Read here

Listy do cudzej żony

Klemens Junosza · 1898 · Free in the US

17,750 words · about 1 h 15 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1898 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Listy_do_cudzej_żony&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1898
Length
17,750 words · about 1 h 15 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 37 min
  3. I about 1 min
  4. II about 2 min
  5. III about 3 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 4 min
  8. VI about 4 min
  9. VII about 3 min
  10. VIII about 5 min
  11. IX about 3 min
  12. X about 6 min
  13. XI about 3 min
  14. XII under 1 min

Continue:

Front matter

Y

DO CUDZEJ ŻONY.

całość

Y

DO CUDZEJ ŻONY.

I.

Dlaczego do cudzej? Przyczyna bardzo prosta. Autor jest, jak dotychczas, kawalerem, a więc pomimo chęci najszczerszych, ze swoją żoną korespondować nie może. Nie zdarzyło mu się też nigdy w życiu widzieć lub słyszeć, aby mąż z żoną prowadził korespondencye w kwestyi ogólnej, a właśnie niniejsze listy takiej dotyczą. Jest w nich mowa o małżeństwie, o tej instytucyi jak świat starej, o której tyle tomów napisano i tyle jeszcze napiszą. Wartoby na wstępie do tych listów położyć napis zdobiący angielski order Podwiązki, aby zawstydził się każdy, kto o nich z tytułu źle sądzi. W korespondencyi z cudzą żoną nie będzie nic takiego, coby odrobinę chociaż przypominało komedyę francuską lub tak zwany „romans psychologiczny.“ Kto zatem szuka skandalu, niech tej nie czyta, bo go w niej nie znajdzie. Szanowną korespondentkę, która wywołała niniejsze listy, znam od dziecka, widywałem ją jako pensyonarkę, jako podlotka, wreszcie jako młodą osobę bardzo urodziwą, pracującą na siebie w charakterze nauczycielki. Później przeniosłem się na mieszkanie w inne strony i straciłem ją z oczów. Mówiono mi, że wyszła zamąż bardzo bogato i że jest szczęśliwa. Dodaję jeszcze, że piękna pani Aniela, gdyż takie imię ma ta osóbka, jest moją : w jakim stopniu nie wiem, ale podobno tak jest na zasadzie kombinacyj, ułożonych przez jedną z mych ciotek, wielką znawczynię wszelkich prozapij i parantelli. „Anielcia poszła za mąż świetnie“ — mówiła mi owa ciotka, przyjąłem to do wiadomości z uciechą i przez kilka lat wcale nie słyszałem o tej osobie.

II.

Był ranek smutny, chmurny, jak prawie co dzień w listopadzie. Słońce spało w chmurach, ani myśląc spojrzeć na zabłoconą ziemię, deszczyk mżył drobniutki, w pokoju panował jeszcze mrok, chociaż zegar dawno wydzwonił dziewiątą. Przyniesiono mi kilka listów z poczty. Wśród nich znajdował się jeden, wyróżniający się dziwaczną formą koperty. Była ona wązka, wydłużona, zrobiona z papieru imitującego stary pargamin. Otworzyłem ją i przedewszystkiem spojrzałem na podpis: „szczerze życzliwa kuzynka Aniela Iks“. Więc ona nosi teraz nazwisko Iks. Tak i przypominam sobie, ciotka w swoim czasie mówiła, że Anielcia zrobiła świetną partyę, wychodząc za Iksa. Czegoż żąda pani Aniela? o co jej idzie? zkąd przyszło jej na myśl z „pałaców sterczących dumnie“ zejść, chociaż myślą tylko, do ubogiej chatki, w nic nie ma, prócz porozrzucanych książek i papierów? Odpowiedzi na to pytanie trzeba było szukać w drobniutkich literkach, rozsypanych jak mak na czterech stronach arkusza. Ach, więc nie wszystko złoto, co się świeci, więc tak zwana „świetna partya“ szczęścia nie daje, dostatki nie zapewniają spokoju; człowiek, któremu trzeba przyznać wiele zalet serca, charakteru, nie jest towarzyszem zajmującym, a osoba młoda, osoba, której dobrej doli wszystkie towarzyszki zazdroszczą, jest najnieszczęśliwszą pod słońcem! Niestety, tak. Napisane przecież najwyraźniej, czarno na białem, wybornym atramentem i na tak trwałym papierze, jak gdyby szanowna korespondentka pragnęła na całe wieki pozostawić potomnym dokument, świadczący o jej ciężkiej niedoli. Dlaczego jednak ja byłem owym powiernikiem, pod adresem którego nadesłano rzeczone lamentacye — piękna kuzynka usiłuje to wytłomaczyć w swym liście. O ile mogę wyrozumieć, ma ona to przekonanie, że dziennikarz, tak jak aptekarz, posiada wszelkie lekarstwa. „Dajecie ludziom rozmaite wskazówki i informacye (pisze ta pani), rozprawiacie o polityce, sztukach pięknych, o karbunkule, filozofii, sporcie, ekonomii politycznej, o kosmetykach, teatrze, literaturze, dlaczegóż nie moglibyście dać rady osobie nieszczęśliwej w małżeństwie?“ Dobrze trafiła! Ale o kilka wierszy niżej zaczyna już z innej beczki: „Wreszcie nie do dziennikarza się zwracam, dodaje, ale do przyjaciela, do kuzyna, do człowieka starszego, a więc i bogatszego doświadczeniem życiowem, obserwacyą. Nie z jednego pieca chleb jadłeś, dużo ludzi, a więc i dużo małżeństw znałeś, a zatem odczytaj mój list i radź, bo!...“ Ha! skoro pani dobrodziejka z tej beczki zaczyna, to co innego. Radzić mogę, ale uprzedzam, że rady moje nie przypadną do gustu. Wolno też je przyjąć, wolno odrzucić; ja tylko odpisuję na list...

III.

Zaraz odpisuję, tego samego dnia: „Kochana Kuzynko! Nie wyrażam żalu i współczucia, bo to Pani w jej smutnem położeniu nic a nic nie pomoże; nie zachęcam Pani do „zrywania pęt“, ani do „walki zawziętej“, ponieważ, o ile mogłem wyrozumieć sytuacyę Pani, pęta nie są zbyt ciężkie, a walczyć nie ma z kim i nie ma o co. „Proszę nie marszczyć czoła i nie gniewać się na swego powolnego sługę, proszę o trochę cierpliwości, o przeczytanie do końca tego listu, a raczej tych listów, bo kilka ich będzie, potem dopiero niech się Pani zastanowi nad niemi i albo z nich skorzysta i zachowa je w swem biórku na pamiątkę, albo też wrzuci je w piec gorejący na pastwę płomieni. Taki, czy owaki wyrok, przyjmę z pochyloną głową i apelacyi zrzekam się z góry. Obecnie zastanówmy się, o co właściwie Pani idzie? Przeczytawszy bardzo uważnie jej list raz, drugi i trzeci, powziąłem niejakie wyobrażenie o panu Iksie, mógłbym nakreślić jego portret na podstawie tego, co Pani własnoręcznie napisała. Probuję: 1-o. „Jest to człowiek o powierzchowności przyjemnej, niegdyś nawet był piękny, dziś wygląda poważnie i sympatycznie, własne słowa pani.“ 2-o. „Nie mogę powiedzieć, żeby był dla mnie za starym, różnica wynosi tylko dziesięć lat; on właśnie zaczął czterdziesty, a ja... ma się rozumieć, dwadzieścia sześć.“ Mniej więcej tak Pani pisze. 3-o. „Sprawy majątkowe interesują mnie bardzo mało, i nie wchodzę w to zupełnie, że mąż mój posiada majątek ziemski i kapitały w banku, które podobno z każdym rokiem powiększa.“ I to wyjątek z pani listu. 4-o. „Zdrowie ten człowiek ma żelazne. Od czasu, jak jestem jego żoną, nie zachorował ani razu. Daleka jestem od twierdzenia, że to źle, owszem, życzę mu, aby jak najdłużej takim stanem zdrowia się cieszył, ale przecież jakaś mała dolegliwość, niedyspozycya, przelotny ból głowy, byłyby urozmaiceniem monotonnego życia. Nie chciej tego rozumieć fałszywie, kuzynie; nie posądzaj mnie o brak serca, ale przyznasz, że sam na mojem miejscu nie gniewałbyś się, mając choćby pozór, choćby tylko cień pozoru wyjazdu za granicę, do wód, gdzie tak przyjemnie czas przechodzi. Przewiduję, co mi na to odpowiesz — że można wyjechać i bez żadnego pozoru, że wreszcie ja mogłabym wyimaginować sobie jakieś cierpienia. Co do pierwszego, mąż mój ma niewzruszone zasady; jest to zawzięty domator, zwolennik swojskości, dowodzi, że bogactwo nie uwalnia od pracy i że on (to jest okropność) ma obowiązek pilnować swoich pól, wołów, koni, gorzelni, lasów, tak jak chłop na kilku morgach ma obowiązek strzedz swego dobytku. Co do drugiego, próbowałam i więcej już tego nie uczynię. Udałam raz cierpiącą: tak się ogromnie zmartwił, taką mnie opieką otoczył, tylu lekarzy sprowadził, że byłam umęczona i zażenowana... i wstydziłam się tej małej komedyi. Chyba i lekarze poznali się na moim figlu... bo przecież jestem zdrowa, zupełnie zdrowa.“ Ma Kuzynka słuszność, cóżby to byli za lekarze, gdyby nie umieli poznać się na figlach! 5-o pisze kochana Kuzynka tak: „Na sposób obejścia się ze mną uskarżać się nie mogę: jest uprzedzająco grzeczny i delikatny. Humor ma zawsze jednakowy, pogodny; nie okazuje mi nigdy niezadowolenia, a zawsze usiłuje bawić i zajmować. Opowiada mi czasem o swoich folwarkach, gospodarstwie, lecz gdy dostrzeże, że mnie to nie zajmuje — zmienia przedmiot rozmowy natychmiast.“ 6-o. „Ludzie go bardzo szanują i cenią jego zdanie wysoko. Nieraz przyjeżdżają sąsiedzi, aby zasięgnąć jego rady w rozmaitych kwestyach, wkładają na niego obowiązki honorowe, powołują na opiekuna sierot, rozjemcę sporów, a on pomimo, że ma dość własnych zajęć, nie wymawia się, przyjmuje wszystko.“ Oto jest sylwetka oskarżonego, według własnych słów oskarżycielki, same cytaty z Pani listów. Obaczmy teraz, o co go Pani obwinia, co właściwie popełnił, czem zatruł Pani życie, tak bardzo, że aż Ci się ono staje nieznośnym ciężarem!... Pomimo bardzo usilnych poszukiwań w liście Twoim, piękna Kuzynko, nie mogę znaleźć żadnych zarzutów określonych ściśle. Same ogólniki, westchnienia i żale: życie obrzydło, świat się przykry, wzdycham do wolności, do moich dawnych ideałów, o czem innem zupełnie marzyłam. Otóż, racz Pani to bardziej szczegółowo określić, racz powiedzieć szczerze, co Ci mianowicie dolega, czego pragniesz, do czego się Twoja dusza wyrywa?...

IV.

Co za punktualność, jaka punktualność!! Mógłbym myśleć, że koresponduję z jakim fabrykantem niemcem, pedantem z krwi, wychowania i przyzwyczajeń, nie zaś z młodą ładną, a zapewne i trochę kapryśną kobietą. W trzy dni przychodzi odpowiedź na list, odpowiedź obszerna, chociaż jeszcze bynajmniej nie wyczerpująca. Naprzykład, nie mogę z niej w żaden sposób wyrozumieć, czy Pani męża swego kocha, czy nie? Czy wychodząc za niego, mogłaś szczerze i bez zarumienienia się, nie kłamiąc, powiedzieć mu, że łączysz się z nim na zawsze, na dobre i na złe losy, aż do śmierci? To wiedzieć muszę przedewszystkiem, jeżeli zostałem mianowany doradcą i zaszczycony zaufaniem. Ustęp listu o dwóch motylkach bujających w powietrzu, przenoszących się na barwnych skrzydełkach leciutko, z kwiatka na kwiatek, z gałązki na gałązkę, pełen jest poetycznego wdzięku. Dwa , dwa ptaszki, dwie gwiazdki, to harmonia. Rzeczywiście, piękna Pani, dodałbym jeszcze, że dwa woły w jarzmie, dwoje spracowanych żeńców na zagonie, to także harmonia; ale wół z motylkiem, człowiek z ptaszkiem, to już, Pani Dobrodziejko, nie harmonia, to fałszywy akord, dysonans. I tak mi z tej poetycznej przez Panią użytej alegoryi wypada, że właśnie wasze małżeństwo jest jakoby takim dysonansem. Ubliżyłbym małżonkowi Pani, gdybym chciał porównywać Go do wołu, boć przecież, jak widzę z Pani listu, jest w nim coś więcej nad siłę i zdrowie, sama Pani przyznaje, że ma prawy charakter i że go ludzie szanują — ale i Pani nie chcę porównywać ani do motylka, ani do ptaszka... Byłaby to impertynencya dla kobiety — jako dla człowieka — i jeżeli mamy doprowadzić tę korespondencyę do końca i traktować poważnie kwestyę jako kwestyę, to postanówmy sobie nie mieszać do dyskusyi fiołków, konwalij, jaśminów, ani słowika, ani księżyca, ani gwiazdek — tylko ludzi. Będzie to prozaicznie, ale lepiej. I gdyby Pani w swym liście nie była goniła za motylkami i ptaszkami, to może zdołałaby lepiej sformułować zarzuty przeciwko swemu mężowi; tymczasem tak je Pani umiała otulić w gęsty welon porównań i przenośni, że ani sposób dobrać się do tak zwanej przez zwykłych śmiertelników „istoty rzeczy.“ „Ja mu nie mogę nic zarzucić, pisze Pani, a jednak czuję, że to dla mnie towarzysz za poważny. I zdaje mi się, że źle uczyniłam, oddając mu swą rękę. Co jednak było robić? Wiesz dobrze, kochany Kuzynie, że rodzice moi byli biedni, a po śmierci ojca matka prawie nie miała z czego żyć, a przecież była jeszcze młodsza siostra. Jedynym środkiem utrzymania dla nas trzech, to jest dla matki, Jadwisi i mnie, było to, co ja zarobiłam lekcyami. Krucha to podstawa bytu, tembardziej, że matka z wiekiem coraz więcej zdrowie traciła, trzeba jej było zapewnić wygody, lepsze pożywienie, dawać wzmacniające wina i . Nieraz byłam w rozpaczy, co zrobię? Może, kochany Kuzynie, o tem wiesz, może nie wiesz, ale ja zabijałam się pracą; od wczesnego ranka do późnej nocy cały czas poświęcałam moim uczennicom, a jednak nie zarabiałam tyle, żeby mogło na wszystko wystarczyć. Z niesłychaną obawą, z trwogą, która przejmowała mnie dreszczem, spoglądałam w przyszłość straszną, niepewną; gdy wtem, zupełnie niespodziewanie, spotkałam w towarzystwie dzisiejszego męża mego, Henryka. Podobałam mu się, a w trzy miesiące potem zostałam jego żoną. Osądź sam, czy mogłam postąpić inaczej? Matka, uszczęśliwiona mojem zamążpójściem, ostatni rok życia przepędziła w największych wygodach i umarła z uśmiechem na ustach, dziękując Bogu, że ja jestem szczęśliwa(!). Siostrę młodszą wydałam zamąż, za kuzyna mego męża, człowieka mniej zamożnego niż on, ale mającego byt zabezpieczony. I w taki sposób ostatecznie rozwiązała się zagadka, trapiąca biedną nauczycielkę. Rozwiązała się pomyślnie — a jednak... kto wie, czy nie byłabym szczęśliwszą, wyszedłszy za biedaka, na twardą dolę, na pracę. Możeby on mnie lepiej zrozumiał, może troska o chleb nie dopuszczałaby do głowy tych myśli, które tłoczą się w niej niby ciężkie chmury, grożąc burzą... Ja nie mówię że Henryk jest zły człowiek, że mnie nie ocenia, nie kocha, ale uciekłabym chętnie za dziesiątą granicę, ukryła się za górami, za morzami, byle nie być tu, gdzie mi niby tak dobrze.“ Otóż to, kochana Kuzyneczko, owo „niby“ jest najgorsze. Przyjdziemy jeszcze i do tego punktu, ale pozwól, że cokolwiek zboczę z prostej drogi. Kochana kuzynka w swojej wspaniałej rezydencyi dzisiejszej, gdzie, jak się dowiaduję z listów, jest kilkanaście pokoi, śliczny ogród, cienisty park, staw, a na nim łódki do spaceru, nie myśli zapewne o tem, ze można mieszkać w jednej ponurej izbie, mieć widok na ciasne podwórko i na oficynę, w której gnieździ się niezamożna ludność miejska. Ja właśnie w jednej takiej ponurej stancyi mieszkam, na oficynę codzień patrzę i w niej na niejedno zapytanie kuzynki odpowiedź znajduję. Oto naprzykład na pierwszem piętrze mieszka dziwne małżeństwo. Mąż ma przynajmniej sześćdziesiąt lat wieku, brzydki jak grzech śmiertelny, chory, przez połowę sparaliżowany, a żona śliczna, młoda kobieta. Wyobraża pani sobie zapewne, że tych dwoje ludzi żyje z sobą jak pies z kotem i że (oprócz Pani naturalnie) nie masz nieszczęśliwszej istoty nad ten świeży, do życia uśmiechnięty kwiatek, przypięty do starego kożucha. Bynajmniej — małżeństwo to jest zgodne i żyje przykładnie. On nie wychodzi z domu nigdy, ona tylko godzinę, dwie po za domem przepędza. Chodzi do kościoła i na targ, czasem odwiedza rodziców i rodzeństwo. Ojciec jej był ślusarzem, pracując przy fabryce, uległ kalectwu i zbiedniał. Nie miał dość siły, aby jako robotnik przy warsztacie mógł stanąć, ani też dość pieniędzy, aby warsztat założyć i czeladników przyjąć; bieda zaglądała do domu, trzeba było wyprzedawać potrosze ruchomości, aby mieć na chleb. Ten biedny człowiek miał czworo dzieci: córkę siedemnastoletnią dziewczynę i troje drobiazgu. Żona jego również nie domagała na zdrowiu. Położenie było bardzo trudne. W czasie najkrytyczniejszym przez osobę trzecią zgłosił się ów człowiek chory, z propozycyą, aby Mania została jego żoną. Wdowiec był wszelkiej opieki pozbawiony, a względnie do swojej sfery zamożny. Obiecał dopomódz rodzicom dziewczyny, a po śmierci jego całe mienie miało przejść na nią. Mania nie namyślała się długo, i już od dwóch lat spełnia obowiązki siostry miłosierdzia przy tym schorowanym człowieku. Ojciec jej założył warsztat, przyjął czeladników, roboty ma sporo i już chleba w domu teraz nie brakuje. Dowiadywałem się, jakie też jest pożycie tak niedobranej pary? Zaręczono mi, że jak najlepsze. Chory otoczony jest troskliwą opieką, a Mania ma tę pociechę, że widzi rodziców swych i rodzeństwo zabezpieczone od nędzy. Ta prosta dziewczyna, córka rzemieślnika, nie narzeka na swój los i nie rozpacza; pielęgnuje chorego, szanuje go i ma dla niego uczucie wdzięczności za to, że przyszedł z pomocą jej ojcu. Jestem prawie pewny, że gdy mąż jej umrze, ona szczerze i bez obłudy po nim zapłacze. Zasady religijne chronią ją od wszelkich pokus i jest żoną uczciwą. Może niepotrzebnie wplotłem do dzisiejszego listu tę opowieść, ale już nie rozedrę tej karteczki, niech zostanie, a na zakończenie rzucę pytanie: czy też starałaś się Pani kiedy poznać bliżej te przedmioty, te sprawy, które interesują Twego męża? Chciałbym o tem wiedzieć.

V.

Widocznie obraziła się. Upłynęło trzy dni, tydzień, półtora, listu jak nie ma, tak nie ma. Widocznie kaprys już przeszedł, pisanie sprzykrzyło się, jakaś nowa myśl, czy nowy przedmiot, zajął panią Anielę. Jak jej się podoba, możemy na tem korespondencyę zakończyć. Ale nie. Po dwóch tygodniach znów długa i wązka koperta znalazła się na mojem biurku. Tym razem list był krótszy niż poprzedni. „Na co mi Pan opisywał historyę owej biednej dziewczyny? Czy to ma być aluzya? Ja przecież nie zostałam żoną sparaliżowanego starca i nie podjęłam się pielęgnować go aż do zgonu, a gdybym była w tem położeniu, gdybym była przyjęła na siebie tym podobne zobowiązania, to spełniałabym je nie gorzej niż owa dziewczyna, którą szanowny Kuzynek zdajesz się uwielbiać. Przyznam się szczerze, że przykro mi było po przeczytaniu owej przymówki, o mało, żem się nie rozpłakała. Czy każesz mi Pan szukać wzorów postępowania w owej oficynie, wśród sfery ludzi niewykształconych, prostaków?“ Bardzo pięknie, że się Pani gniewa, pisałem w następnym liście, to dowód, że lekarstwo skutkuje. Oto już się Pani zastanawia, już Pani myśli, a to coś znaczy. Z listu Pani jednak widzę, że zastanowiłaś się nad waszym wzajemnym stosunkiem, że robiłaś pewnego rodzaju obrachunek waszej współki. Słusznie, boć w gruncie rzeczy współka to jest: On wniósł do niej dobry charakter, stanowisko, majątek, pracę, energię, zdrowie, wreszcie wielkie przywiązanie do Pani — Pani zaś wniosła urodę, wdzięk, inteligencyę, i... otóż to, że nie mogę się dowiedzieć dokładnie i co jeszcze? Gdybyś, szanowna Kuzyneczko, wniosła szczere, serdeczne przywiązanie, gdybyś ukochała i jego samego, i jego dążenia, i jego pracę, gdybyś cieszyła się jego powodzeniem, a martwiła przeciwnościami, współka wasza byłaby lepszą, a wkład twój, Pani, zrównałby się z jego wkładem. Dziś wyglądacie jak dwaj kupcy, z których jeden pracuje, zabiega, całą inteligencyę i energię wkłada i zużywa na to, aby interesy współki szły wybornie, drugi zaś nudzi się i ziewa, a nie ciekawy jest nawet dowiedzieć się, co się dzieje. Przykro Pani było, że zacytowałem przykład poczerpnięty z życia ludzi sfery niższej. Czy sądzisz Pani, że od niej niczego nauczyć się nie można! Błędne to mniemanie. Ja widziałem małżeństwo, którego całem mieniem było kilka morgów lichego gruntu, wpół rozwalona chata i chuda krowa; widziałem, jak on zaprzęgał tę krowinę do pługa i orał, a kiedy trzeba było rolę zbronować, to oboje z żoną ciągnęli bronę po polu, bo konia własnego nie posiadali, a nająć cudzego nie mieli za co. Po kilku latach takiej ciężkiej wspólnej pracy położenie ich zmieniło się znacznie. Chałupa i stodółka odnowiona, w stajni koń, a w oborze dwie krowy. Kto wie, czy za lat kilka nie przykupią jeszcze kilku morgów i nie powiększą swego gospodarstwa. Może komu wyda się bardzo prozaiczną historya tych dwojga robotników, prostych, nieokrzesanych — ale jeżeli zechcemy się bliżej przypatrzeć ich pożyciu, dostrzeżemy w niem kilka bardzo cennych zalet. Przedewszystkiem wspólność pracy, wspólność interesów, celów i dążeń. Ci ludzie mogą powiedzieć, że ich szczupłe mienie jest ich własnem mieniem, każdy kęs chleba, jaki spożywają, owocem ich własnej pracy. Nie masz u nich podziału na moje i twoje, a o wszystkiem, co mają, o wszystkiem, co do nich należy, mogą powiedzieć — to nasze. Dlaczego Pani czasem nie zapyta swego męża o urodzaje, o zbiory, o stan robót w polu? Dlaczego nie zaproponuje mu Pani ze swej strony pomocy, choćby tylko w rachunkach? Dlaczego nie weźmie Pani na swoje własne barki jakiejś drobnej, drobniutkiej cząsteczki jego pracy? Z listu szanownej Kuzynki widzę, że nawet zarząd domu niewiele ją obchodzi; siedzi sobie Pani, jak księżniczka wschodnia, a liczna służba spełnia jej każde życzenie. Czem Pani wypełnia cały dzień? „spacer, fortepian, książki, czasem goście. Po za tem smutek i smutek.“ To słowa Pani własne, to wyjątek z jednego Jej listu. Wierzę, że tak jest i ubolewam nad Panią, kochana Kuzynko, ale to, co Pani nazywasz smutkiem, bynajmniej smutkiem nie jest, to tylko nudy, wynikające z braku zatrudnienia, nudy okropne, mogące człowieka doprowadzić do rozpaczy. Tak, tak, Kuzynko, to straszna choroba, a jednak jest na nią lekarstwo niedrogie, dostępne nawet dla biedaka. Ja chyba ten list przerwę... jestem bowiem przekonany, że go Pani w piec wrzucisz i powiesz: Co za nieznośny dziad! zamiast dobrej rady, o jaką go prosiłam, prawi mi morały, stawia za wzór babę wiejską, opaloną, zakurzoną, ciągnącą razem ze swym mężem, oczywiście także niezdarnym chłopem, bronę po polu... Prawda, że tak będzie? Ale jakkolwiek się stanie, czy list ten pójdzie do pieca, czy też będzie schowany, zdaje mi się, że kochana Kuzynka wysnuje z niego kilka wniosków, choćby tylko trzy, a mianowicie, że jeżeli kto wychodzi zamąż przez się dla rodziny, jeżeli wyrzeka się osobistych pragnień dla szczęścia swoich najbliższych i przyjmuje na siebie przykre zobowiązania — to powinien je spełniać tak sumiennie i uczciwie, jak owa córka rzemieślnika. Że jeżeli ktoś wychodzi zamąż na to, aby pracować wspólnie i razem z towarzyszem swoim walczyć o byt, to powinien tak pracować gorliwie, jak ta młoda chłopka na zagonie. I nareszcie, trzeci, najważniejszy wniosek, dający się zastosować do ludzi wszelkich sfer społecznych i towarzyskich, najrozmaitszych stanów majątkowych, jest ten: że jeżeli kto chce nie znać, co nudy, co jakieś urojone nieszczęścia, niech sobie zatrudnienie, niech je ukocha, niech mu się odda całą duszą... Jeżeli, kochana Kuzynko, takie wnioski z mego listu wysnujesz, jeżeli zastanowisz się nad niemi, a zechcesz je choćby potrosze i stopniowo wprowadzać w czyn, w takim razie twój świat nudów istnieć przestanie, rozpadnie się w puch, obróci w nicość, a na jego miejscu zjawi się nowy świat czynu i uczuć, w którym będzie ci dobrze.

VI.

„I kogóż tam jeszcze, szanowny Kuzynku, nudziarzu niepoprawny, wywleczesz na scenę z bogatego repertuaru ślusarzy, szewców, chłopów?... Chyba brakuje już tylko zaszarganej żydówki z za Żelaznej Bramy, przekupki sprzedającej jabłka i pomarańcze?... „Nie żałuj sobie tej przyjemności. Wprowadź jaką zaszarganą Surę na piedestał, daj jej oświetlenie wspaniałe, dekoracyę przepyszną, syp jej kwiaty pod zabłocone trzewiki, na zrudziałą perukę włóż wieniec laurowy, i wołaj do swej kuzynki, do mnie: Oto ideał kobiety, ideał żony, wzór do naśladowania! Ja to przyjmę, tak jak przyjęłam jakąś Manię z oficyny i chłopkę z Wólki. Pozwól sobie, pozwól, znęcaj się nad bezbronną ofiarą, której cała wina w tem, że z zaufaniem zupełnem otworzyła serce przed Tobą i żądała przyjacielskiej, życzliwej rady. Co za idea dzika brać wszystko naodwrót i zamiast szukać wzorów i przykładów wyżej, w lepszych sferach, schylać się po nie nizko, jak tylko można najniżej. Zdaje mi się, szanowny Kuzynie, że gdyby ci kto kazał szukać słońca, z pochyloną głową, zapatrzony w ziemię, poszedłbyś pewnie do “ Brawo, Kuzynko, brawo! Twoje oburzenie, twój gniew zachwyca mnie, po słońce ja do piwnicy nie pójdę, ale jeżeli chodzi o tę naukę, którą daje życie, to jak najchętniej udam się nietylko na pole i do piwnicy, ale i do głębokich kopalni, w których pracują górnicy. I radzę ci, Kuzyneczko, że jeżeli zechcesz zobaczyć odwagę i śmiałość, a nawet najpiękniejsze wzory poświęcenia, to spuść się na kilkaset łokci pod ziemię, do czarnych przepaści, a znajdziesz je tam. Znacznie to głębiej niż w piwnicy, do której mnie po słońce posyłasz. Co się tycze owej zaszarganej żydówki, dlaczego nie? Nie trzeba jej stawiać na piedestale, nie trzeba wieńczyć, ani bengalskiemi ogniami oświetlać, ale dość poznać jej położenie rodzinne i obowiązki, jakie ma do spełnienia. Jak kto inny szuka w małżeństwie uczucia, majątku, pozycyi towarzyskiej, tytułów lub protekcyi, tak ta szukała wielkiego honoru: marzeniem jej było mieć męża niesłychanie uczonego i mnóstwo dzieci. Jakoż dostała wielkiego myśliciela, filozofa w jej przekonaniu, a w gruncie rzeczy niedołęgę i idyotę, niezdolnego zupełnie do życia w tem znaczeniu, jak my je rozumiemy, nie mającego pojęcia o obowiązkach męża i ojca rodziny. Nie zajmuje on się niczem pożytecznem, cały dzień przepędza nad książkami, niezdolny jest zarobić nawet tyle, żeby mógł dać chociażby suchy kawałek chleba żonie swojej i dzieciom. I ta zaszargana żydówka żywi go swoim własnym przemysłem, żywi męża i dzieci, których ma siedmioro. A czem żywi? Dziesięcioma rublami, stanowiącemi cały jej majątek. Kupuje, sprzedaje i znów kupuje, cały dzień biega po ulicach obarczona koszami, zadyszana, zmęczona, upadająca nieraz pod ciężarem. Zgadzam się najzupełniej z szanowną Kuzynką, że nie jest to typ pociągający swoją powierzchownością, ale jako żonie i matce, jako kobiecie dźwigającej na swych barkach cały ciężar utrzymania głupowatego męża i dzieci, trzeba jej oddać sprawiedliwość. Ona ma ciężkie zadanie i sumiennie je spełnia. Jeżeli idzie o przykład, brać go z niej można. A, szanowna Kuzynko, oprócz tej żydówki, mógłbym przedstawić jeszcze inne typy ze sfery pracującej nietylko fizycznie, ale i umysłowo. Zwiedź tylko rozmaite oficyny i poddasza w wielkich miastach, pofatyguj się na trzecie i czwarte piętra, bo ta niedola wysoko się gnieździ. Wyobraź sobie, są rodziny, w których mąż i ojciec pracować nie może, bo go ciężka choroba powaliła, albo posadę utracił, albo poprostu pijak jest lub hultaj, na złą drogę poszedł, żonę i dzieci porzucił, na pastwę losu zostawił. Pójdź, kochana Pani i zobacz, co robią te nieszczęśliwe. Same są, cały ciężar na nie spadł, a czy opuszczają ręce? Pracują. Pani Dobrodziejko, i jak pracują, pomimo, że niejedna z nich pochodzi z takiej sfery, w której dziewcząt pracować nie uczą. One jednak naturę własną przezwyciężają, wszelkie przyzwyczajenia przemogą, nauczą się robić tego, czego nigdy w swem życiu nie robiły, pokonywać trudności, walczyć z bezsennością, głodem, łzy, które się cisną do oczu. Są to poprostu bohaterki, tem godniejsze szacunku, że ciche, nieznane, że świat o nich nie wie. A wiesz, Pani, kto był ich przewodnikiem w niedoli, nauczycielem? Serce, tylko serce! Miłość, przywiązanie dla męża kaleki, dla dzieci, zaprowadziła je na wyżyny poświęceń. Widzi Pani Dobrodziejka, że nie zawadzi, jak się Pani obrazowo wyraża, zaglądać czasem do piwnic, a jeżeli Pani chcesz studyować tak zwaną „kwestyę małżeńską“, to nie zaglądaj do marnych romansów francuskich, nie szukaj wzorów w rozpróżniaczonej sferze ludzi, których jedynym celem życia jest zabawa i tak zwane „zabijanie czasu“, ale idź tam, gdzie dusze ożywia wiara prosta, ta, co góry przenosi, gdzie serca pełne uczuć szczerych, a ręce i głowy wciąż zatrudnione. Trafiają się i w tych nizinach objawy brzydkie i wstrętne, ale, doprawdy, więcej dobrych — i tylko człowiek sam z gruntu zły i zepsuty dostrzedz ich nie potrafi. I gdy Pani zejdziesz trochę niżej, gdy poznasz ludzkie nędze i życie, gdy zobaczysz wielkie poświęcenia, i wielkie i wielki niedostatek, to ci się własne życie, choćby ono było tylko zaledwie znośnem, wyda Jeśli będziesz miała w danej chwili w ręku chleb lub garść pieniędzy, to ogarnie cię nieprzeparta chęć podzielenia tego chleba i tych monet między nieszczęśliwych i ubogich, aby im ulżyć, a kiedy im wówczas sama uczujesz taką lekkość i błogość, jakgdyby ci wielki kamień spadł z piersi. Trzeba schodzić niżej, trzeba widzieć, co się tam dzieje, a szczególniej obowiązkowe to jest dla tych, których los wyżej postawił. Polecam to uwadze Pani Dobrodziejki.

Następny list jest bez wymówek i bez burzy — już ani słowa o chłopce, ani wzmianki o żydówce. Ton spokojny, trochę poważniejszy, mniej lamentu i użalania się na losy. Musiało się w domu stać coś takiego, co pchnęło myśli pani Anieli w nowym kierunku. Jest i komis, którym z nieśmiałością obarcza swego kuzyna i korespondenta. Mam kupić amazonkę i kapelusz. Aha, będziemy więc jeździli konno. Śliczna idea! Taki sport nie zaszkodzi; owszem, zbawienny jest dla zdrowia, a jako rozrywka, należy do najprzyjemniejszych. Oczywiście w tej chwili udałem się do sklepów, kupiłem, co mi polecono, i wysłałem paczkę na pocztę. „Przepraszam najmocniej, że cię, szanowny Kuzynie, trudzę, były słowa listu, ale idzie o pośpiech. Przyszła mi myśl, może szczęśliwa, może nie, aby czasem towarzyszyć Henrykowi w jego wycieczkach gospodarskich. Trzeba zobaczyć nareszcie, jak zblizka te pola, lasy i łąki, o których ciągle słyszę. Nie wyjawię jednak mężowi tego zamiaru, aż mieć będę wszystko, co mi do takiej wycieczki potrzeba. Gdybym mu wspomniała o tem naprzód, natychmiast posłałby kogo do Warszawy naumyślnie, lub sam pojechał i w czwórnasób wszystko przepłacił, po co? „Dziś przy obiedzie zapytałam go, ile ma wołów? Uważałam, że go to zapytanie niezmiernie zdziwiło. Zrobił wielkie oczy i zanim odpowiedział, zwrócił moją uwagę, że woły nie są jego, lecz nasze. Co prawda, on jest zawsze bardzo uprzejmy i nie ominie żadnej sposobności powiedzenia mi czego przyjemnego. Pokazuje się, że tych nieszczęsnych wołów jest bardzo dużo. Pytałam, czem są żywione, ile kosztuje ich utrzymanie i jakie z tego są zyski? „Niedowierzał jakoś szczerości tego zapytania... Patrzył na mnie badawczo i rzekł (powtarzam rozmowę dosłownie): „— Dlaczego zapytujesz o to? „— Bo, jak sam powiedziałeś przed chwilą, są to nasze woły. „Zerwał się z krzesła i pocałował mnie w rękę. „— Dziękuję — rzekł — serdecznie dziękuję. Nie masz może pojęcia, ile przyjemności zrobiłaś mi tem zapytaniem. „Z niezmiernem ożywieniem opowiadać mi zaczął o wielkiem gospodarstwie, jakie prowadzi, a trzeba wiedzieć, że gospodarstwo jest to przedmiot, do którego on się umie zapalać, nawet entuzyazmować. Kiedy mówi o niem, znać, że nad przedmiotem tym pracuje, że go zna doskonale, że oddaje mu się z całem zamiłowaniem. Ja, co prawda, nie podzielam tych zachwytów, ale muszę przyznać, że opowiadanie, a raczej wykład tego przedmiotu, bo naprawdę był to wykład, rodzaj wstępnej prelekcyi, zajęło mnie żywo. On mówił, jak trzeba ziemię znać dobrze, aby ją skłonić do wytwarzania największej ilości tych roślin, które mieć pragniemy, jak gruntownie trzeba badać właściwości tych roślin, ich życie i potrzeby. Mówił o tem, jakie to jest rozległe pole pracy, ile wymaga nauk i wiadomości pomocniczych, przez ile czasu ludzkość badała te tajniki natury, aby się dowiedzieć, w jaki sposób obchodzić się z ziemią. Słuchałam z wielkiem zajęciem, gdyż istotnie dla mnie były to zupełnie nowe rzeczy. Wyobrażałam sobie zawsze, że rolnictwo wymaga najmniej inteligencyi ze wszystkich gałęzi pracy ludzkiej i wogóle dość lekko traktowałam rolników. Cóż-bo wielkiego — myślałam — nająć ludzi, i kazać im, aby zebrali zboże i zwieźli je do stodół. To potrafi każdy. Od dzisiejszej rozmowy z Henrykiem przekonałam się, że byłam w grubym błędzie. „Muszę go poprosić, żeby mi jeszcze kiedy co o tym przedmiocie opowiedział, tembardziej, iż widzę, że mu to sprawia wielką przyjemność. Cały czas po obiedzie do późnego wieczoru przepędził ze mną. Chodziliśmy po ogrodzie, rozmawiali długo, długo. On ma powierzchowność bardzo sympatyczną, ale jak się ożywi, jest zupełnie przystojny. „Poprosiłam, żebyśmy poszli na folwark; było to już o samym zachodzie słońca, kiedy inwentarz z pastwisk powrócił. Co tam krów, co koni, a jakie ładne źrebiątka! Najbardziej ubawiłam się w owczarni; owce, jagnięta chwytały mnie za ręce, jakgdyby dopominając się o pieszczotę, czy o przysmak. Bardzo miłe stworzenia. Za tydzień wszystkie mają być umyte i ostrzyżone. Muszę zobaczyć, jak się to robi. Wybieram się na wieś, sama, bez męża; chcę się przekonać, jak wyglądają wewnątrz te małe domki chłopskie, które widuję czasem przejeżdżając. Chcę zbadać, jak ci biedni ludzie żyją i czy im czego nie potrzeba. „Jestem teraz trochę zajęta, bo mam wiele różnych projektów, którebym chciała wykonać, dlatego i ten list jest pobieżny i krótki, powetuję to za przyszłym razem, jak znajdę więcej chwil , powetuję, gdyż mam się z kochanym Kuzynem o wiele, wiele rzeczy posprzeczać, a także za niektóre podziękować. Ale to dziś nie mogę. Doznaję w tej chwili różnorodnych wrażeń. A proszę pamiętać o sprawunku, szczerze wdzięczna będę za pośpiech“.

VIII.

Znów dłuższa przerwa. Szanowna korespondentka umilkła, listu jak nie widać, tak nie widać. Należy przypuszczać, że winien temu karnawał, który właśnie tylko co się rozpoczął. Ten bożek pustoty i wesołości ma i na wsi, nawet w najodleglejszych zakątkach, swoich zwolenników. Bezwątpienia pani Aniela do ich liczby należy. Trudno żądać, żeby w takim czasie ważnym o pisaniu listów myślała; może właśnie umysł jej zajęty jest w tej chwili wytwarzaniem projektów zabaw, jakie u siebie urządzić zamierza, lub też obmyślaniem wykwintnych strojów, mogących olśnić brzydką, a doprowadzić do najgorszej zazdrości piękniejszą połowę towarzystwa. Ponieważ góra nie chciała przyjść do Mahometa, więc Mahomet przyszedł sam do góry. Nie pisze moja korespondentka, trzeba napisać do niej, i skoro zaczęło się korespondencyę, nie przerywać jej w połowie. A więc... Pani dobrodziejko, cóż znaczy ta cisza? Czy ma zwiastować burzę, czy też... nie chcę się domyślać reszty, i jak na teraz, chociaż niepytany i nieproszony, odzywam się. Trzeba przyjść przecież do jakiegoś porozumienia, do konkluzyi, do wniosków stanowczych, trzeba postawić kropkę nad i. A więc opiszę Pani krótką historyjkę z prawdziwego zdarzenia, z życia, bynajmniej nie z fantazyi, gdyż trzymam się warunków naszej umowy, na mocy której wszelka fantazya z tych listów stanowczo została wykluczona. Tym razem materyału dostarczy nam nie oficyna, do której pani widocznie coś cierpi, nie chłopska chata (miała ją Pani Dobrodziejka studyować), ale front. Front, szanowna Pani, pierwsze piętro, ośm pokoi ze wszelkiemi wygodami, łazienka, marmurowe schody, stylowe meble, dywany, portyery, obrazy... To już nie piwnice przecież, ale „świat.“ W apartamencie, o którym mowa, mieszka małżeństwo. Żyją z sobą ci państwo siedm, czy ośm lat... ale przepraszam, źle się wyraziłem, powinienem był powiedzieć: żyli z sobą siedm, czy ośm lat, gdyż obecnie rozeszli się. W apartamencie pozostał pan, pani zaś przeniosła się na mieszkanie do swych rodziców, zabrawszy z sobą czteroletniego panicza — bo jest i panicz. Rozstanie się nastąpiło wedle wszelkich form prawnych; już jest separacya, teraz toczy się proces rozwodowy i według wszelkiego prawdopodobieństwa, za rok lub półtora więzy, w które ci państwo zakuli się dobrowolnie na całe życie — pękną. Pan pójdzie w swoją stronę, pani w swoją. Pan znajdzie sobie inną pannę, pani innego pana, i znów, zacznie się koncert nudów i ziewania, ale już nie na dwa, tylko na cztery głosy. Historya tych dwojga ludzi z apartamentu jest krótka. Poznali się na balu publicznym, a że on miał kamienicę dużą, a ona jeszcze większą, więc przyszli bez żadnej trudności do przekonania, że kamienica jedna i kamienica druga, to są dwie kamienice. Zrobiwszy to odkrycie, on zaprosił ją do walca, a ona przylgnęła do jego ramienia tak dokładnie, jak, dajmy na to, dom trzypiętrowy Nr. 9563a do takiegoż domu Nr. 9563b. Rodzice uznali, że młodzi są tak doskonale dobrani, jak dwa domy, mające jedną ścianę wspólną. Na drugim balu, w kontredansie, on dał jej do zrozumienia, że ją kocha, na co otrzymał odpowiedź, że jej to wcale przykrości nie sprawia. Złożył rodzicom wizytę pierwszą i drugą jako miły i pożądany gość, a na trzeciej miał już tytuł narzeczonego. Potem poszło już wszystko bardzo szybko, gładko i bez przeszkód. Wspaniała wyprawa, intercyza, ślub, świetne wesele i wyjazd za granicę, bo przecież bez tego ani rusz. Ona była zachwycona zmianą losu i z tej zapewnie racyi, obecnie w sprawie dowodzi, że padła ofiarą... przymusu ze strony rodziców. Po powrocie z podróży poślubnej młoda para zajęła ów wspaniały apartament i zaczęła „żyć“, to znaczy prowadzić tak zwany „dom otwarty“, czyli bywać w świecie, przyjmować gości, obchodzić wszelkie karnawały: wiosenne, letnie, jesienne i zimowe. Wie Pani przecież, jak to jest. Pani tyle tylko miała do roboty, co myśleć o strojach i flircie, bo nawet gdy przybył panicz, nie zajmowała się nim sama, zdawszy to na ręce płatne — a pan, trudził się podnoszeniem komornego i obcinaniem kuponów. Dla rozmaitości i dla tytułu miał urząd w jakiemś towarzystwie akcyjnem, urząd, który mu pochłaniał około dwunastu, czy nawet piętnastu godzin czasu rocznie. Oboje państwo nudzili się. Ona ożywiała się jedynie w towarzystwie, on zaś był zupełnie innym człowiekiem za domem, a innym w domu. Mogłoby się zdawać, że ów świetny apartament, za wyjątkiem chwil, w których przyjmował w nim gości, trzymał specyalnie do spania, ziewania i bardzo fachowej, trzeba mu to przyznać, umiejętnej i pełnej głębokiej erudycyi krytyki... obiadów. Grywał codziennie w karty w dobranem towarzystwie, puszczał się na hazard podczas wyścigów, co parę lat, z zachowaniem ostrożności, kusił fortunę na Rivierze; przyjaciół miał wielu, przyjaciółek kilka, z tych jedną stałą; przychodził szybko do posiadania coraz tęższej tuszy i coraz krótszego oddechu; był stałym gościem w pierwszorzędnych handlach, znał się wybornie na winie i cygarach, uchodził za pierwszorzędną powagę w sprawach wintowych, a niekiedy, gdy głębiej zastanawiał się nad życiem i zadaniami człowieka na tym padole płaczu, wpadał w pesymizm i dowodził, że nie warto żyć na świecie, ponieważ... trudno jest w Warszawie o porządnego kucharza... Tak to, Pani Dobrodziejko, los ludzi niekiedy smaga i prześladuje... Jego małżonka miała mniejszy, uboższy repertuar rozrywek. Nie zachwycały ją karty, nie znała się na wysokich gatunkach win, zapachu cygar, chociażby najlepszych, znosić nie mogła. Lubiła jadać dobrze, ale nie w tym wszelako stopniu, co jej małżonek. Z rozkoszy uczuć przyjaźni także korzystała znacznie mniej niż — mąż. On mógł bezpiecznie powierzyć przyjaciołom wszelkie tajniki — ona zaś nie odważyłaby się odkryć przyjaciółkom swych pożądań i pragnień, gdyż zaraz wzięłyby ją na ząbki naturalne i sztuczne. Pozostał jej zatem tylko świat strojów i flirtu; pierwszym poświęcała prawie całą swą inteligencyę i ogromne zapasy wolnego czasu, z drugim poczynała sobie ostrożniej, zwłaszcza w pierwszych latach. Początek bywa zwykle najtrudniejszy. I byłoby się to pożycie owych dwojga ludzi wlokło jakoś, może i dotrwaliby do końca, ale wyszły na jaw pewne fakty. Ona spostrzegła nagle, że mąż pozwala sobie za dużo, on znów zauważył, że żona zbyt wyraźnie akcentuje swoją sympatyę dla pewnego młodego człowieka. Oboje ci państwo przypomnieli sobie, że są mężem i żoną i że mają jedno względem drugiego niejakie zobowiązania. Wyniknął spór, wzajemne oskarżenia, wymówki; z jednej strony łzy i spazmy, z drugiej gryząca ironia, aż wreszcie kwestya stanęła na ostrzu noża. Pani odjechała do rodziców, pan został na placu boju, obecnie korespondują z sobą na papierze stemplowym, rozmawiają za pośrednictwem adwokatów, a widują się niekiedy w salonach konsystorza. W gruncie rzeczy położenie ich nie zmieniło się nic. On żyje jak dawniej, ona również, a panicza psuje pieszczotami babcia. Jedno tylko przybyło im zatrudnienie, a mianowicie: on upatruje jakiej piękności z posagiem, którą mógłby uszczęśliwić swoją ręką — ona zaś, bardzo jeszcze przystojna separatka, obserwuje bacznie wśród salonów człowieka z odpowiednią pozycyą majątkową i towarzyską, któryby zechciał zahypotekować się na drugim numerze księgi jej serca. Oto i koniec historyjki — a teraz proszę o wiadomość, co się z Panią dzieje, czy posyłka doszła, czy Pani z niej zadowolona i wreszcie, jak stoi ta sprawa, która stała się przyczyną zawiązania niniejszej korespondencyi.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…