I
Prawdopodobnie nigdy nie będzie można sformułować definitywnego i absolutnego sądu o tem, co wydarzyło się między Edwardem Bellingham i Williamem Monkhouse Lee i o przyczynie wielkiego strachu, przeżytego przez d‘Abercrombie Smitha. Zapewne, posiadamy kompletną i jasną relację z ust samego Smitha, relację wzmocnioną świadectwem służącego Thomasa Styles, czcigodnego duchownego Petersona, członka starego uniwersytetu, tudzież innych osób, które przypadkowo obecne przy tem lub owem wydarzeniu tego osobliwego łańcucha wypadków. Jednak odpowiedzialność w głównej części spada na samego Smitha i większość czytelników pomyśli, że właściwiej będzie raczej przypuścić, iż mózg ludzki, chociaż napozór zdrowy, miał pewne luki w swych tkankach i jakiś osobliwy błąd w swem funkcjonowaniu, aniżeli sądzić, że natura wyszła ze swego łożyska wśród białego dnia, w samem centrum nauki i światła w tak rozsławionym po świecie uniwersytecie oxfordzkim. Jeżeli jednak pomyślimy jak dalece drogi są ciasne i powikłane, jak słabe światło rzucają wszystkie lampy naszej wiedzy, gdy chcemy te drogi oświetlić, jakie otaczają je ciemności, jak wielkie i straszne wyłaniają się z nich niewyraźnie możliwości, gubiące się w cieniu, gdy sobie to wszystko uprzytomnimy, to przyjdziemy do wniosku, że śmiałym i bardzo ufnym w siebie musiałby być człowiek, któryby sądził, iż uda mu się te osobliwe ścieżki, na których błądzi umysł ludzki. W jednem skrzydle tego gmachu, który nazywamy starym uniwersytetem oxfordzkim znajduje się wieżyczka, pochodząca z bardzo dawnej epoki. Łuk, okalający jej otwartą bramę od góry, przygiął się w pośrodku pod ciężarem lat, a bloki szarego kamienia, pocentkowanego mchem, są powiązane sznurkami bluszczu, jak gdyby stara matka natura chciała je umocnić przeciw wichrom i burzom. Od drzwi biegną w górę spiralnie schody kamienne, prowadząc do dwóch przysionków, a zatrzymując się w trzecim. Schody te są zniekształcone i wydeptane głęboko przez liczne generacje poszukujące tu światła wiedzy. Życie biegło jak woda, z góry na dół, po tych krętych schodach i również jak woda pozostawiło tu wypolerowane przez zużycie ślady z epoki Plantagenetów aż do eleganckich kobiet XX wieku — co za piękny obraz życia angielskiego. Co pozostało obecnie z tych wszystkich nadziei, wszystkich wysiłków, wszystkich energij potężnych? Cóż pozostało oprócz grobów na cmentarzu i trumien zgniłych, zjedzonych przez robactwo? A tymczasem te ciche schody, ten stary mur szary ze swojemi dewizami i rytemi herbami, które można jeszcze odcyfrować na jego powierzchni niby jakieś groteskowe cienie, rzucone z poza zasłony minionych dni istnieją i trwają jeszcze.
II
W maju roku 19... trzech młodych ludzi zajmowało apartamenta, z których otwierał się widok na kondygnacje starych schodów. Każdy taki apartament składał się poprostu z gabinetu i sypialni, podczas gdy odpowiednie pokoje parterowe były użyte na skład węgla oraz siedzibę dla służącego Tomasza Stylesa, którego obowiązkiem było obsługiwać trzech mężczyzn mieszkających ponad nim. Na prawo i na lewo znajdowały się sale lektury. W ten sposób mieszkańcy starej wieży byli do pewnego stopnia izolowani, co uczniom najpilniejszym bardzo odpowiadało, gdyż mieli kompletny spokój przy pracy. W owej epoce, o której będzie mowa trzech młodych ludzi zajmowało te mieszkania: Abercrombie Smith, Edward Bellingham nad nim i Wiliam Lee na niższem piętrze. Pewnej pięknej nocy wiosennej o godz. 10 wieczorem Abercrombie Smith siedząc w fotelu z wyciągniętemi przed siebie nogami, palił fajeczkę z drzewa wiśniowego. Na podobnym zupełnie fotelu, również wygodnie rozparty siedział naprzeciwko niego jego dawny kolega szkolny Jephro Hastie. Obaj młodzieńcy byli ubrani w kostjumy flanelowe, ponieważ popołudnie spędzili na rzece. Pominąwszy ich kostjumy, wystarczyło przyjrzeć się wyrazistym ogorzałym twarzom i krzepkim postawom, aby skonstatować bez trudu, że to są ludzie, którzy mają upodobanie do wszystkiego, co jest prawdziwie męskie i ma styczność z przyrodą. Obaj oni byli najlepszymi wioślarzami w Kollegjum. W ostatnich czasach jednak bardzo bliski egzamin rzucał cień na swobodę Smitha i przytrzymywał go przy książce, zezwalając zaledwie na oddawanie się sportowi przez kilka godzin w tygodniu. Stos książek medycznych na stole, kilka kości szkieletu, modele i rysunki anatomiczne, wskazywały na charakter studjów młodzieńca, podczas gdy para hantli i rękawice bokserskie porzucone na kominku, wykazywały, że kształcąc umysł, nie zaniedbuje jednak ćwiczeń fizycznych. Smith i Hastie znali się tak dobrze i tak dobrze rozumieli się, że mogli obecnie siedzieć obok siebie trwając w tem błogosławionem milczeniu, które jest dowodem przyjaźni. — Czy chcesz whisky? — zapytał wreszcie Abercrombie Smith — w karafce jest „Szkot“ a „“ w butelce. — Nie, dziękuję ci, przyszedłem tutaj po czaszki. Nie używam alkoholu w czasie pracy, a ty? — Pogrążony jestem w moich książkach i sądzę, że lepiej się od nich nie odrywać. Hastie wykonał ręką gest potwierdzenia, i obaj znowu pogrążyli się w uspakajającej nerwy ciszy. — A propos Smith — zapytał Hastie — czyś się zapoznał już z którym z twoich sąsiadów ze wspólnych schodów? — Skoro się spotkamy — kiwamy sobie głową na znak pozdrowienia i nic więcej. — Hm, byłoby lepiej, gdyby można pozostać przy tem, nie mam do nich zaufania. To znaczy, że nie mogę nic specjalnego powiedzieć przeciwko Monkhouse Lee. — Masz na myśli tego chudeusza? — Właśnie jego. To bardzo przyzwoity chłopiec, nie sądzę, aby mu było można co zarzucić. Ale niepodobna z nim obcować, nie obcując jednocześnie z Bellinghamem. — Bellingham, to ten gruby? — Tak, to ten gruby. A to jest człowiek, którego wolałbym zupełnie nie znać. Smith podniósł oczy i spojrzał na swojego towarzysza. — Co ci się w nim tak nie podoba — zapytał — czy pije, czy gra, czy wyraża się ordynarnie? Zwykle nie odznaczasz się taką surowością sądu. — Widać, że nie znasz tego człowieka, albowiem w przeciwnym razie nie stawiałbyś takich zapytań. Coś jest w tym człowieku odpychającego, coś ze wstrętnego płazu. Skoro go tylko zobaczę, dziwnie mi się ściska gardło. Jestem mocno przekonany, że ten człowiek ma jakieś ukryte, złe strony charakteru, że życie jego pełne jest ciemnych plam. A jednak nie jest bynajmniej człowiekiem głupim. To podobno najtęższy specjalista, jakiego kiedykolwiek miało Kollegjum. — Medycyna, czy literatura? — Języki wschodnie. To prawdziwy djabeł w tej dziedzinie. Chillingworth, który go spotkał kiedyś w Arabji, opowiadał, iż mówi on po koptyjsku z Koptami, po arabsku z Beduinami i to tak biegle, że zachwyceni gotowi byli całować kraj jego płaszcza. W skałach tamtejszych żyje kilku starych pustelników, którzy spoglądają na wszystko ze swoich wyżyn i plują, kiedy spotkają przypadkiem cudzoziemca. A gdy zobaczyli tego Bellinghama, gdy przemówił do nich kilka słów, padli przed nim na twarze. Chillingworth oświadczył, że nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. A Bellingham tak się zachowywał, jakby to była najnaturalniejsza w świecie rzecz i mu się taki hołd należał. Uwijał się wśród nich najspokojniej i przemawiał do nich z wysoka, niby jakiś wuj, który przyjechał z dalekiej podróży. — To nie źle jak na ucznia starej wszechnicy oxfordzkiej, nieprawdaż? A dlaczego powiadasz, że nie można znać Lee, nie obcując jednocześnie z Bellinghamem? — Ponieważ Bellingham jest zaręczony z jego siostrą Heleną. Powiadam ci Smith, że to urocza dziewczyna! dobrze całą rodzinę. Wstrętną jest sama myśl, że ona ma stać się własnością tego bydlaka. Ropucha i gołąbek, oto co mi zawsze przypominają. Abercrombie Smith uśmiechnął się i wytrząsnął popiół ze swojej fajki. — No mój chłopcze, mów szczerze — rzekł. — Trudno mi bowiem wierzyć, ażebyś się kierował tylko samemi uprzedzeniami, czy nie masz innych zarzutów przeciwko temu chłopcu, którego zdajesz się darzyć tak wielką ? — Znam ją od dziecka tę małą słodką Helenę i nie chciałbym, ażeby ryzykowała swoje szczęście. A to stanowczo ryzyko. On ma wygląd zwierzęcy i charakter musi mieć zwierzęcy. Czy przypominasz sobie jego kłótnie z Long Nortonem? — Ależ nie, zapominasz ciągle, że ja przecież jestem tutaj od niedawna. — To prawda, było to ubiegłej zimy. Znasz przecież drogę tę, która biegnie wzdłuż wybrzeża rzeki. Kilku kolegów szło nią z Bellinghamem na czele. Stara kramarka z placu targowego kroczyła ku nim z przeciwnej strony. Padał właśnie deszcz, wiesz dobrze w co się obracają te równiny w czasie deszczu. Wąska droga biegnie pomiędzy rzeką a wielkiem bagniskiem prawie tak szerokiem jak ona. I oto wyobraź sobie, co robi ten wieprz opasły, staje i popycha tę starą kobietę w błoto, tak że i ona cała i jej towary kompletnie się czarną cieczą . Staruszka rozpłakała się a Long Norton, najmilszy chłopiec pod słońcem, powiedział temu bydlakowi, co myśli o jego zachowaniu. Jedno słowo wywołało drugie i wreszcie zirytowany Norton palnął laską w plecy tego podłego grubasa. Sprawa ta nabrała djabelskiego rozgłosu i doprawdy warto widzieć spojrzenia, jakie Bellingham rzuca Nortonowi, skoro się spotkają. Tam do licha, to już jedenasta godzina. — Nie wstawaj, zapal jeszcze fajeczkę. — Spieszy mi się. Gawędzę tutaj z tobą, zamiast wziąć się do mojej pracy, która na mnie czeka. Pożyczasz mi twojej czaszki. Wiliam już od miesiąca ma moją. Wziąłbym także twoje kości ucha, jeżeli ich sam nie będziesz potrzebował. Widząc przyzwalający gest kolegi rzekł: — Dziękuję ci, nie potrzebuję żadnej torby, zaniosę to tak w ręku. Dobrej nocy mój chłopcze — a nie zapominaj, co ci mówiłem o twoim sąsiedzie.
III
Skoro Hastie zabrawszy swoje preparaty anatomiczne zszedł na dół po krętych schodach, Smith przysunął fotel bliżej lampy i zatopił się w studjowaniu olbrzymiego tomu w zielonych okładkach, zdobnego wielkiemi, kolorowanemi tablicami. Młody student chociaż świeżo przybyły do Oxfordu nie był już nowicjuszem w medycynie. Pracował przez kilka lat w Glasgow i w Berlinie, a zbliżający się egzamin miał mu nadać definitywne prawo wykonywania praktyki lekarskiej. Był to człowiek, który ze swojemi energicznie zarysowanemi ustami, szerokiem czołem, inteligencją tryskającą z trochę twardych rysów, jeżeli nie posiadał genjuszu, to w każdym razie zdradzał tyle energji i cierpliwości i sił duchowych, że rokował najlepsze nadzieje. Smith pomimo swej młodości, zdobył sobie już doskonałą markę w Szkocji i w Niemczech a obecnie wszystko wskazywało na to, że dzięki swej pilności i niezmordowanej pracy, wyrobi sobie imię i w Oxfordzie. Smith przepędził znowu godzinę nad książkami i wskazówki stojącego na sąsiednim stole zegara, zatrzymały się na godzinie 12-tej, gdy nagle jakiś hałas zwrócił uwagę studenta. Był to dźwięk ostry i świszczący, niby oddech człowieka, który upada pod wrażeniem jakiegoś nagłego i silnego wzruszenia. Smith oderwał oczy od kart książki i wytężył słuch. Nikt nie mieszkał ani obok niego, ani ponad nim, a zatem hałas, który mu przerwał pracę, pochodził z mieszkania sąsiada z niższego piętra, z mieszkania tego samego sąsiada, o którym Hastie właśnie wyrażał się w tak nieprzychylny sposób. Natomiast Smith nie żywił do Bellinghama żadnych złych uprzedzeń i raczej był zdania, że Hastie myli się, przypisując Bellinghamowi jakieś ukryte tajemnicze wady i przywary. Skoro przez jakiś czas hałas nie powtarzał się, Smith miał już zamiar zabrać się z powrotem do roboty, gdy nagle ciszę nocy rozdarł krzyk straszliwy — prawdziwy krzyk zgrozy. Rozpaczliwe wezwanie człowieka, teroryzowanego przez jakąś nieodpartą siłę. Student zerwał się z fotelu i rzucił na ziemię. Smith był wprawdzie człowiekiem o mocnych nerwach, ale w tym krzyku, mącącym ciszę nocną, było coś tak strasznego, tak groźnego, że krew lodowaciała w żyłach. Przez chwilę wahał się co począć w tym wypadku, zastanawiał się, czy ma zbiec na dół. Tkwił w nim silnie narodowy wstręt, właściwy wszystkim Anglikom do wstrząsających scen, a swego sąsiada znał przecież tak mało, że nie mógł sobie przypisywać prawa interwencji odnośnie do jego spraw. Wahał się jeszcze jak postąpić, gdy nagle posłyszał odgłos szybkich kroków na schodach. Młody Monkhouse Lee nawpół tylko ubrany, blady jak płótno wpadł do jego pokoju. — Chodź ze mną — krzyknął — Bellingham zachorował. Abercrombie Smith pobiegł za kolegą do mieszkania, położonego tuż pod jego własnem. Pomimo, że myśl jego była zaabsorbowana tem, co zaszło, nie mógł się powstrzymać, aby po wejściu do pokoju nie rzucić wokoło ździwionym wzrokiem. Zaiste urządzenie tego pokoju nie było przeciętnem i przypominało raczej muzeum, aniżeli gabinet pracy. Ściany i nawet sufit pokryte były dziwacznych szczątków egipskich, czy wschodnich: nienaturalnie osoby, o ostrych linjach, dźwigające jakieś ciężary lub broń, tworzyły w sali dziwaczny fryz. Ponad tem wznosiły się posążki o głowach byków, bocianów, kotów, psów, jacyś monarchowie o oczach w migdał, których głowy były w wieńce ze żmij, dziwne bóstwa w kształcie skarabeuszów egipskich, rżnięte w lapislazuli. Horus, Izyda i Ozyrys poglądali z każdej niszy, z każdej etażerki, z wyżyn sufitu, na którym był zawieszony również krokodyl o szczęce. W pośrodku tego oryginalnego gabinetu stał duży czworokątny stół, przywalony stosem pism, butelek i liści rośliny, zdającej się być w pokrewieństwie z palmą. Wszystkie te najrozmaitsze przedmioty nagromadzone były bezładnie, widocznie w tym celu, aby zrobić miejsce sarkofagowi mumji, którą widocznie przeniesiono z pod ściany przed stół. Sama zaś mumja, a był to widok okropny, bo jej głowa wydawała się niby zwęglona, napół wyjęta ze swojej trumny, trzymała ręce kościste o palcach zakrzywionych na kształt szponów na stole. Wielki rulon papyrusu oparty był o sarkofag, a właściciel tego siedział w fotelu z głową odrzuconą w tył, z oczyma osłupiałemi zgrozą, trzymając rękę kurczowo na szczęce krokodyla, który zwisał ponad jego głową. Grube jego wargi w tej chwili zupełnie prawie błękitne, przy każdym oddechu wydawały świszczący dźwięk. — Boże mój! On umiera — wykrzyknął przerażony Monkhouse Lee. Monkhouse, bardzo przystojny szczupły młodzieniec, ze smagłą cerą i czarnemi oczyma, o typie raczej hiszpańskim, aniżeli angielskim. Żywą gestykulacją swoją od flegmatycznego po anglo-saksońsku Abercrombie Smitha. — Zdaje mi się, że to tylko zemdlenie — oświadczył medyk. — Pomóż mi, weź go za , tak, a teraz połóż go na sofie. Aha, przedtem trzeba stamtąd pozbierać te wszystkie djabły z drzewa. On przyjdzie do , jeżeli mu rozepniemy kołnierzyk i natrzemy mu skronie wodą. Co mu się stało właściwie? — Nie mam pojęcia. Usłyszałem nagle krzyk. Pospieszyłem natychmiast na górę, wiesz przecież, że jesteśmy sobie blizcy. Dziękuję ci bardzo, żeś zechciał zejść. — Serce mu bije, niby kastaniety w tańcu — swoją rękę na pierś nieprzytomnego człowieka. — Zdaje mi się, że on uległ jakiemuś przerażeniu ponad wszelki wyraz. Pryśnij mu w twarz . Taki dziwny wyraz ma teraz jego fizjognomja. Zaiste była to twarz równie dziwna, jak odpychająca, o niezwykłym rysunku i barwach. Oblicze Bellinghama było blade, ale nie tą zwykłą bladością, jaką wywołuje przerażenie. Zdawało się, że krew kompletnie uciekła ze skóry. Bellingham zawsze bardzo tęgi, obecnie wydawał się jeszcze tęższym, ponieważ skóra zwisała mu luźno, tworząc fałdy. Krótkie kasztanowate włosy były wzburzone, a z pośród nich wyglądało dwoje wielkich grubych uszu. Stalowo szare oczy pozostały otwarte, tylko źrenice jego się rozszerzyły i zdawały się spoglądać przed siebie osłupiałem wejrzeniem. Medykowi badającemu zemdlonego wydało się, że nigdy chyba na żadnym człowieku nie odbiły się dosadniej charakterystyczne cechy przerażenia. Mimowoli myśl jego powróciła do ostrzeżeń, jakich Hastie udzielał mu przed godziną. — Co za djabeł mógł go tak przestraszyć? — To mumja. — Mumja? Jakim sposobem mumja? — Nie wiem. To bardzo niezdrowe dla nerwów zadawać się zbytnio z mumjami. Wolałbym, aby mój przyszły szwagier zaniechał tego zajęcia. To już po raz drugi narobił mi takiego strachu. Taki sam atak zdarzył się ubiegłej zimy. Znalazłem go wówczas w takim samym, jak obecnie, stanie, z tą samą mumją tuż przed nim. — Na cóż mu ta mumja? — Mumje to jego pasja. Wie o tem więcej, aniżeli jakikolwiek inny człowiek w Anglji. Wolałbym jednak, ażeby się tem mniej zajmował. — Ach, zaczyna przychodzić do siebie. Lekkie barwy życia ukazały się na trupich policzkach Bellinghama. Powieki jego zadrgały. Dłonie przedtem ściśnięte w pięść rozwarły się. Długie, słabe westchnienie przecisnęło się przez zęby. Nagle podniósłszy głowę rzucił wzrokiem dokoła siebie. Gdy oczy jego ujrzały mumję, zeskoczył natychmiast ze sofy, pochwycił rulon papyrusu, wrzucił po do szuflady, zamknął na klucz, a potem chwiejąc się a nogach, powrócił do sofy. — Co się stało? — zapytał. — Czego chcecie moi przyjaciele? — Krzyczałeś strasznie — rzekł Monkhouse Lee. Zemdlałeś. Jeżeliby nasz sąsiad z góry nie zszedł do ciebie, to nie wiadomo doprawdy, coby się z tobą stało. — Ach, to Abercrombie Smith? — rzekł Bellingham, spoglądać na medyka. — Dziękuję panu, żeś przyszedł. Cóż za głupiec ze mnie, cóż za głupiec. Ujął głowę swą w obie ręce i zaczął śmiać się niepowstrzymanym śmiechem. — No dosyć, dajmy temu spokój — rzekł Smith, wzruszając ramionami. — Pańskie nerwy są stanowczo rozstrojone, trzeba dać spokój tym zabawkom z mumjami po nocy, ponieważ może się pan doprowadzić do formalnej choroby nerwowej. — Wątpię, — rzekł Bellingham, — aby pan okazał więcej zimnej krwi, gdyby pan był widział... — Co takiego? — Ach nic, chcę tylko powiedzieć, że wątpię, aby pan mógł siedzieć w nocy, patrząc w twarz tej mumji, nie nadszarpując swoich nerwów. Ma pan istotnie rację, przyznaję, że przeliczyłem się z własnemi siłami. Ale obecnie czuję się zupełnie dobrze. A jednak, proszę pana, niech pan nie odchodzi, niech pan poczeka jeszcze kilka minut, zanim przyjdę zupełnie do siebie. — Zanadto duszno jest w pańskim pokoju — zauważył młody medyk i otworzył okno, pozwalając wtargnąć do pokoju fali świeżego powietrza. — To te liście tak pachną — rzekł Bellingham. Ujął w palce jeden ze suchych liście palmowych, leżących na stole i potrzymał go ponad szkłem lampy. Ku sufitowi wzniósł się wielki kłąb dymu, a atmosfera pokoju przesyciła się ostrym, drażniącym zapachem. — To święta roślina, roślina kapłanów, — rzekł Bellingham. — Czy rozumie pan jakikolwiek język wschodni, panie Smith? — Ani słowa. Zdawało się, że odpowiedź ta zdejmuje jakiś ciężar z mózgu egiptologa. — Aha, — zaczął znowu Bellingham. — Ile też czasu upłynęło od chwili, kiedy pan wszedł tutaj do mnie, aż do momentu odzyskania przezemnie przytomności? — Może cztery do pięciu minut. — Tak sobie wyobrażałem, że to nie mogło trwać długo, — rzekł egiptolog, oddychając głęboko — jednak, co to za dziwna rzecz taka utrata przytomności. Traci się wszelką miarę czasu. Według moich odczuwań, nie mógłbym powiedzieć, czy tu chodziło o sekundy, czy o tygodnie. Ten oto jegomość, który zapakowany jest do tego sarkofagu, znalazł się tam za czasów jedenastej dynastji. Czternaście wieków wstecz. A jednak, gdyby go zapytać, czy mu się czas zdłużył, bezwątpienia powiedziałby, że minęło to dlań, niby jedna chwila. Nieprawdaż, że to niezwykle piękna mumja panie Smith? Smith się do stołu i wzrokiem fachowca badał czarny kształt, znajdujący się przed nim. Rysy były doskonale zachowane, a dwoje małych oczu, niby dwa orzeszki, kryły się w głębi czarnych orbit. Skóra wyschnięta była starannie, naciągnięta na kości. Czarne twarde włosy opadały na uszy. Dwa małe, niby zęby szczura wysuwały się z poza dolnej wargi. Mumja ta ze swoją wydłużoną głową, robiła jakieś dziwne wrażenie wewnętrznej, ukrytej energji. Było to wrażenie tak silne, że medykowi ścisnęło się gardło. — Nie znam imienia tej mumji, — rzekł Bellingham, przesuwając ręką po tej wyschłej głowie. — Widzi pan, że brakuje zewnętrznego sarkofagu z napisami. Nr. 249, to obecne jedyne jej imię. O widzi pan tutaj ten numer na sarkofagu, to numer z licytacji, na której tę mumję kupiłem. — Musiał to być swego czasu piękny chłopiec — zauważył Smith. — To był olbrzym. Mumja ma przeszło sześć stop wysokości. Był on zatem olbrzymem w swoim środowisku, ponieważ Egipcjanie nigdy nie należeli do olbrzymów. Niech pan dotknie tych wielkich kości. Przypuszczam, że za życia niebezpieczne było z nim zadzierać. pomagał on układać temi rękami kamienie piramid — rzekł Monkhouse Lee, obrzucając spojrzeniem pełnem wstrętu te brudne, zakrzywione pazury. — O, nie ma obawy, ten młodzieniec był zakonserwowany, zabalsamowany, według najbardziej wyrafinowanych metod. Takich luksusów nie stosowano do ludzi z niższego stanu. Ten oto nasz egipski przyjaciel z pewnością pochodził z rasy szlachetnej. — Dlaczego pan się tak przypatruje temu małemu napisowi koło jego nogi, panie Smith? — Zdaje się panu i takbym nic nie odczytał, powiedziałem panu przecież, że nie zmam się na językach wschodnich. — Ach prawda, przypuszczam, że to imię tego człowieka, który balsamował. Musiał to być fachowy i sumienny pracownik. Zaiste, pomyślcie panowie, ile dzieł nowożytnych mogłoby przetrwać 4000 lat? Mówił dalej w tym tonie na pozór swobodnym i wesołym, ale dla Smitha widocznem było, że drży jeszcze cały z przerażenia. Ręce jego i dolna warga drgały nerwowo, a oczy powracały ciągle do ponurego współlokatora z zamierzchłych czasów. Pomimo tego całego zdenerwowania w tonie jego głosu i zachowania się, dawało się odczuwać coś, niby tryumf. Oczy błyszczały, a kroki, któremi przebiegał pokój tam i z powrotem, były lekkie i sprężyste. Robił wrażenie człowieka, który po przebyciu ciężkiej próby, nie pozbył się jeszcze jej śladów, ale zadowolony jest, ponieważ zbliżyła go ona do celu. — Jak to, pan chce już odejść? — zapytał, skoro Smith powstał ze sofy. perspektywa samotności budziła w nim znowu jakieś trwogi. Wyciągnął rękę, jakby chcąc zatrzymać gościa. — Tak, muszę już odejść, mam dużo pracy. Pan czuje się przecież już zupełnie dobrze. Sądzę jednak, że przy pańskim systemie nerwowym lepiej byłoby, gdyby pan się oddawał studjom mniej denerwującym. — O, naogół nie jestem wcale nerwowy i badałem już inne mumje. — Zemdlałeś ostatnim razem — zauważył Monkhouse Lee. — Ach tak, to prawda. Zażyję jakiś środek uspakajający nerwy, lub też spróbuję leczyć się metodą elektryzacji. Wszak nie odchodzisz jeszcze Lee? — Zrobię jak zechcesz Ned. — A zatem zejdę do ciebie i położę się w twojem mieszkaniu na kanapie. Dobranoc panie Smith. Przykro mi doprawdy, że musiałem pana deranżować z powodu takiego głupstwa. Uścisnęli sobie ręce. Medyk w chwili, gdy szedł na górę po spiralnych schodach posłyszał zgrzyt klucza w zamku i kroki swoich dwóch nowych znajomych, którzy kierowali się razem na niższe piętro.
IV
W ten to sposób nawiązały się stosunki Edwarda Bellinghama z Abercrombie Smithem. Coprawda ten ostatni nie miał zamiaru znajomości tej posuwać zbyt daleko. Natomiast Bellingham zdawał się poszukiwać towarzystwa swego sąsiada i zachowywał się wobec niego w sposób tak uprzedzający, czasem wprost natrętny, że Smith nie stając się niegrzecznym, musiał jednakowoż reagować na nie wyraźnym chłodem. Bellingham dwukrotnie przychodził dziękować Smithowi za jego pomoc przy owym nocnym wypadku. A potem niejednokrotnie ofiarowywał mu książki, pisma i starał się wyrządzać te wszelkie drobne usługi, jakie jeden nieżonaty sąsiad może zaofiarować drugiemu sąsiadującemu z nim samotnikowi. Smith przekonał się wkrótce, że Bellingham jest człowiekiem, który dużo czytał, że umysł posiada rozległy i niezwykłą pamięć. Zachowanie jego było tak łagodne i uprzejme, że po pewnym czasie można było zapomnieć o wrażeniu odpychającem, powodowanem przez powierzchowny jego wygląd. Dla człowieka przemęczonego pracą mógł on być towarzyszem bardzo zajmującym, toteż wkrótce Smith, zapominając o dawnej swojej antypatji i uprzedzeniach zaczął mile przyjmować wizyty sąsiada i nawet mu je oddawał. Uderzyło go to, że sąsiad jego choć niewątpliwie obdarzony wielką inteligencją zdawał się mieć w swoim umyśle jakieś ziarenko obłąkania. Niekiedy Bellingham zaczynał mówić tonem podniosłym, emfatycznym, prawie władczym, kontrastującym wybitnie z prostotą jego życia. — To cudowna przecież rzecz, wykrzykiwał, jeżeli się czuje, że można rozkazywać potęgom złym i dobrym — aniołowi miłosierdzia i demonowi zemsty. O Monkhouse Lee wyraził się kiedyś w następujących słowach: — Lee, to dobry chłopak, uczciwy człowiek, ale niema sił, ani ambicji. Nie nadałby się na wspólnika dla człowieka, chcącego przedsięwziąć coś wielkiego, to nie dla mnie wspólnik!... Słuchając takich i tym podobnych uwag, które wydawały mi się zgoła niedorzecznemi Smith palił spokojnie fajkę, puszczał kłęby dymu, potrząsał głową i udzielał swemu sąsiadowi porad lekarskich. Ordynował mu jak najwięcej świeżego powietrza, a mniej pracy, zwłaszcza w godzinach nocnych. U Bellinghama w ostatnim czasie rozwinęło się przyzwyczajenie, które Smith uważał za objaw osłabienia umysłowego. Oto mówił on ustawicznie sam do siebie. W późnych godzinach nocnych, gdy już nie mógł mieć gości, Smith słyszał jego głos ponad sobą. Bellingham wygłaszał jakiś monolog, długi, nieskończony, przechodzący chwilami w cichutki szept, dosłyszalny jednakowoż wśród nocnej ciszy. Te nocne monologi denerwowały medyka do tego stopnia, że wspominał o tem często swojemu sąsiadowi. Bellingham czerwienił się wówczas i przeczył, jakoby wypowiedział choćby jedno słowo. Jednakowoż Abercrombie Smith, musiał wierzyć przedewszystkiem własnym uszom, zwłaszcza, że znalazł potwierdzenie swych obserwacyj u innego człowieka. Tom Styles, stary służący o pomarszczonej twarzy, który obsługiwał mieszkańców wieży, zapytał go pewnego dnia: — Panie doktorze, czy pan sądzi, że p. Bellingham jest zdrowy? — Czy jest zdrowy? — To jest, czy on zdrowy na głowę? — Dlaczegóżby miał być chorym na głowę? — No, ja nie wiem proszę pana, ale jego przyzwyczajenia ogromnie się zmieniły w ostatnich czasach. Jest on zupełnie innym człowiekiem, niż był dawniej, pomimo, że i przedtem to był inny człowiek, aniżeli wszyscy panowie, aniżeli p. Hastie, albo pan. On mówi sam do siebie jakieś okropne rzeczy. Dziwię się, że panu to nie przeszkadza. Nie wiem doprawdy, co mam począć? — Nie rozumiem, co to was właściwie obchodzi, Styles? — A jednak, to mnie interesuje, panie Smith. Może nie mam racji, ale jednak nie mogę się powstrzymać, aby się tem nie interesować. Niekiedy mi się zdaje, że ja jestem i ojcem i matką moich młodych panów. Wszyscy oni zwracają się do mnie jeżeli coś jest w nieporządku, ja zawsze umiem znaleźć jakąś radę, ale mister Bellingham proszę pana? Muszę wiedzieć przecież, kto chodzi nieraz po pokoju, gdy on , a drzwi jego pokoju są zamknięte. — Styles, mówicie głupstwa. — Możliwe proszę pana, ale to jednak słyszałem na moje własne uszy, gdy... — Styles, powtarzam, że mówicie głupstwa... — Dobrze, proszę pana, zadzwoni pan na mnie kiedy pan mnie będzie potrzebował. Smith nie zwracał uwagi na gadaninę starego służącego, ale pewien wypadek, który się zdarzył w dni potem, zrobił na nim przykre wrażenie i przypomniał mu słowa starego Thoma Stylesa. Pewnego wieczora Bellingham przyszedł go odwiedzić dosyć późno i dzielił się z nim interesującemi wspomnieniami o mogiłach z górnego Egiptu, gdy nagle Smith, który posiadał słuch niezmiernie czuły, posłyszał wyraźnie szelest drzwi otwieranych na dole. — Ktoś wszedł do pańskiego pokoju, albo też wyszedł zauważył. Bellingham zerwał się na równe nogi i przez chwilę pozostawał bez ruchu i bez słowa. Miał minę człowieka na poły przerażonego, na poły niedowierzającego. — Zamknąłem drzwi na klucz... Jestem prawie że pewny, że je zamknąłem... wyjąkał, nikt nie mógłby ich otworzyć. — Słyszę, że ktoś idzie po schodach w tej chwili — rzekł Smith. Bellingham rzucił się do drzwi — zamknął je gwałtownie za sobą i szybko zbiegł po schodach. Smith rozpoznał słuchem, że zatrzymał się w połowie drogi i zdawało mu się również, że słyszy jakieś szepty. W chwilę potem, drzwi na dole zamknęły się, klucz zgrzytnął w zamku, a Bellingham z kroplami potu na bladej twarzy powrócił do pokoju Smitha. — Wszystko w porządku — rzekł opadając ciężko na fotel. — To ten idjotyczny pies. Popchnął drzwi i otwarł je. Nie pojmuję, jak mogłem zapomnieć zamknąć je na klucz. — Nie wiedziałem, że pan ma wogóle psa — rzekł Smith, uważnie spoglądając na wzburzoną twarz swego gościa. — Tak jest mam psa... coprawda od niedawna... muszę się go pozbyć, sprawia mi mnóstwo kłopotów. — Wyobrażam sobie, że go tak trudno jest trzymać w zamknięciu. Zdawałoby się przecież, że dosyć zamknąć drzwi poprostu, nie trzeba ich wcale zamykać na klucz. — To bardzo silny pies, a boję się, żeby się gdzie nie zapodział. To bardzo piękny okaz, nie chciałbym go utracić. — Jestem sam wielkim amatorem psów — zauważył Smith, obserwując uważnie Bellinghama. — Czy mógłby mi pan pokazać to piękne zwierzę? — Najchętniej, ale nie dzisiaj wieczorem. Mam się z kimś spotkać teraz. A zatem spóźniłem się już o kwadrans... sądzę, że pan mi wybaczy... Wziął kapelusz i szybko wyszedł z pokoju. Smith usłyszał kroki jego, zmierzające do mieszkania, a potem doszło jego uszu zgrzytanie klucza, zamykającego drzwi od wewnątrz.
V
To zdarzenie pozostawiło niemiłe wspomnienie w umyśle młodego medyka. Bellingham skłamał i to skłamał tak niezręcznie, że łatwo się było domyśleć jakichś bardzo poważnych pobudek, skłaniających go do ukrywania prawdy. Smith wiedział dobrze, że jego sąsiad niema żadnego psa. Zdawał sobie również sprawę z tego, że kroki zasłyszane na schodach nie były stąpaniem zwierzęcia. Ale jeżeli to nie był pies, to któż to był? Wszakże Styles stwierdził już, że po pokoju Bellinghama w czasie jego nieobecności ktoś chodzi. Czyżby to miała być kobieta? Smith skłonnym był do takiego przypuszczenia. Gdyby to okazało się prawdą, wówczas Bellinghamowi wykrycie jego tajemnicy przez władze uniwersyteckie groziło wydaleniem. Tą trwogą można było wytłumaczyć jego zdenerwowanie i kłamstwa. A jednak wydawało się wprost nieprawdopodobne, aby student mógł dłuższy czas ukrywać kobietę w swym pokoju. Wszak toby musiało wyjść zaraz na jaw. Jakiekolwiek były pobudki postępowania Bellinghama, w każdym razie tkwiło w nich coś niemiłego. Smith powróciwszy do swych książek, postanowił udaremnić wszelkie usiłowania dalszego poufałego współżycia ze strony kompromitującego choć złotoustego sąsiada. Nie danem mu jednak było pracować spokojnie tego wieczoru. Zaledwie zagłębił się w pracy, gdy dały się słyszeć ciężkie, pośpieszne kroki i przeskakiwanie trzech schodów naraz. Hastie w flanelowem ubraniu wpadł jak burza do pokoju. — Jeszcze przy pracy, zawołał on, rzucając się w głąb fotelu — co za „kujon“ z ciebie! Zdaje mi się, że gdyby nawet trzęsienie ziemi zburzyło Oxford, to ty najspokojniej, pośród gruzów, dalej, nie podnosząc nosa z nad twoich książek. Nie chcę cię też długo nudzić, puszczę sobie kilka razy dymek i uciekam. — Cóż słychać nowego? — zapytał Smith. — Nic wielkiego, tylko ta historja z Nortonem? Czyś co słyszał o tem? — Co się stało? — Dokonano na niego napadu. — Napadu? — Tak jest, w chwili, gdy skręcał na High-Street. — Ale któż?... — Oto właśnie pytanie, w tem tkwi cała tajemnica. Norton przysięga, że to nie była istota ludzka, a sądząc ze śladów, jakie pozostały mu na szyji gotów jestem podzielać jego zdanie. — Więc cóż to takiego? Czy mamy wierzyć w duchy? — Abercrombie Smith pogardliwym uśmiechem wyraził swój sceptycyzm naukowy. — Ależ nie. Ani ja, ani Norton nie myślimy o żadnych duchach. Nie wykluczoną jest jednakowoż rzeczą, że z jakiejś menażerji uciekła w ostatnim czasie wielka małpa i że to zwierzę błądzi po okolicy. Norton przechodzi codziennie przez tę ulicę i prawie zawsze o tej samej godzinie. W tem miejscu znajduje się wielkie drzewo. Norton miał wrażenie, że owa tajemnicza istota spadła na niego z drzewa. Jakkolwiek rzecz się miała, był już na pół uduszony przez dwoje ramion, tak silnych i tak cienkich, jak dwa pręty stalowe. Nie widział , oprócz tych dwojga ramion ściskających gwałtownie jego szyję. Tracąc głowę zawył, wówczas na pomoc pospieszyło mu dwóch przechodniów. To „coś“ przeskoczyło przez mur, jak kot. Nie mógł dokładnie rozróżnić co to takiego. Norton doznał silnego wstrząśnienia, mogę cię zapewnić. — Rzeczywiście dziwna historja z tym tajemniczym dusicielem, zauważył Smith. — Dusiciel ten miał długie pazury i przeskoczył przez mur jak kot. Ale a propos, twój sąsiad , gdyby się o tem dowiedział. Ma on urazę do Nortona, a o ile go znam, nie jest on człowiekiem, któryby zapominał o urazach. Słuchajno drogi kolego, co to za myśl przyszła ci nagle do głowy?... — Żadna, odrzucił krótko Smith. Podskoczył jednak na krześle, a twarz jego miała taki wyraz, jakgdyby nagle mózg jego nawiedziła jakaś nieprzyjemna myśl. — Możnaby sądzić, że w tem, co powiedziałem coś cię uderzyło. Ale, ale, podobno zawarłeś bliższą znajomość z Bellinghamem. Wspominał mi o tem Monkhouse Lee. — Tak jest, znam go trochę. Odwiedził mnie tu raz czy dwa razy. — No, jesteś już dość starym, aby sam uważać na siebie, bo co do mnie to nie uważam tego pana za człowieka pewnego, chociaż przyznaję, że ma wielkie zdolności. Przekonasz się o tem zresztą wkrótce sam. Dowidzenia kolego. Rozgrywam jutro zawody z Mullinsem o puchar wicekanclerza. Początek zawodów o godzinie 8-mej. Pamiętaj, przyjdź!... Smith odłożył swą fajkę i powrócił do książek, ale przy najlepszej woli nie mógł skoncentrować uwagi przy pracy, której zawsze oddawał się z takim zapałem. Myśl jego powracała ciągle do człowieka, który mieszkał tuż pod nim i do tajemnicy czającej się w jego mieszkaniu. Myślał o napadzie, którego ofiarą padł Norton i o nienawiści, jaką miał Bellingham żywić do Nortona. Dwa te fakty łączyły się w jego umyśle jak gdyby istniało pomiędzy nimi jakieś tajemnicze wiązadło. A jednak podejrzenie było tak niejasne, tak fantastyczne, że nie śmiał go prawie sam przed sobą wypowiedzieć. — Niech go djabli wezmą — wykrzyknął Smith, rzucając swój podręcznik patologji na podłogę. — Zepsuł mi całą noc pracy, a to już wystarczający powód, gdyby nawet nie było innego, abym go o ile możności unikał w przyszłości.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Mumia zmartwychwstała.
