Front matter
MILION OJCA RACLOT.
Ć
nagrodzona przez Akademię francuską.
całość
MILION OJCA RACLOT.
Ć
nagrodzona przez Akademię francuską.
K.
NAKŁADEM I DRUKIEM J. CZAIŃSKIEGO.
1898.
I.
Historja którą mamy zamiar opowiedzieć, jest zupełnie prawdziwą, jest to przebieg życia wieśniaka chciwego i wielkiego niegodziwca. Mówiono nam, że tacy istnieli wszędzie, nie tylko we Francji. Człowiek, o którym mowa, zwał się Mateusz Raclot. Jego współbracia zwali go Mateuszem, później ojcem Mateuszem, aż nadszedł czas gdy nawet nosił miano pana Raclot. Nie powiemy do jakiej prowincji należał, dość będzie czytelnikowi wiedzieć, że wioska którą zamieszkiwał zwała się Aubécourt. Aubécourt to wcale ładna miejscowość, licząca do 800 dusz, nad którą górował zamek zbudowany za czasów Franciszka I. Lecz w dzisiejszych czasach, po tylu wojnach, dawna siedziba feodalna zgrzybiała, tynk poodpadał, mur trzęsie się cały, i nie długo z tego gmachu przeszłości, nie pozostanie nic prócz wielkiej mogiły gruzów... Wioska Aubécourt leży na brzegu małej rzeczułki, która wskutek licznych mniejszych i większych rozgałęzień, nie jedną bogatą i obszerną łąkę. Domy po większej części stoją u stóp starożytnego zamku, a ten z swej wysokości zdaje się przypominać, że kiedyś ci, którzy się w nim chronili, byli panami całej okolicy. Wieś sama może nie wielka, za to terytorja do niej przynależne rozciągają daleko swe granice, w największej części są pokryte zbożem, a każda wyniosłość, każdy pagórek zdaje się uginać pod ciężarem winnych latorośli. Nie trzeba chyba dodawać, że wszyscy prawie mieszkańcy są rolnikami lub właścicielami winnic. Naturalnie i tam nie brak piekarza, kupca tytoniu, karczmarza, szewca, stolarza, nie brak też i biedaków, nie posiadających żadnej własności, którzy pragnąc zapracować na kawałek chleba, muszą wysługiwać się innym. Za to nie znajdziemy tu ani jednego żebraka, gdyż tam, gdzie pracy dla wszystkich wystarczy, o nędzy mowy być nie może. We wsi, prócz jednego robotnika mającego zbyt liczną rodzinę do wyżywienia i drugiego, który wskutek ciągłej niemocy zarabiać nie może, znajdzie się chyba jaki próżniak na głód narzekający. Rolnicy tej wsi mają się dobrze, są nawet tacy, którzy zasługują na nazwę bogatych, o tem wie każdy, gdyż dowodzą tego dostatecznie trzody bydła, owiec i koni zapełniające pastwiska. Mateusz Raclot, syn biednego wyrobnika, był w dwudziestym szóstym roku życia parobkiem, czyli służył u jednego z najbogatszych dzierżawców kraju, i zdawał się być przeznaczonym na noszenie tej godności do końca życia. Był inteligentny, wcale nie brzydki, umiał pisać, czytać i rachować. Wysoki i tęgi, odważny, o zdrowiu czerstwem, nie bał się pracy, miał też jedną, wielką zaletę jaką mało kto z młodzieży poszczycić się może: był oszczędnym. Był przebiegły, chytry i obrotny jak najstarsi we wsi, to też nieraz można się było spotkać ze zdaniem: „Pozwólcie Mateuszowi dójść do końca, u niego spryt nie pospolity“. Zarabiał dwieście czterdzieści franków rocznie, wydawał zaś jak mógł najmniej. Wszystkie pięciofrankówki które otrzymał, składał jedne na drugich, i krył dobrze, nie wiedzieć czy tylko instynktownie, czy też przed złodziejami. Trzeba było by nie miał co włożyć na siebie, by buty jego w kawałki się rozleciały, aby niezbędne zakupna poczynić. Podczas gdy większa część jego znajomych nie małą część zarobku zostawiała w karczmie, lub trwoniła na zabawie, Mateusz zbierał i chował. On się nigdy nie bawił, noga jego w karczmie nie postała, nie lubił wdawać się z rówieśnikami, choć nimi nie gardził — lecz tylko że trzeba było rozwiązać i wypróżnić woreczek. Ludzie którzy nie znali myśli i uczuć Mateusza, wychwalali go głośno był to człowiek jakiego się nie spotyka, wzór statku i rozumu. W niedziele i dnie świąteczne, Mateusz przepędzał wolne godziny w stajniach, pomiędzy zwierzętami, które mu były powierzone, lub też zamknięty w swym pokoju, zajęty był liczeniem swych skarbów. Chłopiec ten, początkowo tylko oszczędny, stawał się coraz bardziej interesownym. W miarę jak jego szkatuła się napełniała, ziarno skąpstwa kiełkować poczęło, rozwijając się coraz widoczniej. Zdarzało się, że stał nieruchomie, z rękoma złożo- nemi na piersiach, wzrok jego błądził po pagórkach zielonych, lub spoczywał na złotych kłosach żyta pokrywających pola. Marzył, gdyż nic nie widział... Lecz o czem?... W takich razach myśl jego zaprzątywała chęć posiadania na własność choć kilku kwadratów ziemi, aby módz trochę pracować dla siebie, nie przestając jednak służyć innym. Jak wszyscy wieśniacy, kochał ziemię i pieniądze.. Instynktownie stał się lichwiarzem. Może nie wiedział, że uczciwość i prawo bronią pożyczania na lichwę, w każdym razie praktykował lichwę bez żadnych, skrupułów. Uważał ją za zupełnie naturalną. Wszyscy wiedzieli że Mateusz Raclot uskładał już nie małą sumkę, nic więc dziwnego, że w potrzebie do niego się udawano. A wtedy można było usłyszeć następującą rozmowę. — Jakąż jest suma, którą pan potrzebuje? — pytał Raclot. — Pięćdziesiąt franków. — Kiedyż mógłby mi pan je zwrócić? — Za sześć miesięcy, gdy to lub tamto sprzedam. — To dobrze, mogę panu tę sumę pożyczyć, pan zaś mi zwróci zamiast pięćdziesięciu sześćdziesiąt. Naturalnie że procent wzrastał w miarę pożyczki. Zresztą Mateusz Raclot wiedział dobrze z kim ma do czynienia, gdy się znalazł w obliczu osoby nie pewnej, lub któraby jego wymagania za zbyt wielkie uważała, odpowiadał krótko i węzłowato że pieniędzy nie ma. Mateusz rozpoczął swe lichwiarskie rzemiosło wcześnie, pożyczał początkowo tylko młodym marnotrawcom, którzy zawsze pięć lub dziesięć franków potrzebowali. Kto wziął pięć po trzech miesiącach oddawał sześć, komu pożyczył dziesięć, żądał od tego dwanaście. Mateusz prędko zauważył, że takie operacje finansowe dużo przynoszą, więc je dalej prowadził. Nawet począł się sam przed sobą usprawiedliwiać, jak mu się zdawało wcale nie źle. Mówił sobie: — Za pieniądze można nabyć ziemię, przez uprawę ziemi, można z niej wydobyć ile się chce. Więc, ponieważ za pieniądze dostanę ziemię, trzeba by i pieniądze, które mają ją do czasu zastąpić, przynosiły tyle co ona. Widzimy z tego że Mateusz choć nie był matematykiem, umiał podnosić do potęgi, znał siłę kapitału i niektóre środki do powiększania go. Lecz mimo wszystkiego był chłopem; chłopem od stóp do głów, kochał więc — jakeśmy wyżej powiedzieli — nadewszystko ziemię. Gdy sposobność się trafiła, nabył istotnie trzy dobre kawałki ziemi, z małą częścią łąki, wystarczającą jednak na wyżywienie jednej krowy. Mateusz liczył wówczas trzydzieści cztery lat, i mimowoli przyszła mu myśl ożenienia się. Oczy jego padły na Celinę Noirot, wyrobnicę, która podczas żniwa miała zajęcie przy tym samym co on folwarku. Była to dziewczyna o złotem sercu, nadzwyczaj dobra, łagodna, kochająca, na jej życiu nie było najmniejszej skazy, i choć nie była ładną, miała twarzyczkę bardzo sympatyczną. Kończyła dwudziesty piąty rok życia, a na chęci zamążpójścia wcale jej nie zbywało. Propozycję Mateusza przyjęła ochotnie. Po pierwsze dlatego, że jej się podobał, po drugie cała wieś wychwalała go i namawiała dziewczynę do tego zamęścia. Zresztą była zupełnie biedną, a Mateusz miał już dobrą garść uzbieranego grosza. Wiedziała, że przy boku człowieka tak zapobiegliwego i pracowitego jak Mateusz, nie uczuje nigdy ni głodu ni najmniejszego braku. W Aubécourt i wioskach sąsiednich było wiele dziewcząt pragnących wyjść za mąż, nie jedna z pomiędzy nich nie była brzydką, a i posąg by się może znalazł, mimo tego jednak Mateusz nie wybrał z nich żadnej, choć każda chętnieby chciała być jego żoną. Czyżby dla tego że ją kochał. Wcale nie. Ten człowiek miał już serce mimo młodego wieku wyschłe i nie kochał nikogo. Celinę pragnął widzieć swoją żoną tylko dlatego, że to się z jego obrachunkiem zgadzało. Celina nie miała rodziców, mieszkała we wsi Ligoux, o milę od Aubécourt, u starej ciotki, siostry ojca. Po matce miała też krewnych, wuja i ciotkę, lecz ci od kilku lat wyemigrowali z kraju. Wiedziano że mieszkają w Paryżu, lecz jakie jest ich zatrudnienie, czy kiedy wrócą, nikt nie byłby odpowiedział, gdyż nie dawali znaku życia. Już od kilku lat nikt nie słyszał ni słowa o Juljuszu Bertrand i siostrze jego Marji. Ta ostatnia wyjechała szukać miejsca służącej i pewnie znalazła takowe w jakim mieszczańskim domu. Lecz to, czego nie wiedziano w Aubécourt ani w Ligoux możemy oznajmić czytelnikowi. Juljusz Bertrand przyjechawszy do Paryża dostał się do odlewami. Nauczył się wkrótce odlewania i został dobrym robotnikiem. Zarabiał do dziesięciu franków, lecz to mu ledwie wystarczało, miał bowiem żonę i sześcioro dzieci, a życie w Paryżu drogie. Nie pozwalano sobie na żadne przyjemności, oszczędzano, w końcu ratowano się jak było można. Życie Marji przychodziło lżej jak Juljuszowi. Gdy wysłużyła dziesiąty rok, miała cztery franków zaoszczędzonych i od razu znalazła męża. Był to kupiec win, mający również kilka tysięcy majątku. Wtedy najęli ładny sklepik na rogu jednej z ulic i zagospodarowali się na dobre. Początki nie były łatwe, trzeba było dobrze myśleć aby nie stracić. Klientela rosła z dniem każdym. Marcin, mąż, wiedział jak się brać do rzeczy, a pani Marcinowa miała tak czarowny uśmiech dla każdego, że trudno było się oprzeć. Po kilku latach sklep ustalił się i zaczął się bardzo pomyślnie rozwijać. Od rana do wieczora, widziało się przed ladą tłum ludzi popijających wino. W miarę jak byt naszych znajomych się polepszał, zaczęto sklep rozszerzać. Nad sklepem, na pierwszem piętrze, w sali zastawionej marmurowymi stolikami, czystej i przestronnej, widywano panią Marcinową podającą zebranym gościom obiad. Ona sama gotowała, więc zdrowo i smacznie. Postępując w ten sposób, państwo Marcinowie doszli do tego, że w chwili gdy nasze opowiadanie się rozpoczyna, obliczano ich na 150 tysięcy a nawet dwa kroć majątku. Trzy miesiące przed słowem „małżeństwo“, które odbiło się o ucho Celiny Noirot, Mateusz Raclot odprowadzał bydło swego pana na rzeź do Paryża. Zupełnie przypadkowo zapoznał się z rzeźnikiem mieszkającym na tej samej co Marcinowie ulicy, będącym przy tem jednym z ich najdawniejszych klientów. Obaj siedli do kawy, niedaleko rzeźni, i rozpoczęli swobodną rozmowę. Mateusz opowiadał o swej wsi i okolicy, w której znajdował się nie jeden bogaty właściciel folwarku. W tem rzeźnik przypomniał sobie że pani Marcinowa, która dopóki nie wyszła za mąż zwała się Bertrand, pochodzi z tej samej wioski i niejednokrotnie o wspaniałych łąkach obfitujących w paszę dla bydła mu opowiadała. Wtedy zaczął o niej i jej mężu opowiadać Mateuszowi, a ponieważ odznaczał się nie małą gadatliwością, wszedł w ich stosunki majątkowe, napomykając również że są bezdzietni. Mateusz słuchał bardzo uważnie, a wróciwszy do Aubécourt miał mnóstwo planów w głowie. Myślał o Marji Bertrand, o jej i jej męża majątku, często przesuwała mu się przez myśl postać Celiny Noirot i jej starej zgrzybiałej ciotki. Celina może być kiedyś spadkobierczynią wielkiego majątku, gdyż jej bogata krewna jest bezdzietną. Nim stanął na progu domu, silne postanowienie zrodziło się w jego sercu. Ożeni się z Celiną, gdyż żeniąc się z ubogą dziew- czyną, niepodejrzywany przez nikogo, zrobi doskonały interes. We wsi nikt nie wiedział że Marja Bertrand wzbogaciła się w Paryżu, Mateusz zaś wolał się tą wiadomością z nikim nie dzielić. Wyglądał jak człowiek, któremu się życie kawalerskie sprzykrzyło, bardzo zajęty młodą dziewczyną i gdy Celina na małżeństwo przystała, postanowił interes do końca doprowadzić. Właśnie w Aubécourt znalazł się mały domek do kupienia, Mateusz pierwszy dobił targu. Tydzień przed ślubem, kontrakt został u wójta później u proboszcza podpisany, a gdy się Mateusz upewnił że nikt mu jego zdobyczy nie wydrze, zbliżył się do Celiny namawiając ją by ciotkę Marję na ślub zaprosiła. Naturalnie o jej majątku ani wspomniał. Dziewczyna napisała grzeczny i uprzejmy liścik, otrzymała zaś w nagrodę nader szybką odpowiedź. Ciotka dziękowała kochanej siostrzenicy za pamięć, zaproszenie przyjęła z wdzięcznością, gdyż to ją stawiało w możności ujrzenia raz jeszcze rodzinnej wioski Ligoux. Obiecywała też udać się natychmiast po ładny podarek ślubny, mogący siostrzenicę zadowolnić. Dwa dni przed tą wielką uroczystością, Mateusz pożegnał raz na zawsze swego pana, u którego przez ośm lat służył, a wieczorem wszedł w posiadanie swojej nowej siedziby. Wtedy, tocząc swój wzrok po ścianach domu wykrzyknął z dumą i radością: — Przecież nadszedł dzień, w jestem u siebie. Nie jestem już sługą ale właścicielem! Nazajutrz zjawiła się ciotka z Paryża. Przybyła na trzy dni, lecz doznała tak serdecznego i czułego przyjęcia, zwłaszcza od Mateusza, tak starano się jej dogodzić i niemal każdą myśl odgadnąć, że z największą przyjemnością została cały tydzień. Poczciwa kobieta nie zapomniała zaprosić Mateusza z Celiną na kilka dni do Paryża, zaraz, gdy się im tylko sposobność trafi. Mateusz wymawiał się jak mógł, bojąc się zrobić jaką różnicę, co jeszcze ciotkę więcej wzruszyło. Zaczęła tem goręcej nastawać tak, że młody człowiek wykrzyknął z uniesieniem: — Odwiedzimy ciocię, oto moja ręka. Podarek ślubny był wspaniały, lecz Mateusz tak olśnił swą ciotkę, że ta wyjeżdżając, wsunęła w rękę siostrzenicy banknot na tysiąc franków. Ten nowy dar ocenili małżonkowie należycie; Mateusz ogłosił swą ciotkę najlepszą z niewiast i przesadzał w pochwałach przy każdej sposobności. Zrozumiano łatwo ten entuzjazm. Obecnie w Aubécourt i Ligoux majątek ciotki Marji nie był tajemnicą. — Tak — mówiono — Marcinowie posiadają dwa kroć, kto wie, czy nawet nie więcej. — A dzieci nie mają. — W przyszłości Celinę czeka spadek. — To pewna że jej się największa część dostanie. — Trzeba przyznać, że trudno o większe szczęście, jak to, którem się Mateusz Raclot poszczycić może.
II.
Pracę dwojga małżonków można było do murzyńskiej przyrównać. Ani chwili wytchnienia, cały dzień, a nawet większą część nocy. Mateusz, nieubłagany dla siebie samego, obdarzony zresztą niewyczerpanem zdrowiem, nie miał litości dla swej żony, nie wierząc by jej kiedy mogło sił zabraknąć. Dla pieniędzy trzeba się chyba było rozerwać, duszę z siebie wyzionąć. Zresztą, Celina z dniem każdym stawała się bardziej do męża podobną. Tak jak Mateusz zaczęła pragnąć i żyć dla zysku. Oboje pragnęli majątku. Odmawiali sobie wszystkiego, nawet rzeczy najniezbędniejszych, a gdy pewną sumę uskładali, kupowali kawałek gruntu, który do reszty swych posiadłości przyłączali. Lecz dla tego kawałka ziemi trzeba było pracować jak wół; Celina nie ustawała, lecz ta praca podkopywała jej zdrowie. Zajęcie około siebie i własnego domu było bardzo niewielkie, lecz skończywszy je, udawali się na robotę, tam gdzie ich ręce były niezbędne. Nigdy jednego dnia nie stracili. Zresztą dla czegoż mieli w domu siedzieć. Płacono im dobrze, a żywiono jeszcze lepiej. O! państwo Mateuszowie szukali zajęcia tylko tam, gdzie dobrze jeść dawano. Przy tem Mateusz nie zaprzestał swych dawnych operacji lichwiarskich. Zysku potrzebował, a każdy środek do zysku prowadzący uważał za dobry. W domu, czuł się brak wszystkiego. Nie było bielizny, sukien, Mateusza ubranie to jedna wielka łata, a z koszul strzępy. Celina, dawniej trochę zalotna, ogromnie starannie ubrana, wyglądała teraz jak żebraczka, miała ledwo jedną suknię, w dość dobrym stanie, którą wdziewała, gdy szła na Mszę św. w niedzielę. Czasami odważała się rzec mężowi: — Mateuszu trzebaby przecież to lub tamto kupić. Mateusz podnosił ramiona i odpowiadał: — Och! mamy jeszcze dość czasu. Do pracy w polu nic nam lepszego nie potrzeba. Jak te się zniszczą, to pomówimy. I biedna kobieta musiała noce całe przepędzać na naprawkach, łataniu i cerowaniu. Celina starzała się z dniem każdym, jej młodzieńcza świeżość już znikła bezpowrotnie, niedyskretne żyłki i zmarszczki napełniły jej czoło i lica, zaczęły jej padać włosy, zębów miała coraz mniej, skóra wyciągnęła się, straciła elastyczność, co ją wszystko prędzej do skieletu jak do człowieka robiło podobnem. Mateusz za to, wyglądał zawsze jednakowo. Włoska jednego mu nie brakło, broda zatrzymała dawną czarność. Praca bez końca zdawała się go podtrzymywać. Ten człowiek był zbudowany tak, że mu śmiało sto lat życia można było wróżyć. Wydawał się wykuty z żelaza. W szóstym roku małżeńskiego pożycia, Celina wydała na świat córkę, lecz tak małą, bezkrwistą i słabiutką, że rozumna matka oświadczyła wręcz, że w jej życie nie wierzy. Lecz cóż było robić, Bóg dał, trzeba więc było starać się nędzne życie dzieciątka podtrzymać. Istotnie, szkoda było śmierci dzieciny, której buzia była już bardzo ładniutką. Lecz nowe zmartwienie... Gdy Celina podała pokarm dziecięciu, to straciło resztę sił, gdyż matczyna pierś była zupełnie suchą, bez kropli mleka. Nic dziwnego, organizm biednej kobiety był już zupełnie wyczerpany. Mateusz skrzywił się niemiłosiernie. — Trzeba będzie na flaszeczce ją wychować — odezwał się. Celina zmartwiona płakała gorzko. Zwróciła swe oczy na Mateusza i rzekła stanowczo: — To dziecię nie może być flaszką karmione. Jeśli chcesz, Mateuszu, by twa córka żyła, trzeba jej wziąć mamkę. — Mamkę — powtórzył — toż to trzeba jej będzie płacić przynajmniej piętnaście franków miesięcznie. Lecz kobieta mówiła zupełnie stanowczo, trzeba ją słuchać i poddać się nieubłaganemu losowi. W samem Aubécourt znalazła się kobieta mająca dwumiesięczne dziecko, a pokarmu tyle, że dwoje dzieci doskonale karmić mogła. Z największą chęcią zaopiekowała się dzieckiem małżonków Raclot. Mała Marta została więc jej powierzoną. W niejakim czasie, Marcin, kupiec wina, umarł. Wdowa wezwała co prędzej Mateusza do Paryża. Potrzebowała go, jak i jego rady koniecznie. Mateusz przyjechał z obliczem zastosowanem do okoliczności. Był nawet dość dobrym komedjantem by zapłakać, on, który pewnie od dzieciństwa jednej łzy nie uronił. Zabawił trzy dni u ciotki, lecz w każdym razie coś postanowiono. Czyż trzeba upewnić, że od sześciu lat które był żonatym, nie zaniedbywał swej ciotki, ciotki po której śmierci wyczekiwał spadku. Mateusz umiał tak dobrze kryć swe zamiary pod maską dobroduszności i skłonności, że potrafił się wkraść zupełnie w łaski i zyskać zaufanie, poczciwej kupcowej. Udając doskonale, że mu tylko o spokój i interes ciotki idzie, krył swe niecne zamiary. Od czasu zamęścia, a nawet wcześniej, rozpoczął swój plan, który do końca pragnął doprowadzić. W testamencie Marcinowie zapisali wszystko temu z pomiędzy siebie, kto drugiego przeżyje, bez żadnych zastrzeżeń. Podczas gdy pani, Marcinowa sprzedawała wszystko w Paryżu, zamieniając na gotówkę, Mateusz kupował w Aubécourt w imieniu ciotki ładny dom, a ten po niezbędnych poprawkach, do których się niezwłocznie wzięło, wyglądał jak ładna siedziba mieszczańska. Wdowa ceniła wysoko swego siostrzenica Raclot, i nie było według jej zdania człowieka inteligentniejszego, znającego się lepiej na interesach; wszystko co powiedział, zgadzało się z jej zapatrywaniem, w każdym razie można było zasięgnąć jego rady; jednym słowem, dla niej Mateusz był wyrocznią. Pani Marcinowa była na wyjezdnem, gdy otrzymała list Mateusza: — „Wszystko gotowe“. Przybyła do Aubécourt, zapominając, czy pragnąc zapomnieć, że w Paryżu zostawał jej brat, który nie długo będzie mógł pracować, jej bratanki i bratanice, którym nie raz przychodziło walczyć ciężko z nędzą. W gruncie rzeczy, była to nie zła kobieta i miała dobre serce. Nieraz dopomagała bratu, który może nadużył trochę jej wspaniałomyślności; w każdym razie siostra nie mogła powiedzieć, że zbyt częste proźby ją zniechęcają; przecież jej majątek pozwalał na jałmużnę nie tylko swoim ale i obcym. Lecz Mateusz Raclot się dobrze. Dwanaście lat minęło. Mała Marta pielęgnowana starannie przez swą mamkę, straciła znamię słabowitości i braku krwi, z dziecka wyrosła na panieneczkę, a na tej twarzyczce jasnej i promiennej, samo zdrowie zakwitło. Była ładną, tak ładną i miłą, jak rzadko dziewczynka w jej wieku, i w miarę jak rosła, piękniała jeszcze. Była łagodną, uprzejmą, o ogromnie czułem na nędzę ludzką sercu, o charakterze bez skazy. Ciotka Marja ją ubóstwiała, cieszyła się szczególnie, gdy widziała ją dzielącą się z innemi dziećmi, a nawet rozdającą wszystkie łakocie, któremi jej kieszenie napełniano. — Och! jakie dobre, złote serduszko — zwykła mawiać staruszka. Lecz trzeba się było z swą ukochaną rozłączyć, nadszedł wiek nauki i pracy. Rodzice oddali Martę do jednego z najlepszych zakładów naukowych, kierowa- nego ręką zakonnic. Ciotka sobie tego życzyła. Ojciec Mateusz, gdyż tak go teraz zwano, nie mógł się sprzeciwiać, ciotka bowiem wszystko płaciła. Marta była od dwóch lat na pensji i właśnie po raz pierwszy do Komunji św. przystąpiła, gdy ciotkę jej Bóg do siebie powołał. Jak się tego łatwo można było domyśleć, cały majątek przeszedł testamentem w ręce pani Celiny Raclot. Juliusz Bertrand wraz z całą rodziną był zdumiony i przerażony. Żyć tak długo w nadziei mniejszej nędzy i nie otrzymać nic, było dla biedaków ciosem, równającym się uderzeniu gromu. Lecz cóż poradzić? Co czynić? Kto wie czy spadek nie został wyłudzony, lecz jak to dowieść? Testament przez notarjusza podpisany był w obliczu spadkodawczyni i dwóch świadków. Nieszczęśliwi Bertrandowie zostali zupełnie pominięci. Nie pozostawało im nic, jak westchnąć i spuścić smutnie głowę. W Aubécourt i Ligoux ludzie uczciwi drżeli z oburzenia. Uczynek pani Marcinowej był istotnie karygodnym. Sprawiedliwość wymagała, by Raclot zwrócił jakąś część Bertrand’om, do których miała należeć większa połowa majątku. Ludzie szemrali z cicha, za pokrzywdzonym jednak głośno nikt się nie ujął i oni tylko mieli powód skarżyć i upominać się. Już od dość dawna ojciec Mateusz wyszedł z łaski współbraci, lecz nigdy nie szarpano sławy jego tak dotkliwie. Jego jednak mało obchodziły, choćby najbardziej niepochlebne pogłoski. Miał spadek w ręku, a jako bogacz, mógł śmiało urągać opinji publicznej. Po ciotce odebrał przeszło dwa kroć franków. Ziścił się najpiękniejszy jego sen! Mając taki majątek, stawał się najbogatszym panem w okolicy. We dwa lata później Mateusz owdowiał. Nie bardzo posmutniał. Sam był zdrów jak ryba, wyglądał czerstwo, nie bał się więc śmierci. Zresztą miał pełne szkatuły, biurka i szafy, a cóż lepiej jak złoto żonę zastąpić może? Żona... cóż to za strata?... Pieniądz to szczęście... to raj!... Majątek jego wzrastał, powiększał się z dniem każdym. Ziemię zawsze lubił, więc skupywał dobra jedne po drugich. Zdawało się, że marzeniem ojca Mateusza jest, wejść w posiadanie terytoriów Aubécourt, Ligoux i całej okolicy. Już nie pracował, bo i po cóż? dawny wyrobnik, chłopak stajenny, miał podwładnych bez liku, dawniej pracował dla innych, nadszedł dziś czas wypłaty! Cały oddany rachunkom i obrotom finansowym, nie miał czasu, ani też pragnął zajmować się córką, która kończyła edukację u sióstr dominikanek. Tam jej było najlepiej, inaczej ojcu by pewnie przeszkadzała w zajęciach. Młode dziewczęta są czasem zanadto ciekawe, chciałyby o wszystkiem wiedzieć, zadają tysiące pytań, czasem nader kłopotliwych. Marta czuła dobrze, że ojciec mało o niej myśli, lecz za to miłością gorącą otoczyły ją przełożone i rówieśnice. Nic dziwnego, była jedną z najlepszych uczennic, pracowita, pragnęła wiedzy, to też wkrótce odebrała wykształcenie gruntowne. Mówiła dobrze kilku językami, grała ślicznie na fortepianie, rysowała i malowała. A nadewszystko miała śliczny sympatyczny głosik, którym każdego do łez wzruszyć mogła. W siedemnastym roku życia, złożyła wszystkie egzamina i została nauczycielką. Robak skąpstwa toczył oddawna wnętrze pana Raclot, lecz ten człowiek miał inne jeszcze wady, był ambitnym bez miary, pomiatał innymi, pycha go nadymała. Uznał niebawem że domek pani Marcinowej, do którego się niezwłocznie po jej śmierci sprowadził, jest za mało wspaniałym i nie ma wyglądu siedziby wielkopańskiej. Właśnie w tym samym czasie, można było nabyć zamek Aubécourt z przyległościami, pan Mateusz się zaraz zgłosił i kupił za pół darmo. Kilka lat przed tem powiedział sam do siebie: — Chcę posiadać milion! Posiadał go dziś istotnie. Od dziś, nikt by nie śmiał inaczej jak „wielmożnym panem Raclot“, tytułować dawnego Mateusza. Marta właśnie kończyła siedemnasty rok życia. Skończyła wreszcie nauki i wracała do ojca.
III.
Mateusz Raclot doszedł do olbrzymiego majątku, ale jak? Każdy grosz jego krzywdą ludzką zmazany, piekłby innego w palce, dla złota nieszczędził ni oszustw, ni lichwy, ni grabieży. Nie jednego zrujnował na zawsze; miał milion, za którym stał tłum ludzi wynędzniałych, głodnych, obdartych, których jęki i łzy odbijały się o tron Najwyższego! Dziś znano go, wiedziano co to za człowiek, nikt też nie śmiałby go nikomu za wzór postawić. Że to był nędznik, wiedziano powszechnie. Nikt go nie szanował, a każdy przeklinał, lecz wszyscy myśleli tylko, głośno nikt się nie odzywał. Był to bowiem bogacz, a takich nieprzyjaciół trzeba się strzedz. Nikt się do niego nie garnął, unikano go powszechnie, lecz gdy kto go na swej drodze spotkał, odzywał się, grzecznie kłaniając: — Dzień dobry panie Raclot! Do usług pana! Upadam do nóg! O! siło niezwyciężona! Kto cię posiada, korzy przed sobą tłumy, zamienia ludzi uczciwych w podłych niewolników. Mateusz Raclot żył sam w swym zamku, jak niedźwiedź w swej norze. Nic dziwnego, nie przyjmowano go nigdzie, nie miał też komu domu otwierać. Jemu z tem było dobrze. Wystarczało dlań spojrzenie na te pola i łąki rozciągające się do końca widnokręgu i rzec do siebie, „wszystko to moje!“ aby serce radością i szczęściem napełnić. Powrót Marty, zmienił trochę życie w zamku, z młodą dziewczyną przybyła wesołość, ruch i choć cień tylko swobody. Dzieweczka wiedziała że ojciec jej jest majętnym, lecz ani okrągłej sumy nie znała, ani też przypuszczała jakimi środkami ów majątek został zdobytym. Nie wiedziała również, że cała okolica, wszyscy co go otaczają nienawidzą go i brzydzą się nim. Marta nie zmieniła się wcale. Była zawsze skromną dziewczyną, łagodną, bez cieniu dumy i wyniosłości, a że miała serce tkliwe, uczuła wkrótce że otacza ją ogromny chłód, który ją mroził i dziwił. Nieraz było jej tak smutno, że zdawało się że serce zamrze w piersi, gdy spostrzegła, że każdy unika jej, lub przystępuje z nietajoną trwogą. Jeśli się zbliżyła kiedy do której ze swych dawnych znajomych i przyjaciółek, ta spoglądając z nieufnością nie śmiała doń przemówić. Biedna Marta pragnąca kochać wszystkich, czuła, że nikt nie odpłaca jej wzajemnością. Martwiło ją to bardzo. I nieraz lała łzy obfite, widząc że tak ją źle rozumieją. Tylko serce jednej kobiety w Aubécourt, nie zmieniło się dla Marty. Jej dawna mamka pozostała jej wierną. Tak, tylko stara Brygida nie sprzedawała pieszczot, czulszych spojrzeń i całusów. Marta mogła powierzyć swej starej „matusi“ wszystkie troski i cierpienia swoje, gdyż ona jedna ją rozumiała. Ile razy dzieweczka nazwała ją „matką“ dwie łzy jak groch stawały w oczach Brygida, zasypywana pytaniami natrętnej pieszczotki, wykręcała się jak mogła; bo i jakże powiedzieć Marcie: ludzie brzydzą się twoim ojcem, nie dziw, że i na cię patrzą z nieufnością. — Widzisz moje dziecko — mówiła — ciebie wychowano w mieście, jesteś taką śliczną, dobrą, rozumną, że twoje dawne znajome muszą czuć mimowoli szacunek. — Przecie ja pierwsza podaję im rękę, chcę je uściskać, żyć jak dawniej, a one... — To nie ma nic do rzeczy — przerywała mamka — one czują dobrze różnicę między panną Raclot, a wieśniaczkami. Bardzo to dobrze, że cię od zbytecznej poufałości wstrzymują. Marta z westchnieniem spuszczała oczy. Poczciwa mamka przyciskała wówczas głowę dziewczęcia do piersi, pokrywała jej czoło i lica gorącymi pocałunkami i szeptała do siebie: — Biedactwo, jak ją mało znają. Pomiędzy panienkami z klasztoru, była jedna, którą Marta szczerze pokochała. Była to Matylda Santenay, córka generała brygady, o kilka miesięcy od Marty starsza. Marta i Matylda żyły razem, kochając się jak siostry. Generał de Santenay był wdowcem; mieszkał o kilka kilometrów od miasta, lecz nie posiadał takiego zamku, ani dóbr tak rozległych jak pan Mateusz Raclot. Przeciwnie, rezydencja pana Santenay do najskromniejszych mogła być policzoną, gdyż generał nie był człowiekiem majętnym. Był już dla podeszłego wieku spensjonowanym, miał przeto sześć tysięcy rocznego dochodu, ale nic po za tem. Nie mógł nigdy oszczędzać, gdyż mając dzieci, łożył na ich wykształcenie. Matylda miała brata o ośm lat starszego, który nie mało kosztował ojca, trzeba było utrzymywać go w szkołach, później na uniwersytecie, gdyż młody Jerzy Santenay poświęcił się politechnice. Licząc dwadzieścia sześć lat życia, został inżynierem i jakby przez szczególną łaskę znalazł zatrudnienie, w prowincji, zamieszkiwanej przez ojca. Jeśli ojciec kiedy poświęcał się dla syna, nie potrzebował tego żałować, gdyż młody człowiek nagradzał go sowicie pracą, zapobiegliwością i wdzięcznością. Jerzy miał już ładną pozycję, nie potrzebował walczyć, tylko uczciwie iść naprzód aby przyszłość sobie zapewnić. Stary generał i bez tego mógł być o los Jerzego i Matyldy zupełnie spokojny. Dzieci jego bowiem miały bogatą ciotkę w osobie starszej siostry matki, która w swym ręku ogromny majątek. Panna Lormeau była niemłodą, gdy dorobiwszy się w Paryżu uczciwą pracą kilko-krociowej fortuny, przybyła w okolicę zamieszkałą przez generała. Całe życie zajęta w mieście, początkowo jako krawcowa później jako właścicielka jednego z najbardziej uczęszczanych magazynów konfekcji damskich, pragnęła przy schyłku życia odetchnąć świeżem wiejskiem powietrzem. Panna Lormeau nie miała bliższych krewnych nad generała i jego dzieci, i już dawno oświadczyła, że majątek podzieli na połowę między Jerzego i Matyldę. Czekała tylko sposobności, wierząc, że przyjemniej uszczęśliwiać za życia, jak po śmierci. Marta widziała Jerzego kilkakrotnie w rozmownicy klasztornej, gdyż młody chłopiec często odwiedzał swą siostrę. Nawet rozmawiała z nim, naturalnie zawsze w obecności Matyldy, gdy im pozwolono przejść się we troje po klasztornym ogrodzie. Młodzi ludzie widzieli się również u generała, ale już o wiele swobodniej. Pan de Santenay wiedział, że przyjaciółka jego córki nigdy nie wychodzi z klasztoru. Święta, Nowy Rok, a nawet wakacje zwykła przepędzać za murami. Przykro mu się zrobiło, zwłaszcza że Matylda, ilekroć klasztor opuściła, błagała ojca, by Martę do siebie zaprosił. Ojciec chętnie się zgodził, pomówił z zakonnicami, lecz te, bez zezwolenia ojca panny Raclot nikomu powierzać jej nie śmiały. Marta napisała kilka słów do Aubécourt, na które zjawiła się niebawem odpowiedź. Pan Raclot dziękował generałowi de Santenay i jego córce za zainteresowanie się Martą, zaznaczając, że nie ma nic przeciw bywaniu dzieweczki w tak godnym domu. Odpowiedź sprawiła żywą radość panienkom. Od tej chwili i Marta w niektóre dnie opuszczała klasztor. Tak była pieszczoną i przyjmowaną w domu generała, że można ją było uważać za drugą córkę. Panna de Santenay wyszła z klasztoru wcześniej od Marty. Lecz rozłączenie nie ostudziło ich serc w przywiązaniu. Ile razy zdarzyła się sposobność, Matylda odwie- dzała przyjaciółkę, zapraszając ją jak dawniej na święta i wakacje do siebie. Młody inżynier mógł w tym roku częściej spotykać Martę, widywał ją ilekroć wyszła z klasztoru, gdyż Matylda uprzedzała go zawsze listownie. Jerzy spieszył do domu i przybywał na czas. Czyż trzeba upewniać czytelnika, że Jerzy de Santenay, widząc tak urocze zjawisko, nie mógł pozostać długo nieczułym. Prawie już od roku kochał ją, tą pierwszą młodzieńczą miłością, która w kraje zaczarowane prowadzi, kochał ją szczerze, gorąco, namiętnie, żył tylko dla niej, dla niej oddałby życie. Kochał Martę, lecz bał się jej wyznać, bo skądże pewność że go nie odtrąci, że zechce go usłuchać, że za uczucie uczuciem odpłaci. Jerzy tej pewności nie miał, więc tłumił w głębi serca miłość, jako skarb najkosztowniejszy. Lecz gdy przyszło mu na myśl, że panna Raclot opuszcza już klasztor, że może jej nigdy nie obaczy, krew uderzyła mu do głowy. Wróci do ojca, jest piękną, bogatą, cnotliwą, niejeden o jej rękę poprosi... a wtedy... ta myśl była tak okrutną, i taki żywy ból Jerzemu sprawiła, że dłużej niemógł panować. Maska spadła nareszcie. Wówczas z trwogą i nieśmiałością, jakie zwykle znamionują prawdziwie zakochanych, udał się do swej siostry. Nie miał odwagi powiedzieć Marcie, że ją kocha, ubóstwia; siostrę obrał za powiernicę, jej odkrył serce, ją prosił o wybadanie przyjaciółki, o odpowiedź. Los się jego rozstrzygał. Zostanież mu rozpacz, czyli też nadzieja? — Braciszku mój — rzekła uśmiechając się siostra — nie od dziś znaną mi jest twoja tajemnica, zdaje mi się że i ojciec coś odgaduje. Zdradziłeś się sam, prosząc by ci donosić o każdem przybyciu Marty. Dziś jeszcze pomówię z Martą, i zażądam odpowiedzi. Jestem pewną, że odpowie z tą zachwycającą szczerością, którą zwykła podbijać serca. Ach! mój drogi, jedyny braciszku, gdybyż cię ona kochała! Nie mogę sobie większego szczęścia nad to wyobrazić. Przyjaciółka siostrą!... Lecz dlaczegóż nie miałaby cię kochać? Jeżeli sama może być kochaną, to ty nie mniej zalet posiadasz, czyż mógłby kto oprzeć się tobie? Jerzy przyznał się siostrze do wszystkiego jeszcze z rana, przed śniadaniem. Po południu, obie przyjaciółki przechadzały się pod rękę po obszernym ogrodzie. — Marto — rzekła Matylda, gdy wchodziły w aleję, mam ci odkryć wielką tajemnicę. — A więc słucham cię... — Wiem że z tobą można mówić otwarcie, dla tego wyznam ci prawdę, bez żadnych ogródek. Marto dziś z rana odkrył mi mój brat, że cię kocha, otworzył mi swe serce, gorejące dla ciebie najczystszem uczuciem. Panna Raclot drgnęła, twarz jej pokraśniała jak u świeżo dojrzałej wisienki. Serce jej przepełniła nieznana rozkosz. — Dowiedz się Marto — ciągnęła Matylda — że Jerzy kocha cię od roku, lecz nie mówił nic, jakby miłość dla cię zbrodnią była. Kocha ciebie tak miłą, piękną, czarującą i doskonałą pod każdym względem. Marta chwyciła się bezwiednie ręką za serce, słuchała i wpatrywała się w swą przyjaciółkę, cała w ekstazie. — A teraz Marto — ciągnęła Matylda, cóż mam odpowiedzieć Jerzemu. Mamżeż mu wnieść szczęście, czy w boleści pogrążyć? Marta wstrząsnęła się znowu, oczy jej zabłysły nietajoną radością, rzuciła się na szyję przyjaciółce, a ściskając ją i całując, szepnęła głosem cichym ze wzruszenia: — Matyldo, ja kocham twego brata! Panna de Sautenay nie była w stanie stłumić zadowolenia: — Ach! będziesz mi siostrą — wykrzyknęła. Całowały się, płacząc. Och! jak słodko jest takie łzy ronić. W chwilę potem Jerzy na pół szalony z radości, oznajmił siostrze, że odmowna odpowiedź mogła go zabić na miejscu. Jeszcze tego dnia generał dowiedział się o wszystkiem. — To dobrze — rzekł. — Miałem czas poznać rzadkie cnoty panny Raclot; wiem jak jest nieocenioną. Jerzy nie mógł wybrać lepszej kobiety, więc zgadzam się na wszystko. Lecz pytanie wielkie, czy pan Raclot nie będzie nam przeszkadzał. Nie znamy go, a kto wie czy nie ma kogoś upatrzonego dla swej jedynaczki. W każdym razie, z powodu waszej obopólnej sympatji, panna Raclot nie może tu bywać więcej. — Na szczęście — odezwała się Matylda, Marta już nie długo opuszcza klasztor. — Kiedy panna Marta wróci do domu, ojciec jej prawdopodobnie nas zaprosi. Wtedy udamy się we troje do Aubécourt. Ja opowiem panu Raclot przebieg rzeczy, jeśli nie będzie jeszcze wiedzieć o miłości mego syna do swej córki, poczem poproszę o rękę Marty Raclot. Trzeba jak najprędzej projekt urzeczywistnić. Jerzy i Matylda zgodzili się jednogłośnie na rozumne słowa generała. Marta nie była przy rozmowie ojca z dziećmi, lecz jeszcze tego wieczora Matylda wtajemniczyła ją we wszystko.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Milion ojca Raclot.
