Read here

Listy Kościuszki

Tadeusz Kościuszko Lucjan Siemieński · 1877 · Free in the US

55,284 words · about 3 h 52 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1877 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Listy_Kościuszki_(Siemieński,_1877)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Tadeusz Kościuszko Lucjan Siemieński
Language
Polish
Published
1877
Length
55,284 words · about 3 h 52 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)

Continue:

Front matter

LISTY

KOŚCIUSZKI

DO

całość

LISTY

KOŚCIUSZKI

DO

JENERAŁA MOKRONOWSKIEGO I INNYCH OSÓB

PISANE.

ZEBRAŁ I WSTĘPEM OPATRZYŁ

I.

LWÓW.

NAKŁADEM KSIĘGARNI

GUBRYNOWICZA I SCHMIDTA

1877.

Z DRUKARNI K. PILLERA.

W różnych okolicznościach prywatnych lub publicznych pisane listy Kościuszki, ogłaszane bywały tak przy jego żywocie, jak odrębnie, po pismach czasowych, przez tych, w których posiadaniu znajdowały się oryginały. Był to materjał szacowny dla historyka, miły dla każdego jako pamiątka po bohaterze narodu. Takich listów zapewne wiele jeszcze przechowuje się w prywatnych zbiorach; Kościuszko bowiem pilnym był w korespondencji, a niezmordowanym w chwili, gdy tego wymagał interes publiczny. Widzimy, jak w pierwszych dniach ogłoszonego powstania w Krakowie, rozsyła własnoręczne listy do wszystkich osób wpływowych, na których patrjotyzm mógł był liczyć, tak w Koronie, jak w Litwie. Wnosząc z tych listów, jakie ocalały i były ogłoszone drukiem, bardzo można się domyślać z ich treści, że nie pominęły nikogo, używającego opinji dobrego Polaka w każdem województwie, a nawet w powiecie. Był to bowiem rodzaj odezw prywatnych, zachęcających do udziału w ruchu powstańczym. Wiedział z doświadczenia najwyższy naczelnik, że drukowana odezwa nie tyle robi wrażenia na umyśle osób, wyższe zajmujących stanowisko, co poufne przemówienie i zachęta. Po bitwie Racławickiej, która była tak świetnym prologiem rozpoczynającej się walki na śmierć lub życie, uczuł Kościuszko potrzebę porozumienia się z narodem na szeroką skalę. Najprzód tedy z obozu pod Bossutowem, gdzie najdłużej się zatrzymał z powodu organizacji świeżo zebranych wójsk, rozsyłał liczne odezwy i prywatne listy. Pierwsze najczęściej układał Aleksander Linowski, następnie Niemcewicz, lub Ignacy Potocki. Były to jakby prelekcje, nauczające naród reform rewolucyjnych i wkazujące jak się ma brać do nich, jak je przeprowadzać i bronić. Owa reorganizacja starej republiki, w chwili potrzeby gorącej obrony, reorganizacja sięgająca głęboko w cały odwieczny ustrój, nie mogła tak nagle wydać owoców, bez dzielnych wykonawców, na którychby się można było spuścić. Tych znowu wyszukiwał Kościuszko i w swojem imieniu listami pociągał do udziału w sprawie publicznej. Takie listy jego wychodziły prawie z każdego obozowiska na tej długiej drodze, jaką szedł do Warszawy, staczając po drodze bitwy przez ciąg trzechmiesięczny, bo od początku kwietnia do końca czerwca. Trzy te miesiące uważane przez niektórych za niewłaściwe niemal za stracone, z powodu, że nie miały tego charakteru nagłości, jaki jest koniecznym warunkiem rewolucji, odpowiadały zupełnie systematowi Kościuszki, który podjął na raz dwa zadania: poruszyć naród w imię reform społecznych i dla ich obrony powołać go do walki z nieprzyjacielem. Najwyższy naczelnik wziąwszy ten olbrzymi ciężar na swoje barki, był tak pracowitym w obozowym namiocie jak Washington. Kiedy wojsko w śnie szukało pokrzepienia, on czuwał, on bił się z myślami, schylony nad mapą, jaki ruch zrobić, jaką zająć pozycję, żeby nieprzyjacielowi stawić czoło, wciągnąć po w zasadzkę, lub sobie ułatwić przejście, gdyby się widział otoczonym przez przemagające siły. Wódz nie mogący liczyć na doświadczone męztwo i swoich improwizowanych szyków, musi czuwać za wszystkich i myśleć o wszystkiem, nawet o drobnostkach, ciążących zwykle na podkomendnych. W takiem położeniu znajdował się i Washington i nasz Kościuszko. Obydwom trzeba przyznać z historją, która im oddała sprawiedliwość, że oni jedni byli duszą tej walki o niepodległość, jaka się toczyła w osadach amerykańskich i nad Wisłą; z różnicą, że potomkom Purytanów udało się zrzucić jarzmo macierzystej Brytanji, a synom odradzającej się Rzeczypospolitej polskiej pomimo, że sprawa ich była świętszą i sprawiedliwszą, wybiła godzina utraty niepodległego bytu. Pomijając co nam przechowała tradycja i historja o tej niezmordowanej czujności i zabiegliwości Kościuszki, można znaleść jeszcze uderzający dowód w jego z jenerałem Mokronowskim, prowadzonej przez miesiąc sierpień i wrzesień, aż do 7. października, czyli na trzy dni przed bitwą Maciejowicką, która, jak wiadomo, stoczoną była 10. października. Mokronowski, jeden z najgorętszych patrjotów, tak świetnie odznaczający się w dniach insurekcji warszawskiej, następnie jako dowódzca korpusu odpierający natarczywość Prusaków pod Błoniem (8. lipca), którzy wraz z korpusem moskiewskim Fersena chcieli przeszkodzić wejściu Kościuszki w okopy warszawskie — Mokronowski posiadał całe zaufanie naczelnika, na ten raz dobrze umieszczone. Była to prawdziwie czysta i rycerska postać. Jeden rys o nim dostatecznie go maluje. W dniach insurekcji warszawskiej, byli oficerowie podkomendni, cząstkowi dowódzcy ulicznej walki, lecz takiego, któryby miał powagę i całym ruchem kierował, nie było. Mokronowski leżał w ciężkim paroksyzmie pedogry; przychodzą do niego patrjoci, wzywając, aby objął dowództwo. On też niczego goręcej nie pragnie, ale niemoc przykuwa go do łóżka. zatem lekarzów i pyta, czy nie ma w ich sztuce żadnego środka, żeby mógł choć przez jeden dzień pokazać się na koniu. — Jest środek — odpowiedzieli lekarze — ale za kilka chwil zdrowia czekają cię długie lata niewyleczonego cierpienia. Na to odrzekł pełen heroicznej rezygnacji Mokronowski: — Nie radźcie się, tylko mego honoru. Puszczono mu krew, dosiadł konia, dowodził, zwyciężył, a jak powiedział na jego pogrzebie Kajetan Koźmian: „za błysk swobody, miał pół wieku boleści.“ Kościuszko potrzebował męża, któryby tak wysoko stał w opinji narodu, a mianowicie stolicy, jak Mokronowski, a przytem, na którego zdolności militarne i doświadczenie można się było spuścić, powierzając mu dowództwo armji działającej na Litwie, gdzie z pierwszego dowódzcy, jakim był jenerał Jasiński, panowało takie niezadowolnienie, że musiał go usunąć, a zastąpić jenerałem Wielhorskim, który, jak się pokazało, nie miał zdolności rewolucyjnego wodza, a do tego będąc cierpiącym, domagał się swego odwołania. Mokronowski wydawał się naczelnikowi najgodniejszym tego wyboru. Jakie w nim pokładał zaufanie, jak go wysoko cenił, widać to z całej korespondencji, którą tu pierwszy raz ogłaszam drukiem, jako dokument będący nader wymownem świadectwem niezmordowanej czynności Kościuszki, wglądającej w najdrobniejsze szczegóły, obmyślającej szersze plany działania, przewidującej potrzeby każdego oddziału i rodzaju broni, a ciągle dodającej duchu swoim podkomendnym jenerałom, jak ta główna sprężyna, od której ruch całej machiny zależy. Spotka się tu jeszcze czytelnik z projektami wojennymi naczelnika, o jakich nie wiedzieli ci, którzy jego historję pisali. Czy one były wykonalne, czy tylko awanturnicze? Możnaby dopiero powiedzieć, gdyby zostały w swojej porze zaaplikowane do tych rozmiarów, do jakich Kościuszko chciał je rozszerzyć. Wszakże pewna jest, że wyprawa Dąbrowskiego do Wielkopolski na tyły armji pruskiej, była jakby odłamkiem tych planów, jakie miały ogólniejsze zastosowanie, gdyby nie zaskoczyły wypadki, zmuszające myśleć raczej o odpornem niż o zaczepnem działaniu. Jeżeli czego żałować wypada szczególniej co do stanu wojska i ruchów jego na Litwie, to, że nie mamy listów i raportów jenerała Mokronowskiego, z wyjątkiem jednego listu pisanego przezeń do naczelnika. Zestawienie tych dwóch korespondencji dałoby obraz zupełny i wierny, jaki częstokroć trudno sobie zrobić z oficjalnych raportów lub doniesień w gazetach, które jedne i drugie dla „utrzymania ducha w wojsku i publiczności“ modyfikowały klęski, a podnosiły najmniejszą korzyść otrzymaną na nieprzyjacielu. Sam Kościuszko używał tej koniecznej taktyki, jakby wojennego fortelu. W liście do Mokronowskiego (nr. 38) donosi, że wysłał do Brześcia tysiąc piechoty i dwie armat, a w końcu listu dodaje: „Daj pogłoskę, iż cztery tysiące sukursu odemnie odbierasz, a sześć tysięcy jest w Lubelskiem; tak trzeba ich mamić.“ Listy Kościuszki do Mokronowskiego są wiernem odbiciem się myśli i zajęć wódza w chwilach najgorętszych, bo zbliżających katastrofę Maciejowicką. Jeżeli fortuna uśmiechnęła się na chwilę, oddalając od szańców stolicy armię pruską i moskiewską; jeżeli wyprawa Dąbrowskiego do Wielkopolski uwieńczoną była powodzeniem, to niebezpieczeństwo powiększało się w dwójnasób od strony Moskwy: Suwarow nadciągał ze świeżem wojskiem, a klęska zadana przezeń korpusowi Sierakowskiego pod Brześciem Litewskim, mogla otworzyć oczy na smutny i blizki przebieg sprawy powstania. Czuć też w listach Kościuszki pewien gorączkowy niepokój, w miarę, jak starcie się z korpusem Fersena stawało się nieuniknione. Aby przeszkodzić mu połączenia się z Suwarowem, trzeba go było odeprzeć lub w Wisłę Wrzucić. Męztwo tej garstki stawiącej mu czoło, nie zawiodło; zawiodła słaba liczebnie siła. Poniński za późno przybył na pole bitwy. Z wzięciem wodza skończyło się prawie powstanie. Dla ułatwienia czytelnikowi orjentowania się w tej korespondencji, wypada skreślić położenie armji powstańczej, rozłożonej na ogromnej przestrzeni od okopów Warszawy do granic Kurlandji. Ganiono Kościuszce to rozproszenie sił na drobne oddziały; lecz taktyka ta wypływała z jego sposobu zapatrywania się. Usiłowaniem jego było od początku zrewolucjonować wszystkie prowincje Rzeczypospolitej, stawić czoło nieprzyjacielowi na każdym punkcie, i w tym celu stosownie jak gdzie się trzymały oddziały moskiewskie, wszędzie znajdowała się komenda polska, zawsze prawie słabsza od komendy moskiewskiej, z czego wynikały częste rejterady lub porażki. Taktyka napoleońska dopiero później nauczyła zbierać szybkością poruszeń w jeden punkt przeważną siłę, aby na słabszą uderzać i takową znosić. Większą część swoich zwycięztw zawdzięczał on tej metodzie, nie spuszczając się na samo męztwo i ducha żołnierza, które choć wiele sobie ważył, nie mniej jednak ufał sile liczebnej. Kościuszko innym podlegał warunkom: nieliczną garstką liniowego żołnierza, starał szyki swoje pomnożyć ochotnikami i kantonistami, wybranymi na całym obszarze krajów dawnej Rzeczypospolitej, i to go w części zmuszało do rozdrobnienia sił, trudnych do zebrania w chwilach bardzo stanowczych, które na siebie długo czekać nie dały. Zobaczmyż, jaki był stan armji powstańczej w chwili, gdy wojska pruskie łącznie z moskiewskiemi podstąpiły pod szańce Warszawy, aby ją oblegać. Oprócz 15 tysięcy starego liniowego żołnierza, liczono do 40 tysięcy ochotników i rozmaitej ruchawki, po części uzbrojonej w kosy i piki. Artylerja polowa liczyła ze sto dział, doskonale obsłużonych wyćwiczonymi kanonierami, którzy zrobili prawie europejską sławę temu rodzajowi broni. jeden z pruskich wojskowych, czynny świadek tej wojny, pisze w dziełku: Der polnische Insurrektionskrieg (Berlin 1797): „Die polinsche Artillerie war vom Feldzeugmeister v. Grafen Brühl in einen sehr vollkommenen Stand gesetzt worden, und gehörte bekanntermassen zu der besten in Europa. Sie legitimirte sich in dieser Eigenschaft vor Warschau.“ Do obrony stolicy miał naczelnik 17 do dwudziestu tysięcy piechoty i pięć tysięcy jazdy. Reszta armji tak była podzielona: Wawrzecki na Żmudzi dowodził pięciotysięcznym korpusikiem, złożonym w piątej części ze starego żołnierza; Wielhorski, głównodowodzący oddziałami, będącymi na Litwie, rozporządzał oddziałem sześciotysięcznym i trzymał się w blizkości Wilna; Chlewiński wątpliwej wartości jako jenerał i jako przyjaciel Kossakowskich, obozował w okolicach Słonima z pięciotysięcznym oddziałem; Sierakowski w kilka tysięcy i z liczną artylerją stał nad Wieprzem od Brześcia Litewskiego; mniejsze oddziały strzegły Narwi od Prusaków. Naczelnik, zająwszy okopy warszawskie, tak rozłożył swoje dwudziestokilkotysięczne wojsko: prawe skrzydło zajęły cztery pułki piechoty i ośmnaście szwadronów kawalerji pod dowództwem jenerał-leitnanta Mokronowskiego, obejmując Bielany, Wawrzyszew Marymont. Zajączek stanął na Czystem i od rogatek Jerozolimskich z trzema pułkami piechoty i dwoma jazdy. Lewe skrzydło rozciągało się od Mokotowa, przypierając do Wisły koło Rakowie, gdzie dowodził jenerał Dąbrowski. Znaczną tę rozciągłość frontu zasłaniały okopy, o których Prusacy mówili z pogardą, nazywając je „kretowinami z piasku.“ W ciągu oblężenia wysypać kazał Kościuszko sto siedm szańców, tak, że nieprzyjaciel, żeby linję obronną przełamać, potrzebował w wielu miejscach zdobywać cztery rzędy szańców. Armja pruska stanęła naprzeciw polskiej na dobry strzał armatni. Lewe jej skrzydło dochodziło ku wsi Górze, gdzie stał major Pellet z bataljonem fizyljerow naprzód wysuniętym naprzeciw Woli. Prawe skrzydło zajmowali Moskale, mając przed sobą lewe skrzydło polskie. Co do obsadzenia innych punktów, bataljon fizyljerów Hinrichsa zajął wieś Szczęśliwice. Pierwsza linja pruska obozowała na pochyłości wzgórza od Woli. Bataljon Oswalda rozłożył się na samym szczycie wzgórza przed Wolą, zasłonięty mocnym zasiekiem i okopem. W drugiej linji stanęły trzy bataljony od prawego skrzydła, a trzy inne od lewego. Koło Szczęśliwic w drugim szyku ustawiono pułk huzarów Frenka. O lasek Wolski opierało się ośm szwadronów huzarów Zettritza. Ku wsi Górze, nieco w tył usunięte, rozłożyły się trzy pułki dragonów Brucknera, Bibersteina i Prytwica, a na ostatnim krańcu lewego skrzydła cztery szwadrony huzarów księcia Eugenjusza Wirtembergskiego. Przy każdym z tych pułków znajdowało się pół baterji konnej artylerji. Siły pruskie połączone z moskiewskiemi, wynosiły do 40 tysięcy. Prusaków dwadzieścia cztery tysiące; Moskali do trzynastu. Oba te wojska prowadziły z sobą przeszło sto dział; między temi Prusacy mieli trzy baterje armat pozycyjnych. Od 9. lipca się zaczęły drobne utarczki przednich czat, a właściwe oblężenie trzeba rachować od zającia Woli przez Prusaków w dniu 27. lipca. Kościuszko bowiem od samego początku nie myślał o utrzymaniu tego punktu. Od wzięcia Woli zaczęto bombardować miasto, rzucając ogniste kule, które jednak nie wiele zrządzały szkody. Wypadało więc sprowadzić działa oblężnicze z twierdzy Grudziąża. Nim te Prusakom nadeszły, król Fryderyk Wilhelm wdał się w korespondencję z królem Stanisławem Augustem, namawiając do poddania Warszawy i grożąc zemstą moskiewską. Oprócz tego rozrzucano między lud i wojsko mnóstwo proklamacji pełnych obietnic, którym nikt nie wierzył. Perfidja pruska aż nadto była znaną, aby można było zawierzyć tym oświadczeniom. Przez 28. i 31. lipca ostrzeliwali Prusacy Warszawę, rzucając bomby i granaty, które jednak nie sięgały do środka miasta, tylko na przedmieściach zapaliły parę domów. Podczas utarczki pod Wolą usiłowali Prusacy uderzyć na obóz Kościuszki łącznie z Moskalami, którzy posunęli się z jazdą i piechotą. Zamiarem ich było opanować Czerwoną karczmę i w pobliżu leżącą wioskę, ale ich odparto z niemałą stratą. Mimo tego idąc chyłkiem zajęli wieś Szczęśliwice i trzymali ją przez parę dni, dopóki Kościuszko nie kazał jej spalić ognistemi kulami. Przez 1. i 3. sierpnia sypali Prusacy gwałtowny ogień od Woli na stanowiska polskie; nasi dzielnie stali pod gradem kul i granatów. Podczas tej kanonady, nieprzyjacielska kawalerja zaczęła nacierać na nasze prawe skrzydło, ale gdy jenerał Kopeć ruszył przeciw niej z pińską brygadą, a jenerał Mokronowski kazał zagrać swoim baterjom, cofnął się nieprzyjaciel. Jenerał Dąbrowski stojący koło Czerniakowa zaczepił stanowisko moskiewskie na dniu, 2. sierpnia, uderzając na nie z czoła i z boku, w skutek czego opanował Zawadzką kępę, a Moskali odparł aż za Willanów. Później 16. sierpnia powtórnie z równem powodzeniem uderzył na nich, ale gdy ci otrzymali znaczne posiłki, niepodobna mu było osadzić się w Willanowie. W tymże czasie jenerał Poniński stojący pod Rakowcem, zdobył był baterje moskiewską pod Zborzem i zagwoździł dwa działa. Na d. 24. sierpnia nieprzyjaciel zaatakował całą linję jenerała Dąbrowskiego; Polacy od sił przeważnych znaczne ponieśli straty, mianowicie gdy usiłowali zdobyć nieprzyjacielską baterję, którą rzeczywiście wzięli, ale nie mogłi się w niej utrzymać. Około tego czasu pod Zegrzem, gdzie Narew wpada do Wisły, zaszło kilka ważnych utarczek. Nieprzyjaciel bowiem zamierzał rzucić tam most, aby obledz stolicę od strony Pragi, dotąd niezagrożonej. Jenerał Jażwiński dowodzący tam, zdobył Kępę i zburzył wystawioną część mostu. Książę Józef Poniatowski, o którego zasługach w kampanji 1792 r. naród zdawał się zapominać, lecz nie zapomniał Kościuszko, niegdyś jego podkomendny, ofiarował usługi swoje i był czynny jako ochotnik bez osobnej komendy; dopiero po odjeżdżającym na Litwę jenerale Mokronowskim objął on dowództwo jego dywizji na d. 8. sierpnia. Od tej pory rozwijał on niezmordowaną czynność w ustawnych utarczkach z nieprzyjacielem. Przez cały 23. sierpnia wytrzymał mocną kanonadę. Dnia 24. odparł atak pruski. W 26. opadnięty przez przeważające siły, a nieposiłkowany przez Zajączka, stojącego na , nie był w stanie obronić się Prusakom, którzy z bagnetem w ręku padli na dwie baterje. Dalsze posuwanie się nieprzyjaciela wstrzymał ogień z baterji pułkownika Górskiego, pod zasłoną którego książę mógł się bez wielkiej straty cofnąć pod Marymont i Powązki. Mała ta klęska powetowaną była w d. 28. sierpnia, kiedy obóz Dąbrowskiego zaatakowany był na całej linji. Była to najważniejsza i najkrwawsza akcja w ciągu tego oblężenia. Oficer pruski w relacji swej (Der polnische Insurrektionskrieg) powiada, że w dniu tym dwa pruskie piesze pułki HolIweda i Bonina tak zostały wybite, że je trzeba było zastąpić innymi. Feldfebel prowadzący wyborczą kompanję jednego z tych pułków, kompanję w której nie było jak kilku , zwrócił się do stojących oficerów i zawołał: - Patrzcie panowie! Oto wszystko co, zostało z naszej wyborczej kompanji! W ogóle w obozie pruskim panowało bardzo melancholiczne usposobienie. „Od początku oblężenia przez całe sześć tygodni, cóżeśmy zyskali?" mówili oficerowie i prości żołnierze, a zapewne myślał i sam król Fryderyk Wilhelm. Na dobitkę 30. sierpnia o pierwszej godzinie z północy z okopów na Czystem wyszli Polacy i podsunąwszy się cichaczem pod pruskie baterje, wykłóli broniących je i zagwodździli 9 armat. To samo ponowiło się 31. sierpnia. Polacy napadli na pruski fizyljerski bataljon Oswalda, i na drugi bataljon Anhalta, i wszystko co im opór stawiło, w pień wycięli. Bataljon Oswalda najwięcej ucierpiał. (Der pol. Insurrektionskrieg.) Na 1. września Prusacy gotowali się do ogólnego szturmu na Warszawę. Pruski jenerał Goetze miał uderzyć na Marymont, jen. Poltitz na lasek powązkowski, a jen. Amandruz na oszańcowane wzgórza, gdzie stały wiatraki. Ogólny szturm miał być wspierany przez obóz pod Wolą. Wojsko moskiewskie jednocześnie miało działać od prawego skrzydła. Taki plan operacyjny mógł kosztować połowę armji, szczególniej Marymont wymagał nadzwyczajnych wysileń, a bez ogromnych strat niepodobny był do zdobycia. Zresztą od początku oblężenia pokazał się znaczny ubytek w wojsku pruskiem tak przez śmierć, jeństwo, jak choroby. Ubyło bowiem do dwunastu tysięcy z szeregów. Nadomiar wszystkiego przyszła niepocieszająca wiadomość o powstaniu Wielkopolskiem. Mniewski z małą garstką, zebraną na prędce, napadł na posterunki pruskie, zatopił galary z amunicją i armatami i zagrażał tyłom armji pruskiej. To ostatnie kazało zaniechać nietylko ogólnego szturmu, lecz zmuszało do ustąpienia z pod Warszawy. Tak rozumowano W obozie pruskim. Król pruski ze swojej strony poparł to rozumowanie, powiadając: „że jego miłość ludzkości, a tem samem wstręt do przelewu krwi“ zniewala go do cofnięcia się z pod okopów Warszawy. Z dnia 5. na 6. września odbyło się odstąpienie Prusaków tak nieznacznie i cicho, że w polskich stanowiskach późno dopiero postrzeżono opuszczone nieprzyjacielskie obozy. Prusacy cofnęli się ku Piotrkowu, Moskale także zabrali się w górę Wisły i zatrzymali się około Warki. Warszawa oswobodzona! Kościuszko miał na pół rozwiązane ręce. Natychmiast dla wsparcia Wielkopolan wysłał Dąbrowskiego z Madalinskim. Atoli stan rzeczy na Litwie, zkąd była największa obawa, nie przestawał go niepokoić. Od samego początku jak pułkownik inżynierów Jasiński wyrzucił był Moskali Arseniewaz Wilna, przychodziły do Kościuszki często przeciw niemu zażalenia od obywateli, których z jawnem lekceważeniem traktował, jakby ich uważał za niegodnych walczenia i niesienia ofiar w świętej sprawie niepodległości ojczyzny. Najwyższy naczelnik, przekonawszy się o gwałtowności Jasińskiego, który na dobitek z małą siłą rzucił się na obóz moskiewski pod Sołami i był zupełnie rozbity, przywołał go do głównej kwatery, a miejsce naczelnego dowódzcy powierzył Michałowi Wielhorskiemu. Był to dobry żołnierz, ale jak mówi Niemcewicz: „wychowany w służbie austrjackiej, do drobnej akuratności łączący powolność nie był równy okolicznościom“. „Zastał on armię litewską w opłakanym , mówi Ogiński, a jeszcze bardziej się przeraził, gdy zrobiwszy jej przegląd, spostrzegł małą liczbę żołnierzy zdolnych do walki; niedostatek artylerji i amunicji i zupełne ogołocenie tych wojsk znajdujących się w obliczu nieprzyjaciela, a niemających środków atakowania go i zmuszenia do odwrotu z okolic Wilna.“ Smutne jest położenie dowódzcy, czującego słabość sił swoich. Wielhorski robił co mógł, aby zorganizować tę zbieraninę, a opatrzyć w potrzeby wojenne pułki regularne, których niewiele miał w swojej komendzie. Trudne to zadanie w kraju niepokojonym przez nieprzyjaciela. W żywych też kolorach malował stan swój opłakany w raportach do naczelnika. Ten zaś przez Ogińskiego kazał go zapewnić, że jeżeli sprawa dobrze pójdzie pod Warszawą, nie omieszka mu przysłać jen. Mokronowskiego z korpusem 8 do 10 tysięcznym, co jak mniemam, przechodziło możność naczelnika; lecz obietnica służyła zapewne dla pokrzepienia ducha w zdesperowanym dowódzcy. W początkach sierpnia przyszła wiadomość od Wielhorskiego, że tenże czuje się chorym i niezdolnym do prowadzenia wojny, i że zdaje zastępstwo Chlewińskiemu. Naczelnik zaraz wziął postanowienie i na dniu 5. i 6. sierpnia dał Mokronowskiemu rozkaz i instrukcję, aby jechał na Litwę zastąpić w dowództwie Wielhorskiego, jak to widzimy z pierwszych listów dołączonej tu korespondencji Kościuszki. Mokronowski nie miał już czasu dojechać do Wilna, albowiem 12. sierpnia Wilno zostało napowrót wzięte przez Moskali. Wielhorski bardzo mało okazał energji i zdolności militarnej w obronie stolicy Litwy, a jednak ważny ten punkt można było obronić. Łatwo pojąć, jak boleśnie dotknęła naczelnika wiadomość, która w kilka dni nadeszła, o stracie Wilna... Przewyższyła ona stratę Krakowa, otwierającego bramy swoje Prusakom; niepokoiła więcej o los powstania niż wkroczenie Austrjaków w Chełmskie i na Wołyń. Moskale mając w ręku Wilno, mogli skoncentrować znaczne siły, i znosząc jedne po drugich powstańcze oddziały stać się panami prawego brzegu Wisły. Obawy były słuszne. Jakiż bowiem był stan rzeczy na Litwie? Po zajęciu Wilna armja polska tam działająca nie miała żadnego punktu oparcia. Jeden korpusik naszych wojsk zachowywał swe stanowisko na Żmudzi i docierał aż do Kurlandji. Wawrzecki opanował Lipawę, ale jak tylko Chlewiński się cofnął z pod Wilna ku Kownu, zaczęto się cofać na wszystkich punktach. Stefan Grabowski, co był w dwa tysiące łudzi zapędził się nad Berezynę, aby tam robić dywersję na tyłach Moskali, poddać się musiał, będąc odciętym i nieposiłkowanym przez swoich. Podobnież nie udało się Michałowi Ogińskiemu, który wpadł był do Inflant, aby tam partyzantkę prowadzić. Inne korpusy litewskie rozdrobniły się, zajmując takie stanowiska, gdzie nieprzyjaciela nie było. Chlewiński nie poparł Sierakowskiego, który był posunął się pod Słonim, aby znieść Derfeldena. Nigdzie tam nie udawało się, wyjąwszy raz jeden. Kiedy wojska nasze stały pod Kownem, Moskale chcąc ich wyprzeć ztamtąd, sprowadzili z Olity na łodziach bataljon piechoty; szczęściem, że się tam znajdował dzielny nasz jenerał Majen, zajmujący W 500 ludzi lesiste brzegi Niemna. On to przepuściwszy kozaków i karabinierów moskiewskich eskortujących ten transport wzdłuż brzegu, kazał rzucić kilkanaście granatów na łodzie i takowe zatopił wraz ze znajdującymi się na nich ludźmi. Było to ostatnie powodzenie naszych Wojsk na Litwie. Po wyswobodzeniu Warszawy zwrócił naczelnik całą swoją troskliwość w stronę Litwy. Miał tam Mokronowskiego, w którym zupełną ufność pokładał, a który teraz objąwszy naczelne dowództwo, zgromadzał rozrzucone i cofające się komendy. Pisał też do niego pod d. 12. września: „Ustawiczne zażalenia komisarzów porządkowych litewskich na straty prowincjów, magazynów, na nierząd i nieczynność korpusu, a raczej komendy jenerała Chlewińskiego, były mi powodem, kochany jenerale, obli- cię, abyś się osobą swoją zbliżył ku Grodnowi i zaradzić starał się tak nieporządkowi tam wojska, jako też i poniesionym stratom. Potrzeba koniecznie pokrzepić potrwożone umysły; w odezwach ich do mnie rozpacz się maluje.“ We trzy dni potem, 15. września, zapewne otrzymawszy od Mokronowskiego plan użycia Sierakowskiego, pod Brześciem Litewskim stojącego, do zaatakowania Markowa, na którego kazał mieć baczność — odradza mu ten krok i pisze: „Nie życzę, abyś posuwał dywizję jenerała Sierakowskiego z Brześcia, gdyż Suworow, powiadają, jest, czyli idzie do Dubienki, a zatem byś miał nieprzyjaciela w tyle. Bardzo zalecam mieć oko na niego, i.“ Naczelnik jak widzimy pojmował „konsekwencje“, a raczej jawne niebezpieczeństwo, jeżeli Suworow nadciągnie z świeżemi siłami i zabierze tyły korpusowi litewskiemu, partemu z jednej strony od Wilna, a z tyłu zaatakowanemu przez niego. Wszakże wyraz „powiadają“ wątpliwem robi zja- wienie się nowego aktora na krwawej scenie. Politycy ciągle utrzymywali, że od tej ściany nie grozi żadne niebezpieczeństwo wojnie powstańczej, albowiem Moskwa niedawno zajęta wojną z Turkami, musiała przeciw nim trzymać korpus obserwacyjny. Zręczna dyplomacja moskiewska umiała jednak upewnić się ze strony W. Porty, że ta nie zechce korzystać z dobrej sposobności i że wstrzyma się od kroków wojennych. Tymczasem Suworow otrzymał rozkaz od Petersburgskiego dworu do natychmiastowego zebrania sił i wtargnięcia w granice Polski. Ruchliwy ten wódz rozesłał po komendach rozkazy i za punkt zborny naznaczył Warkowicze. Z pułkami jakie miał pod ręką 18 tysięcy żołnierzy, wyruszył z Niemirowa na d. 14. sierpnia, a W tydzień był już w Warkowiczach, gdzie się zbierały inne pułki. Po dwudniowym odpoczynku posunął się do Kowla, gdzie stanął szóstego dnia; tuz nim się połączył partyzancki korpus Buxhoevdena, a o cztery mile dalej korpusik Markowa, którym tak się ciągle niepokoił Kościuszko, że prawie W każdym liście zalecał Mokronowskiemu, aby na niego pilne zwracać oko. Wprawdzie W liście z d. 8. września pisze: „Wdzięczen ci jestem za baczność, którą masz na Markowa, jeżeli jesteś W stanie zajść go prędko i pobić, nie zaniedbuj okazji, choćby piechotę podwodami podwieść, pokazuje to jak talent wodza był trafny, atoli podkomendni jego nie mieli tej rzutności, koniecznej tam gdzie siły są tak bardzo nierówne. Kościuszko, jak widzieliśmy wyżej, nie życzy sobie, aby Mokronowski ruszył korpus Sierakowskiego z Brześcia, bo lubo miał doniesienie o zbliżaniu się Suworowa, jednakże poczytywał to za wieść. Pisał to 15. września, a 17. wyobrażając sobie, że Sierakowski spotka się tylko z Markowem i Buxhoevdenem, pisze: „Pewny jestem, że Bóg pobłogosławi waszemu męztwu, iż kolumnę Markowa pobijecie.“ Widać z tego, czy że niedokładne dochodziły go wiadomości, czy że chciał prawdę zakryć przed dowódzcami, aby nie osłabiać w nich ducha, czy że w istocie nie miał dobrych szpiegów. Przewidując bliskie starcie się z nieprzyjacielem, posłał był Sierakowskiemu sukurs, przez co brzeski korpus wzrósł do trzynastu tysięcy, licząc w to kosynierów i pikinierów. Tak tedy Sierakowski w nadziei, że spotka się z Markowem, posunął część wojska z Brześcia do Kobrynia, a lubo wysłany podjazd doniósł mu, że to nie Markow, lecz Suworow w 18 tysięcy ludzi obozuje pod Kamieniem Koszyrskim, o czem on nie zaniedbał dać znać naczelnikowi, który jednak, jak piszą niektórzy, twierdził: „że to nie ów wódz groźny, lecz młody jakiś Suworow z małym oddziałem, gdyż tamten musi pilnować granic tureckich,“ przeto czy dla zamaskowania rzeczywistych sił nieprzyjaciela, czy też z istotnej niewiadomości, polecił uderzyć na korpus idący od Kowla. W podobny sposób zarzucano Kościuszce niewiadomość o siłach nieprzyjacielskich pod Szczekocinami. Nagłe ukazanie się tam wojsk pruskich, kiedy mniemano mieć do czynienia tylko z małym korpusem moskiewskim, nie zmięszało wprawdzie naczelnego wodza, upierającego się do ostaniej chwili, że linje piechoty ukazujące się na widnokręgu nie mogą być pruskie; nie przeszkodziło to jednak do stoczenia „niepotrzebnej“ bitwy. Lecz wróćmy do Sierakowskiego i do idącego nań Suworowa. O parę mil od Kobrynia dowiedział się ten ostatni, że w powyższem mieście znajdują się polskie siły. O północy więc, wziąwszy z sobą ośm sotni Dońców i dziesięć szwadronów konnych jegrów, ruszył z obozu, a przebywszy groble i trzęsawiska między Dyminem a Kobryniem, rozproszył milicję, której tam jenerał Ruszczyc dowodził i o szóstej z rana skończył tę pierwszą rozprawę. Sierakowski mając pewność o następującym nań nieprzyjacielu, obrał dobrą pozycję pod Krupczycami, leżącemi 2 mile od Kobrynia, a pięć od Brześcia. Błotnisty, trudny do przebycia Muchawiec, do którego wpada Trościenica, płynąc ku wschodowi, skręca się tam ku północy. Dwie te rzeki dogodne były do zasłonięcia szeroko rozciągniętej linji polskiej, której prawe skrzydło opierało się o las dobrze osadzony, a lewe o gościniec idący z Brześcia, gdzie był most na Muchawcu i baterja najeżona sześcią działami, a nadto las zajęty przez strzelców i kilka dział mniejszych. Z tyłu tej linji ciągnęła się grobla wiodąca do Krupczyc, a przy niej murowany kościół i klasztor, zabudowania wiejskie, po za któremi stał bataljon piechoty brzeskiej i cztery szwadrony jazdy. Pozycja ta, ażeby ją skutecznie można było obronić, wymagała liczniejszego wojska. Ta druga linja, jak widzimy, zbyt słaba, nie rokowała w razie przełamania pierwszej dość silnej podstawy. Sierakowski część swoich sił zostawił był w Brześciu. Dnia 16. września wysłany stukonny podjazd ku Kobryniowi, natrafił o pół mili od Krupczyc na obóz Suworowa, ściśnięty w dolinie i tak przyczajony, że obecności licznego nieprzyjaciela trudno się było do- myśleć. Podjazd ten rozpędzili kozacy, a korpus posunął się naprzód i około 9 z rana rozpoczęła się bitwa. Naoczny świadek) opowiada, w czem i moskiewski zgadza się opis, że z razu gęsty ogień armatni sypał się z obu stron, z różnicą, że polskie strzały więcej szkodziły, niż moskiewskie, które nie donosiły, jako miotane ze zbyt oddalonych wzgórz. Suworow niecierpliwił się, widząc przed sobą szerokie na paręset kroków trzęsawiska i wzgórza, zasłaniające jak wałem szyki wojska polskiego. Wydał przeto rozkaz do ataku. Parę pułków piechoty W ściśniętych kolumnach pod jenerałem Buxkoevdenem ruszyło naprzód, przebywając trzęsawiska z największą trudnością i pod ogniem dział. Kozacy i trzy szwadrony huzarów zakrywało piechotę z obu skrzydeł. Tym sposobem Moskale obeszli załamanie Muchawca, ciągnąc po nad rzeką ku północy. Sierakowski stosuje do tego swoje poruszenia i zmienia front, odpierając nieprzyjaciela, który przeprawił się przez błota i zaczął nań silnie nacierać. Polacy potężnie się bronili ogniem karabinowym i działowym. Trzykroć piechocie dodano nabojów, i ta dotrwała na do trzeciej godziny z południa. Około tego czasu ukazała się nieprzyjacielska jazda w sile czterech pułków, które przeprawiwszy się o pół mili na tak zwanym Kozimbrodzie, wraz z bataljonem jegrów i dwoma armatami, zajęła górujące nad polskiem wojskiem stanowisko przy zabudowaniach dworskich. Poczem pułk perejasławski konnych jegrów przeszedł po wązkim i zepsutym moście, i tak z obu stron jazda wpadła na polskie kolumny, niemogące już dłużej wytrwać na stanowisku. Ogień działowy dzielnie utrzymywany z polskich baterji, pozwolił wycofać się w porządku, do czego wiele dopomógł mrok już zapadający. Środek ruszył najpierwszy, zasłonięty bataljonem brzeskim, stojącym w drugiej linji, lubo ten nie mógł wytrzymać natarcia jazdy moskiewskiej i już zaczął się mięszać. Atoli kilkanaście dobrze wymierzonych strzałów armatnich pohamowało natarczywość Moskali i pozwoliło przywrócić porządek w szeregach piechoty, tak, że znowu napadnięty bataljon Królikowskiego przez jazdę i jegrów idących na bagnety, mógł być ocalonym przez naszą artylerję, niweczącą te uporczywe zamachy nieprzyjaciela, a i przez krew zimną dowodzącego bataljonem, który „jakby na popisie szyk i czynność w niezachwianym utrzymywał porządku“. Z prawego skrzydła zabezpieczała odwrót gwardja konna, na którą uderzył był ów pułk perejasławski jegrów konnych i z razu ją zmieszał, atoli poprawili się gwardjacy, i wetując pierwszą porażkę, tak odepchnęli Moskali, że nie ponowili ataku. Tymczasem Sierakowski porządnie wycofał się do blizkiego lasu, gdzie zasadzone działa stanowczo wstrzymały nieprzyjaciela od dalszej pogoni. Po zlustrowaniu szeregów naszych liczono stratę w dwiestu zabitych, a sześćdziesięciu kilku rannych, stratę zaś Moskwy podawano najmniej na 3 tysiące. Trudno tu dojść prawdy, bo przeciwnie raport rowa liczy u siebie 125 zabitych, a 200 rannych, a stratę Polaków podaje na 3 tysiące głów. W ciągu całej tej kampanji zwyczaj był podawać do wiadomości publicznej straty w liczbach nader szczupłych, a nieprzyjacielskie w zbyt przesadzonych. Pewna jednak, że w krupczyckiej bitwie bardzo zaciętej, a trwającej od 9 do piątej wieczór, legła znaczna liczba z jednej i drugiej strony. Moskiewski jenerał Aleksander Iwanowicz Grasser powiadał: „Nikt nie uwierzy, ile nas ta bitwa kosztowała“. Być może, lecz to nie przeszkodziło Sierakowskiemu cofnąć się do Brześcia, a Suworowi posunąć się za nim z równą natarczywością. Przewaga sił w wojsku Suworowa i niepodobieństwo stoczenia z nim drugiej podobnej bitwy, jak krupczycka, zmuszało Sierakowskiego myśleć o odwrocie. jakoż obrał krótszą drogę lasami, aby dostać się prędzej do Brześcia, gdzie przeszedłszy Bug rozłożył się po drugiej stronie w Terespolu. Nie myślał zapewne kowski czekać tu na Suworowa, zwłaszcza, że pozycja nie była wcale dogodną od czoła zasłaniała go rzeka i miasto, lecz dla obu skrzydeł nie miał dostatecznego oparcia, a na Bugu nizki stan wody o tej porze robił łatwą do przebycia. Nazajutrz około dziesiątej wieczór doniesiono o pokazujących się tu i ówdzie kozakach, zaraz też kazał Sierakowski siadać na koń i gotować się do pochodu. Ale jak wieść utrzymywała, odwiódł go od tego zamiaru Horain, komisarz porządkowy, i wyszedł rozkaz przeciwny rozkiełznania i karmienia koni, i tylko wysłano pierwszego lepszego oficera z podjazdem, aby rekognoskował okolicę. Ten widać nie dotarłszy na miejsce, a będąc już odciętym, nie wracał z Wiadomością o nieprzyjacielu. Tymczasem w godzinę lub półtory po północy dają znać od zwodzonego mostu pod miastem, zajętego przez posterunek polski, że słychać na rzece wielki szum, jakby się znaczne oddziały przeprawiały przez wodę. Sierakowski wyobrażając sobie, że pójdzie nań prostym traktem na Brześć, postawił na moście, będącym na Bugu, dwie armaty i silny oddział piechoty pod podpułkownikiem Fontaną, i dla tego mniemał pozycję swoją zabezpieczoną. Lecz gdy nadedniem ujrzał liczne szwadrony jazdy moskiewskiej, delilujące po obu skrzydłach, prędko sprawił szyki w trzy mocne kolumny, a w odstępach równie w przedniej jak w tylnej straży ustawił działa; jazda wspierała każdą kolumnę. W największym porządku zwrócił się cały korpus ku Białej. Gdy atoli o małą milkę od Brześcia znalazł się na kobylańskiej grobli, dopędziła go masa moskiewskiej kawalerji i uderzyła na kolumny z wielkim impetem, zaskakując im od czoła i z obu boków. Trzykroć ponawiany atak rozproszył i zrąbał żołnierzy. Wysłana zaś przodem artylerja bez żadnej asekuracji wpada W ręce kozaków, a uciekająca kawalerja polska nie zatrzymuje się nawet, aby odbić zabrane działa. Sierakowski widząc ten popłoch bierze bataljon pieszej i szwadron konnej gwardji, udając się w prawo na Malową górę, w nadziei, że na siebie ściągnie nieprzyjaciela, a tem samem ocali kolumny; lecz inaczej się stało: on tylko ocalił się z tą garstką, reszta korpusu zrąbana i skłóta, lub wzięta w niewolę, również wszystkie armaty jeżli nie ugrzęzły w błocie, zabrał je nieprzyjaciel, a była to najlepsza broń w tym korpusie. Około drugiej z południa skończyła się bitwa, korpus Sierakowskiego zupełnie był zniesiony. Suworów wrócił do Brześcia, aby tam zaopatrzyć się w magazyny i przysposobić się na dalszą kampanję. Owa jazda, co pierzchła z pola bitwy, dostała się do Białej, a minąwszy to miasto, spotkała Kniaziewicza, prowadzącego w pomoc Sierakowskiemu tysiąc ludzi z pułku Działyńskiego, trzysta jazdy i dwa działa. O sukursie tym wspomina Kościuszko w liście do Mokronowskiego 17. września, kiedy jeszcze nie wiedział o klęsce. Sierakowski z bataljonem pieszej i szwadronem konnej gwardji, dowodzonym przez majora Kosmowskiego stanął w Konstantynowie, i ztamtąd datowany jego bardzo lakoniczny raport, a raczej „Excerpt) z raportu“, ogłoszony w dodatku „Gazety wolnej Warszawskiej“, gdzie czytamy: „Na dniu 18. (właściwie 17.) bieżącego miesiąca, wojsko moskiewskie pod komendą jenerała Suworowa w przeważającej liczbie wojska Rzeczypospolitej atakowało pod Odpór w tym dniu mężnie był dany od naszych, ze znaczną nieprzyjaciół stratą i z porządną wojska naszego ku Brześciowi rejteradą. Na dniu następnym 19. powtórnie nieprzyjaciel wojsko nasze atakował. Nie zachowało ono w obronie swojej ani tego męztwa, ani tego porządku, z jakim na dniu poprzednim stawiło się. Co też powodem stało się rozproszenia komendy mojej i straty znacznej armat, które aby się W ręce nieprzyjacielskie nie dostały, potopić kazałem. O bataljonie Królikowskiego nie mam dotąd dokładnej Wiadomości. jest nadzieja, iż ten armaty pod komendą swoją ocalił. „Dan w Konstantynowie d. 19. Września 1794 roku. Sierakowski jenerał-major“. Suworow wróciwszy do Brześcia, napisał swoim zwyczajem jeszcze lakoniczniejszy raport do feldmarszałka Rumiańcowa, pod którego rozkazami zostawał: „Zwycięzkie wojsko najjaśniejszej imperatorowej odpłaciło nieprzyjacielowi jego zuchwałość i nie dawało pardonu, W skutek czego strata nasza jest znaczną, choć nie tak wielką. Pobojowisko na półtory mili zasłane trupami. Jesteśmy bardzo zmęczeni“. Kościuszko nim przyszło do rozprawy pod Brześciem, ciągle niepokojony raportami Sierakowskiego o następującym nań od strony Wołynia silnym nieprzyjacielu, postanowił osobiście wpaść do Brześcia i do Grodna, aby przekonać się o stanie rzeczy i dodać ducha. Był on w tych trudnych chwilach walących się nań niebezpieczeństw, jak powiada Niemcewicz, podobny do węża, który przyciśnięty nogą wędrowca, jeszcze się na wszystkie strony wije i tłoczącą go nogę ranić usiłuje. Zdawszy tedy komendę Zajączkowi, ruszył naczelnik z adjutantem swoim Niemcewiczem z obozu pod Mokotowem, pędząc pocztowymi końmi. W Siedlcach zatrzymali się krótko u hetmanowej Ogińskiej, gdzie Kościuszkę doszedł raport Sierakowskiego o Krupczycach i Brześciu. Wiadomość taka przeraziła go w duchu, lecz nie odjęła nadziei ratunku. Jakby nic nadzwyczajnego nie zaszło na teatrze wojny, pisze z Siedlec te słowa do Mokronowskiego: „Sierakowski stracił w rejteradzie swojej wszystkie armaty i znaczną część infanterji. Potrzeba abyś się z dywizją Grodzieńską przysunął ku Warszawie i był wsparciem nas, gdyż inaczej Suworowa dywizja złączyć się może z zawiślaną“ (z Fersenem). Godna uwagi, że ów liścik, z którego podaję powyższe wyrazy, pisany jest w wielkiej nagłości, na kawałku lichego papieru i nosi datę 19. września. Domyślam się przeto, że naczelnik przybywszy do Siedlec w zamiarze jechania do Brześcia i Grodna, aby tam zlustrować korpusy i „dodać im ducha“, spotkał oficera z korpusu Sierakowskiego, który donióśł, że jenerał ten w odwrocie swym z pod Krupczyc, oparłszy się na grobli Terespolskiej (Właściwie Kobylańskiej), napadnięty był w nocy przez Suworowa; że wojsko jego stropione tą nocną, napaścią, w większej części pierzchnęło, i że w popłochu tym i działa swoje utracił. Słowa te pisze Niemczewicz (W Pamiętniku czasów moich) i fakt ten kładzie pod datą 6. października, to jest w 17 dni po klęsce brzeskiej. Smutny byłby to wódz, któryby o klęsce korpusu oddalonego o kilkanaście mil, dowiadywał się dopiero w 17 dni. Kościuszko jednak dowiedział się tego samego dnia o klęsce Sierakowskiego, jak to pokazuje data bileciku do Mokronowskiego. Zajączek W swojej historji rewolucji 1794 r. lepiej jest poinformowany, gdy mówi: „Kościuszko był dopiero 12 mil od Warszawy odjechał (do Siedlec), kiedy go ta smutna doszła nowina. Posłał więc do Zajączka z rozkazem wysłania natychmiast dywizji do 2000 najlepszej ćwiczonej piechoty, 10 szwadronów jazdy i 12 armat, nie licząc W to bataljonowych dla wzmocnienia Sierakowskiego, co bez odwłoki uskutecznionem zostało“. Po tem co zaszło, Widocznie Kościuszko wrócił do Warszawy, aby ztamtąd wysyłać sukursa i obmyślać środki obrony. Nieszczęściem jego było, że na nikogo nie mógł się tak spuścić, jak na samego siebie. Ze już nie z Siedlec jechał do Grodna, świadczą daty listów do Mokronowskiego, który są pisane z Warszawy i dochodzą tylko do 25. września. Zamiar ten dopiero później uskutecznił, jak to widać z listu porucznika Sulejowskiego, drukowanego W „Gazecie Wolnej Warszawskiej“, w którym tenże donosi: „Mieliśmy tu największe ukontentowanie oglądać w obozie naszym (to jest jen. Sierakowskiego) naj. naczelnika. Przybył tu do nas na d. 2.7. września itd.“ List ten datowany z głównej kwatery pod Kockiem na d. 3. października, a zatem w tydzień prawie po odwiedziniach Kościuszki, co pokazuje, że obóz posunął się z pod Siedlec ku Wieprzowi, aby mógł być bliżej korpusu Fersena, który w chęci połączenia się z Suworowem stojącym w Brześciu, miał zamiar przeprawić się przez Wisłę. Kościuszko bowiem proklamacje swoją do wojska, a raczej rozkaz dzienny do dywizji Sierakowskiego wydał był w obozie pod Wiszniowem (w pobliżu Siedlec) na d. 27. września. W rozkazie tym powiada, że przyszedł podziękować tym, co spełnili swój obowiązek, a oraz „ukarać i wydać na wzgardę publiczną tych, co nie godni imienia ludzi wolnych, nie godni imienia żołnierza polskiego, pierzchnęli z placu bitwy i przegranej stali się przyczyną.“ Dalej ustanawia: „Że ktobykolwiek podczas boju, czy oficer czy żołnierz, trwożyć miał korpus, ktoby krzyczał: że tył nam wzięto, żeśmy odcięci, żeśmy zgubieni, takowy nieodwłocznie wzięty, w łańcuszki okuty, a po skończonej bitwie przez sztandrecht sądzony i za przekonaniem rozstrzelany być ma“. Podobny rozkaz dzienny wydał w Grodnie, gdzie lustrował oddziały litewskie pod komendą Mokronowskiego. Rozkaz ten pisany ręką Kościuszki, znajduje się w jego z Mokronowskim i jeszcze ostrzejsze zawiera postanowienia: „Zalecam jen. Mokronowskiemu, aby w czasie bitwy wykomenderował część piechoty z armatami, kartaczami nabitemi, które w tyle linji umieszczone, do uciekających strzelać mają“. Środek ten używany w rewolucyjnem wojsku francuzkiem zastosowywał Kościuszko zapewne tylko dla postrachu. O ile wiemy, nie wszedł on nigdy w wykonanie. Cóż porabiał Suworow, upojony pierwszem powodzeniem swego oręża? Suworow cofnął się do Brześcia i tam ściągał prowianty, zakładał magazyny, utrzymywał korespondencję z jenerałem Derfeldenem i Knorringiem, którym kazał atakować litewskie oddziały, ściągane przez Mokronowskiego pod Grodno; z jednym tylko Fersenem, będącym na lewym brzegu Wisły, a odciętym przez korpusik obserwacyjny Ponińskiego i nowo organizujący się korpus Sierakowskiego między Siedlcami a Kockiem, nie miał żadnej komunikacji. Podjazdy jego kozackie uwijały się na dziesięć mil od Brześcia w kierunku Warszawy, z którego to powodu małe podjazdy polskie miewały częste z nimi spotkania, a dwory obywateli wiejskich stawały się łupem rabunków. Zresztą ta kilkotygodniowa bezczynność Suworowa wynikała poniekąd z uszczuplenia jego korpusu w dwóch krwawych spotkaniach z Sierakowskim, tak iż o uderzeniu na Warszawę od strony Pragi nie mógł myślić, tem więcej, gdy po bitwie Krupczyckiej polecił naczelnik jak najspieszniejsze oszańcowanie tego przedmieścia, w nieuniknionego ataku z tej strony, gdyby się nie udało pierwej znieść Suworowa. Kościuszko też nie miał na razie innego planu, jak pod Grodno zgromadzić wszystkie siły litewskiego wojska, posunąć je pod Brześć i zaatakować Suworowa z tyłu, wtenczas kiedy on z wzmocnionym korpusem Sierakowskiego uderzy na niego z przodu. Stosownie do tego planu regulowały się wszystkie ruchy wojska polskiego. Mokronowski, utrzymujący ciągłą komunikację z Sierakowskim, pisał do niego na dniu 6. października: „Myślą moją jest, aby się z tobą ułożyć dla atakowania Suworowa, lecz prędzej to być nie może, aż cały mój korpus Narwy nie . Wczoraj dopiero przyszedł Majena korpus i Pawła Grabowskiego. Muszę osadzić Narew, aby mi Derfeld i Knoring na kark nie wlazł, którzy w marszu nieustannie mnię harselowali. Zdaje mi się, że Poniński i Baranowski dosyć powinni być mocni do bronienia przeprawy Fersenowi“. Dalej pisze: ;Żołnierz mój tak jest znużony, że kawalerja konie w ręku prowadzi, a piechota upada“. W liście z 6. października opisuje Mokronowski Kościuszce swój pochód z Grodna: „Gdym wszedł w puszcze Sobolewskie jeszcze za Białym stokiem, tam kilka razy przez pozycję miejsca mogłem być otoczony i zupełnie zniesiony. Marszu jednak forsownego robić nie mogłem, gdy musiałem jeszcze korpusy za mną, zostałe protegować“. Pokazuje się z tego, że korpus posuwał się zwolna i że niewiele można było liczyć na jego pomoc w nagłym razie. W tymże liście pisze Mokronowski, że Warzecki musi się dziś, jeżeli go co nie zatrzyma, znajdować koło Tykocina; przyczem radzi osadzić Narew pod Tykocinem, Surażem, Płoskami i miasteczkiem Narwą; sam zaś z lepszem wojskiem myśli nieco się zbliżyć ku Sierakowskiemu i łącznie z nim uderzyć na nieprzyjaciela, o czem już jenerała Sierakowskiego, aby się z nim zniósł, przestrzegł. Oddziały kozaków uwijające się między Brześciem a Siedlcami, przejęły były kurjera wysłanego z listem do Kościuszki. W liście tym pisał Mokronowski: „Stosownie do narady naszej w Grodnie, ściągnąłem wszystkie dywizje znajdujące się na Litwie, i posunąłem się z niemi ku Bielskowi o piętnaście mil od Grodna na trakcie warszawskim; dywizję jedną pod komendą Wawrzeckiego wysunąłem o trzy mile ku pruskiej granicy. O dwie mile od niego ukazały się moskiewskie podjazdy, należące, jak mniemał, do korpusu Derfeldena.“ List ten był z daty 29. września. Zaledwie list ten doszedł rąk Suworowa i oświecił gro o planach Kościuszki, otrzymał jednocześnie raport od jenerała Derfeldena, który mu donosi, że stosownie do rozkazów ruszył z pod Słonima do Grodna, gdzie zastał zapasy żywności i nieco kantonistów, a teraz czeka na Cycjanowa, aby się z nim połączył, co gdy nastąpi, zostawi go w Grodnie, a sam z całym korpusem ruszy na Białystok. Wódz moskiewski postawiony w środku między dwoma mającymi go ścisnąć korpusami polskimi, t. Mokronowskiego, który od Wysokiego Litewskiego ku niemu dążył, i Sierakowskiego, który zajmując linję Wieprza, coraz wzmacniał swoje siły, w niemałej znajdował się obawie co do swego położenia. Wprawdzie pocieszała go wiadomość od Derfeldena, idącego za Mokronowskim, ale cóż dzieje się z Fersenem, zostającym po drugiej stronie Wisły, a obserwowanym przez korpus Ponińskiego? Żadne a żadne wiadomości nie dochodziły od niego. Pocieszył go jednak w tem strapieniu usłużny austrjacki jenerał hr. Harnonkur, donosząc jak najskrupulatniej, że baron Fersen 5. października przeprawił się przez Wisłę... Kościuszko w obozie swoim Mokotowskim otrzymał takąż wiadomość od Ponińskiego, mającego bronić Fersenowi przeprawy. Stosownie do tego pisał Mokronowskiemu pod d. 5. pażdziernika: „Po odebraniu tego listu rozkażesz jene- rale, aby dywizja jenerała Majena złączona z dywizją Pawła Grabowskiego wraz ruszyła do Bielska. Moskale przeszli Wisłę. Sierakowski zbliżyć się tu musi, trzeba siły nasze w tych stronach koncentrować.“ Było to 5. października, kiedy i ta wiadomość go doszła i ten list pisał. Natychmiast posłał rozkazy Kniaziewiczowi i jen. Kamińskiemu łączyć się z Sierakowskim, aby wstrzymać Fersena, którego przeprawa popsuła plan przygotowany na Suworowa. Dla wzmocnienia korpusu wysłał naczelnik wszystkie gwardje piesze pod dzielnym pułkownikiem Krzyckim. Tego dnia wieczorem, powiada Niemcewicz, byliśmy u Kołłątaja. Toczyły się tam rozmowy o najważniejszym wypadku obecnej chwili. Zajączek, na którego naczelnik zdał dowódzwo i przyznał się mu, że zamyśla uderzyć na Fersena, począł go zaklinać, aby nie narażał się na niebezpieczeństwo albowiem Fersen nierównie jest silniejszym od korpusu Sierakowskiego, i że lepiej byłoby pozwolić mu połączyć się z Suworowem, niż przegrać bitwę. Lecz Kościuszko zape- wniał ich, że jeżeli wzmocni Sierakowskiego korpusem Ponińskiego i oddziałami Zielińskiego, będzie miał siły wyrównywające siłom moskiewskim. Kołłątaj zaś, jak powiada Linowski (list do przyjaciela) odezwał się: „Skoro się naczelniku z wojskiem oddalisz, bać się potrzeba aby się znowu nie zaczęły wieszania.“ Inne osoby będące tam nie szczędziły uwag w tym sensie, co spowodowało Kościuszkę, że nie zabrał ze sobą wszystkich sił, jakiemi mógł rozporządzać, lecz znaczną ich część zostawił dla zabezpieczenia stolicy od ruchów ulicznych. Kościuszko zresztą, jak są niektóre dowody, wprowadzony był w błąd przez raport Poninskiego, który mu donosił, że część korpusu przeprawiła się przez Wisłę powyżej Kozienic, a druga część pod Puławami. Utwierdziwszy się W tem mylnem doniesieniu, mniemał, że z wojskiem jakie miał pod Sierakowskim, łatwo upora się z jedną częścią, aby się potem rzucić na drugą. „D 6. października, opowiada Niemcewicz, ruszyliśmy z obozu pod Mokotowem na koniach, bez masztalarzów nawet. Biegliśmy spiesznie, a gdy konie nasze ustały, braliśmy chłopskie z miejsca na miejsce“. Późno wieczór stanął naczelnik wraz z adjutantami swymi Fiszerem i Niemcewiczem w głównej kwaterze Sierakowskiego w Okrzei, dokąd wezwany na radę wojenną Poniński przybył z za Wieprza (z pod Bobrownik). Kniaziewicz spiesznym marszem nadciągnął był dnia poprzedniego i powiększył swoim oddziałem parotysięczny korpusik Sierakowskiego. Szczupłe te siły nie czekając na połączenie się z dwoma tysiącami piechoty, dziesięcią szwadronami jazdy i dwunastą działami, które w pomoc miał wysłać jen. Zajączek z Warszawy, się do Żelechowa zniszczonego przez kozaków, a wieczorem obozowały pod Korytnicą także w stanie zniszczenia. Ztąd pisał Kościuszko ostatni swój list do Mokronowskiego. „Przytomny jestem przy dywizji G. M. Sierakowskiego; złączywszy się z korpusem Ponińskiego, myślimy atakować korpus mo- skiewski, który się przeprawił przez Wisłę. Ty mój jenerale nie spuszczaj z oczu korpusu Suworowa, przybliż się w miejsce, które będzie ci najdogodniejsze itd.“ List ten pisany d. 7. października, ale co najosobliwsze i trudne do wytłumaczenia, że datowany jest Choćby Kościuszko cwałował na najlepszych, a nie na „chłopskich“ koniach, to nie mógłby w dwóch dniach z Warszawy stanąć w Krupczycach, leżących o pięć mil za Brześciem Litewskim w stronie zajętej przez podjazdy nieprzyjacielskie. Musi to więc być zamiast „Okrzei“, nawinęły się pod pióro „Krupczyce“, te nieszczęśliwe Krupczyce, które bym nazwał do katastrofy Maciejowic. Nazajutrz t. j. z 8. czytamy w „Gazecie Wolnej Warszawskiej“, podającej teraz nader lakoniczne raporta: „Patrol z obozu jenerała Sierakowskiego wysłany złapał kapitana od inżynierów i dziesięciu huzarów moskiewskich.“ Objaśnia nam to Niemcewicz jak i Drzewiecki w swoim pamiętniku. Ów kapitan od inżynierji moskiewskiej był Polakiem, nazywał się Podczaski; on to podał jak najdokładniejszą wiadomość o liczbie i położeniu Moskali, i obejrzawszy nasze siły, zapewniał, że Fersen o wiele przewyższa nas strzelbą i ludem. Bić się z nim nie radzi. Nie dawano mu wiary. Kościuszko trwał w tem co mu raportował Poniński, że będzie miał przed sobą część tylko korpusu Fersena; że wreszcie Moskale w przeprawie wiele ludzi stracili, co było bajką. Fersen skorzystawszy z gęstej mgły jesiennej, przeprawił się pod Tyrzynym. D. 9. z Korytnicy posunął szczupłe swe szeregi Kościuszko i pod Maciejowicami zajął stanowisko. Najprościej i najtrafniej objaśnia plan naczelnika, umieszczony w nr. 54 „Gazety Wolnej Warszawskiej“, gdzie tak mówi: „Dywizja naczelnika stała o trzy mile od dywizji Ponińskiego. Mając atakować Moskalów, takie poczynił rozporządzenia naczelnik, iżby w czasie samej akcji na po- moc przybył Poniński. W skutek tego układu tak się uszykował, iż odsłonil lewe skrzydło swoje i zostawił próżne miejsce dla Moskalów, którzy w nim stanąwszy, mieli być wzięci z boku od Ponińskiego, dla którego wysypane już były baterje.“ Fersen nie czekając aż będzie zaatakowanym, pierwszy atak przypuścił, jeneral Denisow, pobity niegdyś pod Racławicami, wszedł w miejsce zostawione otworem przez naczelnika. Bitwa skończyła się już, Kościuszko wpadł w ręce zwycięzcy, piechota polska całymi szeregami zasłała pobojowisko, kiedy przednia straż Ponińskiego zbliżała się pod Maciejowice. Dalsze kolei tej wojny znane są aż nadto z historji. Niniejsze opowiadanie zamyka się tylko w obrębie korespondencji Kościuszki z jenerałem Mokronowskim, korespondencji, która obok wielu szczegółów mniej znanych, o jakie potrąca, przyczynia się także do sprostowania mylnych dat, jakiemi przepełnione są pisma opisujące tę wojnę.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…