Obrazek zaściankowy
MILION ZA MORZAMI.
OBRAZEK ZAŚCIANKOWY
przez
Rozdział pierwszy • Rozdział drugi • Rozdział trzeci • Rozdział czwarty Rozdział piąty • Rozdział szósty • Rozdział siódmy • Rozdział ósmy
Obrazek zaściankowy
MILION ZA MORZAMI.
OBRAZEK ZAŚCIANKOWY
przez
Rozdział pierwszy, w którym zamiast wstępu, opowiedzianą jest legenda o grobie samobójcy.
Na wydmie piasczystéj gdzieniegdzie rzadką i zeschłą trawą porosłéj, stał słup pomalowany na czarno i na biało, jak gdyby przywdział żałobę po lesie, z którego go wycięto... Wyciągał on rozpaczliwie w przestrzeń dwa ramiona, wskazujące kierunek dróg co się od owéj wydmy rozchodziły.... Na jedném ramieniu napisano było: „Do Olszówki wiorst 3”; na drugiém: „Do Dębianki wiorst 6”, (chociaż ludzie z miejscowością obznajmieni wiedzieli, że i do jednéj i do drugiéj wioski była od owego słupa dobra podlaska mila z ogonem). Nieco w prawo od wydmy, akurat między owemi dwoma drogami, wznosił się kopiec, czy też może mogiła, widocznie bardzo dawne pamiętająca czasy. Chłopi mówili, że w nocy coś na tym kopcu różne harce wyprawia i przeszkadza.... że ludzie przejeżdżający tamtędy o północy, widują dziwne dziwa, że to coś konie straszy i osie łamie u wózków, a jak się w diablim tańcu zakręci, to podejmie taką kurzawę i tak oczy piaskiem zasypie, że nietylko konia i drogi, ale własnego nosa trudno zobaczyć.... Wrony tu kraczą z wieczora, zbierając się w gromady, a w nocy sowy hukają szpetnie, przyleciawszy tu ze zwalisk starego zamczyska, co oddawna już w gruzy zwalony, jeszcze jedną okrągłą basztę światu i czasowi urąga. Od wydmy widać było owo zamczysko stare, straszne, poczerniałe, z basztą czerwoną, okrągłą, któréj cegła zeszkliła się już od starości i słońca.... Tu mchy i drobne jakieś roślinki pięły się po murach, tu mieszkały nietoperze i sowy, ztąd puszczyk głosem złowrogim wołał w nocy: — pójdź, — pójdź! Wiatr szumiał smutnie w sąsiednim lesie, jakieś tajemnicze głosy odzywały się w cieniach, a mgły jak białe duchy podnosiły się z łąk, pnąc się wysoko ku gwiazdom, które zasłaniały białawą oponę. Straszno tam było w nocy; to téż omijali zdaleka zamczysko i kopiec, omijali nakładając drogi przez łąkę i pola. Na mogile widywano w nocy płomyki blade, jak migotały... przebiegały po niéj i potém znikały, niewiadomo czy w górze, czy napowrot pod ziemią. Mówili ludzie że to pieniądze się palą, ale nie było śmiałka któryby pod osłoną nocy, odważył się dotknąć łopatą ziemi zaklętéj, aby wydobyć z niéj skarb.... Bo i jakżeż miał być taki śmiałek, kiedy podobno sam Lucyper pilnował zaklętéj mogiły, a cztery czarownice dopomagały mu w téj czynności, świecąc czterema parami oczów, niby pochodniami ośmioma... Maciek klął się na wszystkie świętości, że raz na własne oczy tego Lucypera widział, że okrutne to djablisko paliło fajkę, z któréj jak ze smolarni buchały kłęby dymu — a z gęby było kubek w kubek podobne do Frytza niemca, co trzymał wiatrak w dzierżawie i młynarstwem się trudnił. Stara legenda powiada, że niegdyś ta wydma znajdowała się w samym środku wielkiego majątku, który należał do brata i siostry. Siostra była zamężna, a mąż jéj nieustannie z bratem miał jakieś zatargi, skutkiem czego rodzinę rozdzierała ciągła kłótnia i wojna domowa. Kilka razy nawet dochodziło do sprzeczek dość żywych i gwałtownych, a biedna siostra była niby między młotem a kowadłem, gdyż brata bardzo kochała, a za mężem toby chyba skoczyła i w piekło. Biedne zaprawdę było położenie téj kobiety, biedne zaiste i trudne! Serce jéj rozdzierał widok owéj nienawiści pomiędzy tymi, których kochała tak, jak umiała kochać siostra i kobieta z dawno minionych, a tak pięknie przez dziadów naszych opisywanych, czasów. Jednéj nocy mąż wyszedł z domu i długo nie wracał. Zegar wydzwonił północ, a jego jeszcze nie było... Żona wysłała ludzi z latarniami — szukano w ogrodzie, po łąkach, spenetrowano las poblizki, zbadano dno rzeczki — ale napróżno. Na drugi dzień dopiero, gdy słońce już dobrze ku południowi się miało, przybiegł do dworu pastuszek, blady, wystraszony, przelękły... Biegł tak szybko, że ledwie mógł odetchnąć, a z piersi zmęczonych wyrazu nawet nie mógł wydobyć. Pokazywał tylko ręką w stronę wydmy i coś niewyraźnie bełkotał... żegnając się ciągle, jakby dla odpędzenia złego... Przeczuwając nieszczęście, ludzie poszli za nim w milczeniu... poszła i sama pani zrozpaczona, blada, niby kamienny posąg boleści... I tak szli za pastuszkiem aż do owéj wydmy. Tu oczom ich przedstawił się smutny i okropny widok. Pan leżał na wznak rozciągnięty na piasku, czapka walała się opodal... W czole miał dziurę czarną, głęboką, twarz zbroczoną krwią zaschłą, oczy otwarte szeroko i napiętnowane jeszcze wyrazem okropnego bólu i przestrachu. Na piersiach jego siedziały dwie wrony, myśląc zapewne nad tém, z któréj strony swą ofiarę napocząć.... W zesztywniałéj dłoni trzymał jeszcze wielki skałkowy pistolet, a na kubraku szpilką przypięta była kartka z napisem: „Boże, przebacz samobójcy!...” — Sam się zabił — szepnął ktoś z ludzi... — Porzucił cię dobrowolnie, pani siostro — rzekł brat nadjechawszy z pola. Wdowa nic nie odrzekła, zwróciła tylko na brata wejrzenie, w którém była rozpacz i straszne jakieś pytanie... Brat przed tym wzrokiem zadrżał i oczy utkwił w ziemię krwią zbryzganą... Samobójcę pochowano na wydmie, w tém samém miejscu, w którém życie tak marnie zakończył. Pochowano go tuż przy drogach rozstajnych, rzucono na mogiłę nieco kamieni, a potém wiatry piasków naniosły, mchy zaczęły rosnąć na kamieniach, a liche badyle i osty otoczyły jakby wieńcem ów grób samobójcy. Dla biednéj kobiety rozpoczęło się pasmo dni czarnych jak jéj suknia wdowia, smutnych jak sieroctwo Drobiazgu téż miała kilkoro, więc dla niego pracowała jak mogła, objąwszy sama ster gospodarstwa i interesów majątkowych. Kobiety, zwłaszcza takie co umieją kochać, znajdują w potrzebie wielką moc ducha i charakteru oraz podziwienia godny zapas sił. One te siły czerpią z nieprzebranego źródła, bo z serca samego i dla tego mogą ich miéć tak wiele. Pomiędzy bratem a siostrą nie przyszło do bliższych wyjaśnień, ale jéj wzrok smętny, łzawy, wzrok w którym malowało się całe morze cierpień, zwracał się ku niemu z niemém pytaniem i niemym wyrzutem, a on oczy spuszczał i zdawał się tych spojrzeń unikać. Różne téż o tym panu bracie chodzić zaczęły wieści. Mówiono, że w nocy często na grób przychodził i długie tam przesiadywał godziny. Zaczęły chodzić głuche plotki, jak zwyczajnie pomiędzy ludźmi. Przebąkiwano, że owéj nocy fatalnéj widziano dwóch ludzi pod lasem, że słyszano dwa strzały, że późniéj widziano jakiegoś jeźdźca z gołą głową, z koszulą na piersiach rozdartą, jak pędził na dzielnym koniu przez pola jak wiatr, jak uragan; że koń skrwawiony ostrogami sadził jak jeleń, wyrzucając z pod siebie kopytami bryły ziemi i że mignąwszy się jak błyskawica, przepadł w zaroślach...
Nikt wszakże jasno nie mówił, a plotka z ust do ust przechodząc i coraz to w nowe przyoblekając się szaty, rosła, olbrzymiała, aż z czasem okraszona bujną fantazyą ludu, przeistoczoną została w baśń o krwawym upiorze, co na bratniéj mogile harce po nocach wyprawiał, a serce z grobu dobyte pazurami na sztuki rozrywał, a ono, jak ludzie mówili, ociekało krwią świeżą i zrastało się ciągle, rosnąc i powiększając się aż samego upiora przerosło, a z uderzeniem północy chwytało go w siebie, oblewało krwią i niknęło wraz z nim w mogile, po któréj przebiegały tylko bladoniebieskie ogniki... Pan brat po śmierci szwagra okropnie się zmienił, wysechł i wynędzniał jak szkielet, a ogromne wąsiska i oczy zapadłe a błyszczące, czyniły wyraz jego twarzy surowym, strasznym niemal... Sąsiedzi go unikali — ludzie obcy stronili, rodzone dzieci bały go się jak ognia, — toż nie dziwo, że mu się taki żywot uprzykrzył. Jednego więc dnia testament spisał, wszystkich pożegnał i wybrał się na wojaż daleki, aż gdzieś za morze podobno. Jak wyjechał tak znikł jak kamień w wodzie, i już nigdy żadnéj o nim wieści nie było, — w owym zaś majątku zostały tylko dwie wdowy. Obie samotne, tęskniące, całą pociechę znajdowały w dzieciach, które im się nad podziw pięknie chowały. Kiedy najstarszy syn samobójcy dorósł, nauki skończył i na pięknego już wyszedł młodzieńca, matka i wujenka zaopatrzyły go we wszystko co trzeba i uprosiły, aby pojechał w świat, szukać wuja lub jego śladów przynajmniéj. Zresztą, nie trzeba go było o to prosić nawet, chłopak żywy, bystry, zdolny, z radością podjął się misyi i wśród łez obydwóch zacnych kobiet, puścił się w świat szeroki, wznieciwszy w sercach matki i ciotki słabą iskrę nadziei, że wuja za morzami wynajdzie... Nie doczekała go się wszakże ani matka, ani wujenka — pomarły obie, a wspólny grób rodzinny na cmentarzu, połączył je po śmierci tak, jak wspólne nieszczęścia za życia je ze sobą łączyły. O Grzegorzu Prawdzickim (synu samobójcy), ani o Piotrze (wuju jego), żadnych wieści nie było. Przepadli gdzieś w świecie, czy téż znaleźli w cudzych krajach spokój i dostatki — o tém nikt nie wiedział. W obu rodzinach pamiętano wszakże o obu i niekiedy dawano na msze na ich intencye... Po kilkudziesięciu latach majątek się rozdrobnił, podupadł, a z obszernych włości w ręku tych rodzin pozostały tylko dwie małe wioseczki: Olszówka przy Gozdawskich i Dębianka w rękach Prawdzickich. Gozdawskim wiodło się jeszcze nieźle: liczono ich nawet do zamożnych ludzi, ale w Dębiance bieda była taka, że i siekierą nie utnie, a dziedzic jéj pan Józef Prawdzicki, walczył rozpaczliwie z losem i pracował jak wół, aby dać edukacyę jedynéj córce swéj, ostatniéj już latorośli tego zamożnego i mającego niegdyś wielki wpływ w okolicy, domu. Dzięki zapewne różnicy w położeniu materyalném obu rodzin, stosunki znacznie oziębły, a Gozdawscy nawet nie bardzo chętnie przyznawali się do kuzynostwa z Prawdzickiemi. Któż-bo się lubi przyznawać do pokrewieństwa z ubogim szlachcicem, co się ledwie utrzymać może na kilku włókach piachu i zarośli?! Dziedzic Olszówki, pan Maciéj, człowiek łysy, gruby, a i dumny przytém ze swych dostatków i czystéj jak szkło wioseczki, gdy był interpelowany w kwestyi owego kuzynostwa, wzruszał ramionami i odpowiadał niechętnie. — Coś tam... niby.... kiedyś, panie dobrodzieju, przyznaje to się jak zwyczajnie biedota, ale prawdę powiedziawszy, to... dziesiąta woda po kisielu. — At, głupstwo, — dodawała pani — zwyczajnie, Maciek po płocie Dorocie. Ich babka i Maciusia mego babka, to na jedném słońcu grzyby suszyły....
Rozdział drugi, opowiadający jak bieda wygląda i jak przyjmowano Icka w Dziurawéj Woli.
Było jeszcze bardzo wcześnie. Ranek uśmiechał się do ziemi. Wschodzące słońce ukośnemi promieniami ozłacało lasek, łąki i pola, nadając im blask świeżości... Zanosiło się na ładny dzionek, na pociechę ludziom, co z kosą lub sierpem wyruszali w pole. W Dębiance już nie spano. Prawdzicki ubrany zupełnie, przechadzał się po dużéj izbie, zatrzymując się chwilami i z pewną obawą rzucając wejrzenia ku oknu, z którego doskonale można było widziéć drogę od miasteczka wiodącą. Spodziewał się widać kogoś.... Z okna pan Józef przenosił wzrok na drzwi, poza któremi prawdopodobnie znajdował się ktoś bardzo jego sercu drogi. Można to było snadnie wyczytać we wzroku.... Oho! już romans! — powie ten co to czytać będzie. — Przepraszam, wcale nie romans. Prawdzicki ma już włos szpakowaty i dużą brodę spadającą na piersi. To już stateczny człowiek. idyllę życia, przeszedł dramat i dziś jest w dobie wspomnień. On już kochał i opłakał to co kochał, pogrzebał swe szczęście wraz z młodą żoną, która zmarła przed kilkunastu laty pozostawiając mu w spuściźnie wątłą i słabą istotę, uśmiechającą się rozkosznie w kołysce w téj saméj chwili, w któréj ostatni gwóźdź wbijano w wieko trumienne przykrywające jéj matkę.... Niemowlę śmiało się w pierwszych chwilach sieroctwa.... Dziś ta sierotka wyrosła już na pannę, ojciec z wielkiemi trudnościami zdobył się na jéj wykształcenie, a ona nie chcąc być mu już daléj ciężarem, pomimo prośb i przedstawień ojca, została nauczycielką i cały rok już pracowała nad cudzemi dziećmi. Obecnie, na czas wakacyjny przyjechała wypocząć do domu i oto przyczyna, dla któréj pan Józef pieszczotliwie spogląda na drzwi, poza któremi jego jedynaczka spoczywa.... Tymczasem po drodze od miasteczka toczyła się duża bryka, w trzy chude szkapy zaprzężona. Na bryce oprócz żydka woźnicy z rudą brodą, siedziało czterech ludzi. Na siedzeniu, z prawéj strony, człowiek suchy jak żerdź, z nosem ostro jak u ptaka zakończonym, z małemi faworytkami i bez wąsów. Spiczasta głowa tego człowieka chowała się w wielkiéj czapce z zielonym lampasem, a broda kryła się całkiem w fontaziu mantynowéj chustki. Obok niego siedział gruby izraelita, z krótką brodą i nader ruchliwemi oczkami. Obadwa głośno rozmawiali ze sobą, spoglądając na ubogie strzechy zabudowań w Dębiance, które z daleka już widać było. Na przodzie usadowiło się dwóch ludzi, jeden z granatowym, drugi z czerwonym nosem, jeden z okiem podbitém, drugi z podwiązaną gębą. Obdarci ci obywatele podobni byli raczéj do emigrantów z rot aresztanckich, aniżeli do ludzi mogących używać swobody i jeździć na jednéj bryczce z tak porządnemi ludźmi jak człowiek z lampasem i pan Icek Zweinos, wielki kupiec z małego miasteczka. Wejrzenia ich idiotyczne, błądziły po polach, a w ustach trzymali cygara tak wonne, że aż psy w całéj gminie kichały od tego zapachu. Obywatele owi podróżowali zawsze z panem Serwacym Tradulskim komornikiem, który wyjeżdżając na czynność, zwykł się był uderzać po kieszeniach, recytując głośno spis potrzebnych utensyliów, aby czego nie zapomniéć. — Kałamarz, — mówił — papiery, pióro, papier, scyzoryk, chustka do nosa, zegarek, tabakierka, świadkowie.... bo gdzie to czego szukać na wsi? Komornika niebardzo lubią, zawsze nie jest miłym gościem, w razie potrzeby chłopów za uszy trzeba z kątów wywłóczyć, żeby byli świadkami — a tak... jak człowiek ma z sobą wszystko, to i kłopotu uniknie i czasu nie zbałamuci. Tym rozumowaniom dwaj panowie z kolorowemi nosami zawdzięczali swoję pozycyę społeczną, tytuł obywateli krajowych i możność upijania się trzysta sześćdziesiąt pięć razy do roku. Z możności téj nie korzystali jednak, gdyż jako zawsze pijani, nie mogli się upijać. Bryka toczyła się po gościńcu, zmierzając wprost do Dębianki; nareszcie wśród szczekania trzech kundli stanęła przed domem. Spodziewał się widać téj wizyty Prawdzicki, bo wyszedł na dziedziniec, psów odpędził, a pana Tradulskiego powitał lekkim ukłonem, zapraszając go do pokoju. Wszedł za nim i pan Icek i świadkowie, którzy jak dwa posągi ustawili się przy drzwiach. Komornik rozłożywszy papiery, zaczął czytać: — Na żądanie Icka Zweinos i z mocy wyroku... Prawdzicki przerwał mu: — Dobry panie, racz się nie trudzić, wiem o co idzie, załatwijmy tę całą przykrą sprawę po cichu, wiele mi na tém zależy. — Za co ma być cicho? — wtrącił kupiec — owszem niech będzie głośno! za moje siedemnaście rubli kosztów. — Mój Icku — rzekł stanowczo Prawdzicki — nie awanturuj się... lepiéj zgodnie się załatwimy; tam — rzekł wskazując na drzwi — jest moja córka, chora, wczoraj dopiero z drogi przyjechała. — Oj, oj, znam jéj bardzo dobrze, taka delikatna panienka, bardzo godne osoba, ona buła za gubernantkę u państwa Dryptalskiego z Gapimuszków, i jemu téż znam, kupowałem tam okowitę... bo komu ja nie znam. Wszystkie obiwatele w całe tutejsze okoliczność chwalą Ickowi za jego delikatnoszcz... Nu, nic szkodzi, niech pan sobie nie boi... pan komornik tyż jest dobry człowiek, on jeszcze jak jest trzydzieści lat komornikiem, nie zabrał ani jedne poduszke, ani żaden materac... — Tak, tak, panie łaskawy, pochlebiam sobie, że nigdy nie dotknąłem efektu wyłączonego od zajęcia przez prawo... — Wiem, wiem, panie dobrodzieju, opinia powszechna oddaje panu zasłużone pochwały, dla tego téż sądzę, że zechcesz pan być pośrednikiem w polubownym układzie. — Dla czego nie? jeżeli wierzyciel się zgodzi... mnie wszystko jedno. — Siadaj więc Icek, pogadamy. — Ny, a co z tego siedzenia będzie? ja nie jestem kura żebym siedział, ja chcę zaraz zrobić skutek... ja jestem skrzywdzony. — Daj pokój, zarobiłeś tu grosz na groszu... — Oj waj! niech moje wrogi to nie zarobią, co ja zarobiałem na pana... — Zresztą nie o wielkie rzeczy tu idzie — po żniwach ci oddam. — Małe rzeczy! — tysiąc złotych z procentem i kosztami, — co pan za gadanie powiada, za co ja mam czekać? — Dam ci parę korcy zboża... — Mnie furmanka drożéj kosztuje, ale ja panu co powiem... Ja mam bardzo wielkie miętkość w sercu — jak ja widzę że komu ciężko jest, to mnie tak zaraz w sercu ściska... To mówiąc, przyłożył rękę do brzucha.
— Widać masz słabe nerwy, — rzekł szlachcic. — Słabe, bardzo słabe. Przeszłego roku jeździłem nawet do Buska, piłem moralne wody, kosztowało mnie siedemset złotych, ale mówmy o interes, to jest bardzo krótkie gadanie, wie pan co ja myślę? — No cóż? — Pan ma młynek na Strudze, ja mu wezmę na trzy lata.... po sto rubli.... — Bój się Boga człowieku, wczoraj dawali mi po dwieście.... — Oni kapcony są, oni dawali, ale nie dali; — jak pan chce żeby panienka sobie nie obudziła, to pan komornik napisze pocichutku kontrakt i będzie skutek.... — Ja ci po sto rubli młyna nie puszczę.... — Nie, to nie, pan myśli, że ja jestem egzekucya? ja jestem sobie uczciwy kupiec, ja panu nie namawiam, ten młyn to wielkie gałgaństwo, jak wody nie ma, to się w nim koło nie obraca. Niech pan robi zajęcie, — dodał, zwracając się do komornika, — ja jeszcze dziś muszę być na jarmarku w Moczymordach. Komornik i spojrzał w sufit, jakby tam szukał natchnienia do napisania protokułu. — Daj po tysiąc złotych, — rzekł Prawdzicki. — Ja panu co powiem, ja jestem człowiek delikatny, ja nie lubię zrobić komu przykrość, ja panu dam po sto pięć rubli i napiszemy kontrakt na trzy lata. Ja to tylko dla pana zrobię, ja sam będę na tém stratny. Tylko ja mam zięcia, on jeszcze bardzo głupi jest do interesów, taki fylozof, osioł jest! to niech on siedzi na młynie. Mnie serce boli jak ja widzę pańskie martwienie.... Niech ja stracę. Po długich targach stanęło na tém, że pan komornik napisał kontrakt dzierżawy młyna na lat trzy, po sto dwadzieścia rubli rocznie. Z sumy téj niby wypłaconéj z góry, strącał się dług, procent i koszta. Prawdzicki wiedział, że na trzy lata pozbawiał się stałego dochodu, ale zarazem pragnął za jakąbądź cenę oszczędzić dziecku swemu bolesnego wrażenia. Przecież ona przyjechała do domu dla odpoczynku, po całym roku ciężkiéj, mozolnéj pracy. Ojciec nie wstydził się swéj niedoli przed światem, ale radby pod ziemię ukryć ją przed córką, przed tém jedyném dzieckiem, które kosztem życia własnego nawet radby otoczyć dostatkiem, rozkoszą i wygodami wszystkiemi. — Ja wiedziałem, — mówił Icek z rozpromienioną twarzą, — że między dwa porządne osoby, to zawsze będzie skutek. Bo na co my mamy sobie kłócić? Niech pan jeszcze dopisze: dla młynarza pięć morgi ogrodu, zimowisko na cztery krowy, trochę drzewa na opał, a jakby było potrzeba na reperacye... — Dosyć! na miłość Bozką, niedługo zechcesz żebym ci całą Dębiankę do tego młyna dopisał. — Fe! co pan sobie kpi odemnie, co mnie po wieś, co jabym robił z całą wieś? ja nie chcę być obiwatelem.... no, no, szojn, niech pan podpisze, niech już będzie moja krzywda. Prawdzicki już wziął za pióro, lecz w téj chwili drzwi się otwarły i młoda osoba, w skromnéj czarnéj sukience, szybkim krokiem zbliżyła się do stołu i wyrwawszy ojcu z rąk kontrakt, podarła go na drobne kawałeczki.... — Maniu! — rzekł Prawdzicki. — Przebacz ojcze, — rzekła całując go w rękę, — ale czyż mogłam zezwolić, mając inny sposób wyjścia z ambarasu. — Co to jest? — krzyczał Icek, — taka młoda panienka, żeby zrobiła taki gwałt! żeby podarła taki piękny papier co sam pan komornik napisał, co miał dwa oczy na stempel! to jest kryminalny proces. Czy pani wie, że ja z tym papierem to pani ojca wyciągałem z błota. Hast dy gewidział, dus yst a ganze kimedye.... — Cicho! — krzyknęła dziewczyna, tupnąwszy energicznie nóżką, — wyjdź pan ztąd zaraz! nie mamy z sobą nic do czynienia. — Aj waj, — rzekł Icek zmieszany i zdziwiony razem, — za co ja mam wyjść, ja przyszedłem tu po moich pieniądzów, po moje prace! po moje krew! Żebym ja tak miał szczęście do handlu, jak ja u samego hrabiego w Dziurawéj Woli, piłem arbatę z harakiem i siedziałem na takie wielkie kszesło, co sobie samo kiwało, jak kołyska od małych dziecków! Za co ja mam wyjść? — Nie znam się na prawie, ale zdaje mi się, że kiedy pan komornik tu przyjechał, to obecność pańska jest zupełnie zbyteczna. — Ma pani dobrodziejka najzupełniejszą słuszność, — rzekł komornik z pełnym starożytnéj galanteryi ukłonem. — Kiedy ja przyjechałem, to pan Icek może odjechać. — Więc niech pan kupiec wyjdzie. — Nu, nu, niech ja sobie wyjdę, ale my jeszcze będziemy sobie oglądali na licytacyi, na li-cy-ta-cyi, — powtórzył akcentując każdą sylabę. Kiedy się drzwi za Ickiem zamknęły, Mania zwróciwszy się do komornika, zapytała go nader uprzejmie: — Niech mi pan będzie łaskaw powie, o jak wielką sumę tu idzie? Komornik wymienił cyfrę. — Racz pan usiąść, w téj chwili zapłacę. I wybiegła do swego pokoju, zkąd wróciła z paczką biletów bankowych w ręku. Sprawa cała ukończyła się w pięć minut. Z przed domu ruszyła bryka, unosząc obywateli z kolorowemi nosami, komornika i Icka, który był tak zdziwiony, że zapomniał fajki zapalić, tylko gryzł cybuch i szeptał do siebie, spoglądając na młynek trajkoczący w oddali: — Na co mi zapłacili? po co zapłacili, dla czego ja nie mam młyna? dla czego mój Lejzor tam nie siedzi? Za co ja jestem skrzywdzony?
Prawdzicki był całą sceną wzruszony, zdziwiony i przybity. — Maniu, — rzekł — dziecko moje, co to było? — A mój drogi ojczulku, — rzekła całując go w rękę, — tak się nie godzi. Cóż to za sekreta przedemną? przed kimże, jeżeli nie przed córką masz się użalić jak ci co dolega, jak masz zmartwienie? Kogóż masz na świecie coby twe cierpienia odczuć potrafił, coby twe smutki podzielał, weselił się razem z tobą lub cierpiał, ale zawsze razem. Niedobry jesteś mój ojcze. — Dziecko drogie, czyż ja mogłem zatruwać ci godziny odpoczynku twego. — No, nie gniewaj się na mnie, pozwól mi ucałować twe czoło ogorzałe, zmarszczkami zorane, tę skroń siwą... Ja jestem kobietą, jestem ciekawą, usłyszawszy szmer w pokoiku, ubrałam się szybko i stanąwszy podedrzwiami, wysłuchałam wszystko.... Tyś mój ojcze chciał pozbawić się wszystkiego, aby mnie tylko nie przerywać spoczynku; doprawdy za kosztowny byłby to spoczynek, sny moje tyle niewarte! Miałam trzysta rubli, owoc mojéj całorocznéj pracy — no i daléj wiesz co się stało.... — Moja droga, tegoż doczekałem, żebyś mi ostatni grosz miała oddawać! mnie który ciebie powinienem wspierać, dbać o twe wszelkie wygody. — Nie mówmy o tém mój ojcze. Fortepian który miałam sobie kupić, nie jest mi tak bardzo potrzebny, mogę poczekać lepszych czasów, ale powiedz mi otwarcie, szczerze, jak istotnie stoją nasze interesa? — To był jedyny dług, zaciągnąć go musiałem na wiosnę, bo mi trzy woły padły, najlepszy koń zdechł... a tu nie było co zaprządz do sochy. Zresztą zaś, jak Pan Bóg da urodzaj, to jeszcze pół biedy, ale w złym roku to ledwie na kawałek chleba wystarczy... Tak rozmawiając, weszli do ogrodu. Ona oparła się na jego ramieniu, on zaś patrzył na nią wzrokiem najczulszéj rodzicielskiéj miłości.... Bo też trzeba było kochać tę Manię, chociaż wcale piękną nie była. Nie miała ona ani wzrostu, ani smukłości palmy, ani rysów na wzór starożytnéj kamei rzeźbionych, ale była zgrabna, żywa, drobna, a w dużych czarnych jéj oczach malowało się serce zapewne równie piękne jak te oczy, które jak mówi poeta: „bywają morzem, albo téż wulkanem.” Prawdzicki poszedł w pole, a Mania przez smugi kwiatami zasłane poszła w stronę brzozowego gaju, śpiewając:
Gdy po deszczu po majowym, Wstęga jasna z niebios płynie, Ja w wianeczku liliowym Bujam sobie po dolinie....
Głos był świeży, dźwięczny, donośny, a kogo doleciały słowa piosenki, ten pomimowoli oglądał się, czy nie widzi gdzie owéj rusałki w liliowym wieńcu, co to:
„Z jaskółkami się wykłóci I słowikom nie daruje”....
Rozdział trzeci: Historya o jeżdżącéj babce, niby o żydzie wiecznym tułaczu, oraz o tém, że ktoś kiedyś gdzieś umarł i coś komuś zapisał.
Była sobie babka. Zwyczajna to a nawet nieunikniona konieczność w każdéj rodzinie. Dzieci małe, a niekiedy nawet i stare dzieci utrzymują, że ten miał wielki rozum, kto babki wymyślił. Rozdają one bowiem pierniki małoletnim przestępcom, a przestępcom pełnoletnim zapisują nieraz nader intratne osady rolne. Babka, która do tego rozdziału ma zjechać, nazywała się pani Justyna Pękalska, z domu Wylazło i była lub spowinowaconą z całym powiatem. Dziesiątki par wyswatała, bo swatać namiętnie lubiła, setki dzieci trzymała do chrztu, a ile wyżyła w swojém życiu tabaki, toby tego w tęgi wańtuch po wełnie nie wsypał. Zresztą była to zacna i uczciwa babina, a jeżeli kiedy w życiu swojém zgrzeszyła, to chyba tylko językiem. To téż raz pewien stary kapucyn powiedział jéj na spowiedzi: — Będą jejmość diabli do piekła ciągnęli! — Za co? ojcze duchowny, — pyta wystraszona wdowa. — Jużciż nie za włosy, bo ich jejmość nie masz, tylko za język, co go nigdy za zębami trzymać nie umiesz... Babka bała się przepowiedni kapucyna, strzegła téż swego języka bardziéj, niż akademia Krakowska strzeże jego czystości. Ale trudno go było ustrzedz i często niecnota nabroił.... choć go potém skruszona grzesznica pieprzem posypywała za karę. Boć zawsze lepszy podobno pieprz na ziemi, aniżeli cukierki.... w piekle. Gdyby babcię Justysię (bo tak ją wszyscy nazywali) zapytano: gdzie pani dobrodziejka mieszka? — wątpię bardzo czy umiałaby na to odpowiedziéć. Byłoby to bowiem rzeczywiście zbyt trudném. Niech wszakże czytelnik nie sądzi, że szanowna ta i ze wszech miar poważania godna matrona, urządzała się jak poeta, to jest, że nie mieszkała wcale; nie, — babcia dla tego nie wiedziała gdzie mieszka, bo miała mieszkań za dużo. Pożeniwszy wszystkich synów, powydawawszy za mąż wszystkie córki, podzieliła majątek pomiędzy ewentualnych swoich spadkobierców, wymówiwszy sobie tylko u każdego z nich osobny pokój, osobną stajenkę i dożywotnią pensyę po dwieście złotych rocznie na tabakę. Na swój wyłączny użytek zatrzymała tylko wielką żółtą brykę na resorach, z budą i trzy spasione jak wały deresze, któremi kierował stary Walenty.... a był to setnie stary dziad, bo babcię woził do ślubu, gdy miała na zawsze swe losy z losami Pękalskiego połączyć. Siedzenie żółtéj bryki było prawdziwym rogiem obfitości. Z niego to, niby z jakiejś przepaści niezgłębionéj, babcia wydobywała węzły, węzełki, pudła, paki, tłomoki i tłomoczki. Tu były podarunki dla córek i synowych, tu skład łakoci i materyałów aptecznych dla wnuków. Tu mieściły się zapasy francuzkiéj tabaki i księga do nabożeństwa wyzłocona suto, a wielka jak mszał. Babcia potrzebowała bowiem wiele modlitwy i wiele tabaki, a i duszy i nosowi w równéj mierze lubiła dogadzać.
Była także głęboko, gdzieś aż na samym spodzie siedzenia, ukryta rękopiśmienna księga przepisów pieczenia ciast, bo babcia od czasu do czasu potrzebowała coś upiec i młodym gospodyniom do żywego przy téj sposobności dopiec. Bez tego jak bez powietrza żyć nie mogła. I tak peregrynowała owa matrona od syna do syna, od córki do córki, wstępując po drodze do znajomych i dalszych krewnych. U jednych bawiła tydzień, u drugich miesiąc, u innych trzy dni, stosownie do okoliczności i do tego czy jéj byli radzi, lub nieradzi. Trzy deresze stanowiły dla babci to, co się nazywa swobodą i niezależnością, buda zaś była dla niéj korabiem pływającym po burzliwéj fali stosunków rodzinnych, a Walenty odgrywał na tym korabiu rolę sternika, omijającego rafy i skały podwodne na oceanie familijnéj harmonii. — Kłócicie się ze mną, — mówiła pani Pękalska, — dokuczacie mi, mówicie żem stara, gderliwa, nudna, więc bywajcież mi zdrowi, każcie Walentemu zaprzęgać i niech was moje oczy nie widzą.... Bo ja téż sroce za pozwoleniem z pod skrzydła nie wypadłam i budę swoję mam, Walentego mam, kpię więc z całego świata i amen. Walenty zaprzęgał, a babcia wlokła się daléj szukać nowego kąta i nowych wrażeń. Skutkiem owych nieustannych wędrówek, wiedziała najdokładniéj o wszystkiém co się działo w sąsiedztwie. Kto zdrów, kto się w kim kocha, kto się z kim żeni; posiadała wiadomości co do interesów i majątkowego stanu mieszkańców całego powiatu, a że gazety w tamtych stronach należały do wielkich osobliwości, przeto babcia bezwiednie spełniała ich funkcyę. Olszówkę mijała babcia zdaleka, gdyż roku jednego spotkała ją tam wielka dyfamacya, jak sama mówiła. Przed laty sprzedała ona panu Maciejowi dwie klacze, jednę starszą, drugą młodszą; ponieważ jednak zazwyczaj gdzie jest dużo koni, dają im nazwiska poprzednich właścicieli, więc jednę klacz nazywano młodą, drugą zaś starą Pękalską.... Weszło to w zwyczaj. Pewnego dnia babcia przyjechała do Olszówki. Był straszny upał, spasłe deresze pokryte były pianą, a tu babcia potrzebowała w pilnym i nagłym interesie jechać zaraz do miasteczka. — Mój dobrodzieju złoty, srebrny, brylantowy, — mówi do Gozdawskiego, — daj mi parę koni do miasta, bo moje ledwie tchną. — A owszem, kochana pani.... owszem tego z całą przyjemnością. — Ale zaraz, mój Maciusiu śliczny... proszę cię jeśli żonę kochasz. Cała ta scena działa się na ganku, więc pan Maciéj huknie potężnym basem ku stajni. — Ma-a-rcin!! nasmaruj wózek i zaprzęgaj zaraz starą Pękalską z Lejzorem? Babcia skraśniała jak piwonia. — Z jakim Lejzorem? — spytała hamując gniew. — A no tego, z tym siwym od . — Tak! tak to u was szanują kobiety, to taki pan sąsiad jesteś, taki obywatel, dziękuję panu za pańskie konie, za wszystko, nic nie chcę, — mówiła staruszka tupiąc nogą, — nie! nic! nic! schowaj pan sobie swój wózek i swego Marcina i swego Lejzora. Walenty, nie wyprzęgaj! zawracaj zaraz, zawracaj, jedziemy. — Pani dobrodziejko, czém obraziłem? — Niby nie wiesz! Niech Walenty zajeżdża, konie się ochwacą, ale niech tam, z dwojga złego wolę ochwat niż hańbę! Noga moja tu więcéj nie . W trakcie téj tyrady Walenty zajechał, babcia wgramoliła się do budy i odjechała powtarzając ciągle: — Stara Pękalska z Lejzorem!! ładna rzecz! przy jednym dyszlu z nieochrzczoną duszą, a barbarzyńca! heretyk. Muszę jutro dać na mszę na intencyę żeby mu wszystkie owce padły, żeby mu deszcz przez całe żniwa chlapał, niech zna co to jest stara Pękalska z Lejzorem!! — Cóżeś ty najlepszego zrobił, — rzekła pani Maciejowa do męża, — masz śmiertelnego wroga na całe życie. — Ano.... trudno.... zagapiłem się, ale mniejsza o to, niech się baba .... Rok cały upłynął od owego czasu, a dziedziniec Olszowiecki nie oglądał żółtéj bryki, ani mieszkańcy dworka nie widzieli łagodnego oblicza babci Pękalskiéj. Zdawało się, że śmiertelna nienawiść téj matrony przejdzie w stan chroniczny i nigdy już nieuleczalny. Ale zaszła okoliczność nagła i niespodziewana, która zupełnie zmieniła stan rzeczy. Raz wieczorem, kiedy pan Maciéj na ganku przemawiał do ekonoma szeroko o potrzebie zwożenia nawozu na ugór, a pani Maciejowa perswadowała klucznicy, że każda kura pod utratą czci i życia powinna codzień pomnażać zapasy spiżarniane o jedno jajko, na drodze ukazał się tuman kurzu, z którego wychyliła się wkrótce żółta bryka z budą!... zajść coś nadzwyczajnego, bo deresze biegły wyciągniętym kłusem, a Walenty długim batogiem gorąco do ich przekonania przemawiał. — Pękalska! — zawołała pani Maciejowa. — Jak Boga kocham, Pękalska, — powtórzył Gozdawski, patrząc na gościniec. — Chyba minie. — Gdzieżby tędy jechała? — Żadna droga tędy nie idzie. — Skręca, dalibóg skręca. — Już jest w bramie! Pan Maciéj oczekiwał zdjąwszy kapelusz. — A pani dobrodziejko, — mówił, pomagając babci wygramolić się z bryki — pani dobrodziejko.... tyle czasu oczekiwaliśmy na ten zaszczyt.... — A tak, tak, dobrześ mi pan dokuczył, ale ja zawsze mówię: kto na ciebie kamieniem, ty na niego chlebem i w pacierzu powtarzamy codzień: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, a musiałam odpuścić i temu drabowi Wiśniewskiemu, com mu pożyczyła tysiąc złotych, a on niecnota na dwa dni przed terminem wziął proszę pana i umarł.... — Ach, mój Boże! — A tak, żeby był choć parę dni poczekał, ale teraz już nierychło Marychno po śmierci wędrować, ale to zawsze tak: jednym szydła golą, drugim brzytwy nie chcą....
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Milion za morzami.
