Przygody dzieci w pustyni Szamo
BIBLJOTEKA ISKIEREK
F. A. OSSENDOWSKI
MALI ZWYCIĘZCY
(PRZYGODY DZIECI W PUSTYNI SZAMO)
KSIĄŻNICA-ATLAS
ZJEDNOCZONE ZAKŁ. KARTOGR. I WYDAWNICZE
TOW. NAUCZ. SZK. ŚREDN. I WYŻSZ., S. A.
LWÓW-WARSZAWA
1930
Zakłady Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
Przygody dzieci w pustyni Szamo
BIBLJOTEKA ISKIEREK
F. A. OSSENDOWSKI
MALI ZWYCIĘZCY
(PRZYGODY DZIECI W PUSTYNI SZAMO)
KSIĄŻNICA-ATLAS
ZJEDNOCZONE ZAKŁ. KARTOGR. I WYDAWNICZE
TOW. NAUCZ. SZK. ŚREDN. I WYŻSZ., S. A.
LWÓW-WARSZAWA
1930
Zakłady Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
I.
Nieszczęśliwy lot.
W chińskiem mieście Tientsinie, w dzielnicy francuskiej, przy „rue du baron Gros“, mieściło się biuro polskiego inżyniera, Stanisława Broniewskiego. Duży czarny szyld złotemi literami głosił, że biuro wykonywa prace budowlane. Istotnie, sporo domów w Tientsinie miało od frontu wmurowane tablice z nazwiskiem inż. S. Broniewskiego na znak, że były przez niego zbudowane. Pan Stanisław był obywatelem francuskim, gdyż ojciec jego po powstaniu 1863 roku wyemigrował do Francji i osiadł tam na stałe. Młody Broniewski, po skończeniu politechniki, krótki czas pracował we Francji. Wkrótce przeniósł się do kolonij, najpierw — do Algieru, a później — na Madagaskar, gdzie budował port. Po zakończeniu robót na wyspie, wyjechał do Chin i założył własne przedsiębiorstwo w bogatem, handlowem mieście Tientsinie. Dobre to było miejsce. Tientsin, położony na połączeniu rzekł Pei-ho z wielkim kanałem, z rokiem każdym stawał się coraz bardziej ożywionem miastem handlowem. Kolej łączyła je ze stolicą Chin — Pekinem, odległym o 140 kilometrów i z najważniejszym portem całego państwa — Szanghajem. Inna kolej łączyła Tientsin z nadmorskiem miastem — Tang-ku, odległem o 70 kilometrów. Wszystkie towary, dążące z północnych i zachodnich prowincyj, kierowały się do Tientsinu. Handlowe składy miasta bywały stale przepełnione futrami, skórami, rogami, wełną, solą, mięsem, oraz żywem bydłem: końmi, krowami, wielbłądami i baranami, sprowadzanemi z Mongolji, Mandżurji, Bargi i innych dzielnic, na zachodzie i północy położonych. Z drugiej strony towary europejskie, oraz wyroby wprawnych chińskich rzemieślników dążyły stąd do koczowisk licznych szczepów mongolskich, pasących swe stada za wielkim murem. Wobec tak ożywionego handlu powstawały coraz to nowe gmachy, mieszczące składy, biura, fabryki, sklepy i przedsiębiorstwa transportowe. Interesa więc pana Stanisława były w kwitnącym stanie, gdy nagle w Chinach wybuchła wojna domowa. Lud, uciemiężony przez bogaczy, złych urzędników i brutalnych cudzoziemców, powstał i — natychmiast polała się krew. Jak zawsze bywa na wojnie, cierpieli winni i niewinni. Nienawiść ubogich wieśniaków i pozbawionych pracy robotników spadła w równej mierze na wszystkich cudzoziemców — i na tych, którzy krzywdzili Chińczyków, i na tych, którzy żadnych z nimi interesów nie mieli. Do Tientsinu sunęła ogromna armja powstańców. Chińczycy odgrażali się, że splondrują i spalą miasto, a znienawidzonych cudzoziemców wymordują. Anglicy, Francuzi, Niemcy i Amerykanie w pośpiechu uciekali do Tang-ku, gdzie na nich oczekiwały statki wojenne. Pan Stanisław Broniewski postanowił ratować się w inny sposób. Miał on znajomego lotnika, wożącego pasażerów i pocztę z Tientsinu do Tang-ku, Szanghaju i Dajrenu. Umówił się więc z nim, że polecą do Dajrenu, japońskiego portu, gdzie panował zupełny spokój. Pan Stanisław był wdowcem. Żonę stracił przed kilku laty, gdy pracował jeszcze na Madagaskarze. Rodzina jego składała się z dwóch synów i córeczki. Starszy — 15-letni Henryk — był już uczniem szóstej klasy liceum angielskiego, młodszy od niego, Roman, uczęszczał do czwartej, a siostrzyczka, 11-letnia Irenka, kształciła się u zakonnic, w okolicach Tientsinu. Wiosna w roku tym przyszła wcześnie; pogoda piękna i ciepła wesołością napełniała serca ludzi. Zabrawszy ze sobą dwa karabiny, pudło z nabojami, walizki z najpotrzebniejszemi rzeczami, uciekinierzy wsiedli do samolotu pasażerskiego „Farman 180” z kabiną dla czterech pasażerów, a silnikiem o 500 KM mocy. Pilot, dzielny sierżant Rouvier, po raz ostatni zwrócił do swoich pasażerów uśmiechniętą twarz i podniósł rękę, dając znak, że za chwilę, rozpoczyna startowanie. Istotnie dwupłatowiec, lekko podskakując, potoczył się po lotnisku i szybko wzbił się w powietrze. Dzieci przez krótką chwilę widziały piękne wille, położone za belgijską dzielnicą; Irenka poznała nawet ogród, otaczający pensję zakonnic; dalej ciągnęły się pola uprawne, szaro-żółte plamy wiosek i małych miasteczek chińskich. Farman kierował się wprost na wschód. Około południa, z wysokości 500 metrów pasażerowie zobaczyli wyraźnie miasta Tang-ku i Taku, forty, okręty stojące w porcie i niebieską taflę zatoki Peczylijskiej. Nagle pilot zdjął trąbkę telefonu i krzyknął do kabiny pasażerskiej: — Niebo powlokło się żółtemi obłokami na wschodzie. Tajfun nadciąga… Pan Stanisław Broniewski nie odrzekł nic, chociaż serce ścisnęło mu się trwogą. Wiedział, że tajfun — straszliwy huragan, często szalejący nad Żółtem i Japońskiem morzem, zagrażał rozbiciem największym nawet parowcom pasażerskim, a cóż dopiero samolotowi. Nic jednak nie mówił, aby nie niepokoić dzieci i uważnie przyglądał się niebu i morzu. Od wschodniej strony horyzontu, z niebieskiego nieba wynurzały się małe, okrągłe obłoczki. Miały barwę białą, lecz wkrótce żółkły, rozpływały się i tworzyły chmury, coraz bardziej okrywające widnokrąg. Po morzu, spokojnem jeszcze, zaczynały biec trwożne fale, a lazurowa tafla zatoki woddali już kryła się w szarej mgle. Na spotkanie żółtych fal leciał Farman, niby drapieżny ptak, żądny walki. Nagle… nikt nawet nie spostrzegł, jak się to stało, nadleciał potężny podmuch wichru. Ciśnięty nadół samolot omal nie dotknął spiętrzonych już fal morza. Wyraźnie dawał się słyszeć ryk bałwanów i syk piany na ich grzywach powichrzonych, gdy Rouvier zręcznym manewrem zmusił swego ptaka wznieść się wyżej. Pan Broniewski zrozumiał, że pilot zamierza wyrwać się z tego pasa atmosfery, którym pędził tajfun. Rozpoczęła się ciężka walka z żywiołem. Wicher zderzał się z samolotem, zrzucał go nadół, wstrzymywał w pędzie i nie pozwalał wyjść poza granicę swego szalejącego prądu. Długo borykał się pilot z tajfunem, aż raptownie zatoczył olbrzymie koło i poleciał ku lądowi. Powracał… Tajfun tymczasem nabierał coraz większej siły. Ryczał tak potężnie i groźnie, że nawet turkot motoru utonął w zgiełku głosów ponurych, strasznych, ogłuszających. Nad miastem Taku Rouvier usiłował lądować, lecz tajfun porwał statek powietrzny i cisnął go na drzewa; pilot znowu usiłował wyjść z prądu wichru, lecz próżne to były wysiłki. Huragan, nabrawszy już całego rozpędu,
samolot ku zachodowi, rzucił go w wiry zwodnicze, otoczył chmurami i słupami piasku, podnoszącego się z ziemi i pędził przed sobą z szybkością zawrotną, szaloną. Wszystko dokoła utonęło w zgiełkliwym, żółtym, okiem nieprzeniknionym tumanie. Farman leciał przed siebie, porwany rozhukanym żywiołem, co chwila zmieniał kierunek, obracał się pod ciosami trąb powietrznych, wirów, pustek, nagle powstających, nieprzewidzianych, nieuniknionych. Zmrok już zapadał. Samolot miotał się w podmuchach tajfunu, gwałtownie spadał nadół i w szalonych podskokach wzbijał się wgórę, leciał, smagany wichrem. Dopiero w nocy uciszyło się nieco, jednak mrok tak gęsty okrył ziemię, że Rouvier nie odważył się na lądowanie i aż do świtu trzymał się w powietrzu. Ciężka głowa co chwila opadała mu na piersi, morzył go sen po zaciętej walce z żywiołem, zdrętwiałe ręce kurczowo wpijały się w koło sterowe. Pan Broniewski otworzył okienko kabiny i wyjrzał. O jakie 300 metrów ciągnęła się, jak okiem sięgnąć, szaro-żółta, jednostajna płaszczyzna. Tu i ówdzie widniały duże zwaliska i osypy kamieni, nagie grzbiety niewysokich gór, małe oazy porośnięte sitowiem. Nigdzie nie dojrzał zdumiony pan Stanisław ani osiedla ludzkiego, ani chociażby śladu drogi. Rouvier tymczasem lądował. Wszyscy zeszli na ziemię, z radością czując pod nogami twardy grunt, zamiast bujającej, uciekającej co chwila z pod nóg, chwiejnej posadzki kabiny. — Gdzie jesteśmy? — zapytał pan Stanisław, ze współczuciem i wdzięcznością patrząc na słaniającego się na nogach, bladego pilota. — Nie wiem! — odparł, z trudem otwierając usta. — Przed zachodem słońca wydało mi się, że widziałem wężową linję wielkiego muru... Znaczyłoby to, że lecieliśmy na zachód... Zresztą, nie jestem pewien tego... Rouvier zataczał się, błędnym wzrokiem patrzał dokoła, wreszcie upadł na ziemię i słabym głosem wyjąkał: — Na miłość Boga, dajcie mi gorącej herbaty i coś do zjedzenia... Znajdziecie wszystko w moim przedziale, w skrzyni burtowej... Umieram ze znużenia... We wskazanem miejscu pan Stanisław wraz z Henrykiem znaleźli blaszankę z sucharami, herbatą i cukrem, kilka puszek konserw, w podróży „primus“, trochę naczynia i termos, wystygły już oddawna. Szybko odgrzano herbatę i przystąpiono do skromnego posiłku, gdyż wszyscy byli głodni. Wylatując z Tientsinu, pan Stanisław był pewny, że na obiad zdążą do Dajrenu, tymczasem minęła doba cała, zanim mogli coś przegryźć. — Muszę się przespać przedewszystkiem! Później pomyślimy nad tem, co mamy robić ze sobą... — zawyrokował pilot. Rzuciwszy na ziemię burkę, upadł na nią i natychmiast usnął. Ułożywszy dzieci w kabince samolotu, pan Broniewski zaczął rozglądać się po okolicy. Nic, oprócz kamienistej gleby, pokrytej drobnemi odłamkami kamieni i grubym żwirem, nie spostrzegł. Wiotkie pędy jakichś małych, koszlawych krzaczków, wyglądały z ziemi, gdzie niegdzie wyzierały pośród kamieni nikłe kępki brunatnej zeszłorocznej trawy. Nic, coby mogło świadczyć o obecności wpobliżu istoty ludzkiej, nie dojrzał pan Stanisław. Zaniepokoiło go to poważnie. — Czyżby — pomyślał — Rouvier w swej ucieczce przed tajfunem tak się zapędził, że minął wielki mur chiński i opuścił się teraz w części kraju? Nie może to być! Zdawało mi się, że widziałem dużą osadę... Woddali wznosiło się kilka pagórków. Postanowił wejść na nie i z ich szczytów obejrzeć dokładnie okolicę. Z wierzchołka pobliskiego pagórka ujrzał łańcuch górski, ciągnący się od północy i znikający na płaszczyźnie na południu. I tu żadnych śladów, żadnych żywych istot nie spostrzegł stroskany i strwożony pan Stanisław. — Gdzież jesteśmy? — zapytał z niepokojem samego siebie, i tylko sęp, gdzieś w wyżynie pod obłokami, odpowiedział mu żałosnem i drapieżnem kwileniem. — Źle! — pomyślał i zimny dreszcz przebiegł mu po grzbiecie. — Umrzemy z głodu... Uspokoił się jednak wkrótce, gdy pomyślał, że nie mogli przecież trafić do zupełnie bezludnej miejscowości. Spodziewał się znaleźć wioskę lub miasteczko, wynająć ludzi i konie, przewieźć samolot w bezpieczne miejsce i obmyśleć sposoby zaopatrzenia go w paliwo. Szybko powrócił do samolotu i obudził Rouviera. Posłyszawszy opowiadanie przyjaciela, pilot nagle się zaniepokoił. Widocznie, coś sobie przypomniał, bo pobiegł do aparatu, spojrzał na wskazówki zegarów, zbadał zbiorniki benzyny i spochmurniał. — Źle! — rzekł do Broniewskiego. — Nie mamy benzyny, aby lecieć na niepewny, może, daleki dystans. Musimy, nie zwlekając, iść poszukać siedziby ludzkiej i wystarać się o benzynę. Musimy to uczynić zaraz, bo głód nam zajrzy w oczy niebawem... Rozumiesz? — Ruszajmy — zgodził się pan Stanisław. — Dzieci zostawimy przy Farmanie, sami zaś pójdziemy. Nie wątpię, że wkrótce znajdziemy osiedle. Za jakie dwie lub trzy godziny wrócimy. We dwóch zdołamy przynieść większą ilość benzyny, bo nie wiemy, czy tuziemcy zechcą nam pomóc. Pieniądze przecież nie mają dla nich wartości i, jak obaj wiemy, żądają za wszystko towarów, których ze sobą nie zabraliśmy. Nie będę budził dzieci, bo są znużone. Zostawię list do Henryka, objaśniając całą sprawę. Dadzą sobie radę do wieczora... Zabrawszy ze sobą karabin i paczkę naboi, poszli, zajrzawszy do kabiny, gdzie słodko i mocno spały, wyczerpane uciążliwym lotem, dzieci. Pan Broniewski położył przy Henryku wyrwaną z notesu kartkę, napisawszy na niej kilka słów. Pierwsza obudziła się Irenka i zawołała do chłopców: — Wstawajcie, leniuchy, słońce już wysoko! Natychmiast zerwali się na równe nogi. — A gdzie tatuś i pan Rouvier? — rozległy się zdziwione pytania. Henryk zamierzał wybiec z kabiny, lecz spostrzegł leżący na kocu list. — Tatuś pisze, że poszli szukać pobliskiej wsi, czy miasteczka — oznajmił Henryk i, wybiegłszy z kabiny, zaczął oglądać ziemię. — Tak... tak! — zawołał nareszcie. — Poszli w tę stronę... Znalazłem niedopałek papierosa pana Rouviera i kilka śladów trzewików tam, gdzie w nierównościach gruntu nagromadziło się trochę piasku. Tatuś pisze, że powrócą niebawem, najpóźniej przed wieczorem. Dzieci rozbiegły się po płaszczyźnie i zaglądały do wszystkich zakątków wśród kamieni i do małych wąwozów, przecinających równinę w różnych kierunkach. Romek w jednym z nich spostrzegł zarośla wysokich trzcin. Przy jego zbliżeniu się wybiegło z nich zwierzę prawie czarne, podobne do świni chińskiej, okryte czarną szczeciną. Chłopak zauważył duże, zagięte kły, połyskujące bielą kości, domyślił się więc, że był to dzik. Spłoszony zwierz z głośnem sapaniem umknął ku pagórkom. Romek wlazł w zarośla. Ze wszystkich stron jęły się wyrywać z krzykiem i łopotem skrzydeł przeróżne ptaki: duże i małe kaczki, kuliki o długich, mocno zagiętych dziobach. Cała ta czereda z hałasem miotała się w powietrzu, wpadała w sitowia i znowu unosiła się nad niem. Romek uśmiechał się do wystraszonego ptactwa i brnął dalej. Wkrótce pod nogami jego chlupać zaczęła woda. — Jeziorko... — mruknął chłopak. — Skoro siedzi tu takie mnóstwo wodnego ptactwa, niezawodnie jeziorko obfituje w ryby. Ciekaw jestem, jakie też tu są? Muszę spróbować złapać którąś... Ba! A gdzież wędka? Przypomniał sobie Romek przygody Robinsona Kruzoe i rzekł do siebie: — Już jakoś wykombinuję sobie wędkę! Wylazł z bagienka, przedarł się przez zarośla trzcin i wyszedł na równinę. Ujrzał właśnie Irenkę, która z krzykiem, oglądając się poza siebie, biegła w stronę dużej kupy kamieni. — Wąż!... wąż! — krzyczała, wymachując rączkami rozpaczliwie. Romek podbiegł do niej i spytał: — Co się stało? — Widziałam dużego czarnego węża, tam pomiędzy kamieniami... — Ugryzł cię? — zawołał zaniepokojony. — Nie... tylko nastraszył bardzo... — odparła. — Czegoż się boisz? — uśmiechnął się wznosząc ramiona. — Wąż, nawet jadowity, nie uczyni ci nic złego, jeżeli nie będziesz go niepokoiła i drażniła. Mr. Snow, nasz profesor przyrody, zawsze to mówił w szkole. Nie bój się i nie płacz, bo to niemądrze! Ujął siostrzyczkę pod ramię i poszli ku namiotowi. — A gdzie jest Henryk? — spytał, oglądając się. — Nie wiem — odpowiedziała. — Widziałam go idącego ku tamtym dalekim pagórkom. Romek stał zadumany. — Irenko, masz, z pewnością, jakąś szpilkę lub agrafkę? Daj mi ją! — poprosił. — Co chcesz robić z nią? — spytała. — Najpierw daj, a później sama zobaczysz — odpowiedział, chytrze patrząc na siostrzyczkę. Irenka dała mu dużą szpilkę, którą przypinała sobie kokardkę, oznakę klasy. Romek pobiegł do samolotu, wydobył ze skrytki obcęgi i pilnik, szybko zrobił haczyk, powyginał koniec jego, jak korkociąg, poczem wydobył z kieszeni długi sznurek i zaczął przywiązywać haczyk. — Wędka? — zapytała siostra. Romek w milczeniu skinął głową. — Wędka... — powtórzyła dziewczynka. — Gdzież tu woda?... Taka szczera pustynia... — Obaczysz! — uśmiechnął się chłopak i dalej majstrował, uwiązując do sznurka małe kamyczki, zamiast ciężarków z ołowiu. — Eh! — wzdychał. — Pan Rouvier ma w torebce, która wisi na burcie, piękne ruloniki ołowiu. Nie śmiem tylko wziąć, a dobre byłyby ciężarki! Tymczasem powrócił Henryk. — Obszedłem duży szmat tej równiny — opowiadał. — Dotarłem, aż do tamtych dalekich gór... Dziwi mnie, że z ich szczytu nie spostrzegłem nic — ani domów, ani lasu, ani ludzi. Tylko daleko, na horyzoncie... Umilkł nagle i zamyślił się. — Coś widział, mów Henryku! — prosiły dzieci. — Widziałem kłęby kurzawy... Wiatru nie było. Widocznie musiały ją podnieść w biegu jakieś żywe istoty... — Jakie istoty? — zapytała Irenka. — Gdybym wiedział, nie mówiłbym: „jakieś istoty”, lecz powiedziałbym: krowy, konie lub ludzie — odparł brat. — Widziałem kurzawę, a tego, co ją podnosiło, nie mogłem dojrzeć. — A tatusia i pana Rouvier nie spostrzegłeś? — spytał Romek. — Nie — z westchnieniem odpowiedział chłopiec. — Chociaż o nich byłem niespokojny i właśnie ich chciałem ujrzeć ze szczytu gór. — Jeść mi się chce... — szepnęła dziewczynka. — I mnie... — dorzucił Romek. — Hm... — mruknął Henryk. — Dobrze! Irenka weźmie sobie parę sucharów i posili się, a my — mężczyźni poczekamy. Może nasi powrócą przed wieczorem... Musimy oszczędzać naszych zapasów. Mało ich mamy, a nie wiemy, co nas jeszcze czeka... — Dobrze... — zgodził się brat. — Czekajmy! Żeby zapomnieć o dokuczającym mu głodzie, zaczął coś dorabiać do wędki. Tymczasem słońce zapadło za horyzontem. Mrok powoli otulał równinę. Irenka udała się na spoczynek do kabiny samolotu, chłopcy pozostali sami. — Tatuś nie powrócił, Romku... — zaczął Henryk. — Nie powrócił... — powtórzył młodszy brat ze smutkiem. — Obawiam się, że mu się przydarzyło jakieś nieszczęście... nie wiem co, bo nie mam pojęcia o tem, gdzie wylądowaliśmy... W każdym razie może tak się stać, że będziemy pozostawieni na łasce losu... Musimy więc sami o sobie pomyśleć i dać radę, aby wyjść cało i Irenkę uratować od głodu i złej przygody... — Musimy... — szepnął Romek i w kieszeni namacał wbity w korek haczyk wędki. — Do jutra poczekamy, a gdy nie powrócą nasi — zaczniemy samodzielne życie. — Ja was jutro nakarmię! — zawołał chłopak i potrząsnął rezolutnie głową. — Nałowię ryb. — To bardzo doniosłe odkrycie — ryby! — zgodził się uradowany Henryk. — Czy tylko potrafisz schwytać? — Potrafię! — uśmiechnął się Romek. — Obmyśliłem już wszystko! — To dobrze! — pochwalił starszy brat. — Ale uważam, że od dzisiejszej nocy musimy już myśleć o sobie. Obawiam się napadu... Ta kurzawa, którą widziałem z góry, niepokoi mnie. Będziemy trzymali wartę na zmiany, po trzy godziny, z karabinem. Ja stanę pierwszy, po trzech godzinach obudzę ciebie. Zastąpisz mnie... — Dobrze! — zawołał chłopak, ucieszony, że dorwie się nareszcie prawdziwego karabinu. Na tem stanęło. Romek poszedł do kabiny na spoczynek, Henryk zaś przechadzał się dokoła, słuchał i rozglądał się na wszystkie strony pilnie i bacznie. Cisza niczem nie zmącona płynęła nad tem bezludziem. Tylko cicho chrzęścił żwir pod nogami Henryka. O północy na czaty wyszedł Romek. Noc, pierwsza noc w nieznanej, pustynnej miejscowości, przeminęła spokojnie.
II.
Romek działa.
Do południa następnego dnia oczekiwały dzieci powrotu ojca i pana Rouviera. Nie przyszli jednak... Starszy z rodzeństwa, Henryk, uspokajał siostrę i brata, wyrażając nadzieję, że, prawdopodobnie, poszukują większego miasta. — Muszą, przecież, znaleźć benzynę i przywieźć ją do naszego obozu, bo inaczej nie się stąd — mówił, chociaż sam swoim słowom nie wierzył. Romek porozumiewawczo spojrzał na brata i, napiwszy się herbaty z sucharem, nic nie mówiąc, poszedł w stronę jeziorka, ukrytego na dnie głębokiego wąwozu. Henryk tymczasem zaczął robić przegląd rzeczy, znajdujących się w samolocie. Znalazł dużo różnych narzędzi ślusarskich i stolarskich, zabieranych przez pilotów na wypadek zepsucia się aparatu; zwoje linek stalowych, drutów mosiężnych i żelaznych oraz innych przedmiotów metalowych, blaszankę z niewielką ilością benzyny i dwie próżne, jedno pudełko sucharów, imbryk, dwa kociołki, skrzynię ze 150 nabojami karabinowemi, duży nóż i rewolwer. — Gdybyśmy mieli wpobliżu las, moglibyśmy wybudować sobie, posługując się temi instrumentami, domek — pomyślał i westchnął, bo wiedział, że w całej okolicy nie spotkał żadnego drzewa. — Ubrania, bielizny i koców starczy nam na długi czas — myślał dalej. — Zapałek nie mamy, lecz zato mamy aż trzy zapalniczki benzynowe… Jednak musimy oszczędzać benzyny i szukać innego opału. Primus schowamy na ciężkie czasy. — Irenko, — rzekł głośno — ruszaj i szukaj suchych łodyg, trawy, aby zebrać jak najwięcej opału na ognisko. Jeżeli Romkowi uda się połów, będziesz musiała ugotować dziś doskonały obiad! Dziewczynka posłusznie skinęła główką i pobiegła, ucieszona, że będzie pożyteczna dla całej gromadki. Henryk po jej odejściu stał i długo myślał. — Łatwo to przyrządzić obiad, jeżeli jest z czego. Gdyby nawet Romek schwytał jaką taką rybę, to i tak będzie nam brakowało soli… — mruczał do siebie. Widocznie jednak nietylko mruczał, lecz i myślał uporczywie, bo skierował się ku jednemu z wąwozów i starannie przyglądał się jego urwistym brzegom. W jednem miejscu spostrzegł na szarych kamieniach białe plamy, skrzące się w słońcu. Zdrapał paznokciem biały proszek i spróbował. Poczuł gorzko-słony smak i uśmiechnął się. Przypomniał sobie lekcje z chemji. Wiedział, że często spotyka się w naturze sól z domieszką innych minerałów, jak naprzykład gorzkiej soli lub gipsu. Przypomniał sobie nawet sposób oczyszczania takiej soli od domieszek niepożądanych i zaczął zdzierać nożem białą naleciałość z i zsypywać na kawałek gazety, znalezionej w kieszeni kurtki. Gdy się uzbierała tego spora garść, powrócił do samolotu, wsypał sól do kociołka i zalał wodą, której zapas zostawił pilot w dużej żelaznej bańce. Z uzbieranej soli wkrótce pozostał mały, w wodzie nie rozpuszczający się osad. Był to gips i piasek. Henryk skosztował przezroczystego roztworu. Miał gorzki smak. Przelał więc płyn do drugiego kociołka, zapalił „primus“ i postawił na nim naczynie. Gdy woda zagotowała się i wyparowała do połowy, zgasił ogień i wkrótce na dnie kociołka zaczęły osadzać się jakieś kryształy. Skosztował znowu pozostałego płynu. Był to czysty, mocno słony roztwór soli. — Na dziś dość! — pomyślał chłopak. — Jutro tę samą robotę zrobi zamiast „primusu“ — słońce. Założymy własną fabrykę soli! Przykrył kociołek aluminjowym talerzem i czekał na powrót brata i siostry. Romek przybiegł pierwszy, z trudem dźwigając dwie duże ryby, uwiązane za skrzela do sznurka od wędki. — Zuch z ciebie! — zawołał uradowany i aż się oblizał na widok szerokich, tłustych ryb. — Zdaje mi się, że są to karpie... Opowiedz, jakeś je schwytał. Romek, dumny ze swej zdobyczy i pochwały starszego brata, odparł: — Opowiem przy obiedzie, gdy Irenka będzie razem z nami. A teraz zabierzmy się do skrobania i patroszenia ryb, bo mi coś po kiszkach chodzi i burczy z głodu... — A i mnie też! — zgodził się brat, wyjmując scyzoryk. Szybko zeskrobali łuskę i wyrzucili wnętrzności rybie. Właśnie wtedy powróciła Irenka, niosąc dużą wiązankę suchej trawy i jakieś badyle o długich korzeniach. Chłopcy zbudowali z kamieni piecyk i ustawili na nim kociołek ze słoną wodą. Dziewczynka zakasawszy rękawy bluzki, pokrajała ryby na kawałki i zanurzyła je w wodzie. Rozniecono ogień w piecyku i wkrótce przyjemna woń gotujących się ryb zaczęła drażnić powonienie głodnych dzieci. — Możemy do syta najeść się tych wyśmienitych ryb! — zawołał Romek. — Tak! — zgodził się Henryk. — Starczyłoby tego na ośmiu żarłoków. Wobec tego wydam na każdą buzię tylko po jednym sucharze. Należy oszczędzać chleba! Gdy już ryby były gotowe, gromadka obsiadła kociołek dokoła, zajadała smaczną zupę i raczyła się doskonałemi, tłustemi karpiami, wspaniale przyrządzonemi, jak twierdzili chłopcy, sprawiając tem wielką przyjemność siostrzyczce. — No, teraz mogę opowiedzieć o swoich łowach! — zawołał najedzony Romek. — Pośród trzcin i sitowia ukrywa się jeziorko… Jednak dotrzeć do niego nie jest rzeczą łatwą. Otacza je grząskie bagno. Musiałem więc zdjąć ubranie i trzewiki, aby się dostać do brzegu, skąd zamierzałem zarzucić wędkę… Stanąłem wreszcie nad wodą. Nogi moje ugrzęzły po kolana w trzęsawisku. Bałem się, że mnie jaka gadzina, lub pijawka uczepi się nogi… Jednak nic… Rozwinąłem wędkę, zakręciłem sznurek nad głową i wypuściłem ciężarki z haczykiem… — Coś włożył na przynętę? — spytał Henryk. — Nic, bo pamiętałem opowiadanie Janny Crawforda, który opisywał połowy ryby w Brazylji, że w dzikich jeziorach chwytają one haczyk z uwiązanym do niego skrawkiem papieru lub szmatki. Umieściłem na haczyku kawałeczek swego czerwonego krawata… — To ci dopiero przynęta! — zawołała Irenka. — A widzisz, że dobra! — odpowiedział brat. — Ledwie haczyk dotknął powierzchni jeziorka, coś plusnęło obok i natychmiast porwało go, szarpnąwszy tak mocno, że ledwiem się na nogach utrzymał. Wpadłbym do wody, gdyby nie to, że po kolana wlazłem w błoto… Długo szamotałem się z tym wielce szanownym karpiem, który nam tak bardzo smakował! Napociłem się nim wyciągnąłem go! Chłopak umilkł na chwilę, poczem mówił dalej: — Gdy już do połowy wyciągnąłem zdobycz na brzeg, inna ryba usiłowała porwać ją… Zarzuciłem po raz drugi wędkę i wyciągnąłem drugiego karpia, jeszcze większego i grubszego. Widzę, że na rybach nie będzie nam zbywało! — To — wielkie szczęście! — zawołał Henryk. — Jest to doskonałe pożywienie — nie umrzemy z głodu. A, może, zczasem coś innego się znajdzie na tem pustkowiu… Bóg ma nas w swej opiece. Po obiedzie Irenka znowu wyruszyła na poszukiwanie opału, a Romek z wędką wlazł w szuwary i łapał ryby. Później wraz z siostrzyczką zbierali sól na skałach. Nagle chłopak uderzył się w czoło i krzyknął: — Biegnę po naszą bańkę! Przyniosę świeżej wody z jeziorka, a zabiorę ze sobą kawał drutu i uzbieram jak najwięcej suchych trzcin. Moc tego leży na brzegu! Będziemy mieli opału wbród. Nie będziesz potrzebowała łazić po pustyni i zbierać ten chwast, który myśli zapewne, że jest nie wiedzieć jakim skarbem, bo tak się ceregieluje z wyłażeniem na powierzchnię ziemi! To rzekłszy, pobiegł po bańkę i drut. Dziewczyna pozostała sama i, żeby nie próżnować, zaczęła wyrywać z ziemi rzadkie, suche łodygi. Wyrywając jedną, ujrzała obok jakiś świeży, zielony pęd. Pociągnęła i wyrwała dużą cebulę. — Czyżby to była prawdziwa cebula? — zapytała głośno, chociaż nikogo wpobliżu nie było. — Jakaż to ogromna cebula! O, ucieszą się chłopaki, gdy sporządzę dla nich zupę rybną z taką przyprawą! Nie wiem tylko, czy prawdziwa? W tej chwili nadbiegł powracający już Romek. Posłyszawszy o zwątpieniach siostry, nic nie mówiąc, nadgryzł cebulę i zawołał: — Najprawdziwsza na świecie! Pali jak ogień! Irena z radości klasnęła w dłonie i zaczęła poszukiwać wśród kamieni zielonych pędów cebuli. Chłopak popędził ku swemu jeziorku. Gdy młodsi pracowicie i z pożytkiem dla wszystkich spędzali godziny poobiednie, Henryk, wziąwszy karabin, zapuścił się w góry, ciągnące się woddali. Wdrapał się na najbliższy szczyt i oglądał równinę. Nic jednak na niej nie spostrzegł. Wtedy zszedł w wąską dolinę i sunął naprzód, rozglądając się dokoła bacznie. Nagie spychy, okryte odłamami szarych, bezbarwnych skał, nie zdradzały obecności żadnej żywej istoty. Nawet ptaków narazie nie spotykał Henryk. Nagle tuż z pod nóg chłopaka, z małej wydmy piaszczystej, zerwało się z krzykiem nieduże stadko ptaków i po chwili opuściło się na ziemię o kilka kroków dalej. Henryk przyjrzał się im bacznie i poznał odrazu. Widział te ptaki, trzymane przez kupców chińskich w klatkach. Były to tak zwane „salgi“, kuropatwy, żyjące w pustynnych, jałowych stepach. Miały długie ogony, czyniące je podobnemi do jaskółek; tylko szaro-żółte zabarwienie piór i rozmiary odróżniały je od tych pospolitych ptaków. Rdzawe i czarne prążki i szare upierzenie czyniły je prawie niewidzialnemi na tle kamienistej, bezbarwnej gleby. Ptaki nie zdradzały strachu przed człowiekiem, co przekonało rozsądnego Henryka, że tajfun Farmana do miejscowości dzikiej i bezludnej. — Gdybym miał kij, mógłbym zapolować na kuropatwy, cisnąwszy go w stadko — pomyślał. — Z karabinu kulą trudno byłoby trafić, zresztą niewiadomo, może zczasem każda kula będzie miała dla nas wielką cenę. Muszę jednak coś obmyślić i zapolować. W głowie chłopca zaczęło się roić od pomysłów: — Łuk? Byłoby to znakomite, lecz z czegobym go zrobił, gdy niema drzewa?! Nie, — to na nic! Proca! To całkiem łatwo… chociażby zaraz… Ukrył się za dużym głazem, odpiął pasek kurtki i, zrobiwszy pętlę, włożył w nią kamień. Stadko tymczasem zbliżyło się znacznie. Nie więcej niż dziesięć kroków dzieliło je od zaczajonego za skałą chłopca. Gwizdnął kamień i ugodzona kuropatwa pozostała na piasku bez ruchu. Inne ze zdumieniem przyglądały się jej. Dopiero gdy drugi ptak, trafiony w głowę, padł trzepocąc skrzydłem, kuropatwy zaczęły z trwogą oglądać się. Henryk rozmachnął się po raz trzeci, lecz nagle opuścił rękę z bronią. — Starczy dla nas! — pomyślał. — Nie
zabijać więcej. Niech sobie żyją spokojnie. Polowałem na nie poto tylko, aby zdobyć pożywienie. Zabijać dla przyjemności — to okrutna rzecz! Uwiązał zdobycz do pasa i poszedł dalej. Przekroczył wkrótce nowy szczyt i nagle krzyknął uradowany. W głębokiej kotlinie ujrzał dość duży las modrzewiowy. Pobiegł ku niemu. Gęste zarośla stanowiły podszycie lasu. W koronach wysokich drzew gziły się wiewiórki. Małe i duże ptaszki fruwały dokoła i świergotały. Na wysokiej gałęzi modrzewia siedział szaro-rdzawy jarząbek. Nagle przywarł do gałęzi, tworząc na niej dużą narośl nieruchomą. Henryk zrozumiał, że ptak w ten sposób ukrywa się znakomicie przed wrogiem. Uśmiechnął się, patrząc na wyciągniętą wzdłuż gałęzi szyję jarząbka, który bystro patrzał oczkami, otoczonemi brwiami koralowej barwy. Chłopak postanowił jak najprędzej zbadać knieję; tymczasem trzeba było powracać, więc nabrał ile mógł suchych gałęzi i ruszył ku obozowi, bo już słońce stało nisko. Doszedł, gdy już mrok na dobre zapadał, i, w oczekiwaniu wieczerzy, przyrządzanej przez Irenkę, opowiadał o swoich przygodach i odkryciu lasu w górskiej kotlinie. — Poczekamy jeszcze dni parę, a gdy tatuś nie powróci, przeniesiemy się do lasu. Zbudujemy sobie szałas i będziemy czekali, aż nas wyprowadzą z tej pustyni, lub znajdziemy sposób, abyśmy to sami mogli uczynić. Gdy słowa te padły z ust starszego brata, odezwał się Romek: — Przecież, możemy pójść w jakąkolwiek stronę i dojdziemy nareszcie do osady ludzkiej? — Pewno, że dojść można — zgodził się brat, — tylko nie wiemy, jak długo musielibyśmy iść. Łatwo zginąć z głodu i pragnienia w pustyni. Nie wszędzie potrafisz znaleźć wąwóz z jeziorkiem i rybami, i nie wszędzie także są lasy modrzewiowe i kuropatwy, które smakowicie pachną! Istotnie Irenka niosła już upieczone przy ognisku kuropatwy, nasadzone na gładko obstrugane przez Romka patyki modrzewiowe, które pomysłowej dziewczynce zastąpiły rożny. Doskonale posiliły się dzielne dzieci i, popijając herbatę, gwarzyły. — Dlaczego nazywasz tę miejscowość pustynią? — zapytała Irenka, podnosząc na starszego brata niebieskie oczy. — Dlatego, że jest to prawdziwa pustynia — odparł. — Pustynia — to piaski! — zaprzeczyła dziewczynka. — Mylisz się! — objaśnił. — Pustynie bywają piaszczyste lub kamieniste. Nasza jest właśnie kamienistą pustynią. — Jak się nazywa w geografji? — zapytał Romek. — Zdaje mi się, że burza zaniosła nas na pustynię Szamo, lub inaczej Gobi — odparł Henryk. — Sądzę tak dlatego, że dziś spotkałem kuropatwy-salgi, które przeważnie w tej pustyni przebywają. Mój domysł potwierdzają też słowa pana Rouviera. Wspominał, że przelatywaliśmy nad wielkim murem... — To ten wielki mur, który otacza całe Chiny? — zapytała siostra. — Opowiedz, co wiesz o nim! — Właśnie czytał nam w szkole o tym murze profesor geografji. Bardzo interesująca historja! Zbudowano go na rozkaz cesarza Chin, 2300 lat temu. Bronił on posiadłości chińskich przed napadem koczujących a bardzo wojowniczych szczepów różnych Mongołów. Budowały ten mur tłumy jeńców, schwytanych podczas wojennych wypraw i złoczyńców, skazanych na więzienie. Gdy cesarz Chin i Mongolji, zebrawszy niezliczone wojska, ruszył w wieku XIII-ym na podbój Europy, przywleczono do Chin tysiące jeńców. Byli to Rosjanie, Polacy, Węgrzy, Czesi, Niemcy. Oni też zmuszeni byli pracować przy naprawie tego olbrzymiego, na 3000 kilometrów ciągnącego się muru. Wspina się on na góry, zbiega w doliny i na równiny, opasując całą granicę zachodnią ogromnego państwa. Możecie sobie wyobrazić, ile tysięcy ludzi musiało pracować, aby dokonać tak potężnego dzieła? A ileż tysięcy umarło przy ciężkiej pracy, smaganych biczami dozorców chińskich?! Niedaleko na zachodzie od wielkiego muru ciągnie się hen! pustynia Szamo... Obawiam się, że los i burza rzuciły nas na jej niegościnną ziemię... — To bardzo straszne!... — szepnęła Irenka. — Jak dotąd, to nie bardzo... — uśmiechnął się Henryk. — Mamy ryby i smaczne kuropatwy. Skały dostarczają nam soli, jeziorko Romka — wody... Oby tylko tatuś z panem Rouvierem powrócili, wtedy — wszystko będzie bardzo dobrze! — Bóg da, że powrócą... — odezwał się Romek. — Mówisz, Henryczku, o swoich kuropatwach i o jeziorku Romka, a o mojej cebuli zapomniałeś? Zajadałeś ją ze smakiem, zamiast sałaty, a nic o niej nie wspomniałeś! — rzekła z wyrzutem siostrzyczka. — Niech żyje cebula Irenki! — zawołał Henryk. — Hurra! — odpowiedział wesoły Romek. Ściemniło się zupełnie. — Idźcie spać, dzieciaki! — rzekł poważnie Henryk i wziąwszy karabin, stanął na czatach. Dziewczynka jednak najpierw umyła naczynie, sprzątnęła wszystko i dopiero wtedy udała się na spoczynek, ucałowawszy starszego brata.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Mali zwycięzcy.
