaskiem rozpaczy, urągliwym śmiéchem szyderstwa. W wyobraźni ludu, w jego podaniach, noc otwiéra szatanom wrota na świat, a widmom i upiorom groby. Stworzenia, które nie śpią w nocy, wszystkie są napiętnowane jakiémś przekleństwem, skazane na jakąś męczarnię. Cisza nocy jest straszną, grobową; żaden jęk nie mógłby być nad nię bardziéj przejmującym, okropniejszym. Cisza ta zdaje się dla tego tylko istniéć, aby ją przerwał jakiś grom, trzask, łoskot zniszczenia i śmierci. Im dłużéj trwa, tém bardziéj spotęgowuje oczekiwanie i trwogę. Natężone oko nareszcie dostrzega czegoś w ciemności: wyprężone ucho słyszy wśród tego milczenia tysiące rodzących się a niezrodzonych szmerów.... przywalonych kamienną ciszą. Są li to głosy czy marzenia? Zrozumiéć ich niepodobna. Zaledwie pochwycone, rozpływają się; ledwie rozeznane, mienią się, giną. Na téj wielkiéj karcie milczenia i ciemności fantazya maluje co zechce, — wszystkie wywołane przez nię obrazy wsiąkają w tę czarność i ciszę bezdenną. Sen! Sen byłby dobrodziejstwem: ale im mocniéj pragnie go człowiek, tém uparciéj on uchodzi. Niekiedy zbliża się, muska powieki, przymyka je, drażni, łaskocze, aby udręczył okrutniéj... Spodziéwasz się go przebłagać, zdaje się łagodnie kołysać, obiecywać spoczynek; marzenia jak fantazmata blade zjawiają się przed przymrużonemi oczyma. Serce ci bije — myślisz — zasypiasz wreszcie... Ach! nie! Sen się z ciebie szydersko naigra- wa. Zaszeleściały pergaminowe jego skrzydła — uszedł. Rzeczywistość powraca z katowskiemi narzędziami swemi, a zdrętwienie, bezwładność, znieczulenie i obumarcie przyjdą zaledwie z wyczerpaniem sił, znużeniem i omdleniem — gdy marzenia nawet zatruje trwoga i niepokój... Niéma nic straszliwszego nad ten stan pół snu, pół jawy, zawieszenia pomiędzy dwoma światy, jak Twardowski na nici pajęczéj. Rzeczywistość z krzemieniem wspomnień siedzi ci na piersi, — marzenie zagląda do mózgu... Otwarło czaszkę, przez szczelinę rozpatruje przędzę myśli, na którychby zagrać mogło. Nagle przymyka ją i znikło... W mrokach zjawia się jakaś twarz blada, któréj na świecie nie oglądałeś nigdy — znasz ją tylko ze snów. Jest to gość z innego świata... Rysy téj twarzy mienią się dziwacznie, wyciągają, krzywią, z pięknych stają się poczwarnemi — bledną, zaciérają się, nikną. Została noc z poczuciem bolu i trwogi... Lecz oto chwila bezmyślnéj nicości. Następuje zmiana, noc zdaje się rozjaśniać jakimś bladym odblaskiem. Oczyma zamkniętemi widzisz coś... Szybko, niepochwycone suną się, lecą, przemykają cienie, mgły, chmury — towarzyszki i zwiastunki snu upragnionego. Niestety! znikły i one... obiecany sen nie przyszedł z niemi, czarna noc wraca... Usypiasz na sekundę, budzisz się na długo. Ciało znękane, niespokojnie zmienia położenie. Szukasz jakiegoś legowiska, któreby ci ciężaru życia czuć nie dawało; czynisz się martwym całą siłą woli, przymuszasz się stać kamieniem — ale serce bije coraz żywiéj, krew do głowy napływa falami wzburzonemi, i bije ci o czaszkę — iskry sypią się z oczu zamkniętych. Sen odbiegł całkiem — trwoga rośnie, rośnie, głową przebija chmury, olbrzymieje, wyciąga się, obejmuje świat, a ty pod jéj stopami zgnieciony czujesz się maluteczkim robaczkiem. Jęk wyrywa się z piersi, i nie znalazłszy echa w zmarzłéj atmosferze, powraca do niéj, rozrywa ją, dusi. Gdzieś za światem, daleko, kiedy niekiedy biją zégary pijane, niezrozumiałe godziny — którym niéma końca. Sąż to godziny, czy jęki potępieńców? Jedna i taż sama powtarza się bezustanku... a czarna noc trwa jak trwała, i sen zbiegły nie powraca. Naówczas znowu wpadasz w ów stan pośredni między uśpieniem a jawą — nie możesz spać, a marzysz... Przychodzą do ciebie żywi i umarli razem: — to, co przeżyłeś wczoraj i co roiłeś przed półwiekiem, czego nie widziałeś nigdy, i to, cobyś rad pogrzebł na wieki... Dziwna tkanina z tych dwu żywiołów się sprzęga. Takich barw, takich głosów, jakie widzisz i słyszysz, niéma na świecie; takie istoty, jakie cię nawiédzają, żyć nie mogły i nie mogą. Pół serca ci zamarza, pół się pali, męczarnia niewysłowiona — a wyrwać się z żelaznych jéj kleszczów niepodobna! Czekasz zawsze, że się to na prawdziwy sen zamieni. Jedna taka noc trwa czasem sto lat, ma swe dzieje, które się w pamięć wrażają tak, że ich z niéj wyrzucić nie można. We dnie nosisz z sobą jéj oddźwięki niepozbyte, a powracając do łoża, wleczesz gotowe ziarna, z których wyrosnąć muszą te same potwory, téż same męczarnie. Naówczas, często, gdy dantejskich tych mąk pozbyć się nie masz siły, gdy czuwasz z otwartemi oczyma, — wywołujesz wspomnienia, roisz, aby nie popaść w tę walkę snu i jawy.
Wiek nasz ze swym przyśpieszonym biegiem, z potrojoną, czy dziesięćkroć spotęgowaną działalnością, z tym prądem wichrowatym, który nas, do niego niezrodzonych, nieprzygotowanych unosi, — winien tym wszystkim gorączkom. On je rodzi. Wybiegliśmy zbyt szybko naprzód, więc się zadychać i dostawać zawrotu głowy musimy; chorujemy na postęp nasz i jego zdobycze. Drugie i trzecie pokolenie albo zdziczeje lub organizm sobie wyrobi do miary brzemion; może téż zacznie szaléć, drobniéć i wymiérać... Dziś mózg nasz za ciasny, aby się w nim pomieściło wszystko, czém go napychamy... Niektórzy z tego już szaleją, drudzy umiérają; ostatni, znużeni, powiadają sobie: — Azali nie lepiéj być prostaczkiem na duchu ubogim, a szczęśliwym, niż okaleczałym Tytanem??
Nie byłyż to szczęśliwsze czasy gdy wszystko zdawało się skończoném, zamkniętém, jasném, pewném, zregestrowaném? — gdy ciekawość i pragnienie wiedzy zwano grzéchem i stopniem do piekła? — gdy społeczność tak była doskonale uporządkowana? — gdy ubóztwo przyjmowało się jak dar boży, cierpienie jako próbę? — a poza tym światem zgnilizny i marności, poza tym padołem płaczu, świéciły dantejskie niebiosa pełne białych aniołów??? Tych czasów skraju myśmy jeszcze dotykali; widzieliśmy ostatnie ich godziny. Słowo w słowo, jak w biblijnéj powieści, spełniło się wygnanie z tego raju. Zapragnęliśmy owocu wiedzy złego i dobrego. Nie wiemy nic — ale czujemy, żeśmy nieszczęśliwi i że nigdy nic spełna wiedziéć nie możemy. Wiedza bowiem jest labiryntem, który coraz wyżéj prowadzi ku górze i jasności — ale do niéj nigdy nie doprowadza. Biédny jest człowiek! Ach! te dawne, dobre czasy! Taki pokój był w duszach, taka jasność łagodna w umysłach, takie błogie przejednanie z losem, — a na wszelkie cierpienie stało pociech gotowe, niewyczerpane źródło...
Śnię, śpię, marzę czy przypominam tylko?? Olbrzymie jodły szumią nad moją głową zaledwie ze snu nicości rozbudzoną; szumią głosem dziwnym, niby morza mruczenie, niby jakiéjś szept modlitwy, niby stłumiony szmer warg trwogą stulonych... Szum ten drzew coś mówi, zdaje się, że go rozumiém; lecz kiedy miałem pochwycić klucz tego języka — ucichło... Litościwe te jodły ze swym usypiającym szumem — pieśnią niańczyną otaczały moję kolébkę... U ich olbrzymich pniów siedząc, wydobywałem ze mchu młode główki rydzów wytykających się z ziemi. Wyrastały tak cudem z głębi, niosąc z sobą tajemnicze słowo życia... Zdawały się uśmiéchać, otrząsając z pleśni, która gładkie ich czaszki oplatała. Mchy podobne były pieluszkom... Wśród nich rosły maleńkie kwiateczki, które tylko tu się mogły mieścić, tu kwitnąć i umiérać... Daléj poza cień jodeł, poza granicę mchów nie ważyły się pokazać... Na mchach pełzały i polatywały dziwne stworzonka, przy nich i do nich zrodzone... Pamiętam maleńkiego śliniaczka, który na plecach niósł domek: wyciągał się długo, długo, a potém zwijał i chował do skorupki... Muchy tu latały inne... a mrówek niezliczona moc biegała po gościńcach, szérokich jak nitka... Wszystko to razem stanowiło światek odrębny, do którego naówczas i ja jeszcze należałem. Znaliśmy się wszyscy: rydz, śliniaczek, ja i kwiatki. Uroczysty spokój jakby płaszczem wielkim nas obejmował i otulał. Jodły jedna za drugą biegły szeregiem, postawione na straży. W końcu ulicy przeglądało światełko...
Niekiedy gość zając zasiadał w pośrodku pustéj ścieżyny i oglądał się do koła, i znikał za najlżejszym szelestem. Czasem zakrakały kruki i wrona u wiérzchołków jodeł i — poniosły się daléj... W prawo i lewo stały zielone mury szpalerów, za niemi las olch, lip, kasztanów, klonów, topoli — królestwo czapli i bocianów... Na każdém niemal drzewa wierzchołku chwiało się gniazdo olbrzymie, a na niém rozpiérał się pan i gospodarz w czerwonych butach, poważnie rozglądający się po okolicy... W cieniu tych drzew stał murowany z niedawnych czasów, ale na starych piwnicach, dom z ludźmi starymi. Po jednéj jego stronie królowała uśmiéchając się łagodnie, przygarbiona a wesoła staruszka, prababunia, „babka biała,“ bo latem chodziła w jednych sukniach... Uśmiéch ust, który zachowała do zgonu, wyniosła ze szczęśliwszych czasów. Nie odebrało go jéj wdowieństwo, niewdzięczność tych, którzy wszystko jéj byli winni, ani wiek, ani cierpienie. Z nim ona spokojnie, dziewięćdziesiątkilkoletnia, doczekawszy pra-prawnuków, poszła do grobu w tercyarskiéj sukience zakonu św. Franciszka. Uśmiéch ten kochanéj staruszki był dla mnie piérwszym na ziemi — był zachętą do żywota. Nawet gdy się mocno pogniéwać musiała, miała go w zapasie zawsze, i zjawiał się jak promień słońca po burzy... Przy jéj łóżku stała prawnuków kolébka. W jéj pokoju, na podłodze zasłanéj starym gobelinem, wyobrażającym owocobranie, bawiło się dziecko gałązkami jodeł, które niedaleko szumiały. Zasadzały się z nich puszcze i lasy, w których gnieździły się bajki. Z pośrednich lat, wiele, wiele się zapomniało, a tych piérwszych wrażenia tak się na mózgu wyryły głęboko, że nic ich zatrzeć nie może... Wszystkie zabawki widzę jeszcze... Porcelanową psią budę i figurki pozłacane, którym rąk i nóg już brakło... Na komódce z drewnianéj mozaiki wysadzane było polowanie, z takich pewnie czasów, gdy łowy roznamiętniały. Patrzyło się na nie jak na obietnice przyszłych rozkoszy. Konie lecą, psy biegną, myśliwi się prześcigają — jeleń uchodzi... i tak wesoło upływa życie! Łowy! tak! wiekuiste za czémś łowy, za niedoścignioném... W tych latach piérwszych każdy obrazek coś przynosił z sobą — coś zapowiadał i zwiastował, coś mówił. Wierzyło się w niego, jak w przepowiednią, jako w wierne odwzorowanie z natury. — Któżby w dzieciństwie kłamstwo przypuścił? Nawet smoki i potwory istniały dla nas — i mieliśmy słuszność, bo mniemane o nich baśnie były wspomnieniami piérwszych wieków bytu świata, historyi człowieka na ziemi — walczącego z olbrzymiemi ichtyosaurami i nie wiém jak przezywanemi potwory. Uczyło się tych historyj na komódkach i puharach, na lalkach porcelanowych, na chińskich filiżankach... Pomiędzy zwątpieniem a prawdą dziecinny umysł nie domyślał się granicy — zmyśleniu nie wierzył, wszystko dla niego było prawdą. Wieczorem i rano modlitwa wprowadzała w świat inny, równie rzeczywisty, prawdziwy, pełny majestatu i jasności. Czołem biliśmy przed nim. Babka z modlitwy umiała zawsze co najsłodsze wyciągnąć... Jednym z najpiérwszych prawideł, których uczyła, dając suszoną gruszkę na otarcie łez po przewinieniu — było — że Pan Bóg za złe dobrém płacić każe. Téj gruszki z tém prawem nigdym nie zapomniał — a gdym ją zjadł, będzie temu pewnie lat sześćdziesiąt i kilka... Widzę miejsce, na którém stałem, a przedemną uśmiéchającą się staruszkę... Szumią jodły — noc nadchodzi, mrok okrywa wszystko — biała, święta babka rozwiała się w mglistym obłoczku jasnym...
Wielkanocne nadchodzą święta... i — wiosna... Wszyscy zajęci święconém, cały dom w ruchu, na dzieci mało kto patrzy, a oto pod płotami wytykają pączki nieznajomi goście — i ptactwo śpiéwa i słońce świéci — i coś w powietrzu jest, co rozradowuje serce... Więc albo do ogrodu... aby tam szukać nudów, lub do kuchni, aby odkradać rodzynki... Uczta dla ducha i podniebienia... cały dzień schodzi jak błyskawica, niepodobny do powszednich. Życie się zogniskowuje w podziemiu, około kuchni... Począwszy od staruszki, schodzą się tu wszyscy, pomagają, przeszkadzają i nawet „Gorzkie żale“ w kuchni się odmawiają, bo o nich zapomniéć się nie godziło. Co za wonie dziwne... nasycające, jakby się najeść można niemi!... Co za fizyognomie tych mazurków i placków, w których rysunku tkwią podania odwieczne!... A też pisanki różowe, żółto-sine, tak misternie pomozaikowane? Tego wszystkiego teraz jeszcze tknąć nie można, dopóki nie stanie w sali jadalnéj i ksiądz Reformat nie poświęci. O! to święto wiosenne — jakie było wesołe.....
Dworek mały, nizki, ściany białe, dach z gontów, przed nim rzędem stoją topole wysokie, pod oknami rosną róże i bzy... i przez matkę posadzona romanowska jodła, która była naówczas młodą, a dziś — tyle lat jéj nie widziałem! Dokoła — ogród owocowy, sadzawka, ulice z leszczyny, a w gąszczach ptactwo, na wiosnę gwarzące bez ustanku. Tuż za groblą z tyłu domu, jak okiem zajrzéć, łąka, nie łąka — trzęsawice, moczary, kępiaste błoto, którego środkiem płynie zgnębiona, zahamowana rzeczułka. Tu królestwo niezliczonego ptactwa wodnego, tu kobiéty zbiérają ową sławną mannę, tu się bydło topi, a ludzie na granicy od Bogusławców biją się czasu kosowicy, bo granica niepewna. W dzień ta przestrzeń, trawą szorstką okryta, wyżarami poprzerzynana, zdaje się pustą i smutną a głuchą, ale wieczorem!! wieczorem te moczary i trzęsawiska ożywają. Gospodarze wyżarów, kęp, traw, brodów, trzciny, wracają z wycieczek do domów. Słychać krzyk czajek bolesny, kaczki ciągną długiemi sznurami, wypisując jakby znaki jakieś w powietrzu, bąk na czatach coś powiada, o czémś ostrzega głosem stłumionym. Nie rozeznane jakieś krzykliwe istoty sprzeczają się z sobą aż noc zapadnie. A nawet nocą, gdy już umilknie wszystko, na jaśniejszém niebie widać w milczeniu przeciągające ptaki... a kiedy niekiedy z głębi moczarów odzywa się hukanie niespokojne. Opodal nieco, nad drugą drogą i groblą — bo tu grobel jest bez miary — stoi drewniana kapliczka na małym grobku, sama jedna... gospodę tylko ma pod bokiem. Przy niéj niéma nawet cmentarza, ani dzwonnicy, sygnaturka wisi w małéj kopułce nad wejściem. Prawdziwy kościołek wiejski, któremu nie stało na żadne zbytki, który téż ich nie potrzebował, byle gdzie Boga pochwalić było. Ściany z drzewa szarego, dach gontowy, dzwonek nadedrzwiami pod krzyżykiem malutki, ale słychać go we dworze i we wsi. Daléj widać płowe pola i jednę sosnę, samotnicę pozostałą z lasu, który niegdyś tu rosnąć musiał. Kawki i wrony znają tę swoję gospodę, na któréj przysiadają po drodze. Co za los téj biédnéj siéroty, która tu sama jedna została! Z jéj siostrzyc ani śladu — pole nagie — ona jedna, zawsze jedna... ani żyć, ani umrzéć nie może... Od dalekich borów nawet szum do niéj nie dochodzi. Daléj jeszcze — pola poorane w zagony, błoto znowu, na widnokręgu, jak pas czarno-siny, lasy dokoła. Płaszczyzna bezgraniczna jak na dłoni. Gdzieniegdzie gaik, kupka drzew, zielony klomb, a w nim — ludzkie mieszkania. Na polach tu i owdzie leżą zbłąkane, przed wieki tu rzucone falami głazy, które się w ziemię wryły i śpią. Morze je przyniosło i zgubiło... Siwe i żółte, czerwonawe, szare, czarne, z poobijanemi bokami, bo długo się gdzieś tułały ociérając się o siebie — tu pokładły się na spoczynek jako świadectwa wielkiéj burzy, która zmieniła oblicze ziemi. Socha musi je omijać, a czasem człowiek dobywa mozolnie, aby podłożyć pod próg chaty. Na niektórych z nich dziwactwo, fantazya burz poszczerbiła jakieś kształty i znaki przedrzeźniające ludzką robotę. Zdają się obłamkami olbrzymich postaci roztrzaskanych na kawały. Oto piersi jakiéjś zdruzgotanéj Cybeli; oto brzuch wydęty jakiegoś Sylena... Któż wié? w prastarych czasach były może bogami, bo wiele ich teraz leży pod krzyżami, a ludzie na nich dotąd płachty chorych wieszają. Kraj dokoła smętny, tęskny, cichy, ale wiosną wonny, ale latem świergoczący, ubogi a zasiedlony — bo może tu ludziom bardzo źle nie było. Zwierza pełno bywało wszędzie, po zaroślach i po błotach; w lasach grzyby i jagody; tylko wydmy piaszczyste, jałowcami poplamione ciemnemi, przypominają cmentarze. I były też pewnie niemi pod owe czasy, gdy z umarłymi szły do grobu garnuszki, miski i kamienne siekierki... Wiatr czasem wydmuchnie kostek białych resztki i skorupkę popielnicy... Pamiętam tu wieczory z muzyką ptasią na błotach, słowikami w leszczynie ogrodowéj i koncertami żab, które w sadzawce po całych nocach „kumkały“ nieznużone. Nim ludzie powstawali, o brzasku przylatywał bocian, przechadzał się po podwórku i oczyszczał go ze śmielszych muzykantek. Przed dworkiem ojciec siadywał na „balaskach“ i dumał, paląc fajkę, albo opowiadał; a miał pamięć taką szczęśliwą, że w niéj nie tylko każda muszka zachowywała się jak w bursztynie, ale się stroiła w szaty świetne... Powtarzał co słyszał i widział w długiém życiu, a w ustach jego najprostsze opowiadanie stawało się poezyą, kunsztem, choć się sam o to nie starał. Niekiedy do tych opowiadań o dawnych polskich czasach, o magnatach i ich fantazyach, pan de Larzac przynosił powiastki z Nieświéża, a kapitan Sobolewski przydawał doskonałe żołniérskiego życia obrazki ze swych kampanij z Dumouriezem i służby w wojskach rzeczypospolitéj. Nadzwyczaj charakterystyczną figurą był ten kapitan ze swą fajeczką, kapciuchem, frakiem popielatym i miną żołnierską. Pobyt długi we Francyi nie wydoskonalił go wielce w języku francuzkim, ale uczynił wolterzystą i niedowiarkiem. Matka nasza ze swą anielską łagodnością, ukradkiem starała się go książkami podsuwanemi nawracać — ale nie wiém czy się to na wiele przydało. Sobolewski, który niedaleko mieszkał w małéj, własnéj posiadłości w Połonnym Hrudzie, z żoną staruszką, bezdzietny, był ubogi, ale na los nigdy się nie skarżył. Niekiedy do pana chorążego przychodził piechotą, czasem przyjeżdżał wózkiem. Nigdym go inaczéj nie widział, tylko, zawsze we fraku. Pamięć miał przewyborną. Zasłuchywałem się w jego bitew i oblężeń opowiadaniu. Pomnę, że gdy mi wpadły naówczas pamiętniki Dumouriez’a w rękę — umyślniem go zapytał o bitwę, świéżo w nich opis jej przeczytawszy. Zdumiałem się zgodnością książki i opowiadania. Jeżeli się nie mylę, brat Lucyan musiał pochwycić tę fizyognomią, która się w pamięć wrażała. Pan de Larzac, syn Francuza w służbie wojskowéj u Radziwiłłów, pamiętał wiele z czasów „Panie kochanku.“
Do częstszych gości, o kiju piechotą przychodzących, należał oryginalny, na wpół oszalały dziwak, włóczęga, wierszopis Dołubowski, który pielgrzymował od dworu do dworu, i deklamował wiersze w rodzaju Krysztalewiczowskich. Oprócz tych — ileż to się postaci przesuwało naówczas oryginalnych, wybitnych, napiętnowanych indywidualnemi własnościami, jakich już dziś na świecie niéma! Teraz wszyscy się mniéj więcéj pod jednę ogólną modłę wyrabiamy, nie odznaczając się niczém. Zacierają się cechy wybitne, które dawniéj występowały wyzywająco i chlubiły się sobą. Inny czas i inny obyczaj. Wszystkie te figury odegranego dramatu zimny grób pokrywa. Wiek żelazny już takich ludzi nie zrodzi: wiémy o tém, żeśmy tylko małe kółka w wielkiéj machinie.
Okolice Romanowa, gdzie mi jodły szumiały długo nad dziecinną głową, do dumań ją rozmarzając — całe w lasach, całe w borach, zarosłe, zielone... natchnęły mię miłością puszcz, drzew, gąszczy, którą zachowam do ostatniéj życia godziny. Po człowieku nie wiém czy co tak kocham jak roślinę. Stare drzewo jest dla mnie, niemal jak dla pogan, przedmiotem czci i uwielbienia. Co za majestat i powaga! jaka fantazya linij! co za wdzięk! często jaki dramat w tych postaciach wiekowych, na których lata pokładły niezatarte znaki burz i wiosen! Odwieczny dąb to kartka z historyi przeszłości. Bujna roślinność lasów zdaje się wlewać życie, gdy się na nię patrzy i nią otoczy. Ogołocony z niéj, kraj nie może być pięknym. Zdaje mi się zawsze, że gdzie źle jest roślinom, tam i człowiekowi dobrze być nie może. Do lasów coś ciągnie człowieka — może nie każdego (ja tam nie wiém), — ale kto się pod ich cieniem urodził, wychował, temu bez nich nago wszędzie i smutno. A dziś — gdzie są te lasy, jakiemi jeszcze my pamiętamy Białowiezką puszczę niebotyczną, bo- ry kobryńskie, nawet w okolicach Romanowa, Włodawy, Białéj i Wicznic! W całéj Europie ledwie się gdzie uchował dziki, stary las... We Włoszech pamiętam tylko jeden, który, jadąc do Terni przebywałem, oraz pinie pod Rawenną... Schwarzwald, z samych prawie świérków złożony — jednostajny, smutny i nie piękny... A! drzewa! drzewa! Możeż być co nad nie piękniejszego? Czém to ziemia być musiała naówczas, gdy ich nie trzebiono i nie wyniszczano? Do nich tęskni się zawsze, gdy się je raz ukochało. Kochanowski już skarżył się w „Satyrze“ na okrutne wypalanie i wyrąbywanie lasów. Od tego czasu nieopatrzności naszéj, obszary całe, mil seciny padły ofiarą. Patrzymy ze zdumieniem na stare pnie olbrzymie, jakim podobnych ludzie już nie zobaczą. Na ziemi, jak w polu, następuje płodozmian: po olbrzymach — karły. Zniszczyć las niezmiernie łatwo, a doczekać się go — niepodobna. Uczony leśnik, powracający z Tarentu, obrachowuje, że zbyt długo trzymać drzewo nie opłaci się, a dla miłości jego, któż dziś pielęgnować je zechce? Kraj bezleśny, najżyzniejszy nawet, trąci zawsze pustynią. W Romanowie samym, oprócz Sapieżyńskich jodeł ogromnych, lipy, kasztany, olchy, klony, topole, na ziemi wodą przesiąkłéj rosły z nadzwyczajną siłą, wspaniale rozkładając konary. A pięły się do góry, ku słońcu z tych dolin, tak szybko jak nigdzie. Winniśmy to może wspomnieniom nie naszym, prastarych czasów, które młody mózg przynosi z kolebki: że lasy się nam domem wydają, że mieszkanie w nich, dla wielu jest warunkiem, jeźli nie życia, to szczęścia. Dawniéj cała Polska, o ile ją sobie na podstawie starych podań odtworzyć możemy, była niemal jedną puszczą, poprzecinaną małemi polankami. Dopiéro w XIII-ym — XIV-ym wieku więcéj roli karczować i wydzierać zaczęło... Tur, którego niesłusznie uznano bajeczném zwierzęciem, dożył u nas do XVI-go wieku, a żubr aż do dziś dnia. O naszych lasach poematu i tomy całe pisaćby można, obrazów z nich tworzyć tysiące. Ale mało jest pejzażystów coby las rozumieli, odczuli, kochali i odmalować umieli. Bardzo długo drzewo dla artystów było na dalszych planach jakimś ogólnikiem, bez fizyognomii indywidualnéj. Poussin stworzył idealne drzewo eleganckie, polne stylu — a do żadnego żywego niepodobne... W kolorycie jedna zieloność ubierała wszystkie, a dla kontrastu zażywano uschłego z liśćmi bronzowemi, które wszędzie niemal stać musiało. Jodła czasem występowała u Niemców z niezmiernie regularnemi, zeschłemi gałęźmi. U Ruysdaela w drzewach więcéj jest prawdy. Widać, że patrzył na naturę, lecz odtwarzał ją — z pamięci, tak samo jak Claude Lorrain. Lecz o tém bez końcaby pisać można — a kogo to obchodzi??... Pierwsze moje wycieczki dziecięce były do lasów Krasiczyna i ku Sosnówce; piérwsza téż podróż do Białéj Radziwiłłowskiéj cała prawie wiodła lasami i borami. Biała od pół wieku i więcéj bardzo się zmienić musiała. Naówczas, gdy ja ją dzieckiem pamiętam, choć bity, murowany gościniec ją przerzynał — była mieściną cichą, ubogą, skromną... Z czasów dawnych, gdy tu Radziwiłłowie rezydowali, zachował się był zamek jeszcze mieszkalny, który mógł być ocalony, gdyby kto myślał o tém; późniéj powoli rozpadać się, walić i rozsypywać począł w gruzy. Pamiętam go obszernym, wspaniałym, zachowującym niezatarte jeszcze znamiona przepychu, okazałości pańskiéj. Mało w nim już było mieszkańców; chodziły po salach pustych widma i duchy; wieżę tylko, jak po dziś dzień, zajmowali więźniowie okuci w kajdany, których widok dla nas, dzieci, był przerażającym... Człowiek taki, skazany za jakaś nieznaną zbrodnię, wydawał nam się potworem, na którego spojrzéć jam się obawiał, aby z jego wzrokiem się nie spotkać. Sam brzęk kajdan napełniał trwogą. Gdy ich pod dozorem wyprowadzano do robót przy drodze — uciekałem, aby nie zetknąć się z nimi. Zamek, milczący, pusty, zamieszkany przez puszczyki i wrony, dumnie podnoszący czoło trupie, miał taki sam urok dla mnie jak bajka piastunki. Był to już trup, lecz tak zawiędły jak ów Sicińskiego, który pokazywano w Upicie. Dawne rysy wszędzie jeszcze rozeznać było można. W dziedzińcu stały opuszczone groty, muszlami wysadzane; w pokojach na górze świeciły resztki luster potrzaskanych, na froncie widniały herby w armaturach, przez okna po nad ziemią do strasznych lochów zajrzéć było można... Ale ponad tém teraz unosiło się głuche śmierci milczenie. Nie raz się trafiało, że gdyśmy długo w ciszy na wałach siedzieli, staremi drzewami porosłych, nagle przerywał ją od zamku dochodzący łoskot jakiś... padała ściana... Uciekaliśmy przestraszeni. Gdy raz się rozpoczął ten rozkład i ruina, już ich nic powstrzymać nie mogło. Mury nie opierając się na sobie, od deszczów rozmiękłe, rysowały się, rozchodziły, padały... Burza, czasem i piorun dopomógł zniszczeniu... Dano tak olbrzymiéj budowie, skazanéj na śmierć z pamiątkami swemi, rozsypywać się w gruzy powoli. Sic transit gloria mundi!... Naprzeciw Akademii i figury świętego Jana Kantego, opiekuna jéj i patrona, stała z drugiéj strony ulicy fara, do któréj chodziliśmy na msze, nabożeństwa, „Gorzkie żale“ i wszelkie obrzędy religijne. Tuśmy sobie — niestety — odmrażali nogi na kamiennéj posadzce... i na całe życie pozostało bolesne jéj wspomnienie. Na cmentarzu i w kościele były pamiątki dawne, kamienie grobowe, chorągwie odwieczne. Na pustym cmentarzu, otoczonym murem, z kostnicą w rogu i dzwonnicą nowszą z tyłu, grywało się w piłkę, a do kostnicy, w któréj chowano katafalk i przybory pogrzebowe, zaglądaliśmy z trwogą okrutną. Daléj w miasteczku klasztor i kościół kks. Bazylianów, gdzie spoczywało ciało Ś. Jozefata, — budowa okazała, ale niesmaczna. Lepiéj wyglądał skromniejszy klasztorek kks. Reformatów... Reformaci, jak wszystkie zakony św. Franciszka u nas, byli ulubieni w okolicy. Ksiądz z Białéj bywał zwykle kapelanem w Romanowie, a na żadne święta w kapliczce mszy nie brakło, bo do parafii było daleko. Miasteczko podówczas, oddawna już nie będąc rezydencyą książęcą, żyło gośćmi przesuwającymi się bitą drogą z Cesarstwa wiodącą do Królestwa, i — nami studentami. Około tak zwanéj Akademii, we dworkach drewnianych zamieszkiwali studenci, w rynku stały gospody i sklepiki, kramy... Z prastarych czasów Radziwiłłowskich wiele się tu jeszcze błąkało wspomnień, nazwisk, baśni, podań — ale już przetworzonych, tak jak zwykle w ustach ludu przeistacza się rzeczywistość w poezyę. Wskazywano drogę, którą jeden z Radziwiłłów, solą ją wysypawszy, jeździł w lipcu saniami, dla okazania swéj wszechmocności. Pan Bóg sypał śniegiem — Radziwiłł mógł sobie pozwolić solą... Na tle dziwactw pańskich, wyobraźnia pokoleń tkała uroczyste baśnie. Kiedy niekiedy za moich czasów ukazywała się jeszcze wychudła figura, z wygoloną głową, w wyszarzanéj kapocie, o kiju, w czapce wysokiéj, błądząca pomiędzy zamkiem a farą... Dożywały dni swych resztki oficyalistów, gracyalistów, sług zamkowych — i razem z gruzami rezydencyi kładły się na wieczny spoczynek... Pamięć świetnych lat tak szybko się zatarła, że czego nie zapisali współcześni, to wszystko poszło do grobu...
Prawu zniszczenia, które jest prawem życia, nic się oprzéć nie może... Walczy z niém człowiek — ale napróżno. Zbiorową siłą, ludzkość byt swój przeciągnąć i przedłużyć wspomnieniami zaledwie zdoła... Ryje na kamieniach, gromadzi głazy, pisze na grobach — lecz jeden kataklizm co pokoleń kilka zmiecie, na kamieniach ściera głoski, głazy obala, groby zasypuje... Lasy rosną na ruinach... Cóż dopiéro jednostka — człowiek, sam jeden, wydzielony ze społeczeństwa! — Jest zerem, pyłkiem, niczém... Gdybyśmy to sobie ciągle powtarzać mogli i przekonać się o konieczności poświęcenia dla ogółu, aby się zespolić z żywotem jego!
Jednostka, ażeby siłę jakąś zdobyć, musi się związać z tém co ją poprzedza i otacza, stać się ogniwem łańcucha, zrzec samoistnéj roli. Czém bowiem jest, nawet najszczęśliwiéj wyposażony człowieczek — gdy się go oderwie od świata, którego jest cząstką? Przy największym geniuszu, rozebrawszy co stanowi jego indywidualność — znajdzie się w nim więcéj zapożyczanego, spadkowego, cudzego, niż własnego... Na to co wié, umié, co może, pracowały lat tysiące, pokoleń seciny — zapomniane. Wszystko co ma, wziął w spadku. Przynosi nawet mózg wykształtowany powolną pracą przodków, urobiony do pewnych funkcyj, uzdolniony do doskonalenia się w pewnym kierunku. To, co jest własném jego natchnieniem, jak mu się zdaje, owocem trudu osobistego, składa się z materyału zdobytego na przeszłości: a ułożonego tylko w sposób mniéj więcéj niezwyczajny. Robinsonem można być lat kilka, póki się zapasy myśli i sił nie wyczerpią; pod koniec zdziczéć musi człowiek lub zdziwaczeć. Vae soli. Warunkiem życia jest krążenie myśli, i jéj owoców swobodne po całym ogromie społeczeństwa. Gdy téż część jakaś odłączy, odosobni — zamuruje, drętwieje i umiera. Tak samo człowiek, zaniknąwszy się z sobą, żyje czas jakiś tém co wyniósł na pustelnię z ogólnego skarbca przyswoiwszy sobie, — a potém — po tém tłuszcz własny trawi, chudnie, zamiera, usycha. Właściwie człowieka niéma — jest tylko ludzkość, w niéj trzeba żyć i dla niéj.
Wróćmy pod jodły Romanowa... W starym dworze murowanym na lewo, żyła i umarła pierwsza moja nauczycielka, prababka — babcia biała; — na prawo mieszkała babka druga, matka mojéj matki, już całkiem do innéj epoki i pokolenia należąca. Ciągle prawie mocno cierpiąca, pracowita niezmiernie, czynna, umysłowo wielce wykształcona, gorąco przywiązana do kraju — całą życia pociechę miała w robocie, któréj ręce jéj nigdy nie rzucały — i w książkach, które pożérała. Na krosienkach stała zawsze otwarta książka, a babka umiała razem szyć i czytać. Widywałem ją tak po całych dniach zajętą... Prababka biała nie czytywała nic, oprócz książek do nabożeństwa; babka zajmowała się wszystkiém, rozumiała rzeczy stare i nowe; połykała co tylko pochwycić mogła; do zgonu nie zestarzała na umyśle, nie była zacofaną. Za życia dziadka, wieczorami, w wielkiéj sali, która wspólném była dwóch babek mieszkaniem i leżała w pośrodku domu — zbierano się zwykle przy okrągłym stoliku. Pamiętani, że przynoszono wówczas doskonałe bery i jabłka tyrolskie, które mnie mocno interesowały — ale celem w istocie było czytanie głośne. Dziadek, zazwyczaj milczący, siadał na kanapie, albo przechadzał się powoli i cicho, stając niekiedy i przysłuchując się bacznie — babka czytała, robiąc pończochę. Doskonale pamiętam, jak raz do żywego, do łez przejęła wszystkich mowa Jana Kaźmirza przy abdykacyi. Cisza panowała w salonie, a straszna przepowiednia zbolałego króla rozlegała się po nim jak głos z grobu... Babka, młodszą zwana, była drugą nauczycielką moją, i nie pamiętam czy, oprócz niéj, ktoś mię do szkoły przygotowywał. Com umiał, gdy mnie tam odwieziono, nie przypominam sobie; ale pisałem nie źle po polsku i po francuzku, a w drugim roku pobytu w szkołach tłumaczyłem wierszem bajki Lafontaine’a, i ten sekstern ilustrowany przezemnie rysunkami, dotąd się cudem jakimś zachował. Czytałem zawczasu Krasickiego, Lafontaine’a, z niemieckich piérwszego Kleist’a. Babka nalegała na naukę języków i miała wielką słuszność. Wspomniéć muszę jeszcze wuja Wiktora, byłego oficera artyleryi, który — tak samo jak dziad — na swój czas był człowiekiem niepospolicie wykształconym i wychowanym jak najstaranniéj. Dziad był milczący, zamknięty w sobie, dobroduszny i poważny zarazem, choć się gospodarstwem zajmował. Sądzę, że ani wielkiego w niém zamiłowania nie miał, ani mu się w tém szczęściło. Gospodarstwo nie było łatwe, na nizinach wymakających często, a roli nie zbyt żyznéj. Z wielką gorliwością i miłośnictwem zajmował się za to ogrodem i drzewami. Wuj Wiktor także na rolnika stworzonym nie był. Lubił literaturę, zajmował się sztuką, rysował i malował bardzo ładnie, odbył nawet do Włoch podróż artystyczną. Książka, sztuka, koń i myśliwstwo były mu najulubieńszém zajęciem. Z wojska i lepszego towarzystwa warszawskiego wyniósł upodobania i nałogi, którym w dosyć osamotnionym Romanowie trudno było zadość uczynić. Za rządów wuja w Romanowie, myśliwstwo wszelkiego rodzaju było utrzymywane z troskliwością wielką i znajomością rzeczy. Polowano na wszelki możliwy sposób, nawet z sokołami, które noszono i hodowano, z chartami, gończemi, jamnikami, wyżłami i t. p. Obok tego literatura włoska, angielska, nie mówiąc już o francuzkim chlebie powszednim, wuja Wiktora i ciotkę Józefę zajmowały żywo, były pokarmem codziennym. Czytano bardzo wiele, pewnie więcéj w jednym Romanowie niż w całéj okolicy. Zabaw nie pamiętam tłumnych, nikt w nich nie smakował. Ledwie sobie przypominam jedne ja- kieś imieniny czy bal — bodaj na św. Annę, — na którym przywieziony przez któregoś z sąsiadów murzyn, stanowił wielką atrakcyę. Kto on był? zkąd przybywał? nie wiém, ale przyjechał we fraku, w białych rękawiczkach, jak inni goście i jak oni był przyjmowany. Rodzinę, czasem kogoś z sąsiedztwa, więcéj Romanów nie widywał nikogo, chyba księdza Reformata z Białéj. Późniéj, gdy nieszczęśliwy proces jakiś dalszą rodzinę rozproszył, długośmy i jéj nie spotykali. Prababka biała, na całym, milionowym majątku męża miała dożywocie i wspólne do niego prawo, ale po śmierci jego rozdała wszystko córkom, warując sobie tylko bardzo skromne procenta. Stało się, że zięciowie, przez czas tyl- ko krótki opłacając do czego się zobowiązali, późniéj należności nie wnosili. Musiała ogołocona ze wszystkiego staruszka upomniéć się o swoje, i podobno wygrała sprawę, aby wszystko przebaczyć i rozdarować znowu. Dla prababki, która obdarzać tak lubiła, a dla siebie mało potrzebowała, być pozbawioną przyjemności rozdawania, musiało być okrutną męczarnią. Z małego zamczystego stoliczka pod oknem, w którym zachowywały się dukaty prababki, wędrowały one codziennie na różne strony. Skarbonka jéj otwiérała się nieustannie na dobre uczynki, na zrobienie bodaj niespodzianki przyjemnéj komu. A gdy się udało na chwilę uszczęśliwić, prababka sama niezmiernie rada brała się w boki i łagodny, dobry uśmiéch, który z twarzy ślicznéj staruszki nie schodził nigdy, rozpromieniał ją dziwnie i odmładzał. Sądzę, że pod koniec życia, oprócz modlitwy i myśli o tém, aby się komu czém przysłużyć, nic jéj więcéj nie zajmowało. Z prawnuków zawsze jeden chował się przy niéj pieszczony, ja byłem z nich piérwszym. Oprócz tego miała sierotki wychowanki, ubogich swoich, dalekich krewnych, klasztory i t. p. Z familii dalszéj przypominam sobie p. Masł.... Polonusa, który w paradnym stroju starym, w pasie złotolitym, przybył raz do Romanowa, a po obiadku odjechał... Wkrótce potém i ja wybiegłem na przechadzkę ku Sosnówce. Jakież było zdziwienie moje, gdy pod lasem ujrzałem starego, siedzącego w rowie i zmieniającego strój paradny na prosty kitel podróżny, a safianowe buty na kozłowe! Drapnąłem, aby nie być świadkiem metamorfozy, która mi tak zmieniła człowieka, żem pojąć nie mógł, jak spowszedniał i zubożał mi w oczach. Strój ów dawny rzadko się już ukazywał tutaj; francuzki go zastąpił. Życie w tych lasach płynęło spokojnie, jedno- stajnie, a jednak wcale nie odcięte od ogólnego żywota kraju. Dziadek i wszyscy zajmowali się sprawami ogół obchodzącemi bardzo żywo. Dochodziły z Warszawy wszystkie pulsacye ówczesnego ruchu umysłów, wszystkie powiewy nadziei i chłody zwątpienia. Sąsiedztwo bliższe i dalsze składało się téż przeważnie z rodzin, choć nie zbyt bogatych, ale mogących się liczyć do klasy najwykształceńszéj. Przypominam sobie, jakie wrażenie zrobiła tu wiadomość, że w jednym z domów sąsiedzkich spodziewano się odwiedzin Niemcewicza, i jak się gotowano na jego przyjęcie. Przy młodych S. jakiś czas nauczycielem był Stefan Witwicki, naówczas piękny i pełen życia młodzieniec. Piérwsze poezye Mickiewicza wi- działem tu przepisywane i chciwie podawane z rąk do rąk. Prąd ten nowy, dla osób oswojonych z literaturami obcemi, wydawał się pożądanym. Przyklaskiwano śmielszym cieszono się niemi. Z podróży jedynéj do Warszawy, bodaj na Lublin odbytéj, gdym był małym jeszcze, przypominam tylko sobie, iż zbliżając się do Lublina, babka mnie spytała: czy pamiętam czém głównie miasto to w historyi naszéj się zapisało? Okazało się, żem nie wiedział, i dopiéro z ust jéj o Unii posłyszałem. Pomnę i to, że w Warszawie staliśmy u Gerlacha, i że ja głowę mając nabitą tém, iż za białe kapelusze à la Bolivar, w. książę aresztować kazał, w wielkiéj byłem obawie, aby mnie ten los nie spotkał, bo kapelusik miałem biały. W czasie niedługiego pobytu w Warszawie, przesunęło się dosyć dawnych znajomych, nauczycieli wuja i mojéj matki, towarzyszów, przyjaciół jego, ale z tych fizyognomij nie zapamiętałem żadnéj. Okna pokojów u Gerlacha wychodziły w ulicę. Siedziałem w nich ciągle, przypatrując się ruchowi, siedziałem dni całe, nie mogąc napatrzéć się dosyć téj rozmaitości zjawisk, jakie mi się przesuwały przed oczyma. Z tego kalejdoskopu wrażenie pozostało mętne, mgliste, niewyraźne, a z Warszawy i jéj ówczesnego oblicza tylko ogromny tłok na prazkim moście wypiętnował się w pamięci. Sięgając jak najgłębiéj w wiek dziecięcy, widzę tylko dobitniéj zachowane wspomnienia katastrof, przewinień, kar, upadku z konia, choroby i t. p. reszta tonie we mgle szarej. Nad szósty rok życia wątpię, aby dalej przypomnieć sobie co można.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Noce bezsenne.
